Herkus Kunčius: Miejsca wspólne
Powody powstania książek są różne. Jedne bywają pisane z braku innych zajęć, drugie są inspirowane miłością, trzecie z beznadziei i wściekłości. Tę książkę zaczęliśmy pisać jesienią 2013 roku w Wilnie. A zdarzyło się tak, że przed czterema laty poznaliśmy się - dzięki wspólnemu znajomemu - w restauracji Fiorentino na ulicy Universiteto (Uniwersyteckiej). Długo wówczas we trójkę gawędziliśmy, a po zamknięciu restauracji wciąż nie chciało się rozchodzić. Powlekliśmy się zatem na ulicę Literat? (Literacką), przy której mieszkał wtedy Piotr. Od tego czasu zaczęliśmy się spotykać stale, najczęściej w winiarni Savas Kampas (Swój Kąt) przy ulicy Vokieči? (Niemieckiej), czasami w Sakwie na Antokolu albo w Gabi na ulicy šv. Mykolo (św. Mikołaja). Nie licząc się z czasem, rozmawialiśmy o tym, co było dla nas aktualne i co nas poruszało. Nierzadko te dialogi tak wzburzały nasze umysły, że nie pozostawało nic innego, jak spotkać się jak najszybciej i nie dbając o upływający czas, rozmawiać o zajmujących nas sprawach. Te były najróżniejsze - od cybernetyki, literatury, polityki i sztuki po jednodniowe nowości, przeczytane albo usłyszane dzień wcześniej w mediach. Rozmawialiśmy po polsku. Być może dlatego zawsze czułem się trochę nieswojo, nie potrafiąc w swoim ograniczonym polskim powiedzieć tego, co naprawdę chciałem. Rozumieliśmy się jednak, a to było najważniejsze.
Gdy nasza znajomość była już wystarczająco głęboka i kiedy nie baliśmy się, że odmienne poglądy zaszkodzą naszej przyjaźni, obaj pojęliśmy, że dojrzeliśmy do poważniejszych dialogów, które później nazwaliśmy "Rozmową Litwina z Polakiem". Postanowiliśmy porozmawiać o tym, co było, jest i co być może będzie dla nas ważne. Należąc do tego samego pokolenia, już wcześniej intuicyjnie czuliśmy, że między nami - Litwinem i Polakiem - więcej jest rzeczy wspólnych niż stereotypowych różnic. Taka rozmowa mogła się odbyć tylko dlatego, że łączyła nas literatura - obaj jesteśmy literatami. Postanowiliśmy zatem napisać książkę, a żeby praca szła płynnie i szybko, napisane przez siebie po litewsku pasaże tłumaczyłem Piotrowi słowo po słowie. Gdy kończyłem przekład swojej części, wspólnie omawialiśmy temat następnej rozmowy, a po dniu czy dwóch na mój e-mail przychodził tekst Piotra. Rozmawiając i pisząc, nie spostrzegaliśmy zmieniających się w Wilnie pór roku, ale rozumieliśmy, że za granicami Litwy i Polski zaczynają dziać się rzeczy groźne, które wkrótce niczym cienie zaczęły nas nieubłaganie prześladować. Dlatego nie mogę nie wspomnieć, że rozpoczęliśmy książkę w Wilnie w czasie pokoju, a gdy ją zakończyliśmy, agresja Rosji na Ukrainę nie budziła wątpliwości nawet największych sceptyków. Być może dlatego, gdy w sąsiedztwie ginęli ludzie, a ja coraz bardziej byłem owładnięty poczuciem zbliżającej się katastrofy, niektóre problemy dotyczące stosunków litewsko-polskich zacząłem nazywać "dekoratywnymi". Wybaczcie, jeśli kogoś tym uraziłem.
PIOTR KĘPIŃSKI:
Polska zawsze była popękana. Cała nasza historia to cięcia i rysy - nomen omen najwyższy szczyt Rzeczypospolitej to Rysy w Tatrach (2499 metrów nad poziomem morza), z czego można wyciągnąć zupełnie fantastyczny wniosek, że polskie rany nie są głębokie, tylko wysokie. Ku niebu skierowane i z absolutem związane, co jest jasne jak słońce dla każdego tutaj urodzonego.
