Rozwodniczka - Aga Jacza

Kup ebooka

24.90 zł
20.67 zł (20,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Książkę dedykuję mojej Pani Mecenas, która od samego początku dodawała mi sił i motywowała do wszystkiego, co później stało się. Była moją inspiracją i siłą. Dziękuję za wsparcie mojej rodzinie, moim przyjaciołom, znajomym, na których zawsze mogłam liczyć w tym trudnym czasie. Kocham Was. Przepraszam Syna, że nasza rodzina rozsypała się, i moich Rodziców, że ich nie słuchałam. Kocham Was, żyję dla Was i wszystko, co robię, robię z myślą o Was.

Początek

10.04.2016

Dzisiaj dojrzałam do tego, żeby podzielić się swoimi przemyśleniami, przeżyciami z kobietami jak i z mężczyznami przechodzącymi trudy rozwodu po wieloletnim związku małżeńskim. Mam nadzieję, że moja książka pomoże niejednej osobie nie załamać się, nie zwariować i zrozumieć, że rozwód to tak naprawdę druga szansa na nowe życie, szansa na pokierowanie na nowo swoją odzyskaną wolnością, szansa na radość życia.

Na początek małe motto. Niech będzie ono hasłem przewodnim dobrego początku, dobrego nowego początku.

Musisz odróżnić prawdziwe szczęście od złudzeń, które cię niszczą.

12.04.2016

Rozwód to bardzo ciężkie przeżycie. Nigdy wcześniej nawet nie pomyślałabym, że i mnie to spotka, ale niestety tak stało się. Oczywiście teraz jestem wdzięczna losowi za taki obrót sprawy, niemniej początki były dla mnie traumatyczne. Mój przypadek jest potwierdzeniem powiedzenia - "co nas nie zabije to nas wzmocni". Jestem wdzięczna losowi, że dał mi odwagę spojrzeć prawdzie w oczy. Szkoda tylko, że tak okrutnie ze mnie zadrwił, stawiając na mojej drodze, młodej pełnej naiwnej wiary dziewczyny, człowieka tak bardzo przebiegłego i nie wartego "funta kłaków".

Nie można odbić kobiecie faceta. Można jej odbić jedynie kurwiarza.

24.04.2016

Zanim zaczęłam pisać, wiele czasu zajęło mi zastanawianie się nad tym, co tak naprawdę chcę przekazać, by nam rozwódkom/rozwodnikom jak i przyszłym rozwódkom/rozwodnikom, a będzie ich niestety co raz więcej, żyło się lepiej, żebyśmy potrafili szybko zrozumieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic! A to, co nas spotkało, to tak naprawdę dar od losu, cokolwiek to znaczy.

Niedawno zdałam sobie sprawę, że od mojego rozstania z mężem minęły ponad dwa lata. Te dwa lata to bardzo mało jak na ponad dwudziestoletni staż małżeński, ale i wystarczająco dużo, żeby przy pełnym zaangażowaniu emocjonalnym pogodzić się z rozpadem rodziny, a jednocześnie cieszyć się życiem.

Chcę, żeby moje słowa otworzyły serca i oczy wielu kobietom i mężczyznom, że rozwód to nie koniec świata. Moje przemyślenia i refleksje oraz praca nad sobą doprowadziły mnie bardzo szybko do pionu. Niebanalną rolę odegrały w tym bliskie mi osoby, rodzina, przyjaciele, a nawet obcy ludzie. To im zawdzięczam dzień dzisiejszy, miejsce w którym mocno stoję i czerpię garściami z życia to co najlepsze. Ludzie to największy skarb na świecie, tylko trzeba umieć z ludźmi żyć. Dlatego pozwolę sobie na małą refleksję, którą mam nadzieję zrozumiecie.

Czyste sumienie jest najlepszą poduszką na sen.

26.04.2016

Mój świat zawalił się przez telefon. To telefon powiadomił mnie o tym, że mąż mnie zdradza. Potwierdził się mój najczarniejszy scenariusz - ma kochankę. Kochanką okazała się osoba, którą od dawna podejrzewałam o romans z nim. Mąż zdradzał mnie od dawna, a ja oczywiście, jak to każda żona, dowiedziałam się o tym na końcu. Wcześniej wiele osób dawało mi sygnały ostrzegawcze, ale ja głupia i naiwna wierzyłam w niewinność mojego małżonka, wręcz rzucając się na nich z pazurami, z oburzeniem myśląc "wstrętni zazdrośnicy" naszego szczęśliwego małżeństwa.

Nic tak nie otwiera oczu i nie prostuje garba jak nóż wbity w plecy.

1.05.2016

Jestem szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa. Sama, ale szczęśliwa, bo nie posiadanie partnera to żadna tragedia, to raczej chwilowy luksus, luksus z wyboru. Po tylu latach związku chyba należy mi się. Nie wyobrażam sobie wchodzić w nowy związek dla zasady, bo bycie samej to obciach.

Bycie singlem to nie samotność! Takie myślenie to jakiś archaizm, średniowiecze i tępota umysłowa. Ja przecież mam rodzinę, dzieci, przyjaciół i ogromny głód życia, który mało nie przeszedłby mi koło nosa.

I jeszcze jedno - nigdy wcześniej nie pomyślałabym o tym, ale tak z ludzkiego punktu to powinnam współczuć mojej następczyni. Nie tylko tej, przez którą rozpadło się moje małżeństwo, ale i każdej następnej, która pojawi się w życiu mojego ex, bo jest to człowiek niegodny miłości. Niegodny niczego, co zasługuje na serce drugiego człowieka. Smutne to, ale prawdziwe. I właśnie to będę starała się wam przekazać, bo nieważne czy zdrajcą jest kobieta, czy mężczyzna ważne jest, że człowiek człowiekowi nie powinien robić takich rzeczy!

Właśnie tej, która z premedytacją zrobiła to, co zrobiła, życzę wszystkiego najgorszego, bo zasługuje na to. Wiem, że to nie po chrześcijańsku, ale gdzie była moja wiara, kiedy do tego dochodziło? Gdzie była wiara, kiedy moim dzieciom kochanka odbierała rodzinę? Gdzie pytam?! Dlatego życzę wszystkim kochankom żeńskim i męskim wszystkiego najgorszego. I kropka!

2.05.2016

Kobieta czuje, kiedy w jej małżeństwie dzieje się coś niedobrego, kiedy pojawia się ta druga. Może nie od razu, ale czuje to.

Najgorsza jest ufność. Ufność to dobra cecha, ale nie na te czasy, nie na XXI wiek. Nie na czas, w którym pokus jest tyle, ile ludzi na ziemi. Często tracimy czujność przez swoją wiarę w partnera, przez szacunek dla niego samego, przez lata, które z nim spędziliśmy, czy też przez zwykłe człowieczeństwo.

Pamiętam pierwsze symptomy rozpadu mojego małżeństwa. To raptem kilka miesięcy i aż kilka miesięcy. Jak na dwudziestoletni staż to niewiele, a jednak. Przede wszystkim nieuzasadnione późne powroty do domu, nieumiejętność ich wytłumaczenia, zdenerwowanie niewygodnymi pytaniami, nerwowe chowanie telefonu, który do tej pory kładziony był na komodzie zaraz po powrocie do domu. Zerkanie ukradkiem, klikanie i chowanie go do kieszeni podczas wylegiwania się w fotelu i wiele innych zachowań, które wcześniej były totalnie inne, bardzo subtelne, ale dla wrażliwej kobiety jakże czytelne. Zwiódł mnie "głupią" jednym, nie dbał o siebie jakoś bardziej niż wcześniej, nie dbał również o higienę jakoś przesadniej niż wcześniej, nie kupował sobie nowych rzeczy, bardziej modnych i wystrzałowych niż wcześniej, nie zmienił fryzury, zapachu perfum. Nic z tych rzeczy. Teraz tak myśląc, zastanawiam się dlaczego? Przecież kochanka to nie żona. Powinien chcieć jej podobać się, zachwycać ją swoją osobą, być wizualnie na sto procent. A tu nic z tych rzeczy. I jeszcze jedno - zawsze wracał do domu na noc. Przynajmniej jak byłam w domu.

Teraz jestem już mądra i wiem, dlaczego to wszystko wyglądało tak, a nie inaczej. Otóż mój były mąż to narcyz zapatrzony w siebie, zakochany do granic wytrzymałości, przekonany o swojej nieprzeciętnej, ponadczasowej atrakcyjności. Uważał, że nawet gdy pokaże się kobiecie w worku od kartofli będzie zachwycona.

