Wstęp
Wstęp
Życie doświadcza wszystkich bez względu na
wiek. Wydaje nam się, że z czasem uodporniamy się na zadawane przez nie
rany. Kiedy jednak podnosimy się po jednym ciosie, kolejny spycha nas z powrotem na dno. Żałoba, rozstania, choroby, niepowodzenia, problemy
rodzinne i zawodowe -?niekiedy można odnieść wrażenie, że los się na nas
uwziął.
A przecież zaczęliśmy się zdrowo odżywiać, medytować i uczęszczać na
rozmaite terapie w nadziei, że nauczymy się kochać siebie i sobie
wybaczać... Cóż, wprawdzie dzięki temu trochę rzadziej odczuwamy potrzebę
zaszycia się na drugim końcu świata, ale -?paradoksalnie -?każdy nowy
problem rodzi w nas teraz jeszcze potężniejszy gniew i frustrację.
Zachodzimy w głowę: Robię wszystko, jak należy! Dlaczego to nie
działa?
Co zrobić, żeby poczuć się lepiej? Jak się odbudować i odnaleźć radość
życia oraz spokój ducha?
Dopóki miałam choć odrobinę energii, mój optymizm brał górę i odsuwałam
od siebie konieczność odpowiedzenia sobie na tego rodzaju pytania.
Zawsze znajdowałam jakiś powód, żeby zacisnąć zęby i przeć do przodu.
Niczym juczny koń taszczyłam coraz cięższy z roku na rok bagaż
emocjonalny. Chusteczki pomagały otrzeć łzy, ale jednocześnie działały
jak klapki na oczy, nie pozwalając mi zobaczyć, jak bardzo się męczę. Aż
do tego koszmarnego dnia, w którym moje ciało odmówiło posłuszeństwa.
Siedziałam, stałam czy leżałam -?paraliżował mnie ból promieniujący od
pleców w dół. Bardzo szybko zdiagnozowano u mnie podwójną przepuklinę
dyskową. Wprawdzie to dolegliwość, od której się nie umiera, jednak dla
zwierzęcia przywykłego do galopu przykucie do łóżka brzmiało jak wyrok.
Udawanie, że wszystko jest w porządku, stało się niemożliwe. Ponieważ
nie mogłam się ruszać, zrobiłam bilans. Od czterech lat życie dawało mi
ostro w kość. Rozwód z pierwszym mężem wciąż odbijał mi się czkawką,
zatruwając relacje z moją najbliższą rodziną. Na płaszczyźnie zawodowej
wcale nie było lepiej -?po tym, jak odrzucono mój pomysł na książkę i kilka innych na filmy dokumentalne, straciłam wiarę w siebie. Na domiar
złego właśnie wtedy zdarzyła się tragedia: moja młodsza siostra, z którą
w ciągu ostatnich trzech lat bardzo się zbliżyłyśmy, zmarła po kilku
miesiącach przebywania w śpiączce. Jakiś czas później umarła z wycieńczenia jedna z moich najbliższych przyjaciółek, nad którą pastwił
się mąż. Wreszcie -?to brzmi anegdotycznie, ale w rzeczywistości
przelało czarę goryczy -?padłam ofiarą niezwykle brutalnej agresji
słownej ze strony osoby, której nieświadomie zrobiłam przykrość. Dwa dni
później dopadła mnie dyskopatia. Mimo troskliwej opieki Stéphane'a,
mojego męża, wyłam z bólu, przerażona gwałtowną reakcją własnego
organizmu. Nie trzeba Freuda, żeby odgadnąć, że na łopatki nie położyło
mnie ostatnie ze wspomnianych wydarzeń, lecz skumulowane działanie
wszystkich. Czułam się jak ślimak z popękaną muszlą leżący w pełnym
słońcu. Koniecznie musiałam się odbudować.
Pochłonęłam masę podręczników rozwoju osobistego, mając nadzieję znaleźć
narzędzia, które pomogłyby mi wyjść na prostą. Moją uwagę zwróciły
szczególnie słowa psychiatry Carla Gustava Junga, twórcy psychologii
analitycznej: "Ci, którzy niczego nie wyciągają z przeciwności losu,
zmuszają kosmiczną świadomość, żeby ponawiała je tyle razy, ile będzie
konieczne, by zrozumieli, czego uczy ich przeżyty dramat. To, czemu
zaprzeczasz, zniewala cię. To, co akceptujesz, cię zmienia". Innymi
słowy, dopóki nasze rany emocjonalne nie zostaną uleczone, dopóty
Wszechświat -?to, co Jung nazywa kosmiczną świadomością -?będzie
stawiać na naszej drodze ludzi i sytuacje, którzy otworzą te rany, dając
nam szansę na zrozumienie ich sensu, przepracowanie i wreszcie
uwolnienie się od nich.
