Ruch Muzyczny nr 15-16/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.90 zł
6.56 zł (6,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#15-16 2021 rok LXV

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyDaniel Cichy

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

[email protected]

Festiwale, koncerty

Krzysztof Stefański

[email protected]

Muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

[email protected] Micał[email protected]

Muzyka współczesna, książki, płyty

Adam Suprynowicz

[email protected]

Michał Mendyk

[email protected]

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Redaktorzy seniorzy

Józef Kański, Olgierd Pisarenko

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

[email protected]

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

[email protected]

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz [email protected]

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa

[email protected]

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Redakcja czynna od godz. 10.00 do 15.00

Adres

ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: [email protected]

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

Ruch Muzyczny

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce Monika Kaźmierczak, fot. Paweł Stelmach

OD REDAKCJI

ESTETYKA PLENEROWEGO DOŚWIADCZENIA

Daniel Cichy

Fot. Bartek Barczyk/PWM

Wakacyjny sezon w pełni. Jeszcze dwa lata temu o tej porze melomani przemierzaliby Europę wzdłuż i wszerz, odwiedzając festiwalowe imprezy, słuchając koncertów na dziedzińcach i rynkach, oglądając opery wystawiane w ruinach i nad jeziorami. Wzruszaliby się muzyką wykonywaną w miejskich parkach i koncertowych muszlach, z kieliszkiem lekkiego alkoholu w ręku słuchaliby pogadanek studentów muzykologii, w przerwach między dźwiękowymi wrażeniami racząc się mniej lub bardziej wyrafinowanymi kulinariami, w południe zwiedzając muzea i zabytki, nocując w czekających na kulturalnych obieżyświatów hotelach i pensjonatach. Bo letnie poszukiwanie estetycznych wrażeń od lat nie tylko napędzało turystyczny biznes, ale i hołdowało tradycji odbioru kultury w mniej formalnych warunkach. Do tego prowokowało organizatorów do realizowania coraz bardziej śmiałych ambicji artystycznych i podejmowania karkołomnych zadań logistycznych, wreszcie stanowiło dla urlopowanych w instytucjach kultury artystów okazję do uzupełnienia domowego budżetu.

Co ciekawe, pandemiczna rzeczywistość okazuje się najbardziej dla tego typu przedsięwzięć łaskawa, o czym świadczą odradzające się letnie festiwale i popularne wydarzenia plenerowe. Być może to kwestia wakacyjnego luzu i poczucia bezpieczeństwa, gdy przebywamy z innymi w otwartej przestrzeni. Nie bez znaczenia pewnie są dające znać o sobie zmęczenie nieustannym rubato w walce z szalejącym koronawirusem, frustracja muzyczną streamingozą i wydarzeniami "w formule online", tęsknota za obcowaniem z prawdziwą sztuką dźwięków i kontaktem z artystami, którzy nie skrywają się za okiem kamery i uchem mikrofonu. Tak czy inaczej, łapiemy w wakacyjnych miesiącach oddech i chętnie korzystamy z niezamkniętej w czterech ścianach oferty kulturalnej.

Podążając więc tropem letnich doświadczeń artystycznych, i my przyjrzeliśmy się fenomenowi muzyki w plenerze. Danuta Gwizdalanka, jak zwykle ze swadą i humorem, kreśli historyczny szkic na temat utworów prezentowanych a to na wodzie, a to ze sztucznymi ogniami w tle, sięgając jednocześnie do antycznych źródeł muzycznej aktywności. Wioleta Żochowska szuka w twórczości bliższych nam kompozytorów dzieł, dla których konkretna przestrzeń stanowi niezbędne pudło rezonansowe lub jest jednym z wpisanych w partyturę instrumentów. Współczesnym produkcjom operowym, rozgrywanym w przestrzeniach naznaczonych bogatą historią, ale i takim, dla których naturalną scenografię tworzy pustynny piach, przygląda się Jacek Marczyński. Michał Nowak z kolei, w rozmowie z organizatorami wydarzeń plenerowych, podejmuje temat wyzwań i ograniczeń tego typu imprez, zagrożeń wynikających z konieczności wzmacniania dźwięku technologią czy ze zniecierpliwienia okolicznych mieszkańców.

A na deser proponujemy rozmowę z etatową carillonistką Moniką Kaźmierczak. Gdańska artystka gra na instrumencie, którego brzmienie - jak żadnego innego - wpisane jest w sonosferę miasta, a celowymi i przypadkowymi świadkami wykonania utworu są tysiące mieszkańców i turystów. Bohaterka okładkowej rozmowy dzieli się niezwykłymi dziejami gdańskich carillonów, zdradza tajniki tego monumentalnego instrumentu, opowiada o repertuarze - tym dawnym i współczesnym.

Ale łamy bieżącego # nie zapełniliśmy tylko tematem wakacyjnie atrakcyjnym. W ostatnich dniach środowisko muzyczne obiegły smutne wieści. Nie obejrzymy już nowych inscenizacji operowych w reżyserii Grahama Vicka. Piórem Tomasza Szachowskiego żegnamy Wojciecha Karolaka, legendę polskiego jazzu, której już nie posłuchamy podczas piwniczego jam session. Swoją zaangażowaną twórczością nie zaskoczy nas już Frederic Rzewski, którego dokonania przypomina Krzysztof Kwiatkowski, a legendarny Louis Andriessen nie zaprosi już młodych kompozytorów do swojej pracowni przy Keizersgracht 740 w Amsterdamie. Mistrza wielu generacji twórców żegnają przyjaciele i studenci...

Cytat numeru:

Muzyka W PLENERZE to fenomen bardziej ludyczny niż estetyczny

--Danuta Gwizdalanka

AKTUALNOŚCI

GRAHAM VICK. Outsider robił swoje

Zmarł nagle i W PEŁNI SIŁ wskutek powikłań covidowych. Graham Vick był artystą ŚWIATOWEGO FORMATU, nam pozostawił niezwykłą interpretację niedocenianej Parii Moniuszki

Graham Vick w otoczeniu statystów po spektaklu Paria Stanisława Moniuszki, Hala Arena, fot. Bartek Barczyk/dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Poznaniu

Należał do pokolenia brytyjskich reżyserów, którzy w ostatnich dekadach XX wieku odmienili teatr operowy. Obok Richarda Jonesa, Davida Pountneya czy Keitha Warnera był chyba twórcą najbardziej niezwykłym. Wszyscy oni w młodości zafascynowali się operą. Postanowili zająć się nią profesjonalnie, bo uznali, że w swym kształcie teatralnym wymaga głębokich przemian. Pierwszą propozycję reżyserską dostał od Scottish Opera, gdy miał 24 lata, i ta premiera odmieniła jego życie.

Poruszał się swobodnie po całej historii opery - od Monteverdiego do Stockhausena. Istotą niemal wszystkich jego interpretacji był konflikt. Pojawił się już w głośnej Koronacji Poppei zrealizowanej w Bolonii w 1993 roku, którą Vick rozegrał w XIX-wiecznym salonie bogatego przemysłowca. Tworzył spektakle kameralne i wielkie widowiska, jak Aida nad Jeziorem Bodeńskim na Festiwalu w Bregencji w 2010 roku. Z wody wystawały wówczas dwie olbrzymie niebieskie stopy ze złotymi gwiazdami. Tyle zostało z gigantycznego monumentu zniszczonego przez nieznany kataklizm. Gdy w trakcie przedstawienia budowlane dźwigi wydobywały z jeziora fragmenty posągu i składały go jak puzzle, okazywało się, że to nowojorska Statua Wolności. Historię miłosną etiopskiej niewolnicy i egipskiego wodza Vick przeniósł w niejasną przyszłość, w której mocno została nadszarpnięta potęga Ameryki. Zmuszona do wojny przeciw barbarzyńskiej Etiopii, porzuciła reguły demokratyczne, hołdując terrorowi i opresji.

Często igrał z historycznym czasem i kostiumem, chętnie używał wyrazistych symboli. W 1997 roku Verdiowskim Makbetem wprawił w osłupienie publicznoścć La Scali, nieprzyzwyczajoną do takiego myślenia o teatrze. Głównym elementem scenografii był olbrzymi przekrzywiony sześcian. Kiedy lady Makbet w krwistoczerwonej sukni wchodziła w nim do góry po równie czerwonych schodach, powstał wyrazisty portret zmierzającej po władzę kobiety, która nie zawaha się popełnić zbrodni. Szok włoskich widzów przemienił się w owację, która po premierze trwała kwadrans. W inscenizacji Pierścienia Nibelunga w Teatro Massimo w Palermo (2013-2016) scenę zaludnił postaciami w dresach i legginsach. W tetralogii Wagnera odnalazł obraz naszego niespokojnego świata, w którym szerzy się terroryzm.

W podobny sposób spojrzał na poczciwą Parię Moniuszki, którą w Hali Arena zrealizował z zespołami Teatru Wielkiego w Poznaniu. W tej konwencjonalnej XIX-wiecznej opowieści orientalnej odnalazł czytelne odwieczne napięcia, niezmienną od wieków hierarchię społeczną i władzę potrafiącą sterować masami. Poznańska Paria to spektakl należący do specyficznego, autorskiego nurtu twórczości Grahama Vicka, który tradycyjne opery wystawiał w wielkich przestrzeniach, bez podziału na wykonawców i widownię. Do najgłośniejszych takich inscenizacji należy Chowańszczyzna Musorgskiego zrealizowana w cyrkowym namiocie w Birmingham. W 2015 roku wyróżniono ją International Opera Award jako najlepszą premierę sezonu. Historię opartą na autentycznych wydarzeniach w XVII-wiecznej Rosji Vick przełożył na obraz konfliktów współczesnego świata, ukazując machinacje finansowych i politycznych potentatów, słabość liberałów i zapiekłość fundamentalistów protestujących przeciwko aborcji czy małżeństwom jednopłciowym. W Chowańszczyźnie udowodnił też, że opera nie jest sztuką zastrzeżoną dla artystów o szczególnych umiejętnościach - w inscenizacji brał udział 140-osobowy chór złożony z wolontariuszy.

Reżyserował w wielu krajach i teatrach, ale miejscem szczególnym było dla niego Birmingham, gdzie w 1987 roku stworzył Birmingham Opera Company i kierował nią przez wszystkie lata, stawiając sobie za cel dotarcie do nowej publiczności. Jego motto brzmiało: "Nie musisz być wykształcony, żeby opera cię poruszyła i zachwyciła".

"Opera jest teatrem - powiedział w jednym z wywiadów. - Pokazanie Cyganerii w pubie z fortepianem może być bliższe oryginałowi Pucciniego niż gwiazdorskie wykonanie koncertowe. W Birmingham od lat eksperymentujemy z alternatywnymi sposobami dzielenia się operami z widzami. Zrobiliśmy na przykład The Ring Saga, opracowawszy Pierścień Nibelunga na 18 muzyków oraz 12 śpiewaków. Zdobywamy w ten sposób dla Wagnera nowych widzów. Nie odżegnuję się od współpracy z wielkimi teatrami, bo dają mi przywilej kontaktu z wybitnymi artystami, ale nie poświęcę na to całego roku".

Może dlatego brytyjski "Guardian" nazwał go kiedyś "outsiderem robiącym swoje", choć nigdy nie myślał wyłącznie o własnych aspiracjach. Przez lata walczył o fundusze dla opery, obcinane przez brytyjską Arts Council, i o to, by w czasach, gdy państwowy patronat przestaje działać, artyści wyszli z wieży z kości słoniowej i zaczęli kontaktować się ze społeczeństwem. Tej walce poświęcił się w czasie pandemii. Brytyjski outsider bywał wszakże doceniany. Kilka miesięcy temu jego inscenizacja Parii z poznańskiego Teatru Wielkiego otrzymała International Opera Award w kategorii opera odkryta na nowo. Drugą taką nagrodą - za działalność edukacyjną - uhonorowano w 2021 roku Birmingham Opera Company. A królowa Elżbieta II nadała Grahamowi Vickowi tytuł szlachecki. Nie traktował tych wyróżnień jako podsumowania swej działalności. Miał przecież jeszcze wiele planów. Zmarł w wieku 67 lat. --JM

Don Giovanni bez Don Giovanniego

theairportsociety.com

Czasami opłaca się pójść pod prąd operowej tradycji. Nawet w Austrii, gdzie publiczność raczej chłodno podchodzi do niekonwencjonalnych rozwiązań. Przekonali się o tym reżyser Krystian Lada i autorka kostiumów Natalia Kitamikado, którzy zajęli drugie miejsce w prestiżowym konkursie reżyserii i scenografii operowej Ring Award w Grazu. Duet otrzymał nagrodę regionu Styrii oraz zaproszenia do realizacji premier w kilku europejskich teatrach operowych.

Finałowe zespoły miały dwa tygodnie na przygotowanie finału opery Mozarta Don Giovanni. Zespół Krystiana Lady zaproponował Don Giovanniego bez Don Giovanniego. Wokalne partie tytułowego bohatera opery zostały podzielone między pozostałe postaci na scenie, zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Swoją koncepcję twórcy określają mianem Syndrom Don Giovanniego. "Gdy składaliśmy naszą koncepcję w 2019 roku, brzmiało to trochę jak fantastyka rodem z filmów Bu?uela czy dramatów Sartre'a. Dziś, po doświadczeniu globalnej pandemii, jest to poniekąd refleksja nad współczesnymi nam wydarzeniami: nie ma jednej tylko osoby odpowiedzialnej za to, co się wydarzyło, wszyscy jesteśmy w tym razem. W naszej koncepcji skupiliśmy się na intersekcjonalności i społecznej współodpowiedzialności" - wyjaśnia Krystian Lada. "Rozkład społecznych relacji, ale również każdej z postaci indywidualnie jest odzwierciedlony w scenografii i kostiumach. Sceniczne obrazy morfują od hiperrealistycznego salonu w posiadłości komandora do egzystencjalnej klatki na zniszczonej przez kataklizmy planecie Ziemi. Komandor powraca w finałowym akcie jako asteroida niosąca ostateczną zagładę dla ludzkości" - dodaje Natalia Kitamikado.

Austriacka prasa doceniła inscenizację, opisując ją jako "zdecydowanie najbardziej radykalną" spośród trzech finałowych propozycji ("Kronen Zeitung") i "prezentującą porywający punkt widzenia" ("Kleine Zeitung"). W nagrodę zespół Krystiana Lady otrzymał zaproszenia do zrealizowania premier w teatrach operowych, których dyrektorzy zasiadają w jury konkursu. Będą to nowa inscenizacja Króla Rogera Karola Szymanowskiego na scenie Staatstheater Cottbus (14 maja 2022 roku) oraz pasticcio operowe oparte na fragmentach dzieł Verdiego autorstwa Lady dla królewskiej opery La Monnaie w Brukseli (premiera wiosną 2024 roku). Premiera konkursowego opracowania Don Giovanniego zostanie zrealizowana w całości na scenie opery w St. Gallen w sezonie 2023-2024.

Dodajmy, że do konkursu Ring Award, który obchodzi w tym roku 25-lecie istnienia, zgłosiła się rekordowa liczba 126 zespołów reprezentujących 326 uczestników i 32 narodowości. W 17-osobowym jury zasiadają dyrektorzy i dyrektorki europejskich teatrów operowych, od królewskiej opery La Monnaie w Brukseli, przez Deutsche Oper w Berlinie i Semperoper w Dreźnie, po teatry w Bazylei, Pradze, Wiedniu i Montpellier. --MAK

Serce pękło mu tylko raz

pap.pl

Mija dokładnie 500 lat, odkąd krakowianie po raz pierwszy usłyszeli głos dzwonu Zygmunt. Ufundowany przez króla Zygmunta Starego, jest dziełem ludwisarza z Norymbergi - Hansa Behama. Na wieży katedry na Wawelu dzwon umieszczono 9 lipca 1521 roku, a kilka dni później - 13 lipca, w dniu św. Małgorzaty, rozkołysano go po raz pierwszy. W 500 rocznicę tego wydarzenia jego dźwięk był w Krakowie słyszany dwukrotnie: o 17.15 oraz o 21.00, kiedy to odpowiedziały mu dźwiękiem wszystkie dzwony w mieście.

Długość dzwonienia Zygmunta jest określona ordynacją krakowskiej kapituły katedralnej z 1888 roku i wynosi osiem minut. Dzwon nadal pełni funkcję, dla której został wykonany. "To rzecz wyjątkowa, bo Zygmunt od pół tysiąca lat nieprzerwanie oznajmia Polakom radosne i smutne chwile, jest świadkiem tego, co wydarzyło się od 1521 roku. Niewiele jest na świecie tak spektakularnych rocznic, tradycji wciąż żywych, trwających niezmiennie" - mówił PAP Marcin Biborski, jeden z wawelskich dzwonników i autor wspomnień Dzwoniąc Zygmuntem. Zygmunt był symbolem potęgi Polski Jagiellonów. Na kielichu dzwonu umieszczono napis w języku łacińskim: "Bogu najlepszemu i największemu i dziewicy Bogurodzicy, Świętym patronom swoim Wielki Zygmunt król Polski dzwon ten wielkością godny umysłu oraz czynów swoich kazał wykonać w roku 1520". Są tam także dwie plakiety, przedstawiające św. Stanisława - patrona Polski i św. Zygmunta - patrona króla.

Dzwon odzywa się podczas świąt liturgicznych i w chwilach ważnych dla Polaków. Przy specjalnych okazjach bije dłużej. Najdłużej, bo przez ponad godzinę, jego głos niósł się nad miastem podczas pogrzebu marszałka Józefa Piłsudskiego w 1935 roku. Dzwon zamilkł podczas świąt Bożego Narodzenia w 2000 roku, bo pękło jego serce. Po odlaniu i wykuciu nowego ponownie zabrzmiał w Wielką Sobotę 2001 roku. Zygmunt waży prawie 13 ton, a jego całkowita wysokość - z jarzmem i sercem - to 450 cm. Bicie dzwonu usłyszeć można aż do 30 km. Dla zapewnienia prawidłowego wychylenia Zygmunta potrzebna jest równoczesna praca 12 dzwonników, którzy ciągną za liny. --MAK

Salzburgowi wirus niestraszny

salzburgerfestspiele.at

W 2021 roku Festiwal Salzburski może odbyć się bez ograniczeń - zapewniają organizatorzy i dodają, że "koncepcja zabezpieczenia higienicznego, która została po raz pierwszy wprowadzona w roku ubiegłym, odniosła sukces. Festiwal pomimo ograniczeń odbył się i nikt z publiczności ani z wykonawców nie zaraził się koronawirusem".

W związku z tym, że wzrósł procent osób zaszczepionych i zwiększyła się dostępność testów, można było się zdecydować na wiele poluzowań - w porównaniu z rokiem poprzednim - w zabezpieczeniu pandemicznym. Lukas Crepaz, dyrektor wykonawczy festiwalu, podkreślił, "że napawa go wielką radością fakt, że można znowu zorganizować festiwal - przy zachowaniu odpowiednich zasad - który będzie bezpieczny dla publiczności". Festiwal potrwa do 31 sierpnia. Tylko w ubiegłym miesiącu trafiło do sprzedaży ponad 70 tysięcy biletów.

Niestety o dawnej spontaniczności można tylko pomarzyć. Organizatorzy przygotowali bowiem długą listę rozmaitych warunków, które trzeba spełnić, by uczestniczyć w wydarzeniach. I tak, każdy bilet jest spersonalizowany: ma wydrukowane imię, nazwisko, telefon i adres poczty elektronicznej właściciela, aby w razie zagrożenia COVID-19 móc jak najszybciej zareagować i prześledzić przemieszczanie się osoby zakażonej. Wstęp na imprezy festiwalowe możliwy jest wyłącznie dla osób przetestowanych, zaszczepionych i ozdrowieńców. Podczas kontroli biletów widzowie będą proszeni o okazywanie "zielonych paszportów". Testy (także u dzieci powyżej 6 roku życia) mają być wykonane 48 lub 72 godziny przed imprezą, w której chce się uczestniczyć. W mieście i landzie Salzburg będą dostępne bezpłatne, otwarte dla wszystkich "Teststrassen". To nie koniec ograniczeń: artyści i artystki, współpracowniczki i współpracownicy festiwalu będą podzieleni na trzy grupy: czerwoną, pomarańczową i żółtą. W każdej z nich mają obowiązywać ściśle określone zasady dotyczące poruszania się i kontaktów. Najwięcej obostrzeń czeka osoby z grupy czerwonej. W tym wypadku wymagane są zachowywanie dystansu, noszenie masek podczas przemieszczania się, testy antygenowe przynajmniej raz na trzy dni, testy PCR raz na dwa tygodnie. Na koniec coś na pocieszenie: wydarzenia festiwalowe mogą odbywać się z antraktami, a punkty gastronomiczne w obiektach festiwalowych będą czynne.

--MD, MAK

Republika daje i wymaga

AFP, "Diapason"

Kryzys związany z pandemią jeszcze się nie skończył. Dlatego specjalny tymczasowy fundusz solidarnościowy dla artystów i techników (FUSSAT), uruchomiony przez rząd 16 września 2020 roku, będzie nadal działał - zapowiada komunikat prasowy Ministerstwa Kultury Francji. Fundusz jest skierowany do tych, którzy nie mogą skorzystać ze środków z innych źródeł. Oferowane są dwa rodzaje pomocy: pierwsza to wypłata w wysokości 1500 euro (między innymi dla występujących głównie za granicą, jeśli dwa lub trzy ich występy zostały odwołane z powodów pandemicznych); druga przeznaczona jest dla osób, które musiały przerwać pracę, a są zatrudnione przez prywatnych pracodawców. Mogą się ubiegać o pomoc w wysokości 150 euro za każdy odwołany dzień (limit - 10 dni). Ta ostatnia pomoc może być połączona z jednorazowym zryczałtowanym wsparciem w wysokości 1500 euro. Ministerstwo Kultury zamierza w ten sposób wypełnić niektóre luki prawne, umożliwiając przetrwanie artystom i technikom, którzy z tego czy innego powodu nie są uprawnieni do pomocy w powrocie do pracy.

Tymczasem festiwalowe, muzyczne lato we Francji rozpoczęło się kiepsko. Wczasowicze preferują raczej plaże i otwarte przestrzenie niż gmachy teatrów czy sale koncertowe. "Oczywiście jest za wcześnie na ocenę - mówi Paul Fournier, prezes France Festival - ale pierwsze podsumowania z kas biletowych pokazują, że publiczność jest raczej zdystansowana". Sprzeciw organizatorów imprez kulturalnych budzi także to, że rząd, de facto z dnia na dzień, nakazał kontrolę przepustek sanitarnych niemalże podczas wszystkich wydarzeń artystycznych, choć wcześniej taki przepis dotyczył tylko imprez z ponad tysiącem widzów. Ponadto pojawił się inny problem - nad Sekwaną brakuje pracowników, którzy mogliby sprawdzać testy, aplikacje, ochraniać obiekty. Popyt na ich usługi jest bardzo duży, ale procent zaszczepienia dwiema dawkami ewentualnych kandydatów - niewielki. Organizatorzy letnich festiwali narzekają też, że państwo, zamiast narzucać szybkie wprowadzanie ograniczeń, powinno prowadzić dialog z pracodawcami, przekazując im z wyprzedzeniem jasne wskazówki odnośnie do restrykcji. Przyspieszyłoby to otwarcie branży. "Kultura często stawiana jest przed faktem, co nie sprzyja dobrej organizacji pracy, a przecież przygotowanie letniego festiwalu czy koncertu z odpowiednimi zabezpieczeniami i przeszkolonym personelem nie jest dziś tak szybkie i łatwe jak kiedyś. Poza tym wcale nie ma tak wielu chętnych, którzy chcieliby pracować przy imprezach kulturalnych, nie mając pewności, że nie zostaną zakażeni koronawirusem" - czytamy. --MD, MAK

Tylko fortepianu brak

wiadomości.onet.pl

Samochody z GPS, biura na terenie Sejmu, kawa na piętrze - te i inne postulaty zgłaszali posłowie podczas posiedzenia komisji finansów publicznych w połowie lipca. Falę komentarzy wywołał poseł Tadeusz Cymański (Solidarna Polska), który domagał się... fortepianu.

Warto zauważyć, że nie jest to postulat nowy. Cymański mówił o potrzebie zakupienia tego instrumentu już w 2007 roku i regularnie o tym przypomina. "Polska jest jedynym krajem, który w swoim parlamencie nie ma fortepianu" - zauważa polityk i przekonuje: "Nie chodzi o to, że ja sobie pogram, bo nie jestem muzykujący, ale w dobrej rezydencji, na uczelniach, w konsulatach i parlamentach, wszędzie fortepian jest w dobrym tonie. [...] Poza tym muzyka łagodzi obyczaje, a u nas jest co łagodzić". W zeszłym roku na posiedzeniu tej samej komisji poseł używał nawet mocniejszych słów: "Ubóstwo, dziadostwo! Jest to kraj Fryderyka Chopina! W czasach komuny był tutaj fajny fortepian Bechstein. Jak upadło barbarzyństwo, zniknął fortepian. Bez komentarza".

Bez komentarza nie pozostawili sprawy internauci. Radek Sikorski, były minister spraw zagranicznych, obecnie europoseł, napisał na Twitterze: "Jesteśmy krajem Kopernika i mamy w Sejmie kosmos". "Jesteśmy krajem Marii Skłodowskiej-Curie, a nie mamy w Sejmie reaktora atomowego" - żartował Bartosz Wieliński z "Gazety Wyborczej". "Jesteśmy też krajem Vadera i Behemotha. W Sejmie nie ma gitar elektrycznych i perkusji" - dodał Rafał Mrowicki z "Wirtualnej Polski". Cymański zwracał jednak uwagę na ekonomiczny aspekt zakupu przez parlament własnego instrumentu: "Gdy odbywa się jakiś koncert w Sali Kolumnowej, fortepian trzeba pożyczać. Nawet ekonomicznie rzecz biorąc, zamawianie transportu, strojenia i tego wszystkiego jest niepoważne. Instrument przydałby się także podczas różnych uroczystości, na przykład spotkań wigilijnych".

Jak donoszą media, zakup fortepianu na tle innych wydatków Sejmu nie wydaje się aż tak kontrowersyjny. Radio Zet przypomina, że "niedługo przed dymisją marszałka Kuchcińskiego zlecono remont sejmowego salonu fryzjerskiego, na co z pieniędzy podatników poszło 146 tys. zł. Później, już po dymisji, przeznaczono 20 tys. na wyposażenie. Kosztował też coctail bar, gdzie za 21 tys. zł zainstalowano klimatyzację. Wcześniej za 110 tys. zł wymieniono też nawierzchnię siłowni". Pocieszeniem dla posła Cymańskiego może być to - co odnotowuje portal Business Insider - że w Kancelarii Prezydenta zdecydowano o zwiększeniu kwoty I nagrody w Konkursie Chopinowskim, której prezydent jest fundatorem. Podczas XVII Konkursu wynosiła 30 tys. euro, teraz to 40 tys. euro. --MC, MAK