Bywało, że ta nasza popękana historia nachodziła na jakieś inne historie. Nie zawsze pokojowo, czasami wręcz kolonialnie. Moje pokolenie tkwiło jeszcze w przeświadczeniu sielsko-polskiej niewinności. To my zawsze byliśmy ofiarami i to nam należało się współczucie. Rzadko patrzyliśmy w lusterko wsteczne, żeby zobaczyć miny tych narodów, które od nas obrywały: Ukraińców, Litwinów, Żydów...
Mam wrażenie, że na naszych relacjach zaważył pewien "błąd semantyczny", o którym ciekawie pisał Wiktor Sukiennicki. Ten znany prawnik, historyk, sowietolog i teoretyk prawa (zmarły w roku 1983) w tekście zamieszczonym już pośmiertnie w "Zeszytach Historycznych" w 1985 roku zastanawiał się nad znaczeniem słów "Polska" i "polskość". Jak zmieniała się ich treść na przestrzeni wieków? Czym Polska była dla Galla Anonima, a czym dla Władysława Łokietka, co te słowa znaczyły dla Miechowity, a co dla Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego? Jak reagowali na tę nazwę Litwini, Ukraińcy i Białorusini? I dlaczego nie mogli się z nią identyfikować? Dlaczego z Polską nie mogli, nie tylko semantycznie, się zintegrować, skoro na południu słowiańskiej Europy, z punktu widzenia Sukiennickiego, ta integracja okazała się możliwa?
Z wieloma tezami tego tekstu można by dzisiaj dyskutować, wiedząc o pewnych wydarzeniach historycznych znacznie więcej niż Sukiennicki. Bo przecież bez trudu można podważyć jego tezę o rzekomej łatwiejszej integracji południowych Słowian: Czechów, Słowaków i narodów byłej Jugosławii. Sukiennicki sugeruje, że nazwy wspólnomianownikowe, którymi te narody określały swoje państwa, pozwoliły wyrugować z nich pierwiastek szowinistyczny. Chyba jednak nie do końca. Przecież już w latach osiemdziesiątych, a nawet znacznie wcześniej, wiadomo było, kto rządzi w Czechosłowacji - Słowacy zawsze odczuwali nadrzędną rolę Pragi w swoim zjednoczonym państwie. A w Jugosławii kto rządził? Macedończycy i Słoweńcy? To pytanie retoryczne.
Pewne jest jedno: przez krótki czas południowi Słowianie faktycznie sprawiali wrażenie narodów bardziej skonsolidowanych. Eksperyment, jak wiemy, nie zakończył się sukcesem, wręcz przeciwnie - jego kodą był z jednej strony aksamitny podział, z drugiej - największa po drugiej wojnie światowej europejska rzeź.
Kto wie? Może i lepiej, że w latach dwudziestych nic nie wyszło z polskich zapędów federacyjnych czy też inkorporacyjnych związanych z Litwą, bo wcześniej czy później i tak doszłoby do rozłamu. Niemniej jednak pytanie Sukiennickiego o nazewnictwo wciąż jest ciekawe i nie anuluje go nawet dysonans, jaki pojawił się w jego tekście. Bo - jak się zdaje - w przypadku Polski i Litwy po roku 1918 nie chodziło już o (niemożliwe) zjednoczenie, tylko właśnie o pewne niuanse semantyczne, które do dzisiaj pokutują i kładą się cieniem na naszych stosunkach.
Niewykluczone, że gdyby tych semantycznych nieporozumień nie było, Litwini nie musieliby się dzisiaj odcinać, jak pisał Miłosz w eseju "O konflikcie polsko-litewskim", od wielojęzycznej przeszłości Wielkiego Księstwa Litewskiego:
Popychał ich do tego lęk przed następstwami unii lubelskiej, czyli przed polonizacją, a więc psychologia oblężonej twierdzy. Tym samym jednak powoływanie się na Mickiewicza traciło podstawy, bo trudno go pozbawić jego filomackiej młodości i zrobić z niego Litwina w nowoczesnym pojęciu, które za jego życia nie było jeszcze znane[2].
