Rozwikłanie - Katarzyna Młyńska

-
Proszę czekać

Prolog

Na środ­ku sto­łu leży czar­na bro­szu­ra. Sem­net pod­cho­dzi do niej i ją pod­no­si. Wi­dzi, że jest na niej na­pi­sa­ne zło­ty­mi li­te­ra­mi DZIEN­NIK GHA­RI­NOW. To jest... bar­dzo dziw­ne. Nie wie, co to może zna­czyć.

- Czy kon­ty­nu­uje­my? - pyta na­gle jej dziew­czy­na, któ­ra mu­sia­ła po­ja­wić się za jej ple­ca­mi.

- Co mamy kon­ty­nu­ować? - Sem­net od­wra­ca się do niej, zdzi­wio­na. Co ona tu w ogó­le robi? To jest jej dom ro­dzin­ny na Ciri, nie Ro­so­rur, gdzie te­raz miesz­ka. Po co by tu była, dla­cze­go tu jest? Skąd się tu­taj wzię­ła?

Przy­po­mi­na jej to sen... bo to jest sen, do próż­ni ciem­nej, jak się wkrót­ce orien­tu­je. Oczy­wi­ście, że tak. Ko­lej­ny tego sor­tu.

Czu­je do­tyk na ple­cach. Prze­szu­ku­je łóż­ko nogą i znaj­du­je dru­gą - nogę Fe­li­fe­ry.

Sem­net od­wra­ca się i ją przy­tu­la. Fela przy­bli­ża swo­je cia­ło do cia­ła Sem­net, któ­ra roz­wie­ra za­spa­ne, re­zy­stu­ją­ce po­wie­ki i pa­trzy na pięk­no jej twa­rzy, jej za­mknię­te oczy, jej cien­kie usta, a wszyst­ko to oto­czo­ne dłu­gi­mi brą­zo­wy­mi fa­la­mi wło­sów. Sem­net przy­cią­ga ją jesz­cze bli­żej i ca­łu­je w czo­ło. Po po­trzeb­nym dla zdro­wia cza­sie wsta­je z łóż­ka.

Idzie do ła­zien­ki i wcho­dzi do no­wo­cze­sne­go - lecz nie zbyt­nio, bio­rąc pod uwa­gę ich przy­na­leż­ność do kla­sy śred­niej - prysz­ni­ca au­to­ma­tycz­ne­go. Drzwi się za­my­ka­ją, Sem­net na­ci­ska przy­cisk, usta­wia tem­pe­ra­tu­rę na nie­zbyt zim­ną, ale na pew­no nie go­rą­cą, i wy­cią­ga ra­mio­na na boki. Woda pry­ska z każ­dej stro­ny ze ścian prysz­ni­ca.

Sem­net po­tem krę­ci wło­sy do góry we­dług po­wszech­nej mody ro­so­rur­skiej, myje zęby i twarz, i ma­lu­je się w spo­sób kom­ple­men­tu­ją­cy jej po­dłuż­ną, nie­bie­ska­wą twarz i ciem­ne oczy.

Na­stęp­nie, po po­now­nym spraw­dze­niu, czy Fe­li­fe­ra na­dal śpi, zmie­nia ubra­nia na dzien­ne i robi so­bie her­ba­tę.

Kie­dy ku­bek jest peł­ny, Sem­net bie­rze go z de­ski i upi­ja łyk. Her­ba­ta jak każ­da inna. Nie jest zna­ko­mi­ta, ale orzeź­wia­ją­ca i ge­ne­ral­nie smacz­na.

- Też so­bie coś zro­bię. - Za ple­ca­mi sły­szy głos Feli. W od­róż­nie­niu od Sem­net nie była jesz­cze w ła­zien­ce, więc jej wło­sy nie są w naj­lep­szym sta­nie i wciąż ma za­spa­ne oczy. To nie zmie­nia fak­tu, że Sem­net bar­dzo się cie­szy, że ją wi­dzi.

- Ja mogę ci zro­bić. - Wsta­je i wsta­wia nowy ku­bek do ma­szy­ny, kli­ka przy­ci­ski po­trzeb­ne, żeby wy­two­rzyć smak soku po­ma­rań­czo­we­go, któ­ry, jak Sem­net wie, jest ulu­bio­nym Fe­li­fe­ry, po czym pod­cho­dzi do niej i ca­łu­je ją w usta. - Wiesz, pi­cie przed my­ciem zę­bów nie jest zbyt zdro­we.

Fe­li­fe­ra uśmie­cha się z mi­ło­ścią.

- Pi­cie te­iny na pu­sty żo­łą­dek też nie jest zbyt zdro­we.

Sem­net śmie­je się i po­da­je jej sok.

- Masz mnie.

Dru­ga ko­bie­ta bie­rze łyk, po czym od­sta­wia ku­bek na stół.

- Wy­glą­da na to, że dzi­siaj mam co ro­bić wo­kół domu... Le­piej pój­dę się za to wziąć.

- Pew­no, ale naj­pierw... - Sem­net pro­wa­dzi ją na sofę i przy­tu­la.

Fe­li­fe­ra kła­dzie gło­wę na jej ko­la­nach, po czym leżą leżą tak przez ja­kiś czas.

