? Copyright by Wydawnictwo Naukowe PWN S.A., Warszawa 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Przedruk i reprodukcja w jakiejkolwiek postaci całości bądź części książki bez pisemnej zgody wydawcy są zabronione.
Treści zawarte w niniejszej książce mają charakter informacyjny i nie stanowią porady medycznej, zatem powinny być każdorazowo ocenione i mogą być zastosowane przez lekarza ze względu na indywidualny stan zdrowia pacjenta.
Wydawca: Monika Dyjak
Przeprowadzenie i opracowanie rozmów: Beata Igielska
Korekta: Agata Czaplarska
Producent: Marta Kubica
Zdjęcie na okładce: Patrzę Kadrami // Aneta Mikulska
Ilustracje na stronach tytułowych: opracowanie - Patrycja Krzemień - na podstawie grafik z serwisu magnific.com
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek
eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie I)
Warszawa 2026
PZWL Wydawnictwo Lekarskie
ISBN 978-83-01-25133-8
Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.
ul. G. Daimlera 2
02-460 Warszawa
pwn.pl
Księgarnia wysyłkowa:
tel. 42 680 44 88; infolinia: 801 33 33 88
e-mail: [email protected]
Informacje w sprawie współpracy reklamowej: [email protected]
PRZEDMOWA
Jeśli właśnie czytasz te słowa, oznacza to niezbicie, że dotarły do Ciebie "Rozmowy o porodzie" - podobnie zresztą jak do mnie, kiedy poproszono mnie o napisanie kilku słów wstępu czy też czegoś w rodzaju przedmowy. Przyznam szczerze, że całą książkę pochłonąłem w okamgnieniu - niemal jednym tchem. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że temat jest mi bardzo bliski. W zasadzie jednak, po krótkiej chwili zastanowienia, muszę sprostować poprzednie zdanie, które byłoby wielkim uproszczeniem. Ten temat to przecież całe moje życie zawodowe - tysiące godzin (a może i więcej?) spędzonych na sali porodowej, na oddziale położniczym, na patologii ciąży, w gabinecie lekarskim czy na sali operacyjnej. Nie jestem w stanie zliczyć, ile takich rozmów, o których za chwilę przeczytacie, sam odbyłem w swoim życiu. Każdy z nas ma wiele historii, których był udziałem, świadkiem czy uczestnikiem.
Dlatego z wielką ciekawością zagłębiłem się w lekturę tekstów Michała Lipy i Wojtka Falęckiego - choć właściwie poprawniej byłoby powiedzieć: "Panów Doktorów Lipy i Falęckiego". Jednakże zważywszy na fakt, iż tak wiele nas łączy i że znam ich obu praktycznie od czasów studiów (oczywiście to oni byli studentami), pozwoliłem sobie na te bardziej familiarne określenia. Mam nadzieję, że zechcą mi to wybaczyć.
Na pierwszy rzut oka można by mniemać, że książka, której lekturze właśnie się oddajecie, jest zbiorem ploteczek, anegdot i opowiastek związanych z szeroko pojętym położnictwem. I rzeczywiście - w pewnym sensie tak jest, ale na szczęście nie do końca. Ta książka niesie bowiem bardzo ważny przekaz - a właściwie wiele ważnych przekazów, o czym przekonacie się, zagłębiając się w jej treść.
Obaj Autorzy to doświadczeni lekarze-ginekolodzy-położnicy, a Michał dodatkowo jest perinatologiem. W bardzo przystępny sposób na kartach książki, poprzez opowiadane niezwykle sugestywnie historie, pokazują Czytelnikom to, z czym stykają się na co dzień, wykonując swój zawód. Bez trudu przekonacie się, że czynią to z ogromną pasją, oddaniem i zaangażowaniem. Co ważne - opowiadając o wydarzeniach, w których uczestniczyli, starają się ukazywać ich różnorodne oblicza i wymiary, a także ich nierzadko złożony charakter.