Czas mijał, a myśl Junga wciąż błąkała mi się po głowie. Rzeczywiście,
na polu zawodowym działo się coś niebywałego. Przez ostatnich piętnaście
lat robiłam jeden film za drugim, realizując dokumenty przyrodnicze i reportaże popularno-naukowe, natomiast od roku wszystkie stacje
telewizyjne systematycznie odrzucały moje projekty. Najpierw wpadłam w konsternację, potem ogarnęła mnie złość. Wmawiałam sobie, że telefon w końcu zadzwoni. Ale nic się nie zmieniło. Zostałam bez pracy. Występując
o zasiłek, poczułam wstyd. Z chwilą, gdy świadczenia ustały, moje konto
świeciło pustkami. Z finansowego punktu widzenia to była totalna
katastrofa.
Do dnia, w którym urząd pracy zaprosił mnie na rozmowę celem przyjrzenia
się mojej sytuacji. Odebrałam to jako atak. "U mnie wszystko dobrze,
właśnie pracuję nad kolejną powieścią, mam projekty filmowe, proszę więc
nie nalegać, bo i tak nie przyjdę" -?odpowiedziałam z gracją
rozwścieczonego mopsa. Ale administracja miała w nosie moje dąsy i kilka
tygodni później byłam zmuszona udać się na północne przedmieścia Paryża,
gdzie mieścił się oddział dla pracowników sektora kultury. Na miejscu
spuściłam nieco z tonu, a między mną a uśmiechniętą doradczynią
nawiązała się nawet nić sympatii. Opowiedziałam jej o swoich projektach
i wspomniałam, że marzę o napisaniu scenariusza serialu telewizyjnego.
Dwie godziny później, gdy zbierałam się do wyjścia, kobieta zauważyła:
-?Nie podała nam pani swojego adresu mailowego.
Wyjaśniłam, że nie zrobiłam tego, żeby nie tracić czasu na przeglądanie
bezwartościowego spamu.
-?Szkoda, bo ominą panią ogłoszenia dotyczące szkoleń -?dodała, po czym
głucha na moje protesty przewinęła kilka stron na ekranie komputera. -
O, proszę, tutaj na przykład dostaliśmy propozycję kursu mistrzowskiego
organizowanego przez szkołę Luca Bessona.
Zaintrygowana, ponownie usiadłam. Kobieta podsunęła mi plik kartek z pełnym programem, chwyciłam jedną na chybił trafił i przeczytałam: "Kurs
scenopisania seriali telewizyjnych". Rozdziawiłam buzię, a serce omal
nie wyskoczyło mi z piersi... W jednej chwili wróciła do mnie myśl Junga.
Zrozumieć sens przeciwności losu. Bez milczącego telefonu nie byłoby
bezrobocia, bez bezrobocia nie byłoby spotkania w urzędzie pracy, bez
spotkania w urzędzie pracy nie dowiedziałabym się o kursie mistrzowskim.
Czyżby brak zleceń, który odbierałam jako niesprawiedliwość, miał mi
pomóc osiągnąć mój cel?
Nie dość, że kurs mistrzowski był drogi, to jeszcze zaczynał się za trzy
tygodnie. Liczyła się każda minuta. Podziękowałam mojej doradczyni i naprędce przygotowywałam papiery dla AFDAS-u, instytucji pokrywającej
koszty szkoleń dokształcających. Rozemocjonowana stawiłam się przed
okienkiem.
-?Przykro mi -?oświadczyła urzędniczka, zwracając mi dokumenty -
ostateczny termin składania wniosków upływa miesiąc przed szkoleniem, a pani kurs zaczyna się z trzy tygodnie. Spóźniła się pani.
W moje głowie wybuchła wojna nerwów. Ale jeśli Jung się nie mylił, ja po
prostu musiałam być na tym kursie!
-?Z pewnością jest jakieś rozwiązanie -?wybąkałam nieśmiało. Miałam
przeczucie, że wszystko, co się tutaj działo, wpłynie na moją
przyszłość. Jeżeli mój wniosek zostanie zaakceptowany, poświęcę całą
moją energię, "żeby zrozumieć, czego uczą mnie" bolesne doświadczenia z przeszłości.
-?A czy przypadkiem nie jest pani autorką? -?zapytała urzędniczka.
-?Owszem...
-?Bo jeżeli może pani udowodnić, że w ciągu ostatnich dwóch lat zarobiła
pani jako pisarka lub scenopisarka co najmniej dziewięć tysięcy euro, to
powinno się udać. Dla pisarzy termin został skrócony z miesiąca do
trzech tygodni, dzisiaj jest więc ostatni dzień składania wniosków.
W te pędy wróciłam do domu, żeby przefaksować wszystkie potrzebne
dokumenty. Wkrótce nadeszły dobre wieści: mój wniosek o finansowanie
szkolenia został zaakceptowany. Tydzień potem otrzymałam telefon ze
szkoły z zaproszeniem na rozmowę. Było tylko osiem wolnych miejsc, a jedno z nich przypadło właśnie mnie. To wszystko przyprawiało mnie o zawrót głowy! Co więcej, wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale ta
opowieść miała mieć ciąg dalszy. Kilka miesięcy później, na skutek
odejścia jednego z wykładowców, dyrektor szkoły filmowej, który znał
moje dokonania powieściopisarskie, powierzył mi prowadzenie zajęć ze
scenopisarstwa i tworzenia postaci dla studentów pierwszego i drugiego
roku. A jakby tego było mało, niedługo potem pewien producent
zaproponował mi stworzenie pomysłu na serial telewizyjny.
Bilans nie pozostawiał wątpliwości: bezrobocie, które uważałam za
najgorsze nieszczęście, stało się punktem wyjścia do spełnienia moich
marzeń.
Tego dnia zrozumiałam, że... wszystko ma sens.
Co dalej? Co mogłam zrobić, żeby odzyskać zdrowie i energię? Wiele lat
temu jako dziennikarce i reżyserce dane mi było spotkać ludzi, którzy
pozwolili mi spojrzeć w nowy sposób na rany zadawane przez los. Mało
mnie to wówczas obchodziło, ale mój racjonalny punkt widzenia
autentycznie zachwiał się w posadach. Uzdrowiciele, magnetyzerzy, media
i szamani zdradzili mi swoje techniki przywracania zdrowia i poprawy
kondycji psychicznej. To była kwestia nie biologii czy psychologii, lecz
energii i fundamentalnie odmiennej od wszystkiego, czego się do tej pory
nauczyłam, perspektywy. A jeśli to mogłoby mi pomóc?
Zastosowałam ich metody. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc
odbudowywałam siebie, uwalniając się od odziedziczonych po mojej
rodzinie ran oraz lęków i poczucia winy. Uzdrowiłam siebie. Moje życie
zmieniło się na lepsze.
W rezultacie zaczęłam organizować warsztaty, na których dzieliłam się
swoimi spostrzeżeniami na temat rozmaitych praktyk energetycznych. Z radością gościłam na nich nie tylko terapeutów czy psychologów, ale
także lekarzy z całej Francji. Przez te wszystkie lata otrzymałam od
nieznajomych mi ludzi tak wiele dowodów na skuteczność tych metod, że
zdecydowałam się pójść o krok dalej. Postanowiłam, że nadszedł czas, aby
podzielić się tą cenną wiedzą. Niniejsza książka jest owocem tych
przemyśleń.
Dzięki niej uwolnisz się od bolesnych emocji i ponownie nawiążesz
łączność ze swoją wewnętrzną siłą -?kluczem do odzyskania twojej
energii.
Wskazówka: przeczytaj książkę w całości, zanim zaczniesz stosować
poszczególne rytuały. Jeżeli przejdziesz od razu do interesujących cię
rytuałów, będzie ci brakowało pełnego kontekstu, a to z kolei utrudni ci
otwarcie się na ich działanie. Nie przegap szansy, by skorzystać z wszystkich dobroczynnych efektów tej książki.
ROZDZIAŁ 1. Jak rozpoznać rany emocjonalne
Rozdział 1
Jak rozpoznać rany emocjonalne
Naszym celem jest zmienić podejście do
przeciwności losu. W trudnych doświadczeniach kryje się coś wspaniałego.
Na razie widzimy tylko szlam, wkrótce jednak zrozumiemy, że w istocie
mamy do czynienia z nawozem, dzięki któremu zaczniemy się rozwijać w zupełnie nowy sposób. Spoglądając na zdarzenia z dystansu, przestaniemy
je postrzegać jako katastrofy, a każda trudność stanie się cenną lekcją.
Nie zawsze jesteśmy ofiarami losu czy celem ataków innych ludzi; z każdego trudnego doświadczenia musimy starać się wyciągnąć coś
pozytywnego.
Przyglądając się tej nowej filozofii życia, odkryłam bestsellerową
książkę Lise Bourbeau Bądź sobą. Wylecz swoje 5 ran1. Ta
kanadyjska terapeutka oparła się w swoich rozważaniach na teoriach
Sigmunda Freuda, twórcy psychoanalizy. Utrzymywał on, że to, jak
wyglądamy, ma związek z naszymi emocjami. Po przebadaniu kilku tysięcy
przypadków pozwoliło to Bourbeau wytypować pięć ran: odrzucenia,
porzucenia, upokorzenia, zdrady i niesprawiedliwości.
Każdy z nas miałby nosić takie rany, przy czym dwie lub trzy są
dominujące. Bourbeau opisuje w swojej książce, jak przejawiają się one w naszej fizyczności, i proponuje poglądowy opis każdej z nich. Stworzyłam
krótką charakterystykę tych ran, ilustrując je nazwiskami kilku
celebrytów.
PIĘĆ RAN GŁÓWNYCH
Rana odrzucenia: W dzieciństwie ciało szczupłe lub chude, często z zapadniętą klatką piersiową; wokół oczu coś w rodzaju maski. W pracy
dąży do perfekcji. Samotnik postrzegany przez współpracowników jako
odludek. Unika trudnych sytuacji. Angelina Jolie i Andy Warhol.
Rana porzucenia: Wiotkie ciało, zgarbione plecy, smutne spojrzenie.
Szuka uwagi i marzy o życiu w świetle reflektorów. Prosi o porady, ale
niekoniecznie się nimi kieruje. Nie znosi samotności. Bardzo serdeczny.