Sem­net uwa­ża Fe­li­fe­rę za nie­zwy­kłą ko­bie­tę. Tak pięk­ną, ko­cha­ją­cą i do­brą. Za­ło­ży­ła i jest li­de­rem Przy­wi­le­jów dla Nie­uprzy­wi­le­jo­wa­nych (PdNup), po­wszech­nie ce­nio­nej or­ga­ni­za­cji sku­pia­ją­cej się na znaj­do­wa­niu miejsc pra­cy i do­mów dla bez­dom­nych, ochro­nie osób dys­kry­mi­no­wa­nych i in­nych prze­róż­nych cu­dow­nych rze­czach dla po­trze­bu­ją­cych. Jest bar­dzo dum­na ze swo­jej dziew­czy­ny. Sama nie zro­bi­ła dużo dla świa­ta prócz oka­zjo­nal­ne­go po­ma­ga­nia lu­dziom. Te parę pio­se­nek, któ­re na­pi­sa­ła, też mo­gły­by się li­czyć, ale nie są­dzi, żeby były bar­dzo do­bry­mi kom­po­zy­cja­mi. Prze­sła­nie tam jest, ow­szem, lecz same me­lo­die... Nie może ich słu­chać. Jed­nak Fe­li­fe­ra utrzy­mu­je, że je uwiel­bia, więc może i nie są aż tak złe.

Kie­dy tak leżą, Sem­net wy­zna­je, co sie­dzi w jej gło­wie od cza­su, gdy się obu­dzi­ła.

- Zno­wu mia­łam dziw­ny sen. Nie pa­mię­tam wszyst­kie­go, ale wi­dzia­łam ja­kąś czar­ną, pa­pie­ro­wą bro­szu­rę w domu mo­ich ro­dzi­ców i ty tam by­łaś... - Krę­ci gło­wą, jak­by od­rzu­ca­ła sen jako bez­sen­sow­ny żart. - To wszyst­ko ta­kie z dupy wy­ję­te. Mu­sia­łam być wy­koń­czo­na...

- Hm. Bar­dzo dziw­ne, tak. - Fela przy­tu­la ją moc­niej i wsta­je. - Mu­szę za­bie­rać się do pra­cy. Za kil­ka chwil będę z po­wro­tem i wte­dy jesz­cze się po­rząd­nie po­że­gna­my, obie­cu­ję.

Rozdział pierwszy

Rozniecenie

- Wró­ci­łam! - ogła­sza Fe­li­fe­ra, wcho­dząc z po­wro­tem do du­że­go po­ko­ju, te­raz cał­kiem ubra­na i umy­ta. - I zgad­nij, co zna­la­złam w skrzyn­ce.

Sem­net pa­trzy na pa­pier, któ­ry lą­du­je na sto­le. Na­tych­miast otwie­ra sze­rzej oczy. In­stynkt mówi jej, żeby wstać.

- Nie­moż­li­we. - Za­chłan­nie bie­rze bro­szu­rę w ręce.

- Wy­glą­da na to, że two­je sny są pro­ro­cze - mówi pół­żar­tem Fe­li­fe­ra.

- Za­praw­dę dziw­ne... Wy­glą­da do­kład­nie jak ta ze snu. Je­śli kie­dy­kol­wiek zo­ba­czę wy­gra­ne nu­me­ry na lo­te­rii w jed­nym z mo­ich snów, od razu ci po­wiem. - Sem­net się uśmie­cha, kon­ty­nu­ując żart. - Ale to musi być po pro­stu ja­kiś zbieg oko­licz­no­ści - do­da­je pod no­sem.

- Więc, idzie­my? - pyta Fe­li­fe­ra.

- Gdzie mamy iść...? - Sem­net z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­ła prze­czy­tać bro­szu­rę, na któ­rej zło­ty­mi li­te­ra­mi jest wy­pi­sa­ne za­pro­sze­nie na ma­ska­ra­dę... Wid­nie­ją tam ich imio­na, dzi­siej­sza data, współ­rzęd­ne astro­no­micz­ne... i to tyle. - Nie wy­da­je ci się to tro­chę po­dej­rza­ne?

- Tak... To zna­czy może. Nie wiem. Co ty o tym my­ślisz?

- Hm. - Sem­net pa­trzy na Felę. - Za­pro­si­li nas oso­bi­ście. Czy to nie in­try­gu­ją­ce? My­ślę, że po­win­ny­śmy pójść, je­śli nie żeby na­praw­dę się po­ba­wić, to cho­ciaż z cie­ka­wo­ści. Dla wie­dzy.

- Być może nie jest to zbyt ostroż­ne z na­szej stro­ny, ale przy­go­da raz na ja­kiś czas nie po­win­na nam za­szko­dzić. - Mina Fe­li­fe­ry od razu się roz­ja­śnia. - Hm, do­brze. Za­ła­twię nam zwol­nie­nie na dzi­siaj.

***

Miej­sce, w któ­rym od­by­wa się szem­ra­na ma­ska­ra­da, wy­glą­da za­ska­ku­ją­co... so­lid­nie. Moż­na by po­wie­dzieć, że pre­sti­żo­wo. Może na­wet za bar­dzo. Bia­ło-zło­ta es­te­ty­ka kon­tra­stu­je z kre­acją Sem­net - czer­wo­no-czar­ną suk­nią z czar­ną pe­le­ry­ną Sem­net. Ma­ska, któ­rą mu­sia­ła sama przy­nieść, ale na szczę­ście mia­ła w domu, tak­że wpa­so­wu­je się w ob­raz - jest czar­na z czer­wo­ny­mi koń­ców­ka­mi. Jej ubiór, na co zwra­ca te­raz więk­szą uwa­gę, nie róż­ni się bar­dzo od stro­ju Fe­li­fe­ry, któ­ry jest jed­nak bar­dziej prak­tycz­ny i w pew­nym sen­sie prost­szy, lecz na­dal nie­zwy­kle ma­gicz­ny i pięk­ny. Fela wy­glą­da na sku­pio­ną, ob­ser­wu­jąc go­ści na gali.

Re­cep­cjo­nist­ka bie­rze za­pro­sze­nia, któ­re po­da­je jej Sem­net. Ko­bie­ta tak­że ma na so­bie ma­skę. Wy­glą­da na czło­wie­ka, nie ro­bo­ta.

- Sem­net Mel­len, nu­mer oso­bi­sty 71342102; Fe­li­fe­ra Cy­gnus, 86420604?

- Ow­szem - od­po­wia­da ta dru­ga.

Czy przy­szły jako ostat­nie ze wszyst­kich, czy na­praw­dę zna­ją ich tu wy­star­cza­ją­co, by ich roz­po­znać?

- Wi­tam. - Re­cep­cjo­nist­ka za­pra­sza ich na salę ge­stem ręki.

- Roz­dziel­my się, ale trzy­maj­my bli­sko na wszel­ki wy­pa­dek, je­śli coś by się sta­ło - mówi Fe­li­fe­ra, kie­dy wcho­dzą w nie­ska­zi­tel­ny cha­os im­pre­zy. - Jak coś znaj­dzie­my, kon­tak­tu­je­my się.

Sem­net przy­ta­ku­je nie­chęt­nie i przy­tu­la swo­ją dziew­czy­nę.

- Po­wo­dze­nia. Ko­cham cię. - Nie bar­dzo chce jej się iść sa­mej po­mię­dzy tych wszyst­kich lu­dzi.

- Też cię ko­cham. Pa, pa. - Fe­li­fe­ra kie­ru­je się w prze­ciw­ną stro­nę.

Sem­net nie po­tra­fi zro­zu­mieć wzo­ru łą­czą­ce­go go­ści, któ­ry by tłu­ma­czył, dla­cze­go zo­sta­li za­pro­sze­ni oni, a nie inni. Spo­glą­da do tyłu, na Fe­li­fe­rę. Chy­ba spo­tka­ła ko­le­żan­kę z pra­cy i z nią roz­ma­wia. Ta in­for­ma­cja nie pro­wa­dzi do żad­nych wnio­sków, ale i tak jest to coś, co war­to mieć na uwa­dze, idąc da­lej.

Cho­dzi po sali, aż do­cie­ra do miej­sca, któ­re wy­da­je jej się punk­tem cen­tral­nym. Do­oko­ła są po­usta­wia­ne ław­ki, na któ­rych sie­dzą ja­cyś lu­dzie, a spoj­rzaw­szy w dół, wi­dzi, że po­środ­ku wid­nie­je ko­ło­wy wzór unie­sio­ny lek­ko nad pod­ło­gą. Na pew­no ma się tu wy­da­rzyć coś waż­ne­go. Może wró­ci tu póź­niej i zo­ba­czy, o co cho­dzi.

Na­gle lu­dzie za­czy­na­ją kla­skać, przy­cią­ga­jąc uwa­gę in­nych, sto­ją­cych za nimi, któ­rzy od­wra­ca­ją się i ro­bią to samo. Czy za­czął się po­kaz? Nie wi­dzi żad­nych zmian w oświe­tle­niu ani ni­ko­go wcho­dzą­ce­go na sce­nę. O-o, w co ona się wpa­ko­wa­ła?

Sem­net wy­da­je z sie­bie coś na kształt kasz­lu i śmie­chu.

- Na­praw­dę nie wiem, co mam ro­bić, bar­dzo prze­pra­szam... - przy­zna­je się wi­dow­ni.

Męż­czy­zna sie­dzą­cy na ław­ce daje jej mi­kro­fon do ręki. Jest czło­wie­kiem śred­niej bu­do­wy, ma na so­bie zło­ty gar­ni­tur oraz nie­bie­ską ma­skę na oczach i wy­da­je się mieć trzy­dzie­ści parę lat.

- Dzię­ku­ję - szep­cze do nie­go Sem­net i kon­ty­nu­uje w mi­kro­fon: - Więc... Mam za­śpie­wać? Chy­ba mogę za­śpie­wać...

- Po pro­stu niech po­wie pani coś, czym chce się z nami po­dzie­lić! Aneg­do­tę, żart, prze­sła­nie... - na­pro­wa­dza ją ten sam męż­czy­zna. - Fo­rum jest do pani dys­po­zy­cji.

- Do­brze. - Kasz­le. - Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że... na­wet je­śli nie wiem do koń­ca, o co cho­dzi w tej im­pre­zie... - Brak re­ak­cji od wi­dow­ni. Albo nie wie­dzą, kim jest, albo wie­dzą, ale ona ma być tego nie­świa­do­ma. - To za­szczyt być tu i mam na­dzie­ję spo­tkać tu dużo... mi­łych lu­dzi. Wy­szło na to, że ze­bra­łam w so­bie spo­ro od­wa­gi, więc jesz­cze do­dam, by­ście... dzie­li­li się mi­ło­ścią. Znajdź­cie speł­nie­nie i po­ma­gaj­cie in­nym je zna­leźć. - Sem­net kła­nia się i kie­dy okla­ski po­now­nie wy­bu­cha­ją, od­da­je mi­kro­fon męż­czyź­nie, któ­ry od­kła­da go na sto­lik.

- Świet­na prze­mo­wa - mówi, pod­cho­dząc do niej i od­pro­wa­dza­jąc ją na stro­nę.

- Dzię­ku­ję. Dzię­ku­ję za wska­zów­kę, co mam ro­bić.

- Nie ma pro­ble­mu. Tak jak pani po­wie­dzia­ła, do­brze jest po­ma­gać lu­dziom. - Ota­cza ręką ra­mio­na Sem­net. - Po­wie mi pani, ja­kie imię nosi dama, któ­ra tak pięk­nie się wy­sła­wia?

- To na­praw­dę nie była tak do­bra prze­mo­wa... lecz dzię­ku­ję, po­now­nie. Je­śli cho­dzi o moje imię, nie wy­da­je mi się, że­bym mo­gła je ujaw­nić. Te ma­ski mają ja­kiś cel, czyż nie?

- Cóż, tak, ra­cja, wy­ba­czy pani. Pew­no je­stem zmę­czo­ny... - Się­ga dło­nią pod ma­skę i wy­cie­ra oko. - W ta­kim ra­zie jak mam pa­nią na­zy­wać?

Sem­net wzru­sza ra­mio­na­mi.

- My­ślę, że jak­kol­wiek pan chce.

Kusi ją uciecz­ka od tego dzi­wa­ka, ale ma prze­czu­cie, że on coś wie i może wy­trzy­my­wa­nie jego głupstw wy­ja­wi ja­kieś in­for­ma­cje na te­mat ma­ska­ra­dy.

On w tym cza­sie za­sta­na­wia się osten­ta­cyj­nie.

- Przy­po­mi­na mi pani czar­ne­go pta­ka... Wro­na. Tak, Wro­na. To do pani pa­su­je. Od te­raz jest pani Wro­ną.

Z jego ust wy­do­by­wa się chi­chot. Kiwa gło­wą.

- W po­rząd­ku. Ja będę Wro­ną. A pan... - pa­trzy na jego nie­bie­ską ma­skę - ...bę­dzie Sój­ką.

Pan Sój­ka uśmie­cha się i wy­cią­ga rękę.

- To za­szczyt pa­nią po­znać, Wro­no.

Sem­net-Wro­na ści­ska jego dłoń i po­ta­ku­je na po­twier­dze­nie.

- Pro­szę, niech po­wie pani coś o so­bie.

- Sta­ram się zna­leźć dla sie­bie miej­sce w tym wiel­kim i nie­ste­ty wiel­ce nie­przy­jem­nym świe­cie. Mam dziew­czy­nę. To daje mi ja­kąś sta­bil­ność i na­dzie­ję na przy­szłość.

- Mhm. - Sój­ka wy­da­je się zbi­ty z tro­pu, bo­wiem kie­ru­nek, w któ­rym po­szła kon­wer­sa­cja, nie wy­da­je się po jego my­śli. - Po­wie­dzia­ła pani, że nie może zna­leźć miej­sca w świe­cie. Czy mo­gła­by pani roz­wi­nąć tę myśl?

- Cóż, ja... - Wy­ko­nu­je nie­okre­ślo­ny gest ręką, któ­rą nie trzy­ma wła­śnie ma­ski, jak­by chcia­ła wy­ba­dać po­wie­trze w po­szu­ki­wa­niu dal­szych słów. - My­ślę, że nie ro­bię wy­star­cza­ją­co w ży­ciu, ro­zu­mie pan? Na­pi­sa­łam parę pio­se­nek, ale nie są zbyt do­bre. Poza tym w dzi­siej­szych cza­sach, na­wet je­śli mi­lio­ny by ich słu­cha­ły, to nie jest już re­ali­stycz­ny spo­sób na za­ro­bek. Mu­szę pra­co­wać od rana do nocy w pra­cy, któ­rej wca­le nie lu­bię, że­bym mo­gła żyć. Chcia­ła­bym być po­mo­cą dla świa­ta. Ale szcze­rze, moja dziew­czy­na robi to za nas obie. A pan?

- Ja zna­la­złem swo­je miej­sce.

Sem­net za­pra­sza go ge­stem dło­ni do roz­wi­nię­cia my­śli.

- Nie mogę nic po­wie­dzieć... na ra­zie.

Ko­bie­ta mru­ży oczy.

- Mhm. Na­wet pan nie po­wie, gdzie pra­cu­je?

Męż­czy­zna krę­ci gło­wą.

To bar­dzo dziw­ne. On na pew­no coś wie.

- Cóż, w po­rząd­ku. Wie pan, o co cho­dzi z tą ma­ska­ra­dą? Dla­cze­go do­sta­li­śmy za­pro­sze­nie? - Je­śli nie bę­dzie chciał po­wie­dzieć na­wet tego, zo­sta­wi go.

- Wiem. By się ba­wić - od­po­wia­da mo­no­ton­nie.

- Och tak, na pew­no. To wszyst­ko, co pan wie? - drą­ży.

- Nie.

- Więc cze­mu mi pan nie po­wie?

- Sama się pani do­wie prę­dzej czy póź­niej.

Co to, do cho­le­ry, ma zna­czyć? Wi­dząc jej zdzi­wio­ną minę, po­ka­zu­je ge­stem, że za­my­ka bu­zię na klucz.

Sem­net kiwa gło­wą i od­cho­dzi. Pa­trzy na tłum, by zna­leźć Fe­li­fe­rę, szczę­śli­wie ta wła­śnie do niej idzie.

- Ja­kieś po­stę­py? - pyta Fela.

- Nie bar­dzo... Jest taki pan... - Wska­zu­je na Sój­kę. - On coś wie, ale nie chce nic po­wie­dzieć. Poza tym mu­sia­łam wy­gło­sić prze­mo­wę.

Fela się uśmie­cha.

- Wi­dzia­łam cię. Do­brze so­bie po­ra­dzi­łaś. Je­stem z cie­bie dum­na!

Sem­net się ru­mie­ni.

- Dzię­ku­ję. A ty coś od­kry­łaś?

- Jesz­cze nie. Spo­tka­łam Cono z de­par­ta­men­tu dys­try­bu­cji, ale to tyle. Ona też nie wie, co się dzie­je. Szu­kaj­my da­lej.

Roz­dzie­la­ją się i Sem­net jest zno­wu sama.

Co ma w ogó­le tu ro­bić? To wi­docz­nie ja­kieś oszu­stwo, coś się nie zga­dza. Bę­dzie mu­sia­ła po­szu­kać or­ga­ni­za­to­ra, je­śli w ogó­le tu jest.

Pod­cho­dzi do okna i pa­trzy na te­ren na ze­wnątrz. Nic cie­ka­we­go. Sta­tek ko­smicz­ny, na któ­rym od­by­wa się ma­ska­ra­da, jest za­par­ko­wa­ny na pu­stej, py­ło­wej aste­ro­idzie w otwar­tej prze­strze­ni. Mo­gli wy­brać każ­de inne miej­sce, wy­bra­li to.

Ręka za­czy­na ją bo­leć od trzy­ma­nia ma­ski przez tak dłu­gi czas. Kie­dy na chwi­lę zdej­mu­je ją z twa­rzy, sły­szy z tyłu kro­ki.

- Hej! Skąd smu­tek? Ma­ska z po­wro­tem na oczy.

Sem­net od­wra­ca się do źró­dła dźwię­ku - wi­dzi ko­bie­tę w śred­nim wie­ku. Pod­no­si z po­wro­tem rękę i pyta wprost:

- Wie pani, o co cho­dzi w tym wszyst­kim? Dla­cze­go za­pro­szo­no aku­rat nas?

Ko­bie­ta wy­glą­da na za­do­wo­lo­ną z py­ta­nia, być może uba­wio­ną. Praw­do­po­dob­nie Sem­net zna­la­zła ko­lej­ną oso­bę, któ­ra ma wie­dzę.

- Cie­kaw­ska pani jest, co? Mel­len, tak?

- Skąd pani wie? Jest pani or­ga­ni­za­tor­ką?

Ko­bie­ta kła­dzie dłoń na ple­cach młod­szej i pro­wa­dzi ją gdzieś.

- Cóż, nie wie­dzia­ła­bym, je­śli nie zdję­ła­by pani ma­ski... Ale tak! To ja was wszyst­kich za­pro­si­łam.

- Skąd zna­ła pani na­sze imio­na? Dla­cze­go my?

- Och, je­stem pani wiel­ką fan­ką, ko­cha­niut­ka. To pani stwo­rzy­ła ar­cy­dzie­ło pod ty­tu­łem Ja­ski­nio­wy szczur...

Znaj­du­ją się w ja­kimś po­ko­ju za ku­li­sa­mi, z dala od gali.

- Nie na­zwa­ła­bym go ar­cy­dzie­łem, ale dzię­ku­ję. - Nie wie­dzia­ła, że jest sław­na. Nie wie­dzia­ła, że kto­kol­wiek jej słu­chał.

- Och, nie bądź taka skrom­na! Jest świet­ny.

- Dzię­ku­ję po­now­nie. Czy to dla­te­go mnie tu pani za­pro­si­ła? Bo po­do­ba się pani to, co two­rzę? Co z in­ny­mi? Cono, z tego co mi wia­do­mo, nie jest ar­tyst­ką.

Ko­bie­ta się śmie­je.

- Do­wie się pani w swo­im cza­sie. Za­iste w swo­im cza­sie... Jak pani po­wie­dzia­ła w jed­nym z ar­cy­dzieł: "Za­bierz od dia­men­to­wej hor­dy, znisz­czysz hor­dę, roz­dzie­lisz dia­ment mię­dzy mrów­ki".

Sem­net się uśmie­cha. Na­praw­dę zna jej pio­sen­ki. Jed­nak w jaki spo­sób ten wers na­wią­zu­je do za­pro­szo­nych osób?

- Jak in­ter­pre­tu­je pani ten wers?

Or­ga­ni­za­tor­ka pa­trzy w okno i od­po­wia­da z uśmie­chem wy­da­ją­cym się no­sić w so­bie nie­na­wiść, sa­tys­fak­cję i może po­czu­cie winy:

- Po­win­ni­śmy wzmac­niać się, spo­żyt­ko­wu­jąc owo­ce pra­cy tych, któ­rzy nie są wy­star­cza­ją­co sil­ni, by sami ich uży­wa­li.

Jak w ogó­le do­szła do tego wnio­sku? Sem­net marsz­czy brwi.

- To oczy­wi­ście nie jest to, co mia­łam na my­śli, i wca­le nie zga­dzam się z tym stwier­dze­niem. Uwa­żam wręcz od­wrot­nie. Ci, jak ich pani na­zwa­ła, któ­rzy nie są wy­star­cza­ją­co sil­ni, nie mają wy­star­cza­ją­co za­so­bów, by się wzmoc­nić, po­win­ni brać od tych, któ­rzy są zbyt sil­ni, któ­rzy chcą pod­bi­jać i zdo­by­wać. To wszyst­ko po to, żeby mo­gli wspól­nie żyć w do­bro­by­cie i ko­lek­tyw­nej sile. O co w ogó­le cho­dzi w tej ma­skar...

Wte­dy sły­szy gło­śne dzwo­ny prze­ry­wa­ją­ce jej wy­po­wiedź i spra­wia­ją­ce, że uśmiech or­ga­ni­za­tor­ki się po­sze­rza. Czy jest szcze­ry? Nikt nie wie. Sem­net nie wie też, któ­ra opcja by­ła­by bar­dziej nie­przy­jem­na.

- Wy­glą­da na to, że twój czas się zbli­ża - mówi ko­bie­ta i za­pra­sza ją do wyj­ścia z po­ko­ju, kom­plet­nie igno­ru­jąc od­po­wiedź Sem­net.

***

- A te­raz to! - wy­krzy­ku­je oso­ba na gó­rze sce­ny, trzy­ma­jąc w ręku czar­ny, ja­jo­wa­ty obiekt, któ­ry wy­da­je się świe­cić od środ­ka. - W tej for­mie może pro­du­ko­wać tyle ener­gii co ża­rów­ka, co może nie być nie­sa­mo­wi­te, ale kie­dy we­zmą pań­stwo pod uwa­gę wzrost, jaki daje ta funk­cja... - Ści­ska obiekt, przez któ­ry prze­cho­dzą neo­no­wo zie­lo­ne świa­teł­ka. Po chwi­li wy­bu­cha i po­zo­sta­wia fio­le­to­wą mgieł­kę. - To było sto razy tyle ener­gii. Na­zy­wa­my je mę­czen­ni­ka­mi ener­gii. Chcą pań­stwo za­si­lić swój dom? Zbu­do­wa­li­ście broń, ale nie wie­cie, jak ją za­si­lić? Pań­stwa wy­obraź­nia jest li­mi­tem tego, jak to cudo może być uży­te. Więc ile mo­że­my ocze­ki­wać za ze­staw pięć­dzie­się­ciu ta­kich? Dzie­sięć ty­się­cy? Czy sły­szę dzie­sięć ty­się­cy pięć­set...?

Sem­net wresz­cie znaj­du­je Fe­li­fe­rę w tłu­mie. Wszyst­kie oso­by za­pro­szo­ne na ma­ska­ra­dę ze­bra­ły się do­ko­ła sce­ny - więk­szość nie wie, o co cho­dzi, są stra­pio­ne; nie­któ­re są za­fa­scy­no­wa­ne rze­cza­mi po­ka­zy­wa­ny­mi na au­kcji, mniej­sza gru­pa wy­raź­nie bo­ga­tych in­we­sto­rów po­szła na ca­łość na au­kcji, pro­po­nu­jąc sumy, o któ­rych wie­le sys­te­mów da­lej od ga­lak­tycz­ne­go cen­trum kul­tu­ro­we­go nie śni­ło­by o po­sia­da­niu.

- Hej. Co się dzie­je? - szep­cze Sem­net.

- Wy­glą­da na au­kcję. Za­pro­si­li nas tu na oszu­stwo... - za­czy­na Fe­li­fe­ra, ale Sem­net ją za­trzy­mu­je.

- Roz­ma­wia­łam z or­ga­ni­za­tor­ką. Wy­glą­da to na coś o wie­le gor­sze­go od zwy­kłe­go oszu­stwa.

Fe­li­fe­ra pa­trzy na nią skon­ster­no­wa­na, na­wet nie musi py­tać.

- Mó­wi­ła o mo­ich pio­sen­kach. Po­dzie­li­ła się swo­ją in­ter­pre­ta­cją jed­ne­go z wer­sów. Wy­da­je się dziw­nie sko­ra do pod­bo­jów. To, co tu­taj wi­dzi­my, wy­da­je się po­twier­dzać to stwier­dze­nie. Po­patrz na to miej­sce, ta­kie to wszyst­ko dro­gie. I te rze­czy... Wy­glą­da­ją tak... obco. Lecz zna­jo­mo, praw­dzi­wie. Nie są zwy­kły­mi pa­miąt­ka­mi...

- ...są ar­te­fak­ta­mi i za­so­ba­mi in­nych kul­tur - koń­czy Fela.

- Do­kład­nie! - Sem­net sta­ra się nie uśmie­chać zbyt sze­ro­ko, dum­na z in­te­li­gen­cji swo­jej dziew­czy­ny, ale też to nie jest czas ani miej­sce na zbyt­nią ra­dość.

- Pięć­dzie­siąt mi­liar­dów za pięć­dzie­siąt mę­czen­ni­ków ener­gii idzie do...

Zie­lo­ny, gę­sty gaz za­trzy­mu­je au­kcję. Nie­któ­re oso­by kasz­lą i upa­da­ją. Sem­net na­wet nie wie, czy jed­ną z tych osób nie jest Fe­li­fe­ra.

- Pie­prze­ni Le­cy­ci! Za­pła­ci­cie za to! - Sły­szy krzy­czą­cą or­ga­ni­za­tor­kę.

I to by była ostat­nia rzecz, któ­rej Sem­net jest pew­na.

Rozdział drugi

Nadzieja

Tu­nel jest dłu­gi i ciem­ny. Mi­ga­ją­ce świa­tła usy­tu­owa­ne da­le­ko od sie­bie na su­fi­cie na­da­ją mu nie­zbyt przy­ja­zny wy­gląd. Wy­da­je się, że zo­stał wy­bu­do­wa­ny tak spe­cjal­nie, żeby utrud­nić pra­cę temu, kto by się od­wa­żył go zin­fil­tro­wać. Sem­net nie pa­mię­ta, co tu robi, ale idzie da­lej w głąb. Może to nie jest naj­lep­szy po­mysł, może po­win­na za­wró­cić. Kto wie, co tam jest? Mimo wszyst­ko coś w tym miej­scu za­chę­ca ją do eks­plo­ro­wa­nia.

Na­gły błysk świa­tła od­bi­ja się w le­wej ścia­nie. Od­wra­ca się w kie­run­ku jego źró­dła.

- Wi­taj, Wro­no. - Ten, któ­re­go zna je­dy­nie jako Sój­kę, stoi przy pra­wej ścia­nie z rę­ka­mi zło­żo­ny­mi za ple­ca­mi.

- Ach, to pan. Co pan tu robi? - pyta Sem­net.

- To samo co pani - od­po­wia­da.

- Mhm... Pro­szę mnie zo­sta­wić - oznaj­mia, od­cho­dząc.

- Więc za­kła­dam, że nie chce pani wie­dzieć, co zro­bi­łem.

- Co pan zro­bił...? Ach!

Sój­ka trzy­ma nóż w ręku, a Fe­li­fe­ra leży mar­twa pod jego sto­pa­mi.

***

Świa­tło. Dużo świa­tła. Ja­sne, zim­ne świa­tło. Tor­tu­ry dla świe­żo obu­dzo­nych oczu. Po chwi­li pi­ka­nie. Gło­śne, de­ner­wu­ją­ce pi­ka­nie. Tor­tu­ry dla świe­żo obu­dzo­nych uszu. Za chwi­lę do ka­ko­fo­nii do­łą­cza­ją szyb­kie kro­ki.

- Dzień do­bry! Wresz­cie się pani obu­dzi­ła! - mówi pie­lę­gniar­ka, któ­ra po­ja­wia się w nie­wy­raź­nej wi­zji Sem­net.

- Co... Jak dłu­go by­łam... nie­obu­dzo­na? Gdzie je­stem? - Pa­trzy do­ko­ła. Wy­glą­da to na szpi­tal. Och, nie...

- Była pani nie­przy­tom­na przez dwa dni. Zna­le­zio­no pa­nią przy je­zio­rze mię­dzy dzie­siąt­ka­mi, set­ka­mi in­nych ciał. Tyl­ko wy prze­trwa­li­ście...

Otwie­ra sze­rzej oczy. Czu­je ad­re­na­li­nę w ży­łach, pi­ka­nie przy­spie­sza.

- Czy mię­dzy oca­la­ły­mi była ko­bie­ta o ja­sno­brą­zo­wej ce­rze, zie­lo­nych oczach i brą­zo­wych wło­sach?

- Oba­wiam się, że nie. Je­dy­ni oca­la­li są tu­taj, w tym po­ko­ju.

Sem­net po­dą­ża za wzro­kiem pie­lę­gniar­ki. To­wa­rzy­szy jej dwo­je lu­dzi, obo­je w szpi­tal­nych far­tu­chach. Je­den tro­chę star­szy, z ja­sną, szorst­ką skó­rą, dru­gi młod­szy, z ciem­ną skó­rą i krę­co­ny­mi czar­ny­mi wło­sa­mi.

- N-nie­ee... - Sem­net drży i sta­ra się nie za­śmiać przez łzy. - To nie­moż­li­we... Ja...

Pie­lę­gniar­ka zaj­mu­je miej­sce koło niej i ofe­ru­je chu­s­tecz­ki. Sem­net dmu­cha w jed­ną i sie­dzi przez ja­kiś czas bez słów, pa­trząc pu­sto na ocie­pla­ną be­to­no­wą pod­ło­gę.

- Tak mi przy­kro - szep­cze pie­lę­gniar­ka.

- Czy jest spis wszyst­kich zna­le­zio­nych ciał?

- Praw­do­po­dob­nie. Chce pani, że­bym go po­szu­ka­ła?

Kiwa gło­wą i pie­lę­gniar­ka zga­dza się, po czym wy­cho­dzi, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

- Więc na­resz­cie się pani obu­dzi­ła, ha? - mówi męż­czy­zna o ja­snej skó­rze. - Cze­ka­li­śmy na pa­nią.

Sem­net nie jest w tak samo do­brym hu­mo­rze co on. Pa­trzy na nie­go z dołu i mówi:

- Dzię­ku­ję.

- Jak ma pani na imię? - pyta dru­ga oso­ba en­tu­zja­stycz­nie. - Ja na­zy­wum się Zoe.

- Sem­net - mówi tro­chę nie­śmia­ło.

- Dweł. - Do­łą­cza szyb­ko ostat­ni z trój­ki.

- Czy wy dwo­je też by­li­ście na tej... ma­ska­ra­dzie... czy au­kcji... czy co­kol­wiek to było?

Ki­wa­ją gło­wa­mi.

- Hm. Ma­cie ja­kie­kol­wiek po­ję­cie, co to było? - kon­ty­nu­uje Sem­net.

Po­trzą­sa­ją gło­wa­mi.

- Pew­no au­kcja. Ktoś mu­siał tam stra­cić kupę kasy - teo­re­ty­zu­je Dweł.

- Ra­czej nie - po­pra­wia go Zoe. - Wszy­scy umar­li.

- Ano.

- Nie - mówi Sem­net. - Nie wie­rzę w to. Nie wie­rzę, że za­bi­li­by wszyst­kich oprócz na­szej trój­ki.

- A skąd ta­kie za­ło­że­nie, hę? - do­cie­ka Dweł.

- Nie wiem. Z na­dziei. Moja dziew­czy­na, któ­rą te­raz stra­ci­łam, za­wsze była opty­mist­ką. Po­cze­kaj­my na ten ra­port. Je­śli się nie zna­la­zła, mogę mieć na­dzie­ję. Je­śli tak, cóż, ja... Nie wiem.

Zoe pod­cho­dzi do jej łóż­ka i bie­rze jej rękę w swo­je dło­nie.

- Hej... Sem­net, tak? Bę­dzie do­brze. Na pew­no ją znaj­dziesz. Nie myśl o tym, je­śli mo­żesz. Od­pocz­nij. Wszy­scy prze­ży­li­śmy trau­ma­tycz­ne do­świad­cze­nie. Po­win­ni­śmy od­po­cząć.

- Może masz ra­cję.

Pie­lę­gniar­ka wra­ca z wiel­kim fol­de­rem, któ­ry sta­wia na łóż­ku Sem­net z kiw­nię­ciem gło­wy. Ko­bie­ta bie­rze go i wer­tu­je uważ­nie...

Każ­da ko­lej­na stro­na zwięk­sza na­pię­cie. Każ­da ko­lej­na stro­na jest moż­li­wym do­wo­dem na bez­pow­rot­ne znik­nię­cie jej mi­ło­ści.

- Wie­dzia­łam! - wy­krzy­ku­je Sem­net, kie­dy do­cie­ra do ostat­niej stro­ny. - Nie ma jej tam. - Opa­da ple­ca­mi na łóż­ko. Pi­ka­nie znów przy­spie­sza, ale za­raz po­tem zwal­nia. - Ona żyje!

Dweł bie­rze ra­port na swo­je łóż­ko i też za­czy­na go wer­to­wać.

- Może z moją cór­ką też wszyst...

Jego na­dzie­ja roz­bi­ja się tak szyb­ko, jak się po­ja­wia.

- Och. Cho­le­ra. - Pa­trzy pu­sto na li­stę i sie­dzi w ci­szy.

Sem­net na­dal leży z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Może jesz­cze ura­to­wać Felę... Je­dy­nym, co nie po­zwa­la jej tego zro­bić, jest brak in­for­ma­cji o tym, gdzie jest i kto ją prze­trzy­mu­je.

- Le­cy­ci - przy­po­mi­na so­bie na głos. - Or­ga­ni­za­tor­ka wspo­mnia­ła Le­cy­tów. To musi być...

- Za­raz, kto? - pyta Zoe.

- Czy­li ty wiesz, co się tam dzia­ło? - Dweł po­dzie­la jej za­in­te­re­so­wa­nie.

Sem­net pa­trzy na nich z iry­ta­cją.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Je­śli za­sta­na­wia­cie się, skąd wiem, że była or­ga­ni­za­tor­ką, sama mi po­wie­dzia­ła. Za­cze­pi­ła mnie i roz­ma­wia­ła ze mną przez chwi­lę. Mam swo­je teo­rie, ale to tyle.

- Po­dziel się nimi - pro­si Dweł.

- Sprze­da­wa­li rze­czy, któ­re do nich nie na­le­ża­ły. Zo­sta­ły skra­dzio­ne z in­nych świa­tów i kul­tur.

Zoe wy­glą­da na bar­dzo za­my­ślo­ną.

- Tak my­śla­łum. Ar­te­fak­ty, któ­re po­ka­zy­wa­li, wy­glą­da­ły, jak­by po­cho­dzi­ły skądś z No­wych Ru­bie­ży... Le­cy­ci, po­wia­dasz?

- Tak. Krzyk­nę­ła: "Le­cy­ci! Za­pła­ci­cie za to!", czy coś w tym sty­lu. Za­kła­dam, że albo to ja­cyś bo­go­wie, w któ­rych wie­rzy, albo to oni zde­to­no­wa­li bom­bę ga­zo­wą i wy­rzu­ci­li nas koło tego je­zio­ra. Skła­nia­ła­bym się ku tej dru­giej opcji.

- Przyj­rzę się temu. Praw­do­po­dob­nie zaj­mie mi to dzień czy dwa, żeby zna­leźć in­for­ma­cje na ich te­mat po tym, jak stąd wyj­dzie­my - za­pew­nia Zoe.

- Bar­dzo ci dzię­ku­ję, Zoe. Jak mogę ci się za to od­pła­cić?

- Je­dy­ną pra­wo­wi­tą za­pła­tą by­ło­by ura­to­wa­nie wszyst­kich, któ­rzy mogą być ura­to­wa­ni, i do­wie­dze­nie się, o co cho­dzi.

- Zga­dzam się. - Do­brze wie­dzieć, że są na świe­cie jesz­cze do­brzy lu­dzie. - A pro­pos za­pła­ty... boję się, ile nam na­li­czą za tą wi­zy­tę w szpi­ta­lu. - Śmie­je się ner­wo­wo.

- Ja też. - Zoe kiwa gło­wą.

- Ja nie. - Dweł zwra­ca na sie­bie uwa­gę. - Mogę udzie­lić wam po­życz­ki, je­śli nie ma­cie wy­star­cza­ją­co.

- Och, to ta­kie ho­no­ro­we! Dzię­ku­ję - mówi Sem­net, ale z tyłu gło­wy za­pi­su­je, że pew­no brał udział w au­kcji.

- Nie ma pro­ble­mu. Wie­cie, co my­ślę? - pyta Dweł. - My­ślę, że po­win­ni­śmy pójść po­wie­dzieć o tym po­li­cji.

Sem­net pry­cha.

- Wąt­pię, żeby zro­bi­li co­kol­wiek, by nam po­móc, je­śli w ogó­le we­zmą nas na po­waż­nie, ale w su­mie nie szko­dzi spró­bo­wać.

Zoe się zga­dza.

- Zro­bi­my to jako pierw­szą rzecz, jak się stąd wy­do­sta­nie­my. Nie ocze­ku­ję, że coś zro­bią, ale może zro­bią, kto wie?

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.