Warto podkreślić, że nie oceniają innych - swoich pacjentek, ich partnerów ani osób przewijających się w opowiadanych historiach. Nie mówią, co było dobre, a co złe, kto postąpił słusznie, a kto nie, czy podejmowane przez ich rozmówców decyzje miały sens, czy też nie. Uważam, że było to trudne zadanie, bo z reguły lubimy oceniać innych, a nierzadko także krytykować ludzi i sytuacje. Można śmiało powiedzieć, że Panowie pokazali pełną klasę, co bardzo mnie cieszy.
Muszę przyznać, że podczas lektury na mojej twarzy wielokrotnie pojawiał się uśmiech. Działo się tak zazwyczaj wtedy, gdy opisywali sytuacje, w których sam uczestniczyłem lub które znam z naszych klinicznych rozmów i opowieści. Przypominały mi się również sytuacje, które i w mojej pamięci utkwiły na zawsze - niektóre niezwykle dramatyczne, inne po prostu zabawne.
Nigdy na przykład nie zapomnę pewnego wieczornego obchodu na oddziale położniczym. Były to czasy, gdy porodów było znacznie więcej niż obecnie, obłożenie było wręcz nadmierne, a pacjentka, którą właśnie wspominam, leżała na jednym z łóżek na korytarzu - tuż naprzeciwko sali porodowej. Osłuchiwałem u niej tętno płodu - taką śmieszną metalową słuchawką położniczą w kształcie trąbki (dzisiaj już się ich nie używa) - zrobiłem to (nie wiedzieć czemu) trochę dłużej niż zazwyczaj. Na początku serce dziecka biło pięknie - około 140 uderzeń na minutę - po czym nagle częstość zaczęła spadać, aby dosłownie po kilku chwilach dojść do zaledwie pojedynczych uderzeń. Decyzja musiała być prosta, szybka i jednoznaczna - natychmiastowe cięcie cesarskie. Na szczęście pacjentka leżała tuż przy sali porodowej i sali cięciowej, więc logistycznie idealnie. Akcja była nadzwyczaj błyskawiczna - bez chwili zbędnej zwłoki. Urodziliśmy dziecko z zanikającą akcją serca, której przyczyną był zaciskający się właśnie węzeł prawdziwy pępowiny. Jeszcze chwila i byłoby po wszystkim. Pacjentka wielokrotnie później dziękowała mi za uratowanie życia jej dziecka. Ja jednak zawsze odpowiadałem z pokorą, że to nie ja, lecz jakaś Opatrzność, która nad nią czuwała. Gdybym osłuchiwał tętno minutę wcześniej, wszystko byłoby jeszcze w porządku. Gdyby natomiast stało się to trzy minuty później - dziecko prawdopodobnie już by nie żyło. Byłem, za sprawą jakiegoś zrządzenia losu, w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, no i oczywiście zareagowałem tak, jak wymagała tego sytuacja.
Inna historia, którą często przytaczam, dotyczy pacjentki zgłaszającej się do porodu z wręcz wzorcowo prowadzoną ciążą - miała udokumentowanych dziesięć wizyt u swojego ginekologa. Tymczasem okazało się, że była to ciąża urojona, czyli taka, której de facto nie było. Ale to już dłuższa opowieść, którą być może przytoczę, jeśli kiedyś zdobędę się na spisanie wspomnień.
Mam jeszcze jedną ważną refleksję. Michał i Wojtek są - co wielokrotnie już podkreślałem - świetnymi lekarzami, doświadczonymi specjalistami, a pierwszy z nich jest świeżo upieczonym doktorem habilitowanym. Jednak opowiadając Czytelnikom swoje historie, nie przechwalają się - po prostu opowiadają. Z pewnością zauważycie - podobnie jak ja - że mimo ogromnej wiedzy nie sprawiają wrażenia ludzi, którzy "pozjadali wszystkie rozumy". Nie szczycą się swoimi osiągnięciami ani nie sugerują, że wszystko zawdzięczają własnemu geniuszowi i nieomylności.