Woody Allen i książę Karol2.
Rana upokorzenia: Okrągłe ciało i twarz, oczy szeroko otwarte. Nie
lubi pośpiechu, dąży do perfekcji z obawy przed krytyką. Stara się robić
więcej dla innych niż dla siebie, niekiedy z poczuciem, że jest
wykorzystywany. Marlon Brando, Margaret Thatcher i Donald Trump.
Rana zdrady: Proporcjonalnie zbudowane ciało emanujące siłą i władzą, intensywne i uwodzicielskie spojrzenie. Głuchy na problemy
innych. Chce mieć wszystko pod kontrolą, toteż z trudem przychodzi mu
delegowanie zadań. Lubi zabłysnąć. Bystry i szybki w podejmowaniu
decyzji. Penélope Cruz i Arnold Schwarzenegger.
Rana niesprawiedliwości: Sylwetka wyprostowana i sprawiająca
wrażenie idealnej, okrągłe pośladki, iskra w oku. Bardzo wymagający
wobec siebie, dąży do perfekcji. Twierdzi, że nie ma żadnych problemów.
Trudno mu sprawiać sobie przyjemności bez poczucia winy. Zinédine Zidane
i John F. Kennedy.
Jeżeli czytając te opisy, myślisz: "Nie rozpoznaję się w żadnym z nich",
a twoi znajomi mówią: "Ależ tak, to cały ty" -?to normalne! Umysł zawsze
próbuje odciągnąć naszą uwagę od rany, tak aby uchronić nas przed
bolesnym uświadomieniem sobie jej istnienia. Byłam tego świadkiem
podczas jednego z moich wykładów, na którym prezentowałam wszystkie pięć
ran. Po prelekcji podszedł do mnie mężczyzna, oświadczając: "Odnotowałem
cztery rany, brakuje jednej". Zwróciłam jego uwagę na to, że tą
brakującą jest najprawdopodobniej jego rana dominująca. W ten sposób
jego umysł chciał oszczędzić mu cierpienia, zakładając, że mężczyzna nie
jest gotowy, żeby spojrzeć rzeczywistości w twarz. Uśmiechnął się
sceptycznie. Poprosiłam go wówczas, żeby wymienił te, które zapamiętał.
Brakowało zdrady. "To całe moje życie" -?wyszeptał zdumiony.
Ty też chcesz spróbować? Wymień wszystkie pięć ran bez przewracania
kartki. To nie test pamięci, lecz eksperyment.
1. ________________
2. ________________
3. ________________
4. ________________
5. ________________
Jeżeli umknęły ci jedna czy dwie, możesz sobie pogratulować -?właśnie
zidentyfikowałeś swoje rany dominujące. W przeciwnym razie odnieś się do
zaprezentowanej wcześniej charakterystyki.
Sposób, w jaki ciało uwidacznia nasze rany
dominujące, jest wprawdzie interesujący, jednak najbardziej
intrygująco brzmi teza Bourbeau dotycząca ich genezy: "Wydaje się, że
nasza dusza wybiera pewien zestaw ran, na przykład odrzucenie i niesprawiedliwość, zdradę i porzucenie, by je wypróbować. W ten
sposób, niejako zdefiniowani, nieustannie mielibyśmy przyciągać
osoby i sytuacje, które będą otwierać w nas te rany, dopóki ich
definitywnie nie zabliźnimy".
Pierwszymi osobami, które mielibyśmy wybrać, są nasi rodzice. Nasza
dusza miałaby decydować o środowisku rodzinnym, kulturowym i społecznym, w którym się rodzimy. Ta teoria początkowo budziła moją
nieufność. Ale praca nad telewizyjnym serialem dokumentalnym Enqu?tes
extraordinaires (Na tropie zjawisk nadprzyrodzonych) sprawiła, że
zaczęłam powątpiewać w swoje dotychczasowe przekonania. Mimo że nieco
ponad połowa ludzkości wierzy w reinkarnację, uznawałam to za egzotyczną
ciekawostkę Wschodu. Nie spodziewałam się zatem, jak wielkim odkryciem
będzie dla mnie historia małego Jamesa Leiningera, jedna z najlepiej
udokumentowanych zagadek naukowych w historii.
Pochodzący z Luizjany James w 2000 roku ma dwa lata; wtedy też zaczynają
mu się śnić koszmary. Przez sen powtarza słowa "ogień na pokładzie",
szarpie za szczebelki swojego łóżeczka i krzyczy, że nie może wydostać
się z kokpitu. Z wiekiem chłopiec zacznie twierdzić, że jest
amerykańskim lotnikiem walczącym w drugiej wojnie światowej i stacjonującym na lotniskowcu Natoma. Co więcej, poda nazwiska swojej
załogi i wskaże jako miejsce zestrzelenia samolotu wyspę Iwo Jima...