3.05.2016

Pierwsze symptomy. To były raczej ostatnie symptomy, które nareszcie położyły kres tej małżeńskiej farsie. Choć właściwie nie mogę powiedzieć farsie. Kochałam go, wierzyłam w niego, chciałam mieć szczęśliwe małżeństwo i udaną rodzinę, a na starość móc usiąść przy kominku i wspominać dawne dobre czasy.

Kilka lat wcześniej mieliśmy podobną sytuację. Moje podejrzenia, o zgrozo, jego niewierności potwierdziły się. Padły ostre słowa, odbyliśmy poważną rozmowę i wszystko miało wrócić do normy. Przekonał mnie ostatecznie jednym zdaniem, które dźwięczało mi przez następne lata do obecnej jego "wpadki", dając pewność, że kocha mnie ponad życie, że jestem jedyną kobietą jego życia i mogę być go pewna jak tego, że po nocy wstaje dzień. Po latach słowa te nie mają już żadnego znaczenia i nie wiem w sumie dlaczego. Czy dlatego, że był aż tak przebiegły, czy dlatego, że okazał się zwykłym kłamcą, ale tym innym razem, bo późniejsze zdarzenia to horror, kryminał, sensacja i wszystko razem wzięte.

Będąc jeszcze w oku cyklonu emocjonalnego, kiedy wszystko mi w głowie wirowało, naszła mnie refleksja, że moje życie tak bardzo klasyczne i normalne przybrało nieprawdopodobne barwy, nieprawdopodobny bieg. Miałam wrażenie, że wdepnęłam w niesamowite bagno, które zaczęło mnie wciągać, a ja nie mam siły utrzymać się na powierzchni i zaczynam nim dusić się, a moje życie zaczyna przypominać patologię podwórkową. I, że to wszystko to jakiś koszmarny sen, z którego zaraz wybudzę się. Niestety to był dopiero początek.

A w życiu? Nie ma powrotów! Czas przecież nigdy nie zawraca.

4.05.2016

Trudno mi mówić obiektywnie o uczuciach po tym wszystkim, co się stało. Nie mogę powiedzieć, że nie było miłości, że go nie kochałam, bo byłaby to chyba nieprawda. Za to z przekonaniem mogę powiedzieć, że nie chcę już powrotu do tego, co było za żadne skarby, za żadne obietnice, czy też inne dyrdymały. Dzisiaj z uczuć pozostał tylko niesmak, żal, rozczarowanie, obrzydzenie, złość i taka zwykła nienawiść za to wszystko co mi z premedytacją zrobił.

Ból był, owszem, ale już go nie ma. Rozgoryczenie też było, ale minęło. Smutek? Chyba nie. Za to wściekłość jak najbardziej, lecz na samą siebie, że dałam się zrobić w konia.

Dzisiaj już nie kocham, nie lubię i nie szanuję. A stracić szacunek do drugiego człowieka to jak wymierzyć mu policzek. Może i nie boli, ale kłuje do końca życia. Na zdrowie.

5.05.2016

Jutro już weekend, a właściwie znów weekend, bo ostatni dopiero co skończył się. Lubię weekendy, a właściwie uwielbiam weekendy. Wówczas wypoczywam, oddaje się swoim pasjom, czytam książki, uprawiam ulubione sporty, spotykam się z rodziną i przyjaciółmi, biorę udział w różnych imprezach kulturalnych. Cudowny czas. Wcześniej nie mogłam sobie na to pozwolić, dziwny paradoks życiowy, wiec jak tu nie kochać życia? Wiosna, maj, słońce, wiatr i woda to mój czas. Kiedy wszystko budzi się do życia, budzę się i ja. Bosą stopą stąpam po mokrej trawie, pije poranną kawę na tarasie i patrzę przed siebie z wiarą, że już nigdy nie skrzywdzi mnie żaden mężczyzna, bo w chwili obecnej żadnego mężczyzny nie potrzebuje. Smutne to, ale prawdziwe.

6.05.2016

W tamtym czasie zastanawiałam się, czy to może moja wina, bo czepiam się, a nie ma o co, bo pytam, bo dopytuje, bo podejrzewam. A czy to dziwne, że żona pyta męża, dlaczego wraca tak późno do domu? Czy to dziwne, że żona zastanawia się, dlaczego mąż wraca do domu o 22, a nawet po 22? I to bez powodu, bo ani więcej nie zarabia, ani nie kupuje extra rzeczy do domu, ani w jakikolwiek sposób nie odciąża mnie w obowiązkach domowych. Ano dziwne, no bo jak śmiem w ogóle pytać, dlaczego tak późno wraca? Ja - kobieta powinnam cieszyć się, że w ogóle wraca do domu, że nie ma kochanki, nie pije, nie spotyka się z kolegami, nie chodzi do kasyna. Tak zawsze mówiła jego matka. A babka: "no wiesz, mężczyzna po 40-tce to zawsze znajdzie sobie kobietę, ale kobieta po 40-tce to już na chłopa liczyć nie może". Co za ciemnogród! Myślałam, że mi talerze z ręki powypadają, jak słuchałam tego. Miałam wrażenie, że mam do czynienia z jakimś zaściankiem. Żenada.

Mój mężuś tak zauroczył się jakąś obcą kobietą i to starszą od niego o kilka lat, że zaczął prowadzić podwójne życie. Jak bigamista całe dnie spędzał z nią, a na noce wracał do domu. Chytry plan dla niepoznaki. Kiedy dzwoniłam do niego z pytaniem, kiedy będzie w domu zawsze odpowiadał, że ma jakąś awarię do ogarnięcia, czy też inne dyrdymały. Zawsze miał gotową odpowiedź, a raczej kłamstwo. A jak już brakowało argumentów to wyłączał telefon. I nic nie robił sobie z moich próśb i podejrzeń. Właściwie to do dnia dzisiejszego nie wiem, co sobie wówczas myślał.

Pamiętam, jak jeden z jego pracowników mówił mi wielokrotnie, że widywany jest z jakąś blondynką, że jakaś blondynka często przyjeżdża do niego do pracy. Nie wierzyłam. Ufałam tylko jemu. Dlaczego? Przecież cała okolica trąbiła o jego romansach, kobietach, jego cwaniactwie i snobowaniu się. Tylko ja broniłam go, tłumaczyłam i chroniłam. Dzisiaj wiem, jaką głupią z siebie wówczas robiłam, jak ludzie śmiali się ze mnie za moimi plecami. No cóż, taki był mój czas. Widać tak musiało być, żeby dzisiaj było inaczej, żebym dzisiaj była w tym miejscu, w którym jestem.

Zdrada jest jedynie konsekwencją małżeństwa.

9.05.2016

Nie wiem, jak długo można okłamywać, żyć podwójnym życiem. Nie wiem. Takie życie jest przecież męczące i wyniszcza człowieka. Początkowo adrenalina podkręca - czujemy się atrakcyjni, wartościowi, pełni życia i mamy taki w sumie zafałszowany obraz samych siebie. Ale jak długo można tak żyć? Jak długo można czerpać radość z kłamstw, oszustw i krętactw? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby okłamując najbliższych, móc spać spokojnie, patrzeć im prosto w oczy, uśmiechać się do nich, całować w policzek, przytulać. No jakim? Może ktoś mi odpowie? Żyć z kimś ćwierć wieku, wychowywać razem dzieci, tworzyć rodzinę i tak naprawdę nie znać go - to chyba najgorsza kara jaka może przytrafić się każdemu z nas.

Ćwierć wieku to kawał czasu: 25 świąt Wielkanocnych, 25 świąt Bożonarodzeniowych, ponad 9 tysięcy wspólnie przeżytych dni, nocy, poranków. No i 25 Walentynek. Oj te Walentynki! Będę je wspominała do końca życia.

Przyłapała mnie na zdradzie. To jej wina! Jak mogła mnie szpiegować?

10.05.2016

Zawsze zastanawiałam się i zastanawiam do dziś, co czuje zdradzający partner żyjący w stałym związku, zdradzający współmałżonek czy też w ogóle człowiek. Czy czuje satysfakcję, radość czy też ból i cierpienie, że oszukuje drugą osobę? Po osobistym doświadczeniu mogę stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że jest to człowiek odarty z uczuć, istota nie warta złamanego grosza, która lekceważąco traktuje twoje uczucia i twierdzi, że tak naprawdę to twoja wina, że doszło do tego, że zdradził. Potrafi oskarżyć cię o wszystko - o to, że deszcz pada, że jest głodny, że nastąpił krach na giełdzie, że głowa go boli, że nie idzie mu w interesach, że nie macie znajomych, że jest potargany, a nawet że Ziemia ma kształt kuli. Do niedawna nie wiedziałam, co to jest, jak nazywa się tak dziwna przypadłość, skąd taka pomysłowość oskarżania mnie. Dzisiaj już wiem i tylko współczuje jego kolejnym partnerkom mieć takiego typa przy swoim boku.

Dzisiaj wspomnienia tamtych dni już tak nie bolą, nie ranią. Nie ukrywam, że bardzo mocno nad tym pracowałam i pracuję. Jestem świadomą osobą i wiem, że po takiej traumie nie można poddać się, nie można poddać się przede wszystkim dla samej siebie, ale i dla najbliższych, dla dzieci, dla rodziców i dla byłego. Tak właśnie! Na złość byłemu, żeby nie wyobrażał sobie, że jest pępkiem świata. Czasem zastanawiam się, jak bardzo trzeba być cynicznym człowiekiem, żeby z zegarmistrzowską precyzją zaplanować, a właściwie uknuć taki spisek przeciwko swojej żonie, jak zrobił to mój były mąż. Jak bardzo trzeba być wyuzdanym typem, żeby pod nosem swojej żony, z którą przeżyło się ćwierć wieku, obnosić się kochanką, pozwalać jej przychodzić do naszej rodzinnej firmy, przyjmować ją w naszym salonie, planować ograbić żonę z jej majątku rodzinnego. Taka podłość to choroba, którą można jakoś zdiagnozować?

Moje domysły trwały zbyt długo, moje cierpienia przedłużały się w nieskończoność. Nie miałam siły na nic, brakowało mi motywacji do wszystkiego. Zaczął mi zanikać apetyt na wszystko, na jedzenie i na życie. Stałam się cieniem własnej osoby. Zaczęły wypadać mi włosy, łamać się paznokcie, przestałam sypiać w nocy. I właśnie te bezsenne noce zmotywowały mnie do działania. Sen zawsze był moim sprzymierzeńcem. Wyspana miałam energię do życia. Postanowiłam zacząć działać. Na początek sprawdzić, czy moje podejrzenia są słuszne, czy też to moja wyimaginowana wyobraźnia podsuwa mi najczarniejszy scenariusz mojego małżeństwa. I to był jeden z lepszych kroków w moim życiu.

Pierwsza szansa to nadzieja, reszta to już tylko naiwność.

11.05.2016

Na dobry początek dostałam sygnał - mój małżonek poinformował mnie, że wchodzi w nowy biznes, o którym nie miał najmniejszego pojęcia. Co gorsze, planował wejść w "biznes" z zupełnie nieznaną mi osobą, swoją "znajomą". Twierdził, że zna ją od dawna, że to zwykła babka w wieku naszych rodziców, naszych mam, no może troszkę młodsza. Nie ukrywam, że to mnie uspokoiło, choć nie rozumiałam, dlaczego ja - żona, nic o tym nie wiem. Dlaczego on z jakąś obcą kobietą robi interesy? Co to ma być? Przecież jestem jego żoną, powinnam coś o tym wiedzieć.

Długo myślałam o tym wszystkim, nie potrafiłam przyswoić tej informacji, to było nie na moją głowę, to był dla mnie jakiś absurd. Nie znajdowałam żadnych słów, żadnych sensownych wytłumaczeń zaistniałej sytuacji. Dowiedziałam się tylko, że te późne powroty do domu to czas spędzony ze wspólniczką nad biznesplanem i że teraz tak będzie. Myślałam, że krew mnie zaleje!

Drugi policzek był jeszcze bardziej bolesny. Po kilku miesiącach dostałam już bardziej konkretną informację. Spółka zawiązana. I nie miałam już nic do powiedzenia. Absolutne nic.

Moje dolegliwości zdrowotne nasiliły się, ale postanowiłam walczyć o swoje małżeństwo. Dzisiaj widzę, że nie było już o co, że to był mój stracony czas, stracona nadzieja i miłość. Zaczęłam miotać się jak ryba bez wody. Te informacje spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Wstydziłam się strasznie za mojego męża, za to co zrobił, za to jak postąpił wobec mnie. Ten wstyd zaczął mnie dusić, uwierać w każdy fragment mojego ciała. Nie miałam nawet komu wyżalić się, poradzić się kogoś, bo co miałam powiedzieć? No co? Że mój mąż zaczyna nowe życie? Że z inną kobietą robi interesy? Że nie konsultował tego ze mną? Że nic o tym nie wiem? Żenada! Wstyd nawet przed własną matką, ojcem, dziećmi, rodziną i znajomymi. Totalna porażka! Byłam załamana.

A on? On patrzył na mnie jak skończony drań i pytał czego ja czepiam się, czego ja właściwie chcę? Przecież on robi to dla naszego dobra, żeby była druga alternatywa utrzymania się, żeby nasze dzieci miały lepiej w życiu, żeby miały rozkręcone interesy. Dzisiaj śmieję się z tego, ale wówczas wcale nie było mi do śmiechu. To był dla mnie szok. Całkowitym dobiciem mnie było pytanie, które mu wówczas zadałam - "kim jest ta kobieta, kto to w ogóle jest, jak się nazywa?". I wiecie, jaka była jego reakcja? Wzruszył ramionami, zrobił jeszcze bardziej idiotyczną minę i stwierdził: "hm, nie wiem, mówią do niej Magda. No, Magda ma na imię". Zadałam więc drugie pytanie: "jak to nie wiesz? A nazwisko?". Odpowiedź była jeszcze bardziej kretyńska: "nie wiem, skąd mam wiedzieć". I wszystko jasne. I w tym momencie wszystko było już dla mnie jasne.

Kolejne dni, tygodnie, miesiące były dla mnie jednym wielkim koszmarem. Dzisiaj z perspektywy czasu sama nie wiem, jak temu podołałam. Musiałam udawać przed wszystkimi, a najgorsze było udawanie przed własnymi dziećmi. Dzisiaj myślę, że one już wiedziały o tym, co się dzieje, wiedziały, że ich tatuś ma kochankę, że prowadzi podwójne życie. Jeśli nie wiedziały, to na pewno domyślały się, bo dzieci widzą dużo, czasem więcej niż nam się wydaje.

Czułam, że wszystko mnie boli, że każdy fragment mojego ciała choruje. Diagnoza - ostra nerwica z podejrzeniami początkowej depresji. O nie! Depresja? Ja mam mieć depresję przez tego typa? Nigdy w życiu! Nigdy! Udałam się do lekarza po pomoc i o dziwo, trafiłam w dziesiątkę. Miałam wiele szczęścia. Zresztą ja w ogóle mam szczęście do ludzi, oprócz tego jednego, który pojawił się w moim życiu. Rozpoczęłam walkę o siebie o swoje zdrowie, o swoje ja i mimo wszystko jeszcze o małżeństwo.

12.05.2016

Kochanka to dziwna postać. Kochanka to pozbawiony moralności jakiś dziwny twór, stworzony chyba przez szatana. Nie liczy się z nikim i niczym, wierzy w to w co chce wierzyć, bo jest jej tak wygodnie. Jest tak bezczelna i plugawa, że nigdy nie zaakceptuję na swojej drodze takiej osoby. Nigdy!

Ta z którą przyszło mi zmierzyć się, była wyjątkowo bezwzględna i obrzydliwie nachalna. Tak naprawdę to dopiero teraz widzę - "trafił swój na swojego". Dobrali się jak dwie połówki tego samego zatrutego, a właściwie zgniłego jabłka. Nie miała godności, honoru, kultury i wszystkiego tego, co powinien posiadać człowiek - kobieta. Dlatego tak często piszę o człowieczeństwie, bo człowieczeństwo przez duże C to podstawa egzystencji w społeczeństwie.

Kiedyś jakaś kobieta odbiła mi faceta. I wiecie jaka była moja najlepsza zemsta? Pozwoliłam jej go zatrzymać.

13.05.2016

Tak sobie myślę, że bardzo dużo cech dziedziczymy po naszych przodkach. Nie bez przyczyny mówi się "jaka matka, taka córka". A co z synem? Ano "jaki ojciec, taki syn". Od genetyki nie uciekniemy. A jeśli geny idą w parze z wychowywaniem, a raczej z chowaniem, to tym bardziej. No bo gdzie są rodzice jak postępujemy źle? Gdzie są rodzice, żeby złapać za rękę swoje dorosłe już dziecko, które rani innych, zadaje im ból i cierpienie? No właśnie. Jeśli dorosły człowiek nie miał wzorców w dzieciństwie, chociażby w swoich rodzicach, to w dorosłym życiu powiela ich zachowania, powtarza ich styl życia, ich myślenie i postępowanie. Jednym słowem ma zakorzenione wartości, a właściwie ich brak. To jest smutne, ale prawdziwe - ciągnie wilka do lasu. To jest "zew krwi" i choćby ktoś próbował temu zaprzeczyć, będę "walczyła" o swoją rację, bo na własnej skórze przekonałam się o prawdziwości swojej teorii.

14.05.2016

Cały czas zastanawiam się, dlaczego w społeczeństwie zakorzenione jest przekonanie, że rozwódka czy rozwodnik to nieszczęśliwi ludzie? Może ktoś mądry odpowie mi na to pytanie, bo naprawdę nie wiem. Byłam panną, byłam mężatką, jestem rozwódką i nie wiem.

15.05.2016

Rodzice, to najczęściej nasza opoka i drogowskaz życia. Jest tylko jeden warunek - rodzice powinni być ludźmi prawymi. To słowo najlepiej odzwierciedla co chciałabym przekazać. Jeśli rodzic jest bezmyślnie zapatrzony w swoje dzieci, nie przekazuje im żadnych wartości, to jego dzieci najczęściej wyrastają na egoistów upośledzonych emocjonalnie. W dorosłym życiu nie potrafią nawiązać zdrowych relacji międzyludzkich, mają rozbuchane oczekiwania, w drugim człowieku widzą li tylko ofiarę, którą trzeba wykorzystać i oskubać na własne potrzeby. A kiedy jest już pozbawiona wszelkich dóbr, to można ją zostawić i odejść do drugiej upatrzonej ofiary, którą można na nowo wykorzystać. Oczywiście wybór zawsze pada na osoby dobrze sytuowane, bo tylko z takich można coś wyciągnąć. Wydoić. Dno.

Z przykrością muszą stwierdzić, że najbliższa rodzina mojego męża pogrzebała nasze małżeństwo. Nie dostałam od nich żadnego wsparcia. Żadnego. To przykre, ale prawdziwe. Odwrócili się ode mnie i od moich dzieci, jakbym to ja odeszła od ich syna, a nie on od nas. Jakbym to ja zdradziła, a nie on. Jakbym to ja miała kochanka, a nie on kochankę. No cóż. Tak bywa.

Urwanego kontaktu z nimi absolutnie nie żałuję. Pójdę dalej. Dobrze, że tak stało się. Nie byłabym już w stanie tolerować ich bezmyślności i bezdennej głupoty, hipokryzji, kłamstw i mitomanii. Zbulwersowana byłam ich szybkim przyjęciem kochanki mojego męża w ich domu. I to jeszcze w czasie trwania naszego małżeństwa. Szczyt hipokryzji. Bez komentarza. Jeszcze bardziej zbulwersowało mnie zapraszanie moich dzieci do ich domu podczas gdy ona tam była. Moje dzieci musiały siedzieć przy jednym stole z tą "kobietą", oddychać tym samym powietrzem co ona, słuchać jej wynurzeń. Nie wiem, jak można popełnić takie foux pas. To było pogwałcenie niepisanych reguł współżycia rodzinnego i społecznego. Dlatego nie mam do tych ludzi żadnego szacunku, żadnych pozytywnych myśli nawet ze względu na jakąkolwiek przeszłość. To nikczemni ludzie, nie mający za grosz poczucia wstydu i żadnych oporów moralnych.

16.05.2016

Wracając do moich podejrzeń. Tak jak wspomniałam, kobieta czuje, kiedy w jej małżeństwie dzieje się coś niedobrego. Obserwowałam, próbowałam rozmawiać, płakałam, targały mną różne emocje. Niestety mój małżonek kłamał, wypierał się, co gorsze oskarżał mnie, że to ja kogoś mam, że to przez moją dociekliwość, wścibskość, ciągłe dręczenie go pytaniami późno wraca do domu, bo nie chce tego słuchać. Oczywiście nie mówił tego spokojnie, tylko wydzierał się tak, że wszyscy sąsiedzi słyszeli. Na dodatek twierdził, że to ja krzyczę. Swoim agresywnym tonem powodował, że zamykałam się w sobie. Nie chciałam tych krzyków, nie chciałam, żeby nasze dzieci słuchały tego, nie chciałam, żeby sąsiedzi byli świadkami naszych kłótni. To był dla mnie okropny czas. Nigdy więcej nie chcę znaleźć się w takiej sytuacji. Nigdy! To było dla mnie strasznie upokarzające i bolesne. Czułam jakbym była smagana batem po całym ciele, które bardzo cierpiało. Nie mogłam dłużej wytrzymać tej niepewności. Nie mogłam dłużej żyć w takim napięciu, takich podejrzeniach. Chciałam wiedzieć czy iść w prawo czy w lewo. Chciałam wiedzieć, jak dalej mam żyć, czy walczyć o małżeństwo, rodzinę, dom, czy też pisać nową kartę życia. Nie ukrywam, że bardziej liczyłam na to, że moje podejrzenia okażą się moją zwykłą obsesją, rozbujałą wyobraźnią i wszystko za jakiś czas wróci do normy, ale niestety okazało się inaczej. Tego dnia nie zapomnę nigdy w życiu. Nigdy!

Czasem sama sobie dziwie się, że po takiej krzywdzie, jaką mi zaserwowano mimo wszystko mam w sobie tyle optymizmu, nadziei na lepsze jutro, wewnętrzną radość i uśmiech. Już nigdy nie dam sobie tego odebrać, a szczególnie jakiemuś facetowi.

Właściwie to on mnie niszczył psychicznie, ale widać jestem twardą babą i nie dałam się. I wszystkim kobietom krzyczę - nie dajcie się, cokolwiek to znaczy! Walczcie o siebie, o swoja godność! Bądźcie silne, bo tylko siła pozwoli wam przetrwać!

17.05.2016

Od tamtego pamiętnego dnia minęło już sporo czasu, chyba z dwadzieścia cztery miesiące, sto tygodni i około tysiąca dni. To wystarczająco dużo czasu na ogrom refleksji, przemyśleń i wewnętrznego uspokojenia. Dzisiaj już inaczej na to patrzę i nie emocjonuje się. Dzisiaj na zimno i bardzo rzeczowo oceniam sytuację, co się wydarzyło, jak do tego doszło i jak dalej żyć. Obecnego życia nie zamieniłabym na żadne inne, no może oprócz jednego. Bardzo brakuje mi jednego człowieka, ale nie byłego męża mam na myśli, z nim skończyłam już dawno. Nie miałam już siły ani ochoty pytać kiedy wróci do domu, gdzie jest. Nie miałam siły na domysły, na analizy, na dalsze podejrzenia. Czułam, że usycham od wewnątrz. Podjęłam kluczową decyzję, bo nie miałam wyboru.

18.05.2016

Detektyw to najlepsze rozwiązanie na zakłamanego człowieka z jakim ja miałam do czynienia. Złapany za rękę mówił, że to nie jego ręka. Spotkaniu z nim poświęciłam wiele dumę, wstyd i pieniądze, ale było warto. Na efekty nie musiałam długo czekać. Zdjęcia, nagrania nie pozostawiały złudzeń - mój mąż ma kochankę. Smutne, ale prawdziwe. Myślałam, że z bólu odlatuję w nicość, że oszaleję z żalu. Nigdy więcej czegoś takiego! Nigdy!

Kiedy odzyskałam trzeźwość umysłu zmrużyłam oczy, podniosłam głowę, wzrok skierowałam przed siebie i zrozumiałam, że to koniec, że to koniec wszystkiego, że skończył się drugi etap mojego życia, że od tego momentu jestem już rozwódką, choć przede mną jeszcze najgorsze i najcięższe chwile. Nie myliłam się.

Ten dzień, ten pamiętny dzień wiele mnie nauczył. Pokazał, że jestem twardą babą, że jestem silna, że jestem wytrzymała, że jestem dumna i waleczna. Ten dzień udowodnił mi, że nie tak łatwo mnie zniszczyć, choćby plan zniszczenia mnie był doskonały, że po upadku potrafię podnieść się i iść dalej.

Dlatego książkę piszę z myślą o kobietach, które znalazły się w podobnej sytuacji co ja, ale nie mają tyle siły co ja, nie mają tyle determinacji co ja i tyle cierpliwości, o dziwo, co ja, by nie myślały, że tylko ich dotknęła taka sytuacja.

Oczywiście jak zawsze mąż do niczego nie przyznawał się. Twierdził, że to fotomontaż, że to nie on. Zaskoczony wygadywał takie głupoty, że aż wstyd powtarzać. Teraz chce mi się śmiać, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. Obudziły się we mnie wszystkie najgorsze instynkty i najgorsze pomysły. Byłam tak wściekła jak nigdy w życiu. Tak rozżalona, tak rozczarowana i strasznie skrzywdzona. A on? Twierdził, że to nie jego kochanka, tylko bliska znajoma, przyjaciółka, że może ich kontakty zaszły za daleko, ale to nie tak ja myślę. I że tak w ogóle to jestem świnia, że nasłałam na niego detektywa. No cóż. Takie jest życie.

Związek po zdradzie jest jak sklejony wazon - już tylko na suche kwiaty.

19.05.2016

I znów o kochance. Najczęściej to niezwykła tupeciara, do tego bezczelna, agresywna i pozbawiona jakichkolwiek zasad. Na kochankę takie coś może i nadaje się, ale na żonę czy matkę to absolutnie nie.

Kiedy dowiedziała się, że jest uwieczniona w materiałach mojego detektywa, wpadła w taki szał, że prawie rozjechała mnie autem. Mało mnie nie zabiła! A najgorsze było to, że podczas tego incydentu w jej aucie obecny był mój mąż.

O kochankach nigdy nie będę miała dobrego zdania i nigdy nie przyjmę jakiegokolwiek usprawiedliwienia pod ich adresem. To są moralne zera.

Jakby tego było mało, ta niemoralna baba ciągała mnie po policji składając swoje żale na moje pretensje do niej, że romansuje z moi mężem, że zabraniam jej tego, że wydzwaniam do niej, żeby opamiętała się, bo jej kochanek ma żonę, dzieci - rodzinę. Kuriozalna sytuacja. Czułam się wówczas jak jakaś postać z brazylijskiej telenoweli.

20.05.2016

Weekend nad morzem dodał mi skrzydeł. Woda, szum fal, mewy i morska bryza. To jest to co zawsze najbardziej lubiłam. W takich momentach nie wiem, czy to słońce, czy moja pogoda ducha uskrzydla mnie. Kiedy wracam znad morza, głowę mam pełną pomysłów, marzeń i mocnych postanowień. Myślę, że każdy z nas ma swoje miejsce na Ziemi. Tam najlepiej myślimy, analizujemy swoje życie, robimy postanowienia i plany na przyszłość.

To nad morze udałam się zaraz po tym jak rozpadło się moje małżeństwo. To tam opłakiwałam swoją porażkę życiową. Tak, to była moja porażka życiowa, cokolwiek to znaczy i cokolwiek później okaże się. To również tam podjęłam swoje kluczowe decyzje co do dalszej drogi. I choć później nie było łatwo i lekko, to jednak morze stało się spowiednikiem moich myśli i mojego serca, bo morze to żywioł, a ja lubię żywioły.

21.05.20216

Moja reakcja na romans męża była natychmiastowa, choć i tak okazałam się człowiekiem i pozwoliłam mieszkać mu z nami pod jednym dachem jeszcze kilka tygodni, mimo że splugawił naszą rodzinę, nasz dom, nasze marzenia, nasze ideały, a przede wszystkim nasze małżeństwo. Natomiast jego reakcja była wręcz bezczelna i to właśnie jeszcze bardziej pogrążyło go jako męża, ojca i w ogóle jako człowieka. Nie dość, że kłamał i łgał, to jeszcze stawiał się, obwiniał mnie, groził mi. Ale to był dopiero początek piekła, które urządził z wściekłości, że nakryłam go z kochanką, że odkryłam jego romans i że śmiałam mieć do tego w ogóle jakieś pretensje, bo przecież on jest facetem, a facetowi wolno. Patrzyłam wówczas na niego jak na skończonego drania i już wiedziałam, że będzie trudno, ale zrobię to, co powinna zrobić na moim miejscu każda kobieta, ale niestety nie każda ma odwagę, siły i chęci do walki o swój honor i dumę. Nie tylko o siebie, ale i o swoje dzieci, o swoje życie i o inne kobiety postawione w podobnej sytuacji. Pozostawienie i pogodzenie się z niesprawiedliwością jest jak przyzwolenie złoczyńcy i innym mu podobnych do bezkarnego postępowania!

Te kilka tygodni, które dałam mu na wyprowadzkę, to o kilka tygodni za dużo, jednak byłam na tyle wspaniałomyślna, że nie wyrzuciłam go od razu z domu, choć tak powinnam zrobić. Niech zna moje dobre serce.

Czy można przestać kochać niebo tylko dlatego, że czasem jest burza?

22.05.2016

Co byście zrobiły/zrobili, gdyby wasz współmałżonek po dwudziestu latach małżeństwa zaproponował spisanie intercyzy, tak bez pardonu, znienacka, podczas gdy wszystko, no może dużą większość zawdzięcza wam - tylko i wyłącznie wam?

Otóż pewnego pięknego dnia mój mąż oświadczył mi, że w sumie to powinniśmy spisać intercyzę małżeńską, bo on doskonale prosperujący "biznesmen" - nomen omen na "biznesie" powstałym z krwawicy mojej rodziny - i ja nie mamy równego statusu finansowego i jak mi coś strzeli do głowy i będę chciała się z nim rozwieść, to on będzie musiał podzielić się ze mną majątkiem pół na pół, a przecież to takie niesprawiedliwe, bo on więcej zarabia. To nic, że sam na to nie zapracował. Ważne, że teraz obrósł w pióra.

Mojego zaskoczenia nie da się opisać żadnymi słowami. Jego bezczelności tym bardziej. Spojrzałam wówczas na niego i pomyślałam, że zwariował, że oszalał. Do dziś nie wiem, kto mu tak doradził, ale domyślam się, że albo ta kuta na cztery łapy baba, albo jego najbliższa rodzinka, zresztą pozostawiająca wiele do życzenia.

Oczywiście kategorycznie nie zgodziłam się, co doprowadziło go do wściekłości. Zaczął mnie przekonywać, prosić, wręcz błagać. Był żałosny. Widziałam, że bardzo mu na tym zależy, że zaprzedał się chyba diabłu, skoro składa mi takie propozycje. Komu jak komu, ale mnie? Zrozumiałam wtedy, że nie tylko ma kochankę, gorący romans, ale i chce mnie po prostu oszukać, okraść. Dotarło do mnie, że jest nie tylko zdrajcą, ale i złodziejem.

23.05.2016

Nie było już na co czekać, nie było już czasu na złudzenia. To był koniec, kolejny koniec czegoś. Wcześniej wydawało mi się, że ten koniec już nastąpił, ale okazało się, że tych końców jest bardzo dużo, co raz więcej i więcej. Powoli zatrzaskiwały się kolejne drzwi, powoli otwierały mi się kolejne "klapki". Zaczęłam czuć, że grunt usuwa mi się spod nóg, że zaraz chyba zwariuję, że to co się dzieje to jakaś farsa, jakaś tragikomedia, w której niechcący biorę udział, że zaraz przebudzę się i będzie jak dawniej. Niestety dalej było tylko gorzej i gorzej.

Postanowiłam uzyskać poradę prawną, bo nie miałam innego wyjścia, bo jeszcze głupia i naiwna rozpatrywałam jednak możliwość podpisania tej intercyzy, byle było dobrze, byle mój małżonek czuł się dobrze, byle miał poczucie komfortu, spełnienia, spokoju, byle był zadowolony, miał poczucie własnej wartości, byle czuł się finansowo bezpiecznie za inwestycje stworzone przez moją rodzinę. Jaka ja byłam głupia! Jeszcze łudziłam się sama już nie wiem czym, jeszcze miałam nadzieję sama już nie wiem na co, jeszcze widziałam światełko w tunelu, ale to były złudzenia.

Obudziłam się dopiero w kancelarii prawnej. Tam dopiero dotarło do mnie, że to już koniec wszystkiego, że intercyza potrzebna jest mojemu mężowi do rozpoczęcia nowego życia z inną osobą, inną kobietą, że ani ja ani nasze dzieci nie interesują już mojego męża, że ma on już inny plan na życie i konsekwentnie go realizuje.

Płakałam. Strasznie płakałam. Byłam wściekła na prawnika, okrutnie wściekła, myślałam, że mnie pocieszy, usłyszę dobre słowo, doda mi otuchy i będzie jak dawniej. Niestety nic z tych rzeczy, każde słowo raniło mnie bardziej, czułam, jak ta kobieta ćwiartuje mnie kawałek po kawałku, jak rozrywa moje serce, moją duszę. Czułam się strasznie - oszukana, ograbiona, okłamana i taka biedna. Okaleczona i potwornie skrzywdzona. Było mi wstyd, strasznie wstyd, że spotkało mnie takie coś. Przyszłam do kancelarii po złudzenia, a wyszłam totalnie z nich odarta.

Po kilku dniach wróciłam ponownie, po kolejne złudzenia i znów nic. Usłyszałam to samo tylko bardziej dobitnie. Pomyślałam - do trzech razy sztuka. Za trzecim razem złożyłam pozew rozwodowy i pierwszy raz wyszłam z kancelarii z podniesioną głową. Poczułam wiatr w żaglach.

24.05.2016

Drogie kobiety wystrzegajcie się mężczyzn typu "macho", bo na dłuższą metę nie wyrobicie. A jeśli taki macho ma głęboko zakorzeniony patriarchat w swoim "rodowodzie", to już po was. I żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Patriarchat, patriarchalizm - to pojęcie oznaczające dominację mężczyzny w stosunkach rodzinnych i społecznych, będącego głową rodziny. Jednym z najważniejszych założeń patriarchalizmu społecznego jest obowiązek zapewnienia środków materialnych i bezpieczeństwa najbliższym, spoczywający na głowie rodziny. Patriarchat jest formą hierarchii społecznej, która występowała w wielu społeczeństwach pierwotnych, a jej pewne elementy zachowały się w wielu krajach po dzisiaj. I właśnie ja miałam to nieszczęście spotkać na swojej drodze życia taką małą grupkę społeczną, która hołdowała temu pierwotnemu trendowi społecznemu.

Rodzina byłego męża, jak i on sam z początku nie przejawiali sympatyzowania z patriarchatem, dopiero później z biegiem lat zauważyłam, że funkcjonował tam chory układ w niekorzystnym położeniu stawiający kobiety. Mężczyznom wolno było leżeć na kanapie, spać a raczej gnić popołudniami, a kobiety były od sprzątania, gotowania, robienia zakupów, zmywania, prasowania, gotowania, prania, zajmowania się dziećmi, no i oczywiście też od pracowania i przynoszenia pieniędzy do domu - czyli utrzymywania rodziny. A od czego byli mężczyźni? Ano od tego, żeby być, bo kobieta bez mężczyzny to nie przystoi. Mężczyzna co najwyżej miał za zadanie pracować i przynosić pieniądze do domu, przykręcić śrubkę, przybić gwoździa i wiedzieć, po jaką pomoc techniczną zadzwonić w razie awarii w domu.

Niestety żadnego nawet z tych ostatnich wymienionych mój mąż nie spełniał, zresztą dobrych wzorców z domu nie wyniósł. Nie sprzątał, nie gotował, nie zmywał, nie prał, nie robił zakupów, nie prasował - nic z tych rzeczy. Proszony o zrobienie jednej z tych czynności kategorycznie odmawiał twierdząc, że nie jest od tego - od tego są kobiety. Nawet podczas mojej choroby czy też zwykłych niedomagań nie mogłam liczyć nawet na szklankę gorącej herbaty, bo to nie przystoi mężczyźnie robić żonie herbatę.

Zawsze dezawuował moje niedomagania zdrowotne, moje przeziębienia, choroby, niedyspozycje. Nigdy w takich sytuacjach nie mogłam na niego liczyć. Nigdy! Nawet jak nasze dzieci były małe to nie mogłam ich z nim zostawić na dłużej niż godzinę, bo zmieniać pieluch nie będzie, robić jedzenia nie będzie, bo to poniżająca czynność dla niego, a poza tym nie lubi, więc nie będzie tego robił. Zmuszona byłam wszystko załatwiać w biegu, w pośpiechu, żeby być przy dzieciach i przy nim - żona jest od tego, żeby siedzieć w domu i robić w kuchni, nawet wodę gotować, nawet talerzyk wyjąć z szafki. Smutne to, ale niestety prawdziwe.

Dzieci nigdy nie nakarmił, nigdy im nawet picia nie zrobił sam od siebie, nie wspominając już o zwykłej kanapce. Od tego jest "baba". Baba jest od wszystkiego, taka jest jej rola, a w nocy ma być chętna na rozkosze, które dostaje od męża rozochoconego filmami porno, które oglądał do późnych godzin nocnych, kiedy jego żona usypiała padnięta po całym dniu pracy.

Oczywiście nie miałam prawa nigdzie wyjść. Nawet do sklepu idąc słyszałam pytanie "a po co, kiedy wrócisz?". Według niego zakupy powinnam robić idąc do pracy lub wracając z pracy, a później siedzieć w domu i czekać aż "pan" przyjdzie, żeby podać mu ciepły obiad, najlepiej z mięsa wyhodowanego przeze mnie, ziemniaków wykopanych z pola przeze mnie, z surówką ze swojego ogródka - chyba balkonowego, no i kompotu. Oczywiście wszystko miało być od A do Z zrobione osobiście przeze mnie. Taka była jego ideologia. Oczywiście jak była potrzeba zrobienia rzeczy remontowo-budowlanych w domu, to zamawialiśmy ekipę, za którą ja płaciłam, bo po co nam remont? Znowu sobie coś wymyśliłam!

Dla siebie i na siebie nie żałował pieniędzy, dwa samochody, kilka laptopów, telefonów komórkowych, penów, magnetofonów, przegrywarek, nagrywarek, telewizorów i wiele innych gadżetów, no i oczywiście motocykl na przejażdżki weekendowe. Na dzieci zawsze żałował swoich pieniędzy, od kupowania im zabawek, ubrań i potrzebnych rzeczy byłam ja i moi rodzice. Jego byli zawsze pod "kreską". Nie przypominam sobie, żeby choć raz kupił paczkę pieluch, jak były małe, kaftanik, autko czy lalkę, żeby zabrał do McDonalda, do lunaparku czy do kina. Owszem syna zabierał "na motor", jak podrósł, ale tylko po to, żeby mieć wymówkę, że nie idzie sam. W ten sposób od czasu do czasu miał alibi, że zajmuje się dziećmi jak żaden inny tata, że jaki to z niego cudowny ojciec. Kiedy przy jego rodzicach odważyłam się zwrócić uwagę, że nie podoba mi się jego postawa, to słyszałam "ciesz się, że ma takie zainteresowania, to lepsze od alkoholu czy też jak miałby uganiać się za babami". O zgrozo! I tak na to wyszło po latach!

Podsumowując - jestem w stanie zrozumieć patriarchat czy też średniowiecze, jeśli mężczyzna jest naprawdę mężczyzną przez duże M. Pracowitym, zdolnym, wykształconym człowiekiem zarabiającym na dom i dającym o swoją rodzinę, o jej poczucie bezpieczeństwa. Opiekuńczym, zapobiegliwym i troskliwym. Oczywiście nie wspominam o innych cechach związanych z czułością i miłością. Niestety mój mąż żadnej z tych cech nie posiadał. Nawet zaradność była mu obca. Chciał zarabiać szybko, dużo z małym nakładem swojej pracy. Miał tylko wymagania i oczekiwania najczęściej finansowe. Potrafił tylko wyciągać rękę i brać bez żadnego słowa, nawet zwykłego dziękuję, bez żadnej wdzięczności czy pokory. Jak za mało dostawał, to zachowywał się prześmiewczo, miał pretensje do całego świata, że wszyscy dostają więcej, a on tylko tyle.

Uważajcie, moje miłe panie, na takich lovelasów i nygusów męskich. Na takich co to mówią, że chcą żeby żona była w domu, a oni będą zarabiali na dom. To są mrzonki, takich facetów nie ma. Takie dinozaury już wyginęły. Pamiętajcie "że im więcej krowa muczy, tym mniej mleka daje". Ja o tym zapomniałam, a później przekonałam się na własnej skórze, że to wszystko to "blef" i że to ja mam nosić spodnie w tym małżeństwie.

Jeżeli dobrze wiesz, że jesteś w toksycznym związku to nie jesteś silna. Jeśli jesteś z kimś kto cię rani i obraża to nie jesteś silna. Prawdziwa siła polega na tym, że potrafisz odejść, że nie boisz się być sama. Siła polega na miłości do samej siebie.

25.05.2016

Rozwodniczka to książka, którą kobiety takie jak ja, w podobnej sytuacji jak moja, mogą przeczytać i dowiedzieć się jak ja walczyłam i walczę o siebie, jak nie odpuszczam dla świętego spokoju, bo odpuszczenie znaczy poddanie się, danie prezentu niewiernemu mężowi w imię razem wspólnie spędzonych lat, czy też dla dobra dzieci. Nic z tych rzeczy. Zdrajca nigdy nie zrozumie podłości swojego czynu, nigdy nie przestanie zdradzać, oszukiwać, kłamać, gdyż sprawia mu to zwykłą chorą przyjemność. Dlatego nie oczekuję morza pochlebstw, morza fanów, gdyż rozwód to żaden splendor, tylko porażka. Oczekuję, że czytając moją książkę o mojej porażce i moich problemach komuś zrobi się lepiej, kobiety takie jak ja podniosę na duchu, że nie są same, że takich jak my jest więcej. Nie wstydźmy się tego co się stało, bo to nie nasza wina!

Jeśli on leci za suką to ściągnij mu kaganiec, odepnij smycz i puść wolno. Niech ucieka. Tylko później niech nie wyje pod twoimi drzwiami.

26.05.2016

Kiedy kobieta dowiaduje się o niewierności męża, zadaje sobie pytanie "dlaczego"? Ja również zadawałam sobie to pytanie nie raz, nie dwa, a nawet nie trzy. Zadając je sobie zastanawiałam się, jak można tak zrobić, jak można to zrobić drugiemu człowiekowi, którego kocha się? Przecież to jest straszna rzecz - przestępstwo. Zdrada to podłość nad podłościami! Zdrajców przecież karze się. A mężów zdradzających? Ano nie! A niby dlaczego? Bo co? Bo to jest mniejsze przewinienie? Bo mężczyźnie wolno jako samcowi, a kobiecie nie? Może ktoś mi to wyjaśni? Żyjemy w XXI wieku, a nie w jakimś średniowieczu! Mój były mąż twierdził, że zdrada mężczyzny to uchodzi, ale zdradzająca kobieta to kurwa. Bezczelny typ! Ze swoimi poglądami odnalazłby się chyba w ISIS lub Al-Kaidzie. Chociaż służbę wojskową przeszedłby jak należy, a nie zwolniony dzięki mojej mamie z lipną kategorią D żył sobie jak pączek w maśle.

Kiedy dowiedział się, że mam dowody jego zdrady, stwierdził, że to sfabrykowany materiał, że to fotomontaż. Patrzyłam wówczas na niego i kolejny raz zrozumiałam, że on jest po prostu nienormalny. W głowie mi się nie mieściło, że w swojej obronie można wygadywać takie głupoty. Potem wygłaszał jeszcze większe herezje, że to tylko koleżanka, że pomagał jej w malowaniu mieszkania, że to tylko taki ich "gag". Jakby tego było mało, zrobił się agresywny, zaczął mnie wyzywać, oskarżać o szpiegostwo, grozić policją, kolegami i swoim braciszkiem. Z wściekłości rzucił się na mnie i zaczął mnie szarpać. Dostał w końcu w pysk. Zaczął mnie szantażować, że zgłosi to na policję, jeśli nie zniszczę dowodów jego zdrady. To się nazywa mieć tupet. Ale nie ze mną takie numery! Już nie ze mną. W chwili kiedy na własne oczy zobaczyłam go w łóżku z inna kobietą, w moim sercu wszystko skończyło się. Zaczęłam myśleć o rozwodzie.

27.05.2016

Ja wiem, że rodziny nie wybiera się - ją się po prostu ma. Dostajemy ją z całym dobytkiem, bez zbędnych pytań, bez marudzenia i ważenia. Rodzina jest odbiciem nas samych, naszych zachowań, działań, naszego myślenia i postępowania. Bardzo dużo dziedziczymy po naszych przodkach, przejmujemy ich geny z plusami i minusami.

No cóż. Jesteśmy też ślepcami, ale wynika to z zakochania. Jednak zakochanie to jedno, a kamuflaż to drugie. Niektórzy są mistrzami kamuflażu i dużo musi zadziać się, nim ockniemy się z letargu i przejrzymy na oczy. Wówczas nie pozostaje nam nic innego, jak nieść ze sobą ten tobół na plecach.

28.05.2016

Wizyta u prawnika kosztowała mnie wiele wysiłku. Raz, że powód wizyty był dla mnie poniżający, dwa, że gdzieś tam głęboko czułam, że to nie pierwsza i nie ostatnia wizyta w kancelarii. W drzwiach przywitała mnie niezwykle czarująca młoda kobieta, zadbana i taka niezwykła. Zaprosiła mnie na rozmowę. Usiadłyśmy w gabinecie i zaczęło się. Myślałam, że wstyd mnie zaleje, że za chwile zapadnę się pod ziemię. Nie potrafiłam spojrzeć jej prosto w oczy, a co dopiero mówić o swoich problemach. Jedyne co trzymało mnie w pionie to świadomość, że takich klientek jak ja to miała na pęczki, że takich lub podobnych historii jak moja, to nasłuchała się już chyba ze sto razy. Wiedziałam również, że wizyta u adwokata nie może być ściemą, że muszę mówić prawdę i tylko prawdę, inaczej wszystko nie będzie miało żadnego sensu. Wspięłam się więc na wyżyny szczerości mówiąc o kolejach swojego małżeństwa. Aż sama sobie dziwiłam się. Co prawda przyszłam do kancelarii po złudzenia, a wyszłam odarta z nich, choć silniejsza i mocniejsza po stokroć.

Pamiętam niewzruszoną minę pani mecenas, jej nieprawdopodobne opanowanie, spokój i totalny brak emocji, który mnie strasznie wkurzył. Ja wyłam z bólu i rozczarowania, a ona tylko mi dowalał mocniej i mocniej. Myślałam, że ze złości w końcu eksploduję. Przecież poszłam tam po nadzieję, myślałam że mnie pocieszy mnie, że powie "to chwilowy kryzys". Nic z tych rzeczy! Pani mecenas stanowczo i dobitnie zakomunikowała mi, że to koniec mojego małżeństwa i powinnam myśleć o sobie.

29.05.2016

Do kancelarii wracałam jeszcze kilka razy. Wystąpić o rozwód można zawsze, ale trzeba być pewnym swojej decyzji i trzeba zastanowić się, jaki to ma być rozwód. Ja już wiedziałam - rozwód z orzeczeniem o winie.

Pamiętam tamten dzień. Była wiosna, a właściwie jej początek. Wszystko budziło się do życia, budziłam się i ja. Kiedy wyszłam z kancelarii szłam pewna i dumna z siebie i taka niezwykle lekka. Trudno opisać to uczucie. Był żal i rozgoryczenie, było poczucie krzywdy, strach jak to będzie dalej, strach przed nieznanym, przed nowym życiem, ale było też uczucie powoli odzyskiwanej godności, ciekawości świata, świeżości, wiary, nadziei i jeszcze tak wielu innych uczuć, że nie jestem w stanie tego opisać. To była MAGIA.

Wracałam do domu pieszo. Był ciepły wieczór, ciemno, ale miasto żyło i to właśnie życie miasta unosiło mnie na swoich skrzydłach w stronę domu, w którym czekały na mnie dzieci, trzymające za mnie kciuki, za decyzję, jaką miałam podjąć, choć wychodząc z domu jeszcze nie byłam jej pewna. Kiedy weszłam nagle wystrzelił korek od szampana. Zrozumiałam, że są po mojej stronie. Jak miało się zaraz okazać wiedziały już wcześniej o kochance "tatusia", ale wstydziły się powiedzieć mi o tym. Od tego momentu rozpoczęła się moja żmudna "praca".

Jak głośne potrafią być myśli, gdy spacerujesz nocą po uśpionym mieście.

30.05.2016

Decyzja o rozwodzie z orzeczeniem winy jest bardzo trudna, gdyż wiąże się z niesamowitą "pracą", ale przede wszystkim z odpowiedzialnością przed samym sobą, przed swoim adwokatem, z dyskrecją i sprawnością kojarzenia wielu faktów. Niestety, nie dla wszystkich osób jest to łatwe. Trzeba mieć przede wszystkim czyste sumienie, bez tego ani rusz.

Przez kilka miesięcy żyłam przypominaniem sobie wszystkiego co było, opisywałam wydarzenia, zbierałam dowody, kolekcjonowałam świadków, a na dodatek musiałam być czujna, "śledzić" codzienność i poszukiwać. Czułam się czasami, jak samotne drzewo. Zwyczajnie było mi wstyd rozmawiać o tym z innymi.

Przygotowywanie do rozwodu z orzeczeniem winy współmałżonka to nic innego jak drapanie krwawiących ran. Trzeba być bardzo silnym i mocnym, żeby to wytrzymać, tym bardziej, że przeciwnika miałam bezczelnego. Kiedy dowiedział się, że wystąpiłam o rozwód i to z orzeczeniem jego winy, wpadł w furię. Zaczął mnie szantażować, składał przeciwko mnie wyimaginowane i naciągane zgłoszenia na policję, groził mi pozwami cywilnymi. Strasznie mnie to dużo zdrowia i nerwów kosztowało. Jednak nie poddałam się. W efekcie okazało się, że to tylko mały, przebiegły i głośno ujadający oszust, który chciał mnie zastraszyć, zahukać, zagonić w kąt, byle bym tylko nie odkrywała prawdy, byle bym tylko siedziała cicho i jeżeli już to chciała rozwodu bez orzekania o winie. Chciał, żebyśmy rozstali się jak "kulturalni ludzie". Kulturalni ludzie. I kto to mówił?

31.05.2016

Jego kochanka, starsza o kilka lat, z dorosłymi dziećmi, z burzliwą i niechlubną przeszłością, z manierami sięgającymi bruku. Sztuczna i wyfiokowana, uwodząca najczęściej żonatych facetów z dziećmi, młodszych od niej, a może tak się jej po prostu trafiało, co też daje wiele do myślenia. Do tego tipsy, panterka, torebka na złotym łańcuszku, we włosach kokarda, krynolina i oczywiście tona makijażu. W sumie każdy lubi to co chce. Patrząc na nią widziałam podstarzałą kobietę histerycznie szukającą faceta. Nieważne, jakiego faceta, żonatego czy wolnego, ważne żeby był. Smutne, ale prawdziwe.

A on? No cóż. Nie miał do niej żadnego szacunku, absolutnie żadnego. I nie jestem w stanie tego do dzisiaj pojąć dlaczego. Nie dość, że śmiał się, kiedy prześmiewczo o niej mówiłam i to w sposób bardzo dosadny, to sam jeszcze dorzucał, nie szczędząc epitetów określając ją jako bezwzględną osobą, którą nie obchodzą czyjeś uczucia, że dąży po trupach do celu, żebym uważała i nie drażniła jej, bo jest okrutna i strasznie mściwa jak nie dostaje tego czego chce. "Jak więc możesz z nią być?" - pytałam. Odpowiedź brzmiała - "ona mnie utrzymuje". Nie miałam więcej pytań.

Jeśli jakaś kobieta jest w stanie odbić ci faceta, a tym bardziej męża to znaczy, że nie jest ciebie wart. Ona w sunie robi tobie przysługę. Pamiętaj o tym! Może kiedyś jej podziękujesz.

25.05.2016

Marzy mi się miłość oparta na szacunku, zaufaniu, miłość opiekuńcza, spokojna, stabilna. Miłość, której nie powstydzę się, miłość do grobowej deski. Nie każdy może zaoferować taką miłość. A ja? Dzisiaj nie wiem.

Moja miłość. Zresztą bez komentarza, nie ma w ogóle o czego wspominać. Kiedy w związku pojawia się zdrada i to taka bezczelna, bezpardonowa i kompromitująca zdrada, nie można chyba mówić o miłości, nie można mówić, że taki człowiek kiedykolwiek kochał, a osoba zdradzona zastanawia się, czy w ogóle zdrajcę kiedykolwiek kochała. Dlatego ze słowem "miłość", "kocham" byłabym ostrożna, nie szafowałabym tak bardzo, bo są to słowa wielkie, a jednocześnie bardzo ulotne jak mgła. Każdy inaczej je rozumie, każdy inaczej je pojmuje, dla każdego z nas znaczą co innego. Mój były mąż rozumiał je bardzo opatrznie: służ mi, bądź mi oddana, wierna, myśl tylko o mnie i o nikim innym, gotuj, sprzątaj, zmywaj, rób zakupy, pierz, prasuj, wychowuj dzieci, siedź w domu, nigdzie nie wychodź, bądź jak wracam do domu, nie słuchaj innych, a najlepiej nie rozmawiaj z innymi, bo cię sprowadzą na złą drogę jak ci otworzą oczy, jaki to ja jestem drań, akceptuj moje lenistwo, moje egoistyczne zainteresowania, a ze swoich zrezygnuj, bo masz dom, dzieci i mnie. Utrzymuj rodzinę, graj w moje karty nawet gdy nie są słuszne, nawet gdy oszukuję, kłamię i kantuję. Mam dalej pisać? Chyba wystarczy! Za taką miłość to ja dziękuję, za takiego mężczyznę tym bardziej. Czekam więc cierpliwie.

27.05.2016

Niemoc i bezsilność to dwie rzeczy, które obecnie najbardziej mnie denerwują, że nie mogę wykrzyczeć pewnych spraw, że nie mogę jeszcze mówić, że nie mogę działać. Ale kiedy nadejdzie ten dzień, kiedy wreszcie nadejdzie ten dzień, to będę z dziką satysfakcją patrzyła, jak on, ona i oni ze wstydu będą chowali się nie tylko przede mną. Będą topili się w piwie, które sami sobie nawarzyli.

Czy zdrowy człowiek, przy zdrowych zmysłach zaciąga kolejny kredyt, nie mając spłaconego poprzedniego? I poprzedniego? I jeszcze innego? Czy zdrowy człowiek przy zdrowych zmysłach mówi i to z wielkim przekonaniem, że "ta III Rzeczpospolita zaraz upadnie i będzie IV Rzeczpospolita i wtedy wszystkie kredyty będą anulowane, więc biorę je póki można, bo raz się żyje" albo "po to są banki, żeby dawały kredyty", "a co? raz się żyje". Tego nie można było już słuchać, a zwrócenie uwagi na błędne rozumowanie spotykało się z napaścią słowną na mnie, że się nie znam i że zwyczajnie jestem zazdrosna.

Kilkakrotnie wyciągałam ich z tarapatów, pożyczając pieniądze na spłatę pilnych lichwiarskich pożyczek. Ja. Nie syn, tylko ta niedobra synowa, jak się później okazało. Największym błędem było pożyczenie dużych pieniędzy jego bratu, który uciekł z Polski przed egzekucją komorniczą, ale i jego sprawiedliwość dosięgnie. Chciałabym również, żeby to co mój Tata biznesowo sprezentował mu, a właściwie dał na tacy na moja usilną prośbę, rozpadło się w drobny mak! Ja i nasze dzieci z tego już i tak nic nie będziemy mieli, ale bardzo chciałabym, żeby jemu to wszystko upadło!

28.05.2016

Socjopatia to smutny temat, ale niestety coraz częściej dotyka mężczyzn, nie omijając również kobiet. Z socjopatą bardzo trudno stworzyć fajny związek, oparty na partnerstwie, miłości i wzajemnym szacunku. Nie chcę wchodzić teraz w definicję socjopaty, bo każda zainteresowana osoba wie o czym piszę.

Długo zastanawiałam się, co takiego jest w moim byłym mężu, że nie rozumie pewnych rzeczy, że jest tak bezsensownie uparty, że notorycznie kłamie, że zachowuje się jak mitoman, że jest niewyobrażalnie leniwy, chciwy, że nie ma za grosz szacunku do drugiego człowieka. Przez wiele lat łamałam sobie tym głowę i nic. Najgorsze było to, że brak mojej akceptacji jego zachowania wywoływało w nim agresję wobec mnie, robił mi awantury, wyrzuty które słychać było w całym bloku. Jak ja śmiem nie podzielać jego stanowiska, jego myśli, jego zdania. Ja - żona, powinnam być oddana i lojalna wobec niego i nikogo innego. No jak?! Podła baba.

Dopiero niedawno, może jakieś dwa miesiące temu, zupełnie przypadkowo, doszłam do tego co tak naprawdę drzemie w nim w środku, kim tak naprawdę jest i dlaczego jest taki, a nie inny. To otworzyło mi oczy i jeszcze bardziej przekonało, że to jakiś dar z niebios. Odbierając mi "coś" dał mi "coś", uwolnił mnie od socjopaty, który jeszcze trochę i chyba zniszczyłby mnie do końca.

Na tym kończy się fragment. Aby poznać całą historię, kup pełną wersję.

Redaktor prowadzący

Michał Smętek

Okładka, skład i łamanie

Ferratus

Konwersja

Ferratus

Ilustracja na okładce

conrado / shutterstock.com

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66695-57-3 (wydanie papierowe)

ISBN 978-83-66695-58-0 (ebook)

? Copyright by Manufaktura Słów 2021

? Copyright by Aga Jacza 2021

Wydawnictwo

"Manufaktura Słów"

Ferratus Michał Smętek

ul. Stefana Żeromskiego 32/315

81-369 Gdynia

[email protected]

manufakturaslow.pl

Autorka i Wydawca dołożyli wszelkich starań, aby oznaczyć autorów cytowanych wypowiedzi. Jeśli któraś została pominięta, prosimy o kontakt.