Wielokrotnie podkreślają natomiast, jak wiele nauczyli się od swoich mentorów i nauczycieli, których obserwowali i starali się naśladować.
Muszę przyznać, że właśnie to szczególnie łechce moją próżność, ponieważ mam tę przyjemność, iż obaj pracują ze mną praktycznie od początku swojej kariery. Z dumą obserwuję ich rozwój, śledzę postępy i uczestniczę w ich sukcesach. Staram się być nie tylko ich nauczycielem, ale również wsparciem. Czy dobrze wywiązuję się ze swoich obowiązków wobec nich? To już nie mnie oceniać - należałoby zapytać ich, i to najlepiej nie w mojej obecności. Zdarzyło mi się jednak usłyszeć od nich pytanie: "Skąd Pan wiedział, że coś będzie dla nas dobre, że to w przyszłości może nam się przydać, że kiedyś zaowocuje?". I właśnie to napawa mnie prawdziwą dumą.
A skąd wiedziałem? Po pierwsze - mam dobrą rękę i dobre oko do wartościowych ludzi, takich jak Wojtek i Michał. Po drugie - o wiele ważniejsze - ja też miałem wspaniałych nauczycieli, od których mogłem uczyć się, jak traktować i rozwijać Zespół i Współpracowników. To właśnie moi nauczyciele ukształtowali też moją zawodową osobowość i w ogromnym stopniu przyczynili się do tego, gdzie obecnie jestem i co udało mi się osiągnąć. Moim największym Mentorem był i zawsze będzie Pan Profesor Longin Marianowski, którego nazwisko pojawia się zresztą na łamach niniejszej książki.
Wracając jednak do "Rozmów o porodzie", aby nie popaść w nadmierną manierę mówienia o sobie, chciałbym podkreślić jeszcze jeden niezwykle istotny walor książki Wojtka i Michała - jej aspekt edukacyjny. Każdy rozdział kończy się praktycznymi uwagami i wskazówkami, przeznaczonymi zarówno dla młodych lekarzy, rozpoczynających swoją zawodową drogę w położnictwie, jak i dla par, które są w ciąży lub planują ją w przyszłości. Warto uważnie przeczytać te rady - uważam, że mogą być bardzo przydatne i pomocne w sytuacjach, z którymi być może kiedyś się zmierzycie.
Na koniec pragnę serdecznie podziękować Michałowi i Wojtkowi - nie tylko za napisanie książki, która sprawiła mi wiele radości, ale przede wszystkim za lata naszej wspaniałej współpracy oraz za to, że są przy mnie i od dawna stanowią bezcenne wsparcie. Śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy ze sobą razem jak w serialowej Leśnej Górze - "na dobre i na złe". Obyśmy tego dobrego doświadczali zawsze jak najwięcej.
Tymczasem życzę miłej lektury wszystkim, którzy zagłębią się w "Rozmowy o porodzie".
Prof. dr hab. n. med. Mirosław Wielgoś
Klinika Położnictwa i Perinatologii, Państwowy Instytut Medyczny MSWiA w Warszawie
Poród rodzinny
Kiedyś mężczyźni w ogóle nie mieli wstępu na salę porodową. Kobieta po porodzie leżała tydzień. Niedawno trafiłem na listy, które mój tata pisał do mamy - portier przekazywał je do sali.
Które doświadczenia związane z porodami rodzinnymi najbardziej zapadły wam w pamięć?
Wojciech J. Falęcki: Poród rodzinny to wspaniała sprawa, choć w czasie pandemii był niestety niemożliwy. Pamiętam sytuację, która obiegła później media: mama stojąca na parterze kliniki pokazuje świeżo urodzone dziecko tacie czekającemu na parkingu - niemal jak scena z "Króla Lwa". Michał zrobił wtedy zdjęcie, które udostępniłem w swoich mediach społecznościowych, a ono trafiło do głównych wydań wiadomości.
