ROZDZIAŁ 1
Dashwoodowie od dawna mieszkali w Sussex. Jako właściciele rozległych ziem obrali za swoją siedzibę Norland Park, leżący dokładnie pośrodku należących do nich włości, i tam przez wiele pokoleń wiedli życie tak szacowne, że zaskarbili sobie powszechne poważanie wśród sąsiadów. Nieżyjący już właściciel majątku zmarł w sędziwym wieku jako kawaler. Przez wiele lat korzystał z opieki siostry, która prowadziła mu dom i dotrzymywała towarzystwa. Jej śmierć, wyprzedzająca o dziesięć lat jego własną, stała się zarzewiem wielkich zmian. Chcąc zrekompensować sobie utratę gospodyni, zaprosił i przyjął pod swój dach rodzinę bratanka, pana Henry'ego Dashwooda, prawnego spadkobiercy Norland, a przy tym człowieka, któremu sam ów majątek zamierzał zapisać. W towarzystwie bratanka, jego żony i dzieci dni starszego pana upływały bardzo przyjemnie, a łączące go z tą rodziną więzy z każdym rokiem się zacieśniały. Względy okazywane mu nie z wyrachowania, lecz z dobroci serca, zapewniły mu wszelkie wygody, jakich mógłby sobie życzyć człowiek sędziwy, a dziecięce figle rozjaśniły mu schyłek życia.
Pan Henry Dashwood miał syna z pierwszego małżeństwa i trzy córki z drugiego. Syn, stateczny i szacowny młody człowiek, został hojnie obdarowany pokaźnym majątkiem matki, którego połowę odziedziczył z chwilą osiągnięcia dorosłości. Rychło powiększył swój stan posiadania dzięki korzystnemu ożenkowi, dlatego dziedziczenie Norland mniej dla niego znaczyło niż dla panien Dashwood, których majątek - pomijając to, co mogłyby otrzymać, gdyby posiadłość dostała się w spadku ich ojcu - był bardzo skromny. Ich matka nie miała nic, ich ojciec - ledwie siedem tysięcy funtów, gdyż pozostałą część majątku pierwszej żony również zapisano ich dziecku, on zaś czerpał z niej jedynie dożywotni procent.
Starszy pan zmarł. Odczytano jego testament, który - jak to testament - sprawił jednocześnie wielki zawód i wielką radość. Zmarły nie był ani tak niesprawiedliwy, ani tak niewdzięczny, aby odebrać bratankowi posiadłość, lecz zostawił mu ją na warunkach odbierających jej połowę wartości. Pan Dashwood pragnął odziedziczyć Norland nie dla siebie czy pierworodnego, lecz dla żony i córek, tymczasem majątek ziemski zapisano jego synowi i synowi jego syna, dziecku ledwie czteroletniemu, i to w taki sposób, że pan Dashwood stracił możliwość zaspokojenia potrzeb osób mu najdroższych i najbardziej wymagających wsparcia, nie mógł bowiem ani zastawić posiadłości, ani sprzedać cennych lasów. Wszystko to od tej chwili należało do tego dziecka, które podczas nielicznych wizyt jego rodziców w Norland podbiło serce staruszka urokami całkiem zwykłymi u malca dwu- lub trzyletniego. Urocze przeinaczanie słów, zajadłe stawianie na swoim, zmyślne sztuczki, nieokiełznana hałaśliwość - wszystko to przeważyło nad opieką, jaką żona pana Henry'ego Dashwooda i jej trzy córki przez lata otaczały starszego pana. Ten nie chciał być jednak niemiły, więc w dowód serdeczności zostawił każdej z dziewcząt po tysiąc funtów.
W pierwszej chwili pan Dashwood przeżył srogie rozczarowanie, był jednak z natury pogodny, a rozsądek podpowiadał mu, że pożyje jeszcze dość długo. Gdyby zdołał przy tym żyć oszczędnie, odłożyłby znaczną sumę z już i tak niebagatelnych zysków z posiadłości, te zaś bez trudu można było jeszcze powiększyć. Tymczasem majątkiem, z którego przekazaniem w jego ręce opatrzność tak długo zwlekała, cieszył się ledwie rok. Dokładnie o tyle przeżywszy swego wuja, zapisał żonie i córkom marne dziesięć tysięcy funtów z dotychczasowych zapisów.
Gdy zorientowano się w powadze sytuacji, natychmiast posłano po jego syna, któremu pan Henry Dashwood z całą mocą, na jaką umiał się zdobyć w chorobie, polecił troskę o siostry i macochę.
Pan John Dashwood nie był równie serdeczny jak reszta rodziny, niemniej poruszyła go ojcowska prośba wyrażona w tak doniosłej chwili, więc przyrzekł dołożyć starań, by zapewnić wdowie i jej córkom komfortowe życie. Jego słowa uspokoiły umierającego i odtąd pan John Dashwood mógł się już do woli zastanawiać, jakie kroki gotów jest właściwie podjąć.
Nie był nieżyczliwy innym, chyba żeby uznać za przejaw nieżyczliwości pewną samolubność i bezduszność, jednak ogólnie rzecz biorąc, był człowiekiem szanowanym, gdyż zasadniczo spełniał swoje powszednie obowiązki. Gdyby poślubił damę nieco milszą, zaskarbiłby sobie może jeszcze większe poważanie i stałby się sympatyczniejszy, ożenił się bowiem bardzo młodo i był w swej żonie bardzo zakochany. Ale pani Johnowa Dashwoodowa okazała się istną karykaturą męża, jeszcze bardziej od niego samolubną i ograniczoną.
Pan John Dashwood po złożeniu ojcu obietnicy zaczął przemyśliwać o tym, aby powiększyć majątek każdej z sióstr sumą tysiąca funtów. Naprawdę sądził wówczas, że jest do tego zdolny. Perspektywa dodatkowych czterech tysięcy dochodu rocznie, a do tego druga połowa majątku matki rozgrzały jego serce i wznieciły w nim hojność. Tak, ciepłą ręką ofiaruje im trzy tysiące funtów! To wystarczy, by oszczędzić im trosk finansowych. Trzy tysiące funtów! Stać go na to, aby bez większej szkody dla siebie podarować im tak znaczną sumę. Myślał o tym przez cały dzień, a potem jeszcze przez kilka kolejnych i nie żałował powziętego postanowienia.
Pani Johnowa Dashwoodowa od razu po pogrzebie, nie uprzedziwszy o niczym teściowej, przyjechała z dzieckiem i służącymi do Norland. Nikt nie odmawiał jej tego prawa, dom od śmierci teścia należał do jej męża, lecz nietaktowność jej postępku była tym większa, że choć dotknąłby on każdą wdowę, to dla pani Dashwood, do głębi honorowej i wzruszająco szczodrej, taki despekt - przez kogokolwiek wymierzony czy doznany - był niewypowiedzianie obrzydliwy. Żona jej pasierba nigdy nie cieszyła się sympatią rodziny męża, lecz aż dotąd nie miała okazji im dowieść, jak wielkie potrafi okazać lekceważenie, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Pani Dashwood tak boleśnie odczuła tę nieuprzejmość, tak szczera ogarnęła ją pogarda dla żony pasierba, że po przyjeździe tej ostatniej do Norland wyniosłaby się stamtąd na zawsze, gdyby zrazu prośby najstarszej córki nie skłoniły jej do namysłu nad stosownością natychmiastowego wyjazdu, a później żarliwa miłość do wszystkich trzech nie kazała jej zostać i przez wzgląd na nie unikać nadwerężania stosunków z ich bratem.
Elinor, owa najstarsza córka, której porada okazała się tak skuteczna, miała dar właściwego rozeznania i chłodnej oceny, dzięki czemu już jako dziewiętnastolatka mogła stale służyć matce pomocą i nierzadko z korzyścią dla wszystkich przeciwdziałać jej pochopniejszym decyzjom, które co do zasady musiały okazać się nieroztropne. Miała wielkie i czułe serce, lecz wiedziała, jak nim zarządzać. Tej sztuki jej matka nie zdołała dotąd opanować, a jedna z sióstr postanowiła się nigdy nie uczyć.
Marianne pod wieloma względami niemal dorównywała siostrze rozsądkiem i inteligencją, lecz we wszystko angażowała się bez reszty, przez co równie nieumiarkowanie przeżywała radość, jak i pogrążała się w żalu. Była szczodra, sympatyczna, interesująca, brakowało jej jednak rozwagi. Uderzało podobieństwo łączące ją z matką.
