Do obozu komendanta Ponikły
doszła głucha wieść o zbliżającym się nieprzyjacielu. Z poblizkich
kwater wojennych dawano znać, że widocznie wszystko przemawia za
tem, iż wróg pragnie obejść kilkokilometrowe bagna, moczary i
torfowiska, aby z dwóch stron oskrzydlić kilka batalionów polskich,
wegnać ich w błota i doszczętnie zniszczyć.
Wobec tego powziął Ponikło śmiałą myśl, by siły swoje rozsypać
w tyralierkę, schować się w bagnach, ukryć się w trawach bachorzy,
która powyżej chłopa sięgała - użyć każdej kupy torfu za kryjówkę
zarazem i strzelnicę, z której nacierającego żołnierza doskonale
będzie można prażyć - a ponieważ o użyciu armat nie było mowy, więc
walka, która się odbędzie na bagnety, krótkie pałasze, noże
rzeźnickie, rewolwery, dawała wobec niesłychanego zapału wojennego
polskich ochotników wszelkie szanse zwycięstwa.
Nie dać się wciągnąć, ale zwabić nieprzyjaciela na bagna, a
potem w nich go potopić - rozroić się na wszystkie strony, nie dać
nieprzyjacielowi ani spokoju, ani na chwilę spoczynku, tumanić go
ułudą rozporządzania znacznemi siłami przed - za sobą i wokół
siebie, zmusić go do rozdrabniania własnych sił i bezustannych
utarczek w pojedynkę, by potem nagłym pierścieniem się związać i
jednego z nich żywcem z tego okleszczenia nie wypuścić, takim był
śmiały plan operacyjny Ponikły.
Trzeba było jednakowoż przedtem doskonale się zapoznać z
terenem, co było niesłychanie trudnem, bo o tym czasie po długich
wiosennych deszczach cały kilkokilometrowy obszar moczarów był
zamieniony w jedno topielisko.
Młody oficer Oksza otrzymał rozkaz, by nie tylko zbadał
możliwość jakiejśkolwiek ochrony w tych niedostępnych błotnistych
kniejach wysokopiennych chwastów, trzciny, sitowia, tataraku i
wszelakiego zielska wodnego, ale poszukał dróżek i miejsc, na
których człowiek bez zapadnięcia się mógłby nogą stąpnąć - a
przedewszystkiem miał Oksza wybadać siły nieprzyjaciela, który już
od tygodnia zakwaterował się w małem miasteczku o kilka kilometrów
odległego od miejsca, w którem się bagna i torfowiska rozpoczynały
i pustoszył wsie okoliczne, licznie wokół rozsiane.
- Zdołasz Pan temu zadaniu podołać? pytał Ponikło i patrzył
swoim przenikliwym wzrokiem na młodego oficera.
Oksza wyprostował się.
- Jestem nieskończenie komendantowi wdzięczny, że mnie
właśnie dostał się w udziele wysoki zaszczyt tej misyi.
Ponikło przeszedł się w milczeniu po kurnej izbie chłopskiej
chałupy, która mu za sztabową kwaterę służyła.
- Pan musi zdać sobie sprawę z niezwykłej trudności i
niebezpieczeństwa tej wyprawy - Ponikło przystanął - to tak - no!
nie chcę Pana straszyć, ale to rzeczywiście tak, jakbym Pana
wyprawiał na drogę, z której się nie wraca.
Oksza uśmiechnął się nieznacznie.
- Ja wrócę komendancie!
- A ja Panu powiadam, że babka na dwoje wróżyła - Ponikło
spojrzał na niego prawie surowo - a mnie strasznie trudno poświęcać
moich najlepszych ludzi...
Oksza przybladł.
- Gdybyś mi, komendancie, mówił drżącym głosem - w tej
chwili był przypiął do mego munduru najwyższą odznakę wojskową, nie
byłbyś mi zrobił większej radości jak Jego ostatniem powiedzeniem.
O śmierć mi nie chodzi, bo są ludzie, którym jej tajemnice są
zażyłe i ich nie straszą - spojrzał nagle wylękniony na Ponikłę, bo
czuł, że za dużo powiedział - odetchnął... Z głębokiem szczęściem
podejmuje się tej misyi, nie tak trudnej zresztą dla mnie, bom z
tajemnicami moczarów, bagien i torfowisk od dziecka obeznany i
zaszczytnego zaufania komendanta nie zawiodę. O jedno tylko proszę,
bym sam mógł sobie ludzi wybrać.
- O ile się zgodzą.
- To właśnie ci, których sam do obozu przywiódłem i za nich
ręczę - pójdą za mną choćby w piekło.
- To idź! Ponikły "Ty" było najwyższem i jedynem
odznaczeniem, jakiem rozporządzał.
- Tylko mi wracaj! A ilu ludzi weźmiesz?
- Pięciu.
- Mało.
- To mi zupełnie starczy. Taki Wojtek Cylka naprzykład za
dziesięciu starczy - zamyślił się nagle.
- Jaki Wojtek? podchwycił Ponikło, obdarzony tak niesłychaną
pamięcią, że prawie każdego żołnierza znał - Wojtek Cylka - aha!
coś o nim słyszałem - jakiś tajemniczy...
- Ponoć bardzo nawet - uśmiechnął się nieswojo Oksza - ale
na nim polegać można.
- No dobrze! Ponikło wyciągnął rękę - jutro o czwartej rano
w drogę.
Oksza uścisnął podaną mu rękę, zasalutował i wyszedł.