Często słyszy się historie o partnerach mdlejących podczas porodu - i to wcale nie są scenariusze rodem z amerykańskich seriali. Naprawdę tak bywa. Pacjentka ma w torbie wszystko przygotowane, opisane, zaczyna dyrygować: "Tu są śpioszki, tu to, tu tamto", a partner... kompletnie pogubiony. Kobieta właśnie urodziła dziecko, czekamy na łożysko, maluch jest już badany, a on nadal nie wie, co zrobić. To świeżo upieczone mamy potrafią najszybciej wziąć sprawy w swoje ręce - i o dziwo mają na to siły.
Pamiętam też sytuację, kiedy po porodzie szyłem krocze. Partner był przy pacjentce, ale nagle ona mówi: "Panie doktorze, proszę dać mu krzesło, bo zaraz zemdleje". Zszedłem z fotela, podałem mu krzesło, zorganizowałem drugie - i spokojnie dokończyłem szycie.
Po porodach panie odpoczywają, a panowie maszerują w tę i z powrotem korytarzem z wanienkami, w których śpią dzieci. Kiedyś tego nie było - dziś partnerzy odgrywają w opiece ogromną rolę. Wielu decyduje się na kangurowanie i to jest naprawdę piękny widok.
Michał Lipa: Podczas pandemii prowadziłem ciążę pacjentki spodziewającej się trojaczków. Była szczupła, dzięki czemu dzieci doskonale było widać na USG. Jej mąż bardzo chciał wejść na badanie, ale obowiązywały ścisłe obostrzenia - nie mogłem zrobić wyjątku, skoro nie pozwoliłem wejść poprzedniemu tacie. Pacjentka, pielęgniarka, zapytała, czy mogę jednak przymknąć oko. Odmówiłem, tłumacząc, że muszę traktować wszystkich równo. Przez kilkanaście minut badania nie spojrzała nawet raz na monitor. Leżała obrażona. Rozmawiałem spokojnie, wszystko wyjaśniałem, ale ona wciąż patrzyła w bok.
Los sprawił, że zobaczyliśmy się ponownie dzień przed Wigilią. Otrzymałem informację o zespole przetoczenia między bliźniętami dzielącymi łożysko - jedno zaczęło oddawać krew drugiemu. Postępowaniem z wyboru jest wtedy zabieg laserowy, wymagający wprowadzenia cienkiej kamery do macicy i zamknięcia połączeń naczyniowych. Gdy wszedłem na salę, pacjentce zrzedła mina, a jej mąż - niezwykle sympatyczny człowiek - rozładowywał atmosferę, rozśmieszając całą poczekalnię. Ona wciąż miała do mnie żal. Powiedziałem, co zamierzamy zrobić, i że to zabieg wysokiego ryzyka. Wykonywałem go wtedy po raz pierwszy. Udał się. Później pacjentka zachorowała na COVID i trafiła do szpitala, ale ostatecznie szczęśliwie urodziła trzy zdrowe córeczki.
W.J.F.: Kiedyś mężczyźni w ogóle nie mieli wstępu na salę porodową. Kobieta po porodzie leżała tydzień. Niedawno trafiłem na listy, które mój tata pisał do mamy - portier przekazywał je do sali.
W czasie pandemii, podobnie jak Michał, byłem bardzo konsekwentny w niewpuszczaniu nikogo poza pacjentkami na oddział. Prowadziłem wtedy ciążę żony przyjaciela. To był 5 września, sobota - miałem dyżur i zaprosiłem Monikę, żeby rodziła właśnie tego dnia. Poród był jedyny tego dnia. Kilka godzin później wziąłem maleńkiego Tadzia do "kuwetki", zjechałem na izbę przyjęć i pokazałem go ojcu. Byłem wzruszony tak samo jak Grzesiek, który właśnie został tatą. Zrobiłem pierwsze zdjęcie - dziś wisi w wielu miejscach ich domu.
