Ruch Muzyczny 19/2024 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

6.90 zł
5.73 zł (5,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#19 2024 LXVIII

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktorzy prowadzącyDominika Micał, Michał Mendyk

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

[email protected]

Zastępca redaktora naczelnego, festiwale

Krzysztof Stefański

[email protected]ści, koncertyPiotr [email protected]

Swoboda ruchu, muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

[email protected]

Swoboda ruchu, muzyka współczesna

Dominika Micał[email protected]

Wydawnictwa

Michał Mendyk

[email protected]

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

[email protected]

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

[email protected]

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz [email protected]

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

[email protected]

Druk

Drukarnia Akapit sp. z o.o., Lublin

Nakład: 1450 egz.

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: [email protected]

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: [email protected]

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Na okładce ilustracja Anny Dyakowskiej

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Bez kompromisów

z Przemysławem Neumannem rozmawia

Piotr Mika

Fot. Kamila Kozioł

Piotr Mika: Wiem, że fascynują pana natura i kartografia. Ciekawszy jest odcinek Odry opolski czy szczeciński?

Przemysław Neumann: Jestem po lekturze Odrzanii Zbigniewa Rokity, więc wiem, że przeprowadzając się z Opola, mógłbym wstawić dobytek na barkę i bez problemu do Szczecina spłynąć. Od kilku miesięcy zgłębiam historię tego miasta. Jako miłośnik starych map, muszę powiedzieć, że to ciekawe miejsce do pracy.

Szczecin jest od Opola dwa razy większy i cztery razy ludniejszy. Złota Sala ma ponad 900 miejsc, sala w Opolu - około 500. Miasta łączą zaś duża odległość od Warszawy i to, że mogą liczyć na zagraniczną publiczność. Czy między filharmonicznymi Szczecinem i Opolem jest więcej podobieństw czy różnic?

Każda filharmonia ma podobne założenia. Im głębiej jednak wejdziemy, tym więcej pojawia się różnic. Dotyczą one repertuaru, rozmachu działań, możliwości, niekoniecznie finansów. Są artyści, których nie udało mi się namówić na przyjazd do Opola, choć nie względy materialne były przeszkodą. Szczecin, większy ośrodek, to po prostu silniejszy magnes. Wyzwanie przede mną jest spore, choć nie ukrywam, że obejmowanie sterów Filharmonii Opolskiej w 2015 roku - jeszcze bez doświadczenia w zarządzaniu instytucją tej wielkości - było wyzwaniem g i g a n t y c z n y m . Filharmonia w Szczecinie jest bardziej wymagająca, ale dziewięcioletnia praktyka na pewno pomoże.

Prowadząc dziś dużą instytucję kultury, trzeba iść na kompromisy?

Na artystyczne kompromisy nie chodzę i w taki sposób działałem w Opolu.

Obserwuję odwrót od powierzania zarządów dyrygentom. W tej chwili jest nas - dyrygentów, którzy łączą funkcje dyrektorów artystycznych i głównych - niewielu. Nie twierdzę, że to dobrze lub źle. Czasy się zmieniają i wyzwania stojące przed szefem naczelnym są inne niż kiedyś. Mówiąc wprost, niewielu dyrygentom chce się w to bawić. Ja traktuję tę pracę jako koszt, który muszę ponieść, by artystycznie mieć całkowitą wolność. Jeśli moje plany zmieszczą się w budżecie, mogę je realizować. Gdybym był tylko dyrektorem naczelnym i przyszedłby do mnie dyrygent z koncepcją, by zagrać w Opolu Pasję Łukaszową Krzysztofa Pendereckiego - z Chórem Filharmonii Narodowej, Chórem Chłopięcym NFM i orkiestrą powiększoną tak, że trzeba poszerzyć estradę, demontując część widowni - zrobiłbym dużo, by go przekonać, że to nie jest najlepszy pomysł. A jednak nam się udało. I to dwa razy, przy pełnej sali.

Jeśli zaś chodzi o Szczecin... Nie chcę dużo obiecywać, bo z pokorą podchodzę do tego, co robię. Po próbach do inauguracji jestem bardzo pozytywnie nastawiony. Będziemy pracować rzetelnie, może czasem niespektakularnie, ale tak, by przyniosło to owoce. Wiem, że orkiestra liczy na wiele. Myślę, że nasze pierwsze kontakty tych oczekiwań nie zrujnowały.

W uzasadnieniu komisji konkursu na stanowisko dyrektora czytam, że wyróżnił się pan "chęcią eksplorowania nowych kierunków działania". Co to znaczy?

Nie chciałbym mówić za komisję...

...więc co to może znaczyć?

Och, wiele! Wprowadziliśmy na przykład cykl "Pomniki symfoniki", na którym wykonania jednego dzieła symfonicznego będą poprzedzone wykładem - nie uniwersyteckim, lecz takim, który przybliży sposoby świadomego odbioru. By dać szansę tym, dla których przyjście do filharmonii nie jest codziennością, bo kiedyś stwierdzili, że czegoś w klasyce nie rozumieją. Nie każdy miał to szczęście, że w dzieciństwie był zabierany w takie ciekawe miejsca. A może dziś chce z nich skorzystać i nie wie, jak się do tego zabrać. To najlepsza do tego okazja.

Ponadto będziemy zgłębiać muzykę polską. Cieszę się, bo Mieczysław Karłowicz jest fantastycznym patronem. Bardzo cenię tę twórczość. Co więcej, sądzę, że gdyby nie jego przedwczesna śmierć, nie uznawalibyśmy dziś Szymanowskiego za najwybitniejszego twórcę polskiego pierwszej połowy XX wieku.

Wprowadzając nowe pomysły, nie chcę też zepsuć niczego, co w Szczecinie wypracowano. Instytucja działa na wysokich obrotach i szeroko, bo gramy tu nie tylko symfonikę. Na sercu leży mi jednak, by przy mnogości działań nie zapominać, że sercem filharmonii jest orkiestra, a naszym produktem markowym i wyznacznikiem poziomu są piątkowe wieczory symfoniczne.

Sporo w Szczecinie działań edukacyjnych dla dzieci. To misja zapewniania przyszłości filharmoniom?

Filharmonie mierzą się z konkurencją i muszą walczyć o każdą osobę. Inaczej po latach okaże się, że nawet najpiękniejszy budynek nie będzie miał komu służyć. W Szczecinie stawia się na edukację na wysokim poziomie. Zresztą dzieci trudno oszukać, bo to one pierwsze, gdy coś będzie nie tak, nie będą udawać, że im się podoba. Jeśli zadbamy o maluchy, które teraz biegają pod estradą i nie zawsze nawet wiedzą, co się wokół nich dzieje, ma to szansę wykiełkować i wydać piękne owoce, które zbiorą instytucje za kilkadziesiąt lat.

W książce repertuarowej na ten sezon, obok "Pomników", muzyki nowej i muzyki ukraińskiej, moją uwagę zwróciły koncerty z utworami Czajkowskiego i Rimskiego-Korsakowa. Muzyka rosyjska nie jest normą w polskich filharmoniach.

To trudny temat. Myślę, że popełniono pewien błąd przy ogłaszaniu bojkotu muzyki rosyjskiej. Jakieś działania były potrzebne i nie można nad tym, co dzieje się za naszą granicą, przejść obojętnie. Nikt nie określił jednak warunków, po których ten bojkot odwołamy. Wojna musi się skończyć? Putin ma oddać Krym? Zapędziliśmy się w kozi róg. Co więcej, doszliśmy do absurdalnej sytuacji, że nasze teatry nie grają Dziadka do orzechów, a prywatne grupy baletowe, złożone często z ukraińskich tancerzy, wynajmują te same sale i go wystawiają, drogo sprzedając bilety. Jestem całym sercem za Ukrainą i kibicuję jej, by wojnę wygrała. Nie chodzi przecież o to, by mieć zamknięte oczy. Pewne kwestie trzeba jednak rozdzielić. Nie wykorzystujemy muzyki propagandowo i jasno wyrażamy stanowisko wobec rosyjskiej agresji. Uważam, że Dziadka do orzechów możemy od sprawy polityki odłączyć. Czajkowski z Putinem się nie znali.

Mam jeszcze jedno pytanie dotyczące repertuaru. Znalazłem w nim tylko trzy utwory kompozytorek. Co z twórczością kobiet?

Jeśli pyta pan, czy mam coś przeciwko kobietom w repertuarze, to odpowiadam, że nie mam.

Nie uważa pan, że instytucja powinna zająć się zwiększaniem obecności sztuki kobiet? Wydaje się, że to idea zbliżona do pańskiej działalności i prezentowania muzyki zapomnianej.

Myślę, że kształtowanie parytetów nie jest rolą dyrektora instytucji. Jako dyrygent, dobierając utwory, nie kieruję się płcią. Oceniam je pod względem jakości, wartości dla historii regionu. Muzyki kobiet jest po prostu mniej i ma to przełożenie na program. Spójrzmy na świat dyrygentury - kiedyś było nie do pomyślenia, by kobieta prowadziła orkiestrę, a dziś na uczelni mamy chyba więcej studentek niż studentów tej specjalności. Podobnie jest w dziedzinie kompozycji. Umieszczając w programie muzykę nową, należy zatem dbać o równe proporcje w prezentowaniu utworów kobiet i mężczyzn.

Ma pan repertuarowe marzenia związane ze Szczecinem?

Oczywiście! Mahlera wielbię. Mocny czuję się w muzyce wokalno-instrumentalnej i ten plan będę realizować. Ale spełnianie naprawdę wielkich marzeń artystycznych jest wisienką na torcie, nagrodą za pracę u podstaw. To na końcu drogi lepiej skorzystać z możliwości poprowadzenia utworu, który w głowie gra od dawna.

Przemysław Neumann, #1979, dyrygent, profesor Akademii Muzycznej w Poznaniu, były szef Filharmonii Opolskiej, od września 2024 roku dyrektor Filharmonii w Szczecinie.

Komu i ile, czyli KPO

MKiDN

Jedni nie kryją radości, inni irytacji. Termin ogłoszenia wyników przekładano dwa razy, w końcu eksperci zakończyli ocenę wniosków grantowych w ramach pierwszego naboru do Programu wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju. Po zapoznaniu się z 4619 projektami komitet oceniający zarekomendował do dofinansowania 1503 wnioski w sześciu obszarach - kultury ludowej, muzealnictwa, muzyki, tańca, teatru i sztuk wizualnych. Czasu na realizację jest niewiele, bo przedsięwzięcia trzeba zakończyć do 31 grudnia 2024 roku. Najliczniejszą grupą beneficjentów są rządowe i samorządowe instytucje kultury - granty otrzymały 752 z nich. Pozytywnie rozpatrzono wnioski 599 organizacji pozarządowych, 109 osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą i 43 podmiotów wpisanych do KRS. Najwięcej dofinansowano wniosków nadesłanych z województw mazowieckiego (416), małopolskiego (180) i śląskiego (159), a najmniej - z opolskiego (15), lubuskiego (18) i świętokrzyskiego (31). Najliczniejsze były wnioski dotyczące muzyki (1411). Zarekomendowano jednak tylko 23 procent z nich (330). W sektorze Kultura ludowa dofinansowano 168 wniosków (25 procent z 671), Muzea - 149 (35 procent z 421), Sztuki wizualne - 358 (28 procent z 1263), Taniec - 81 (46 procent z 176), Teatr - 417 (62 procent z 677).

Dłużej na ogłoszenie wyników czekali beneficjenci stypendiów. Resort kultury podał 11 września, że komitet ekspertów ocenił 3197 wniosków, których łączna wartość wyniosła ponad 87 milionów złotych. Kwota przeznaczona na ten cel jest jednak sporo mniejsza - to około 15 milionów złotych, z czego 14,5 miliona zarezerwowano na etap pierwszy wypłat, a 800 tysięcy - na odwołania. Eksperci pozytywnie zarekomendowali 533 wnioski.

Zainteresowani ubiegali się o stypendium w wysokości 5 tysięcy złotych miesięcznie. Może zostać ono przyznane maksymalnie na pół roku. Jak poinformowała wiceministra kultury Marta Cienkowska, średnia wartość jednego wniosku wyniosła około 27 tysięcy złotych. Oznacza to, że nie wszyscy aplikujący zdecydowali się zawnioskować o stypendium maksymalne. Tak jak w przypadku grantów z programu KPO, i tym razem najwięcej zainteresowanych pochodziło z województw mazowieckiego (1178), małopolskiego (427) i śląskiego (282), a najmniej - ze świętokrzyskiego (23), opolskiego (29) i lubuskiego (30). Najwięcej wniosków dotyczyło obszaru Sztuk wizualnych (1295). Muzyka znalazła się na drugim miejscu z wynikiem 966 wniosków. W tym obszarze pozytywnie rozpatrzono jednak tylko 147 wniosków, co stanowi niewiele ponad 10 procent. Umowy o dofinansowanie beneficjenci podpiszą po otrzymaniu oficjalnej decyzji od operatora programu, Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca. Osoby, które chcą rozpocząć procedurę odwoławczą, również muszą poczekać na informację. Ponownej oceny dokona komitet odwoławczy. Ma na to 14 dni, choć ten termin może zostać przedłużony do miesiąca. --PM

Nowy sezon, nowe rządy

filharmonia.olsztyn.pl, "Gazeta Wrocławska", wroclaw.pl

Andrzej Kosendiak, wieloletni szef Narodowego Forum Muzyki, zrezygnował ze stanowiska. Nie opuszcza jednak instytucji. Będzie teraz pełnić funkcję doradcy do spraw artystyczno-programowych, a także dyrygenta Wrocław Baroque Ensemble. Jego miejsce zajęła Olga Humeńczuk. "Mam poczucie, że wydarzyło się coś niezwykłego, coś, co mogło się stać tylko dzięki wspaniałym osobom, z którymi miałem zaszczyt współpracować. Dziękuję naszym słuchaczom, melomanom, widzom, dla których jesteśmy. Dziękuję Wam wszystkim!" - napisał Kosendiak w mediach społecznościowych. Wiceprezydentka Wrocławia, Renata Granowska, poinformowała, że Urząd Miasta wraz z samorządem wojewódzkim i resortem kultury zdecydował o powołaniu nowej dyrektorki bez konkursu: "Zrobiliśmy tak, aby Narodowe Forum Muzyki miało ciągłość". Olga Humeńczuk w NFM była zastępczynią dyrektora do spraw produkcji i zarządzania projektami, a od 2020 roku zastępczynią do spraw organizacyjnych. "Nie chcę przeprowadzać rewolucji. To będzie kontynuacja tego, co wykreował Andrzej Kosendiak. Przyjdzie czas na wdrażanie nowych pomysłów, ale chcę podkreślić, że NFM jest w znakomitej formie artystycznej i organizacyjnej" - zapewniła. Nową funkcję będzie pełnić przez trzy lata.

Zmiany także w Olsztynie. Aleksandr Iradjan, 34-letni dyrygent, pianista i kompozytor urodzony w Erywaniu, dotychczas zajmujący stanowisko pierwszego dyrygenta gościnnego, podpisał nową umowę z Filharmonią Warmińsko-Mazurską. Będzie jej nowym dyrektorem artystycznym. Iradjan obecnie mieszka w Berlinie, gdzie wykłada na Universität der Künste. --PM, MC, MAK

Nuda, nic się nie dzieje

nck.pl

Narodowe Centrum Kultury zbadało aktywność kulturalną Polaków w 2023 roku. Wyniki nie napawają optymizmem. Najczęściej wybierane jest kino, a najrzadziej festiwale muzyki klasycznej, spektakle operowe oraz koncerty filharmoniczne. Do muzeów chodzi tylko 16 procent Polaków, na przedstawienia teatralne 8, natomiast do galerii sztuki 7. Na samym dole hierarchii zainteresowań mieści się muzyka klasyczna - na koncerty regularnie chodzi 4 procent badanych, a do opery lub filharmonii 3. Głównym powodem (45 procent respondentów) nikłej frekwencji na festiwalowych koncertach, w filharmoniach i operach jest brak zainteresowania tymi wydarzeniami oraz przekonanie, że są nudne. Dodatkowo wskazywano na: odległość, trudności z dojazdem, brak czasu oraz towarzystwa. Co ważne - deficyt pieniędzy był wymieniany najrzadziej --MC, MAK

Passeggiata...

MKiDN

"W związku z kończącymi się 31 sierpnia 2025 roku kadencjami dyrektorów, ogłaszamy zamiar ogłoszenia konkursu na dyrektora lub dyrektorkę Teatru Wielkiego - Opery Narodowej i Teatru Narodowego" - zapowiedziała ministra kultury Hanna Wróblewska. W TW-ON dyrektorem naczelnym od 2008 roku jest Waldemar Dąbrowski, wcześniej dyrektor Teatru Wielkiego (1998-2002) oraz minister kultury (2002-2005). Od 2011 dyrektorem artystycznym Opery jest Mariusz Treliński (wcześniej pełnił tę funkcję w latach 2005-2006, był także zastępcą dyrektora ds. artystycznych w latach 2008-2011). Wiadomość zelektryzowała muzyków, krytyków i melomanów, a na giełdzie, choć konkursu w chwili zamykania tego numeru # nie ogłoszono, pojawiają się pierwsze nazwiska. --MC, MAK

operaawards.org

Serca melomanów zabiły szybciej. Kapituła International Opera Awards podała listę kandydatów do tegorocznych nagród. Wśród wyróżnionych nie zabrakło Polaków. W kategorii Najlepsza śpiewaczka nominowano Aleksandrę Kurzak, o głosy czytelników magazynu "Opera" - w jedynej konkurencji, w której zwycięzcę wybiera publiczność - ponownie zawalczy Piotr Beczała. Ponadto tytuł wschodzącej gwiazdy może trafić do Yaroslava Shemeta, ukraińskiego dyrygenta, który zawodowo związał się z naszym krajem. Nazwiska zwycięzców poznamy 2 października na gali w Bawarskiej Operze Państwowej. --PM

makemusic.com

"Ale to już było i nie wróci więcej" - śpiewa Maryla Rodowicz. Firma MakeMusic (wcześniej Coda Music Technologies) poinformowała właśnie, że po 35 latach ukazuje się ostatnia wersja oprogramowania do pisania nut, Finale. "Przez ponad cztery dekady nasi inżynierowie i zespoły produktowe z pasją tworzyli najwyższy standard w notacji muzycznej [...]. Dzisiaj jednak Finale nie jest przyszłością branży. Zamiast wypuszczać kolejne wersje, postanowiliśmy zakończyć rozwijanie tego oprogramowania" - czytamy. Stało się ono popularne w latach dziewięćdziesiątych. Używane było w przemyśle filmowym, reklamowym, a także w świecie muzyki współczesnej. Pierwszą poważną konkurencją stał się na początku nowego wieku Sibelius. --MC

pap.pl

Pierwszy klaps u Chopina! Ruszyły prace na planie filmu biograficznego o kompozytorze. Potrwają do grudnia, a premiera planowana jest na 2025 rok. Reżyseruje Michał Kwieciński, w tytułowej roli występuje Eryk Kulm. Zdjęcia realizowane będą w województwie dolnośląskim, lubuskim, łódzkim oraz mazowieckim. Ekipa odwiedzi również Bordeaux i Majorkę. Jak czytamy w oficjalnym opisie fabuły filmu, będzie on "opowieścią o polskim geniuszu fortepianu, który żyje z wyrokiem śmierci: gruźlicą. Nieuleczalnie chory, stara się wykorzystać w pełni czas, który pozostał - i żyć, dosłownie do utraty tchu". --MAK

Ludwik Bielawski (1929-2024)

Odszedł ostatni z trójki najwybitniejszych etnomuzykologów polskich, reprezentant, obok Jana Stęszewskiego (1929-2016) i Anny Czekanowskiej-Kuklińskiej (1929-2021), "pokolenia 1929". Antropolog, filozof muzyki, człowiek o niebywałej skromności, życzliwości i olbrzymiej wiedzy, zdobywanej cierpliwie, aż do szczytów ogólności. Pragnął widzieć sztukę dźwięków w maksymalnie szerokiej perspektywie, jak w filozofiach starożytnych. Czerpiąc z dorobku wiedzy nowożytnej, szukał Profesor w muzyce porządku uniwersalnego: będąc agnostykiem, twierdził, że "na początku było Słowo". Budował - w zakresie poznania dostępnym człowiekowi - system strefowy czasu muzycznego z kręgu wyłaniających się rzeczywistości, od światła do wieczności (1. światło widzialne, 2. słyszalne dźwięki, 3. teraźniejszość psychologiczna, 4. utwory i wykonania, 5. czas środowiska, 6. czas socjologiczny i płytkiej historii, 7. pełna historia i tradycja). Wcześniej jednak, jako spadkobierca europejskiego empiryzmu i racjonalizmu, zaczynał w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych od studium tradycyjnego śpiewu ludowego. Pracował nad modelem regionalnej antologii folkloru muzycznego w serii Polska Pieśń i Muzyka Ludowa (dotychczas ukazały się monografie Kujaw, Kaszub, Warmii i Mazur, Lubelszczyzny, Podlasia). Antologie te są XX-wieczną kontynuacją tomów Oskara Kolberga, niemniej zostały przygotowane na podstawie źródeł obiektywnych, nagrań, których transkrypcje były pierwszą szkołą medytacji nad muzyką. Następnie Ludwik Bielawski przeszedł do struktur słowno-muzycznych w Rytmice polskich pieśni ludowych (1970), wreszcie - do Strefowej teorii czasu muzycznego i jej znaczenia dla antropologii muzycznej (1976), która to teoria, postulując ład w świecie, zakwestionowała pośrednio zawężenie społeczno-ekonomiczne materializmu dialektycznego z jego permanentną rewolucją. Dalsza droga Profesora stanowiła uszczegółowienie tej osi pionowej, czasoprzestrzennej, idącej w zasadzie z kosmosu. Jego cenną konkretyzacją historyczną było opracowanie dorobku mistrzów - Adolfa Chybińskiego (1961) oraz Jadwigi i Mariana Sobieskich (1973). Sercem pozostawał jednak w swojej małej ojczyźnie, na Kaszubach, publikując z Aurelią Mioduchowską, we wspomnianej serii, trzytomową antologię kaszubskiej pieśni ludowej (1997), która imponująco rozwinęła Pieśni ludu pomorskiego Łucjana Kamieńskiego (1936). Tradycje ludowe w kulturze muzycznej (1999) sumują wkład Ludwika Bielawskiego do etnomuzykologii, a Czas w muzyce i kulturze (2015) stanowi pomnik doskonałości naukowej. Wyrazem jego otwartości było zainteresowanie muzyką współczesną - intrygowało go zwłaszcza, jak kompozytorzy radzą sobie z czasem. Do ostatnich lat, z pogodnym dystansem, zdawał się bezgłośną muzyką mówić: "...wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba". --Piotr Dahlig

Zbigniew Bagiński (1949-2024)

Pani pyta o wszystko, a ja będę mówił tylko to, co chciałbym powiedzieć" - tak rozpoczyna się wywiad ze Zbigniewem Bagińskim, przeprowadzony w 2009 roku przez Aldonę Nawrocką na potrzeby warszawskiej Akademii Muzycznej. Profesor nigdy nie był wylewny, nie nadwyrężał słuchaczy liczbą słów, nie przytłaczał osobowością. Skupiał się na pedagogicznych obowiązkach, przede wszystkim na rozwijaniu kompozytorskiego rzemiosła. Wskazywał implikacje każdego zjawiska, ale nie dawał gotowych rozwiązań. Nigdy nienarzucający się erudyta, zaskakiwał skromnością. Potrafił dotknąć najważniejszych cech studenckich prób twórczych, podkreślając to, co słuszne, ale też wyłapując brak konsekwencji. Kilkakrotnie zdejmował i zakładał wtedy okulary, formułując wątpliwości z charakterystycznie wypuszczanym powietrzem - "No wie Pan, pfff...". Wszelkie kompozytorskie narzędzia słusznie pozostawiał do wykreowania swoim studentom.

"Pisząc Kwartet fortepianowy, często wracałem myślą do mojego muzycznego dzieciństwa, w którym zamknięty świat muzyki Beethovena, Schumanna czy Webera jawił mi się jako wyłączny i jedyny, a istnienia światów innej muzyki domyślać się było niepodobna. Cały więc Kwartet znaczony jest śladami wspomnień świata utraconego, mającego jednak moc odradzania się poprzez muzykę" - głosił autorski komentarz do utworu z 1990 roku. Źródła wspomnienia tkwią w szczecińskim domu rodzinnym Zbigniewa Bagińskiego, rozbrzmiewającym barytonem ojca, absolwenta przedwojennego Konserwatorium Warszawskiego. Pamiętam, że Szczecin miał szczególne miejsce w opowieściach Profesora. Patrzenie w przeszłość z uwagą i refleksją było dla niego podstawą, z której wywodził twórczość, zawsze poddaną intelektualnemu rygorowi formy i logice muzycznej narracji, często w specyficzny, montażowy sposób rozbijanej na drobne segmenty. Studia u Tadeusza Paciorkiewicza w warszawskiej PWSM wspominał: "miał on niezachwiane zasady muzyczne i robił wyłącznie to, co uważał za właściwe, nie przymierzając się do tego, co modne. Dziś uważam taką postawę za jedyną do przyjęcia!".

Nie rozmawialiśmy zbyt wiele o pozamuzycznych treściach. "Doświadczenie uczy mnie, że każdy interpretuje i rozumie słyszaną muzykę na swój sposób. I w to się nie wtrącam" - mówił w wywiadzie. Gdy za namową studentów decydował się prezentować swoje partytury na seminariach, wszystko to odczytywaliśmy z doboru środków i form oraz z dbałości o konsekwencję.

"To tak uczą grać na fortepianie w Radomiu?" - błysk w oku i lekki uśmiech w kąciku ust, ironiczny, ale też życzliwy, są pierwszym wspomnieniem, z jakim wraca do mnie postać Profesora. Wydaje mi się, że właśnie ta chwila na korytarzu akademii, tuż po jednym z egzaminów wstępnych, rozpoczęła naszą wieloletnią relację. Spojrzenie Mistrza okazało się wyjątkowym darem zaufania i wsparcia, za które pozostaję mu do dziś wdzięczny. --Przemysław Zych