OD REDAKCJI
DLA KOGO JESTEŚMY?
Dominika Micał
Fot. archiwum prywatne
Przez sześć lat ogólnokształcącej szkoły muzycznej II stopnia (którą wspominam bardzo dobrze i której nauczycielom wiele zawdzięczam), na prawie każdym koncercie, apelu czy zebraniu słyszałam, że uczęszczam do placówki "elitarnej". Że jest nas w niej niewielu, że aby się do niej dostać, trzeba przejść egzamin wstępny, a koszt naszej nauki przewyższa znacznie kwotę potrzebną do utrzymania ucznia w "zwykłej" szkole. Przymiotnik "elitarny", mający buntujących się nastolatków motywować do cięższej pracy i porządnego zachowania, stanowił dla nas nieustanny powód do żartów, zwłaszcza kiedy celowo postępowaliśmy wbrew oczekiwaniom naszych pedagogów. Czy jednak, choć śmialiśmy się z tego określenia, nie daliśmy sobie podświadomie wmówić, że jesteśmy w jakiś sposób nadzwyczajni? Że muzyka klasyczna należy do innego świata, do którego my - wybrani - otrzymaliśmy dostęp?
Jak się okazuje, nie tylko ja miałam takie doświadczenie, lecz także Mateusz Borkowski (i pewnie uczniowie innych szkół), w swoim eseju mierzący się z wpajanym nam przekonaniem o wyjątkowości naszej pozycji i szukający dróg wyjścia z rzekomej elitarności czy hermetyczności muzyki klasycznej. Zadanie to trudne, gdyż takie przekonanie jest przecież po części uzasadnione - nawet dziś nie każdy może sobie pozwolić na jej naukę i regularne słuchanie (zwłaszcza na żywo). Uczestnictwo w tej dziedzinie sztuki, zajęciu bez oczywistego wymiaru praktycznego, wymagającym wolnego czasu i chociaż odrobiny pieniędzy i zachodu, stanowi przywilej, z którego warto sobie zdawać sprawę. Także we współczesnym społeczeństwie, głoszącym idee egalitaryzmu i inkluzywności.
Ale czy muzyka poważna, a obok niej choćby teatr czy literatura tak zwane wysokie, były kiedykolwiek ofertą masową i w pełni egalitarną? Czy ich dostępność nie zależała od kapitału finansowego i kulturowego? Czy więc oczekiwanie, że trafią do wszystkich (albo chociaż do wielu), nie jest marzeniem ściętej głowy? Anna Proszowska-Sala, w rozmowie z Mateuszem Ciupką, stara się nas przekonać, że możemy zyskiwać nowych słuchaczy. Że skoro muzyka sama w sobie jest propozycją wartościową i atrakcyjną, to jako taką trzeba ją pokazywać. Wykonawca czy kompozytor nie może zamykać się w wieży z kości słoniowej, trwać w splendid isolation (choćby nie wiem jak głęboko wpojonej nam w szkołach muzycznych), ma wyjść do swojego słuchacza, poznać go i dać poznać siebie. Mateusz Borkowski dostrzega nadzieję w edukacji oraz w dostosowaniu przekazu do odbiorcy, unikaniu sztucznej otoczki wyniosłości i niedostępności. Ja jednak chciałabym zapytać przewrotnie - czy opery i festiwale muzyki dawnej nie dlatego są dzisiaj bardziej oblegane niż filharmonie, że właśnie w nich mamy poczucie obcowania z czymś luksusowym, drogim i jednak trochę snobistycznym? Jak ma się uczestnictwo w wydarzeniach artystycznych do aspiracji społecznych? Jak zwykle pytania się mnożą.
Ziemowit Socha, jakby kierując się zaleceniem Anny Proszowskiej-Sali, starał się dowiedzieć czegoś o słuchaczach i wykonawcach (oraz antysłuchaczach i antywykonawcach) poważnej muzyki współczesnej. Z przeprowadzonych z profesjonalistami rozmów wyciągnął wnioski nienapawające optymizmem, ale konieczne do przepracowania. Dopiero znając argumenty przeciwników muzyki współczesnej (czy jakiejkolwiek innej), możemy działać na rzecz zmiany ich spojrzenia. Przekonania rozmówców Ziemowita Sochy szczęśliwie kontrapunktuje przekonanie Seong-Jina Cho, że to właśnie przez muzykę współczesną - dynamiczną i emocjonalną - można dotrzeć do nowych odbiorców.
A wszyscy czworo zapewne zgodziliby się co do jednego (i jest to stara dobra retoryczna zasada): jeśli chcemy grać, mówić czy pisać, powinniśmy dobrze wiedzieć, dla kogo to robimy.
PS Kiedy Państwo biorą do rąk ten numer #, wyniki Konkursu Chopinowskiego nie są już tajemnicą. Podsumujemy te zmagania w kolejnym #, a tymczasem zapraszamy do czytania zamieszczonych obok tekstów naszych konkursowych felietonistów.
Cytat numeru:
JESTEŚMY częścią ŚWIATA, nie branży
--Anna Proszowska-Sala
AKTUALNOŚCI
KONKURS TO DOPIERO POCZĄTEK
Aleksander Dębicz
Fot. Adam Golec
Kiedy redakcja # zaproponowała mi napisanie felietonów wokół Konkursu Chopinowskiego, w pierwszej chwili chciałem odmówić. Ci, którzy kojarzą moją działalność artystyczną, mogą odnieść wrażenie, że jest ona raczej zaprzeczeniem konkursowej drogi. Jednak po chwili uświadomiłem sobie, że konkursy muzyczne odegrały ogromną rolę także w moim życiu zawodowym, nawet jeśli w wielu z nich nie odniosłem żadnego sukcesu. Zacząłem się też zastanawiać nad samą ideą konkursu i doszedłem do zaskakującego wniosku, że konkursy muzyczne są sprawiedliwe.
Muzyk, który decyduje się na udział w konkursie, wie, że czekają go długie przygotowania, okupione wieloma wyrzeczeniami. Przy dobrym planowaniu nie musi to być wcale gehenną, wręcz przeciwnie - może okazać się ekscytującym okresem w życiu. Zawsze wiąże się on jednak z intensywną i twórczą pracą, która przesłania wszystko inne, oraz z narastającymi, często sprzecznymi emocjami. Ekscytacja miesza się z poczuciem bezsilności, pasja do działania - z paraliżującym stresem. Te uczucia wynikają oczywiście z przemożnej chęci osiągnięcia sukcesu, którą ma każdy uczestnik, bez względu na to, co deklaruje.
Kiedy więc młody artysta - wspierany przez swojego pedagoga i najbliższych - po żmudnym okresie przygotowań stanie na estradzie międzynarodowego konkursu, przeżywa wielką chwilę. Często już na początku zyskuje uznanie nie tylko jurorów, którzy dopuszczają go do kolejnego etapu, ale i publiczności, a nawet profesjonalnych komentatorów. Kolejny występ tylko wzmaga zaangażowanie obserwatorów, zaczynających już typować laureatów spośród tych artystów, którzy wzbudzili ich największy entuzjazm. Recital trzeciego etapu to prawdziwa euforia. Młody muzyk odbiera gratulacje od nieznanych mu dotąd osób, przeżywa chwile artystycznego spełnienia, których nie może mu już przysłonić zanikająca z chwili na chwilę świadomość niedoskonałości własnego występu. I nagle przychodzi decyzja jury o niedopuszczeniu go do kolejnego etapu konkursu lub nieprzyznaniu żadnej nagrody.
Nawet najbardziej dojrzały pianista musi w takim momencie poczuć ogromne rozczarowanie, a nawet złość. Uczucie to podsycają wszyscy dookoła - kibicująca z całego serca rodzina, zaangażowany emocjonalnie pedagog czy autentycznie zachwycona publiczność, a wśród niej - profesjonaliści, również uznani profesorowie. Taka reakcja łatwo prowokuje myśli o nieuczciwości werdyktu. Pojawiają się graniczące z pewnością przypuszczenia, że doszło do układów pomiędzy członkami jury. Po ogłoszeniu wyników często wybrzmiewają głosy, że nagrodzono porządnych rzemieślników, a artystów z oryginalną wizją zupełnie pominięto. Nie są mi obce te emocje. Ale kiedy spojrzę wstecz na konkursy, w których brałem udział (od dziecięcych przesłuchań po turnieje międzynarodowe), muszę stwierdzić, że z reguły prawda jest inna i dość banalna.
Konkurs muzyczny wcale nie musi wyłonić najwybitniejszego artysty, co - bądźmy szczerzy - trudno jest obiektywnie stwierdzić. Nagradza muzyka najlepiej przygotowanego - tylko to kryterium umożliwia względny konsens, zwłaszcza w trybie oceniania opartym na punktach lub decyzji TAK/NIE. Mogę sobie wyobrazić jurora podzielającego entuzjazm publiczności względem uczestnika, ale dostrzegającego mankamenty jego gry, które muszą wpłynąć na ocenę. Niedoskonałości te słyszą też inni członkowie jury i przekładają się one na sumę punktów. Do tego słuchanie od rana do wieczora wybitnie uzdolnionych młodych muzyków stanowi wyzwanie percepcyjne nawet dla najbardziej doświadczonego arbitra. Wówczas słuch wyostrza się na te elementy gry, które najłatwiej jest obiektywnie ocenić.
Nie twierdzę, że na konkursach muzycznych niesprawiedliwość nigdy nie miała miejsca. Wiele razy słyszałem historie z pierwszej ręki o gorszących sytuacjach w czasie obrad jury. Dzielę się refleksjami opartymi na swoim doświadczeniu. Wziąłem udział w ponad 20 konkursach i w każdym, w którym nie zostałem nagrodzony, ktoś był ode mnie lepiej przygotowany.
Konkurs Chopinowski promuje kapitalny spot, w którym wzruszająco pokazana została droga rozwoju pianisty od dziecka do poziomu reprezentowanego w Warszawie. Kwituje go zdanie: "Talent to tylko początek". Poszedłbym dalej i powiedział, że konkurs to tylko początek. Bo niezależnie od wyniku liczy się przede wszystkim to, jak artysta wykorzysta swoją pracę, doświadczenie i talent do zbudowania własnej drogi artystycznej. Mam nadzieję, że tegoroczny Konkurs Chopinowski wyłoni nie tylko najlepszych pianistów, ale i prawdziwe osobowości artystyczne.
MULTIPLIKACJA SAMOTNOŚCI
Piotr Orzechowski
aka Pianohooligan
Fot. Arkadiusz Obszyński
Chopin był improwizatorem. "To, co [u Chopina] zwykło się nazywać "komponowaniem" i co wiąże się z zapisem nutowym, polegało jedynie na spisywaniu tego, co już zaistniało w akcie improwizacji i utrwaliło się w pamięci myśli i palców" - pisał Mieczysław Tomaszewski.
Czym jest improwizacja? To obnażanie się. To też przyznanie się do naiwnej wiary w przekaz samego siebie za pomocą dźwięków. To rozpaczliwa próba podzielenia się niedostępną, zawsze dwuznaczną samotnością. Okno z wątpliwym widokiem na to, o czym zapominamy. Po co więc wciąż odtwarzać czyjąś samotność, zmuszając ją do konkurowania z sobą samą? Po co wystawiać ją na porównania? W czym jeden konkursowicz ma się okazać lepszy od drugiego, skoro obaj nie wiedzą, czym jest improwizowanie?
Powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Zaklinamy rzeczywistość. Niech żywa chwila da się poznać jako "właściwa interpretacja"! Zamknijmy nieokrzesanie w słoiku i obserwujmy je z motylami w brzuchu. Niech atmosferę dopełni ciężar współzawodnictwa; liczba miejsc na arenie - nieograniczona. Czołówka zwycięzców w nagrodę będzie mogła mnożyć dalej. Powielać, jak tylko będzie trzeba: przez nośniki, platformy, serwisy, centra, festiwale. Celem ostatecznym jest hiperdystrybucja określonego następstwa tonów wydobytych analogowo, dzięki drganiu strun wzmocnionym czarną, drewnianą skrzynką.
A co, gdybyśmy osiągnęli już ten cel i okazało się, że mamy dostęp do wszelkich wykonań prywatnych uniesień tego wrażliwego i wycofanego człowieka, jakim był Chopin? Czy ta pełnia doznań opowiedziałaby nam o czymś więcej, niż wiemy już dziś? Niż czujemy już teraz?
Muzyki Chopina było więcej, gdy brał do ręki papier nutowy i zapominał o tym, wpatrzony w nieokreślony punkt przed sobą. Chopina byłoby więcej, gdyby pozmieniał swoje utwory, a nie, gdyby nam je zagrał. Tego, co w jego muzyce podziwiamy, więcej jest w naszych codziennych wyborach, ludzkich odwadze i tchórzostwie. Jego utwory powstały w posępnej konieczności utrwalenia wariantywności, tak jak wykłady Arystotelesa - ujęte jako traktaty - zabiły dialogiczność. Te dzieła to zapis próby dokonania niemożliwego - wykończenia nieukończoności, uwarunkowania warunkowości, unieruchomienia ruchliwości.
Ocenianie kolejnych wykonań stoi daleko od relatywności improwizowania. Samostanowiące nieukierunkowanie, tak charakterystyczne dla życia, zostaje przy powtarzaniu zdławione. A to właśnie ten wieczny spór, cierpienie i wątpliwości potrafią uczynić rozwój emocji zajmującym, bo autentycznym. Potrafią stworzyć sztukę.
Multiplikacja, archiwizacja, segregacja, kategoryzacja; pochwycenie, zawładnięcie, kontrola, panowanie. Bezpieczeństwo. Może i chcielibyśmy poznać pulsujący, kreatywny sens życia, ale najpierw trzeba się zabezpieczyć, spróbować zadyrygować całością bytu, odsączyć go z metafizyki i włączyć w nasz katalog leniwego myślenia pragmatycznego. Muzyka Chopina jest cenna? Sprawdźmy to i powtarzajmy ją w kółko, może uda się ośmieszyć i tę świętość. Wrzućmy do ogniska kolejną kolorową rzecz, zobaczymy, czy też się zwęgli. Pewnie, że się zwęgli.
Umyka nam to, dlaczego coś wydało się cenne. Gdy już bowiem wiemy, gdy czujemy, że jeden zagrał lepiej od drugiego, nie wiemy, dlaczego tak się stało. Bo co się wtedy stało? Konkurs zniknął, zgasło to, co historyczne i konwencjonalne, zapadły się estrada i loże, ucichły dźwięki i odezwała się ona - pasja. Rozcięła ślepe, brudne powietrze na jeden moment i wskazała na bebechy codzienności; na to, czym mogłaby być codzienność. Następnie - zniknęła.
Coś dzieje się, gdy muzyka zaczyna przypominać pasję. Bezdyskusyjnie. Aż chce się jeszcze uwierzyć w człowieka, gdy się widzi, czym mógłby być. Dobrze, gdy następstwo dźwięków wydobytych z fortepianu pozoruje podejmowanie beztroskich decyzji. Tylko kto tak zagra? Komu będzie się chciało szukać istoty zabawy tam, gdzie króluje środowiskowy ciężar odpowiedniości, zgodności z oryginałem? To musiałby być ktoś wyjątkowy.
Szkoda, że wyjątkowość jest wyjątkowa - tylko przez nasze wygodnictwo i niewiarę. Sztuka krzyczy, że nie jest wyjątkowa. Rozpacza nad swoją wyższością i nad zwykłością, bo wie, że to jej ukochana, nadąsana siostra. Sztuka - powtarzana, multiplikowana, oceniana - wyciąga rękę do zwykłości ze łzami w oczach, w porywającej nadziei na uścisk i ciepło.
Po Chopinie WIENIAWSKI
pap.pl
Zamiast śledzić z zapartym tchem zmagania uczestników 16 Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, przez ponad 20 dni zajmowaliśmy się Konkursem Chopinowskim. To efekt pandemicznych przetasowań w kalendarzu.
Na początku października rozpoczęły się preselekcje do Konkursu skrzypcowego. Zainteresowani udziałem mogą przesyłać filmy ze swoimi występami. Nagrania będą przyjmowane do pierwszych dni stycznia 2022 roku. Potem oceni je jury pod przewodnictwem Augustina Dumaya. Wyłonionych zostanie 40-45 kandydatów, którzy wezmą udział w I etapie konkursu. "Lista uczestników ma być ogłoszona w okolicach połowy kwietnia przyszłego roku" - zapowiedziała Alina Kurczewska, prezes Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego w Poznaniu.
Przypomnijmy, że pierwotnie konkurs skrzypcowy miał się odbyć w październiku tego roku. Zmianę terminu wymusiła pandemia i przesunięcie na 2021 Konkursu Chopinowskiego. "Dodatkowy rok daje nam dodatkowy czas na przygotowanie, na realizację pewnych pomysłów i na promocję konkursu w świecie. [...] Warto zauważyć, że wiele planowanych na 2020 rok konkursów skrzypcowych przeniosło się na rok 2021. Konkurs Wieniawskiego, jako jeden z nielicznych, odbędzie się w 2022 roku - liczymy na to, że dzięki temu skupi więcej uwagi niż zwykle" - stwierdziła Kurczewska.
16 Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu będziemy zatem obserwować 7-22 października przyszłego roku. Mogą w nim uczestniczyć skrzypkowie wszystkich narodowości, urodzeni w latach 1991-2006. Konkurs Wieniawskiego to najstarsza tego typu rywalizacja na świecie. Po raz pierwszy odbył się w 1935 roku w Warszawie. Drugi zorganizowano po 17 latach, w 1952 w Poznaniu. Od tamtej pory wydarzenie gości w stolicy Wielkopolski co pięć lat. Wśród laureatów nagród i wyróżnień znaleźli się między innymi Ginette Neveu, Dawid Ojstrach i Ida Haendel. -- MAK
Medal i Fryderyk na Majorce
gov.pl
Bożena Schmid-Adamczyk, międzynarodowa ekspertka muzykologii, od 50 lat kustoszka kolekcji Chopinowskiej w klasztorze Kartuzów w Valldemossie na Majorce, otrzymała Złoty Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis".
Ekspertka od lat mieszka w Genewie. Jest członkinią komitetu Federacji Międzynarodowej Towarzystw Chopinowskich i komitetu prestiżowego Festiwalu Chopinowskiego w Valldemossie.
Już w wieku 13 lat została laureatką Narodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Jako 20-latka opuściła kraj i rozpoczęła karierę międzynarodową. Ukończyła studia w zakresie gry na fortepianie w konserwatoriach w Paryżu i w Metzu. W 1973 roku została powołana przez francuskie Ministerstwo Kultury, by utworzyć Instytut Muzykologii na Uniwersytecie w Metzu. Podczas XIV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 1990 roku zorganizowała w pałacu Ostrogskich w Warszawie wystawę Romantyczna Podróż Fryderyka Chopina i George Sand po Majorc. Wystawa otrzymała honorowy patronat dwóch królowych: hiszpańskiej - Zofii, i belgijskiej - Fabioli, które przybyły na otwarcie. Manuskrypty i inne cenne przedmioty Fryderyka Chopina powróciły do ojczyzny. Pochodziły one z jednej z najważniejszych prywatnych kolekcji Chopinianów. Jej kustoszka Bożena Schmid-Adamczyk jest również autorką licznych publikacji, w tym 600-stronicowego tomu Dziedzictwo Fryderyka Chopina. Kolekcja Boutroux-Ferra w Valldemossie. --MAK
Wielka tragedia
Tass
W trakcie przedstawienia w Teatrze Bolszoj w Moskwie doszło do tragedii. Zginął 37-letni aktor, którego przygniótł fragment dekoracji.
Wypadek nastąpił podczas zmiany scenografii w operze Sadko Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Na znajdującego się na scenie Jewgienija Kulesza spadła podwieszana konstrukcja. Na nagraniach widać panikę pozostałych członków obsady, którzy usiłowali reanimować mężczyznę. "Wezwijcie karetkę, widać krew", słychać na filmach. W rosyjskich mediach pojawiły się relacje widzów, którzy początkowo sądzili, że to element przedstawienia.
Dyrekcja teatru zapewniła w oświadczeniu, że operę natychmiast przerwano, a publiczność została ewakuowana. Okoliczności tragedii bada prokuratura. Ze wstępnych ustaleń wynika, że Jewgienij Kulesz znalazł się w miejscu na scenie, w którym nie powinno go być. Na razie nie wiadomo, dlaczego scenografia runęła. Jak podkreślają media, to nie pierwsza tragedia w tym budynku. W czerwcu 2013 roku na skutek nieszczęśliwego upadku zginął członek orkiestry. Jewgienij Kulesz pracował w Teatrze Bolszoj od 2002 roku. Jak donosi serwis iz.ru, wypadek wygląda dość tajemniczo, bowiem mężczyzna "miał mieć w przeszłości problemy". "W 2013 roku Kulesz został okradziony, a kolejne niebezpieczne zdarzenie miało miejsce na początku tego roku", czytamy. Dziennikarze iz.ru donoszą, że 11 stycznia aktor został ponownie napadnięty. Nieznani sprawcy go pobili, a następnie zabrali mu telefon oraz portfel. Aktor z obrażeniami trafił do szpitala.
Nikołaj Ciskardze, były główny tancerz Teatru Bolszoj, powiedział gazecie "Komsomolskaja Prawda": "Za kulisami jest piekło. Tancerze ranią się, przewracając o sprzęt. Nie możemy winić za dramat Jewgienija ani szukać kozła ofiarnego. Od 25 lat mówię o problemach teatru. Nie ma porządku, lekarzy, etyki. Jesteśmy niewolnikami! To wszystko jest bardzo smutne". --MAK
Wirtualnie i klasycznie
classicfm.com
Miesięcznik "Gramophone" jak co roku wręczył The Gramophone Awards, aby "uczcić najlepszych artystów, utwory i nagrania muzyki klasycznej". Tegoroczną ceremonię online poprowadzili redaktor naczelny "Gramophone" James Jolly i pianistka Isata Kanneh-Mason. "Mimo że muzyka na żywo była często nieobecna w naszym życiu w ciągu ostatnich 18 miesięcy, nagrania nadal zapewniały nam ukojenie, pozwalały na ucieczkę i wywoływały radość. Nagrodziliśmy albumy, które w szczególny sposób przykuły naszą uwagę" - powiedział Jolly. Polski akcent wśród wyróżnionych to Piotr Anderszewski: J.S. Bach: Well-Tempered Clavier (Warner Classics) w kategorii muzyka fortepianowa.
"Gramophone" przyznał także kilka nagród specjalnych, w tym wybitnej niemieckiej śpiewaczce Gunduli Janowitz za całokształt twórczości. Nagraniem roku ogłoszono płytę: Edward Gardner and Bergen Philharmonic Orchestra - Peter Grimes, artystą roku okrzyknięto skrzypka Jamesa Ehnesa, zaś śpiewaczką roku, w kategorii młody artysta, egipską sopranistkę Fatmę Said. Orkiestrą roku została Minnesota Orchestra, a na specjalne wyróżnienie zasłużył też amerykański zespół - Boston Modern Orchestra Project. --MAK
Komputer wyręczył Beethovena
wyborcza.pl
Niemieccy naukowcy, korzystając ze sztucznej inteligencji (AI), podjęli próbę dokończenia X Symfonii Ludwiga van Beethovena. Utwór zaprezentowano na początku października w Bonn. "Nie będzie to pierwsza próba dokończenia X Symfonii [...]. W 1988 roku jej partyturę przygotował brytyjski muzykolog i kompozytor Barry Cooper. Tym razem jednak do pracy przystąpiła AI, dla której materiały przygotował zespół naukowców pod kierunkiem Matthiasa Rödera, muzykologa zaangażowanego w łączenie projektów muzycznych i technologicznych, członka zarządu fundacji Herberta von Karajana i Mozarteum w Salzburgu" - czytamy na stronach wyborcza.pl.
"Na przełomie roku 1826 i 1827 Ludwig van Beethoven ciężko chorował. Miał już 56 lat. Dokuczała mu odma, puchlina wodna i rozedma brzucha. Lekarze zalecili drenaż płynu ustrojowego, więc aż czterokrotnie wykonano ten zabieg, nacinając brzuch kompozytora. [...] Pacjent leżał więc w łóżku i próbował pracować. Wtedy właśnie wykonał pierwsze, dość chaotyczne szkice do swojej X Symfonii, na papierze nutowym szybko zapisując kilka pomysłów (w bońskim Beethoven-Haus zachowała się kartka z tymi notatkami). [...] Śmierć przerwała Beethovenowi pracę nad Dziesiątą, która nie wyszła poza fazę luźnych szkiców" - pisze Anna S. Dębowska. Przypomina też, że w 1988 roku londyńskie Royal Philharmonic Society przedstawiło dzieło z zakończeniem autorstwa Barry'ego Coopera. Było to to samo towarzystwo muzyczne, które ponad 150 lat wcześniej zamówiło u Beethovena symfonię i w końcu ją otrzymało, choć w opracowaniu innego kompozytora. Wersję Coopera wydał drukiem w 2013 roku austriacki Universal Edition. --MAK
Nowa rada
zpav.pl
Zakończyło się głosowanie w wyborach do Rad Akademii Fonograficznej, które nadzorować będą merytorycznie prace w dwóch kolejnych rozdaniach nagród Fryderyk. Jak poinformowano 5 października, w każdej z trzech sekcji Akademii członkostwo w Radzie uzyskało 10 osób, które w internetowym głosowaniu otrzymały najwięcej głosów swoich kolegów. Do połowy października poszczególne Rady miały zatwierdzić kategorie dla Fryderyka 2022. Do końca listopada można zgłaszać wydawnictwa do bieżącego konkursu. W ramach Akademii Fonograficznej działają Rady poszczególnych sekcji (muzyki poważnej, rozrywkowej i jazzowej), pełniące funkcje reprezentacyjne i konsultacyjne. Dodajmy, że na czas każdego konkursu ich członkowie wybierają swoich reprezentantów (Prezydia Rad), którzy decydują o kategoriach, tworzą pojęcia i definicje, analizują zgłoszone pozycje pod względem zgodności z regulaminem. Członkami Rady Akademii sekcji muzyki poważnej na lata 2022-2023 są: Klaudiusz Baran, Łukasz Borowicz, Agnieszka Franków-Żelazny, Paweł Gusnar, Urszula Kryger, Piotr Kusiewicz, Paweł Łukaszewski, Małgorzata Polańska, Tomasz Strahl i Lech Tołwiński. --MAK
Elżbieta Ryl-Górska (1933-2021)
pap.pl
Była gwiazdą Operetki Warszawskiej oraz cenioną nauczycielką śpiewaków. W wieku 88 lat zmarła Elżbieta Ryl-Górska. Informację przekazała rodzina artystki.
Wokalistka kształciła się u legendarnej Ady Sari, która przekonała ją, aby dla śpiewu porzuciła nieźle zapowiadającą się karierę pianistyczną. W latach 1954-1982 była solistką Operetki Warszawskiej. Gościnnie śpiewała w Operetce Szczecińskiej, Krakowskiej, Operze Nova i Operze Wrocławskiej. Była ulubienicą Ludwika Sempolińskiego. W latach 1982-1996 występowała we Frankfurcie nad Menem i na innych scenach w Niemczech oraz całego świata - czterokrotnie w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, krajach Beneluksu czy byłego Związku Radzieckiego. Uwielbiana przez publiczność diwa mieszkała w Warszawie, zajmując się po przejściu na emeryturę pracą pedagogiczną i nadal występując na estradzie. Nakładem Wydawnictwa Demart ukazała się biograficzna książka Uśmiech primadonny autorstwa Karoliny Prewęckiej i Pawła Świętoreckiego. Pogrzeb artystki odbył się 6 października w Warszawie na Starych Powązkach. --MC