Miałem czyste sumienie: z jednej strony mogłem pokazać swojemu przyjacielowi jego syna, a z drugiej - zachowałem zasady i nie wpuściłem go na salę porodową ani na oddział. Z Tadziem jeżdżę dziś na wakacje, patrzę, jak dorasta. Oglądałem go, gdy miał 7 milimetrów, i oglądam, teraz gdy ma 5 lat. To jest absolutnie niezwykłe.
Jak obecnie zorganizowane są porody rodzinne i jak często kobiety się na nie decydują?
W.J.F.: Porody rodzinne w Polsce pojawiły się w latach 90., w dużej mierze dzięki inicjatywie profesora Marianowskiego - w wielu krajach Europy były dostępne już wcześniej. To naprawdę świetne rozwiązanie. Co ważne, pacjentce wcale nie musi towarzyszyć partner czy ojciec dziecka. Może to być każda bliska osoba, której ufa i przy której czuje się bezpiecznie. Zdarza się też, że kobiety decydują się rodzić samodzielnie - i to również jest w pełni szanowany wybór.
Macie sytuacje, w których matka towarzyszy córce na sali porodowej?
M.L.: Zdarza się, choć przyznam, że nie jest to najlepsze połączenie. Duety typu mama-córka czy teściowa-synowa często okazują się bardzo trudne. Matki zwykle mają jak najlepsze intencje i naprawdę chcą pomóc, ale robią to w sposób, który zamiast wspierać, wywołuje odwrotny efekt. Przeżywają poród córki tak mocno, że same wymagają opieki. Z całej swojej kariery dobrze wspominam właściwie tylko jedną taką sytuację - panią, która została babcią... w wieku 33 lat.
Jak to możliwe - babcią w wieku 33 lat?
M.L.: Sama urodziła bliźnięta jako 17-latka, właśnie w naszym szpitalu. Jednym z tych bliźniąt była jej córka, która później rodziła mając 16 lat - również tutaj. Cykl dosłownie zamknął się w tych samych murach.
W.J.F.: A propos wieku rodzących - na porannych odprawach trafiają się naprawdę niezwykłe historie. Mieliśmy dwie pacjentki: jedna miała prawie 18 lat, druga 16 lat i 3 miesiące. Zgodnie z przepisami noworodka nie można wydać osobie niepełnoletniej. W przypadku dziewczyny, której brakowało tygodnia do pełnoletności, profesor zdecydował, że zostanie w szpitalu nieco dłużej - dzięki temu mogliśmy wypisać ją do domu razem z dzieckiem bez dodatkowych formalności. Natomiast w przypadku 16-latki konieczne było ustanowienie opieki babci, bo tylko ona mogła odebrać wnuka.
M.L.: Bywało też zabawnie. Na starej sali porodowej przy Starynkiewicza były boksy oddzielone jedynie ściankami działowymi, pod sufitem wysokim na pięć metrów. W tym samym czasie, choć w dwóch skrajnych boksach, rodziły... teściowa i synowa. Sytuacja wydawałaby się nieprawdopodobna, ale jednak miała miejsce. Mieliśmy też przypadki, w których ojciec dziecka był młodszy od najstarszego potomstwa rodzącej.
W.J.F.: Ale nie zawsze jest tak lekko. Widzimy również trudne życiowo historie. Zdarza się, że do 20. tygodnia ciąży wszystko przebiega wzorowo, a potem pytam pacjentkę, co się dzieje, i słyszę: "Partner mnie zdradził i zostawił". Kobieta nagle zostaje sama i samotnie rodzi swoje dziecko.
Była też pacjentka, której partner pojawił się tylko na jednej wizycie. Namawiałem go, żeby zobaczył USG, posłuchał bicia serca dziecka - był kompletnie nieobecny. Przy porodzie pojawił się, ale wyglądał na całkowicie zagubionego. W połogu pytam pacjentkę: "Jak się ułożyło z partnerem?". Odpowiada, że to już nieaktualne, zamieszkała u rodziców, a on tylko czasem odwiedza córkę.