Tym romantycznym porywom Elinor przyglądała się z niepokojem, choć pani Dashwood ceniła je i hołubiła: teraz obie nie szczędziły sobie zachęt do pogrążania się bez pamięci w niedoli. Skwapliwie rozniecały żałobę, podsycały ją, wzbudzały raz po raz na nowo. Nurzały się w cierpieniu, w każdej myśli szukając sposobności do spotęgowania nieszczęścia, zdecydowane nigdy w życiu nie dać się pocieszyć. Elinor także cierpiała, lecz umiała z tym walczyć i potrafiła powściągnąć emocje. Naradziła się z bratem, przyjęła bratową i obdarzyła ją stosownymi względami, wreszcie skłoniła matkę do podobnego wysiłku i zachęciła do podobnej łaskawości.
Trzynastoletnia Margaret, druga siostra Elinor, była dziewczynką pogodną i życzliwą, lecz ponieważ przesiąkła romantycznym usposobieniem Marianne, a nie posiadała jej rozsądku, niewielkie były szanse na to, że w starszym wieku dorówna siostrom.
ROZDZIAŁ 2
Pani Johnowa Dashwoodowa objęła urząd gospodyni Norland, degradując przy tym macochę i siostry męża do rangi gości, niemniej odnosiła się do nich z nieostentacyjną uprzejmością, jej mąż zaś traktował je równie życzliwie jak wszystkich nienależących do jego najbliższej rodziny. Nalegał wręcz, aby czuły się w Norland jak w domu, a ponieważ pani Dashwood żaden plan nie wydawał się odpowiedniejszy od pozostania tam do czasu przeprowadzki do jakiegoś domu w sąsiedztwie, zaproszenie pasierba zostało przyjęte.
Pozostanie w Norland, gdzie każda rzecz przywoływała dawne radości, idealnie odpowiadało stanowi jej ducha. W dobrych czasach zachowywała niezrównaną pogodę i wyczekiwała szczęścia z tym niezmąconym spokojem, który sam w sobie jest jego źródłem. W złych ponosiły ją emocje i jak wcześniej nie dawała sobie popsuć radości, tak teraz nie pozwalała się utulić w żalu.
Pani Johnowa Dashwoodowa zdecydowanie nie popierała zamiarów małżonka względem sióstr. Uszczuplenie majątku ich ukochanego synka o całe trzy tysiące funtów oznaczało zubożenie go w sposób wręcz potworny. Poprosiła męża, aby jeszcze przemyślał podjętą decyzję. Jak zdoła sam przed sobą usprawiedliwić obrabowanie najdroższego jedynaka z tak ogromnej sumy? Jakie prawa do tak nieopisanej hojności mogły sobie rościć panny Dashwood, siostry ledwie przyrodnie, co w jej oczach wcale nie stanowiło pokrewieństwa? Było powszechnie wiadome, że dzieci jednego ojca pochodzące z dwóch małżeństw rzadko pałają do siebie serdecznym uczuciem, i nikt tego od nich nie oczekiwał. W imię czego jej mąż miałby doprowadzić do bankructwa siebie i ich nieszczęsnego Henry'ego, zrzekając się całego swego majątku na rzecz przyrodnich sióstr?
- Tak brzmiało ostatnie życzenie ojca - odparł pan John Dashwood. - Abym wsparł wdowę po nim i jej córki.
- Pewnie sam nie wiedział, co mówi. Założę się, że majaczył. Nikt przy zdrowych zmysłach nie prosiłby cię o zrzeczenie się połowy majątku należnego twojemu dziecku.
- Najdroższa Fanny, mój ojciec nie określił sumy. Prosił tylko ogólnie, bym im pomógł, zapewniając im większe wygody, niż było to w jego mocy. Właściwie mógł zostawić tę sprawę mojej ocenie. Nie sądził chyba, że je zaniedbam. Mimo to zażądał obietnicy, a ja nie mogłem mu jej odmówić, w każdym razie tak wówczas sądziłem. Przyrzeczenie zostało złożone, a teraz należy go dotrzymać. Coś trzeba dla nich zrobić, gdy już wyprowadzą się z Norland i urządzą w nowym domu.
- No to coś zróbmy, ale tym czymś nie muszą być trzy tysiące funtów. Zważ, że pieniądze raz wypuszczone z rąk już nigdy do nich nie wracają. Twoje siostry wyjdą za mąż i pieniądze przepadną na zawsze. Gdyby jednak można było je zwrócić naszemu nieszczęsnemu synkowi...
- Naturalnie, to zmienia postać rzeczy - rzekł jej mąż z wielką powagą. - Może przyjść taki czas, że Harry bardzo pożałuje przepadku tak znacznej sumy. Gdyby, dla przykładu, miał liczną rodzinę, te pieniądze szalenie by się przydały.
- Z całą pewnością.
- Może zatem będzie lepiej dla wszystkich, gdy zmniejszymy tę kwotę o połowę. Pięćset funtów dla każdej z dziewcząt fantastycznie pomnoży ich majątek!
- Och! Nadzwyczajnie! Żaden brat nie wyasygnowałby nawet połowy tej sumy dla swoich sióstr. Nawet prawdziwych! A te są ledwie przyrodnie! Lecz ty jesteś z natury taki hojny!
- Nie chciałbym postąpić niegodnie. W takich razach lepiej zrobić za dużo niż za mało. Przynajmniej nikt nie pomyśli, że nie uczyniłem dość. Nawet im trudno spodziewać się więcej.
- Kto wie, na co liczą? Nie myślmy jednak o ich oczekiwaniach. Pytanie brzmi raczej, na jak wiele cię stać.
- Naturalnie... Uważam, że stać mnie na obdarowanie każdej z nich sumą pięciuset funtów. Na razie, bez żadnej pomocy z mojej strony, wszystkie otrzymają po śmierci matki po mniej więcej trzy tysiące funtów, co każdej młodej damie pozwoliłoby na wygodne życie.
- Bez wątpienia. Tak sobie myślę, że być może niczego więcej nie oczekują. Łącznie zyskają do dyspozycji dziesięć tysięcy funtów. Jeśli wyjdą za mąż, to zapewne korzystnie, a jeśli nie, mogą wygodnie żyć pod jednym dachem z procentu od dziesięciu tysięcy.
- Racja. Dlatego zastanawiam się, czy ogólnie rzecz biorąc, nie lepiej byłoby uczynić coś dla ich matki, póki jeszcze żyje, nie dla nich... Myślałem o dożywotniej rencie... Byłoby to z korzyścią zarówno dla moich sióstr, jak i dla niej. Sto funtów rocznie zapewniłoby im wszelkie wygody.
Jego żona zawahała się przed zaaprobowaniem tego planu.
- To z pewnością lepsze niż rozstać się za jednym zamachem z sumą tysiąca pięciuset funtów. Jeśli jednak pani Dashwood pożyje dłużej niż piętnaście lat, sami się oszukamy.
- Piętnaście lat! Byłbym zdziwiony, gdyby przeżyła siedem!
- Zauważ jednak, że ludzie jakoś nie chcą umierać, gdy wypłaca im się dożywotnią rentę, a twoja macocha jest krzepka i zdrowa, do tego niedawno dopiero skończyła czterdzieści lat. Dożywocie to poważna sprawa. Trzeba je wypłacać co roku i nie ma od tego ucieczki. Nie wyobrażasz sobie, na co się porywasz. A ja wiem, ile to utrapień, bo moją matkę na mocy testamentu ojca obarczono obowiązkiem wypłacania trzech takich rent starej służbie. Trudno opisać, jakie to było dla niej niemiłe. Renty należało wypłacać co pół roku i tyle było z tym zawsze zachodu, by dostarczyć uprawnionym te pieniądze. Jeden potem rzekomo umarł, choć później okazało się, że wcale nie. Matka miała serdecznie dość. Wyznała mi, że wobec takich nieustannych roszczeń ma wrażenie, jakby jej majątek wcale do niej nie należał. To było bardzo nietaktowne ze strony ojca, gdyż w innym razie pieniądze pozostałyby w całości, bez żadnych ograniczeń, w dyspozycji mojej matki. Tak mi to zbrzydziło dożywotnie renty, że za nic w świecie nie zobowiązałabym się komukolwiek ich wypłacać.
- Bez wątpienia to nieprzyjemne - przyznał pan Dashwood - co roku w ten sposób uszczuplać swój dochód. Słusznie zauważyła twoja matka, że właściciel majątku ma poczucie, jakby ten wcale do niego nie należał. Obowiązek regularnego wypłacania takiej sumy w oznaczonym dniu jest z pewnością niepożądany. Odbiera człowiekowi niezależność.