Rodzice, na początku sceptyczni, będą potrzebowali dziesięciu lat, żeby
przyjąć do wiadomości, że ich syn jest najprawdopodobniej reinkarnacją
Jamesa Hustona, zabitego w 1945 roku przez Japończyków podczas jednego z lotów. Wszystkie podane przez chłopca szczegóły, z których niektóre były
objęte klauzulą poufności przez amerykańską armię, zostały zweryfikowane
i potwierdzone w 2011 roku. Już te ustalenia wydawały się niebywałe, ale
najbardziej niesamowite jest to, co James powiedział ojcu na temat
swojego poczęcia: "Wybrałem was, ciebie i mamę, na swoich rodziców". Nie
dowierzając, ojciec zapytał, kiedy to miało miejsce. "Podczas wakacji na
Hawajach, w różowym hotelu". Z daty urodzin Jamesa wynikało, że chłopiec
rzeczywiście został poczęty w hawajskim Pink Palace!
Jakkolwiek wariacko to brzmi, wybieramy swoich rodziców... i nie tylko.
Także wszystkich swoich bliskich oraz krąg rodzinny, towarzyski i zawodowy. Czyż dalajlama nie stwierdził: "Jest nas na Ziemi ponad siedem
miliardów, to absolutnie niemożliwe, żeby otaczający nas ludzie byli
obok nas przez przypadek"?
No dobrze, ale co zrobić, żeby nasze rany emocjonalne przestały wciąż
się otwierać?
ROZDZIAŁ 2. Jak wyrwać się z cyklu ran emocjonalnych
Rozdział 2
Jak wyrwać się z cyklu ran emocjonalnych
Pierwszy krok to uświadomienie sobie swoich
ran i ich zaakceptowanie. Jeżeli nie udało ci się ich określić w poprzednim ćwiczeniu lub nie odnalazłeś się w żadnym z opisów, zastosuj
następującą metodę: zapisz skojarzenia mające związek z sześcioma lub
siedmioma przykrymi doświadczeniami. To może być na przykład imię tej
lub tego, kto cię porzucił albo zdradził, śmierć, która tobą
wstrząsnęła, klaps otrzymany w dzieciństwie, obraźliwa uwaga bliskiej
osoby lub znajomego, wypadek samochodowy, zaginięcie ukochanego
zwierzątka, stanowisko, które przydzielono komuś innemu... Nie ograniczaj
się! Zapisz wszystko, co przychodzi ci do głowy. Nie ma znaczenia, czy
będzie to stare czy świeże wspomnienie. Im więcej doświadczeń
zanotujesz, tym ciekawiej będzie dalej.
-?________________
-?________________
-?________________
ROZPOZNAWANIE TRUDNEGO DOŚWIADCZENIA
Określ teraz swoje odczucia łączące się z przeżytymi doświadczeniami za
pomocą odpowiednich liter: N dla niesprawiedliwości, O dla odrzucenia, P
dla porzucenia, Z dla zdrady i U dla upokorzenia. Jeżeli jakieś
doświadczenie wiąże się z dwiema ranami (na przykład upokorzeniem i zdradą), przypisz mu dwie litery. Często trudno jest odróżnić odrzucenie
od porzucenia. Odrzucenie to wynik decyzji (na przykład gdy dziecko
słyszy: "Nie dostaniesz kolacji, dopóki nie odrobisz lekcji"), podczas
gdy porzucenie bywa skutkiem nieuwagi lub zdarzenia rzekomo
niezależnego od naszej woli (na przykład: "Nie zdążyłem cię odebrać na
czas, bo były korki").
Podsumuj wszystkie N, O, P, Z i U. Jeżeli dwie lub trzy rany pojawiają
się częściej niż inne i są zgodne z twoimi przypuszczeniami, to bardzo
dobrze! Jeżeli zaś rezultat cię dziwi, to jeszcze lepiej! Tak czy
inaczej, właśnie rozpoznałeś zranienia wpływające na twoje życie. Warto
pamiętać, że dane doświadczenie może być postrzegane różnie przez różne
osoby. Jedni odczują rozstanie jako porzucenie, podczas gdy inni -?jako
odrzucenie, zdradę, upokorzenie bądź niesprawiedliwość. Analogicznie
utrata pracy, oszustwo, porażka czy wypadek -?zdarzenia, które nie mają
ze sobą nic wspólnego -?mogą wszystkie zostać zinterpretowane jako (na
przykład) niesprawiedliwość.
Dzięki temu ćwiczeniu rozpoznałeś rany będące źródłem odnawiającego się
cyklu bolesnych doświadczeń, o którym wspominał Jung. Każdy z nas
przeżył -?lub poznał kogoś, kto przeżył -?takie serie nieszczęść:
To straszne, że kobiety, z którymi się wiązałem, zawsze prędzej czy
później mnie zdradzały!
Mam tego dość, ciągle trafiam na przełożonych, którzy postanawiają się
na mnie uwziąć!
Ręce opadają... Za każdym razem, kiedy kupuję nowy samochód, on
natychmiast się psuje!
Tak długo, jak postrzegamy te
doświadczenia jako dramat lub złośliwość losu albo przerzucamy
odpowiedzialność za nie na innych, jednocześnie przyjmując rolę
ofiary, zamykamy oczy na ważny komunikat: to nasza dusza każe nam
odczuwać pewne rany. Dopóki się z nimi nie uporamy, dopóty nie
przestaną nam uprzykrzać życia. To nasze najważniejsze wyzwanie.
Musimy pamiętać, że nawracający problem oznacza, iż nie
wyciągnęliśmy z niego właściwej nauki. To dar, nowa szansa na
dostrzeżenie tego, czego do tej pory nie zauważyliśmy.
Ze zdziwieniem odkryjemy, że nieustannie każemy sobie i
swojemu otoczeniu przeżywać to samo trudne doświadczenie.
Tymczasem najlepszy sposób na zaleczenie rany to nie zadawać jej
sobie ani swojemu otoczeniu.
Wróćmy teraz do naszych celebrytów, żeby zrozumieć efekt cyklicznego
otwierania się ran emocjonalnych.
RANA ODRZUCENIA
Andy Warhol jest jednym z największych artystów XX wieku, jednak
środowisko zawsze uważało jego twórczość za kontrowersyjną. On sam w trakcie studiów czuł się odrzucany i szykanowany. Prześladowała go
myśl o śmierci, miał skłonność do anoreksji (forma odrzucenia własnego
ciała) i był skrajnym perfekcjonistą. Podobnie jak -?również nosząca
ranę odrzucenia -?Angelina Jolie. Aktorka otacza się wąskim gronem
znajomych i ceni samotność. Powtarza, że "zawsze będzie punkówą",
podkreślając przynależność do kontrkultury, która odrzuca ustalony
porządek i nagina obowiązujące reguły. Tych dwoje, choć są znani na
całym świecie, pozostaje na jego peryferiach, wydeptując swoje
artystyczne ścieżki z dala od "stada".
Żeby odciąć się od rany odrzucenia, w pierwszej kolejności należy
przestać zadawać ją sobie, jak również starać się nie zadawać jej innym.
Nie uciekać poprzez ciągłe przeprowadzki, nie przekreślać ludzi, którzy
mają odmienne zdanie, wybierać takie ścieżki kariery, w których
podejmowanie decyzji nie jest najważniejsze (edukacja, medycyna,
analityka, pisarstwo, handel, administracja...), zachowywać umiar w sposobie oceniania innych (to dotyczy szczególnie osób, których praca
polega na ewaluacji drugiego człowieka). Aby doznać ulgi, trzeba
przestać odrzucać innych.
RANA PORZUCENIA
Mimo że Woody Allen ma niezwykłe poczucie humoru, z jego oczu wyziera
smutek. Wzrok "zbitego psa", przygarbiona sylwetka i demonstracyjna
rezygnacja nie przeszkadzają mu systematycznie obsadzać się we własnych
filmach... w większości przypadków w roli ofiary. Tak typowa dla artystów
chęć bycia w centrum uwagi jest znakiem rozpoznawczym rany porzucenia.
Książę Karol ma cztery lata, gdy matka porzuca go, żeby zasiąść na
tronie Anglii. Dla każdego, kto nosi to zranienie, celibat jest udręką.
Karol porzuca więc Camillę Parker Bowles dla Lady Diany, którą
następnie porzuci, by powrócić do Camilli.
Aby uwolnić się od rany porzucenia, należy przestać nadmiernie
przywiązywać się do opinii innych ludzi. Trzeba jednak uważać, żeby
pierwsza lepsza różnica zdań nie stała się pretekstem do porzucenia
przyjaciół lub znajomych, a także starać się nie porzucać rozpoczętych
projektów (pasji, hobby, pomysłów zawodowych).
RANA UPOKORZENIA
Margaret Thatcher, była premier Wielkiej Brytanii, była znana ze swoich
uszczypliwych, a niekiedy upokarzających refleksji. Nie na darmo zwano
ją "żelazną damą". To samo dotyczy byłego prezydenta Francji François
Mitterranda, którego legendarnych docinków obawiał się każdy adwersarz.
Na ich obronę należy dodać, że tych dwoje polityków miało szczególny dar
sondowania nastrojów innych, często przesłaniający im ich własne
potrzeby czy zachcianki. W ten sposób karmili swoją ranę upokorzenia -
uczucia, które Mitterrand powetował sobie, upokarzając swoją żonę, gdy
na jaw wyszedł jego romans z Anne Pingeot. Jeżeli zaś chodzi o Marlona
Brando, o tym zranieniu świadczy choćby jego spora nadwaga. Aktor
wstydził się matki alkoholiczki, która zapijała się do nieprzytomności w miejscach wątpliwej reputacji. Rana upokorzenia, którą nosił przez
całe swoje dzieciństwo, otworzyła się na nowo, gdy przestano mu
proponować role. Następnie upokarzał się sam, nie dbając o siebie i tyjąc na potęgę (sto trzydzieści sześć kilogramów pod koniec życia).
Ekspertem w dziedzinie upokarzania jest Donald Trump, który
bezpardonowo poniża swoich konkurentów i dziennikarzy obraźliwymi
tweetami. Posunął się nawet do stwierdzenia, że z kobietami można robić,
co tylko się chce.
Jeżeli nie chcemy wysłuchiwać przykrych uwag ze strony naszych bliskich,
kolegów z pracy czy nieznajomych na ulicy, sami powinniśmy oszczędzić
innym złośliwych żarcików, upokarzających docinków czy poniżających
przezwisk. Ponadto, powstrzymując się przed nadmiernym zaangażowaniem
(żeby nikogo nie zawieść), poczujemy się mniej wykorzystywani. Wreszcie,
lepiej traktując siebie ("Ale ze mnie głupek!") i zwracając uwagę na
dietę, nie tylko przestaniemy tyć, ale również pozbawimy naszą ranę
upokorzenia racji bytu.
RANA ZDRADY
Ekstrawertyczni, niecierpliwi, uwodzicielscy, emanujący siłą i władzą -
ludzie, którzy noszą ranę zdrady, to urodzeni aktorzy. To zranienie
typowe dla świata polityki, w którym wbijanie noża w plecy to chleb
powszedni. Dlatego wśród aktorów angażujących się w politykę, jak Ronald
Reagan czy Arnold Schwarzenegger, jest ona odczuwana dotkliwiej. O ranie
zdrady świadczą także idealne proporcje sylwetki, jak u Penélope Cruz,
która została zdradzona przez swoją szwagierkę. Kobieta przekazała
prasie informację o ciąży aktorki, mimo że Cruz od zawsze strzegła
swojej prywatności. To nie wszystko -?gdy była w związku z Javierem
Bardemem, oboje postanowili przez rok nie przyjmować żadnej roli, żeby
móc skupić się wyłącznie na sobie. Pakt został jednak wkrótce zerwany,
gdy Bardem zgodził się zagrać w filmie Alejandra Gonzáleza I?árritu, co
aktorka odebrała oczywiście jako zdradę.
Najlepszy sposób, żeby uwolnić się od rany zdrady, to przestać chcieć
wszystko kontrolować -?włącznie z naszym najbliższym otoczeniem
(oficjalnie w celu niesienia pomocy, choć w rzeczywistości dla
własnego komfortu) -?i zacząć trzymać się postanowień dotyczących naszej
osoby (dieta, sport, relaks, detoks nikotynowy...). Jeżeli nauczymy się
być mniej niecierpliwi, jeżeli przestaniemy twierdzić, że posiedliśmy
całą prawdę świata, zdrada -?osobista lub zawodowa -?stanie się tylko
przykrym wspomnieniem.
RANA NIESPRAWIEDLIWOŚCI
Zinédine Zidane, jeden z najlepszych piłkarzy w historii, jest znany nie
tylko ze swoich niezwykłych umiejętności, ale i z fatalnego w skutkach
zdarzenia, jakie miało miejsce w finale mistrzostw świata w 2006 roku.
Cóż za niesprawiedliwość dla gracza tej klasy! Podczas pamiętnego
meczu, w odpowiedzi na obelgi niesprawiedliwie uderzające w jego matkę
i siostrę, Zidane zadał jednemu z włoskich piłkarzy cios głową, za co
zastał wyrzucony z boiska, przyczyniając się do niesprawiedliwej
klęski swojej drużyny. Ową niesprawiedliwość skwitował następująco:
"Tylko reakcja podlega karze. Ale nie ma reakcji bez prowokacji". Nic
dziwnego, że dzisiaj, kiedy jest utalentowanym trenerem, przykleja mu
się etykietkę niesprawiedliwego wobec niewyselekcjonowanych
zawodników. Wyprostowana sylwetka, wypukłe pośladki i możliwie
najbardziej perfekcyjna postawa (główne znaki rozpoznawcze
niesprawiedliwości) to także atrybuty Johna F. Kennedy'ego. Wybór tego
najmłodszego w chwili obejmowania urzędu prezydenta USA, którego rodzina
doświadczyła całej serii niesprawiedliwych tragedii, dawał nadzieję na
realizację programu bardziej równościowej polityki sprawiedliwości.
Co zrobić, żeby przestać czuć się traktowanym w sposób
niesprawiedliwy? Po pierwsze, uświadomić sobie niesprawiedliwość,
jaką wyrządzamy samym sobie. Jest nią na przykład dążenie do perfekcji
we wszystkich dziedzinach życia kosztem własnego zdrowia lub czasu
spędzanego z bliskimi. Aby uniknąć wypalenia, zacznijmy dostrzegać
własną wrażliwość i potrzeby. Po drugie, starajmy się nie zapominać
niesprawiedliwie o tych, którzy nam pomogli, oraz o skutkach, jakie
wywołuje każda nasza decyzja.
Najczęściej jesteśmy nosicielami dwóch ran dominujących, co utrudnia ich
rozpoznanie. Możemy mieć ciało o idealnych proporcjach (rana
niesprawiedliwości), lecz biodra nieco szersze od ramion (rana zdrady) -
będziemy wówczas odczuwać obydwa zranienia. Analogicznie, jeżeli mamy
skłonność do tycia, a naszym mięśniom brakuje napięcia, prawdopodobnie
oznacza to, że nosimy zarówno ranę porzucenia, jak i ranę upokorzenia.
