#21 2024 LXVIII
Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku
Redaktor naczelny
Daniel Cichy
Redaktor prowadzącyKrzysztof Stefański
Sekretarz redakcji
Maciej Kucharski
[email protected]
Zastępca redaktora naczelnego
Festiwale
Krzysztof Stefański
[email protected]ści, koncertyPiotr [email protected]
Swoboda Ruchu
Dominika Micał[email protected]
Wydawnictwa
Michał Mendyk
[email protected]
Teatr muzyczny
Jacek Marczyński
Sekretariat
Katarzyna Dubiel
[email protected]
Dyrektor artystyczny
projekt graficzny
Marek Knap
[email protected]
Studio graficzne
Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)
Redakcja i korekta
Agnieszka Kurpisz
Internet
Mateusz [email protected]
Wydawca
Polskie Wydawnictwo Muzyczne
al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków
Oddział w Warszawie
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
[email protected]
Druk
Drukarnia Akapit sp. z o.o., Lublin
Nakład: 1450 egz.
Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Adres
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
tel.: +48 885 860 332
email: [email protected]
www.ruchmuzyczny.pl
ruchmuzyczny
ruchmuzyczny
RuchMuzyczny
Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: [email protected]
"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych
informacje na www.defacto.org.pl
Ikonki: www.flaticon.com/freepick
Na okładce: "Dance Modern", 27 września 2024, Teatr Komuna Warszawa, fot. Grzegorz Mart/Warszawska Jesień
Nowa ENERGIA w nowym miejscu
Jest w tej orkiestrze dużo muzyków w fajnym momencie KARIERY: gdy są już pewni swoich umiejętności i preferencji, a jednocześnie chcą robić NOWE rzeczy
z KAJETANEM PROCHYRĄ rozmawia
Jacek Marczyński
Fot. Maciek Jaźwiecki
Jacek Marczyński: Jakie związki łączą filozofię i muzykę?
Kajetan Prochyra: Bardzo sobie cenię studia filozoficzne i doświadczenia z nich płynące, zwłaszcza umiejętności czytania ze zrozumieniem, budowania przejrzystości w komunikacji, dyscypliny w wyrażaniu własnych myśli. Jako trening mózgu były one bardzo wartościowe. Sądzę, że bez nich nie byłbym tu, gdzie jestem.
A kiedy w pana życiu pojawiła się muzyka?
Pojawiła się wraz z radiem, i to Polskim Radiem. Pamiętam, gdy w Trójce usłyszałem pierwszy raz "Minimax" Piotra Kaczkowskiego. Byłem wtedy w siódmej albo ósmej klasie szkoły podstawowej. W sam raz, by wśród kolegów z liceum pochwalić się, że znam Lou Reeda, Led Zeppelin czy Deep Purple. Szybko to potem przeszło w różne improwizowane historie, a moje studia nad jazzem okazały się wkrótce bardzo cenne.
Muzyka improwizowana była potem stale obecna w pana działalności menadżerskiej.
Miałem ogromne szczęście. Pierwszy wywiad, który przeprowadzałem jako dziennikarz, był z członkami kwartetu Wayne'a Shortera. Spotkaliśmy się na Torwarze, przed ich koncertem. Mieli dość dużo czasu, więc rozmawiałem z każdym z członków grupy, a wreszcie z samym Wayne'em. Zaszczepili we mnie myśl, że muzyka dzieje się jeden jedyny raz - tu i teraz. Wszyscy - tak na widowni, jak i na estradzie - tworzymy na tę chwilę wspólnotę. Ten wykład towarzyszy mi do dzisiaj, bo niezależnie, czy mamy partytury i wykonujemy jasno określony utwór, czy jest to performans, czy spotkanie z muzyką tradycyjną, to wspólnotowe doświadczenia są niezmiennie ważne.
Późniejsze studia menadżerskie wynikały z chęci zajmowania się muzyką, czy były raczej etapem w poszukiwaniu własnej drogi?
Podjąłem je, pracując już w Muzeum Polin. Chciałem wzmocnić swoje kompetencje. Ta przyjemna część - wymyślanie, kuratorowanie, rozmowy z artystami - to jedno. W praktyce większość tej działalności to zarządzanie ludźmi, pieniędzmi, procesami, pisanie wniosków, przygotowywanie ofert. Poza tym często osoby zajmujące się pozasceniczną aktywnością w kulturze traktowane są w instytucjach trochę jak jurodiwi, z akcentem raczej na szaleńców niż świętych. Studia menadżerskie są dobrą tarczą przed tymi stereotypami.
Pamięta pan swój pierwszy menadżerski projekt muzyczny?
To było chyba już drugiego dnia pracy w Polin. Trzeba było wyprowadzić na prostą zamówienie, które przygotowywał Tomasz Stańko. Do koncertu zostało około trzech miesięcy, a projekt był trochę szalony, bo pan Tomasz podjął się nie tylko skomponowania utworu, lecz także nagrania go w Nowym Jorku z amerykańskimi muzykami. Płyta z suitą Polin miała mieć premierę w dniu koncertu i inauguracji wystawy stałej. Do tego robiliśmy festiwal otwarcia Muzeum. Było to bardzo skomplikowane, ale wtedy wszyscy mieliśmy taką energię, że nie widzieliśmy przeszkód. Może więc teraz, po dziesięciu latach, przyszła pora, by w Polin ktoś nowy wyzwolił w sobie taką energię, a ja poszukam jej w nowym miejscu.
Robiąc kolejne festiwale, dostrzegał pan już przeszkody?
I tak, i nie, bo z jednej strony cały nasz zespół zdobywał doświadczenie, wypracowaliśmy formaty na przykład dla Polin Music Festival. Wiedzieliśmy, co działa, co przyciąga publiczność, jak omijać mielizny czy niepotrzebne ryzyka. Gdy tylko zauważałem, że wpadamy w utarte koleiny, ciągnęło mnie, by z nich wyskoczyć. Mam nadzieję, że to we mnie zostało.
Lubi pan inspirować kompozytorów, zamawiać nieoczywiste utwory, jak koncert na fortepian i orkiestrę mandolinową Marcina Maseckiego albo koncert klarnetowy nawiązujący do muzyki klezmerskiej.
Takie projekty zawsze rodzą się w rozmowie. Poza tym wydaje mi się, że jeśli w czymś jestem nie najgorszy, to w łączeniu kropek. W przypadku zamówienia dla Ger Mandolin Orchestra od razu pomyślałem o Marcinie Maseckim, bo wiedziałem, że jest zafascynowany tymi instrumentami. Trzeba więc słuchać i rozmawiać, by w odpowiednim momencie połączyć pewne fakty. W przypadku Tfiles prosiłem Alexa Weisera, żeby pokazał oblicze klarnetu w muzyce żydowskiej inne niż klezmerskie, znane na przykład z mistrzowskiej gry Davida Krakauera. Nie byłoby też tego utworu bez solisty, Andrzeja Cieplińskiego, który przyszedł do Muzeum gotowy na taką przygodę.
A teraz ze świata pełnego przygód przychodzi pan do klasycznej orkiestry i instytucji, z obowiązkami wynikającymi ze statusu zespołu radiowego.
Chyba wszyscy - ja, zarząd Polskiego Radia, dyrektor artystyczny orkiestry Michał Klauza oraz część muzyków - znamy swoje karty. Czuję, że zostałem zaproszony do tej pracy, by coś zmienić. Nie dlatego, że było źle, ale byśmy razem starali się poprowadzić zespół bliżej publiczności, dając jej to, co żywe, prawdziwe i istotne. Można to też robić z muzyką sprzed 200 lat, ale mam w pamięci pytanie swojego dziecka: "czy są w ogóle jacyś żyjący kompozytorzy?". W każdej dotychczasowej pracy - mam nadzieję, że tak będzie i teraz - staram się opowiadać historie, które dla słuchaczy będą ważne, poruszające, inspirujące. Cieszę się, że jestem w instytucji, gdzie tuż obok są Teatr Polskiego Radia, Agencja Muzyczna, redakcja Dwójki, Polskie Radio Dzieciom, inne anteny, archiwa... Razem możemy naprawdę wszystko!
Michał Klauza jest dyrygentem otwartym na rozmaite nieoczywiste pomysły?
Dopiero co pracowaliśmy razem nad koncertem na dziesiątą rocznicę otwarcia wystawy stałej w Polin. Dla mnie była to bardzo cenna lekcja, dla Michała - niełatwa, ale w finale, gdy musiał grać do trzech filmów choreograficznych, stała się dobrą zabawą. Chyba najtrudniejsza okazała się Błękitna rapsodia z choreografią Alisy Makarenko i z solistą Marcinem Maseckim. Alisa przygotowała ruch sceniczny pełen synchronów z muzyką. Marcin Masecki zaś to przede wszystkim improwizator. Michał Klauza stał się więc trochę kierowcą autobusu, który musi dowieźć całą warstwę muzyczną na kolejne przystanki na czas. Oczywiście to on jest dyrektorem artystycznym orkiestry, ale od początku zaprasza mnie do wspólnego budowania programu i jest otwarty. Staram się nie wchodzić z butami w to, co robi, ale już rozmawiamy o repertuarze na kolejne sezony, tym bardziej że nadchodzi 100-lecie Polskiego Radia.
I jubileusz samej orkiestry.
Trwają dyskusje, kto ma prawo do schedy po przedwojennej warszawskiej Radiówce, ale na pewno będziemy świętować. Będzie nowe otwarcie, bo to zespół wspaniały i różnorodny. Jest w nim dużo muzyków w fajnym momencie kariery: gdy są już pewni swoich umiejętności i preferencji, a jednocześnie chcą robić nowe rzeczy.
Pan nie unikał społecznego wymiaru muzyki. W Muzeum Polin były koncerty dla dzieci w spektrum autyzmu czy dla uchodźców.
Prawdziwą wspólnotę buduje się wtedy, gdy jest ona różnorodna. Wiem, że ceniła to publiczność Polin, która przychodziła na nasze koncerty nie tylko po to, aby posłuchać muzyki, lecz także by być razem. W tych działaniach często więcej się dostaje, niż daje. Gdy w pandemii robiliśmy koncerty przyjazne sensorycznie - dla rodzin z dziećmi w spektrum autyzmu - otrzymaliśmy zdjęcia od widzów siedzących w domu przed ekranami komputera, ale ubranych tak, jakby byli w filharmonii. Dostawaliśmy listy, choć dziś mało kto je pisze. Będę więc chciał otwierać nasze wydarzenia dla organizacji pozarządowych i ich podopiecznych, choć czasem nie są to łatwe sprawy, zwłaszcza że zespół administracyjny orkiestry jest niewielki.
Muzeum Polin jest miejscem szczególnym. Teraz ma pan do dyspozycji tradycyjną salę koncertową, ale pozostającą na uboczu życia stolicy. Chce pan tu ściągać ludzi, czy raczej iść z orkiestrą w miasto?
Chciałbym robić i jedno, i drugie. Studio im. Lutosławskiego to niesamowita sala. Byłem w niej wiele razy, ale dopiero niedawno, podczas pierwszego spotkania z orkiestrą, stanąłem na estradzie. Głos brzmi tam, jakby się miało naturalny odsłuch. Słyszenie muzyki w takiej przestrzeni akustycznej jest wartością szczególną. Melomani znają ją doskonale. Jednak ilu jest ludzi, którzy nie mogą przeżyć miesiąca bez udziału w koncercie symfonicznym? Z badań robionych w Stanach Zjednoczonych wynika, że muzyka poważna może liczyć na nową publiczność, ale 90 procent tych, którzy próg filharmonii przekroczyli po raz pierwszy, nie wraca. Każdego pociąga filharmonia, ale wielu czuje, że ona nie jest dla nich. I to jest najtrudniejsze zadanie stojące przed administratorami takich instytucji. Chcę być gospodarzem, który będzie się starał, aby publiczność czuła się usłyszana, byśmy wszyscy razem grali u siebie.
Kajetan Prochyra, menadżer i dziennikarz zajmujący się muzyką improwizowaną i współczesną, wieloletni szef redakcji Jazzarium.pl i kurator muzyczny Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Od 16 września 2024 roku dyrektor Orkiestry Polskiego Radia w Warszawie.
Fortepian, na którym NIE GRAŁ Paderewski
TVN, TVP Info, WP
Orzekomym sukcesie byłego Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego długo będzie głośno. Szymon Jadczak, dziennikarz Wirtualnej Polski, prześledził dokumentację zakupu kolekcji pamiątek po twórcy z Morges (w tym fortepianu) za ponad 300 tysięcy złotych. Instrument, który trafił do Polski ze Szwajcarii jako należący do wybitnego pianisty, nie był jego własnością.
Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że Paderewski nawet przy nim nie stał. Fortepian marki Bösendorfer miał znajdować się w posiadłości kompozytora w Riond-Bosson. W 2022 roku o jego istnieniu poinformowała Jana Żaryna, dyrektora IDMN, ambasadorka Polski w Szwajcarii Iwona Kozłowska. Według jej informacji prywatny kolekcjoner Jean-Claude Gattlen zamierzał wystawić na aukcję pamiątki po Paderewskim: fotografie, kartki pocztowe, hantle, garnki czy rachunki z pralni. Jak relacjonuje WP, nie udało się wówczas potwierdzić, czy instrument faktycznie należał do Paderewskiego. Według Żaryna podobno nie można było tego również wykluczyć, zatem zdecydowano o zakupie, opierając się na... oświadczeniu właściciela i "odpowiedzialności, ciążącej na stronach przed Bogiem, Ojczyzną i historią". Poważne wątpliwości co do autentyczności bösendorfera pojawiły się w lipcu tego roku, gdy dyrekcja Zakładu Narodowego im. Ossolińskich zwróciła się do Instytutu Myśli Politycznej (instytucji, która zastąpiła IDMN) o możliwość przejęcia fortepianu w depozyt, by eksponować go w Muzeum Pana Tadeusza i organizować koncerty. "Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że [...] nie ma właściwie żadnych ekspertyz dotyczących instrumentu, żadnej profesjonalnej wyceny, ani żadnego dowodu, że Paderewski miał cokolwiek wspólnego z instrumentem, na który wydano setki tysięcy publicznych pieniędzy" - mówi dyrektor IMP Adam Leszczyński. Jadczak wskazał w swoim artykule, że niewiele faktów w tej sprawie zostało potwierdzonych. Na przykład według numeru seryjnego bösendorfer został wyprodukowany w 1927 roku, a nie - jak przekonywał szwajcarski sprzedawca - w latach 1850-1860. Telewizja TVN podała, że: "Obecny dyrektor Instytutu Myśli Politycznej, który odziedziczył fortepian po instytucji Jana Żaryna, zapowiada złożenie zawiadomienia do prokuratury w sprawie zakupu". --MC, MAK
Nagrody operowe
Tegoroczna gala International Opera Awards przyniosła niewiele zaskoczeń. Wyróżnieni zostali artyści dobrze znani i cenieni. Ostatnie sezony były bardzo udane dla Lisette Oropesy i Benjamina Bernheima, uznanych za najlepszych śpiewaków minionego roku. Amerykańska śpiewaczka potrafi łączyć urodę swojego sopranu koloraturowego ze świetną techniką i ekspresyjnym aktorstwem w tak prestiżowych rolach, jak Traviata, Julia w operze Gounoda, Maria w Córce pułku Donizettiego czy Ofelia w operze Ambroise'a Thomasa. Z kolei Benjamin Bernheim to zapewne najwybitniejszy obecnie tenor liryczny, który coraz częściej wykonuje role dramatyczne. Udowodnił to choćby występem w Opowieściach Hoffmanna Offenbacha na ostatnim festiwalu w Salzburgu, w tytułową postać wcielił się też w spektaklach rozpoczynających sezon w Metropolitan Opera. Simone Young, uhonorowana w kategorii dyrygenckiej, odgrywa coraz ważniejszą rolę w muzycznym świecie. Podkreśleniem jej pozycji był tegoroczny debiut w Bayreuth, gdzie jako pierwsza kobieta w historii festiwalu zadyrygowała całym Pierścieniem Nibelunga. Wyróżnienie dla najlepszego reżysera zdobył Christof Loy. Jego spektakle cechują estetyczna czystość i klarowność dramaturgii. On sam kontynuuje tradycje wielkich twórców teatru operowego XX wieku: Giorgia Strehlera i Patrice'a Chéreau, a także Luca Bondy'ego, u którego asystował na początku drogi zawodowej. Premierą roku wybrano inscenizację Dmitrija Czerniakowa, który na festiwalu w Aix-en-Provence połączył w całość Ifigenię w Aulidzie oraz Ifigenię na Taurydzie Glucka (recenzja w #16-17/2024). Nagroda w kategorii prapremiera roku miała szczególny charakter. Laur zdobyła Valuska Pétera Eötvösa, wystawiona przez Węgierską Operę Państwową w Budapeszcie niedługo przed śmiercią kompozytora. Nagrodę za dzieło odkryte na nowo otrzymał Theater an der Wien, który zaprezentował niewystawioną za życia Salieriego jego operę Kublai Khan (relacja w #10/2024). Zaskakująco rozstrzygnęły się losy nagrody przyznawanej w internetowym głosowaniu przez czytelników. Nominowani byli Ermonela Jaho, Asmik Grigorian, Xabier Anduaga, Ludovic Tézier oraz Piotr Beczała, natomiast zwyciężył 47-letni meksykańsko-amerykański tenor Arturo Chacón Cruz, występujący przede wszystkim w teatrach Ameryki Północnej, w Europie zaś najczęściej podziwiany na scenach w Li?ge, Bordeaux, Strasburgu, Sewilli czy Las Palmas. --JM
Doradzą w NCK
nck.pl
Powstała nowa rada programowa Narodowego Centrum Kultury. Jest organem opiniodawczym i doradczym - obecnie w jej skład wchodzi siedmioro członków powoływanych na okres czterech lat. Zasiądą w niej: dr hab. Bożena Gierat-Bieroń, dr hab. Maciej Kowalewski, prof. dr hab. Cezary Obracht-Prondzyński (przewodniczący), Agnieszka Szydłowska, Aleksandra Szymańska, dr Olga Wysocka i Kamil Wyszkowski. Akty powołania wręczyła podsekretarz stanu w MKiDN Marta Cienkowska. Jak podaje NCK, "do zadań rady należy w szczególności: opiniowanie programów i planów Centrum oraz ocena ich realizacji, poszukiwanie nowych form wsparcia organizacyjnego, koncepcyjnego i finansowego działalności Centrum, wyrażanie opinii i składanie wniosków do dyrektora NCK we wszystkich istotnych sprawach związanych z działalnością Centrum". W tym roku skład rady został zwiększony z pięciu do siedmiu osób na wniosek dyrektora NCK, Roberta Piaskowskiego. "Chcemy postawić w centrum naszej uwagi znaczenie i oddziaływanie centrów kultury w całej Polsce. Chcemy wzmacniać kulturę obywatelską, standardy demokratyczne i szerokie uczestnictwo. Chcemy wypełniać białe plamy na mapie kultury naszego kraju i docierać z naszym wsparciem finansowym, kompetencyjnym, by pobudzać i wzmacniać lokalne inicjatywy kulturalne. To ważne szczególnie w małych miejscowościach, gdzie nie ma instytucji kultury lub aktywność samorządów w tym obszarze jest niewystarczająca" - skomentował Piaskowski. --MC
Nasz Chopin kochany na ekrany
pap.pl
Filmowcy nie zasypiają gruszek w popiele i co jakiś czas odkrywają kolejne szczegóły związane z produkcją Chopin, Chopin!. "Robimy film, który, mamy nadzieję, zaskoczy wszystkich nieznanymi faktami z życia Fryderyka Chopina. To będzie przede wszystkim film psychologiczny, próba zmierzenia się z psychiką Chopina" - mówił na spotkaniu z dziennikarzami Michał Kwieciński, reżyser i producent obrazu. Twórcy zapewniają, że nie będzie to linearna biografia, a raczej opowieść o wybranych momentach z życia kompozytora. "Film pokaże Chopina, o jakim nie przeczytamy w podręcznikach z historii. Zakochanego w życiu młodego człowieka, który za maską żartów ukrywa głęboki smutek. Enfant terrible swojej epoki, dandysa, buntownika, pożądanego przez wszystkich outsidera, który robił dużo, żeby być kochanym i popularnym, ale pod koniec życia zrozumiał, że liczy się tylko muzyka. To opowieść o człowieku uwikłanym między miłością, muzyką a chorobą. Historia skupia się na intymnych momentach z biografii Chopina, mało znanych wydarzeniach, zaczerpniętych z licznych książek i prywatnych listów" - informuje Polska Agencja Prasowa. Eryk Kulm, który wystąpi w roli tytułowej, ma wykształcenie muzyczne i samodzielnie wykona wszystkie wykorzystane w filmie utwory kompozytora. Aktor powiedział, że postać i muzyka twórcy zawsze były mu bliskie: "W szkole utwory Chopina grałem najlepiej ze wszystkich utworów, które grałem w ogóle. Za każdym razem, kiedy słyszę Chopina, płaczę. Nie wiem, jakim cudem, ale nikt tak na mnie nie wpływa jak Chopin, jego muzyka. Kiedy zostałem aktorem, pomyślałem, że wspaniale byłoby spróbować zrozumieć tego człowieka. Pojechałem na trzy miesiące do Francji, siedziałem w domku w górach i grałem. Sześć godzin dziennie. Miałem nerwobóle, paraliż ręki, wszystkie możliwe rzeczy, jakie mogą się wydarzyć. Jednak za każdym razem siadałem do tego fortepianu - i to jest coś pięknego". Opiekę artystyczną nad przygotowaniem muzycznym Kulma sprawuje Janusz Olejniczak. Premierę filmu zaplanowano na jesień 2025 roku. --MAK
PASSEGGIATA...
diapasonmag.fr, "Le Figaro"
Polityka wkracza do XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Czy do rywalizacji staną rosyjscy pianiści? "Zostaną dopuszczeni, ale wystąpią pod neutralną flagą, tak jak sportowcy na igrzyskach olimpijskich w Paryżu" - cytuje "Le Figaro" wypowiedź Aleksandra Laskowskiego, rzecznika NIFC. A to nie wszystko: "Będą musieli także podpisać deklarację, w której kategorycznie potępiają łamanie prawa międzynarodowego". --MAK
pap.pl
Pianoforte, głośny film Jakuba Piątka o uczestnikach XVIII Konkursu Chopinowskiego, otrzymał nominację do International Emmy Awards w kategorii Arts Programming. Obraz miał premierę na festiwalu filmowym w Sundance w zeszłym roku. Według twórców jest "intymnym portretem wchodzenia w dorosłość młodych pianistów i pianistek". O tym, czy Pianoforte zdobędzie kolejne laury, dowiemy się 25 listopada, gdy w Nowym Jorku odbędzie się 52 Międzynarodowa Gala Rozdania Nagród Emmy. --MC
"Gramophone"
Rozdano nie tylko International Opera Awards, lecz także prestiżowe Gramophone Classical Music Awards. Na długiej liście nagrodzonych znaleźliśmy polskie rodzynki. Wyróżnieniem może pochwalić się Polski Narodowy Chór Młodzieżowy, zespół powołany przez resort kultury w 2013 roku w ramach projektu artystyczno-edukacyjnego przy Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Jego dyrektorką jest Agnieszka Franków-Żelazny. Chór wziął udział w nagraniu oratorium Sen Geroncjusza Edwarda Elgara (recenzja na s. 34), wspólnie z Gabrieli Consort & Players pod kierownictwem Paula McCreesha, zrealizowanym dla wytwórni Signum Records. --MC, MAK
amuz.lodz.pl
Już 19 października, wyjątkowo w sobotę, odbędzie się uroczyste posiedzenie Senatu Akademii Muzycznej w Łodzi. Powód jest szczególny. Tego dnia Krystianowi Zimermanowi zostanie nadany tytuł doktora honoris causa. "Fenomen pianistyki Krystiana Zimermana wymyka się kategoriom. Perfekcjonizm łączy się w niej z głębią artystycznej refleksji oraz pozostającą w relacji z osobistym rozumieniem dźwięku rozległą wiedzą o mechanice i budowie fortepianów. Realizowana w ten sposób filozofia gry pozwala mu dotykać tego, co niewyrażalne nawet w sztuce" - czytamy na stronie Akademii. Niestety, laureat nie zagra. Przewidziano za to jego wystąpienie. --MAK