Gdyby nasi przodkowie wymyślili inne określenie na twór nazywany do dzisiaj Rzecząpospolitą Obojga Narodów, gdyby poszli za sugestią Miechowity (Sarmatia) albo znaleźli jakąś inną analogiczną do Wielkiej Brytanii nazwę, kto wie, jak by się potoczyły dzisiejsze spory polsko-litewskie? Czy sugerowane przez Sukiennickiego nazwy: Stany Zjednoczone Europy Wschodniej, Związek Wschodni, ewentualnie Międzymorze (Intermarum), położyłyby kres nieporozumieniom? Pewnie nie, niemniej jednak myślę, że łatwiej rozmawiałby dzisiaj Polak z Litwinem.
Ale i Polak z Polakiem nie miał i nie ma łatwo. Wystarczy prześledzić polskie dzieje od II Rzeczypospolitej po czasy dzisiejsze, by zobaczyć, że wspólnych mianowników za wiele nie było. Przecież nawet po 1918 roku kraj nie był dla wszystkich. PRL również wykluczał. III Rzeczpospolita też ma wiele na sumieniu.
Przepołowiony kraj. Zawsze musisz wybierać. Jak nie PZPR, to PiS albo PO. A ja zawsze chciałem stać z boku. Moim idolem był i jest Woody Allen ze swoim: "Na wypadek wojny od razu zostaję jeńcem". Powiedzmy sobie szczerze, w latach osiemdziesiątych w Polsce bardzo trudno było realizować ten wariant niezależności albo eskapizmu.
Miałem szesnaście lat. Czytałem wszystko, co przychodziło z Paryża, Londynu czy Rzymu. Rozgryzałem Związek Sowiecki (na miarę swoich szesnastoletnich możliwości), chłonąłem opowieści o Ukrainie, Litwie i Białorusi. Miałem wrażenie, że świat zaczyna być uczciwszy. Ale nastąpił krach. Opadły złudzenia. Zaczął się stan wojenny.
To, co pamiętam z tamtych lat, to żółć wylewająca się z gazet i telewizji. Niepoprawność gramatyczna. Ohydna retoryka. Bagno.
Po ulicach jeździły pykające enerdowskie trabanty i wartburgi, polskie polonezy i małe fiaty, czasami przemknęła rumuńska dacia. Największy sentyment mam chyba do syreny (powszechnie nazywanej skarpetą), może dlatego że ojciec miał ze trzy egzemplarze tego intrygującego pojazdu o napędzie dwusuwowym z kiepskim układem chłodzenia. Kiedy wprowadzono stan wojenny, na ulice wyjechały skoty (opancerzone transportery produkcji czechosłowackiej i polskiej), a nawet czołgi. W mojej dalekiej dzielnicy poznańskiej, na Smochowicach, gdzie wtedy mieszkałem, zabłąkał się jeden taki skot. Żałośnie to wyglądało, zdezorientowani żołnierze sami nie wiedzieli, jak się zachowywać. Atmosfera śmiesznej grozy - tak mówili wtedy młodzi ludzie. Zresztą czy słabe wojsko i milicja mogą cokolwiek zrobić? Oni nawet zamach stanu potrafią zepsuć. Moi starsi znajomi też jakoś nie wierzyli we wszechmoc aparatu władzy. A potem wszyscy dostali pięścią w nos.
Oczywiście opisuję te wydarzenia z ówczesnego punktu widzenia. Nie wszystkie informacje były wtedy dla mnie dostępne. Nie wiedziałem, ile osób zostało internowanych. Dopiero po paru dniach, kiedy w Wolnej Europie usłyszałem o pacyfikacji kopalni Wujek na Śląsku, dotarło do mnie, co naprawdę się dzieje. Są zabici. Opór jest fikcją. Milicja robi, co chce. Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej święciły triumfy. W czasie stanu wojennego zginęło ponad 100 osób. W Poznaniu też. Więc strach również był. Mam przed oczami, jak na jednej z manifestacji, w zimie, przed klasztorem Dominikanów pijany oddział zomowców gonił nas po dziedzińcach i małych uliczkach. A może oni tylko udawali pijanych? W każdym razie pamiętam, jak ktoś krzyczał: "Uwaga, narąbani zomowcy!".
W moim liceum nauczyciele w nosie mieli zakazy i nakazy i przekazywali nam pełną wiedzę o najnowszej historii - bez żadnej cenzury. Kiedyś w szkole pojawili się panowie w szarych mundurach i tłumaczyli, dlaczego generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny i dlaczego winniśmy to uszanować. Nikt ich nie chciał słuchać. Podczas jednej z takich lekcji mój kolega, którego ojciec został internowany, wstał i powiedział, co myśli o generałach, komunizmie i szmacianych PRL-owskich mediach. Prowadzący tę pogadankę pułkownik stropił się na moment, zaczął nerwowo chodzić, po czym klasnął w dłonie i oświadczył: "W sumie masz rację, mamy teraz do czynienia ze stanem przejściowym, zobaczycie, za kilka lat będzie lepiej".
Trochę dziwne to było. Bo jeżeli junta wojskowa byłaby naprawdę silna, żaden pułkownik nie przyznałby racji gówniarzowi z dobrego liceum, tylko walnąłby go w gębę, wysłał do więzienia albo zwyczajnie skompromitował, mając pod ręką setkę argumentów. A ten wojskowy, jak zupełny amator, nie miał nic na poparcie swoich tez, tylko w kółko gadał, że to Solidarność chciała rozwalić państwo, że Rosjanie stali już na granicy i czekali na błąd Polaków. A cała nasza klasa gwizdała i śmiała się na całego.
Dotarło do mnie, że PRL to totalna fasada (nawet jeżeli ma silną pięść). Tylko że jakoś nie chciał się rozlecieć. Kolos na glinianych nogach chwiał się, ale nie upadał. Żeby nie zwariować w tej szarzyźnie, zacząłem z kolegami roznosić ulotki i pisma podziemne. Robiłem to od czasu do czasu, bardziej dla zabawy, niekiedy nawet zapominałem o tym, co mam w torbie - bo nie byłem typem działacza ani społecznika, zresztą teraz też nie jestem. Chodziliśmy do knajp, w których piwo było towarem luksusowym, bo w sklepach królował tylko ocet i musztarda, w domach za to mieliśmy wszystko. A jeszcze w latach siedemdziesiątych w restauracjach były nawet ryby, czyli luksus. Świetnie opisał to Janusz Anderman w "Grze na zwłokę". Bohater powieści przychodzi do restauracji i bierze do ręki coś w rodzaju menu, a tam:
160/40 g śledź po japońsku - 8,80.100/60 g śledź w oleju - 5,20.200/80 g śledź w śmietanie - 8,30.200/100 g śledź marynowany - 5,40. (...)
Było tam jeszcze wiele bardzo wiele różnych pozycji, a na dole pod tym wszystkim było kilka nazwisk na wszelki wypadek - zastępca kierownika zakładu Halina Kania, kalkulator Stanisław Słonina i szef kuchni Mistarz Władysław[3].
W latach osiemdziesiątych już nawet tego nie było.
Dorastałem w paradoksie. Trafnie zdefiniował to Ryszard Krynicki w wierszu "Język to dzikie mięso" z tomu "Organizm zbiorowy" (1975):
ta czerwona flaga, którą wypluwamy
razem z krwią, to rozdwojenie, co otacza, toprawdziwe kłamstwo, które mami
Wstęp
Adam Michnik: Pochwała rozmowy
Rozmowa pozwala ludziom poznawać się wzajemnie. Pomaga poznawać cudze motywy, systemy wartości, kompleksy i marzenia. Dotyczy to konkretnych ludzi, środowisk, także narodów. Relacje polsko-litewskie - mimo wielowiekowej wspólnoty losów - są skomplikowane i zaplątane. Powody tego zaplątania i konfliktowości spraw dziesięciorzędnych są inaczej rozumiane w Polsce, a inaczej na Litwie. Po stronie litewskiej dominuje - jak się wydaje - głęboko zakorzeniona nieufność i podejrzliwość; po stronie polskiej - ignorancja. Ta ignorancja czyni nas, Polaków, podatnymi na manipulacje i przesądy; podejrzliwość litewska prowadzi do utrwalenia stereotypów. Dlatego rozmowa Litwina z Polakiem pozwala rozpoznać rozmówcę. Pomaga też zrozumieć naturę sporu tym, którzy przysłuchują się rozmowie.
Zwłaszcza jeśli rozmawiają dwaj pisarze średniego pokolenia, którzy pamiętają epokę sowiecką, ale pełną dojrzałość osiągnęli już w epoce wolności.
Takie dialogi są bardzo cenne. Pamiętam swoje pierwsze spotkania z Litwinami z Litwy, byli to Tomas Venclova i Virgilijus Čepaitis. Choć zaprzyjaźnieni ze sobą - byli przecież odmienni. Tomas był klasycznym uniwersalistą, okcydentalistą, natomiast Virgilijus reprezentował opcję nacjonalistyczną. Należy jednak podkreślić, że był to nacjonalizm narodu małego, dręczonego i rusfikowanego przez potężne moskiewskie imperium. Tomas nie był nacjonalistą, wręcz nie znosił nacjonalizmu, choć uparcie demonstrował swój litewski patriotyzm.
W opiniach Virgilijusa zaskoczyła mnie niechęć do Sołżenicyna, który dla mnie był wtedy idolem. Natomiast on wyczuł w jego pisarstwie sentyment do wielkorosyjskiego nacjonalizmu. Litwin miał anteny bardziej wyczulone niż Polak. Mnie jednak bliżej było do Tomasa z jego trzeźwym, uczciwym i krytycznym stosunkiem do ciemnych kart historii Litwy. To problem we wszystkich krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Litewski historyk Alvydas Nikžentaitis o Białorusi:
Kultury pamięci, w których dominuje postać ofiary czy zwycięzcy/zbrodniarza, nie są zupełnie czyste. Niezależnie od dominacji jednego elementu spotyka się w nich również drugi stereotyp. I chociaż na Białorusi dominuje motyw partyzanta - zwycięzcy, to jednak napotyka się tu również elementy ofiary, które zazwyczaj odnoszą się do strat poniesionych w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Tym samym na Białorusi różnica między zwycięzcą a ofiarą jest bardzo niewielka. Typologicznie upodabnia się więc ona do kultury pamięci w Polsce, gdzie ofiara w postaci żołnierza Armii Krajowej przeważa nad zwycięzcą[1].
Przeżyciem był dla mnie również dwugłos o Wilnie Czesława Miłosza i Tomasa Venclovy. Ten dwugłos był przygotowany dla podziemnego kwartalnika "Zapis", a pomysłodawcą był Andrzej Drawicz. Gotowy tekst Miłosz wysłał do przeczytania Giedroyciowi. A ten najspokojniej w świecie wydrukował go w "Kulturze", blokując tym samym druk w "Zapisie". Redaktorów "Zapisu", zwłaszcza Wiktora Woroszylskiego, doprowadziło to do pasji, bowiem na całym świecie tego typu kradzież uchodzi za proceder naganny. Jednak Jerzy Giedroyć zademonstrował tutaj swój imperializm. Nie był to wszakże imperializm polski, lecz Giedroyciowy.
Lektura opowieści Venclovy o Wilnie litewsko-sowieckim była dla mnie relacją o świecie egzotycznym. Nie miałem pojęcia o codziennym Wilnie, mieście sowieckiej prowincji. Myślałem, że dla litewskiego czytelnika opowieść Miłosza o polskim Wilnie była równie egzotyczna. Co ważne, oba te głosy wolne były od nacjonalizmu. Venclova, znakomity pisarz litewski i mój przyjaciel, pisał do swoich rodaków w 1994 roku:
Bardzo dobrze, oparliśmy się rusyfikacji (chociaż sowietyzacji może mniej). Nigdy zresztą nie wątpiłem - w odróżnieniu od niejednego z moich ziomków - w zdolność przetrwania narodu. Pozostaje nam teraz tylko zrozumieć, że żadne wynarodowienie - i chyba nawet żadne prawdziwe niebezpieczeństwo z zewnątrz - nam już nie zagraża. Zagrażają przede wszystkim bławatne paranoje i kompleksy, mogące doprowadzić do jałowego, zamkniętego, prymitywnego życia.
Każdy Polak powinien uważnie przeczytać te słowa litewskiego polonofila.
Litwa jest tajemnicza i pasjonująca. Stanowi rodzaj wyzwania dla każdego, kto Litwę choćby nadgryzł. Powtórzę za Józefem Kozielewskim ("Wilno, Wilno - pojąć niepojęte"):
Przeżyłem ciekawość i radość, radość, że istnieją jeszcze fenomeny niepojęte, niezrozumiałe, zagadkowe, metafizyczne, że istnieje także i ta. Dzięki nim świat staje się ludzki.
Dzięki Litwie i jej stolicy także nasz świat staje się bardziej ludzki.
Dialog Piotra Kępińskiego z Herkusem Kunčiusem nie jest egzotyczny. To rozmowa dwóch normalnych intelektualistów z dwóch normalnych państw uwolnionych od monstrualnych instytucji sowieckiej dyktatury. Obaj spoglądają na kraj rozmówcy z sympatią i ciekawością; obaj są wolni od nacjonalistycznych megalomanii, wciąż obecnych w polskiej i litewskiej mentalności. Ale w tym dialogu słychać mowę Solidarności i cień śpiewającej rewolucji na Litwie.
Wolność zbliżyła Litwina i Polaka. Ale otworzyła też niektóre rany, także na ten temat obaj pisarze rozmawiają otwarcie i bez kompleksów. I zapraszają czytelnika do takiej rozmowy.
Piotr Kępiński: Zobaczyć na nowo
Zrozumieć? Czy przeżyć? I jedno, i drugie. Miałem to szczęście, że współczesne Wilno trochę poznałem i przeżyłem. Pierwszy raz byłem tu w roku 1989. Z miasta opadały właśnie stare sowieckie dekoracje. Ostra Brama - wyremontowana, filharmonia - prawie, Muzeum Ateizmu w kościele św. Kazimierza - w likwidacji. Ale na granicy stacjonowali jeszcze rosyjscy żołnierze.
Potem długa przerwa. W Wilnie pojawiłem się w roku 2011 i spędziłem tu parę lat. Zobaczyłem wielką odmianę. Inni ludzie, inne ulice. Z zielonej szarości miasto weszło w okres zieloności odnowionej.
Po paru tygodniach poznałem Herkusa i zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o literaturze, potem o wszystkim. I tak już nam zostało. W gruncie rzeczy książka naszych rozmów paraeseistycznych jest summą naszych spotkań.
O co nam chodziło? I po co ta książka? Właśnie po to, żeby zrozumieć i przeżyć jeszcze raz nasze wcześniejsze doświadczenia - dorastanie i wchodzenie w życie. Czy takie same? Na pewno podobne. W końcu żyliśmy prawie obok siebie. A jednak z mojego punktu widzenia świat Herkusa był bardziej złowrogi. Peerelowski strach, nawet ten ze stanu wojennego, był chyba mniejszy od tego sowieckiego. Moje pokolenie nie musiało służyć w Armii Czerwonej. W roku 1980 mieliśmy już Solidarność, a wcześniej chociażby NOWĄ wydającą niezależne książki. Wszystko namiastka - a jednak to mieliśmy.
Ale nie chcieliśmy w naszych rozmowach definiować polityki. Dużo o niej rozmawialiśmy, to prawda. Ważniejsza jednak była dla nas perspektywa zwyczajnego człowieka, który w latach osiemdziesiątych nie był zaangażowany w sprawy wielkie. Ale przecież był ich świadkiem.
Chcieliśmy to zobaczyć na nowo. Może na większym luzie? Każdy z nas tłumaczył siebie, na nowo siebie przepowiadał. Wszystkie polskie wątki pojawiające się w naszych rozmowach dla Polaka będą znane (choć dla nastolatka i człowieka młodego już niekoniecznie), tak jak wszystkie wątki litewskie dla Litwina. Nam jednak chodziło o to, żeby ta książka została przeczytana zarówno przez jednych, jak i drugich. Dlatego po publikacji rozmów w Polsce przygotujemy jej edycję w Wilnie.
Nasze opowieści zbiegają się w jednym punkcie, kiedy definiujemy "nasze" Wilno. Jak je widzimy? Co w nim ważne? A co mniej?
Dla mnie kluczowy był i jest polski romantyzm. Dla Herkusa istotniejsze są idee młodolitewskie. Ja czytam Wilno, sięgając do Miłosza, Konwickiego czy Venclovy; Herkus buduje własne mitologie.
Paradoksalnie jednak wszystkie nasze opinie (nawet jeżeli różne) układają się w opowieść o nas samych, którzy mieszkaliśmy w różnych miastach po to, żeby spotkać się w centrum Wilna.
Chcieliśmy pokazać, że rozmowa Polaka z Litwinem to nic nadzwyczajnego. Ona jest możliwa. I nie musi być ani dramatyczna, ani histeryczna. Może być normalna.