ZAAKCEPTOWANIE TRUDNEGO DOŚWIADCZENIA
Niezależnie od tego, czy nosimy jedną czy kilka ran, koniecznie musimy
przyjrzeć się nie tylko temu, co każemy znosić sobie i innym, ale także
sposobowi, w jaki postrzegamy problematyczne zdarzenia. Przykład Nicole,
jednej z uczestniczek moich warsztatów, jest szczególnie wymowny.
Kobieta uznała za niesprawiedliwe, że w dniu jej urodzin partner nie
złożył jej życzeń już z samego rana (inni, w zależności od noszonej
rany, uznaliby to za odrzucenie, zdradę, upokorzenie lub porzucenie).
Wieczorem, odkrywszy, że wraz z przyjaciółmi zorganizował dla niej
przyjęcie niespodziankę, znów odebrała to jako niesprawiedliwość -?tym
razem dlatego, że nie domyślił się, iż wolałaby romantyczną kolację we
dwoje. Spoglądając na to z dystansu, zrozumiała, że każde wydarzenie
interpretowała przez pryzmat swojej rany. Nie zdawała sobie sprawy, że
narzekając przez cały dzień, to ona sama traktowała niesprawiedliwie
swojego partnera, mimo że mężczyzna wcale nie zapomniał o jej
urodzinach.
Przez całe życie będziemy przyciągać do
siebie ludzi i sytuacje, które każą nam doświadczać naszych ran po to,
byśmy mogli je uleczyć. Zrozumienie tego pozwala przestać pochopnie
oceniać działania otaczających nas ludzi i o wiele lepiej sobie z nimi
radzić.
Od tej pory każdą nową przeciwność losu należy postrzegać jako okazję do
zmiany naszego nastawienia. Spójrzmy na kolejny przykład: Laurent, mój
przyjaciel z południowej Francji, jest współwłaścicielem paryskiego
mieszkania, którego połowa należy do jego mieszkającej w Hiszpanii
siostry. Jako że nosi w sobie ranę odrzucenia, uwielbia chwile
samotności i nie znosi, gdy na głowę zwalają mu się nieproszeni goście.
A ponieważ przyciągamy do siebie sytuacje, które otwierają nasze rany,
toteż przypadek sprawił, że pewnego dnia siostra zaproponowała
przyjaciołom zwiedzającym miasto, by zanocowali w mieszkaniu akurat w czasie, kiedy przebywał w nim Laurent. Mężczyzna odebrał ten splot
okoliczności jako odrzucenie ze strony siostry. Zrewanżował się więc jej
takim samym odrzuceniem, nie zgadzając się na tego rodzaju
niezapowiedziane wizyty. Pewnego dnia siostra zapytała go, czy jej
chorująca na raka teściowa nie mogłaby zatrzymać się w mieszkaniu na
czas badań. Laurent, który przebywał wówczas w Paryżu, zamarł: "Może
przyjechać, ale ja w takim razie zanocuję w hotelu". Odrzucił więc także
teściową siostry. Eksmitując się z własnego mieszkania, tylko
przekierował problem. Nie zrozumiał, że wszystko wokół niego
sprzysięgło się, żeby jątrzyć ranę tak długo, aż Laurent wyciągnie z tej sytuacji lekcję i przestanie odrzucać innych. Za moją poradą
zdecydował się serdecznie przyjąć teściową siostry, nie wyprowadzając
się z mieszkania. Efekt? Teściowa przysłała maila, w którym wyjaśniła,
że zatrzyma się u bliskiej przyjaciółki i wobec tego nie będzie
niepokoić Laurenta.
Żeby nie zmagać się w nieskończoność z naszymi ranami i nie zadawać ich innym, trzeba podjąć działania, które
uniemożliwią powtarzanie tych samych doświadczeń przez całe życie.
Zerwanie kontaktu z daną osobą nie jest rozwiązaniem. Najlepszym
sposobem, żeby uleczyć ranę i przestać odczuwać jej dotkliwe skutki,
jest jej rozpoznanie i zaakceptowanie oraz uświadomienie sobie, że
powraca ona do nas cyklicznie dla naszego dobra.
Rozpoznanie swojej rany nie oznacza, że powinniśmy zgadzać się na
wszystko. W obliczu nadużyć, przemocy moralnej lub zwykłych
złośliwości koniecznie należy chronić siebie i mówić o swoich
uczuciach. Oczywiście nie mam tutaj na myśli gwałtu, przemocy
fizycznej, molestowania czy innych czynów, przed którymi jedynym
ratunkiem jest ucieczka. Ochroniwszy siebie, trzeba będzie wrócić do
samego zdarzenia, by je przeanalizować i wyciągnąć z niego naukę.
Jeżeli uda nam się odpowiednio od niego zdystansować -?niekiedy
dopiero wiele lat później -?gdy zdążymy się już odbudować, gdy
ewentualnie przebaczymy naszemu agresorowi oraz rozwiniemy
umiejętności i talenty, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia -
przyjdzie czas, żeby spojrzeć na to doświadczenie z innej perspektywy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki