1
Nastał wrzesień, a przyniósł ze sobą skwarny upał. Któregoś z tych
wczesnojesiennych popołudni, kiedy dni wypełnione są jeszcze resztkami
żaru kanikuły, Kristóf Kőmives, młody sędzia, studiował w swoim biurze
akta spraw rozwodowych.
Jedna z tych spraw szczególnie interesowała sędziego, ponieważ znał - z daleka - osoby w niej występujące. Mąż, bierny i cierpiący bohater
rozprawy rozwodowej, której termin wyznaczono na następny dzień, młody
lekarz o znanym nazwisku, szef laboratorium jednego ze stołecznych
zakładów leczniczych, był szkolnym kolegą Kőmivesa; chodzili razem do
niższych klas szkoły średniej, a potem od czasu do czasu spotykali się
także przy okazji rozmaitych wydarzeń towarzyskich w życiu uniwersytetu,
na balach, na zebraniach. Sędzia zawsze życzliwie myślał o tym koledze
szkolnym, cichym i skromnym w obejściu, nieśmiałym w zachowaniu. Teraz,
gdy układał dokumenty, postać lekarza stanęła mu przed oczami nadzwyczaj
ostro; widział go, jak na którymś z dawno minionych uniwersyteckich
bali, mając dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata, stoi w okazałym holu
jednego z tych wielkich hoteli i z uśmiechem zakłopotania na twarzy, z niezdarną uprzejmością człowieka nieobeznanego z wielkim światem
odpowiada na tyle przymilne, co poniżające pytania panów dygnitarzy. W tej grupie stoi też on sam, młody praktykant prawa, i niespodziewanie
odczuwa sympatię do zapomnianego, mało sobie znanego kolegi szkolnego.
To chwila wybuchającego nagle niczym nieuzasadnionego uczucia więzi. Ale
potem, jakby oddzielał ich od siebie jakiś nieokreślony zakaz nie do
pokonania, po kilku słowach towarzyskiej konwersacji, z uprzejmie
przyjaznym uśmiechem znów tylko się mijają. Te nieporadne, naznaczone
niezręcznością próby zbliżeń powtarzają się regularnie; niekiedy on i lekarz spotykają się na ulicy i z uśmiechem radości śpieszą ku sobie;
jednocześnie wiedzą, że z tego spotkania znów nic nie wyjdzie, będą
jedynie potrząsać rękoma w uścisku i bąkać obojętne słowa, zakłopotani;
tak jakby "mówili o czymś innym" - o czymś innym? O czym? Sędzia
zamyślił się, stanął przy oknie.
Przez otwarte okno doszedł go z dziedzińca więzienia zgrzyt kół
ciężarówki. Usłyszał komendy strażników, a potem hałas wydawany przez
jakieś upadające na ziemię ciężkie przedmioty, prawdopodobnie worki, i odgłosy ludzkiej krzątaniny. Okno w jego biurze wychodziło na
podziurawioną niewielkimi otworami wentylacyjnymi ścianę ogniową
sąsiedniego więzienia; jako podwładny o niższej randze, urzędnik
znajdujący się wciąż na początkowym etapie swojej kariery, na razie
otrzymał w tym budynku mniej wygodny pokój, taki, w którym latem jest
duszno, a w zimowe popołudnia wcześnie robi się ciemno; pomieszczenia
wychodzące na ulicę, wygodniejsze i bardziej przestronne, zajmowali
naturalnie sędziowie starsi wiekiem i o wyższej randze, a taki właśnie
przydział pokoi on sam też uważał za słuszny i odpowiedni. Nisko w dole,
na wyłożonym kamieniem dziedzińcu, więźniowie zdejmowali z platformy
ciężarówki worki i zarzuciwszy sobie na ramię ciężar, znikali gęsiego za
wahadłowymi drzwiami piwnicy. Sędzia pracował w tym pokoju już od trzech
lat i codziennie przez kilka minut obserwował życie więziennego
dziedzińca; to tam na dół wyprowadzano więźniów na spacer, to tamtędy
śpieszyli w godzinach widzeń bliscy aresztowanych oraz osądzonych już
więźniów, to tamtędy przechodzili ci więźniowie, których wezwano do
budynku sądu na przesłuchanie albo na rozprawę. Ów obraz, ów smutny i monotonny świat znał aż do znudzenia, a mimo wszystko nie mijał nawet
jeden dzień, żeby przed opuszczeniem biura nie stanął przy oknie i przez
jakiś czas nie poprzyglądał się uważnie, jakby raz jeszcze i ciągle od
nowa chciał się o czymś przekonać. W codziennym życiu więziennego
dziedzińca było coś z przedsiębiorstwa, jakaś przedmiotowość; jak na
dziedzińcu fabryki, gdzie w dokładnie co do minuty rozpisanym czasie
pracy każdego dnia dzieje się to samo - a to, co się dzieje, może nawet
nie jest aż tak straszne i okropne, jak sądziłby ktoś niewprowadzony w te sprawy, lecz raczej tylko smutne i beznadziejne. Z takimi to
uczuciami patrzył codziennie przez kilka minut na ścianę ogniową
więzienia i na strzeżony żelaznymi drzwiami dziedziniec.
Imre Greiner, doktor Greiner, pomyślał z roztargnieniem. Tak nazywał się
lekarz, który teraz miał się rozwieść z żoną. Uważnie przeczytał przed
chwilą dane osobowe swojego dawnego kolegi szkolnego, szukał wspólnych
wspomnień. Greiner pochodził z Górnych Węgier, z rodziny
Zipserów1; teraz sędzia stwierdził przy okazji, że lekarz jest
od niego starszy o pół roku, w czerwcu skończył trzydzieści osiem lat, a on, choć byli kolegami szkolnymi, osiągnie ten wiek dopiero w grudniu.
