Ruch Muzyczny 24/2023 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

5.90 zł
4.90 zł (5,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#24 2023 rok LXVII

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyMichał Mendyk

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

[email protected]

Zastępca redaktora naczelnego, festiwale

Krzysztof Stefański

[email protected]ści, koncertyPiotr [email protected]

Swoboda ruchu, muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

[email protected]

Swoboda ruchu, muzyka współczesna

Dominika Micał[email protected]

Wydawnictwa

Michał Mendyk

[email protected]

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Redaktor senior

Józef Kański

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

[email protected]

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

[email protected]

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz [email protected]

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

[email protected]

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: [email protected]

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

Ruch Muzyczny

RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: [email protected]

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce Iwona Sobotka, fot. Krzysztof Opaliński

I TY BĘDZIESZ DZIADERSEM!

Michał Mendyk

Fot. Bartek Warzecha

# jest seniorem. Lubi otaczać się młodymi autorami i całkiem nieźle radzi sobie z internetem, jednak jego umysł wypełniają głównie wspomnienia kilku kryzysów oraz społeczno-kulturalnych rewolucji, o których wolałby nie pamiętać. # urodził się tuż po wojnie i pewnie chciałby powiedzieć, że świat od tej pory niewiele się zmienił. Skłamałby. Gdy był młody, na festiwalach muzyki współczesnej grywano Piotra Czajkowskiego, teraz występują na nich roboty (o czym pisze w relacji z Sacrum Profanum Karolina Dąbek). Wtedy zresztą wystarczyło użyć słowa "muzyka", by było wiadomo, że chodzi o stare dobre partytury. Dziś zachodnia klasyka musi konkurować o słuchacza już nie tylko z anglosaską rozrywką i jazzem, lecz także z setkami gatunków i stylów docierających do uszu polskiego słuchacza z całego świata (staramy się okiełznać ten żywioł między innymi w skromnym, ale rozwijającym się dziale Zagranica). Nie tak łatwo jednak być magazynem o muzyce klasycznej w czasach, gdy coraz częściej postrzega się ją jako relikt niezbyt chlubnych - kolonialnych i imperialnych - czasów w historii kultury zachodniej.

Dyskurs równościowy i włączający ma się w polskim życiu artystycznym coraz lepiej i przynosi przeważnie wspaniałe efekty. Choć bywa i bardziej wieloznacznie. Niedawno brałem udział w wernisażu wystawy cenionego Głuchego artysty i kuratora, Daniela Kotowskiego. Daniel - chcąc komunikować się zarówno z publicznością Głuchą, jak i słyszącą - od jakiegoś czasu wprowadza do swoich prac warstwę dźwiękową, przygotowywaną we współpracy z doświadczonymi muzykami. Wykorzystanie środków audialnych zdaje się traktować jako gest przełamujący stereotyp sztuki tworzonej przez Głuchych artystów. Tym razem jednak oskarżony został o dyskryminację własnego środowiska... Czy zatem Głuchemu artyście nie wolno pracować z dźwiękami? Czy cała muzyka jest ze swej natury wykluczająca? A Evelyn Glennie - legendarna Głucha wirtuozka perkusji - to "kolaborantka"?

Rewolucje społeczno-kulturalne bywają mało zniuansowane - taka ich natura, a być może także warunek konieczny skuteczności. Ostrza kierują z definicji przeciwko staremu światu. Ale czy musi to oznaczać marginalizację gospodarzy tegoż, nawet jeśli ich wybory, przekonania i gusty wydają się tak bardzo niedzisiejsze, a może nawet krzywdzące? Czy wojna przeciwko "dziadersom" (jeden z najbardziej dyskryminujących neologizmów nowego stulecia) na pewno jest batalią z establishmentem, a może tylko próbą uświęcenia - starego co najmniej jak nowożytność i w istocie egoistycznego - konfliktu pokoleń? Czy ta akurat mniejszość (powoli stająca się większością) naprawdę nie zasługuje na uwagę i empatię?

Niestety, choć potrzeby seniorów zdają się coraz częściej uwzględniane w decyzjach władz państwowych i samorządowych (rosnąca grupa elektoratu?), rzadko można spotkać się z przejawami prawdziwego nimi zainteresowania w głównym nurcie dyskursu społeczno-kulturalnego. Efekt? Aktywnymi odbiorcami życia artystycznego pozostaje zaledwie co dziesiąty polski senior, choć taką chęć deklaruje jedna trzecia, o czym wspomina w swojej wnikliwej analizie Justyna Laskowska-Otwinowska. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że obserwujemy tu zjawisko - świetnie znane we wspomnianym już środowisku Głuchych - samowykluczenia. Nie chodzimy do teatru, do kina, do filharmonii, bo myślimy, że nas tam nie chcą.

Seniorzy to mniejszość z wielu względów specyficzna - także dlatego, że statystyczny przedstawiciel aktualnej większości będzie kiedyś do niej należeć. To jeden z wielu powodów, choć nie najbardziej szlachetny, by zająć się systemowo problemami tej grupy. Współcześni seniorzy najchętniej słuchają koncertów operetkowych, dancingowych i rockowych. Dzisiejszym 40-latkom pozostaje mieć nadzieję, że w jesieni życia będziemy mieli szansę wziąć udział w vintage'owym rave'ie albo udać się na jubileusz 50-lecia pracy twórczej Teoniki Rożynek.

Cytat numeru:

Świat operowy jest oparty na zakłamaniu

--Iwona Sobotka

Operowy OSCAR

z ANDRZEJEM FILOŃCZYKIEM rozmawia

Jakub Kukla

Program 2 Polskiego Radia

Fot. materiały prasowe

Jakub Kukla: 9 listopada w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej odebrał pan International Opera Award w kategorii młody śpiewak, a następnego dnia rano był pan już na próbie w Londynie. Chyba zabrakło nawet czasu, by świętować. Zawsze żyje pan w takim tempie?

Andrzej Filończyk: Nie zawsze. Dotychczas zdarzały mi się głównie długie projekty, co w świecie operowym oznacza miesiąc, czasem półtora. Na przykład cztery tygodnie prób i dwa spektakli. Kiedy podróżuje się z rodziną, to wygodne rozwiązanie, bo na dłuższą chwilę można zatrzymać się w jednym miejscu. I trochę się z nim oswoić.

Podróżuje pan zawodowo z całą rodziną?

Z żoną i dwójką dzieci. Na razie staramy się podróżować wspólnie. Póki dzieci są małe, jakoś to można zorganizować. Potem, kiedy podrosną i rozpoczną naukę w szkole, ten system trzeba będzie zmienić. Poza tym uważam, że potrzebują ułożonego dzieciństwa, swoich przestrzeni.

I trzeba będzie gdzieś zakotwiczyć.

Ale na to mamy jeszcze trochę czasu.

O International Opera Awards mówi się, że to operowe Oscary. Jak zatem czuje się pan jako "laureat Oscara"?

Wspaniale, to naprawdę wyjątkowa nagroda. Szczególnie miłe jest, że zostałem wyróżniony spośród tylu utalentowanych młodych ludzi, których prywatnie znam i bardzo lubię.

W życiu śpiewaka ważne są talent, ciężka praca, lecz także szczęście: żeby trafić we właściwym czasie na odpowiednich ludzi. Gale, jak ta warszawska, sprzyjają ważnym spotkaniom.

Zakładam, że moje nazwisko zabrzmi teraz trochę głośniej w świecie opery. Wprawdzie od paru lat mam niezłą pozycję wśród dyrektorów castingów, ale śpiewam przecież przede wszystkim dla publiczności. Jeśli melomani usłyszą o mnie nieco więcej, będzie to dla mnie coś wspaniałego.

Pana starsi koledzy po fachu powtarzają często, że śpiewacy na początku swojej drogi powinni nauczyć się mówić "nie". Ważna jest umiejętność nieprzyjmowania propozycji, które mogłyby głosowi zaszkodzić. Nauczył się pan już tego?

Trzeba spokojnie dobierać repertuar i mądrze oceniać możliwości. Ale nie można zamykać się na wyzwania. Nie powinno się też pozwolić na zaszufladkowanie. Ja lubię wykonywać dzieła, na które jest być może jeszcze trochę za wcześnie. Niemniej upewniam się, czy będą przygotowywane zgodnie z moimi zasadami. Mam na myśli sposób pracy dyrygenta, liczbę prób czy miejsce, gdzie muzyka zabrzmi. Agent zna moje podejście, więc docierają do mnie tylko ostateczne wybory, a ja mam pewność, że są one trafne.

Czy decyzje podejmuje pan wspólnie z agentem, czy to grono jest szersze i obejmuje osoby, które znają w praktyce śpiewaczy fach?

Najpierw decyduje mój agent, ale dotyczy to wyłącznie ról, które mam ośpiewane. Między innymi Figara z Cyrulika sewilskiego, Marcella z Cyganerii, Riccarda z Purytanów czy Malatesty z Don Pasquale - partie dla barytona, które rozwijają umiejętności, a śpiewane przez młody głos brzmią znakomicie.

Kiedy natomiast mam wątpliwości, rozmawiam z agentem i sprawdzam dokładnie, jak wyglądają warunki, o których mówiłem wcześniej. Czasem grono eksperckie bywa znacznie szersze. Ze sprawami, które są dla mnie nowe, zwracam się do moich nauczycieli - Bogdana Makala i Eytana Pessena.

Porusza się pan w repertuarze sięgającym od Mozarta do utworów XX wieku. Niemniej mam wrażenie, że dominuje opera XIX-wieczna. To muzyka, w której czuje się pan najwygodniej?

Jeśli chodzi o repertuar operowy, jest to oczywiście muzyka najczęściej wykonywana na świecie. Znam włoski, więc czuję się w nim naturalnie. Czasem wykonuję też muzykę francuską. W tym czasie powstały interesujące opery bliskie teatrowi, choćby Manon Masseneta czy Romeo i Julia Gounoda. Dla miłośników to oczywiście głośne tytuły, nieodstające popularnością od Rigoletta czy Cyganerii. Ale z punktu widzenia wykonawcy sama forma jest zupełnie inna. To ciekawe doświadczenie i cieszę się, że publiczność chce mnie słuchać także w takim repertuarze.

Skończył pan studia całkiem niedawno. Jeśli pamięć mnie nie myli, był to rok 2017. Ma pan już za sobą występy w wielu znakomitych teatrach operowych. Teraz odebrał pan nagrodę dla najlepszego młodego śpiewaka. Nie obawia się pan czasami, że ta karuzela kręci się trochę za szybko?

Muszę pana poprawić: w 2017 roku obroniłem pracę licencjacką. Studia magisterskie skończyłem zaledwie pół roku temu w czasie Cyrulika sewilskiego Gioachina Rossiniego w Londynie. Koledzy nawet się śmiali, że w trakcie prób w Royal Opera House muszę lecieć do Polski, żeby zaśpiewać recital dyplomowy.

Tym bardziej interesuje mnie odpowiedź na moje pytanie.

Był taki moment, kiedy miałem wrażenie, że rzeczywiście to wszystko toczy się trochę za szybko. W każdym projekcie byłem najmłodszy i najmniej doświadczony, a otaczali mnie ludzie, którzy na operze zjedli zęby. Czułem jednak, że to dobrze, gdy młody śpiewak znajduje się w takiej sytuacji i poznaje swoje miejsce w szeregu. Teraz powoli dochodzę do wniosku, że kolejne kontrakty, podpisane już parę lat temu, są odpowiednie na mój wiek.

Co sprawiło, że pianista postanowił się w pewnym momencie przebranżowić?

Zrozumiałem, że ćwicząc pół godziny dziennie, zaledwie przegrywając program na egzamin, niczego nie osiągnę. Czułem, że robię coś, co nie przynosi żadnego efektu. Pociągała mnie wtedy piłka nożna, ale mama powiedziała, że powinienem zachować kontakt z muzyką. Zdecydowałem się więc na śpiew i sądzę, że był to dobry pomysł.

Czy ma pan już jakieś ulubione miejsca na operowej mapie świata? Teatry, do których wraca pan najchętniej?

Numerem jeden jest z pewnością Covent Garden. Pracuję tam od 2017 roku w każdym sezonie, poza jednym, gdy panowała pandemia. Londyn jest świetnym miastem, lubimy z rodziną tam wracać. Numer dwa to Bayerische Staatsoper. Monachium ma w sobie coś z mojego rodzinnego Wrocławia, w którym ostatnio rzadko bywam i którego bardzo mi brakuje.

Wrocław to pana dom?

To cały czas nasza baza, tam przepakowujemy walizki.

Wspomniał pan o pandemii. Z jej powodu został odwołany pański debiut w Metropolitan Opera. Jakie są dalsze plany związane z Nowym Jorkiem?

Wszyscy mnie o to pytają, ale pan jest pierwszą osobą, której mogę potwierdzić, że kiedy córeczka skończy trzy lata, będziemy gotowi, by ruszyć za ocean. W tej chwili pewny jest mój udział w Madamie Butterfly Giacoma Pucciniego w 2026 roku. Są też jakieś plany dotyczące otwarcia sezonu 2025/2026 w MET, ale nie chcę niczego zdradzać, tym bardziej że sam utwór nie jest jeszcze napisany. To będzie bardzo współczesna inauguracja.

Czekamy zatem na szczegóły. Na koniec jedna ważna sprawa: Leo Nucci czy Ettore Bastianini?

Raczej Ettore Bastianini. Przez długi czas dominował Nucci, zresztą miałem okazję poznać go po jego recitalu w Zurychu. To wspaniały człowiek. Ale teraz bardziej przemawia do mnie głos Bastianiniego i wokalnie staram się iść właśnie w takim kierunku.

Jerzy Marchwiński (1935-2023)

Jacek Marczyński

Fot. Andrzej Świetlik

Nigdy nie starał się być na pierwszym planie. Mówił niewiele, lekko przyciszonym głosem, ale w sprawach muzycznych zawsze czynił to z pasją. Bo to, co Jerzy Marchwiński miał do powiedzenia, zwykle dotyczyło spraw fundamentalnych.

Dawał z sukcesem solowe recitale, chętnie uprawiał kameralistykę, grywając między innymi w znakomitym Kwartecie Mistrzów - z Konstantym Andrzejem Kulką, Stefanem Kamasą i Romanem Jabłońskim. Najpełniej jednak się realizował, pracując w duecie z instrumentalistą lub śpiewakiem czy śpiewaczką. Na ogół był to związek długoterminowy - jak mówił - dwustronnie intymny.

Mawiał też, że jest artystycznym monogamistą. Pierwszy taki związek, który stworzył z Konstantym Andrzejem Kulką, trwał niemal 15 lat. Potem były następne: ze Stefanem Kamasą, Andrzejem Hiolskim, Teresą Żylis-Garą, Maureen Forrester, z pierwszą żoną Haliną Słonicką i innymi znakomitymi artystami.

"W takim muzykowaniu, poza oczywistymi wymaganiami czysto profesjonalnymi i poza pewnym pokrewieństwem estetycznym partnerów, musi być spełniony jeden niezmiernie ważny warunek: wolność - podkreślał. - Układ partnerski bez poczucia wolności nie jest prawdziwym układem partnerskim. Tak jest nie tylko w muzyce, ale i w wielu dziedzinach, od polityki poczynając, na zwykłych stosunkach międzyludzkich kończąc. Jeżeli człowiek nie może się całkowicie zrealizować w działaniu z drugim człowiekiem, nie ma między nimi partnerstwa".

Było ono naczelną ideą, która przyświecała mu przez całe życie. Jego wieloletnie przemyślenia na ten temat materializowały się w kolejnych esejach. Niektóre z nich publikował w #, by potem zebrać w wydanej przez PWM książce Partnerstwo w muzyce.

Wielu artystom jego poglądy mogły zdawać się nieoczywiste, by nie powiedzieć - niedzisiejsze. A on tak przekonywał do nich studentów: "Pianista, który zaczyna pracować nad Podróżą zimową, musi przede wszystkim nauczyć się tekstu - jeśli to możliwe, na pamięć. Po niemiecku. Jeśli nie zna niemieckiego, musi sobie ten tekst przetłumaczyć, musi go zrozumieć, ale grać, interpretować powinien po niemiecku. Jeśli nie wie, o czym gra, jest to wykonanie niedoskonałe, niekonkretne, niepełne".

To przede wszystkim dzięki aktywności Jerzego Marchwińskiego pianistów towarzyszących innym instrumentalistom czy śpiewakom przestano u nas nazywać akompaniatorami, a zaczęto mówić o nich jako o partnerach. On sam nie ukrywał jednak, że nadal niektórzy artyści sami ograniczają się wyłącznie do roli akompaniatorów.

Partnerów starał się kształcić w założonej przez siebie Katedrze Kameralistyki Fortepianowej Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, której był wieloletnim kierownikiem. Tłumaczył studentom, że "partnerstwo z drugim człowiekiem opiera się na jednej podstawowej sprawie: na dialogu. Dwa monologi nie wystarczą. Żeby dialog istniał, konieczna jest wymiana myśli i wrażeń. Jednak podczas wspólnego grania niekoniecznie jeden partner ma zachwycać się drugim, czasem właśnie polaryzacja idei estetycznych jest czymś fenomenalnym. Przecież osobowości nie muszą być identyczne, wystarczy, jeśli są pokrewne czy kompatybilne".

Najtrwalsze i najpiękniejsze partnerstwo osiągnął z drugą żoną, Ewą Podleś. "Od początku wiedziałem, że spotkałem śpiewaczkę niezwykle odpowiedzialną, reagującą żarliwie, szalenie zaangażowaną w poszukiwanie prawdy artystycznej - tłumaczył przed laty. - Artystyczne partnerstwo w małżeństwie jest czymś fascynującym, choć często nie przypomina sielanki. W naszym życiu koncert trwa przez cały czas. To niezwykła sprawa".

Ewie Podleś towarzyszył na swoim pożegnalnym koncercie w Lincoln Center w 1998 roku, gdy niesprawność ręki zmusiła go do zaprzestania występów. Z ogromnym zaangażowaniem, a wręcz radością zajął się potem sprawami artystycznymi żony. Jeździł z nią do teatrów, w których śpiewała, był jej okiem i uchem. Gdy z czasem coraz większą trudność sprawiały mu dalekie i długie podróże, Ewa Podleś rezygnowała z wielu propozycji. W 2002 roku małżeństwo udzieliło długiego wywiadu, który PWM wydało w formie książkowej. Nosił oczywiście tytuł Razem w życiu i w muzyce.

Z tej książki wybrałem cytat na ostatnie pożegnanie Jerzego Marchwińskiego - nieco żartobliwy, ale świetnie oddający charakter tego artysty: "Przesłuchałem po latach nasze nagranie z Andrzejem Hiolskim pieśni Karłowicza i pomyślałem sobie, że zaniosę je Temu w górze, z brodą, i powiem: Panie Boże, byłem draniem, ale udało mi się zrobić coś takiego".

Operowe Oscary w Warszawie

Jawnuta Stanisława Moniuszki - wystawiona przez Teatr Wielki w Poznaniu - to najlepsze dzieło odkryte na nowo, a Andrzej Filończyk został najlepszym młodym śpiewakiem - oto polscy laureaci International Opera Awards 2023 roku, które rozdano w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Impreza pokazała, że operowy świat nie chce żyć wyłącznie przeszłością. Świadczą o tym choćby nagrody za działania na rzecz zrównoważonego rozwoju i ochrony środowiska (Holenderska Opera Narodowa) czy za programy społeczne i edukacyjne (La Monnaie w Brukseli). Twórcy nie unikają problemów współczesności - za przedstawienie roku uznano Wojnę i pokój Prokofiewa w reżyserii Dmitrija Czerniakowa w Staatsoper w Monachium, z udziałem artystów z Ukrainy, Mołdawii oraz dawnych azjatyckich republik sowieckich. Także najlepszym nowym dziełem okazał się utwór o wymowie politycznej: Folwark zwierzęcy według Orwella skomponowany przez Rosjanina Aleksandra Raskatowa, od lat dziewięćdziesiątych mieszkającego na Zachodzie. Pozornie naiwną Jawnutę Moniuszki włoska reżyserka Ilaria Lanzino zamieniła w spektakl o wykluczeniu, nienawiści i eksterminacji Romów. W pozostałych kategoriach nie było niespodzianek, może poza jedną: najlepszą śpiewaczką ogłoszono - pochodzącą z Ufy i robiącą błyskawiczną karierę - Ajgul Achmietszynę. Pokonała tak znakomite rywalki, jak El?na Garanča czy Ermonela Jaho. Najlepszym śpiewakiem został amerykański barytenor Michael Spyres, a najlepszym dyrygentem Antonio Pappano. Tytuł reżysera roku zdobył Barrie Kosky, najlepszego teatru - Bayerische Staatsoper w Monachium, a festiwalu - Aix-en-Provence. Nagrodę publiczności, o której zdecydowano w głosowaniu internetowym, organizowanym przez brytyjski magazyn "Opera", otrzymała Nadine Sierra. --JM, MC

Bydgoszcz miastem muzyki UNESCO

bydgoszcz.pl

Położona nad Brdą miejscowość uzyskała w tym roku tytuł miasta kreatywnego w dziedzinie muzyki. W Bydgoszczy prowadzonych będzie wiele nowych projektów - kolektywnie tworzona opera, prace badawcze oraz wydawnicze, działania edukacyjne czy rezydencje artystyczne. "Przyjęcie Bydgoszczy do sieci miast kreatywnych UNESCO to wyraz uznania dla wszystkiego, co działo i dzieje się w Bydgoszczy w dziedzinie muzyki. Muzyka i działające w mieście instytucje kultury od lat tworzą markę Bydgoszczy jako miasta tętniącego kulturą" - skomentował prezydent Rafał Bruski. Od 2015 roku tytułem tym mogą pochwalić się również Katowice. --MC

Filharmonia Kaliska pod ministerialnym parasolem

MKiDN

Resort kultury będzie współprowadził jedną z najmłodszych polskich filharmonii, założoną w 1974 roku z inicjatywy dyrygenta Andrzeja Bujakiewicza. Oznacza to dodatkowe środki w budżecie - co roku co najmniej 1 mln 220 tys. złotych. Instytucja ma na swoim koncie sukces, o którym podczas konferencji 8 listopada przypomniał szef resortu Piotr Gliński: "Orkiestra w 2014 roku zdobyła nagrodę Grammy za album Night in Calisia z udziałem Randy'ego Breckera i Włodzimierza Pawlika". Jak poinformował prezydent Kalisza, Krystian Kinastowski, współprowadzenie oznacza, że filharmonia będzie mogła ubiegać się o pieniądze na budowę długo wyczekiwanej siedziby. --MC

Znaniecki mówi adiós?

"Gazeta Wyborcza"

To byłaby krótka przygoda. W lipcu tego roku ogłoszono, że duet Janczak i Znaniecki przejmuje po Halinie Ołdakowskiej kierownictwo w Operze Wrocławskiej. Niespodziewanie Michał Znaniecki postanowił porzucić stanowisko zastępcy dyrektora do spraw artystycznych. Choć zaskoczeni byli wszyscy, a Tomasz Janczak twierdził, że nie ma pojęcia, co może być powodem odejścia reżysera, okazało się, że prawdopodobnie panowie są ze sobą w konflikcie. Znaniecki w krótkim komentarzu udzielonym Jackowi Marczyńskiemu wskazał jako przyczynę swojej decyzji ingerowanie w jego kompetencje i podważenie zadaniowego trybu pracy. Choć Janczaka z nazwiska nie wymienił, wszystko wskazuje, że o niego chodzi. Reżyser 16 listopada wystosował do pracowników opery mail, tłumacząc, że ambitne projekty, które miał zamiar realizować, "potrzebują konsekwencji i logiki, które były zagrożone decyzjami i priorytetami, których nie podziela". --MC

Filadelfijczycy w Chinach

"The New York Times"

Dla uczczenia 50-lecia pierwszej wizyty amerykańskiego zespołu symfonicznego w Chinach Orkiestra Filadelfijska wybrała się na specjalne tournée. Znaczenie obecnej trasy jest nie mniej istotne - niemal jednocześnie w San Francisco doszło do spotkania prezydenta USA Joe Bidena i przywódcy Chin Xi Jinpinga. Jak ocenił "The New York Times", stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Chinami osiągnęły najgorszy stan od czterech dekad. Obaj przywódcy podkreślali jednak znaczenie muzyki w łagodzeniu napięć. Biden wystosował do członków orkiestry list, w którym wyraził nadzieję, że ich działanie pomoże zbudować więzi kulturowe i będzie symbolem siły, jaką daje współpraca. W podobnym duchu wypowiedział się Xi Jinping. Amerykanie zagrali w Pekinie wspólnie z chińskimi muzykami, zabrzmiały między innymi Piąta Beethovena, uwertura do Kandyda Bernsteina oraz muzyka chińska. Wizyta spotkała się z krytyką - pisano, że ma nikły wpływ na rozwiązanie problemów, za to daje "kulturalną legitymizację" komunistycznej władzy. Do zarzutów na łamach "NYT" odniósł się szef orkiestry, Matías Tarnopolsky, podkreślając, że muzyka sprzyja dyplomacji i buduje humanistyczne wartości. --MC

PASSEGGIATA...

"The Guardian"

Po 60 latach od śmierci Édith Piaf znów ją usłyszymy. I nie chodzi o nagrania płytowe. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji "jej" głos będzie prowadził narrację w najnowszym filmie biograficznym, który powstaje w wytwórni Warner Music Group. W ten sposób francuska pieśniarka dołączy do "cyfrowo zrekonstruowanych" gwiazd, jak Andy Warhol czy Anthony Bourdain. Choć spadkobiercy Piaf wyrazili zgodę na to działanie, nie brakuje jego krytyków, wskazujących, że dokładnie przeciw tego typu praktykom skierowany był protest aktorów w Hollywood, a wielkie wytwórnie płytowe zaciekle walczą właśnie z takim wykorzystaniem SI na platformach streamingowych. Cóż, pecunia non olet! --MC

Classic FM, "The Telegraph"

Mniej brutalnie potraktowana została Maria Callas na stulecie swoich urodzin. Choć w przeszłości bywała już hologramem na specjalnych koncertach, tym razem jedynie cyfrowo pokolorowano i zrekonstruowano audiowizualne nagranie jej paryskiego debiutu z 1958 roku, podczas którego na widowni zasiedli między innymi Jean Cocteau, Charlie Chaplin, Brigitte Bardot i Aristotelis Onasis. Zadania podjął się reżyser i producent Tom Volf, autor filmu Maria by Callas, a efekt można oglądać w kinach na całym świecie. W Polsce film prezentowany będzie do 17 grudnia. --MC

minnesotaorchestra.org

Na pomysł koncertu, w którym zespół symfoniczny wystąpi bez dyrygenta, wpadła Minnesota Orchestra, a konkretnie jej dyrektor Thomas S?nderg?rd. Chciał w ten sposób zachęcić muzyków, by bardziej słuchali siebie nawzajem, sprawniej reagowali - i to bez kogoś, kto zza pulpitu wskazuje każdy takt i frazę. Nihil novi sub sole! Jednym z najstarszych zespołów z założenia grających bez dyrygenta jest Pražský komorní orchestr (Praska Orkiestra Kameralna), inne to nowojorska Orpheus Chamber Orchestra czy Spira Mirabilis, założona we Włoszech w 2007 roku. W Polsce od lat gra tak choćby Radomska Orkiestra Kameralna. --MC

"Corriere Fiorentino", "La Nazione"

Bardziej spektakularna nieobecność zdarzyła się w Teatro del Maggio Musicale we Florencji, gdzie 14 listopada odbyła się premiera Cyganerii bez... orkiestry. Powodem był strajk artystów, wywołany sporem między związkami zawodowymi a centralną organizacją zrzeszającą muzyków operowych i symfonicznych. Część związków podpisała porozumienie, ale nie ten, do którego należała większość członków florenckiego zespołu. Zastąpił ich pianista. --MC