- Z pewnością. A na koniec nikt mu nie dziękuje, gdyż wszyscy uważają, że są zabezpieczeni, on zaś jedynie spełnia słuszne oczekiwania, co nie budzi żadnej wdzięczności. Cokolwiek zrobisz, powinno być wyłącznie kwestią twojej decyzji. Na twoim miejscu nie zobowiązałabym się do wypłacania im co roku jakiejkolwiek sumy. Mogą zdarzyć się takie lata, gdy niełatwo nam będzie zaoszczędzić sto czy choćby pięćdziesiąt funtów z własnych wydatków.
- Masz rację, moja droga. Lepiej nie wikłać się w dożywocia. Cokolwiek ofiaruję im od czasu do czasu, przysporzy im znacznie większej korzyści niż coroczne uposażenie. Jeśli bowiem zyskają pewność większego dochodu, zaczną systematycznie więcej wydawać, a na koniec roku nie będą ani o pensa bogatsze. Tak będzie z pewnością znacznie lepiej. Okazjonalny prezent w wysokości pięćdziesięciu funtów nie pozwoli im troskać się o pieniądze i spełni, jak sądzę, z naddatkiem obietnicę złożoną ojcu.
- Oczywiście, że tak. W głębi ducha jestem przekonana, że twój ojciec tak naprawdę wcale nie myślał o wręczaniu im jakichkolwiek pieniędzy. Sugerował pewnie tylko taką pomoc, jakiej rozsądek pozwalał mu od ciebie oczekiwać. Może wyszukanie im wygodnego domku, przewiezienie ich rzeczy, wysłanie w prezencie ryb, dziczyzny czy na co tam akurat jest sezon. Ręczę własnym życiem, że nic więcej nie mógł mieć na myśli. W przeciwnym razie byłoby to bardzo dziwne i nierozsądne z jego strony. Ale zastanów się, drogi panie Dashwood, jak wygodnie będą sobie żyły twoja macocha i jej córki za procent od siedmiu tysięcy, a przecież trzeba doliczyć tysiąc należny każdej z dziewcząt, który przyniesie im po pięćdziesiąt funtów rocznie, z czego oczywiście będą płacić matce na utrzymanie. Łącznie wszystkie cztery będą mieć do dyspozycji pięćset funtów rocznie. Czego taka suma nie zapewni czterem kobietom? Przecież będą żyły tak skromnie, że prowadzenie domu prawie nic ich nie będzie kosztować. Nie będą trzymać koni ani powozu, wystarczy im kilka osób służby. Nie będą się obracać w towarzystwie, więc nie czekają ich żadne wydatki! Wyobraź sobie tylko, jak dostatnio będą żyły! Pięćset funtów rocznie! Trudno mi sobie wyobrazić, jak miałyby wydać choć połowę tej sumy. Niedorzecznością jest sądzić, że miałbyś im się jeszcze dokładać. To raczej one będą mogły dołożyć tobie.
- Słowo daję, nie mogłaś tego lepiej ująć - rzekł pan Dashwood. - Ojciec z pewnością nie miał na myśli nic ponad to, co właśnie wymieniłaś. Teraz to wreszcie pojmuję. Skrupulatnie dopełnię swych obowiązków takimi dobrymi uczynkami, jakie mi przed chwilą opisałaś. Kiedy moja macocha wprowadzi się do nowego domu, posłużę jej wszelką pomocą, aby mogła się jak najlepiej urządzić. Stosowne mogą się wówczas okazać drobne prezenty w postaci mebli.
- Naturalnie - odparła jego żona. - Jedno trzeba jednak wziąć pod uwagę. Kiedy twój ojciec i jego żona przeprowadzali się do Norland, sprzedali wszystkie meble ze Stanhill, ale zachowali srebra, porcelanę i bieliznę stołową, należące obecnie do twojej macochy. Zatem jej dom, kiedy się do niego wprowadzi, będzie niemal w pełni wyposażony.
- To bez wątpienia istotne zastrzeżenie. A tamta spuścizna jest bardzo cenna! Część tych sreber byłaby miłym uzupełnieniem naszej zastawy.
- Owszem. A porcelanowy serwis śniadaniowy jest dwa razy ładniejszy od używanego w Norland. Zdecydowanie za ładny, moim zdaniem, by mógł im służyć w dowolnym domu, na jaki będą sobie mogły pozwolić. Ale jest jak jest, bo przecież twój ojciec myślał wyłącznie o nich. I muszę to wreszcie powiedzieć: nie jesteś mu winien żadnej szczególnej wdzięczności i nie masz obowiązku spełniać jego życzeń, gdyż oboje wiemy, że gdyby mógł, zostawiłby im w spadku wszystko, co by się dało.
Ten niepodważalny argument przydał zamiarom pana Dashwooda stanowczości, którą dotąd nie były podparte. Ostatecznie nowy gospodarz Norland uznał, że jest całkowicie zbędne, a byłoby wręcz wysoce niestosowne, gdyby wdowie po ojcu i jej córkom oddał coś więcej niż sąsiedzkie przysługi wymienione przez jego żonę.
ROZDZIAŁ 3
Pani Dashwood przemieszkała w Norland jeszcze kilka miesięcy, lecz nie wskutek niechęci do przeprowadzki, bo ostatecznie widok znajomych kątów przestał budzić w niej te gwałtowne emocje, jakie wywoływał na początku. Gdy odzyskała przynajmniej po części dobry nastrój i zdolność do wysiłków wykraczających poza melancholijne rozpamiętywanie przeszłości, które tylko pogłębiało jej cierpienie, zaczęła niecierpliwie wypatrywać wyjazdu i niezmordowanie rozpytywać o odpowiednią siedzibę w sąsiedztwie Norland, gdyż wyprowadzka z dala od ukochanego miejsca była wykluczona. Nie doszły jej jednak żadne słuchy o ofercie wynajmu dorównującej jej wyobrażeniom o wygodzie i spełniającej warunki Elinor, której trzeźwiejsza ocena kazała im odrzucić kilka domów odpowiadających jej matce, lecz zbyt wystawnych na ich dochody.
Pani Dashwood została poinformowana przez męża o solennym synowskim przyrzeczeniu, które pocieszyło konającego w jego ostatnich chwilach. W szczerość zapewnień pana Johna Dashwooda nie wątpiła bardziej niż on sam, wręcz myślała o nich z pewnym zadowoleniem ze względu na córki, choć sama żyła w przekonaniu, że zapis nawet znacznie skromniejszy od należnych jej siedmiu tysięcy zapewniłby jej wszelki dostatek. Radowała się również z powodu samego pasierba. Łajała się w duchu, że dotąd tak niesłusznie umniejszała jego zalety, podejrzewając, że nie jest zdolny do szczodrości. Uprzejma troska, jaką otaczał ją i jej córki, przekonała ją, że ich dobro leży mu na sercu, przez co długo jeszcze wierzyła w jego hojne zamiary.
Pogarda, jaką w pani Dashwood wzbudziła żona jej pasierba od początku ich znajomości, wzrosła istotnie wskutek przebywania z nią przez pół roku pod jednym dachem. Te dwie damy być może nie zdołałyby koegzystować w Norland tak długo nawet pomimo uprzejmości czy macierzyńskich uczuć pani Dashwood, gdyby nie szczególna okoliczność uzasadniająca w jej oczach dalsze zamieszkiwanie córek w posiadłości.
Tą okolicznością było uczucie rozwijające się między Elinor a bratem pani Johnowej Dashwoodowej, miłym młodzieńcem o manierach prawdziwego dżentelmena, który został im przedstawiony wkrótce po przyjeździe jego siostry do Norland i odtąd spędzał tam lwią część swego czasu.
Jedne matki z wyrachowania zachęcałyby córki do zacieśniania takiej zażyłości, gdyż Edward Ferrars był najstarszym synem człowieka, który pozostawił po sobie ogromny majątek. Inne próbowałyby ją rozluźnić z rozsądku, ponieważ losy majątku młodzieńca, jeśli nie liczyć pewnej drobnej sumy, zależały od woli jego matki. Panią Dashwood nie kierowały ani rozsądek, ani wyrachowanie. Wystarczało jej, że Edward wydawał się miłym człowiekiem i kochał jej córkę, a Elinor odwzajemniała jego uczucie. Sama myśl, że różnica majątku mogłaby rozdzielić młodych mających się ku sobie dzięki podobieństwu charakterów, nie mieściła się w głowie pani Dashwood, która poza wszystkim nie mogła sobie wyobrazić, by ktokolwiek znający jej najstarszą córkę nie dostrzegł jej zalet.
Edward Ferrars nie zaskarbił sobie sympatii pani i panien Dashwood urokiem osobistym ani gładkością wymowy. Nie był przystojny, a jego maniery doceniało się dopiero przy bliższym poznaniu. Był zbyt skromny, aby prezentować się z najlepszej strony, ale gdy już przezwyciężył nieśmiałość, jego zachowanie świadczyło o wielkiej szczerości i serdeczności. Był rozumny, a wrodzona inteligencja wiele zyskała dzięki solidnemu wykształceniu, niemniej ani jego talenty, ani usposobienie nie odpowiadały życzeniom jego matki i siostry, które marzyły o tym, by się wyróżnił jako... nie wiedziały jeszcze kto. Oczekiwały jednak, że w ten czy inny sposób wybije się w świecie. Matka pragnęła zainteresować go polityką, wprowadzić do parlamentu i patrzeć, jak robi karierę pośród wielkich postaci tamtej epoki. Równie mocno życzyła sobie tego jego siostra, lecz w oczekiwaniu na któreś z tych wyjątkowych błogosławieństw gotowa była zaspokoić ambicję widokiem Edwarda w czterokonnym powozie. Edward nie miał jednak upodobania ani do wielkich ludzi, ani do czterokonnych powozów. Wszystkie jego pragnienia ogniskowały się w cichych rozkoszach życia domowego. Na szczęście miał młodszego brata, który stwarzał większe nadzieje.
Dopiero po kilku tygodniach pobytu w Norland Edward zwrócił baczniejszą uwagę pani Dashwood, która wcześniej tak była pochłonięta własnym cierpieniem, że na nic nie zwracała uwagi. Spostrzegła jedynie, że ten młody człowiek jest cichy i nienatrętny, za co bardzo go polubiła: nie zakłócał jej niedoli konwersacją nie w porę. Dalsze zainteresowanie jego postacią wzbudziła uwaga rzucona któregoś dnia od niechcenia przez Elinor. Najstarsza panna Dashwood napomknęła mianowicie, że pan Edward Ferrars bardzo się różni od swej siostry. Pani Dashwood nie trzeba było większej rekomendacji niż ów kontrast.
- To mi wystarczy. Całkowicie wystarczy mi stwierdzenie, że jest zupełnie niepodobny do Fanny. Pozwala się domyślać wielu miłych cech. Już go kocham.
- Myślę, że go polubisz - rzekła Elinor - kiedy lepiej go poznasz.
- Polubię! - wykrzyknęła jej matka i się uśmiechnęła. - Moja aprobata dla niego sięgnęła miłości.
- Być może obdarzysz go uznaniem.
- Nie nauczyłam się jeszcze oddzielać uznania od miłości.
Od tej chwili pani Dashwood zaczęła pogłębiać znajomość z młodym człowiekiem. Miała ujmujący sposób bycia, który szybko przezwyciężył jego rezerwę. Nie potrzebowała wiele czasu, by dostrzec jego liczne zalety, choć jej przenikliwość mogło spotęgować przekonanie o uczuciu Edwarda do Elinor. Nie wątpiła jednak w wartość młodzieńca i nawet ta niepozorność, tak sprzeczna z jej wyobrażeniami o tym, jak powinien się zachowywać człowiek w jego wieku, nie była już tak nieciekawa, kiedy pani Dashwood zrozumiała, że kryją się pod nią żarliwa dusza i czułe usposobienie.
Gdy tylko w jego stosunku do Elinor spostrzegła pierwsze oznaki miłości, uznała ich związek za pewnik i zaczęła niecierpliwie wypatrywać zaręczyn.
- Myślę, że w ciągu kilku miesięcy, kochana Marianne, Elinor ułoży sobie życie. Będziemy za nią tęsknić, lecz na pewno będzie bardzo szczęśliwa.
- Och, mamo! Jak my sobie bez niej poradzimy?
- Kochanie, trudno tu mówić o rozłące. Zamieszkamy nie dalej niż kilka mil od siebie i będziemy się codziennie widywać. A ty zyskasz brata, prawdziwego i kochającego. Bardzo sobie cenię serdeczność Edwarda. Ale skąd ta poważna mina, Marianne? Nie aprobujesz wyboru siostry?
- Jestem może nieco zaskoczona - przyznała Marianne. - Edward jest bardzo miły i kocham go ogromnie, ale... nie należy do tego rodzaju młodych ludzi... czegoś mu brakuje... ma taką niepozorną sylwetkę. Brak mu wdzięku, którego oczekiwałabym od mężczyzny wzbudzającego uczucia mojej siostry. Nie ma tej iskry w spojrzeniu, tego ognia znamionującego inteligencję i przymioty moralne. Poza tym obawiam się, mamo, że on wcale nie ma gustu. Nie interesuje się muzyką i choć zachwyca się rysunkami Elinor, nie jest to zachwyt człowieka, który doceniałby ich prawdziwą wartość. Widać wyraźnie, że choć tak często przygląda się Elinor, kiedy ta rysuje, w gruncie rzeczy wcale się na tym nie zna. Podziwia jako adorator, nie jako koneser, a dla mnie te dwie postaci muszą łączyć się w jedno. Nie byłabym szczęśliwa z mężczyzną, którego gust pod każdym względem nie odpowiadałby mojemu. Mój wybranek będzie musiał przeniknąć wszystkie moje uczucia. Te same książki, te same utwory muszą porywać nas oboje. Och, mamo, jak monotonnie i bez wyobraźni czytał Edward zeszłego wieczoru! Do głębi współczułam Elinor, która znosiła to z takim spokojem, jakby wcale tego nie dostrzegała. A ja ledwie mogłam wysiedzieć! Słuchać tych wspaniałych wierszy, które tak często doprowadzały mnie do szaleństwa, wypowiadanych z tym nieprzeniknionym spokojem, z tą okropną obojętnością!
- Zapewne lepiej umiałby oddać prostą, elegancką prozę. Już wtedy tak sobie pomyślałam. Lecz ty, oczywiście, musiałaś mu dać do czytania Cowpera.
- Nie, mamo, jeśli nie porusza go Cowper...! Lecz musimy się zgodzić, że gusta bywają różne. Elinor nie jest tak uczuciowa jak ja, więc może nie zwracać na to uwagi i być z nim szczęśliwa. Lecz gdybym to ja go kochała, serce by mi pękło po usłyszeniu, jak płasko czyta. Mamo, im więcej wiem o świecie, tym mocniej jestem przekonana, że nigdy nie spotkam człowieka, którego mogłabym naprawdę pokochać. Tak wiele wymagam! Musi mieć wszystkie zalety Edwarda, lecz jego dobroć muszą okraszać wszystkie wyobrażalne uroki postaci i obycia.
- Pamiętaj, kochanie, że nie masz jeszcze siedemnastu lat. Za wcześnie spisywać na straty takie szczęście. Czemu los miałby okazać się dla ciebie mniej łaskawy niż dla twej matki? Oby opatrzność miała dla ciebie inne plany tylko pod jednym względem, kochana Marianne!
ROZDZIAŁ 4
Jaka szkoda, Elinor - rzekła Marianne - że Edward nie ma upodobania do rysunków.
- Nie ma upodobania do rysunków! - powtórzyła Elinor. - Ależ skąd ci to przyszło do głowy? Rzeczywiście, sam nie rysuje, lecz z radością ogląda dzieła innych i zapewniam cię, że nie brak mu wrodzonego smaku, choć nie miał sposobności go rozwinąć. Uważam, że gdyby kiedykolwiek podjął studia w tej dziedzinie, rysowałby znakomicie. W tego rodzaju sprawach tak dalece nie ufa własnej ocenie, że niechętnie dzieli się swoją opinią, ale z natury ceni harmonię i prostotę, a to prowadzi go we właściwym kierunku.
Marianne nie chciała obrazić siostry, więc nie kontynuowała tematu, takiej przyjemności, jaką wedle opisu Elinor czerpał Edward z podziwiania rysunków innych ludzi, daleko było do gwałtownych zachwytów, które zasługiwałyby w oczach Marianne na miano upodobania. Uśmiechnęła się w duchu, niemniej doceniła ślepe uwielbienie siostry dla Edwarda, będące przyczyną popełnienia takiej omyłki.
- Mam nadzieję, Marianne - ciągnęła Elinor - że nie posądzasz go o ogólny brak smaku. Przypuszczam, że jednak nie, bo odnosisz się do niego bardzo serdecznie. Nie zdobyłabyś się na uprzejmość, gdybyś miała o nim tak fatalne zdanie.