To stwierdzenie, nie wiedział dlaczego, nieco go zdeprymowało. Ale
zaskoczył go również wiek żony: Anna Greinerowa, z domu Fazekas,
skończyła już trzydzieści lat. Obliczał i myślał. Teraz, gdy ukazali się
z tych akt i stanęli przed nim ludzie z krwi i kości, przypomniały mu
się najrozmaitsze rzeczy: również to, że pierwszy raz spotkał się z Anną
Fazekas przed dziewięcioma laty, pewnego wyjątkowo ciepłego, wręcz
omdlewająco gorącego lata, na korcie tenisowym na Wyspie Małgorzaty; w tamtym czasie ta młoda dziewczyna jeszcze nie mogła znać doktora
Greinera, a przynajmniej nic nie było wiadomo o tym, by byli zaręczeni.
Pewnego wieczoru podążają razem drogą przez wyspę, w kierunku mostu; on
niesie rakietę tenisową dziewczyny, Anna Fazekas ma na sobie letnią
sukienkę w biało-niebieskie paski, jest ciemno, rozmawiają o wycieczce
Dunajem. Nieopodal przystanku kolejki konnej, przy jednej z lamp
łukowych dostrzega twarz Anny Fazekas; w słabym świetle widziana z profilu dziewczyna zwraca się ku niemu z uśmiechem, a jej głos jest
całkiem aksamitny; ale możliwe, że tę aksamitność, to wahanie się,
niedookreślenie w barwie jej głosu tylko sobie teraz, po fakcie,
wyobraża. Idą tą drogą we czworo, jest tam jeszcze jedna dziewczyna,
przyjaciółka Anny Fazekas, i starszy pan, ojciec tej przyjaciółki. Annę
Fazekas mógł przed tym spotkaniem widzieć jedynie dwa, najwyżej trzy
razy; wszystko, co o niej wie, to to, że jej ojciec był inspektorem
szkolnym na prowincji, kilka lat wcześniej przeszedł na emeryturę, a wtedy przeprowadzili się do Pesztu; dziewczyna zresztą już i przedtem
wychowywała się w peszteńskiej szkole z internatem. Anna jest panną na
wydaniu, w ostatnim roku często bywała na balach. O czym też rozmawiali?
Nie pamięta słów, ale jeszcze teraz słyszy głos dziewczyny. Potem jakiś
czas idą w ciszy, drogą pogrążoną w półmroku. Na jednym z zakrętów
przystaje, a dziewczyna natychmiast zwraca się ku niemu, jakby chciała
coś powiedzieć. W tym momencie widzi jej twarz ostro, wyraźnie. Dotarli
już do mostu; w milczeniu podążają dalej. On następnego ranka wyjeżdża
na urlop, w austriackim kurorcie pozostanie cztery tygodnie i wtedy też
pozna swoją żonę; ale pobiorą się dopiero po upływie roku. W trakcie
tego roku, kiedy już stara się o rękę swojej przyszłej żony i obraca się
wśród ludzi, będąc związany czymś na kształt półoficjalnych zaręczyn -
nadal bywa w towarzystwie, także w tak zwanych panieńskich domach,
jednakże zainteresowane mamy i córki, dzięki jakiejś tajemniczej
organizacji kobiet, pozyskującej i przekazującej dalej wiadomości,
wydają się wiedzieć, że on już się zaręczył - spotyka jeszcze Annę
Fazekas. Dziewczyna ma uderzająco kształtną figurę, chyba też jest
ładna... Ładna? Sędzia spogląda w dół na dziedziniec, jakby kogoś
szukał. Platforma ciężarówki jest już pusta, ostatni dwaj ludzie
dźwigający ciężary eskortowani są przez strażnika w kierunku żelaznych
drzwi. Nie pamięta twarzy Anny Fazekas.
Uporządkował akta - dokumenty przygotowane na potrzeby procesu
odpowiadały przepisom prawa; małżonkowie potwierdzili sześciomiesięczną
separację i wystąpili o rozwiązanie małżeństwa wskutek "porzucenia
współmałżonka". Pozostając w pozycji siedzącej, sędzia schylił się,
wyciągnął z dolnej szuflady biurka paczkę tanich, ręcznie nabijanych
papierosów i wypełnił nimi skórzaną papierośnicę. Z innej szuflady wyjął
lepsze jakościowo papierosy z trafiki - te trzymał dla gości, sam zaś
zadowalał się tamtymi tańszymi, które nabijano w domu, robiła to Hertha
lub guwernantka - jako że szykował się teraz do wyjścia na spotkanie
towarzyskie, możliwe, że będzie musiał kogoś poczęstować; na wszelki
wypadek wsunął do papierośnicy także kilka papierosów z pozłacanym
ustnikiem. Ten gest nie był całkowicie bezwiedny; poprawiając w jednej
przegródce papierośnicy ułożenie papierosów "reprezentacyjnych", o lepszej jakości, pomyślał, że owe niepozorne, efektowne obowiązki
zabierają mu niewielką nadwyżkę pensji, nadwyżkę, dzięki której życie,
życie prywatne jego i jego bliskich, mogłoby być chyba trochę
wygodniejsze, spokojniejsze i bardziej efektywne ekonomicznie - on sam
zadowalał się tanim tytoniem i zadowoliłby się też innym ubraniem,
innego rodzaju mieszkaniem, a także prostszymi formami życia
towarzyskiego. Papierosy o pozłacanym ustniku dłużny był "światu" - ten
tok myślenia znał aż za dobrze, a teraz, gdy te myśli rozbłysnęły w jego
głowie, bo ruszał na spotkanie towarzyskie, gdzie będzie się czuł dobrze
albo źle, ale gdzie, nieco z obowiązku, znów jednak musi "się
zaprezentować", westchnął lekko i uśmiechnął się markotnie. Westchnął,
ponieważ życie i wiele zbędnych obowiązków towarzyskich, które ono ze
sobą niosło, odczuwał jako coś obciążającego i bezsensownego; a uśmiechnął się, ponieważ wszystkiego tego i tak nie można było zmienić.
Porządnie poskładał dokumenty i rutynowymi, mechanicznymi ruchami
zamknął w szufladzie papierosy oraz kilka przedmiotów osobistego użytku:
stanowiące jego własność wieczne pióro, lupę, małą buteleczkę zielonego
atramentu, którego kolor szczególnie lubił, i zawsze wzbierało w nim
poczucie braku, gdy przez zapomnienie woźnego czy jego własne zielony
atrament wysechł albo brakowało go na biurku.
Anna Fazekas i Imre Greiner, pomyślał i włożył do kieszeni klucze.
Minęło wpół do siódmej. O takiej godzinie ten wielki budynek był cichy i pusty. Na biurku leżały akta jeszcze czterech innych spraw rozwodowych;
wyciągnął jedne z nich, zajrzał do środka, po czym bez humoru wepchnął
je z powrotem pomiędzy pozostałe. Szukał wspomnienia ostatniego
spotkania, ale nie pamiętał, kiedy widział Annę Fazekas po raz ostatni.
W ostatnich latach sędzia możliwie rzadko bywał "w towarzystwie" - to
ciche wycofanie się z pewnością miało swój powód, być może była nim
rodzina, być może skromna pensja - ale poza tym wszystkim jakoś przed
czasem, w młodym jeszcze wieku zaszył się w swoim urzędzie, w zamkniętym
kręgu rodziny; nie lubił o tym myśleć, na dnie owego spostrzeżenia było
coś, z czym niechętnie się konfrontował. O zamążpójściu Anny Fazekas
dowiedział się z gazet. A potem przez całe lata nic o nich nie słyszał.
Teraz przypomniał sobie chwilę, gdy usłyszał, czując niechęć
przenikniętą zaskoczeniem, że Imre Greiner, ów Imre Greiner, o którym w dzieciństwie i potem, w latach uniwersyteckich, myślał zawsze
serdecznie, z którym z radością by się spotkał i porozmawiał, a z którym, kiedy w końcu czasem się spotykał, nigdy nie umiał porozmawiać,
ożenił się z tą znajomą dziewczyną, która... ale tu utknął. Kim była
Anna Fazekas, czy ta znajomość kiedykolwiek znaczyła dla niego coś
innego i coś więcej aniżeli powierzchowna, bardziej nawet niż
powierzchowna i generalnie nieistotna, towarzyska jedynie relacja? Dwu-
albo trzykrotnie widział ją na korcie tenisowym, kiedy był jeszcze
kawalerem, i z pewnością także później, po ślubie, gdzieś się z nią
jeszcze spotkał; ale przelotnie, bez przywiązywania do tego wagi, jak z innymi młodymi dziewczętami oraz kobietami, które co prawda znał z opowieści, lecz chyba nawet nie kojarzył dokładnie ich imion. W każdym
razie zaskoczyło go, że to akurat ten Imre Greiner ożenił się z tą Anną
Fazekas, z którą on sam szedł raz po wyspie, i na pogrążonej w półmroku
drodze dziewczyna na moment zwróciła się ku niemu, jakby chciała coś
powiedzieć. W końcu jednak nic nie powiedziała. A teraz tu na biurku
leżały akta Anny Greinerowej, z domu Fazekas. Tak oto igra sobie życie,
pomyślał z roztargnieniem; i zaśmiał się cicho, ironicznie, jakby sam
siebie zganił za trywialne stwierdzenie.
Pozew o rozwód złożyła żona, to ona oskarżyła Imrego Greinera o porzucenie; na biurku sędziego leżały akta jeszcze trzech przypadków
"porzucenia współmałżonka"; sędzia spoglądał nieprzychylnie na pliki
dokumentów. Gdyby chodziło o sprawy karne, z pewnością zaprotestowałby
przeciwko zleceniu, by wydawać wyrok w sprawie znajomych, choćby nawet
takich dalekich, obojętnych znajomych, do jakich należał jego dawny
kolega szkolny; ale materiał przedstawiony sądowi spełniał niezbędne
wymogi procesu rozwodowego, więc jeśli po drodze nic się nie wydarzy, a wezwanie do pojednania nie przyniesie rezultatu, jutro w południe na
mocy prawa rozwiąże małżeństwo Imrego Greinera i jego żony Anny, z domu
Fazekas. Ta okoliczność, że znał uczestników procesu rozwodowego,
naturalnie nie stanowi powodu, by miał poprosić kogoś innego o przeprowadzenie rozprawy. Ponieważ uporządkował wszystko na biurku, a też zrobiło się późno, raz jeszcze rzucił okiem w dół, na dziedziniec
więzienia, i przekonawszy się, że nikogo już tam nie ma, wziął kapelusz
i opuścił swoje biuro, powolnym krokiem podążając krętymi korytarzami
dużego gmachu, po którym poruszał się tak swobodnie jak po domu. Na
klatce schodowej pożegnał go stary portier: uprzejmie, choć nieco
familiarnie; ta ledwie wyczuwalna poufałość, której ktoś obcy
najprawdopodobniej wcale by nie zauważył, młodemu sędziemu rzucała się w oczy za każdym razem, gdy wchodził do budynku albo go opuszczał. Trochę
raniła ona jego młodzieńczą godność, ale jednocześnie sprawiała mu też
przyjemność; podwładny, leciwy urzędnik w taki właśnie sposób pozdrawia
sędziego, człowieka o znacznie wyższej randze i zupełnie innej pozycji
społecznej, lecz mimo wszystko robiącego karierę w ramach tej samej
rodzinnej struktury, która każdemu tę rangę wyznacza; i on rozumiał tę
poufałość, to uprzejme obchodzenie się z nim po ojcowsku, więc zachował
dostojeństwo, a zarazem przymilnie skinął głową, bo również ten stary,
wywodzący się z chłopstwa portier należał do owej wielkiej i skomplikowanej rodziny, której on sam, sędzia, był tylko jednym z szacownych i obiecujących członków... Przystanął w bramie, wskazówkę w swoim zegarku na rękę ustawił zgodnie z zegarem na klatce schodowej.
Pomyślał o dziedzińcu więzienia, o dokumentach na biurku, o poprawnej i mimo wszystko zażyłej, silnej poufałości, za sprawą której czuł się
bezpiecznie ukryty pośród sędziów oraz urzędników i woźnych; i jak
często bywało wcześniej, tak i teraz wychodził stąd niemal z żalem,
wahając się i ociągając, jako ostatni spośród sędziów - opuszczał
miejsce pracy z ubolewaniem, jakby nie miał do tego chęci, podobnie jak
zakonnik przekracza bramę klasztoru i wychodzi w świat, wahając się i ociągając. To uczucie, którego sensu także i w tym momencie nie umiał
wyjaśnić inaczej niż jako efekt paniki, jaką wywołuje bezpodstawny
strach przed światem, zastanowiło go. Zatrzymał się na górnym stopniu
schodów w bramie i rozejrzał się niepewnie. Portier zamknął za nim
ciężkie dębowe drzwi wejściowe i przekręcił klucz.
2
Zaproszenie opiewało na spotkanie będące czymś pomiędzy popołudniową
herbatą a kolacją - żartobliwie, w modnym miejskim dialekcie nazywano
takie przyjęcia ucsorami2. Zaproszeni przybywali jeszcze przed
porą kolacji, pomiędzy godziną siódmą a ósmą, domownicy zaś podejmowali
ich herbatą, kawą, winem i półmiskami pieczystego na zimno; ale tego
rodzaju spotkanie przy niewielkich stołach, przy zachowaniu swobody co
do momentu przyjścia i wyjścia, przeciągało się czasem nawet i do
późnych godzin nocnych. Takie niezobowiązujące zaproszenie naturalnie
oznaczało dla gospodarzy ułatwienie i mniej obciążające służenie gościom
aniżeli staroświecka, "poważna", uroczysta kolacja; a jako że czasy
narzuciły hasło oszczędzania, klasa średnia - zatrudniająca na potrzeby
całego domu tylko jedną służącą, popadająca w troski i zmuszona
sposobami bliskimi brawury jakoś sobie radzić i wyżyć z obniżonej
emerytury bądź oskubanej pensji, strzegąca towarzyskich pozorów
"pańskości" oraz stosownej, acz kurczącej się wytworności, w swej
patriotycznej samoświadomości klasowej twardo i cnotliwie trzymająca się
razem klasa średnia panów - za pomocą takich właśnie pionierskich
rozwiązań starała się zachować, nieco je modernizując, dawne formy
nadające kształt życiu. Kőmivesowie sami też już gościli przyjaciół na
tego rodzaju skromniejszych ucsorach, zastępujących dawniejsze bogate
uczty nowoczesną skromnością i bezpretensjonalnością - mimo wszystko ten
odmienny sposób goszczenia pozwalał zaoszczędzić na kosztach oraz
zmniejszał trud domowników i dziewczyny do wszystkiego, tyrającej w służbie rodziny. Podążając na spotkanie, sędzia myślał o tym, jak bardzo
wszystko się rozpadło i przekształciło w tych latach, także formy
współżycia społecznego. Znał i lubił tę skromną klasę średnią panów,
której był członkiem; odbierał ją jako jedną wielką rodzinę, w jej
zwyczajach społecznych dostrzegał mit rodziny, gust tych ludzi był jego
gustem, i zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym czuł się
odpowiedzialny za ich dobrobyt i bezpieczeństwo.
Szedł nieśpiesznie przez most, w kierunku Budy; zdjął kapelusz, kroczył
rozważnie, a kto go zobaczył, jak z rękoma splecionymi za plecami, z tułowiem nieco pochylonym do przodu, z wzrokiem wbitym w ziemię,
powolnym i nieuważnym krokiem podąża wśród wieczornych przechodniów,
śpieszących się w drodze z pracy do domu, mógł pomyśleć, że jest
starszy, niż wynikało to z jego metryki. Kristóf Kőmives wcześnie zaczął
siwieć, a w ostatnich latach, odkąd awansował i, można by rzec, całe
dnie spędzał bez ruchu, w pozycji siedzącej, także przytył. Niepokoił go
ten stan fizyczny. W duchu gardził wszelkim zaniedbaniem, również
wynikającym z wygody zaniedbaniem kondycji ciała - skłaniał się bowiem
do gloryfikowania ascetyzmu, z życzliwością obserwował i pochwalał modne
sposoby ćwiczeń fizycznych i w ogóle był zdania, że kto przesadnie
ulegnie komfortowi i potrzebom cielesnym, ten opuści się także duchowo,
obrośnie tłuszczem również intelektualnie. Właściwie nie był jeszcze
tęgi i, z grubsza rzecz biorąc, żył, zachowując umiar, powściągał się w jedzeniu i piciu; lecz od kilku lat zapanował w jego organizmie ów
rozpad, owo poluzowanie, które śledził podejrzliwie, nieco nim gardził i od czasu do czasu z nim walczył - postanowieniami, zmianą stylu życia.
Oczywiście nie znalazł się jeszcze w takim punkcie, by zdecydować się na
którąś z modnych kuracji odchudzających; coś takiego uważał za
zniewieściałe, niegodne. Ale złapał się na tym, że owa kwestia, kwestia
własnego stanu fizycznego, zajmuje go. Wyglądał na starszego, niż był w rzeczywistości, wydawał się ustatkowanym, czterdziestoletnim
dżentelmenem, który mocno siwieje na skroniach i dorobił się już
pokaźnego brzucha. O tym stanie fizycznym czasem nawet rozmawiał ze
swoimi przyjaciółmi, oczywiście tylko żartobliwie: "Pokaźny brzuch to
pokaźny autorytet" - powtarzali, a i on sam czuł, że ciałem starał się
wyrazić autorytatywność, za pomocą której chciał w pewien sposób
zrekompensować swój młody wiek; postawą, wyglądem, sposobem mówienia,
stylem życia podkreślał własny autorytet mieszczanina o wyższym statusie
oraz sędziego; ale w sumie jednak musiał przyznać, jeśli chciał być
szczery, że w ostatnim czasie zrobił się nieco zbyt wygodny. Ten proces
był skomplikowany, a zajmował sędziego dogłębniej i więcej razy, niżby
tego pragnął. Swojej skłonności do tycia nie uważał za "świadectwo
dobrego humoru" - takie kształty ciała osiągnął trochę za szybko, chyba
przed czasem, jak wszystko w swym życiu, pierwsze etapy w "karierze",
kłopoty rodzinne, ustatkowanie się i także autorytet. Co kryło się na
dnie tego pośpiechu? Czasami, w mgliście niespokojnych chwilach, myślał,
że być może śmierć; jakieś głębokie, ukrywane, z pewnością nie "moralne"
pragnienie śmierci albo strach przed nią - a od jakiegoś czasu niekiedy
sądził, że są one tym samym. To "od jakiegoś czasu", w osobliwym
kalendarzu życia prywatnego, liczyło się właściwie od pewnego, dobrze
zresztą określonego momentu; od momentu, gdy przed półtora roku,
pomiędzy dwiema rozprawami, w przerwie, po raz pierwszy poczuł dziwne
zawroty głowy, które potem powtarzały się w niedających się wyliczyć ani
przewidzieć odstępach czasu. Te zawroty były przerażające, straszne i kompromitujące; było w nich coś poniżającego, coś naruszającego godność;
nie pasowały ani do sędziego, ani do mieszczanina o wyższym statusie i Kristóf Kőmives w sekrecie, na dnie duszy, z ich powodu gardził sobą.
Naturalnie, nic nie mógł na nie poradzić, ależ skąd... Zakłócenie w pracy ciała, przemijające złe samopoczucie, wyczerpanie, tak powiedział
także lekarz; bo kiedy krótko po pierwszym "ataku" zawroty głowy
pojawiły się po raz drugi, co więcej, po raz trzeci, i przy jednej
takiej okazji musiał w południe wrócić z miasta do domu autem, gdyż
zaskoczyły go w trakcie spaceru, a przecież był w pogodnym nastroju,
Kőmives poszedł do lekarza i wtedy został poddany wielu rozmaitym
badaniom. Ale potem go uspokojono, że "nie ma żadnego problemu
narządowego", jego serce jest zdrowe - u niego w rodzinie krewni ze
strony zarówno ojca, jak i matki osiągali szacowny wiek - i zawsze żył,
zachowując umiar; wszystko to tylko nerwowość, wyczerpanie. Ta diagnoza
i porada lekarska uspokoiły go zatem. Od kilku miesięcy ostrożniej
obchodził się z nikotyną - palenie było jego jedyną namiętnością,
poważnym nałogiem, z którego nie umiał albo też nie chciał zrezygnować -
i rzeczywiście, czuł się nawet lepiej. Tamte drobne błyski, uczucie
niewielkiego zdrętwienia, lekkie, trwające sekundy zawroty głowy, które
przypominały stan, jakby zaraz miał zemdleć, nie powtórzyły się w ostatnim roku, a przynajmniej nie w sposób tak zdecydowany, tak
poniżająco i niedwuznacznie alarmujący, jak wcześniej. Tak, teraz czuł
się dużo lepiej. Umiarkowany styl życia, mało cygar i papierosów, mniej
pracy, może nieco ruchu, jakiś lekki sport, spacery - od kilku miesięcy
rano chodził do pracy piechotą, wieczorem zaś odbywał spacer z biura do
domu - wszystko to niewątpliwie pomogło. A tamto poniżające, żenujące
uczucie, że teraz stanie się zaraz coś, co... tak, co do niego nie
pasuje, jakby miało się coś okazać... tamto uczucie nie powróciło.
Niemniej jednak wywołane przez owo uczucie nieprzyjemne wrażenie
pozostało gdzieś w nerwach.
Tak, nerwy. W tych czasach wszyscy byli "nerwowi"; Kőmives zaś gardził
nerwowością, uważał ją za jakoś niemoralną. Swojej pogardy nie
sformułował w taki sposób, lecz myślał, luźno, mgliście, coś takiego, że
porządny, uczciwy człowiek nie może być nerwowy - oczywiście, co innego,
jeśli ktoś jest obciążony, ma nabytą albo odziedziczoną chorobę nerwową
- ale pomijając tego typu przypadki, gardził tym hasłem, tą wymówką,
tanią obroną ze strony współczesnej epoki, obroną, za pomocą której tak
lekko i powierzchownie eliminowało się skomplikowaną, surową
odpowiedzialność. Człowiek jest "chory" albo "zdrowy"; ale w żadnym
razie nie jest "nerwowy"; tak uważał, a swego zdania nie taił również w fotelu sędziowskim. Ten nerwowy, lamentujący, z niechęcią i narzekaniem
ograniczający własne pragnienia, nieodpowiedzialny świat - jakże on,
sędzia, gardził tymi "nowoczesnymi", nerwowymi małżeństwami, z których
mężczyzna i kobieta z taką łatwością uciekali przed jego oblicze! Jak
bardzo pogardzał tymi "nerwowymi" przestępcami, którzy usprawiedliwiali
się wymyślonymi, pochodzącymi ponoć z czasów młodości ranami i bili się
w piersi przed sędzią, że do tego przestępstwa, wbrew ich własnej woli i dobrym zamiarom, zostali popchnięci przez "skłonność" i "nieprzezwyciężalny przymus"! Kőmives nie wierzył w żaden
nieprzezwyciężalny przymus. Życie to obowiązek, któremu trzeba uczynić
zadość; oczywiście, to ciężki i skomplikowany obowiązek, niekiedy trzeba
go wypełnić z samopoświęceniem, jakoś znieść. Tak rozumował. Umiał
ludziom współczuć i ich żałować, ale nie umiał ich rozgrzeszyć. Wierzył
w wolę; wola jest wszystkim, głosił, wola i dobrowolne posłuszeństwo, a mówiąc łagodniejszymi słowami: tylko pokora, chrześcijańska pokora mogła
pomóc miotającemu się człowiekowi przetrwać nieznośne - ale czy to
określenie nie było zbyt przesadne, zbyt nowoczesne, zbyt napuszone? -
trudne do wytrzymania życiowe kryzysy. Nieznośne? Jeszcze raz rzucił na
wagę to słowo. Lubił sprawdzać ciężar słów, przyzwyczaił się, by badać
prawdziwy sens słów przypadkowych, rzuconych ot tak, szczególnie zaś
sprawdzał słowa "podejrzane", które w trakcie mówienia bądź też myślenia
jakby poza kontrolą samego umysłu wypuszczało na wolność podziemie
rozumu. Czy życie jest nieznośne? Kőmives nie miał zbyt wysokiego
mniemania o cywilizacji, która uwijała się i hałasowała wokół niego,
hucząc silnikami i błyskając światłami; znał jej siłę ograniczającą,
liczył się z jej cenzurą, nadto poważał owo utajnienie, ową unormowaną
ochronę, w ramach których człowiek współczesny mógł się skryć razem ze
swoimi trzymanymi na wodzy popędami. Ta cenzura miała oczywiście swoją
cenę; ale czy mogło być inaczej? To było jego sprawą, sprawą sędziego,
by popędy buntujące się przeciwko dyscyplinie cywilizacji trzymać na
wodzy; sędzia nigdy jeszcze nie miał do tego stopnia "powołania",
powołania do ratowania i wychowywania społeczeństwa, jak właśnie w tych
niespokojnych czasach; i Kőmives całkowicie przeniknął tym uczuciem,
starał się mu służyć każdą swą intencją, całą swą wiarą. Dzisiaj
chodziło - w przypadku sędziego - o coś więcej niż ukaranie winnego i ochronienie niewinnie pokrzywdzonego! O coś więcej, o całość, o całą
cywilizację, o pokój społeczny, o formy, o siłę dających i podtrzymujących życie form, które były teraz plamione i rozrywane
tajemniczymi, podejrzanymi rękoma - on w każdym razie pozostanie czujny,
na swoim własnym stanowisku! Ale czy ta cywilizacja zasłużyła na taką
bezwarunkową obronę? Czy była niewinna, czy nie? Jaką miała jeszcze
moralną treść ta poruszana za pomocą motorów, oddająca się rozkoszy
cywilizacja? A czy te osobliwe zawroty głowy, te mało ważne zawroty,
które nie wynikały, chwała Bogu, z żadnego zakłócenia w pracy ciała,
narządów, ten skomplikowany, nieco poniżający bunt nerwów - czy to
wszystko nie było w sekretny sposób związane z wątpliwościami, jakie
żywił na dnie duszy, z wątpliwościami co do ważności panujących form
oraz moralnej treści cywilizacji bronionej za wszelką cenę? Z pytaniami,
które Kőmives głośno i zdecydowanie odrzuciłby z podwyższenia, gdzie
zasiadał sędzia - z nadzwyczaj "nowoczesnymi" pytaniami, które tajemne
głębiny duszy od czasu do czasu wyrzucały z siebie na powierzchnię
niczym bąble, z pytaniami, na które Kőmives udzielał odpowiedzi jedynie
z trudem, z oporem. On sam też już nie wierzył w społeczną idyllę.
Społeczeństwo poszukiwało nowych form życia; a jego sprawą, sprawą
sędziego było mieć baczenie na tych, którzy albo świadomie, albo
wprowadzeni w błąd, albo też ze słabości, tchórzostwa, z niepewności po
stronie nerwów bądź charakteru buntowali się przeciwko cenzurze starego
społeczeństwa.
Był jeszcze młodym człowiekiem; i jak posturą ciała dopasował się do
swojej profesji, do swojego powołania, tak samo ukształtował sobie jakąś
duchową formę, wewnątrz której mógł się ulokować z własnymi
przekonaniami i wątpliwościami. Swe przekonania gruntownie przebadał i mówił o nich głośno. Do niego należało to, by ocalać, zachowywać;
budowanie zaś, z przynależną mu straszliwą odpowiedzialnością, trzeba
było zdać na innych. Z tymi swoimi wątpliwościami pozostał we własnym
świecie, w świecie rodziny i urzędu, sam. Nikt nie mógł go oskarżyć o wygodnictwo lub tchórzostwo, wymogom i żądaniom ze strony profesji,
państwa, społeczeństwa nie poddał się bez postawienia warunków - Kőmives
nie spuścił głowy, lecz starał się konfrontować z własnymi
wątpliwościami. Przenikało go silne poczucie własnej niezależności oraz
wynikającej z zajmowanego urzędu wyższości, z całą jednak wiążącą się z nimi odpowiedzialnością. Musiał sądzić surowo i zgodnie z literą prawa,
w duchu prawa - i czasem, gdy przychodziło mu spojrzeć w czeluść, w odmęty czasu, miał wrażenie, że prawo pozostało w tyle za czasem; prawo
nie przewidziało z góry tego rozpadu, tego pustynnego samumu, który
unosił i zmiatał wszystko, co niegdyś stanowiło fundament - w swej
bezlitosnej konsekwencji prawo wydawało się niekiedy słabe i bezsilne
wobec samowoli czasu. On, sędzia, zmuszony był literę prawa wypełniać
nowoczesną treścią; za każdym procesem o błahostkę szczerzyła zęby,
strojąc przeraźliwe grymasy, "całość", a pokolenie, które przemawiało o budowaniu, obiema rękami grzebało w gruzach ruin; i teraz stań tam i sądź! - myślał czasem. Jednak stawał tam i sądził według swojej
najlepszej wiary, w duchu prawa, nienagannie. Co za profesja! - myślał
czasem, zmęczony. Ale jednocześnie podnosił głowę i z dumą mówił: tak,
co za profesja! - jak obciążająca i jak podniosła, jak nadludzka i jak
bardzo godna człowieka! Czy tak samo czuł wokół niego także ten
"aparat", ta wielka machina sprawiedliwości, od której nikt nie znał
lepszej, a w której ludzie byli jedynie niewielkimi, wrażliwymi
elementami? Wśród starszych sędziów, pod których okiem się wychowywał,
spotkał wielu, którzy byli przeniknięci tą nowoczesną
odpowiedzialnością; którzy wiedzieli, że teraz chodzi o "całość" - tak,
poza literą prawa, poza ideą "prawdy", rzecz idzie o zneutralizowanie
jakiegoś praktycznego i uchwytnego zagrożenia. Trzeba uratować
społeczeństwo, nie tylko formy, lecz także samą treść, ludzi z krwi i kości, dusze dzieci i życie dorosłych, a także potrzebne do tego ramy,
dwa pokoje z kuchnią albo trzy pokoje z holem, kopertę otrzymywaną przez
urzędnika pierwszego dnia miesiąca i kredyt kupca... Czy rozmawiano o tym wewnątrz tego "aparatu"? Rzadko; ale on o tym właśnie myślał, gdy
odczytywał wyrok.
Czy właśnie o tym faktycznie myślał za każdym razem? Przystanął na
środku mostu, jak miał w zwyczaju każdego wieczoru, oparł się o poręcz,
odsapnął i wzrokiem krótkowidza, mrużąc oczy, patrzył na wizerunek
miasta mgliście rysujący się w oparach zachodzącego słońca. Tutaj stało
to nowe, wielkie miasto, na lewym brzegu prastarego, przecinającego kraj
szlaku wodnego, ze swoimi pokaźnymi blokami domów, nowoczesnymi,
wymalowanymi krzyczącymi kolorami kamienicami czynszowymi o gładkich
fasadach, gdzie pomiędzy cienkimi, przepuszczającymi każdy szmer
ścianami żyli nerwowi współcześni ludzie, kobiety hodowały kaktusy
ulokowane na niewielkich stojakach, a nad niewygodnymi, obitymi
materiałem w paski miejscami do spania i kozetkami stały w szeregu na
półkach książki, które starały się naświetlić obraz tego nowego świata -
sceptyczne, niepokojące książki, tłumaczące i bezlitośnie nazywające
wszystko po imieniu książki, które czasami interesowały również
prokuraturę, a na których temat niekiedy i on, sędzia, musiał
przedstawić oficjalną opinię. Starał się czytać te książki, a jednocześnie obawiał się z ich powodu o równowagę i ewentualne poniżenie
własnej duszy. Tu leżało, na lewym brzegu, to nowe miasto, ze swoimi
wielkimi kamieniami i cementowymi guzami, pełne wątpliwości i niespokojnych ludzi, którzy wyciskali pieniądze z kamiennej pustyni i byli przepełnieni "nerwowością", podnieceniem, popędami trudnymi do
utrzymania na wodzy, tak zupełnie inaczej wierzyli i kochali, mówili i milczeli, tak inaczej byli chorzy, zdrowi, szczęśliwi i zrozpaczeni, a koniec końców to on musiał ich sądzić! Czy znał ich, rozumiał w pełni,
pojmował ich prawdziwe intencje? Tak obce było to wszystko, ta pstrokato
wymalowana, prosta w swych liniach fasada życia! Formy, w jakich
przejawiało się to obce, nowoczesne życie, głosiły "obiektywność" - lecz
za tą sztuczną obiektywnością czaiły się chaos i wątpliwości, aż po samo
dno duszy, wątpliwości w stosunku do wszystkiego, co jest zasadą, prawem
pozytywnym, "pryncypium". Kőmives podparł twarz rękoma i patrzył na to
obce i zarazem znajome miasto; to wielkie miasto, "grzeszne" miasto,
bezradnie i astmatycznie zasapane w gonitwie za pieniędzmi, radością
życia i władzą, miasto, które kapilarami myślenia, mody, nauki, handlu,
interesów finansowych stykało się z Zachodem, z zewnętrznym światem;
pożyczało nowe formy, przetrawiało je albo też jedynie źle je trawiło,
chodziło trochę jeszcze i w łachmanach, a nieco już i zgodnie z najnowszą europejską modą; patrzył na to miasto, a ono zdawało mu się
obce. To miasto było wielkie i niezgrabne, niespokojne i nacechowane
obcym gustem; każdego poranka, kiedy szedł mostem do swojego urzędu,
gdzie musiał osądzać wątpliwości, pragnienia i winy tego miasta,
odczuwał bezradne przejęcie, jak kiedyś dawno temu w latach szkolnych,
gdy wysiadł z pociągu pośpiesznego na dworcu w stolicy, dokąd ten pociąg
przywiózł go z rodzinnego miasta na prowincji, i potem długo jeszcze
miał wrażenie, że nie całkiem dokładnie rozumie mowę mieszkańców
stolicy. Faktem było, że sam dzisiaj mówił z akcentem z Górnych Węgier;
pomyślał o tym i się uśmiechnął.
Potem powoli zwrócił się w kierunku historycznej, okazałej zabudowy
prawego brzegu, a na ów widok odczuł niejaką ulgę, jak ktoś, kto
wreszcie wrócił do domu. Widok prawego brzegu to była oficjalna
przeszłość; jakby przybory liturgiczne, traktowane z dbałością i szacunkiem dobrze zachowane ruiny pod kloszem krystalicznie czystych
promieni jesiennego słońca. Długo niemal ze wzruszeniem patrzył na
panoramę Budy; na wrześniowe kolory ogrodu zamkowego, na rosnące nad
brzegiem rzeki kasztanowce o przywiędłym listowiu, na historyczne
budowle, które zachowały i wyrażały coś bardzo cennego i cenionego, co
dla niego, Kőmivesa, było czymś więcej niż tylko wspomnieniem, tradycją
- czuł szczerą intymność, rodzinną radość i szczęście posiadania, gdy
przyglądał się szlachetnym fragmentom kościoła koronacyjnego, podpartym
wokoło rusztowaniami ze względu na konieczność renowacji, urzędowym
gmachom uczepionym w górze na wzór zamków rycerskich, tej wykutej w kamieniu i miejscami chronionej blachą niczym pancerzem wystawie myśli
historycznej; a za nią - cichym i przycupniętym starym częściom miasta,
dzielnicom, gdzie nazwy ulic ogłaszały jeszcze, jakie były niegdysiejsze
fachy mieszkańców; z wszystkim tym coś go łączyło, obchodziło go całkiem
od wewnątrz, w sercu. Nie mógł uwierzyć, by owa myśl historyczna, której
wyrazem był, ponad czasami i modami, ów nieco krzykliwie dumny front
zamku, miała się już poddać zmierzchowi, zdezaktualizować i stracić moc.
Jeśli wszyscy pozostaną na swoich miejscach, podobnie jak on, sędzia,
pozostał na swoim, jeśli wszyscy będą w tych czasach wypełniali swoje
obowiązki, to może da się ocalić rodzinę, do której przynależał, na
którą złożył przysięgę, na tę wielką, wielką rodzinę! Wzrokiem
krótkowidza popatrzył w prawo i w lewo. Te słowa: "pozostać na naszych
miejscach" i "wypełniać nasz obowiązek" były dla niego przepełnione
jakąś bardzo prostą, wcale nie podniosłą, i namacalną treścią. Jego
przekonanie, zgodnie z którym uznawał siebie za przynależącego do tej
wielkiej rodziny, było głębokie i zwyczajne. Czym był w praktyce ów
"obowiązek", w praktyce codzienności pozbawionej patosu? Trzeba trzymać
się tego, co jest, obstawać przy nabożnej tradycji, skromnej prostocie
form życia, akuratności warunków współbytowania, trzymać się
wszystkiego, co jest widoczne i dowiedzione, co jest rzeczywistością, co
jest wspólnotą uczucia, woli i pamięci, odrzucić zaś wszystko, co jest
wątpliwością, co jest burzeniem, co jest rozpadem i instynktowną żądzą
sławy i chwały, osobistą, indywidualną nieodpowiedzialnością. Dla niego
te słowa: "pokora" i "rezygnacja" żyły jeszcze w ich dawnym, mocnym
sensie; mocniej i bardziej bezpośrednio niż przykazania wiary. Bo tam na
samym dnie, w samoświadomości rodziny, w nowym pokoleniu coś już
dojrzewało - niezadowolenie, które szukało wspólnych haseł, by móc się
wyrazić. I tak oto młodzi członkowie rodziny spotkali się tuż nad
przepaścią politycznych skrajności, a wspólne im było jedynie
przekonanie, że odchodzące pokolenie nie zdoła już za pomocą swoich
zardzewiale skrzypiących, łaskawie dobroczynnych instrumentów
zneutralizować niezadowolenia społecznego. Młodzi szykowali się do
czegoś, zarówno tam na dole, jak i na piętrach, gdzie znajdowały się
mieszczańskie apartamenty! Kőmives każdym nerwem wyłapywał owo
szykowanie się, ale wyczuwał i to, że już nie należy do grupy tych
młodych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki