Ruch Muzyczny 17/2022 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

5.90 zł
4.90 zł (5,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#17 2022 rok LXVI

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktorka prowadzącaDominika Micał

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

[email protected]

Zastępca redaktora naczelnegofestiwale, koncerty

Krzysztof Stefański

[email protected]

Swoboda ruchu, muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

[email protected]

Swoboda ruchu, muzyka współczesna

Dominika Micał[email protected]

Wydawnictwa

Michał Mendyk

[email protected]

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Redaktorzy seniorzy

Józef Kański, Olgierd Pisarenko

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

[email protected]

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

[email protected]

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz [email protected]

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa

[email protected]

Druk

Drukarnia Akapit sp. z o.o., Lublin

Nakład: 1200 egz.

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Redakcja czynna od godz. 10.00 do 15.00

Adres

ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: [email protected]

email: [email protected]

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

Ruch Muzyczny

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce Olgierd Pisarenko, redakcja "Ruchu Muzycznego", grudzień 2019, fot. Bartek Barczyk

OD REDAKCJI

CYT, ISKIERKA ZGASŁA

Dominika Micał

Fot. archiwum prywatne

Czy jako dzieci, tak jak mnie, frustrowało Państwa to nieoczekiwane zakończenie opowieści, która jeszcze na dobre się nie rozpoczęła? Dzisiaj, z perspektywy osoby nieco starszej, odbieram tę popularną kołysankę jako jeszcze bardziej melancholijną i jeszcze mniej niewinną. Ale jednocześnie świadomie już doceniam subtelne i proste wprowadzenie tak poważnego motywu wanitatywnego w prostej piosence dla najmłodszego odbiorcy. Muzyka uczy nas umierać, mówił Piotr Orawski. Ale może nawet bardziej pomaga nam radzić sobie z emocjami wobec straty? Pół roku temu wspominaliśmy zmarłego Ludwika Erhardta, dzisiaj przypada nam pożegnać o wiele przecież młodszego Olgierda Pisarenkę. Część obecnej redakcji # z "panem Olgierdem" nie miała już możliwości pracować, choć do końca redagowaliśmy i z radością witaliśmy jego teksty. Oddajemy więc głos tym, którzy go znali. Pożegnań niestety jest więcej, wspominamy tym razem również trzy inne osoby z trzech różnych muzycznych światów: nestora polskiego wykonawstwa muzyki dawnej Eugeniusza Sąsiadka, mentora muzyków ludowych Stanisława Witkowskiego, wpływowego muzykologa i publicystę Richarda Taruskina.

Niedawno odeszła również Zofia Posmysz-Piasecka. Chociaż tworzywem jej sztuki było słowo, środowisko muzyczne pamiętać ją będzie zapewne przede wszystkim jako autorkę pierwowzoru libretta Pasażerki Mieczysława Wajnberga, "kompozytora trzech światów". Scena z tej opery zostaje przywołana w jednym z artykułów w Strefie # - proponujemy bowiem długi i esencjonalny blok tekstów o muzyce żydowskiej. Skąd brak instrumentów w synagogach i dlaczego do niektórych wpuszczono organy? Jaka jest rola skrzypiec i skąd ich popularność w żydowskiej diasporze? Czy istniała żydowska szkoła narodowa? Jakie relacje wiążą polską i żydowską muzykę ludową? Michał Jaczyński, Agnieszka Jeż, Maria Sławek i Jakub Stefek przyglądają się różnym aspektom tego tematu. Warto poznawać to w dużej mierze zgubione już dziedzictwo - czy po to, by lepiej rozumieć muzykę Mieczysława Wajnberga, czy po to, by z zaskoczeniem odkryć, że Na Wojtusia z popielnika ma swoje odpowiedniki w jidysz i w hebrajskim, i nie wiadomo dziś, czy to piosenka polska, czy żydowska. Ale czy w ostatecznym rozrachunku to ważne? Może właśnie potraktować tę kołysankę jak dowód nierozerwalnych związków? Ucieszyć się, że jest wspólna?

Wątek wspólnoty budowanej wokół muzyki i dzięki niej przewija się tym razem także przez Relacje. Silne więzi zawiązują się między uczestnikami (ale i wykładowcami!) kursów czy warsztatów, nawet jeśli organizowane są po raz pierwszy, jak Wakacyjne Kursy Nowej Muzyki dla Wykonawców, o których pisze Krzysztof Marciniak. Ale także na koncertach i festiwalach. Oczywiście wspólnie słuchamy, zanurzamy się w tych samych dźwiękach. Ostatnio jednak silniej niż dotąd doświadczyłam poczucia, że istnieją czasem zespoły tak mocno zżyte ze sobą, że na koncercie jestem nie słuchaczką, a podsłuchiwaczką, nie widzem, a podglądaczką.

Wspólnotę, wrażliwe współbycie ukazuje też moje ulubione zdjęcie tego numeru # - krąg kobiet na Gjirokastër Folklore Festival w 2015 roku. Choć tekst Magdaleny Tejchmy mówi również o tym, jak polityka kulturalna może dzielić ludzi i niszczyć życie. Miejmy nadzieję, że to sytuacja rzadsza, że słuchanie będzie nas łączyć, prowadzić do spotkań.

Cytat numeru:

Tam, gdzie spotykali się LUDZIE, spotykała się też muzyka, a prawdziwe spotkanie nie pozostawia nikogo takim, jakim był wcześniej

--Agnieszka Jeż

Olgierd Pisarenko (1947-2022)

"Jest tylko pan Olgierd"

Kacper Miklaszewski

- cichy głos w sekretariacie redakcji oznaczał, że Olgierdowi towarzyszyła MUZYKA. Gdy było nas kilkoro, słuchawek nie zakładał. Słuchał muzyki, gdy tylko i gdzie tylko mógł - z PASJĄ i znawstwem

Olgierd Pisarenko przy wrocławskiej katedrze, fot. archiwum prywatne

Był muzykologiem z krwi i kości. Wrocławianin, w młodości śpiewał w chórach, z grą na instrumencie nigdy się nie afiszował. To, że wiedział wszystko o utworach i kompozytorach XX wieku, nie dziwiło. Epokę tę wybrał jako swoją specjalność. Kochał też i zgłębiał twórczość XIX-wieczną, upatrując w niej zapowiedzi nurtów i estetyk późniejszych. Gdy rozmowy schodziły na okres klasyczny, barok lub renesans - poruszał się po tym terenie równie swobodnie. Nie tylko znał fakty, daty i nazwiska - znał muzykę, słyszał ją wcześniej, błyskawicznie sobie przypominał.

Przekonałem się o tym dobitnie. W roku 2004 wróciłem z pierwszego pobytu na festiwalu Raritäten der Klaviermusik w Husum, rozsadzany dosłownie wrażeniami, dumny z poznania fortepianowych "rarytasów" - utworów wspaniałych, zapomnianych i grywanych bardzo rzadko, w Polsce bodaj nigdy. Sypnąłem nazwiskami: Joseph Marx, Aleksiej Stanczinski, Ernest Schelling, Mario Castelnuovo-Tedesco - wszyscy okazali się dobrymi znajomymi Olgierda. Znał ich kompozycje, przywoływał szczegóły losów i kariery. W kolejnych latach sytuacja się powtarzała. Na dodatek wyszło na jaw, że Olgierd na jednej z Warszawskich Jesieni poznał osobiście Ljubomira Romansky'ego, dyrygenta niemieckiego o bułgarskim rodowodzie, ojca Stefana Romansky'ego, prawnika z Hamburga, miłośnika i znawcy muzyki fortepianowej, stałego bywalca husumskich "Rarytasów"!

Spośród wielu talentów Olgierda - wielkim szacunkiem cieszyła się umiejętność pisania i redagowania tekstów. Zaraz po ukończeniu studiów muzykologicznych na Uniwersytecie Warszawskim w 1972 roku dołączył do grona redaktorów programu Warszawskiej Jesieni, a jego związek z festiwalem - wieloraki, bliski i owocny - trwał wiele lat. W #, jako redaktor, zastępca naczelnego i naczelny, a wreszcie redaktor senior, spędził całe życie zawodowe. Redakcją materiałów nadsyłanych wzbudzał wdzięczność autorów. Jego własne teksty odznaczały się lekkością i klarownym językiem przy fascynującym nasyceniu treścią. Godną podziwu była też łatwość i wszechstronność, z jaką posługiwał się komputerem. Biegle składał teksty, dobierał ilustracje i przetwarzał je na potrzeby druku. Wiele serca wkładał w skanowanie i cyfryzację staroci. Był mistrzem szperania w sieci, jakby od urodzenia oczekiwał pojawienia się internetu. Wystarczyło o czymś wspomnieć, a na ekranie (lub nazajutrz w pięknym wydruku) pojawiały się sztych gmachu opery, portret lub reklamowa litografia z ulubionych czasów fin de si?cle'u.

Na pomoc Olgierda zawsze można było liczyć, ale nie zawsze łatwo było z nim pracować, choćby wydusić tekst na czas i zrozumieć niektóre z jego decyzji. Dziś brak ciepłego uśmiechu, miłego słowa i wspaniałej znajomości muzyki wywołuje wielki smutek. Najpierw Ludwik Erhardt, teraz Olgierd Pisarenko - odchodzi epoka.

Znawca współczesnej twórczości

Krzysztof Knittel

Poznaliśmy się w czasach studenckich. Olgierd kończył muzykologię, ja studiowałem reżyserię dźwięku i kompozycję w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Spotykaliśmy się na koncertach muzyki współczesnej, głównie na Warszawskiej Jesieni, która naszemu pokoleniu dawała wyjątkową możliwość uzupełnienia wiedzy o tym, co najnowsze. Nikogo z młodych nie było stać, by wyjeżdżać na festiwale w zachodniej Europie, ale mieliśmy w Warszawie swoje święto nowej muzyki. Wędrowaliśmy też na inne festiwale - do Wrocławia, Poznania, Katowic, Krakowa. Rozmawialiśmy o dziełach - ja w emocjach, często z zachwytem, choć czasami złośliwie; Olgierd wypowiadał się zazwyczaj z umiarem, doceniając umiejętności autorów i ich warsztat kompozytorski. O nowych utworach niezwykle kompetentnie pisał w #, który w latach siedemdziesiątych był czytany przez całe środowisko, dzięki czemu wiedza o najnowszych dziełach Lutosławskiego, Pendereckiego, Schaeffera, Szalonka, Bairda, Kotońskiego czy Góreckiego stawała się powszechna.

Olgierd Pisarenko należał do grona najwyżej cenionych krytyków muzycznych z pokolenia powojennego, nic więc dziwnego, że wcześnie został zaproszony do komisji programowej Warszawskiej Jesieni, z czasem zaczął jej przewodniczyć, a od roku 1987 pełnił obowiązki dyrektora. W 1995, najtrudniejszym finansowo - już jako członek komisji programowej festiwalu i wiceprezes Związku Kompozytorów Polskich - współpracowałem blisko z Olgierdem, stopniowo przejmując jego funkcję na kolejne trzy lata i wspólnie ratując realizację ustalonego już wówczas programu. Udało nam się wtedy festiwal ocalić, choć kosztowało to nas sporo zdrowia.

Olgierd był aktywnym członkiem Związku Kompozytorów Polskich (nawet sekretarzem Zarządu Głównego), organizacji pozarządowej, która, pomimo wielu problemów budżetowych, nigdy nie oddała w inne ręce Warszawskiej Jesieni - co tu dużo mówić - jednego z najbardziej znanych w świecie festiwali nowej muzyki. Był przemiłym, uczynnym kolegą, cieszył się powszechną sympatią; nigdy nie słyszałem, aby - jako przełożony - zdenerwował się na kogoś. Miał urocze poczucie humoru - kiedyś, na konferencji prasowej, porównał pracę komisji programowej i wybór utworów na festiwal do zakupu jaj na targu - chodzi o to, aby wybrać te duże, świeże i ładne.

Przez wiele lat współpracował z Filharmonią Narodową, pisząc znakomite omówienia koncertów i kolejnych odsłon Forum Lutosławskiego. Ale najbliższy sercu Olgierda był chyba zawsze #, który współtworzył przez całe swoje zawodowe życie, również jako jego redaktor naczelny.

Odszedł piękny człowiek, dobry kolega, wybitny krytyk, prawdziwy znawca współczesnej muzyki. Żegnaj, Olgierdzie.

W szufladzie biurka zostało niezupełnie opróżnione pudełko HERBATY. Pijał ją przy okazji swoich kwerend

Nie będzie "KOLEJNYCH WYKONAŃ"

Daniel Cichy

Niewiele ponad miesiąc temu na łamach # składaliśmy panu Olgierdowi urodzinowe życzenia. Pisaliśmy o jego krytycznej rzetelności, intelektualnej swadzie, szlachetności pióra, wyrażaliśmy wdzięczność za bycie naszym, redakcji dwutygodnika, zawodowym autorytetem. A między wierszami przemyciliśmy po raz kolejny wyrażaną potrzebę obcowania z jego tekstami. Bo Olgierd Pisarenko nie był autorem łatwym. Z trudem dawał się namawiać na podejmowanie nowych tematów, z niespotykaną dziś starannością formował myśli, z niezwykłą pieczołowitością cyzelował frazy, co skutkowało do granic możliwości przeciąganymi terminami. Ale robił to z wdziękiem, z ujmującym delikatnym uśmiechem, w rozmowach kreśląc konteksty i pogłębiając naszą wiedzę o muzyce, o kulturze. Wielu czytelników zaczynało lekturę pisma od jego cyklu "Historie z fotografii". My także z wypiekami na twarzy czekaliśmy na następny odcinek barwnych opowieści, w których czuć było pasję, zapał odkrywania nieznanego, odsłaniania tajemnic, szukania powiązań tam, gdzie pozornie ich nie było.

Nie jest to dobry rok. W marcu żegnaliśmy Ludwika Erhardta, człowieka ikonę, postać, która przez dziesięciolecia szefowania budowała pozycję i prestiż #. Dziś oddajemy hołd Olgierdowi Pisarence, zaprawionemu w publicystycznych bojach i krytycznych sądach następcy Redaktora Wielkiego. Ostatnią osobistą rozmowę odbyliśmy w Filharmonii Narodowej, przestrzeni dla pana Olgierda naturalnej, tuż po koncercie. Dzieliliśmy się wrażeniami, rozmawialiśmy o przyszłości, o szkicach, dla których inspiracją były z radością eksplorowane fotograficzne archiwa. Mówiliśmy o antologii jego tekstów, które mają się ukazać w projektowanej przez naszą redakcję książkowej serii "Biblioteka #"...

Życzenia w numerze z 16 czerwca zakończyliśmy: "Przecież Pan wie, że z utęsknieniem czekamy na każdy Pana artykuł!". Nie przypuszczaliśmy, że słowa: "Kreisleiter nakazał zdjąć z afisza kolejne wykonania" - będą jego ostatnimi na łamach #, z którym związany był przez pół wieku. Nie przeczytamy już ciągu dalszego opowieści o Orffie, na który się umawialiśmy, nie będzie "kolejnych wykonań", los zdjął z afisza wspaniałe pisarskie opus naszego redaktora seniora.

Od lewej: Olgierd Pisarenko, Antoni Ostrowski (nauczyciel języka polskiego) i Zbigniew Karnecki. Studniówka w Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina przy ulicy Łowieckiej we Wrocławiu, 1966, fot. archiwum prywatne

Wzór z PASJĄ szperacza

Karolina Kolinek-Siechowicz

Każde napisane przez niego zdanie było precyzyjne, celne i nasycone treścią. Potrafił w kilku słowach ująć złożone muzyczne frazy i, niby mimochodem, trafnie ocenić wykonanie, by już za chwilę umieścić omawiany utwór w szerszym planie kulturowym. O historii muzyki, kultury i polityki miał kolosalną wiedzę, którą imponował - nie tylko w swoich tekstach, lecz także w rozmowach prywatnych czy na kolegiach redakcyjnych. Był znawcą opery, której słuchał z lubością, nie raz zdarzyło mi się zastać go w redakcji, gdy przeszukiwał przepastne zasoby YouTube, porównując interpretacje różnych arii. Do szperania i zgłębiania mniej znanych zakątków internetu miał zresztą szczególną pasję, właśnie z niej zrodził się pomysł cyklu "Historie z fotografii", publikowany w ostatnich latach na naszych łamach.

Z # był związany od początku swojej działalności pisarskiej, początkowo zajmował się aktualnościami, ale już wtedy publikował też większe teksty, między innymi szkic Epoka pianistów i Chopin (#8/1973), który bazował na jego pracy magisterskiej pisanej pod okiem Zofii Lissy. Słynnej profesorce nie szczędził ciepłych słów. Nosił w sobie wiele ujmujących wspomnień ze spotkań z innymi muzykologami i redaktorami, które zawsze wywoływały moją nostalgię - słuchając Pana Olgierda, nabierałam przeświadczenia, że rzeczywistość redakcyjna i koncertowa miała w sobie dawniej o wiele więcej życia. Był dowcipny i chętnie opowiadał rozliczne, najczęściej bardzo meandryczne, anegdoty. Mówił w ujmujący sposób, z nieco wycofanym uśmiechem, ale i ogromnym zaangażowaniem. Inaczej prezentował się w tekstach: pewny każdego słowa i sądu, władający piórem niczym ostrzem rozcinającym tak trudną do przeniknięcia zasłonę niewyrażalności muzyki. Jego teksty są dla mnie wzorem krytyki muzycznej.

Przez wiele lat był zawodowo związany z Warszawską Jesienią i #. Napisał setki artykułów, nie wydał żadnej książki, czego - śmiem podejrzewać - nieco żałował. Powiedział mi kiedyś, że całe życie redagował, a wolałby chyba więcej pisać. Cieszyliśmy się w redakcji, że jeszcze parę tygodni temu przysłał kolejny odcinek "Historii z fotografii", im bardziej jego nastrój dryfował w kierunku wypowiedzi Kłapouchego z Kubusia Puchatka, tym bardziej byliśmy zatroskani. Pod koniec zeszłego roku wysłałam mu życzenia noworoczne, ukłuta nagłym przeświadczeniem, że muszę się do niego odezwać. Odpowiedź zakończył słowami "Obyśmy wszyscy doczekali lepszych czasów...". Będzie mi brakowało jego ciepłego uśmiechu i pełnego sympatii: "Pani Karolinko". W szufladzie redakcyjnego biurka, z którego korzystaliśmy w pewnym okresie na zmianę, zostało niezupełnie opróżnione pudełko herbaty. Pijał ją przy okazji swoich internetowych kwerend. Zaparzę ją, gdy wezmę się za lekturę ostatniego tekstu, który nam powierzył.

Poznałem Olgierda mniej więcej w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy złożyłem w redakcji # swój pierwszy artykuł. Nie pamiętam, o czym był, ale wiem, że redakcja zażądała dość dużych korekt, głównie językowych. Byłem młody i ambitny, więc się oczywiście nie zgodziłem i ten mój pierwszy artykuł nie został nigdy opublikowany. Potem dowiedziałem się, że stał za tym Olgierd Pisarenko, bo to on pracował nad moim tekstem. Początki naszej znajomości nie były więc najszczęśliwsze, co nie przeszkodziło dalszej współpracy. Przez lata redagował moje artykuły, felietony i recenzje w #; ja coraz częściej przyznawałem mu rację, ale i on przyzwyczajał się do mojego pisania.

Olgierdowi Pisarence z przyjaźnią

Mieczysław Kominek

Od lewej: Olgierd Pisarenko, Krzysztof Knittel i Tadeusz Wielecki, fot. Marek Suchecki

Przygotowywaliśmy razem kilka książek programowych Warszawskiej Jesieni. Olgierd był niezwykle skrupulatny, zwracał uwagę na wszelkie, nawet drobne potknięcia językowe, nie mówiąc już o bardziej istotnych zastrzeżeniach merytorycznych. Był tylko o cztery lata starszy ode mnie, ale współpraca z nim wiele mnie nauczyła. Później pozwalał autorom na większą swobodę językową, ale zawsze troszczył się o dobrą polszczyznę. Miał swoje szczególnie ulubione zasady. Tępił - na przykład - używanie skrótu USA, bo w języku polskim powinno się napisać Stany Zjednoczone. Termin "premiera" odnosił się według niego do spektakli operowych, premierę utworu instrumentalnego powinno się określać jako "prawykonanie światowe" bądź pierwsze wykonanie w Polsce. Kiedy potem nasze role się odwróciły i ja jako redaktor naczelny magazynu "Studio" zamawiałem u niego teksty, każdy z nich mógł być wzorcem rzetelności merytorycznej i dbałości o styl. Niestety tych tekstów nie opublikowałem wiele, bo Olgierd był zbyt rzetelny, żeby przyjmować każde zamówienie. To, co jednak napisał, zawsze miało najwyższą muzykologiczną i językową jakość.

Olgierd był chodzącą encyklopedią muzyki i skarbnicą informacji o życiu muzycznym. Wiedział wszystko o koncertach, kompozytorach, orkiestrach i śpiewakach, interesował się operą. Spotykaliśmy się w kinie Praha, gdzie odbywały się transmisje z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Nie muszę mówić o spotkaniach w Filharmonii Narodowej, gdzie bywał regularnie. Przez pewnie czas pracował tam zresztą jako doradca dyrektora. Miał rozległą wiedzę w dziedzinie literatury muzycznej, nie można było z nim konkurować. Orientował się znakomicie w nagraniach z całego świata. Był szefem Warszawskiej Jesieni w latach 1987-1995, w okresie wyjątkowo trudnym dla kultury, przez który nie było łatwo festiwal przeprowadzić.

Będzie nam Olgierda bardzo brakowało. Nie tylko ze względu na jego głęboką inteligencję i zadziwiającą erudycję. Był niezwykle sympatycznym człowiekiem, życzliwym dla każdego, koleżeńskim i zawsze pomocnym. Będziemy go pamiętać.

Olgierd w mojej pamięci

Krzysztof Bilica

Moja przyjaźń z Olgierdem miała fazę prenatalną. Obaj pochodziliśmy z Wrocławia, gdzie - nie znając się jeszcze bliżej - spędzaliśmy dzieciństwo i wczesną młodość. Olgierd chodził do szkoły i słynnego liceum muzycznego przy Łowieckiej, ja - równolegle do dwóch szkół: ogólnokształcącej i muzycznej. W naszym mieście niemal każdego dnia coś się działo: Dom Książki organizował Poniedziałki pod Arkadami, PWSM - Wtorki muzyczne, Klub Muzyki i Literatury - Czwartki literackie. Środy w tamtych czasach były bezmięsne, a soboty pracujące. Nie istniał jeszcze gmach filharmonii, o NFM nikt nie śnił. Koncerty odbywały się w auli Politechniki, w Rozgłośni Radiowej na Krzykach i w Auli Leopoldina na Uniwersytecie. W tych miejscach spotykałem swych rówieśników, jak ja bez pieniędzy, ale interesujących się muzyką i szukających sposobu wślizgnięcia się na koncert za darmo. Mam jeszcze w pamięci obraz rezolutnego chłopaka, który w foyer Rozgłośni obwieszcza naszej gromadce, że istnieje możliwość przedostania się na salę jakimś bocznym wejściem. Po latach rozpoznałem go w dojrzałym już Olgierdzie, z którym rozpoczęliśmy studia na warszawskiej muzykologii. Tam zawiązała się nasza przyjaźń, szczera i niezachwiana, mimo że każdy z nas poszedł inną ścieżką zawodową.

O specyficznym poczuciu humoru i legendarnej wprost erudycji Olgierda nie będę pisał - są znane. Nie wzięły się znikąd. Był tytanem pracy. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych redagowaliśmy po nocach książkę programową Warszawskiej Jesieni. Kiedy nad ranem wszyscy zasypiali, Olgierd nadal pracował, żeby z gotowym materiałem pójść jeszcze do drukarni i zrobić tam korektę próbnych wydruków. Pracowitość, rzetelność i odpowiedzialność czyniły zeń idealnego redaktora w #, gdzie przepracował większość życia. Gdy został redaktorem naczelnym - trzecim z Wielkich po Mycielskim i Erhardcie - ściągnął mnie (wtedy bezrobotnego) do redakcji, powierzając mi działy historii muzyki, recenzji książek i felieton "Od Redakcji". Na ogół nie wtrącał się w moją robotę, ale jeśli miał jakieś uwagi, były one zawsze trafne; przyjmowałem je z wdzięcznością. W ciągu czterech lat spędzonych w # wiele się od niego nauczyłem, choć dysponowałem już sporym doświadczeniem redaktorskim w Wydawnictwie Naukowym PWN.

Przede wszystkim jednak podziwiałem Olgierdowe pióro, równie świetne, jak pisarstwo jego wielkich poprzedników. Nigdy nie dbał o wydawanie swoich książek - jego teksty trzeba wyciągać jak rodzynki z archiwalnych numerów czasopism. Uważam, że powinniśmy o to zadbać teraz za niego - i dla niego! Jeden z zeszytów mógłby zawierać wybrane recenzje muzyczne Olgierda, inny - omówienia programów koncertowych Filharmonii Narodowej. NIFC lub TIFC mogłyby się zainteresować jego pracą magisterską Recepcja muzyki Chopina we Francji w latach 1832-1860. Wprawdzie napisana została przed półwieczem (w 1972), ale jeszcze pod kierunkiem wymagającej Zofii Lissy, a Olgierd już wtedy był znany ze swej rzetelności, co gwarantuje szczególną wartość.

NIGDY nie dbał o wydawanie swoich książek - jego teksty trzeba WYCIĄGAĆ jak rodzynki z archiwalnych numerów czasopism

Trochę jak KOT

Tadeusz Wielecki

Kim był Olgierd dla mnie? Bardzo odpowiadał mi jego spokój wynikający z wiedzy i rozsądek będący rezultatem starannego rozważania argumentów. O rzeczach, które go fascynowały, mówił bez egzaltacji. Opowiadając jakąś intrygującą, a mało znaną historię, robił to tak, jakby relacjonował rzecz ogólnie wiadomą, której nie ma powodu się dziwić. Mniej wyrobiony rozmówca mógł poczuć, że gdyby się zdziwił, byłoby to trochę nie na miejscu.

Również w polemice, w dyskusji, jako krytyk, był Olgierd całkowicie wolny od jakiegokolwiek ideologicznego zacietrzewienia, tendencyjnego nastawienia czy uprzedzeń. Szanował adwersarza, słuchał go. Jednak z pozoru tylko jego stosunek do omawianej sprawy był wyłącznie rzeczowy, pozbawiony emocji. Przy bliższym wejrzeniu stawało się jasne, że działa w nim gorący imperatyw dociekania i umiłowanie głębszego rozumienia rzeczy.

Gdy nie znałem go jeszcze osobiście, już samo jego nazwisko: Olgierd Pisarenko, widniejące pod artykułami w #, było dla mnie frapujące.

Zetknąłem się z Olgierdem, będąc jeszcze adeptem kompozycji. Pamiętam, jak z Jurkiem Kornowiczem spotkaliśmy go na Piwnej, w pobliżu siedziby Warszawskiej Jesieni. Dawno temu, końcówka lat siedemdziesiątych. Zatrzymał się przy nas, żółtodziobach, i wywiązała się rozmowa pozbawiona jakiejkolwiek protekcjonalności z jego strony, w której czuliśmy jego autentyczną ciekawość tego, czym żyjemy i co myślimy (działaliśmy wówczas w Kole Młodych Związku Kompozytorów Polskich).

Od razu go polubiłem. Był dla mnie autorytetem, a jest człowiekowi miło, gdy autorytet okazuje się na dokładkę kimś sympatycznym. Onieśmielał mnie rozległością swojej wiedzy ogólnej, oczytaniem, pamięcią o faktach z historii kultury, a przede wszystkim ogromną wiedzą muzyczną, rzeczową i biograficzną. Tą wiedzą nie popisywał się dla poklasku, miał ją na użytek własny i tylko szczęśliwcy, którzy mogli słyszeć go w bezpośredniej rozmowie, mieli szansę niechcący oświecić się w tej czy innej sprawie. Nie mówię tu rzecz jasna o jego twórczości publicystycznej czy krytycznej, w której wiedzą dzielił się z definicji. Zwłaszcza czytanie jego tekstów było ożywcze i poszerzało horyzont; umiał jak mało kto nazwać zjawisko i osadzić je we właściwym kontekście historycznym i kulturowym. Nawet gdy pisał recenzję z jakiegoś przedstawienia operowego, czytałem ją z wypiekami na twarzy, choć sam temat mało mnie nęcił - wciągałem się ze względu na sam styl tego pisania. Ale w rozmowie prywatnej lub przy okazji jakichś mniej oficjalnych dyskusji, jego erudycja udzielała się innym w sposób nieoczekiwany, dygresyjny, spontaniczny.

Zjednywał mnie swoim poczuciem humoru. Miałem dostarczyć notkę biograficzną do książki programowej przed wykonaniem utworu na Warszawskiej Jesieni. Pisanie takich notek zawsze mnie żenowało, bo siłą rzeczy wypisuje się w niej - w trzeciej osobie - swoje zasługi: dokonał tego, zdziałał tamto. Dlatego, nie przedłużając, napisałem dla kawału: "i w ogóle jest pożytecznym gościem". Byłem pewny, że redaktor książki - był nim właśnie Olgierd Pisarenko - wyrzuci to zdanie w korekcie. Ale nie, również dla kawału - zostawił i poszło do druku!

Trzeba było widzieć Olgierda, statecznego, lekko sapiącego, opowiadającego dowcip o żółwiu i ślimaku!

Od 1972 roku przez ponad 35 lat blisko związany był z Warszawską Jesienią. Najpierw redagował książkę programową, w roku 1981 został członkiem komisji repertuarowej, a w latach 1988-1995 de facto prowadził Warszawską Jesień, będąc przewodniczącym komisji. Za dyrekcji Krzysztofa Knittla i mojej nadal uczestniczył - do roku 2009 - w jej pracach.

Olgierd był dla mnie w tej komisji kimś na podobieństwo mentora - osobą z olbrzymim doświadczeniem i przede wszystkim z pamięcią - pamięcią awangardy, nowej muzyki i samej Jesieni. W sądach wyważony, niepowierzchowny, jego słowo zawsze miało znaczenie, był opiniotwórczy.

Miał niezwykle wprawne, czujne ucho. Pamiętam, gdy po prawykonaniu mojego Koncertu a rebours zaskoczył mnie, stwierdzając bardziej niż pytając: przebieg harmoniczny w twoim Koncercie to taka stała sekwencja, którą powtarzasz kilka razy; zaczyna się i kończy tym samym akordem? No tak, znakomicie to rozpoznał od pierwszego rzutu.

Można o Olgierdzie mówić z wysoka, bo był niepospolitą postacią, kimś wyznaczającym poziom, nadającym sens i miarę. Należał do formacji znawców muzyki utwierdzonych wiarą w nią, w jej wartość. Ale zwyczajnie po ludzku muzyka była jego pasją, bawił się nią, czerpał z niej różnorodne satysfakcje. Nową muzykę rozumiał i znał na wylot, ale miał też swoje dziedziny, o których wiedział wszystko i które upodobał sobie szczególnie, jak na przykład opera czy symfonika przełomu stuleci XIX i XX. Ale to wiedzieliśmy o nim. Pewnego razu natomiast przypadkowo dowiedziałem się, że taką dziedziną był dla niego również świat instrumentów mechanicznych. I z pewnością miał jeszcze kilka takich muzycznych i niemuzycznych namiętności i hobby, o których nie wiem, ale może wiedzą inni. Olgierd był trochę jak kot: sam dla siebie, chadzał własnymi drogami.

Redaktor dociekliwy, PRZENIKLIWY i ważący słowa

Katarzyna Ryzel

Gdy dołączyłam do #, redaktorem naczelnym był Olgierd Pisarenko. Na początku czułam się w redakcji onieśmielona jego obecnością - zajmowanym przez niego stanowiskiem, jego wiedzą, a także pewną powściągliwością, prywatnością pracy. Lecz to uczucie minęło szybko, za sprawą życzliwości i kultury osobistej Pana Olgierda, który nigdy nie patrzył na mnie z góry. Zresztą nie tylko na mnie, bo mimo swojego doświadczenia, nie był wyniosły. Chętnie pomagał, podpowiadał i dzielił się wiedzą. Kiedy zabierał głos na kolegiach, wszyscy słuchali go w skupieniu, mało kto mu przerywał - nawet podczas dłuższych anegdot, które zresztą bardzo się z nim kojarzą. Odkrywał w nich swój krasomówczy talent, zaskakiwał odległymi porównaniami, doskonałą pamięcią do szczegółów i ciętym humorem.

Olgierd Pisarenko na co dzień cechował się gołębią łagodnością, lecz nie znaczy to, że był człowiekiem bezbarwnym - bardziej może introwertycznym, ważącym słowa. Gdy już troszkę się otworzył, nie krępował się rozmawiać o swoich zdecydowanych przekonaniach. Mimo różnicy wieku, w wielu kwestiach światopoglądowych mieliśmy podobne zdanie.

Nieliczne wspólne sytuacje towarzyskie pokazały, że Pan Olgierd miał pewną wiedzę tajemną (jak dla mnie): fachowo niemalże znał się na eleganckich winach. Chętnie też podróżował; sądzę nawet, że może bardziej niż na festiwale muzyczne, lubił jeździć w góry. Obficie dokumentował swoje wycieczki; w pamięć zapadły mi jego zdjęcia z wyprawy do Austrii - zwłaszcza sesja rozkosznych świstaków, które najwyraźniej zupełnie nie bały się aparatu. We wspólnej pracy zaś, dzieląc się swoimi uwagami i korektami (najlepiej odręcznymi, na papierze!), nauczył mnie wiele o redagowaniu. I nie mówię tu o zasadach poprawnej polszczyzny, lecz raczej o zacięciu i odwadze szlifowania tekstów oraz o swego rodzaju redaktorskiej dociekliwości.

Do redagowania tekstów Pan Olgierd siadał zresztą z marszu i nie wahał się przy żadnej poprawce. Jako autor, cóż... myślę, że teksty rodził w bólach. Może dlatego zawsze były takie dobre; nie baliśmy się czekać na nie do ostatniej chwili przed zamknięciem numeru - wiedzieliśmy, że nie będzie co poprawiać. Wielka wiedza, zarówno o operze, jak i o muzyce instrumentalnej, lecz także ogólna erudycja i przenikliwość, sprawiały, że jego artykuły, relacje i recenzje były, są i będą dla wielu z nas wzorem do naśladowania. Do takiego pisania dochodzi się latami, nie da się go osiągnąć bez osłuchania, oczytania oraz kulturalnego i życiowego doświadczenia.

Nie powstaną już jego kolejne wspaniałe teksty, a z panem Olgierdem bezpowrotnie odeszła także szansa na zrekonstruowanie wielu wydarzeń uwiecznionych na fotografiach zebranych w archiwum #. Od pewnego czasu pisał na ostatnią stronę lubiane przez czytelników "Historie z fotografii" - obawiam się, że opowieści, których nie zdążył naszkicować, przepadną na zawsze. Niestety nie doszedł do skutku oddolny plan namówienia go na opisanie na rewersach wszystkich starszych zdjęć zebranych na półkach redakcyjnych wiekowych regałów.

Będę z roztkliwieniem wspominać stoicyzm, ale i twórcze roztargnienie, ciepły uśmiech i redakcyjne rytuały Pana Olgierda. Zachowam w pamięci także te rozmowy, w których z humorem pozwalaliśmy sobie na trochę ironii względem świata.

Panie Olgierdzie, dziękuję, że mogłam się rozwijać pod Pana okiem.

AKTUALNOŚCI

Przyspieszone Leb'wohl...

dpa, Ö1, bayreuther-festspiele.de

Na premierze Walkirii na Festiwalu Wagnerowskim w Bayreuth, w drugim akcie załamał się jeden z foteli ustawionych na scenie i poważnie zranił Tomasza Koniecznego grającego Wotana. "Śpiewak profesjonalnie wytrwał do końca występu, nie dając nic po sobie poznać" - napisała agencja dpa. Jednak niespodziewanie, przed trzecim aktem, rzecznik prasowy Festiwalu Hubertus Herrmann poinformował publiczność zgromadzoną w teatrze, że Koniecznego w "trybie pilnym" zastąpi Michael Kupfer-Radecky. Po kilkunastu godzinach dyrekcja podała, że: "Po wypadku na scenie Tomasz Konieczny wraca do zdrowia i zgodnie z planem zaśpiewa partię Wędrowca na premierze Zygfryda". Rola Wotana w tegorocznej nowej produkcji Pierścienia okazała się niezwykle pechowa. Kupfer-Radecky jest już piątym śpiewakiem mającym wykonać tę partię w krótkiej historii spektaklu. Günther Groissböck, pierwotnie obecny w obsadzie premierowej - już w ubiegłym roku zrezygnował z występu, a jego zastępca John Lundgren w czerwcu tego roku oznajmił, że z przyczyn osobistych nie może wziąć udziału w inscenizacji. Organizatorzy Festiwalu zaprosili więc Egilsa Sili?ša do Złota Renu, a Koniecznego do Walkirii i jako Wędrowca w Zygfrydzie. --MAK

100 lat Maestro

gov.pl, polskieradio.pl

Wybitny dyrygent Jacek Kaspszyk skończył 70 lat. "Pragnę serdecznie podziękować za pasję i zaangażowanie, z jakimi realizuje Pan swoją misję jako dyrygent. Echa nieprzeciętnego Pańskiego talentu wybrzmiewają na najważniejszych scenach muzycznych od niemal pięciu dekad, zaś Pańskie kreacje artystyczne budzą nieustający podziw wśród melomanów i publiczności całego świata" - napisał wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński. Jacek Kaspszyk jest absolwentem Akademii Muzycznej w Warszawie, gdzie studiował teorię muzyki, kompozycję oraz dyrygenturę w klasie Stanisława Wisłockiego. Był między innymi dyrektorem muzycznym Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach, Wren Orchestra w Londynie, a także dyrektorem artystycznym i muzycznym (w latach 2002-2005 również naczelnym) Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie. W okresie 2006-2013 pełnił funkcję dyrektora artystycznego Orkiestry Symfonicznej Filharmonii im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, a od stycznia 2009 roku do stycznia 2012 - dyrektora muzycznego Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Następnie został dyrektorem artystycznym Filharmonii Narodowej w Warszawie (do 2019 roku). Jak często wspominał, już jako dziecko wiedział, że będzie dyrygentem. "Mając 14 lat, pomyślałem, że jakiś wielki autorytet powinien mi powiedzieć, czy mam myśleć o dyrygenturze. Przyjechałem do Warszawy do prof. Wisłockiego. Zadyrygowałem parę taktów. Powiedział wtedy do mnie: masz wielki talent i powinieneś to kontynuować. Profesor stał się dla mnie drugim ojcem" - mówił w radiowej Dwójce. --MAK

Eugeniusz Sąsiadek (1929-2022)

Opowieść o Eugeniuszu Sąsiadku można zacząć od Żyrawy pod Lwowem, gdzie urodził się w 1929 roku. Albo od Wrocławia, dokąd trafił po II wojnie światowej, jak wielu Polaków z terenów, które po 1945 roku przestały być częścią Rzeczypospolitej. Wrocław już do końca pozostał jego miastem, mimo że śpiewak ciągle gdzieś wyjeżdżał. Zawsze wracał. We Wrocławiu rozpoczął też studia w zakresie śpiewu solowego w ówczesnej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, dyplom zdobył w 1956 roku.

Był prekursorem i to na różnych polach. Na Wratislavii Cantans w 1967 roku sensację wzbudziła prezentacja niewykonywanego wówczas w Polsce dzieła Claudia Monteverdiego Il Vespro della Beata Vergine, jednym z solistów był Eugeniusz Sąsiadek. Muzyka dawna stała się jego pasją, odkrywał ją dla polskich słuchaczy, współpracował z pierwszymi w naszym kraju specjalistycznymi zespołami - Capella Bydgostiensis, Capella Cracoviensis, Fistulatores et Tubicinatores Varsovienses. W 1968 roku założył we Wrocławiu własny - Complesso di Musica Antica. Kierował nim przez prawie trzy dekady. Przecierał szlaki w Polsce dla artystów - tak jak on - śpiewających głosem kontratenorowym. Drugą jego pasją była pieśń romantyczna. Niestety, żadna z prawie 20 płyt, które nagrał, nie jest dziś dostępna. Artysta stronił od opery, ale ku zdumieniu wielu osób w 1982 roku objął kierownictwo Opery Wrocławskiej. Wytrwał na tym stanowisku dwa sezony. Przerosła go machina wielkiego teatru, ale o odwadze artystycznej świadczą premiery zrealizowane za jego kadencji - Król Roger Szymanowskiego i Faust Gounoda, Służąca panią oraz Livietta e Tracollo Pergolesiego, a zaraz potem Inge Bartsch Henryka Czyża. Kolejną jego pasją było nauczanie. Wykształcił liczne grono świetnych śpiewaków, by wspomnieć choćby Agatę Młynarską, Joannę Cortés, Dariusza Paradowskiego czy Rafała Bartmińskiego. Przez 66 lat, od 1952 do 2018 roku, prowadził we wrocławskiej Akademii klasę śpiewu solowego.

Zależało mu bardzo na integracji środowiska wokalnego, stąd pomysł stworzonego przez niego Polskiego Stowarzyszenia Pedagogów Śpiewu. Kierował nim przez siedem kadencji (1988-2013). Został potem wybrany jego prezesem honorowym. Miał duszę społecznika, był świetnym organizatorem. W Akademii Muzycznej we Wrocławiu pełnił wiele funkcji kierowniczych, między innymi dziekana Wydziału Wokalnego i Wokalno-Aktorskiego (1968-1981 oraz 1984-1987), prorektora (1981-1984) i rektora (1987-1990 oraz w 1995 roku). Kierował katedrami wokalistyki - przez prawie 30 lat (do 2000) we Wrocławiu i przez pewien czas w Akademii Muzycznej w Katowicach. Dodajmy do tego aktywność w Stowarzyszeniu Polskich Artystów Muzyków, któremu prezesował w latach 1992-1997. W 2016 roku Senat Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu nadał prof. Eugeniuszowi Sąsiadkowi tytuł doktora honoris causa. --JM

Stanisław Witkowski (1933-2022)

"To są melodie wzięte z ludzkich ust" - mawiał. Należał do pokolenia urodzonego na początku lat trzydziestych XX wieku, które grało muzykę z przekazów, "odziedziczoną" po legendarnych muzykantach z okolicy, ale także tworzoną przez siebie. Nieobce im były wpływy melodii nowoczesnych, usłyszanych w wojsku albo z radia, podsłuchanych u muzyków młodszych od nich, którzy wiedzieli, jak trafić w upodobania zmieniającej się wsi. On sam ukształtował gusty i umiejętności muzyczne kilku generacji: najpierw swoich braci, z którymi stworzył słynną na całą Kielecczyznę Kapelę Braci Witkowskich, potem muzykantów - wiejskich i miejskich - urodzonych już nawet w latach dziewięćdziesiątych XX wieku czy później. "Kupowałem nuty i melodie za papierosy" - śmiał się, wspominając służbę wojskową, w czasie której podjął decyzję, że po powrocie do domu stworzy kapelę. Często opowiadał o graniu na zabawach, weselach w bliskiej i dalszej okolicy, a także o wyjeździe do Francji, gdzie jego zespół reprezentował polską muzykę tradycyjną na międzynarodowych targach.

Mieszkał na obrzeżach Opatowa, dzieląc życie z panią Heleną, która towarzyszyła nam, kiedy uczyliśmy się jego melodii, siedzieliśmy na ławce przed domem, nagrywaliśmy klip, przyjeżdżaliśmy z rodzinami i przyjaciółmi. Kiedy jeszcze pozwalało mu na to zdrowie, jeździł rowerem na próby orkiestry dętej do domu kultury i z nami na koncerty. Hodował pomidory. "Kocham słońce" - mawiał, spoglądając w niebo. Szczycił się tym, że w życiu nie tylko muzykował, był też dobrym gospodarzem, umiał robić studnie, zbudować dom. To, że my - Tęgie Chłopy - spotkaliśmy go i mieliśmy zaszczyt uczyć się od niego, było cudownym darem od losu. Dostaliśmy 10 wspólnych lat. Był człowiekiem i muzykantem z krwi i kości: charakternym, nietuzinkowym, wyjątkowym. Siedzimy teraz i próbujemy ustalić, które melodie zamówił, żeby zagrać mu na pogrzebie. To wydawało się tak odległe, jakby nigdy nie miało się wydarzyć. --Ewa Grochowska

PASSEGGIATA...

boe.es

Pianista Grigorij Sokołow uzyskał obywatelstwo hiszpańskie na podstawie specjalnych przepisów o "naturalizacji". W oficjalnym dzienniku rządu hiszpańskiego "Boletín Oficial del Estado" (odpowiednik naszego "Monitora Polskiego") można przeczytać, że obywatelstwo zostało przyznane pianiście "w odpowiedzi na wyjątkowe okoliczności". W jego przypadku sprawa może mieć podłoże polityczne - urodzony w Leningradzie, 72-letni artysta ma bowiem obywatelstwo rosyjskie. Co ciekawe, w kalendarzu koncertowym na przyszły sezon, na oficjalnej stronie Sokołowa, nie zaplanowano żadnego koncertu w Rosji. --MAK, MC

"The Guardian"

Grupa Wagnera to osławiona organizacja paramilitarna, nazywana "prywatną armią Putina". Tymczasem weterani z krajów zachodnich sformowali Grupę Mozarta. Szkoli ona Ukraińców, niesie pomoc humanitarną i ratuje ludzi z obszarów objętych walkami zbrojnymi. W dużej mierze finansowana jest przez prywatnych amerykańskich darczyńców i składa się ze starannie dobranych i sprawdzonych rekrutów. Nazwę wymyślili sami jej członkowie, jako żartobliwe nawiązanie do wagnerowców, operujących od 2014 roku w różnych częściach świata i zabezpieczających interesy Federacji Rosyjskiej. --MC

"La Repubblica"

Rzymianie (i turyści) ruszyli do opery. Po dwóch latach nieobecności spowodowanej pandemią Opera Rzymska powróciła z cyklem letnich wydarzeń w Termach Karakalli i pobiła rekord frekwencji: 32 wieczory zgromadziły ponad 110 tysięcy widzów. W tym roku teatr zaprezentował między innymi włoską premierę Mszy Leonarda Bernsteina pod batutą Diega Matheuza i w reżyserii Damiana Michieletto, inscenizację Carmen osadzoną w Meksyku, Cyrulika sewilskiego zrealizowanego w hollywoodzkim stylu oraz galę baletową Roberto Bolle and Friends. Oprócz tego wystąpił tam gwiazdor pop David Garrett. Teatro dell'Opera di Roma zainauguruje sezon 13 września przedstawieniem baletowym Serata Preljocaj. Pierwszą operą w nowym sezonie będzie Alcesta Christopha Willibalda Glucka z Mariną Viotti w tytułowej partii. --MC

BBC

Najpierw bezpieczeństwo, potem sztuka. The Kite Runner to pierwszy spektakl na Broadwayu, który można oglądać wyłącznie w masce, mimo zniesienia tego obowiązku w innych teatrach. Pomysł wyszedł od publiczności. "Było wiele osób, w tym nasi przyjaciele oraz lekarz, które bały się przybyć na spektakl" - tłumaczyła główna producentka The Kite Runner, Victoria Lang. Nakaz jest egzekwowany przez obsługę widowni, dodatkowo informuje o nim specjalne oznakowanie przed wejściem do teatru oraz na stronie internetowej. --MC