Marianne nie wiedziała, co odrzec. Nie chciała zranić uczuć siostry, nie mogła jednak potwierdzić czegoś, co nie byłoby zgodne z prawdą. W końcu odparła:
- Nie obraź się, Elinor, jeśli moje pochwały nie odpowiadają pod każdym względem twojemu pojmowaniu jego zalet. Nie miałam wielu okazji, by jak ty docenić jego gust, upodobania i najczulsze poruszenia serca, mam jednak wysokie mniemanie o jego dobroci i rozsądku. Uważam, że ze wszech miar zasłużył na miano człowieka miłego i wartościowego.
- Taka pochwała usatysfakcjonowałaby nawet jego najbliższych - odparła Elinor z uśmiechem. - Nie wyobrażam sobie, abyś mogła wyrazić się o nim cieplej.
Marianne ucieszyła się, że siostra tak łatwo dała się udobruchać.
- Myślę, że nikt, kto odpowiednio często wdaje się z nim w szczerą rozmowę, nie może wątpić w jego rozsądek i dobroć - ciągnęła Elinor. - Jego moralność i rozumowanie są bez zarzutu, a skrywa je wyłącznie nieśmiałość, która zbyt często każe mu milczeć. Znasz go dość dobrze, aby słusznie ocenić jego wartość. A jeśli chodzi o najczulsze poruszenia serca, jak je nazwałaś, byłaś ich dotąd bardziej ode mnie nieświadoma z powodu szczególnych okoliczności ostatnich tygodni. Spędzałam z nim długie godziny, gdy ty byłaś pochłonięta rozmowami z matką. Widywałam go bardzo często, uważnie badałam jego uczucia i poznawałam opinie na temat literatury i dobrego smaku. Dlatego mogę obwieścić, że jest on człowiekiem obytym w świecie i rozmiłowanym w książkach, ma żywą wyobraźnię i umiejętność dokonywania trafnych obserwacji, a smak wyrobiony, lecz niezmanierowany. Pod każdym względem zyskuje przy bliższym poznaniu, co tyczy się również jego manier i uroku osobistego. Jego wymowa z początku nie robi wrażenia i trudno go nazwać przystojnym, póki nie dostrzeże się wyrazu jego poczciwych oczu i ogólnie przyjemnego oblicza. W tej chwili znam go już tak dobrze, że wydaje mi się całkiem przystojny. Albo prawie. I co na to powiesz, Marianne?
- Że wkrótce i ja uznam go za przystojnego, o ile już nie uznaję. A jeśli każesz mi kochać go jak brata, nie dostrzegę na jego obliczu żadnej skazy, tak jak nie dostrzegam jej w jego sercu.
Elinor wzdrygnęła się na tę deklarację i pożałowała tak żarliwego opisu Edwarda. Ceniła go ogromnie i z wzajemnością, jak sądziła, aby jednak prawdziwie cieszyć się przekonaniem Marianne o ich zażyłości, musiała mieć co do niej pewność. Wiedziała, że matka i siostra natychmiast uwierzą w to, co same przed chwilą wymyśliły. Ich pragnienia szybko przeradzały się w nadzieje, a te - w oczekiwania. Spróbowała wyjaśnić siostrze, jak się sprawy mają.
- Nie będę zaprzeczać, że mam o nim bardzo wysokie mniemanie... że bardzo go cenię... i lubię.
Marianne zapłonęła świętym oburzeniem.
- Cenię! Lubię! Bezduszna Elinor! Gorzej niż bezduszna! Zawstydzona, że mogłoby być inaczej! Powtórz to jeszcze raz, a wyjdę z pokoju.
Elinor nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
- Wybacz mi i daj wiarę, Marianne, że nie chciałam cię obrazić, opisując swoje uczucia w sposób tak wyważony. Zapewniam cię, że są żarliwsze, niż dałam temu wyraz. Jednym słowem, uwierz, że ich siła odpowiada zaletom Edwarda i moim rozsądnym, uzasadnionym podejrzeniom... czy może nadziejom... na wzajemność. Ale nie folguj zanadto wyobraźni. Nie mogę być pewna jego uczuć. Są chwile, które każą mi w nie wątpić. Nie dziw się, że póki nie wyrazi ich bezspornie, nie chcę podsycać ich u siebie ani dopatrywać się czegoś, czego nie ma. Właściwie mam niemal pewność... niemal całkowitą pewność co do jego uczuć, lecz tu liczą się nie tylko jego sympatie. Daleko mu do finansowej niezależności. Nie wiemy, jaką osobą jest jego matka, lecz z przypadkowych uwag rzuconych przez Fanny nie wywnioskowałyśmy dotąd, by mogła być osobą miłą. Moim zdaniem również sam Edward wie doskonale, ile napotka przeszkód, jeśli zechce poślubić kobietę bez majątku i odpowiedniej pozycji społecznej.
Marianne zdumiała się, jak dalece wyobraźnia jej i pani Dashwood wyprzedziła prawdę.
- A więc nie jesteś z nim zaręczona! Ale przecież to tylko kwestia czasu, a zwłoka może być wręcz korzystna. Po pierwsze, nie stracę cię tak szybko. Po drugie, Edward będzie miał więcej okazji wyrobienia sobie wrodzonego smaku, jeśli idzie o twoje ulubione zajęcie, tak nieodłącznie powiązane z twoim przyszłym szczęściem. Och, jak by to było cudownie, gdyby twój geniusz poruszył go na tyle, aby sam nauczył się rysować!
Elinor przedstawiła siostrze swoją prawdziwą opinię. Jej uczucie do Edwarda nie rokowało aż tak pomyślnie, jak wyobraziła to sobie Marianne. Edward popadał niekiedy w przygnębienie, które nie świadczyło może o obojętności, lecz zwiastowało coś równie niepokojącego. Zwątpienie w jej przychylność mogło go najwyżej rozstroić, nie sprowadzałoby na niego tak często ogarniającej go chmurności. Bardziej prawdopodobną przyczyną była owa zależność, która nie pozwalała mu dać upustu uczuciom. Elinor wiedziała, że matka Edwarda nie traktuje syna w sposób czyniący jego obecny dom miejscem przyjemnym do życia ani nie wzbudza w nim nadziei na to, że będzie mógł ułożyć sobie owo życie, jeśli nie podporządkuje się jej wyobrażeniom na temat oczekiwanego awansu społecznego. W takiej sytuacji Elinor nie mogła myśleć o tym wszystkim ze spokojem. Daleko jej było do niewzruszonej wiary w ten skutek sympatii Edwarda, który jej matka i siostra brały za pewnik. Przeciwnie, im więcej spędzali razem czasu, tym mocniej wątpiła w charakter jego uczucia. Niekiedy przez kilka bolesnych minut nie dostrzegała w nim nic oprócz przyjaźni.
Tymczasem uczucie Edwarda do Elinor, niezależnie od jego prawdziwej siły, okazało się wystarczające, by sprowokować zrazu zaniepokojenie, a z czasem pospolitą niegrzeczność jego siostry. Właśnie dlatego Fanny przy pierwszej sposobności obraziła macochę męża: z takim przekonaniem mówiła o wygórowanych oczekiwaniach względem brata i stanowczym postanowieniu pani Ferrars, aby obaj jej synowie doskonale się ożenili, a przy tym wspomniała mimochodem o nieprzyjemnościach, na jakie naraziłaby się każda panna próbująca zainteresować sobą Edwarda, że pani Dashwood nie mogła ani udawać, że nie wie, o czym mowa, ani zachować spokoju. Odpowiedziała ze wzgardą i natychmiast wyszła z pokoju, postanawiając przy tym, że bez względu na koszty czy niewygody tak nagłego wyjazdu jej kochana Elinor nie będzie dłużej narażona na podobne insynuacje.
W tym stanie ducha pani Dashwood otrzymała listownie propozycję, która nie mogła nadejść w lepszym momencie. Zaoferowano jej mianowicie na bardzo korzystnych warunkach najem domu będącego własnością jej krewnego, dżentelmena o wysokiej pozycji i znacznym majątku w hrabstwie Devon. Ze skreślonych przez niego własnoręcznie słów biła niekłamana życzliwość. Doszły go bowiem słuchy, że pani Dashwood i jej córki szukają odpowiedniego domu i choć ten, który mógł im zaoferować, był niezbyt duży, osobiście gotów był dokonać w nim wszelkich przeróbek, które przyszłe mieszkanki uznałyby za konieczne, gdyby jego propozycja spotkała się z ich uznaniem. Po szczegółowym opisie domu i ogrodu następowały serdeczne namowy, aby pani Dashwood przyjechała z córkami do Barton Park, gdzie sam mieszkał, po czym osobiście oceniła, czy po dokonaniu stosownych modyfikacji zdoła się wygodnie urządzić w Barton Cottage; oba domy znajdowały się w tej samej parafii. Propozycję sformułowano tak miło i uprzejmie, że pani Dashwood nie mogła się nie ucieszyć, zwłaszcza w chwili, w której tak boleśnie dotykało ją chłodne i bezduszne zachowanie najbliższych krewnych. Zdecydowała się bez namysłu i bez zbędnych pytań. Położenie Barton w hrabstwie tak odległym od Sussex jak Devon, co jeszcze przed kilkoma godzinami byłoby wystarczającą przeszkodą, aby nie rozważać żadnych zalet podobnej oferty, w obecnej sytuacji okazało się jej największym atutem. Opuszczenie okolic Norland nie było już złem koniecznym, lecz gorąco wyczekiwanym wydarzeniem, niemal błogosławieństwem w porównaniu z dalszym korzystaniem z okropnej gościny pani Johnowej Dashwoodowej. Usunięcie się na zawsze z ukochanego miejsca musiało okazać się mniej bolesne niż dalsze w nim zamieszkiwanie czy odwiedzanie go, kiedy panią domu była taka kobieta. Pani Dashwood natychmiast odpisała sir Johnowi Middletonowi, że dziękuje mu za jego dobroć i przyjmuje złożoną propozycję, po czym pospieszyła do córek, by pokazać im oba listy i przed wysłaniem swojej odpowiedzi upewnić się, że panny nie zgłaszają obiekcji.
Elinor od dawna uważała, że rozsądniej będzie urządzić się w pewnej odległości od Norland, a nie tuż pod bokiem rodziny. Z tego względu nie zamierzała sprzeciwiać się matczynemu zamiarowi przeprowadzki do hrabstwa Devon. Sam dom wedle opisu sir Johna był tak skromny, a czynsz tak niewygórowany, że nie miała powodu oponować wobec jednego czy drugiego. Więc choć nie oczekiwała fajerwerków i nie pragnęła aż tak bardzo oddalić się od Norland, nie odwodziła matki od wyrażenia zgody na propozycję sir Johna.
ROZDZIAŁ 5
Natychmiast po wysłaniu odpowiedzi pani Dashwood nie odmówiła sobie przyjemności obwieszczenia pasierbowi i jego żonie, że właśnie zaoferowano jej dom i dlatego nie będzie kłopotać ich dłużej, niż potrwa przygotowanie nowej siedziby na jej przyjazd. Wysłuchali jej ze zdumieniem. Pani Johnowa Dashwoodowa nic nie odparła, lecz jej mąż wyraził uprzejmą nadzieję, że pani Dashwood nie zamieszka zbyt daleko od Norland. Z satysfakcją odparła, że wyjeżdża do hrabstwa Devon. Na te słowa Edward odwrócił się pospiesznie w jej stronę i tonem znamionującym zaskoczenie i troskę, których nie trzeba jej było objaśniać, powtórzył:
- Do hrabstwa Devon! Naprawdę przenosicie się aż tam? To tak daleko! A gdzie konkretnie?
Opisała mu położenie ich nowego domu, znajdującego się cztery mile na północ od Exeter.
- Jest mały - ciągnęła - lecz mam nadzieję gościć w nim wielu przyjaciół. Bez trudu można dobudować pokój czy dwa, a jeśli moi przyjaciele zadadzą sobie trud odwiedzenia mnie mimo tak znacznej odległości, z pewnością zdołam ich ugościć mimo niewielkich rozmiarów domu.
Swoją wypowiedź zakończyła uprzejmym zaproszeniem państwa Dashwoodów do złożenia wizyty w Barton. Jeszcze czulej zaprosiła Edwarda. Ostatnia rozmowa z Fanny dała jej asumpt do tego, by nie zostawać w Norland dłużej niż to konieczne, w najmniejszym stopniu jednak nie zmieniła jej opinii w kwestiach, których w istocie dotyczyła. Pani Dashwood nie zamierzała rozdzielać Elinor i Edwarda, a tak otwartym zaproszeniem chciała pokazać jego siostrze, że nie obchodzi jej czyjakolwiek dezaprobata.
Pan John Dashwood powtórzył kilkakrotnie, jak bardzo mu przykro, że macocha zdecydowała się zamieszkać w miejscu tak odległym od Norland, że nie będzie mógł jej służyć pomocą w przewiezieniu umeblowania czy wyposażenia. Odczuwał prawdziwą skruchę, gdyż ten wysiłek, do którego ograniczył w myślach złożoną ojcu obietnicę, w takim układzie stał się wykluczony. Umeblowanie i wyposażenie domu wysłano drogą morską. W dużej mierze składało się ono z bielizny stołowej i pościelowej, sreber, porcelany i książek, a także eleganckiego fortepianu Marianne. Pani Johnowa Dashwoodowa odprowadziła skrzynie westchnieniem. Dopiekło jej boleśnie, że choć dochód pani Dashwood będzie tak skromny w porównaniu z ich własnym, zachowa ona mimo wszystko kilka eleganckich przedmiotów.
Pani Dashwood wynajęła domek na rok, umeblowany tak, że mogła się od razu wprowadzić. Żadna ze stron umowy nie zgłosiła jakichkolwiek zastrzeżeń. Pani Dashwood czekała już tylko na wyekspediowanie swoich rzeczy z Norland, aby niezwłocznie wyprawić się na zachód, a ponieważ potrafiła się uwijać, kiedy jej naprawdę zależało, wszystkiego dopilnowano w bardzo krótkim czasie. Konie jej męża sprzedano wkrótce po jego śmierci, a ponieważ napłynęła właśnie oferta zakupu powozu, pani Dashwood za radą Elinor przystała na zawarcie również tej transakcji. Gdyby słuchała wyłącznie głosu własnego serca, zachowałaby powóz dla wygody córek, pragmatyzm Elinor jednak przeważył. Rozsądek najstarszej panny Dashwood ograniczył również liczebność ich służby do trzech osób: jednego służącego i dwóch panien służących, szybko wybranych spośród tych, którzy dbali o ich potrzeby w Norland.
Służącego i jedną ze służących wysłano natychmiast do hrabstwa Devon, by przygotowali domek na przybycie rodziny, gdyż pani Dashwood, która nie znała zupełnie lady Middleton, wolała wprowadzić się od razu do siebie niż korzystać z jej gościny w Barton Park. Tak dalece zawierzyła szczegółowemu opisowi sir Johna, że nie czuła potrzeby oglądania swego nowego domostwa przed objęciem go w posiadanie. Od ruszenia niemal natychmiast w drogę nie odwiodła jej ewidentna satysfakcja pani Johnowej Dashwoodowej z powodu tak rychłego usunięcia się pani Dashwood i jej córek z jej domu, nieprzekonująco maskowana chłodnymi namowami do odłożenia wyjazdu w czasie. Nie mogło być lepszej pory na spełnienie obietnicy złożonej ojcu przez pana Johna Dashwooda. Nie zrobił tego od razu po swoim przyjeździe do Norland, zatem wyprowadzka macochy i przyrodnich sióstr wydawała się najwłaściwszym momentem. Ale pani Dashwood szybko porzuciła wszelkie nadzieje, gdyż z ogólnego tonu rozmowy wywnioskowała, że pomoc pasierba nie wykroczy poza utrzymanie ich przez pół roku w Norland. Tyle razy wspomniał o rosnących kosztach prowadzenia domu i potężnych wydatkach, jakie musi ponosić człowiek o wysokiej pozycji społecznej, iż można było odnieść wrażenie, że raczej sam wypatruje dodatkowych środków, niż gotów jest nimi kogokolwiek obdarować.
W ciągu zaledwie kilku tygodni od pierwszego listu sir Johna Middletona nowa siedziba pani i panien Dashwood była na tyle gotowa na ich przyjęcie, że mogły ruszyć w podróż.
Wiele wylano łez podczas ostatnich pożegnań z ukochanym miejscem.
- Najdroższe Norland! - zawołała Marianne, stając samotnie przed domem ostatniego wieczoru przed wyjazdem. - Kiedy przestanę cię opłakiwać? Kiedy w tej nowej siedzibie poczuję się jak u siebie? Och, szczęśliwy domu, nie masz pojęcia, jak cierpię, oglądając cię z tego miejsca, z którego może już nigdy cię nie zobaczę! I wy, znajome drzewa! A jednak będziecie rosnąć dalej. Ani jeden liść nie spadnie przez nasz wyjazd, ani jedna gałąź nie uschnie przez brak naszych spojrzeń! Och, nie, będziecie rosnąć jak dawniej, nieświadome radości i smutków, których jesteście przyczyną, niewrażliwe na odmianę w tych, którzy kroczą w waszym cieniu! Ale kto się wami teraz uraduje?
ROZDZIAŁ 6
Pierwsza część podróży upłynęła im w nastroju zbyt melancholijnym, by można było opisać ją inaczej niż "nużąca" i "niemiła". U jej kresu jednak zainteresowanie dam okolicą, w której miały zamieszkać, przeważyło nad przygnębieniem, a widok doliny Barton sprawił im wiele radości. Były to przyjemne, żyzne tereny, nierzadko zalesione i obfitujące w pastwiska. Po ujechaniu krętą drogą ponad mili pani i panny Dashwood dotarły do własnego domu. Całość ich włości stanowił nieduży zielony ogródek od frontu, do którego prowadziła zgrabna furteczka.
Jako dom Barton Cottage był nieduży, lecz zwarty i wygodny. Jako wiejski domek miał pewne wady: budynek był regularny, dach kryty dachówką, okiennic nie pomalowano na zielono, a po ścianach nie pięło się kapryfolium. Wąski korytarz prowadził na przestrzał domu do ogrodu na tyłach. Po obu stronach od wejścia znajdowały się dwa całkiem spore pokoje dzienne, a dalej pomieszczenia gospodarcze i schody. Resztę domu stanowiły cztery sypialnie i dwa pokoje na poddaszu. Barton Cottage zbudowano stosunkowo niedawno, był więc w bardzo dobrym stanie. W porównaniu z Norland zdawał się maleńki i ubogi, lecz wyciśnięte tym wspomnieniem łzy obeschły wkrótce po wejściu nowych mieszkanek do środka. Pani i panny Dashwood rozpogodziły się na widok służby uradowanej ich przybyciem i każda z nich przez wzgląd na pozostałe postanowiła robić dobrą minę. Pogoda w początkach września była urocza, a miejsce, widziane po raz pierwszy w tak sprzyjającej aurze, zrobiło na nich przemiłe wrażenie, w którym szybko miały się ugruntować.
Dom był korzystnie usytuowany. Tuż za nim i całkiem niedaleko po bokach wznosiły się wysokie wzgórza; część łagodnych zboczy porastały pastwiska, inne przeznaczono pod uprawy lub zalesiono. Wieś Barton, rozłożona na jednym z pagórów, tworzyła przyjemny obrazek widoczny z okien domu. Sprzed drzwi wejściowych rozciągał się rozleglejszy widok na całą dolinę i dalszą okolicę. Okalające dom wzgórza wyznaczały kraniec doliny po tej stronie; pod inną nazwą i w innym kierunku biegła ona dalej za przełęczą oddzielającą dwa najstromsze z nich.
Pani Dashwood była bardzo rada z wielkości i umeblowania domu. Styl życia, do jakiego przywykła, czynił wiele zmian zgoła nieodzownymi, ale uwielbiała wprowadzać udoskonalenia, a w tym momencie miała dość pieniędzy, by zatroszczyć się o wszystko, czego wymagało przydanie jej nowej siedzibie większej elegancji.
- Naturalnie, jeśli chodzi o sam dom - powiedziała - jest on zbyt mały dla naszej rodziny, lecz póki co wygodnie się w nim urządzimy, gdyż o tej porze roku jest już i tak za późno na remonty. Może wiosną, gdy będę miała, jak sądzę, mnóstwo pieniędzy, pomyślimy o samym budynku. Saloniki są zbyt skromne na przyjmowanie takiej liczby gości, jaką mam nadzieję często tu gromadzić. Myślałam już o tym, aby je połączyć i może z części jednego z nich utworzyć hol wejściowy. Razem z nowym salonikiem, który nietrudno będzie dobudować, oraz położoną nad nim sypialnią i pokojem na poddaszu powstanie z tego bardzo przyjemny domek. Szkoda, że schody nie są ładniejsze, ale nie można przecież mieć wszystkiego. Choć podejrzewam, że łatwo będzie je poszerzyć. Zobaczymy, co da się zrobić do wiosny, a wtedy zaplanujemy dalsze przeróbki.
Pani i panny Dashwood miały dość rozumu, by zadowolić się domem w jego obecnym kształcie do czasu realizacji wszystkich opisanych wyżej planów - które przecież należało sfinansować z oszczędności odłożonych ze skromnego dochodu przez kobietę niezmuszoną dotąd do oszczędzania. Każda przystąpiła do organizowania własnych spraw, tak aby stworzyć sobie prawdziwy dom dzięki otoczeniu się książkami i przedmiotami osobistymi. Fortepian Marianne rozpakowano i odpowiednio ustawiono. Rysunki Elinor powieszono na ścianach w salonie.
Właśnie takie zajęcia przerwało im nazajutrz po śniadaniu przybycie właściciela posiadłości, pragnącego powitać je w Barton i zaoferować wszelkie produkty z własnego domu i ogrodu, których mogłoby im jeszcze brakować. Sir John Middleton był przystojnym mężczyzną lat około czterdziestu. Kiedyś złożył im wizytę w Stanhill, lecz było to tak dawno temu, że młode kuzynki wcale go nie pamiętały. Miał bardzo pogodny wyraz twarzy, a w kontakcie osobistym okazał się równie życzliwy jak w listownym. Ich przyjazd sprawił mu prawdziwą radość, a ich wygoda budziła jego autentyczną troskę. Tyle razy podkreślił, jak bardzo pragnie, aby obie rodziny połączyły jak najserdeczniejsze stosunki, tyle razy nalegał, aby codziennie, póki się nie zadomowią, jadały obiad w Barton Park, że choć uporczywość ponawianych zaproszeń zakrawała już na niegrzeczność, żadna z pań nie poczuła się urażona. Życzliwość sir Johna nie wyrażała się wyłącznie w słowach. W ciągu godziny od jego wyjazdu przysłano im z Barton Park wielki kosz warzyw i owoców, dopełniony jeszcze przed zmierzchem porcją dziczyzny. Sir John uparł się również, by przekazywać ich pocztę, i nie chciał odmawiać sobie przyjemności zaopatrywania ich co dzień w najnowszą prasę.
Za jego pośrednictwem lady Middleton wysłała bardzo grzeczną wiadomość, w której wyraziła chęć odwiedzenia pani Dashwood, gdy tylko zyska pewność, że jej wizyta nie sprawi nikomu kłopotu. Wiadomość doczekała się równie uprzejmej odpowiedzi ze strony nowych mieszkanek domku, wskutek czego jaśnie pani została im przedstawiona nazajutrz.
Naturalnie pani i panny Dashwood były ciekawe osoby, od której w dużym stopniu zależała wygoda ich pobytu w Barton. Jej bezpretensjonalna wytworność okazała się spełnieniem ich marzeń. Lady Middleton miała nie więcej niż dwadzieścia sześć czy może dwadzieścia siedem lat, twarz urodziwą, sylwetkę smukłą i imponującą, a maniery wdzięczne. Uosabiała elegancję, której brakło jej mężowi, jednak owa elegancja bardzo by zyskała na doprawieniu jej odrobiną ciepła i szczerości sir Johna. Wizyta trwała wystarczająco długo, by ostudzić pierwsze zachwyty pani i panien Dashwood. Okazało się bowiem, że lady Middleton, choć doskonale wychowana, jest chłodna i zdystansowana, a jeśli nie liczyć najbanalniejszych pytań czy uwag, nie ma do powiedzenia nic ciekawego.
Rozmowa toczyła się jednak bez przeszkód, gdyż sir John był szalenie gadatliwy, a lady Middleton roztropnie zabrała ze sobą najstarsze dziecko, chłopczyka mniej więcej sześcioletniego, dzięki czemu zawsze był jeden temat, po który damy mogły sięgnąć w potrzebie. Należało bowiem zaciekawić się wiekiem i imieniem dziecka, wyrazić podziw dla jego urody i zadać mu wiele pytań, na które odpowiedzi udzielała matka, podczas gdy on stał ze zwieszoną głową, uczepiony jej sukni, ku wielkiemu zaskoczeniu jaśnie pani, bezbrzeżnie zdumionej, czemu nagle jest on taki nieśmiały przy paniach, skoro w domu wszędzie go pełno. Na wszystkie formalne wizyty należałoby zabierać jakieś dziecko dostarczające tematu do rozmowy. W tym przypadku dobre dziesięć minut zajęło ustalenie, w czym chłopiec jest bardziej podobny do ojca, a w czym do matki, bo oczywiście każdy miał na ten temat inne zdanie i każdy zdziwiony był opinią pozostałych.
Wkrótce pani i panny Dashwood miały zyskać sposobność obejrzenia pozostałych dzieci, gdyż sir John nie wyszedł, póki nie wymógł obietnicy, że nazajutrz zjawią się na obiedzie w jego posiadłości.
ROZDZIAŁ 7
Barton Park znajdował się jakieś pół mili od Barton Cottage; damy minęły go w drodze przez dolinę, lecz od strony ich nowej siedziby zasłaniało go jedno ze wzgórz. Rezydencja państwa Middletonów była wielka i piękna. W życiu gospodarzy gościnność zajmowała tyle samo miejsca ile elegancja; ta pierwsza było zasługą sir Johna, ta druga - jego małżonki. Rzadko zdarzało się, by nie gościli akurat jakichś przyjaciół, a znajomych zapraszali częściej niż którakolwiek z rodzin mieszkających w sąsiedztwie. Obojgu było to niezbędne do szczęścia, bo choć różnili się usposobieniem i zachowaniem, jednoczył ich ten absolutny brak uzdolnień i smaku, który ogranicza potencjalne zajęcia do tych wymagających towarzystwa innych ludzi. Sir John polował, lady Middleton matkowała. On jeździł konno i strzelał, ona bawiła dzieci, przy czym jedno z drugim właściwie zamykało katalog ich rozrywek. Lady Middleton miała tę przewagę, że mogła rozpieszczać swoje dzieci przez okrągły rok, tymczasem rozrywki sir Johna siłą rzeczy ograniczały się do sześciu miesięcy. Jednak nieustanne przyjmowanie gości i bywanie w świecie wyrównywało wszelkie niedostatki charakteru i wykształcenia tej pary, podtrzymując dobry nastrój sir Johna i ćwicząc doskonałe maniery jego żony.
Lady Middleton była dumna z wytworności swojej zastawy i urządzenia całego domu, a mile łechtana próżność przynosiła jej wiele satysfakcji podczas każdego z organizowanych przyjęć. Sir John czerpał z życia towarzyskiego przyjemność znacznie bardziej autentyczną. Uwielbiał gromadzić wokół siebie więcej młodych ludzi, niż jego dom mógł pomieścić, a im byli hałaśliwsi, tym on bardziej zadowolony. Dla całej okolicznej młodzieży był prawdziwym błogosławieństwem, gdyż latem nieustannie organizował pikniki, a zimą wydawał tyle balów, że ich liczba mogła zadowolić każdą młodą damę, o ile tylko ta wyrosła już z wiecznego niedosytu typowego dla piętnastolatki.
Zawsze ogromnie się cieszył, gdy w sąsiedztwie pojawiała się nowa rodzina, a mieszkanki domku zachwycały go pod każdym względem. Panny Dashwood były młode, ładne i bezpretensjonalne - i już to wystarczało, by nabrał o nich dobrego mniemania, gdyż ładnej dziewczynie nie trzeba niczego poza bezpretensjonalnością, aby jej umysł stał się równie atrakcyjny jak jej postać. Sir John jako człowiek przepełniony życzliwością do świata bardzo się uradował, że może wyciągnąć pomocną dłoń do tych, których położenie w porównaniu z dotychczasowym można było uznać za niefortunne. Okazanie serdeczności kuzynkom rozgrzało jego poczciwe serce, a osiedlenie rodziny złożonej z samych kobiet w należącym do niego domku zaspokoiło jego instynkt myśliwego. Myśliwy bowiem, choć uznaje tylko tych przedstawicieli własnej płci, którzy również polują, nieczęsto pragnie podsycać ich apetyty kwaterowaniem ich na własnym terenie.
Teraz z niekłamaną radością powitał panią Dashwood i jej córki w Barton Park. Prowadząc młode damy do salonu, zdradził się z obawami wyrażonymi już dzień wcześniej i przyznał, że nie zdołał zapewnić im towarzystwa żadnych eleganckich młodzieńców, dlatego tym razem dotrzyma im go oprócz niego tylko jeden dżentelmen, przyjaciel bliski jego sercu, który gości akurat w posiadłości, lecz niestety nie jest ani młody, ani szczególnie wesoły. Sir John wyraził nadzieję, że pani i panny Dashwood wybaczą mu tak skromne towarzystwo, gotów jest jednak zapewnić, że to się nigdy nie powtórzy. Rankiem odwiedził nawet kilka rodzin z sąsiedztwa w nadziei na ściągnięcie do Barton Park dodatkowych gości, lecz akurat przypadała pełnia księżyca i wszyscy byli już wcześniej umówieni. Szczęśliwym zrządzeniem losu przed godziną przyjechała z wizytą matka lady Middleton, kobieta bardzo miła i pogodna, więc sir John miał nadzieję, że młode damy nie znudzą się tak szybko, jak mogły się tego wcześniej obawiać. Młode damy, podobnie jak ich matkę, całkowicie usatysfakcjonowała obecność na obiedzie dwóch całkiem obcych osób i wcale nie pragnęły ich więcej.
Pani Jennings, matka lady Middleton, okazała się wesołą, pulchną starszą damą, pogodną, gadatliwą i dość ordynarną, zaśmiewającą się i dowcipkującą bez ustanku. Nim obiad dobiegł końca, zażartowała kilkakrotnie na temat mężów i kochanków, wyraziła nadzieję, że dziewczęta nie zostawiły serc w Sussex, i zakpiła z ich rzekomych rumieńców. Marianne zdenerwowała się z powodu siostry i zwróciła spojrzenie na Elinor, aby sprawdzić, jak też ona przyjmuje te ataki. Powaga malująca się na twarzy Marianne bardziej zraniła Elinor niż nieszkodliwe przytyki pani Jennings.
Pułkownik Brandon zdawał się - wskutek odmienności usposobienia - nie bardziej odpowiedni do roli bliskiego przyjaciela sir Johna niż lady Middleton do roli jego żony albo pani Jennings do roli matki lady Middleton. Poważny i milczący, sprawiał wcale przyjemne wrażenie, choć dla Marianne i Margaret jako człowiek trzydziestopięcioletni był już starym kawalerem. Nie był przystojny, lecz wyglądał na rozumnego, a wobec innych zachowywał wielką uprzejmość.
Nikt z tego towarzystwa nie zaskarbił sobie szczególnej sympatii pani i panien Dashwood, lecz chłodna nijakość lady Middleton okazała się tak odpychająca, że w porównaniu z nią powaga pułkownika Brandona czy nawet nieokiełznana wesołość sir Johna i jego teściowej wydały się przynajmniej interesujące. Lady Middleton sprawiała wrażenie, jakby uradowało ją dopiero wejście po obiedzie czwórki jej hałaśliwych dzieci, które ciągnąc ją we wszystkie strony i czepiając się jej sukni, położyły kres wszelkiej rozmowie mogącej ich nie dotyczyć.
Wieczorem, gdy odkryto już muzyczne talenty Marianne, poproszono ją, aby coś zagrała. Otwarto instrument i po chwili wszyscy gotowi byli dać się oczarować. Marianne, dysponująca doskonałym głosem, wykonała na ich prośbę większą część pieśni, które lady Middleton wniosła w posagu, a których zapis nutowy najprawdopodobniej od dnia ślubu leżał nietknięty na fortepianie; jaśnie pani uczciła bowiem zamążpójście rozstaniem z muzyką, choć zdaniem jej matki grała doskonale, a we własnym mniemaniu była melomanką.
Występ Marianne spotkał się z gorącym przyjęciem. Sir John po każdej pieśni głośno wyrażał podziw, a w jej trakcie równie głośno gawędził z pozostałymi. Lady Middleton raz po raz przywoływała go do porządku, zdziwiona, jak można choć na moment odrywać się od muzyki, po czym prosiła Marianne o wykonanie tej akurat pieśni, którą panna chwilę wcześniej zaśpiewała. Tylko pułkownik Brandon słuchał Marianne bez zachwytów. Jedynym wyrazem jego uznania była uwaga, jaką obdarzał wykonawczynię, wzbudzając w niej ten szacunek, który inni stracili wskutek bezwstydnie okazywanego braku zamiłowania do muzyki. Przyjemność czerpana przez pułkownika z występu Marianne nie wyrażała się ekstatycznym zachwytem odpowiadającym jej uniesieniom, niemniej tak mocno kontrastowała z okropną niewrażliwością pozostałych, że Marianne postanowiła ją docenić. Miała dość rozsądku, aby przyjąć, że mężczyzną trzydziestopięcioletnim nie targają już gwałtowne namiętności i żadna przyjemność nie przeszywa go do głębi. W tej sytuacji gotowa była wielkodusznie uwzględnić w swych rachubach zaawansowany wiek pułkownika.