Rytm wojny. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 4. Część 1 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

42.00 zł
35.70 zł (32,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3. Czwarty Most

Ostatni krok pro­wa­dzący do uwię­zie­nia sprena jest naj­trud­niej­szy, gdyż należy usu­nąć Burzowe Świa­tło z klej­notu. Tech­niki wyko­rzy­sty­wane przez poszcze­gólne gil­die arti­fa­brian są pil­nie strze­żoną tajem­nicą, powie­rzaną jedy­nie naj­star­szym człon­kom. Naj­ła­twiej byłoby użyć skow­roń­czyka - odmiany krem­lika, która żywi się Burzo­wym Świa­tłem. Byłoby to cudowne i dogodne, gdyby istoty te nie były obec­nie pra­wie wymarłe. Wojny w Aimii pro­wa­dzono czę­ściowo z powodu tych na pierw­szy rzut oka nie­win­nych stwor­ków.

Wykład na temat mecha­niki fabriali, wygło­szony przez Navani Kho­lin przed koali­cją monar­chów, Uri­thiru, Jese­van roku 1175

Navani Kho­lin wychy­liła się poza lata­jącą plat­formę i spoj­rzała z wyso­ko­ści setek stóp na kamie­nie poni­żej. O jej obec­nym miej­scu zamiesz­ka­nia dużo mówił fakt, że nie prze­sta­wało ją zaska­ki­wać, jak żyzny był Ale­th­kar. Ska­ło­pąki pora­stały każdą dostępną powierzch­nię, poza frag­men­tami, z któ­rych zostały usu­nięte, by zro­bić miej­sce dla domów lub pól. Całe pola zie­lo­nych dzi­kich traw koły­sały się na wie­trze, a wokół nich pod­ska­ki­wały życio­spreny. Drzewa two­rzyły umoc­nie­nia chro­niące przed burzami, ich gałę­zie spla­tały się cia­sno jak falanga. Tutaj - w prze­ci­wień­stwie do Strza­ska­nych Rów­nin i Uri­thiru - rze­czy rosły. Był to dom jej dzie­ciń­stwa, ale teraz wyda­wał się wręcz obcy.

- Naprawdę wola­ła­bym, żeby­ście się tak nie wychy­lały, jasno­ści - powie­działa Velat.

Uczona w śred­nim wieku zaplo­tła włosy w cia­sne war­ko­cze, żeby nie szar­pał ich wiatr. I pró­bo­wała mat­ko­wać wszyst­kim dookoła.

Navani, rzecz jasna, wychy­liła się jesz­cze bar­dziej. Można by sądzić, że przez ponad pięć­dzie­siąt lat życia udało jej się zna­leźć spo­sób zapa­no­wa­nia nad wła­sną poryw­czo­ścią. Tym­cza­sem, co dość nie­po­ko­jące, zdo­była dość wła­dzy, by po pro­stu robić, na co miała ochotę.

Poni­żej jej lata­jąca plat­forma rzu­cała przy­jem­nie geo­me­tryczny cień na kamie­nie. Miesz­kańcy mia­steczka tło­czyli się i gapili, pod­czas gdy Kala­din i inni Wia­trowi odsu­wali ich na bok, by zro­bić miej­sce na lądo­wa­nie.

- Oświe­cony Dali­na­rze - powie­działa Velat - czy mogli­by­ście prze­mó­wić jej do rozumu, pro­szę? Zaraz wypad­nie, przy­się­gam.

- To sta­tek Navani, Velat. - Głos Dali­nara był nie­wzru­szony jak stal, nie­zmienny jak mate­ma­tyka. Kochała jego głos. - Myślę, że wyrzu­ci­łaby mnie z niego, gdy­bym spró­bo­wał powstrzy­mać ją przed cie­sze­niem się tą chwilą.

- A nie mogłaby cie­szyć się nią ze środka plat­formy? Może przy­wią­zana do pokładu? Dwoma sznu­rami?

Navani uśmiech­nęła się sze­roko, gdy wiatr szar­pał jej roz­pusz­czone włosy. Swo­bodną dło­nią ści­skała reling.

- Teren został oczysz­czony z ludzi. Prze­każ­cie roz­kaz powol­nego zej­ścia na zie­mię.

Stwo­rzyła ten pro­jekt, wyko­rzy­stu­jąc jako wzór stare mosty łączące brzegi roz­pa­dlin. W końcu to nie był okręt wojenny, a śro­dek trans­portu do prze­no­sze­nia dużej liczby ludzi. Osta­teczna kon­struk­cja była wła­ści­wie drew­nia­nym pro­sto­ką­tem - dłu­gim na ponad sto stóp, sze­ro­kim na sześć­dzie­siąt i wyso­kim na około czter­dzie­stu, z trzema pokła­dami.

Z tyłu gór­nego pokładu wybu­do­wano wyso­kie ściany i dach. Przed­nia jedna trze­cia była otwarta, z relin­giem wzdłuż boków. Przez więk­szość czasu inży­nie­ro­wie Navani mieli swoje sta­no­wi­sko dowo­dze­nia w osło­nię­tej czę­ści. Teraz jed­nak, gdy konieczne było ostrożne manew­ro­wa­nie, wynie­śli stoły i przy­mo­co­wali je do pokładu w pra­wym przed­nim rogu plat­formy.

Prawy przedni, pomy­ślała. A może powin­ni­śmy uży­wać ter­mi­no­lo­gii mary­nar­skiej? Ale to nie ocean. Lecimy.

Lecieli. Udało się. Nie tylko w cza­sie manew­rów i prób na Strza­ska­nych Rów­ni­nach, ale na praw­dzi­wej misji, w cza­sie któ­rej prze­le­cieli setki mil.

Za jej ple­cami kil­ka­na­ścioro inży­nie­rów żar­liw­ców obsa­dziło sta­no­wi­sko dowo­dze­nia na otwar­tej prze­strzeni. Ka - skryba jed­nego z oddzia­łów Wia­tro­wych - wysłała przez łączo­trz­cinę roz­kaz do Uri­thiru. Kiedy się poru­szali, nie mogli prze­ka­zy­wać peł­nych pole­ceń - łączo­trz­ciny miały z tym pro­blem. Ale mogli wysy­łać bły­ski świa­tła, które następ­nie inter­pre­to­wano.

W Uri­thiru inna grupa inży­nie­rów zaj­mo­wała się skom­pli­ko­wa­nym mecha­ni­zmem utrzy­mu­ją­cym sta­tek w powie­trzu. Wła­ści­wie wyko­rzy­sty­wali tę samą tech­nikę, dzięki któ­rej dzia­łały łączo­trz­ciny. Kiedy jedna z nich się poru­szała, druga poru­szała się zgod­nie z nią. Cóż, połówki klej­no­tów dawało się paro­wać rów­nież w taki spo­sób, że kiedy jedna zosta­wała opusz­czona, druga połowa - nie­za­leż­nie od tego, gdzie się znaj­do­wała - wzno­siła się w powie­trze.

Docho­dziło do prze­nie­sie­nia siły - jeśli odle­gła połowa znaj­do­wała się pod czymś cięż­kim, opusz­cze­nie tej bliż­szej było utrud­nione. Nie­stety poja­wiała się dodat­kowa strata - im dalej od sie­bie znaj­do­wały się połówki, tym więk­szy opór spra­wiało ich poru­sza­nie. Ale skoro można było poru­szyć pióro, to czemu nie wieżę straż­ni­czą? Powóz? Cały sta­tek?

I tak oto setki męż­czyzn i chulli tru­dziły się w Uri­thiru przy sys­te­mie blocz­ków połą­czo­nych z kra­tow­nicą z osa­dzo­nymi klej­no­tami. Kiedy opusz­czali swoją kra­tow­nicę wzdłuż boku pła­sko­wyżu pod wieżą, sta­tek Navani wzno­sił się w niebo.

Inna kra­tow­nica, umiesz­czona na Strza­ska­nych Rów­ni­nach i zaprzę­żona w chulle, była wyko­rzy­sty­wana do poru­sza­nia statku do przodu i do tyłu. Praw­dziwy pro­gres nastą­pił, kiedy nauczyli się wyko­rzy­sty­wać alu­mi­nium, by wyizo­lo­wać ruch po płasz­czyź­nie i nawet zmie­niać wek­tory sił. W efek­cie chulle cią­gnęły przez jakiś czas, a póź­niej zawra­cały - klej­noty na chwilę odłą­czano - i masze­ro­wały w prze­ciwną stronę, sta­tek zaś na­dal leciał pro­sto.

Przej­ścia mię­dzy tymi dwiema kra­tow­ni­cami - z któ­rych jedna kon­tro­lo­wała wyso­kość, a druga ruch w pozio­mie - pozwa­lały stat­kowi Navani szy­bo­wać.

Jej sta­tek. Jej sta­tek. Żało­wała, że nie mogła podzie­lić się tym z Elho­ka­rem. Choć więk­szość ludzi pamię­tała jej syna jako męż­czy­znę, który usi­ło­wał zastą­pić Gavi­lara jako króla, ona znała go jako cie­ka­wego, docie­kli­wego chłopca, uwiel­bia­ją­cego jej rysunki. Zawsze lubił wyso­ko­ści. Jakże podo­bałby mu się widok z tego pokładu.

Praca nad tym pojaz­dem pomo­gła jej zacho­wać zdrowe zmy­sły w mie­sią­cach, które nastą­piły po jego śmierci. Oczy­wi­ście to nie jej mate­ma­tyka w końcu umoż­li­wiła powsta­nie statku. O inte­rak­cjach mię­dzy spa­ro­wa­nymi fabria­lami i alu­mi­nium dowie­dzieli się od azir­skich uczo­nych. Nie wywo­dził się też bez­po­śred­nio z jej inży­nie­ryj­nych pla­nów - sta­tek był odro­binę bar­dziej przy­ziemny niż jej pier­wotne wyszu­kane pro­jekty.

Navani jedy­nie kie­ro­wała ludźmi bystrzej­szymi od sie­bie. Może więc nie zasłu­gi­wała, by szcze­rzyć się jak dziecko, kiedy patrzyła na jego dzia­ła­nie?

I tak to zro­biła.

Wybór nazwy zajął jej mie­siące. W końcu jed­nak zna­la­zła inspi­ra­cję w mostach, które ją natchnęły. A dokład­niej tym, który - przed wie­loma mie­sią­cami - oca­lił Dali­nara i Ado­lina przed pewną śmier­cią. Miała nadzieję, że ten pojazd dokona tego samego dla wielu innych w rów­nie trud­nym poło­że­niu.

I dla­tego pierw­szy powietrzny śro­dek trans­portu na świe­cie zyskał nazwę Czwarty Most. Za pozwo­le­niem sta­rej dru­żyny arcy­mar­szałka Kala­dina umie­ściła ich most pośrodku pokładu jako sym­bol.

Navani odsu­nęła się od kra­wę­dzi i pode­szła do sta­no­wi­ska dowo­dze­nia. Usły­szała wes­tchnie­nie ulgi Velat - sama kar­to­grafka przy­wią­zała się sznu­rem do pokładu. Navani wola­łaby zabrać Isa­sika, ale męż­czy­zna wyru­szył na jedną ze swo­ich wypraw, tym razem na wschod­nią część Strza­ska­nych Rów­nin.

Mimo to miała kom­plet uczo­nych i inży­nie­rów. Siwo­brody Fali­lar prze­glą­dał dia­gramy z Rushu, a cała gro­mada asy­sten­tek i skryb bie­gała dookoła, spraw­dza­jąc sta­bil­ność kon­struk­cji albo mie­rząc poziom Burzo­wego Świa­tła w klej­no­tach. W tej chwili Navani mogła jedy­nie stać i robić wra­że­nie waż­nej. Uśmiech­nęła się, kiedy przy­po­mniała sobie, że Dali­nar powie­dział coś podob­nego o gene­ra­łach na polu bitwy, kiedy ich plany już wpro­wa­dzono w życie.

Czwarty Most osiadł na ziemi i przed­nie drzwi dol­nego poziomu otwo­rzyły się, by przy­jąć pasa­że­rów. Tuzin Tan­ce­rzy i Tan­ce­rek Kra­wę­dzi wyszedł na mia­sto. Ema­nu­jąc Burzo­wym Świa­tłem, poru­szali się dziw­nym kro­kiem - na prze­mian odpy­chali się jedną nogą, a śli­zgali na dru­giej. Śmi­gali po drew­nie i kamie­niu, jakby to był lód, i z wdzię­kiem prze­ska­ki­wali nad gła­zami.

Ostat­nia Tan­cerka Kra­wę­dzi w gru­pie - tycz­ko­wata dziew­czyna, która w ciągu ostat­niego roku uro­sła co naj­mniej stopę - źle wymie­rzyła skok i potknęła się o dużą skałę, którą inni omi­nęli. Navani ukryła uśmiech. Nie­stety bycie Świe­tli­stym nie chro­niło przed nie­zgrab­no­ścią okresu dora­sta­nia.

Tan­ce­rze Kra­wę­dzi mieli zapro­wa­dzić miesz­kań­ców na sta­tek i uzdro­wić ran­nych lub cho­rych. Wia­trowi śmi­gali po nie­bie, wyglą­da­jąc poten­cjal­nych pro­ble­mów.

Zamiast zawra­cać głowę inży­nie­rom lub żoł­nie­rzom, Navani pode­szła do Kma­kla, thay­leń­skiego księ­cia mał­żonka. Sta­rze­jący się mąż Fen był mary­na­rzem i Navani sądziła, że może mu się spodo­bać udział w pierw­szej misji Czwar­tego Mostu. Męż­czy­zna ukło­nił się jej z sza­cun­kiem, jego brwi i dłu­gie wąsy opa­dały po bokach twa­rzy.

- Musisz sądzić, że jeste­śmy bar­dzo zdez­or­ga­ni­zo­wani, admi­rale - powie­działa Navani po thay­leń­sku. - Żad­nej kajuty kapi­tana i zale­d­wie kilka przy­bi­tych do pokładu sto­łów jako sta­no­wi­sko dowo­dze­nia.

- To z pew­no­ścią dziwny sta­tek - odparł stary mary­narz. - Ale na swój spo­sób maje­sta­tyczny. Słu­cha­łem roz­mów two­ich uczo­nych i przy­pusz­czają, że prze­cięt­nie roz­wi­jał pręd­kość pię­ciu węzłów.

Navani poki­wała głową. Ta misja zaczęła się jako prze­dłu­żona próba wytrzy­ma­ło­ściowa - ona sama nawet nie brała w niej udziału od początku. Czwarty Most wiele tygo­dni latał nad Paru­ją­cym Oce­anem, chro­niąc się przed burzami w laitach i nad­brzeż­nych zato­kach. W tym cza­sie jedyną załogę statku sta­no­wili jej inży­nie­ro­wie i garstka mary­na­rzy.

Póź­niej poja­wiła się prośba Kala­dina. Czy zechcie­liby pod­jąć trud­niej­szą próbę obcią­że­niową i wykraść całe mia­steczko z Ale­th­karu - przy oka­zji ratu­jąc nie­sław­nego her­daz­kiego gene­rała? Dali­nar pod­jął decy­zję i Czwarty Most wziął kurs na Ale­th­kar.

Tego dnia Wia­trowi dostar­czyli cały sztab dowo­dze­nia - w tym Navani - i Świe­tli­stych na pokład.

- Pięć węzłów - stwier­dziła Navani. - Nie­zbyt szybko w porów­na­niu z waszymi naj­lep­szymi okrę­tami.

- Bez obrazy, jasno­ści, ale to jest w grun­cie rze­czy wielka barka. A dla cze­goś takiego pięć węzłów to impo­nu­jąca pręd­kość, nawet pomi­ja­jąc fakt, że ten sta­tek lata. - Pokrę­cił głową. - Jest szyb­szy niż armia idąca for­sow­nym mar­szem, a jed­nak przy­wozi wypo­czę­tych żoł­nie­rzy i jed­no­cze­śnie sta­nowi ruchome pod­wyż­sze­nie dla wspar­cia łucz­ni­ków.

Navani nie potra­fiła powstrzy­mać pro­mien­nego uśmie­chu.

- Wciąż musimy roz­wią­zać sporo pro­ble­mów. Wia­traki z tyłu led­wie zwięk­szyły pręd­kość. Potrze­bu­jemy cze­goś lep­szego. To wymaga ogrom­nego nakładu sił.

- Skoro tak mówisz. - Star­szy męż­czy­zna zro­bił zamy­śloną minę, odwró­cił się i zapa­trzył na hory­zont.

- Admi­rale? Wszystko w porządku?

- Po pro­stu wyobra­żam sobie koniec epoki. Życie, które zna­łem, zwy­czaje oce­anów i mary­narki...

- Wciąż będziemy potrze­bo­wać mary­narki. Trans­port powietrzny to jedy­nie dodat­kowe narzę­dzie.

- Moż­liwe, moż­liwe. Ale wyobraź sobie przez chwilę zwy­kłe okręty ata­ko­wane przez jeden z tych na górze. Nie potrze­bo­wa­liby wyszko­lo­nych łucz­ni­ków. Lata­jący mary­na­rze mogliby zrzu­cać z góry kamie­nie i w ciągu kilku minut zato­pić całą flotę. - Admi­rał spoj­rzał na Navani. - Moja droga, jeśli one staną się wszech­obecne, nie tylko mary­narka okaże się prze­sta­rzała. Nie umiem oce­nić, czy cie­szę się, że jestem dość stary, by z czu­ło­ścią poże­gnać swój świat, czy zazdrosz­czę mło­dzi­kom, któ­rzy będą odkry­wać ten nowy świat.

Navani zabra­kło słów. Chciała dodać męż­czyź­nie otu­chy, ale prze­szłość, którą Kmakl darzył takim sen­ty­men­tem była... cóż, jak fale na wodzie. Zni­kała pochło­nięta przez ocean czasu. Ją eks­cy­to­wała przy­szłość.

Kmakl jakby wyczuł jej waha­nie, bo na jego twa­rzy poja­wił się uśmiech.

- Nie przej­muj się gada­niną zrzę­dli­wego sta­rego mary­na­rza. Popatrz, Kowal Więzi cię wzywa. Ruszaj i pokie­ruj nas w stronę nowego hory­zontu, jasno­ści. Tam odnaj­dziemy spo­sób na poko­na­nie tych najeźdź­ców.

Navani pokle­pała Kma­kla z sym­pa­tią po ramie­niu, po czym pośpie­szyła w stronę Dali­nara, który stał na środku przed­niej czę­ści pokładu. Arcy­mar­sza­łek Kala­din kro­czył w jego stronę w towa­rzy­stwie męż­czy­zny w oku­la­rach. To z pew­no­ścią był ojciec Wia­tro­wego - choć Navani musiała bar­dzo wytę­żyć wyobraź­nię, by dostrzec podo­bień­stwo. Kala­din był wysoki, a Lirin niski. Młod­szy męż­czy­zna miał natu­ral­nie skrę­cone, nie­sforne włosy. Lirin z kolei łysiał, a resztki wło­sów przy­ci­nał bar­dzo krótko.

Jed­nakże kiedy pode­szła do Dali­nara, napo­tkała spoj­rze­nie Li-rina - i pokre­wień­stwo stało się bar­dziej oczy­wi­ste. Ta sama cicha inten­syw­ność, to samo nieco kry­tyczne spoj­rze­nie, jakby wie­dział zbyt wiele o oso­bie, na którą patrzył. W tej chwili widziała dwóch męż­czyzn o takiej samej duszy, mimo dzie­lą­cych ich róż­nic fizycz­nych.

- Panie - zwró­cił się do Dali­nara Kala­din. - Mój ojciec, chi­rurg.

Dali­nar ski­nął głową.

- Lirin Burzą Bło­go­sła­wiony. To dla mnie zaszczyt.

- ...Burzą Bło­go­sła­wiony? - powtó­rzył Lirin. Nie ukło­nił się, co Navani uznała za mało dyplo­ma­tyczne, bio­rąc pod uwagę, komu go przed­sta­wiono.

- Zało­ży­łem, że przyj­miesz nazwi­sko rodu syna.

Lirin spoj­rzał na Kala­dina, który naj­wy­raź­niej nie powie­dział mu o swoim wynie­sie­niu. Ale nie sko­men­to­wał tego, jedy­nie odwró­cił się i z sza­cun­kiem ski­nął głową na widok jej statku.

- To wspa­niałe dzieło. Jak sądzi­cie, czy mogłoby szybko prze­nieść na pole bitwy szpi­tal polowy z chi­rur­gami? W ten spo­sób można by oca­lić życie tak wielu...

- Cie­kawe zasto­so­wa­nie - stwier­dził Dali­nar. - Choć obec­nie to zada­nie wypeł­niają Tan­ce­rze Kra­wę­dzi.

- A, tak. - Lirin popra­wił oku­lary i w końcu naj­wy­raź­niej zna­lazł w sobie odro­binę sza­cunku dla Dali­nara. - Doce­niam, co tu robi­cie, oświe­cony Kho­li­nie, ale czy może­cie powie­dzieć, ile czasu moi ludzie będą uwię­zieni w tym pojeź­dzie?

- Dotar­cie na Strza­skane Rów­niny zaj­mie kilka tygo­dni lotu. Ale w cza­sie podróży dostar­czymy zapasy, koce i inne przy­datne rze­czy. Wy ode­gra­cie ważną rolę, poma­ga­jąc nam się dowie­dzieć, jak lepiej wypo­sa­żyć te trans­porty. A oprócz tego odbie­rzemy wro­gowi ważne cen­trum osad­nic­twa i wspól­notę rol­ni­czą.

Lirin z namy­słem poki­wał głową.

- Może obej­rzysz kwa­tery? - zapro­po­no­wał Dali­nar. - Luki nie są luk­su­sowe, ale zmiesz­czą się w nich setki ludzi.

Lirin zro­zu­miał, że został odpra­wiony - choć odcho­dząc, nie ukło­nił się ani w inny spo­sób nie oka­zał sza­cunku.

Kala­din został nieco z tyłu.

- Prze­pra­szam za ojca, panie. Nie lubi nie­spo­dzia­nek.

- Nic się nie stało - odparł Dali­nar. - Mogę sobie jedy­nie wyobra­zić, co ci ludzie musieli ostat­nio prze­ży­wać.

- Być może to jesz­cze nie koniec, panie. Dziś zosta­łem dostrze­żony w cza­sie zwiadu. Jeden ze Sto­pio­nych, z odmiany, jakiej nie widzia­łem ni­gdy wcze­śniej, przy­był do Pale­ni­ska, szu­ka­jąc mnie. Odpę­dzi­łem go, ale nie wąt­pię, że wkrótce znów natkniemy się na opór.

Dali­nar pró­bo­wał zacho­wać spo­kój, ale Navani widziała roz­cza­ro­wa­nie w wygię­ciu jego warg.

- Rozu­miem. Mia­łem nadzieję, że mgła nas osłoni, ale to by było aż zbyt dogodne. Ostrzeż innych Wia­tro­wych, a ja polecę Tan­ce­rzom Kra­wę­dzi przy­śpie­szyć ewa­ku­ację.

Kala­din poki­wał głową.

- Koń­czy mi się Świa­tło, panie.

Navani wysu­nęła notat­nik z kie­szeni, a Dali­nar uniósł dłoń i przy­ci­snął ją do piersi Kala­dina. Poja­wiło się słabe... znie­kształ­ce­nie w ota­cza­ją­cym ich powie­trzu i przez chwilę miała wra­że­nie, że może spoj­rzeć w Cie­nio­mo­rze. Inną kra­inę, wypeł­nioną szkla­nymi pacior­kami i pło­my­kami uno­szą­cymi się w miej­scu ludz­kich dusz. Przez kró­ciutką chwilę wyda­wało jej się, że sły­szy odle­gły ton. Wibru­jącą w jej wnę­trzu czy­stą nutę.

Wszystko bły­ska­wicz­nie znik­nęło, ale Navani i tak zapi­sała swoje wra­że­nia. Moce Dali­nara wią­zały się ze skła­dem Burzo­wego Świa­tła, trzema kra­inami i - w osta­tecz­nym roz­li­cze­niu - z samą naturą bosko­ści. Tam kryły się tajem­nice do odkry­cia.

Świa­tło Kala­dina zostało odno­wione, wypły­wało struż­kami z jego skóry, widoczne nawet w świe­tle dnia. Jego kule rów­nież były napeł­nione. Dali­nar jakimś spo­so­bem się­gał mię­dzy kra­inami i doty­kał mocy samego Wszech­moc­nego - zdol­ność ta była nie­gdyś zare­zer­wo­wana dla burz i istot, które w nich żyły.

Młody Wia­trowy, wyraź­nie oży­wiony, ruszył przez pokład. Uklęk­nął i poło­żył dłoń na pro­sto­kąt­nym kawałku drewna, który róż­nił się od pozo­sta­łych - nie był świeżo wycięty, ale zużyty i pozna­czony śla­dami po strza­łach. Jego stary most wbu­do­wano tak, że spo­czy­wał równo z pokła­dem. Wszy­scy Wia­trowi z mostu czwar­tego prze­pro­wa­dzali ten sam pozba­wiony słów rytuał, kiedy opusz­czali sta­tek powietrzny. Zajęło to jedy­nie chwilę, po czym Kala­din wzniósł się w po-wie­trze.

Navani skoń­czyła robić notatki i powstrzy­mała uśmiech, kiedy się zorien­to­wała, że Dali­nar czyta jej przez ramię. To wciąż było zde­cy­do­wa­nie dziwne doświad­cze­nie, choć prze­cież sama go zachę­cała.

- Już pozwo­li­łem Jasnah opi­sać to, co robię. Jed­nak ty za każ­dym razem wyj­mu­jesz ten notat­nik. Czego szu­kasz, serce klej­notu?

- Jesz­cze nie jestem pewna. W natu­rze Uri­thiru kryje się coś dziw­nego i sądzę, że Kowale Więzi mogą być powią­zani z wieżą, przy­naj­mniej tak wynika z zapi­sków na temat daw­nych Świe­tli­stych.

Prze­rzu­ciła kartkę i poka­zała mu dia­gramy, które naszki­co­wała. W sercu wieży w Uri­thiru kryła się ogromna kon­struk­cja z klej­no­tów - krysz­ta­łowa kolumna, fabrial nie­po­dobny do niczego, co kie­dy­kol­wiek widziała. Navani była coraz bar­dziej prze­ko­nana, że ta kolumna dawała kie­dyś moc wieży, podob­nie jak klej­noty umiesz­czone w kadłu­bie przez jej inży­nie­rów napę­dzały ten lata­jący sta­tek. Ale wieża była uszko­dzona i led­wie dzia­łała.

- Pró­bo­wa­łem napeł­nić tę kolumnę. Nie udało się. - Mógł napeł­niać Burzo­wym Świa­tłem zwy­czajne kule, ale klej­noty w wieży sta­wiały mu opór.

- Na pewno pod­cho­dzimy do pro­blemu ze złej strony. Nie mogę prze­stać myśleć, że gdy­bym wie­działa wię­cej o Burzo­wym Świe­tle, roz­wią­za­nie byłoby pro­ste.

Pokrę­ciła głową. Czwarty Most był nie­zwy­kłym osią­gnię­ciem, ale mar­twiła się, że zawio­dła w waż­niej­szym zada­niu. Uri­thiru leżało wysoko w górach i było tam za zimno, by upra­wiać rośliny - jed­nakże w wieży znaj­do­wały się liczne pola. Ludzie nie tylko prze­ży­wali w tym suro­wym śro­do­wi­sku, oni tam pro­spe­ro­wali.

Jak? Wie­działa, że wieżę zaj­mo­wał kie­dyś potężny spren zwany Rodzeń­stwem. Spren, który mocą dorów­ny­wał Straż­niczce Nocy i Ojcowi Burz - i mógł stwo­rzyć Kowala Więzi. Musiała zało­żyć, że spren - lub być może coś w jego więzi z czło­wie­kiem - pozwa­lał wieży dzia­łać. Nie­stety, Rodzeń­stwo zmarło w trak­cie Odstęp­stwa. Nie była pewna, jaki poziom "śmierci" to ozna­czało. Czy Rodzeń­stwo było mar­twe jak dusze Ostrz Odpry­sku, które wciąż się poru­szały? Nie­które prze­py­tane przez nią spreny twier­dziły, że Rodzeń­stwo "drze­mało", ale trak­to­wały to jak coś osta­tecz­nego.

Odpo­wie­dzi nie były jasne, a Navani usil­nie pró­bo­wała zro­zu­mieć. Badała Dali­nara i jego więź z Ojcem Burz z nadzieją, że zyska jakieś dodat­kowe wska­zówki.

- No tak - powie­dział ktoś za ich ple­cami z sil­nym akcen­tem - Ale­thyj­czycy naprawdę nauczyli się latać. Powi­nie­nem uwie­rzyć w te histo­rie. Tylko wy jeste­ście dość uparci, by zastra­szyć samą naturę.

Navani wzdry­gnęła się, choć zare­ago­wała wol­niej niż Dali­nar, który obró­cił się na pię­cie - kła­dąc dłoń na mie­czu u pasa - i natych­miast sta­nął mię­dzy nią a wła­ści­cie­lem dziw­nego głosu. Musiała spoj­rzeć zza niego, żeby zoba­czyć, kto się ode­zwał.

Był nie­wy­soki i szczer­baty, miał pła­ski nos i wesołą minę. Zużyty płaszcz i obszar­pane spodnie świad­czyły, że jest uchodźcą. Stał obok inży­nie­rów Navani i zdą­żył już pod­nieść mapę, na któ­rej wyty­czono kurs Czwar­tego Mostu.

Velat, która stała mię­dzy sto­łami, na jego widok krzyk­nęła cicho, po czym wycią­gnęła rękę, by ode­brać mu kartkę.

- Uchodźcy mają się zebrać pod pokła­dem. - Navani wska­zała na schody.

- I dobrze - stwier­dził Her­daz. - Wasz lata­jący chło­pak powie­dział, że macie tu dla mnie miej­sce. Nie wiem, czy podoba mi się per­spek­tywa słu­że­nia Ale­thyj­czy­kowi. Więk­szość życia pró­bo­wa­łem trzy­mać się od nich z dala. - Spoj­rzał z ukosa na Dali­nara. - A szcze­gól­nie od cie­bie, Czarny Cier­niu. Bez obrazy.

Ach, pomy­ślała Navani. Sły­szała, że Norka nie wyglą­dał tak, jak się spo­dzie­wali ludzie. Zwe­ry­fi­ko­wała swoją ocenę i spoj­rzała w stronę Kobal­to­wej Gwar­dii, która ponie­wcza­sie śpie­szyła w ich stronę. Wyda­wali się skon­ster­no­wani, ale Navani ode­słała ich mach­nię­ciem ręki. Póź­niej zamie­rzała zadać kilka sar­ka­stycz­nych pytań, dla­czego zabra­kło im czuj­no­ści i pozwo­lili temu męż­czyź­nie wśli­zgnąć się po scho­dach do sta­no­wi­ska dowo­dze­nia.

- Uwa­żam za mądrych ludzi, któ­rzy wie­dzieli, że należy uni­kać czło­wieka, jakim kie­dyś byłem. - Dali­nar zwró­cił się do Norki. - Ale to nowa era i nowi wro­go­wie. Nasze dawne sprzeczki nie są teraz ważne.

- Sprzeczki? - powtó­rzył męż­czy­zna. - Czyli tak się to okre­śla po ale­thyj­sku. Tak, tak, widzi­cie, nie naj­le­piej opa­no­wa­łem wasz język. Nie­świa­do­mie okre­ślałem wasze dzia­ła­nia jako "gwał­ce­nie i pale­nie moich roda­ków".

Wyjął coś z kie­szeni. Kolejna z map Velat. Obej­rzał się przez ramię, po czym roz­wi­nął ją i prze­chy­lił głowę, by się jej przyj­rzeć.

- Nie­do­bitki mojej armii kryją się w czte­rech kotli­nach mię­dzy tym miej­scem a Her­da­zem. Zostało mi tylko kilka setek. Wyko­rzy­staj­cie swoją machinę lata­jącą, żeby ich oca­lić, a wtedy poroz­ma­wiamy. Żądza krwi Ale­thyj­czy­ków kosz­to­wała mnie przez lata wielu z moich bli­skich, ale był­bym głup­cem, gdy­bym nie doce­niał war­to­ści skie­ro­wa­nia jej, jak przy­sło­wio­wego ostrza mie­cza, w stronę kogoś innego.

- Tak się sta­nie.

Navani od razu zauwa­żyła, że choć wcze­śniej twier­dził, iż Czwarty Most jest jej stat­kiem, zgo­dził się pole­cieć nim na prośbę Norki i nawet tego z nią nie skon­sul­to­wał. Pró­bo­wała nie pozwa­lać, by takie rze­czy ją dener­wo­wały. Nie cho­dziło o to, że mąż jej nie sza­no­wał - wie­lo­krot­nie udo­wod­nił, że tak było. Dali­nar Kho­lin po pro­stu przy­zwy­czaił się do bycia naj­waż­niej­szą - i zazwy­czaj naj­mą­drzej­szą - osobą w oko­licy. To spra­wiało, że ruszał naprzód z siłą ściany burzy i podej­mo­wał decy­zje, gdy poja­wiła się taka potrzeba. Mimo wszystko draż­niło ją to bar­dziej, niż była gotowa przy­znać.

Pierwsi z praw­dzi­wych ucie­ki­nie­rów poja­wili się na dole, pro­wa­dzeni łagod­nie przez Tan­ce­rzy Kra­wę­dzi. Navani sku­piła się na chwili obec­nej - upew­nie­niu się, że każdy zna­lazł dla sie­bie wygodne miej­sce w jak naj­bar­dziej oszczędny i upo­rząd­ko­wany spo­sób. Wcze­śniej nary­so­wała nawet plan. Nie­stety, jej powi­ta­nie zostało prze­rwane, kiedy Lyn - Wia­trowa o dłu­gich ciem­nych wło­sach sple­cio­nych w war­kocz - opa­dła z łosko­tem na pokład.

- Nad­cho­dzą Sto­pieni, panie - poin­for­mo­wała Dali­nara. - Trzy pełne oddziały.

- Kala­din miał rację. Mam nadzieję, że uda się nam ich odpę­dzić. Niech nam burze pomogą, jeśli posta­no­wią nękać sta­tek aż do Strza­ska­nych Rów­nin.

To była naj­więk­sza obawa Navani - że lata­ją­cym wro­gom uda się prze­pro­wa­dzić atak i nawet uszko­dzić trans­port. Wpro­wa­dziła pewne środki ostroż­no­ści i wyglą­dało na to, że na wła­sne oczy zoba­czy pierw­szą próbę, jakiej miały zostać pod­dane.

4. Archi­tekci przy­szło­ści

Aby usu­nąć Burzowe Świa­tło z klej­notu, wyko­rzy­stuję Metodę Arnist. Kilka dużych, pustych klej­no­tów zbliża się do napeł­nio­nego, kiedy spren go bada. Burzowe Świa­tło z małego klej­notu jest powoli absor­bo­wane przez bar­dzo duży klej­not tego samego rodzaju - a kilka może szybko wydo­być Świa­tło. Ogra­ni­cze­niem tej metody jest, rzecz jasna, fakt, że potrze­bu­je­cie nie tylko jed­nego klej­notu na fabrial, ale kilku więk­szych do usu­nię­cia Burzo­wego Świa­tła. Muszą ist­nieć inne metody, o czym świad­czą ogromne fabriale two­rzone przez Gil­dię Vriztl z Thay­le­nah. Jeśli Jej Wyso­kość zechce prze­ka­zać moją prośbę gil­dii, ta tajem­nica odgrywa nie­zwy­kle ważną rolę w wysiłku wojen­nym.

Wykład na temat mecha­niki fabriali, wygło­szony przez Navani Kho­lin przed koali­cją monar­chów, Uri­thiru, Jese­van roku 1175

Kiedy się obu­dziły, Świe­tli­sta natych­miast prze­jęła kon­trolę i oce­niła sytu­ację. Miała worek na gło­wie, więc nikt nie widział jej dez­orien­ta­cji, sta­rała się też nie poru­szać, żeby nie ostrzec napast­ni­ków. Shal­lan na szczę­ście umo­co­wała Tka­nie Świa­tła w taki spo­sób, że utrzy­my­wało jej ilu­zo­ryczną twarz, nawet kiedy były nie­przy­tomne.

Świe­tli­sta nie była zwią­zana, choć ktoś niósł ją prze­rzu­coną przez ramię. Śmier­dział chul­lami. On, a może worek.

Jej ciało obu­dziło jej moce, uzdro­wiło ją i pozwo­liło jej obu­dzić się szyb­ciej, niż powinna. Świe­tli­sta nie lubiła się skra­dać i uda­wać, ale ufała, że Woal i Shal­lan wie­dzą, co robią. Dla­tego wyko­nała swoje zada­nie - oce­niła nie­bez­pie­czeń­stwo obec­nej sytu­acji.

Czuła się cała i zdrowa, choć było jej nie­wy­god­nie. Głowa obi­jała się jej o plecy męż­czy­zny, co za każ­dym razem przy­ci­skało worek do twa­rzy. W głębi wyczu­wała zado­wo­le­nie Woal. Pra­wie zre­zy­gno­wały z tej misji. Dobrze wie­dzieć, że ich praca nie poszła na marne.

A teraz, dokąd ją zabie­rali? To była jedna z więk­szych tajem­nic - gdzie odby­wały się spo­tka­nia Synów Honoru. Eki­pie Shal­lan udało się przed kil­koma mie­sią­cami umie­ścić w gru­pie jedną osobę, ale on nie był na tyle ważny, by uzy­skać konieczne infor­ma­cje. Do tego potrze­bo­wali jasno­okiego.

Podej­rze­wali, że po śmierci Ama­rama kon­trolę nad kul­tem prze­jęła Ialai. Jej stron­nicy zamie­rzali zająć Bramę Przy­sięgi pośrodku Strza­ska­nych Rów­nin. Nie­stety, Świe­tli­sta nie miała na to dowodu, a nie zamie­rzała zwró­cić się prze­ciwko Ialai bez nie­pod­wa­żal­nego potwier­dze­nia. Dali­nar się z nią zga­dzał, szcze­gól­nie po tym, co Ado­lin zro­bił mężowi Ialai.

Szkoda, że nie zna­lazł spo­sobu, żeby wykoń­czyć ich oboje, pomy­ślała Woal.

To by nie było wła­ściwe, odpo­wie­działa w myślach Świe­tli­sta. Iaial nie była wtedy dla niego zagro­że­niem.

Shal­lan się nie zga­dzała, Woal natu­ral­nie rów­nież nie, więc Świe­tli­sta porzu­ciła ten temat. Miała nadzieję, że Wzór zgod­nie z pole­ce­niem podą­żał za nią w pew­nej odle­gło­ści. Kiedy grupa się zatrzyma i roz­pocz­nie ini­cja­cję Świe­tli­stej, spren miał udać się po Ado­lina i żoł­nie­rzy, na wypa­dek gdyby musieli ją wydo­stać.

W końcu pory­wa­cze zatrzy­mali się i jakieś szorst­kie ręce zdjęły ją z ramie­nia. Zamknęła oczy i zmu­siła się, by paść bez­wład­nie, kiedy poło­żyli ją na ziemi. Wil­gotny i śli­ski kamień, jakieś chłodne miej­sce. Ktoś zdjął jej worek z głowy i poczuła ostry zapach. Kiedy nie poru­szyła się dość szybko, oblano ją wodą.

Nad­szedł czas, by kon­trolę prze­jęła Woal. "Obu­dziła się" z sap­nię­ciem i ode­pchnęła na bok pierw­szy instynkt, który pod­po­wia­dał jej, by dobyła noża i roz­pra­wiła się z tym, kto ją oblał. Woal otarła oczy ręka­wem bez­piecz­nej dłoni i zorien­to­wała się, że znaj­duje się w jakimś wil­got­nym, zatę­chłym miej­scu. Całe zamie­sza­nie spra­wiło, że rośliny na kamien­nych ścia­nach się cof­nęły, a niebo było zale­d­wie odle­głym pęk­nię­ciem wysoko nad jej głową. Wokół wielu mię­si­stych roślin i pną­czy uno­siły się życio­spreny.

Była w jed­nej z roz­pa­dlin. Na oddech Keleka! Jak to moż­liwe, że zanie­śli ją na dół do roz­pa­dliny i nikt tego nie zauwa­żył?

Ota­czała ją grupa ludzi w czar­nych sza­tach; trzy­mali w dło­niach ema­nu­jące sil­nym bla­skiem dia­men­towe bro­amy. Zamru­gała w ostrym świe­tle. Ich kap­tury wyda­wały się odro­binę wygod­niej­sze od jej worka. Na każ­dej sza­cie wyha­fto­wano Podwójne Oko Wszech­moc­nego i Shal­lan przez chwilę myślała o szwaczce, którą wyna­jęli do tej pracy. Co jej powie­dzieli? "Tak, potrze­bu­jemy dwu­dzie­stu iden­tycz­nych, tajem­ni­czych szat, wyszy­wa­nych w sta­ro­żytne mistyczne sym­bole. Na... przy­ję­cia".

Zmu­sza­jąc się do zacho­wy­wa­nia zgod­nie z rolą, Woal pod­nio­sła wzrok w zadzi­wie­niu i dez­orien­ta­cji, po czym cof­nęła się i przy­lgnęła ple­cami do ściany roz­pa­dliny, pło­sząc przy tym krem­lika o ciem­no­fio­le­to­wym ubar­wie­niu.

Sto­jąca przed nią postać ode­zwała się jako pierw­sza, gło­sem męskim, głę­bo­kim i dźwięcz­nym.

- Cha­na­sho Hasa­reh, masz piękne i sza­cowne imię. Oddaje cześć Cha­na­ra­nach'-Elin, Herol­dowi Zwy­kłych Ludzi. Naprawdę pra­gniesz ich powrotu?

- Ja... - Woal unio­sła dłoń, by osło­nić się przez bla­skiem kul. - Co to? Co się dzieje? - I które z was to Ialai Sadeas?

- Jeste­śmy Synami Honoru - ode­zwał się ktoś inny. Tym razem to była kobieta, ale nie Ialai. - Naszym zaprzy­się­żo­nym i uświę­co­nym obo­wiąz­kiem jest dopro­wa­dzić do powrotu Herol­dów, powrotu burz i powrotu naszego boga, Wszech­moc­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przed­mowa i podzię­ko­wa­nia

Z dumą przed­sta­wiam Wam Rytm Wojny, księgę czwartą "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła". Minęło dzie­sięć lat, od kiedy roz­po­czą­łem pisa­nie tego cyklu, i z coraz więk­szą satys­fak­cją patrzę, jak histo­ria roz­wija się i wypeł­nia wizję sprzed lat. Na przy­kład jedna ze scen pod koniec książki należy do tych, które wymy­śli­łem na samym początku, przed ponad dwu­dzie­stu laty!

Zbli­żamy się do ostat­niego tomu tej czę­ści "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła" (wyobra­zi­łem sobie cykl jako dwie serie po pięć ksią­żek każda, z dwoma głów­nymi wąt­kami). Dzię­kuję, że wytrzy­ma­li­ście ze mną przez te wszyst­kie lata! Moim celem jest dostar­czać je Wam w roz­sąd­nym cza­sie. Jak zawsze, tak i w przy­padku tego tomu ter­miny były bar­dzo napięte i wielu ludzi poświę­ciło wiele godzin, żeby ich dotrzy­mać. Lista będzie dość długa, ale każdy z osobna i wszy­scy razem zasłu­gują na to, by doce­nić ich wysiłki.

W wydaw­nic­twie Tor Books moją główną redak­torką przy tej powie­ści była Devi Pil­lai, nie­zmor­do­wana, punk­tu­alna i zawsze wspie­ra­jąca "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła". To moja pierw­sza książka z cosmere, przy któ­rej nie współ­pra­co­wa­łem ze swoim dłu­go­let­nim redak­to­rem Moshe Fede­rem, który wciąż zasłu­guje na ogromne podzię­ko­wa­nia za popro­wa­dze­nie tej serii w począt­ko­wym okre­sie. Pra­gnę jed­nak szcze­gól­nie podzię­ko­wać Devi, spra­wiła ona bowiem, że to przej­ście poszło gładko i łatwo.

Jak zawsze dzię­kuję Tomowi Doherty'emu, który dał mi pierw­szą szansę publi­ka­cji. Do pra­cu­ją­cego nad tą książką zespołu Devi i Toma w wydaw­nic­twie Tor nale­żeli Rachel Bass, Peter Lutjen, Rafal Gibek i Heather Saun­ders.

Jeśli cho­dzi o mojego bry­tyj­skiego wydawcę, Gol­lancz, chciał­bym szcze­gól­nie podzię­ko­wać Gil­lian Red­fe­arn, która zapew­nia wspar­cie redak­cyjne w ciągu całego pro­cesu wydaw­ni­czego i bar­dzo się stara, by moje książki wyglą­dały dosko­nale.

Naszą adiu­sta­torką była zawsze wspa­niała Terry McGarry, a dołą­czyła do niej, po raz pierw­szy w roli korek­torki, Kri­stina Kugler. Od dawna chcia­łem współ­pra­co­wać z Kri­stiną nad książką z cosmere, a ona dosko­nale sobie pora­dziła.

Pro­du­cen­tem audio­bo­oka był Steve Wagner, a jako lek­to­rzy powró­cili naj­lepsi na świe­cie Michael Kra­mer i Kate Reading. Dzię­kuję im z całego serca za to, że na­dal zno­szą te trwa­jące ponad pięć­dzie­siąt godzin kobyły.

Moim głów­nym agen­tem był JAB­be­ro­wocky Lite­rary Agency, pod kie­row­nic­twem Joshuy Bil­mesa, któ­rego wspie­rały Susan Vela­zquez, Karen Bourne i Valen­tina Sainato. Naszym bry­tyj­skim agen­tem jest Zeno Lite­rary Agency. Nie­ustan­nie jestem im wdzięczny za pracę i wspar­cie.

Moją wła­sną firmą, Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, kie­ruje moja cudowna żona Emily San­der­son. Nie­wy­sło­wiony Peter Ahl­strom jest jej zastępcą i kie­row­ni­kiem wydaw­ni­czym, a Isaac Ste­wart kie­row­ni­kiem arty­stycz­nym. Zwy­kle robię coś śmiesz­nego z jego imie­niem, ale bio­rąc pod uwagę, że dedy­ko­wa­łem mu tę książkę, uzna­łem, że tym razem dam mu spo­kój. Isaac nie tylko two­rzy nasze piękne mapy, ale też to on przed­sta­wił mnie mojej żonie. (I to na randce w ciemno). Jeśli więc kie­dyś będzie­cie mieli oka­zję go spo­tkać, pod­suń­cie mu tę książkę do pod­pisu i koniecz­nie poroz­ma­wiaj­cie z nim o ulu­bio­nych zesta­wach LEGO.

W Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment pra­cują rów­nież Karen Ahl­strom, która czuwa nad spój­no­ścią, i Kara Ste­wart, która zarzą­dza maga­zy­nem i finan­sami. Adam Horne to spe­cja­li­sta od reklamy, mój asy­stent i ogól­nie facet od wszyst­kiego. W skle­pie pra­cują rów­nież Kath­leen Dor­sey San­der­son, Emily "Mem" Grange, Lex Wil­l­hite i Bate­man. To oni wysy­łają Wam koszulki, pla­katy i książki z auto­gra­fem. Ich asy­stentami, minion­kami naszego zespołu, są Jacob, Hazel, Isa­bel, Mat­thew, Audrey, Tori i Joe. Ponadto dzię­kuję wszyst­kim wolon­ta­riu­szom, szcze­gól­nie zawsze wspa­nia­łej Chri­sti Jacob­son.

Arty­ści, któ­rych dzieła zdo­bią Rytm Wojny, musieli sta­wić czoło nie tylko pan­de­mii i oso­bi­stym pro­ble­mom w cza­sie two­rze­nia ilu­stra­cji - nie­któ­rzy musieli sta­wić czoło zupeł­nie praw­dzi­wej burzy, żeby je dostar­czyć. Jestem pod wra­że­niem ich talentu i poświę­ce­nia, i chciał­bym im nie tylko ser­decz­nie podzię­ko­wać, ale rów­nież życzyć spo­koju w tych trud­nych cza­sach.

Jed­nym z jasnych punk­tów mojej kariery jest moż­li­wość współ­pracy z Micha­elem Whe­la­nem. Jestem zaszczy­cony, że na jakiś czas odło­żył inne pro­jekty, by stwo­rzyć piękne obrazy do tej serii. Był­bym wdzięczny choćby za jedną z jego okła­dek, uwa­żam się więc za ogrom­nego szczę­ścia­rza, że stwo­rzył okładkę do Rytmu Wojny, którą uwa­żam za naj­lep­szą jak do tej pory okładkę cyklu. Bez wąt­pie­nia to dzieło sztuki, a ja jestem pod wra­że­niem.

W Dawcy Przy­sięgi umie­ści­li­śmy por­trety Herol­dów na wyklej­kach i teraz to kon­ty­nu­ujemy. Na początku pisa­nia tej książki zamó­wi­li­śmy pozo­sta­łych sze­ścioro Herol­dów, wie­dząc, że dwoje będziemy musieli zacho­wać do wyko­rzy­sta­nia w kolej­nym tomie. Herold Tale­ne­lat autor­stwa Donata jest zatro­skany, lecz zwy­cię­ski, i raduję się tą piękną wizją tej postaci. Miranda Meeks nie poja­wia się w "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła" po raz pierw­szy - cie­szymy się z każ­dej moż­li­wo­ści współ­pracy - a jej Herold Bat­tah jest wład­cza i tajem­ni­cza. Karla Ortiz, któ­rej fanem byłem od jakie­goś czasu, stwo­rzyła wspa­niałe i nie­mal dosko­nałe wizje Herol­dów Cha­na­ra­nach i Nalana. Wresz­cie Herol­do­wie Pailiah i Kelek autor­stwa Magali Vil­le­neuve są osza­ła­mia­jący i cudowni. We współ­pracy z nią Howard Lyon nama­lo­wał nie­sa­mo­wite olejne wer­sje por­tre­tów tej ostat­niej dwójki, które w swoim cza­sie zostaną przed­sta­wione razem z pozo­sta­łymi.

Dan dos San­tos to żyjąca legenda i mój bli­ski przy­ja­ciel. W swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym stylu zilu­stro­wał modę, bio­rąc na swoje barki wyzwa­nie przed­sta­wie­nia pie­śnia­rzy jako istot obcych, a jed­no­cze­śnie w taki spo­sób, by czy­tel­nicy mogli się z nimi iden­ty­fi­ko­wać na pozio­mie emo­cjo­nal­nym. Sądzę, że dosko­nale mu się to udało.

Ben McSwe­eney w tym roku zatrud­nił się na pełen etat w Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, a książka pre­zen­tuje wiele z jego naj­lep­szych dzieł. Szcze­gól­nie strony przed­sta­wia­jące spreny uwiecz­nione przez Shal­lan odsła­niają wizu­alną stronę Rosharu. Podoba mi się spo­sób, w jaki Ben przed­sta­wił atrium Uri­thiru, jed­no­cze­śnie uka­zu­jąc ogrom mia­sta - w tym miej­scu dzię­kuję rów­nież Ale­xowi Schne­ide­rowi za kon­sul­ta­cje archi­tek­to­niczne.

Ogrom­nie dzię­kuję Kel­ley Har­ris, dzięki któ­rej kartki z notat­nika Navani oży­wają. Jej nie­na­ganne pro­jekty koja­rzą mi się z pro­jek­tami Alphonse'a Muchy z począt­ków dwu­dzie­stego wieku.

Ponadto wielu innych twór­ców poma­gało w powsta­niu tej książki i zasłu­gują na wiel­kie podzię­ko­wa­nie. Są to: Miranda Meeks, Howard Lyon, Shawn Boy­les, Cori Boy­les, Jacob, Isa­bel, Rachel, Sophie i Hay­ley Lazo.

Przy pracy nad książką poma­gało nam kil­koro bar­dzo waż­nych eks­per­tów mery­to­rycz­nych. Shad "Sha­di­ver­sity" Bro­oks był naszym głów­nym spe­cja­li­stą od histo­rycz­nych sztuk walki. Carl Fisk rów­nież podzie­lił się z nami pew­nymi infor­ma­cjami na ten temat - choć jeśli coś pomy­li­łem, to nie ich wina. Z całą pew­no­ścią jest to coś, czego albo im nie poka­za­łem, albo zapo­mnia­łem zmie­nić.

Naszą eks­pertką w dzie­dzi­nie dyso­cja­cyj­nego zabu­rze­nia toż­sa­mo­ści była Britt Mar­tin. Jestem jej naprawdę wdzięczny za udzie­la­nie mi infor­ma­cji zwrot­nych, które pomo­gły mi lepiej przed­sta­wić zabu­rze­nia psy­chiczne w tej książce. Była naszym ukry­tym Świe­tli­stym Ryce­rzem i zawsze mnie wspie­rała.

Bar­dzo dzię­kuję czworgu czy­tel­ni­ków beta za ich dro­bia­zgowe infor­ma­cje zwrotne na temat szcze­gól­nego aspektu sek­su­al­no­ści, a są to Paige Phil­lips, Alyx Hoge, Blue i E.N. Weir. Wasza pomoc uczy­niła tę książkę lep­szą.

Do grupy pisar­skiej nale­żeli: Kay­lynn ZoBell, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Eric James Stone, Darci Stone, Alan Lay­ton, Ben "czy mógł­byś choć raz napi­sać popraw­nie moje imię, Bran­do­nie" Olze­di­xplo­xi­pl­len­ti­var, Ethan Skar­stedt, Karen Ahl­strom, Peter Ahl­strom, Emily San­der­son i Howard Tay­ler. Lep­szej grupy nie mógł­bym sobie zna­leźć. Co tydzień czy­tali duże frag­menty tej książki i zno­sili moje cią­głe, ogromne zmiany, a wszystko po to, by pomóc mi nadać Ryt­mowi Wojny osta­teczny kształt.

Wśród czy­tel­ni­ków beta tym razem znaj­do­wali się: Brian T. Hill, Jes­sica Ash­craft, Sumejja Mura­ta­gić-Tadić, Joshua "Jofwu" Har­key, Kel­lyn Neu­mann, Jory "Jor Wyki­dajło" Phil­lips (Gra­tu­la­cje, Jory!), Drew McCaf­frey, Lau­ren McCaf­frey, Liliana Klein, Evgeni "Argent" Kiri­lov, Darci Cole, Bran­don Cole, Joe Dear­deuff, Austin Hus­sey, Eliy­ahu Bere­lo­witz Levin, Megan Kanne, Alyx Hoge, Trae Cooper, Deana Covel Whit­ney, Richard Fife, Chri­stina Good­man, Bob Kluttz, Oren Meiron, Paige Vest, Becca Rep­pert, Ben Rep­pert, Ted Her­man, Ian McNatt, Kaly­ani Poluri, Rahul Pan­tula, Gary Sin­ger, Ling­ting "Bota­nica" Xu, Ross New­berry, David Beh­rens, Tim Chal­le­ner, Mat­thew Wiens, Giu­lia Costan­tini, Alice Arne­son, Paige Phil­lips, Ravi Per­saud, Bao Pham, Aubree Pham, Adam Hus­sey, Nikki Ram­say, Joel D. Phil­lips, Zenef Mark Lind­berg, Tyler Patrick, Mar­nie Peter­son, Lynd­sey Luther, Mi'chelle Wal­ker, Josh Wal­ker, Jay­den King, Eric Lakei Chris Kluwe.

Koor­dy­na­to­rem czy­tel­ni­ków beta był Peter Orul­lian, który sam jest dosko­na­łym pisa­rzem.

Do czy­tel­ni­ków gamma zali­czała się duża część czy­tel­ni­ków beta, jak rów­nież Chris McGrath, Jo?o Mene­zes Morais, Brian Magnant, David Fal­lon, Rob West, Shi­vam Bhatt, Todd Sin­ger, Jes­sie Bell, Jeff Tuc­ker, Jesse Salo­mon, Shan­non Nel­son, James Ander­son, Fran­kie Jerome, Zoe Lar­sen, Lin­nea Lind­strom, Aaron Ford, Poonam Desai, Ram Sho­ham, Jen­ni­fer Neal, Glen Voge­laar, Tay­lor Cole, Heather Clin­ger, Donita Orders, Rachel Lit­tle, Suzanne Musin, Wil­liam "aber­da­sher", Chri­sto­pher Cot­tin­gham, Kurt Man­wa­ring, Jacob Hun­sa­ker, Aaron Biggs, Amit Shte­in­he­art, Ken­dra Wil­son, Sam Baskin i Alex Rasmus­sen.

Wiem, że wielu z Was, któ­rzy to czy­ta­cie, chcia­łoby dołą­czyć do ekipy czy­tel­ni­ków beta albo gamma - ale to nie jest aż tak wspa­niała robota, jak się Wam wydaje. Ci goście muszą czy­tać książkę, czę­sto pod dużą pre­sją czasu, i doświad­czają jej w nie­ukoń­czo­nej postaci. W pew­nym sen­sie rezy­gnują z szansy prze­ży­cia lek­tury wer­sji osta­tecz­nej i zado­wa­lają się gor­szym doświad­cze­niem, by uczy­nić powieść lep­szą dla wszyst­kich pozo­sta­łych. Doce­niam ich nie­usta­jące wysiłki i infor­ma­cje zwrotne. Dzięki ich wysił­kom Rytm Wojny jest o wiele lep­szy.

To była długa lista, wiem. Z każ­dym tomem staje się coraz dłuż­sza! Ale ja naprawdę szcze­rze doce­niam ich wszyst­kich. Jak czę­sto powta­rzam, na okładkę tra­fia moje nazwi­sko, ale te powie­ści są tak naprawdę dzie­łem grupy i wyko­rzy­stują talenty i wie­dzę wielu peł­nych poświę­ce­nia ludzi.

Dzięki nim może­cie teraz prze­czy­tać Rytm Wojny, księgę czwartą "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła". Przy­jem­nej podróży.

Pro­log. Uda­wać

Sie­dem lat wcze­śniej

Oczy­wi­ście, że Par­shendi chcieli grać na bęb­nach.

I oczy­wi­ście Gavi­lar im na to pozwo­lił.

I oczy­wi­ście nie wpadł na pomysł, żeby ostrzec Navani.

- Widzia­łaś roz­miar tych instru­men­tów? - Mara­tham prze­cze­sała pal­cami czarne włosy. - Gdzie my je umie­ścimy? Już i tak bra­kuje nam miej­sca po tym, jak twój mąż zapro­sił tych wszyst­kich cudzo­ziem­skich dostoj­ni­ków. Nie możemy...

- W sali balo­wej na górze urzą­dzimy ucztę dla naj­waż­niej­szych gości. - Navani sta­rała się zacho­wać spo­kój. - I umie­ścimy tam bębny, razem z kró­lew­skim sto­łem.

Wszy­scy inni w kuch­niach już pra­wie wpa­dli w panikę, pod­ku­chenne bie­gały we wszyst­kie strony, brzę­czały garnki, a nie­cier­pli­wo­spreny wyra­stały z ziemi jak wstęgi. Gavi­lar zapro­sił nie tylko arcy­ksią­żąt, ale rów­nież ich krew­nych. I każ­dego lorda obec­nego w mie­ście. I chciał, żeby Uczta Żebra­ków była dwa razy więk­sza niż zwy­kle. A teraz... bębny?

- Już wysła­li­śmy wszyst­kich do pracy w dol­nej sali uczt! - wykrzyk­nęła Mara­tham. - Nie mam dość ludzi, żeby...

- Dziś wie­czo­rem po pałacu kręci się dwa razy wię­cej żoł­nie­rzy niż zwy­kle - zauwa­żyła Navani. - To oni pomogą ci wszystko przy­go­to­wać.

Roz­sta­wie­nie dodat­ko­wych straż­ni­ków, pokaz siły? Na Gavi­lara zawsze można było liczyć, jeśli cho­dziło o coś takiego.

Całą resztą zaj­mo­wała się Navani.

- To się może udać. Lepiej, jeśli damy tym łobu­zom jakieś zaję­cie, prze­staną się krę­cić pod nogami. Innymi słowy, mamy dwie uczty? Dobrze. Wdech, wydech. - Niska pała­cowa orga­ni­za­torka ode­szła pośpiesz­nie, w ostat­niej chwili scho­dząc z drogi pod­ku­chen­nemu nio­są­cemu dużą misę sko­ru­pia­ków.

Navani odsu­nęła się, robiąc miej­sce dla kucha­rza. Męż­czy­zna ski­nął jej głową w podzię­ko­wa­niu - służba już dawno prze­stała się dener­wo­wać, kiedy Navani wkra­czała do kuchni. Dała im wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że wystar­czy, jeśli będą solid­nie wyko­ny­wać swoją robotę.

Mimo wyczu­wal­nego napię­cia pano­wali nad sytu­acją - choć przez chwilę mieli strach w oczach, kiedy odkryli robac­two w trzech becz­kach z ziar­nem. Całe szczę­ście lord Ama­ram miał zapasy dla swo­ich żoł­nie­rzy, a Navani udało się wydo­być je od niego. Jak na razie, dzięki pomocy kucha­rzy wypo­ży­czo­nych z klasz­toru wyglą­dało na to, że z powo­dze­niem nakar­mią wszyst­kich, któ­rych zapro­sił Gavi­lar.

Będę musiała przy­go­to­wać instruk­cje, kogo umie­ścić w któ­rej sali uczt, pomy­ślała, wyśli­zgu­jąc się z kuchni do pała­co­wych ogro­dów. I zosta­wić tro­chę miej­sca w obu. Nie wia­domo, kto jesz­cze może się poja­wić z zapro­sze­niem.

Kro­czyła przez ogrody w stronę bocz­nego wej­ścia do pałacu. Wie­działa, że jeśli wybie­rze tę drogę, będzie mniej prze­szka­dzać - i nie będzie musiała scho­dzić z drogi służ­bie. Idąc, roz­glą­dała się, spraw­dza­jąc, czy wszyst­kie latar­nie są na swoim miej­scu. Choć słońce jesz­cze nie zaszło, chciała, by tej nocy pałac w Kho­lia­rze świe­cił jasno.

Chwi­leczkę. Czy tam, obok fon­tann, nie stała jej synowa Aesu­dan, żona Elho­kara? Miała witać gości w środku. Smu­kła kobieta upięła dłu­gie włosy w kok oświe­tlany klej­no­tami - po jed­nym w każ­dym odcie­niu. Połą­cze­nie kolo­rów wyglą­dało dość jar­marcz­nie - Navani pre­fe­ro­wała kilka pro­stych kamieni w jed­nej bar­wie - ale spra­wiały, że Aesu­dan rze­czy­wi­ście się wyróż­niała, kiedy roz­ma­wiała z dwójką star­szych żar­liw­ców.

Na burze jasne i zuchwałe... to był Rushur Kris, arty­sta i mistrz arti­fa­bria­nin. Kiedy przy­był? Kto go zapro­sił? Trzy­mał nie­wiel­kie pudełko z nama­lo­wa­nym kwia­tem. Czy to mógł być... jeden z jego nowych fabriali?

Navani poczuła, że coś przy­ciąga ją do tej grupki, i zupeł­nie zapo­mniała o wszyst­kim. Jak udało mu się stwo­rzyć fabrial grzew­czy, który zmie­niał tem­pe­ra­turę? Widziała rysunki, ale poroz­ma­wiać z samym mistrzem...

Aesu­dan zoba­czyła ją i uśmiech­nęła się pro­mien­nie. Radość wyda­wała się szczera, co było nie­zwy­kłe, przy­naj­mniej w odnie­sie­niu do Navani. Pró­bo­wała nie trak­to­wać ogól­nej nie­chęci Aesu­dan oso­bi­ście - każda kobieta miała prawo czuć się zagro­żona przez teściową. Szcze­gól­nie kiedy dziew­czy­nie tak wyraź­nie bra­ko­wało talentu.

Navani w odpo­wie­dzi uśmiech­nęła się do niej i pró­bo­wała dołą­czyć do roz­mowy, by lepiej przyj­rzeć się pudełku. Aesu­dan jed­nak wzięła ją za rękę.

- Matko! Kom­plet­nie zapo­mnia­łam, że były­śmy umó­wione. Cza­sem bywam tak roz­ko­ja­rzona. Ogrom­nie prze­pra­szam, żar­liwcu Kri­sie, ale muszę was opu­ścić.

Aesu­dan pocią­gnęła Navani - gwał­tow­nie - z powro­tem przez ogród w stronę kuchni.

- Dzięki niech będą Kele­kowi, że się poja­wi­łaś, matko. Ten czło­wiek jest strasz­li­wym nudzia­rzem.

- Nudzia­rzem? - Navani obej­rzała się przez ramię. - Opo­wia­dał o...

- Klej­no­tach. I innych klej­no­tach. I spre­nach, i pudeł­kach ze spre­nami, i... na burze! Można by się spo­dzie­wać, że zro­zu­mie. Muszę się spo­tkać z waż­nymi ludźmi. Żony arcy­ksią­żąt, naj­lepsi gene­ra­ło­wie w kraju, wszy­scy przy­byli poga­pić się na dzi­kich par­sh­me­nów. A ja utknę­łam w ogro­dzie, roz­ma­wia­jąc z żar­liw­cami? Musisz wie­dzieć, że twój syn mnie tu porzu­cił. Kiedy go znajdę...

Navani wyplą­tała się z uści­sku Aesu­dan.

- Ktoś powi­nien zająć się tymi żar­liw­cami. Dla­czego tu są?

- Mnie nie pytaj. Gavi­lar cze­goś od nich chciał, ale kazał Elho­ka­rowi ich zaba­wiać. Co za brak manier. Naprawdę!

Gavi­lar zapro­sił jed­nego z czo­ło­wych arti­fa­brian do Kho­li­naru i nawet nie chciało mu się powie­dzieć Navani? Poczuła rodzące się w jej wnę­trzu uczu­cie, wście­kłość, którą bar­dzo sta­ran­nie ukryła. Ten męż­czy­zna. Ten burzowy męż­czy­zna. Jak... jak mógł...

Wokół jej stóp zaczęły się wzno­sić zło­ścio­spreny, jak kałuża wrzą­cej krwi. "Spo­koj­nie, Navani", mówiła racjo­nalna część umy­słu. "Może zamie­rza zro­bić ci pre­zent i przed­sta­wić cię żar­liw­cowi". Z tru­dem zapa­no­wała nad zło­ścią.

- Jasno­ści! - zawo­łał ktoś z kuchni. - Jasno­ści Navani! Pro­szę! Mamy pro­blem.

- Aesu­dan. -Navani wciąż spo­glą­dała na żar­liwca, który szedł teraz powoli w stronę klasz­toru. - Mogła­byś pomóc tym w kuchni? Chcia­ła­bym...

Ale Aesu­dan już śpie­szyła w stronę innej grupki w ogro­dzie, w skład któ­rej wcho­dziło kilku potęż­nych gene­ra­łów. Navani ode­tchnęła głę­boko i stłu­miła kolejne uczu­cie fru­stra­cji. Jej synowa twier­dziła, że przej­muje się przy­zwo­ito­ścią i dobrymi manie­rami, ale była gotowa wtrą­cić się do roz­mowy męż­czyzn, i to nie pro­wa­dząc ze sobą męża jako uspra­wie­dli­wie­nia.

- Jasno­ści! - zawo­łał znów kucharz, macha­jąc do niej.

Navani po raz ostatni spoj­rzała na żar­liwca, po czym zaci­snęła zęby i pośpie­szyła w stronę kuchni, pil­nu­jąc, by nie zacze­pić spód­nicą o ozdobną łup­ko­korę.

- Co znowu?

- Wino - stwier­dził kucharz. - Skoń­czyły się nam "Cla­ven­dah" i "Rubi­nowa Ława".

- Jakim spo­so­bem? Mamy zapasy...

Spoj­rzała na kucha­rza i odpo­wiedź stała się oczy­wi­sta. Dali­nar znów odna­lazł zapas wina. W coraz bar­dziej pomy­słowy spo­sób opróż­niał beczułki dla sie­bie i swo­ich przy­ja­ciół. Żało­wała, że nie zaj­mo­wał się potrze­bami kró­le­stwa z choćby o połowę mniej­szym poświę­ce­niem.

- Mam oso­bi­sty zapas. - Navani wycią­gnęła notat­nik z kie­szeni, zła­pała go bez­pieczną dło­nią przez rękaw i napi­sała wia­do­mość. - Trzy­mam go w klasz­to­rze pod opieką sio­stry Tala­nah. Pokaż jej to, a ona ci go udo­stępni.

- Dzię­kuję, jasno­ści. - Kucharz wziął od niej kartkę.

Zanim męż­czy­zna znik­nął za drzwiami, Navani zauwa­żyła zarządcę - siwo­bro­dego męż­czy­znę, który nosił sta­now­czo zbyt wiele pier­ścieni na pal­cach - krę­cą­cego się przy scho­dach pro­wa­dzą­cych do pałacu. Bawił się pier­ścieniami na lewej dłoni. A niech to.

- Co się dzieje? - spy­tała, pod­cho­dząc.

- Lord Rine Hatham przy­był i pyta, co z audien­cją u króla. Jak pamię­ta­cie, Jego Wyso­kość obie­cał, że poroz­ma­wia dziś z Rine'em o...

- O kon­flik­cie gra­nicz­nym i błęd­nie wykre­ślo­nych mapach, tak. - Navani wes­tchnęła. - A gdzie jest mój mąż?

- Nie wia­domo. Ostat­nio widziano go z lor­dem Ama­ra­mem i jedną z tych... nie­zwy­kłych postaci.

Tak pała­cowa służba okre­ślała nowych przy­ja­ciół Gavi­lara, tych, któ­rzy zwy­kle przy­by­wali bez ostrze­że­nia i zapo­wie­dzi, i rzadko się przed­sta­wiali.

Navani zazgrzy­tała zębami, zasta­na­wia­jąc się nad miej­scami w pałacu, do któ­rych mógł się udać Gavi­lar. Roz­zło­ściłby się, gdyby mu prze­rwała. I dobrze. Powi­nien zaj­mo­wać się gośćmi, a nie zakła­dać, że ona zaj­mie się wszyst­kimi i wszyst­kim.

Nie­stety, w tej chwili... cóż, musiała się zaj­mo­wać wszyst­kimi i wszyst­kim.

Pozwo­liła, by nie­spo­kojny zarządca zapro­wa­dził ją do głów­nego holu, gdzie gości zaba­wiano muzyką, trun­kami i poezją, pod­czas gdy trwały przy­go­to­wa­nia do uczty. Innych pano­wie-słu­dzy pro­wa­dzili do miej­sca, w któ­rym mogli zoba­czyć Par­shen­dich, praw­dziwą nowość tego wie­czoru. Nie każ­dego dnia król Ale­th­karu pod­pi­sy­wał trak­tat z grupą tajem­ni­czych par­sh­me­nów, któ­rzy umieli mówić.

Prze­pro­siła lorda Rine'a za nie­obec­ność Gavi­lara i zapro­po­no­wała, że sama przej­rzy mapy. Póź­niej zatrzy­mała ją kolejka nie­cier­pli­wych męż­czyzn i kobiet, któ­rzy przy­byli do pałacu z nadzieją na audien­cję u króla.

Navani zapew­niła jasno­okich, że zostaną wysłu­chani. Obie­cała, że zbada nie­pra­wi­dło­wo­ści. Uko­iła zra­nione uczu­cia tych, któ­rzy sądzili, że oso­bi­ste zapro­sze­nie od króla ozna­czało, iż rze­czy­wi­ście go zoba­czą - co ostat­nio było rzad­kim przy­wi­le­jem, o ile nie było się jedną z "tajem­ni­czych postaci".

Goście oczy­wi­ście przez cały czas przy­by­wali. Tacy, któ­rzy nie znaj­do­wali się na popra­wio­nej liście, dostar­czo­nej przez Gavi­lara wcze­śniej tego dnia.

Na złote klu­cze Vev! Navani z tru­dem zmu­siła się do zro­bie­nia przy­ja­znej miny. Uśmie­chała się, śmiała, machała ręką. Wyko­rzy­stu­jąc przy­po­mnie­nia i listy, które miała w notat­niku, pytała o rodziny, nowe dzieci i ulu­bione ostro­gary. Dowia­dy­wała się o sytu­ację w han­dlu i robiła notatki na temat jasno­okich, któ­rzy wyglą­dali, jakby uni­kali innych. Krótko mówiąc, zacho­wy­wała się jak kró­lowa.

Zada­nie wyczer­py­wało emo­cjo­nal­nie, ale taka była jej rola. Może pew­nego dnia będzie mogła spę­dzać całe dnie na zaba­wie fabria­lami i uda­wa­niu, że jest uczoną. Tego wie­czoru zamie­rzała wyko­ny­wać swoją pracę - choć w głębi duszy czuła, że oszu­kuje. Choć pocho­dziła z uzna­nego sta­ro­żyt­nego rodu, nie­po­kój pod­po­wia­dał jej, że tak naprawdę jest dziew­czyną z zapa­dłej wio­ski, która wło­żyła cudze szaty.

Ten brak pew­no­ści sie­bie sta­wał się ostat­nio coraz sil­niej­szy. Spo­koj­nie. Spo­koj­nie. Nie miała czasu na tego rodzaju myśle­nie. Okrą­żyła salę i z przy­jem­no­ścią zauwa­żyła, że Aesu­dan odna­la­zła Elho­kara i choć raz roz­ma­wiała z nim, a nie z innymi męż­czy­znami. Elho­kar robił wra­że­nie bar­dzo szczę­śli­wego, pod nie­obec­ność ojca nad­zo­ru­jąc wpro­wa­dze­nie do uczty. Ado­lin i Rena­rin stali w swo­ich sztyw­nych mun­du­rach - ten pierw­szy zaba­wiał nie­wielką grupkę mło­dych kobiet, a drugi w porów­na­niu z bra­tem robił wra­że­nie tycz­ko­wa­tego i nie­zgrab­nego.

I... był też Dali­nar. Stał wypro­sto­wany. Jakimś spo­so­bem wyż­szy niż wszy­scy inni męż­czyźni na sali. Nie był jesz­cze pijany, a ludzie krą­żyli wokół niego, jak mogliby krą­żyć wokół ogni­ska w zimną noc - potrze­bo­wali zna­leźć się bli­sko, ale bali się praw­dzi­wego gorąca jego obec­no­ści. Te jego udrę­czone oczy, w któ­rych pło­nęła pasja.

Burze roz­świe­tlone. Prze­pro­siła gości i wspięła się po scho­dach do miej­sca, gdzie nie było jej już tak gorąco. Wyj­ście nie było dobrym pomy­słem, na sali bra­ko­wało króla, a gdyby kró­lowa rów­nież znik­nęła, ludzie zaczę­liby zada­wać pyta­nia. Jed­nakże wszy­scy z pew­no­ścią wytrzy­mają choć przez chwilę bez niej. Poza tym, skoro zna­la­zła się na pię­trze, mogła spraw­dzić jedną z kry­jó­wek Gavi­lara.

Ruszyła kory­ta­rzami koja­rzą­cymi się z lochem, po dro­dze minęła Par­shen­dich dźwi­ga­ją­cych bębny i roz­ma­wia­ją­cych w języku, któ­rego nie rozu­miała. Dla­czego w pałacu nie mogło być tro­chę wię­cej natu­ral­nego świa­tła, kilka dodat­ko­wych okien? Roz­ma­wiała o tym z Gavi­la­rem, ale jemu podo­bało się tak, jak było. Dzięki temu miał wię­cej kry­jó­wek.

Tutaj, pomy­ślała, zatrzy­mu­jąc się na prze­cię­ciu. Głosy.

- ...Moż­li­wość spro­wa­dze­nia ich z Bra­ize i ode­sła­nia tam nic nie zna­czy - powie­dział ktoś. - To zbyt bli­sko, by taka odle­głość się liczyła.

- Jesz­cze przed kilku laty było to nie­moż­liwe - zabrzmiał głę­boki, potężny głos. Gavi­lar. - To jest dowód. Zwią­zek nie został zerwany, a pudełko umoż­li­wia podróż. Jesz­cze nie tak daleko, jak byś chciał, ale musimy roz­po­cząć podróż w jakimś miej­scu.

Navani wyj­rzała za róg. Widziała drzwi na końcu krót­kiego kory­ta­rza, lekko uchy­lone, zza któ­rych dobie­gały głosy. Tak, Gavi­lar odby­wał swoje spo­tka­nie dokład­nie tam, gdzie się spo­dzie­wała - w jej gabi­ne­cie. Była to przy­tulna kom­nata z oknem, ukryta w zaka­marku pierw­szego pię­tra. Ona sama rzadko miała czas odwie­dzać gabi­net, ale inni ludzie raczej nie szu­ka­liby w nim Gavi­lara.

Prze­su­nęła się ostroż­nie, by spoj­rzeć przez uchy­lone drzwi. Gali­nar miał dość potężną oso­bo­wość, by wypeł­nić kom­natę. Nosił brodę, która na jego twa­rzy nie wyglą­dała nie­mod­nie, lecz... kla­sycz­nie. Jak obraz, który ożył, przed­sta­wie­nie sta­ro­żyt­nego Ale­tharu. Nie­któ­rzy sądzili, że zapo­cząt­kuje modę, ale nie­wielu wyglą­dało rów­nie dobrze.

Poza tym Gavi­lara ota­czała aura... znie­kształ­ce­nia. Nic nad­na­tu­ral­nego ani bzdur­nego. Po pro­stu... czło­wiek akcep­to­wał, że Gavi­lar mógł zro­bić, co tylko zechciał, rzu­ca­jąc wyzwa­nie wszel­kiej tra­dy­cji i logice. Jemu się uda­wało. Zawsze.

Król roz­ma­wiał z dwoma męż­czy­znami, któ­rych Navani nie­ja­sno sobie przy­po­mi­nała. Wysoki Maka­bak ze zna­mie­niem na policzku i niż­szy vorin o okrą­głej twa­rzy i małym nosie. Podobno byli amba­sa­do­rami z Zachodu, ale nie podano, z jakiego kró­le­stwa.

Maka­bak opie­rał się o regał, ręce zaplótł na pier­siach, a jego twarz pozo­sta­wała cał­ko­wi­cie bez wyrazu. Vorin zała­my­wał ręce, co Navani koja­rzyło się z zarządcą pałacu, choć ten męż­czy­zna robił wra­że­nie o wiele młod­szego. Dwa­dzie­ścia kilka lat? Może trzy­dzie­ści? Nie, mógł być star­szy.

Na stole mię­dzy Gavi­la­rem a męż­czy­znami leżały kule i klej­noty. Navani zaparło dech w pier­siach, kiedy je zoba­czyła. Posor­to­wano je według koloru i jasno­ści, ale kilka wyglą­dało dziw­nie. Ema­no­wały odwrot­no­ścią świa­tła, jakby były nie­wiel­kimi stud­niami fio­le­to­wej ciem­no­ści, wcią­ga­ją­cymi wszel­kie ota­cza­jące je barwy.

Ni­gdy wcze­śniej nie widziała cze­goś takiego, ale kule z uwię­zio­nymi spre­nami mogły wyglą­dać bar­dzo dziw­nie i jesz­cze dziw­niej dzia­łać. Te... musiały być prze­zna­czone do fabriali. Co Gavi­lar robił z kulami, dziw­nym bla­skiem i sza­no­wa­nymi arti­fa­bria­nami? I dla­czego nie chciał z nią roz­ma­wiać o...

Gavi­lar nagle się wypro­sto­wał i spoj­rzał w stronę drzwi, choć Navani nie wydała żad­nego dźwięku. Ich spoj­rze­nia się zetknęły. Navani pchnęła drzwi, jakby wła­śnie wcho­dziła do środka. Nie szpie­go­wała, w końcu była kró­lową tego pałacu. Mogła wcho­dzić, gdzie tylko chciała, szcze­gól­nie do wła­snego gabi­netu.

- Mężu, cze­kają na cie­bie goście. Naj­wy­raź­niej prze­sta­łeś zauwa­żać upływ czasu.

- Pano­wie - powie­dział Gavi­lar do amba­sa­do­rów - będę musiał was prze­pro­sić.

Ner­wowy vorin prze­cze­sał dło­nią rzad­kie włosy.

- Chcę wie­dzieć wię­cej o tym pro­jek­cie, Gavi­la­rze. Muszę cię rów­nież poin­for­mo­wać, że jest tu jesz­cze jedna z nas. Wcze­śniej dostrze­głem jej dzieło.

- Wkrótce spo­tkam się z Meri­da­sem i pozo­sta­łymi - odparł Gavi­lar. - Powinni mieć wię­cej infor­ma­cji. Póź­niej o tym poroz­ma­wiamy.

- Nie. - Głos Maka­baka brzmiał ostro. - Wąt­pię w to.

- Jest tu coś wię­cej, Nale! - stwier­dził vorin, choć podą­żył za swoim wycho­dzą­cym przy­ja­cie­lem. - To ważne! Chcę się wydo­stać. To jedyny spo­sób...

- O co w tym cho­dzi? - spy­tała Navani, kiedy Gavi­lar zamknął drzwi. - To nie byli amba­sa­do­ro­wie. Kim oni naprawdę są?

Gavi­lar nie odpo­wie­dział. Zaczął nie­śpiesz­nie zbie­rać kule ze stołu i wkła­dać je do sakiewki.

Navani rzu­ciła się do przodu i zła­pała jedną.

- Co to jest? Skąd wzią­łeś kule, które świecą w taki spo­sób? Czy to ma coś wspól­nego z arti­fa­bria­nami, któ­rych tu zapro­si­łeś? - Spoj­rzała na niego, ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi, wyja­śnie­nia.

On jed­nak tylko wycią­gnął rękę po kulę.

- To cię nie doty­czy, Navani. Wra­caj na ucztę.

Zaci­snęła dłoń na szkle.

- Żebym mogła wciąż cię zastę­po­wać? Obie­ca­łeś lor­dowi Rine, że roz­wią­żesz jego kon­flikt, i to wła­śnie dzi­siaj? Wiesz, jak wielu ludzi na cie­bie czeka? I czy mówi­łeś, że masz inne spo­tka­nie, na które się teraz udasz, przed roz­po­czę­ciem uczty? Zamie­rzasz tak po pro­stu igno­ro­wać naszych gości?

- Wiesz - powie­dział cicho - jak bar­dzo nużą mnie twoje cią­głe pyta­nia, kobieto?

- Może w takim razie spró­buj odpo­wie­dzieć na parę. To by było dla cie­bie nowe doświad­cze­nie, potrak­to­wać żonę jako istotę ludzką, a nie maszynę zbu­do­waną, by pil­no­wała dla cie­bie dni tygo­dnia.

Gavi­lar mach­nął ręką w stronę kuli.

Instynk­tow­nie ści­snęła ją moc­niej.

- Dla­czego? Dla­czego przez cały czas mnie odpy­chasz? Pro­szę, powiedz mi.

- To tajem­nice, z któ­rymi byś sobie nie pora­dziła, Navani. Gdy­byś znała zakres tego, co roz­po­czą­łem...

Zmarsz­czyła czoło. Zakres czego? Już pod­bił Ale­th­kar. Zjed­no­czył arcy­ksią­żąt. Czy to dla­tego zwró­cił teraz wzrok w stronę Niczy­ich Wzgórz? Z pew­no­ścią osie­dle­nie się w dzi­czy, zamiesz­ka­nej jedy­nie przez dzi­waczne ple­mię par­sh­me­nów, było niczym w porów­na­niu z tym, co już osią­gnął.

Ujął jej rękę, siłą odgiął palce i wyjął kulę. Nie wal­czyła z nim, bo nie przy­jąłby tego dobrze. Ni­gdy nie wyko­rzy­stał swo­jej siły prze­ciwko niej, nie w ten spo­sób, ale były słowa. Uwagi. Groźby. Wziął dziwną urze­ka­jącą kulę i scho­wał ją do sakiewki wraz z pozo­sta­łymi. Z gło­śnym trza­skiem ścią­gnął rze­mień i wci­snął ją do kie­szeni.

- Karzesz mnie, prawda? - spy­tała ostro. - Znasz moją miłość do fabriali. Szy­dzisz ze mnie, bo wiesz, że mnie to zaboli.

- Może nauczysz się myśleć, zanim się ode­zwiesz, Navani. Może poznasz nie­bez­pieczną cenę pogło­sek.

Znowu to? - pomy­ślała.

- Do niczego nie doszło, Gavi­la­rze.

- A myślisz, że mnie to obcho­dzi? Myślisz, ze dwór to obcho­dzi? Dla nich kłam­stwa są rów­nie dobre jak fakty.

To była prawda, uświa­do­miła sobie. Gavi­lara nie obcho­dziło, czy była nie­wierna - a nie była. Ale jej słowa wywo­łały plotki, trudne do uci­sze­nia.

Gavi­lara obcho­dziło jedy­nie jego dzie­dzic­two. Chciał być znany jako wielki król, wielki przy­wódca. To zawsze nim kie­ro­wało, ale ostat­nio prze­obra­żało się w coś innego. Cią­gle pytał, czy zosta­nie zapa­mię­tany jako naj­więk­szy król Ale­th­karu. Czy mógł rów­nać się ze swo­imi przod­kami, męż­czy­znami takimi jak Sło­neczny?

Jeśli dwór króla sądził, że nie panuje nad wła­sną żoną, czy to mogło ska­lać jego dzie­dzic­two? Czym było kró­le­stwo, jeśli Gavi­lar wie­dział, że jego żona w tajem­nicy kochała jego brata? W ten spo­sób Navani sta­no­wiła odprysk w mar­mu­rze jego naj­waż­niej­szego na świe­cie dzie­dzic­twa.

- Poroz­ma­wiaj ze swoją córką - Gavi­lar odwró­cił się w stronę drzwi. - Sądzę, że udało mi się uła­go­dzić Ama­rama. Może zechce ją przy­jąć, a jej czas się koń­czy. Nie­wielu zalot­ni­ków się nią inte­re­suje, pew­nie będę musiał oddać pół kró­le­stwa, żeby pozbyć się dziew­czyny, jeśli znów odmówi Ama­ra­mowi.

Navani prych­nęła.

- Ty z nią poroz­ma­wiaj. Jeśli to, czego pra­gniesz, jest takie ważne, może choć raz mógł­byś zro­bić to oso­bi­ście. Poza tym Ama­ram mi nie odpo­wiada. Jasnah może sobie zna­leźć kogoś lep­szego.

Gavi­lar znie­ru­cho­miał, po czym znów odwró­cił się do niej i ode­zwał się cichym gło­sem.

- Jasnah poślubi Ama­rama, jak jej pole­ci­łem. Zapo­mni o tej swo­jej fana­be­rii, zdo­by­ciu sławy poprzez odrzu­ce­nie kościoła. Jej aro­gan­cja plami repu­ta­cję całej rodziny.

Navani zro­biła krok do przodu i pozwo­liła, by jej głos zabrzmiał rów­nie chłodno jak głos męża.

- Wiesz, że dziew­czyna wciąż cię kocha, Gavi­la­rze. Wszy­scy cię kochają. Elho­kar, Dali­nar, chłopcy... oni cię wiel­bią. Jesteś pewien, że chcesz im uka­zać, kim naprawdę jesteś? Oni są twoim dzie­dzic­twem. Odnoś się do nich z tro­ską. To oni okre­ślą, jak zosta­niesz zapa­mię­tany.

- Wiel­kość mnie okre­śli, Navani. I żadne mierne wysiłki kogoś takiego jak Dali­nar albo mój syn tego nie prze­kre­ślą... a oso­bi­ście wąt­pię, by Elko­har mógł wznieść się choćby do mier­no­ści.

- A co ze mną? Mogła­bym opi­sać twoją histo­rię. Twoje życie. Cokol­wiek wydaje ci się, że zro­bi­łeś, cze­go­kol­wiek doko­na­łeś... jest ulotne, Gavi­la­rze. Słowa na kar­tach okre­ślają ludzi dla przy­szłych poko­leń. Gar­dzisz mną, ale to ja trzy­mam w rękach to, co jest dla cie­bie naj­cen­niej­sze. Jeśli popchniesz mnie zbyt daleko, zacznę ści­skać.

Nie odpo­wie­dział krzy­kiem ani wście­kło­ścią, ale zimna pustka w jego oczach mogłaby pochło­nąć kró­le­stwa i zosta­wić jedy­nie czerń. Uniósł dłoń do jej policzka i objął go łagod­nie, szy­dząc z nie­gdyś namięt­nego gestu.

Było to bar­dziej bole­sne od spo­licz­ko­wa­nia.

- Wiesz, dla­czego cię nie włą­czy­łem, Navani? - spy­tał cicho. - Myślisz, że uda ci się przy­jąć prawdę?

- Spró­buj choć raz, to może być miła odmiana.

- Nie jesteś godna, Navani. Twier­dzisz, że jesteś uczoną, ale gdzie są twoje odkry­cia? Badasz świa­tło, ale jesteś jego prze­ci­wień­stwem. Istotą, która nisz­czy świa­tło. Spę­dzasz czas, tarza­jąc się w bło­cie w kuchni, i obse­syj­nie przej­mu­jesz się tym, czy jakiś mało zna­czący jasno­oki prze­strzega odpo­wied­nich linii na mapie. Tak nie działa wielki czło­wiek. Nie jesteś uczoną. Jedy­nie lubisz prze­by­wać bli­sko nich. Nie jesteś arti­fa­brianką. Jedy­nie kobietą, która lubi bły­skotki. Nie masz wła­snej sławy, osią­gnięć ani umie­jęt­no­ści. Wszystko, co się w tobie liczy, pocho­dzi od kogoś innego. Nie masz wła­dzy... jedy­nie lubisz poślu­biać męż­czyzn, któ­rzy ją mają.

- Jak śmiesz...

- Zaprzecz temu, Navani - wark­nął. - Zaprzecz, że kocha­łaś jed­nego brata, ale poślu­bi­łaś dru­giego. Uda­wa­łaś, że uwiel­biasz męż­czy­znę, któ­rym gar­dzi­łaś... a wszystko dla­tego, że wie­dzia­łaś, że zosta­nie kró­lem.

Cof­nęła się, wyrwała z jego uści­sku i prze­krę­ciła głowę na bok. Zamknęła oczy i poczuła łzy na policz­kach. To było bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż suge­ro­wał, bo kochała ich obu - a inten­syw­ność Dali­nara ją prze­ra­żała, więc Gavi­lar wyda­wał się bez­piecz­niej­szym wybo­rem.

Jed­nakże w oskar­że­niu Gavi­lara kryła się prawda. Mogła sama się okła­my­wać i powie­dzieć, że poważ­nie roz­wa­żała Dali­nara, ale wszy­scy wie­dzieli, że w końcu wybie­rze Gavi­lara. I tak zro­biła. Był bar­dziej wpły­wowy z nich dwóch.

- Poszłaś tam, gdzie spo­dzie­wa­łaś się naj­więk­szych pie­nię­dzy i wła­dzy. Jak zwy­kła dziwka. Napisz, co tylko zechcesz na mój temat. Powiedz to, wykrzyk­nij, ogłoś. Prze­żyję twoje oskar­że­nia, a moje dzie­dzic­two prze­trwa. Odkry­łem wej­ście do świata bogów i legend, a kiedy do nich dołą­czę, moje kró­le­stwo ni­gdy się nie skoń­czy. Ja ni­gdy się nie skoń­czę.

Wyszedł i z cichym trza­skiem zamknął za sobą drzwi. Nawet w cza­sie kłótni pano­wał nad sytu­acją.

Drżąc, Navani z tru­dem dotarła do krze­sła przy biurku, na któ­rym goto­wały się zło­ścio­spreny. I kłę­biły wsty­do­spreny, ota­cza­jące ją jak białe i czer­wone płatki.

Aż się trzę­sła z wście­kło­ści. Wście­kło­ści na niego. Na samą sie­bie, że nie wal­czyła. I na świat, bo wie­działa, że jego słowa przy­naj­mniej w czę­ści były prawdą.

Nie. Nie pozwól, żeby jego kłam­stwa stały się prawdą. Walcz z tym. Zaci­snęła zęby, otwo­rzyła oczy i zaczęła prze­glą­dać biurko w poszu­ki­wa­niu farb olej­nych i papieru.

Zaczęła malo­wać, bar­dzo sta­ran­nie kre­śląc każdą linię. Duma - jakby na dowód dla niego - kazała jej być dro­bia­zgową i dosko­nałą. Ta czyn­ność zwy­kle ją uspo­ka­jała. Spo­sób, w jaki upo­rząd­ko­wane, ele­ganc­kie linie sta­wały się sło­wami, a farba i papier nabie­rały zna­cze­nia.

W końcu miała w ręku jeden z naj­lep­szych gli­fów strze­gą­cych, jakie stwo­rzyła. Gło­sił po pro­stu Śmierć. Dar. Śmierć. Nakre­śliła każdy glif w kształ­cie heral­dycz­nej wieży lub mie­cza Gavi­lara.

Modli­twa zapa­liła się od pło­mie­nia lampy, pło­nęła jasno - a kiedy tak się stało, jej kathar­sis zmie­niło się we wstyd. Co ona wypra­wiała? Modliła się o śmierć męża? Wsty­do­spreny powró­ciły całą chmurą.

Jak do tego doszło? Ich kłót­nie sta­wały się coraz gor­sze. Wie­działa, że nie był tym męż­czy­zną, tym, z któ­rym ostat­nio się sty­kała. Nie zacho­wy­wał się w taki spo­sób, kiedy roz­ma­wiał z Dali­na­rem, Sade­asem, a nawet - zazwy­czaj - Jasnah.

Gavi­lar był kimś lep­szym. Podej­rze­wała, że on też to wie­dział. Jutro dosta­nie kwiaty. Bez prze­pro­sin, ale z pre­zen­tem, zazwy­czaj bran­so­letką.

Tak, wie­dział, że powi­nien być kimś wię­cej. Ale... jakimś spo­so­bem budziła w nim potwora. A on jakimś spo­so­bem budził w niej sła­bość. Ude­rzyła bez­pieczną dło­nią w blat, a drugą roz­ma­so­wała czoło.

Na burze. Wyda­wało się, że jesz­cze tak nie­dawno sie­dzieli razem i dys­ku­to­wali o kró­le­stwie, które stwo­rzą. Teraz wła­ści­wie w każ­dej roz­mo­wie się­gali po naj­ostrzej­sze noże i wbi­jali je w naj­bar­dziej bole­sne miej­sca z dokład­no­ścią, jaką można osią­gnąć jedy­nie po latach bli­sko­ści.

Z tru­dem zapa­no­wała nad sobą, znów nało­żyła maki­jaż i popra­wiła fry­zurę. Mogła być wszyst­kim, o co ją oskar­żył, ale on był jedy­nie zbi­rem z zapa­dłej wio­ski, który miał sta­now­czo zbyt dużo szczę­ścia i talent do zwo­dze­nia dobrych ludzi, by za nim podą­żali.

Jeśli męż­czy­zna taki jak on mógł uda­wać, że jest kró­lem, to ona mogła uda­wać, że jest kró­lową. Tak czy ina­czej, mieli kró­le­stwo.

I przy­naj­mniej jedno z nich powinno spró­bo­wać nim rzą­dzić.

***

Navani dowie­działa się o ataku skry­to­bójcy dopiero, kiedy było już po wszyst­kim.

Pod­czas uczty zacho­wy­wali się jak wzór kró­lew­skiej pary, byli wobec sie­bie ser­deczni i każde prze­wo­dziło swo­jej uczcie. A póź­niej Gavi­lar wyszedł, kiedy tylko udało mu się zna­leźć uspra­wie­dli­wie­nie. Przy­naj­mniej zacze­kał do końca posiłku.

Navani zeszła na dół, żeby poże­gnać gości. Dała im do zro­zu­mie­nia, że Gavi­lar nikogo celowo nie zlek­ce­wa­żył. Był po pro­stu wyczer­pany po dłu­giej podróży. Tak, z całą pew­no­ścią wkrótce zor­ga­ni­zuje audien­cję. Z przy­jem­no­ścią przy­jadą po zakoń­cze­niu następ­nej burzy...

I tak dalej, i tak dalej, aż miała wra­że­nie, że przy kolej­nym uśmie­chu jej twarz pęk­nie. Poczuła ulgę, kiedy zoba­czyła bie­gnącą w jej stronę młodą posłań­czy­nię. Odsu­nęła się od wycho­dzą­cych gości. Spo­dzie­wała się usły­szeć, że stłu­czono cenną wazę albo Dali­nar zasnął z twa­rzą na stole.

Posłań­czyni jed­nak zapro­wa­dziła Navani do zarządcy. Na jego twa­rzy malo­wał się wielki smu­tek, oczy miał zaczer­wie­nione, a dło­nie mu drżały. Stary męż­czy­zna wycią­gnął do niej rękę i zła­pał ją za ramię, jakby chciał się na niej oprzeć. Po jego twa­rzy pły­nęły łzy, moczyły rzadką brodę.

Widząc jego emo­cje, Navani uświa­do­miła sobie, że rzadko myślała o męż­czyź­nie, uży­wa­jąc jego imie­nia, rzadko myślała o nim jako o czło­wieku. Czę­sto trak­to­wała go jak ele­ment wypo­sa­że­nia pałacu, wła­ści­wie jak rzeźby przed wej­ściem. Jak Gavi­lar trak­to­wał ją.

- Gerehu. - Z zawsty­dze­niem wzięła go za rękę. - Co się stało? Dobrze się czu­jesz? Zmu­sza­li­śmy cię do zbyt cięż­kiej pracy bez...

- Król - wykrztu­sił star­szy męż­czy­zna. - Jasno­ści, oni ode­brali nam króla! Ci par­sh­meni. Ci bar­ba­rzyńcy. Te... potwory.

Navani od razu zaczęła podej­rze­wać, że Gavi­lar zna­lazł jakiś spo­sób na wymknię­cie się z pałacu, a wszy­scy uznali, że został porwany. Ten męż­czy­zna... pomy­ślała, wyobra­ża­jąc sobie, jak prze­bywa gdzieś w mie­ście ze swo­imi nie­zwy­kłymi gośćmi, i oma­wia tajem­nice w mrocz­nej kom­na­cie.

Gereh ści­snął ją moc­niej.

- Jasno­ści, oni go zabili. Król Gavi­lar nie żyje.

- Nie­moż­liwe. Jest naj­po­tęż­niej­szym męż­czy­zną w całym kraju, może na całym świe­cie. Ota­czają go Odpry­skowi. Pomy­li­łeś się, Gerehu. On....

Jest twardy jak burze. Ale to oczy­wi­ście nie było prawdą - chciał jedy­nie, by ludzie tak sądzili. "Ja ni­gdy się nie skoń­czę...". Kiedy mówił takie rze­czy, trudno było mu nie wie­rzyć.

Musiała zoba­czyć ciało, zanim prawda w końcu zaczęła do niej docie­rać, prze­peł­nia­jąc ją chło­dem jak zimowy deszcz. Gavi­lar leżał na stole w spi­żarni, poła­many i zakrwa­wiony, a straż­nicy siłą odpę­dzali prze­ra­żo­nych słu­żą­cych, kiedy ci pytali o wyja­śnie­nia.

Navani sta­nęła nad nim. Nawet widząc krew na jego bro­dzie, strza­skany Pan­cerz Odpry­sku, brak odde­chu i zie­jące rany... nawet wtedy zasta­na­wiała się, czy to nie sztuczka. To, co leżało przed nią, było nie­moż­li­wo­ścią. Gavi­lar Kho­lin nie mógł tak po pro­stu umrzeć, jak inni ludzie.

Kazała sobie poka­zać odcięty bal­kon, na któ­rym po upadku z góry spo­czy­wał bez życia Gavi­lar. Jasnah wszystko widziała, powie­dzieli. Zwy­kle nie­wzru­szona dziew­czyna sie­działa w kącie i pła­kała, przy­ci­ska­jąc zaci­śniętą bez­pieczną dłoń do ust.

Dopiero wtedy wokół Navani zaczęły się poja­wiać wstrzą­so­spreny, trój­kąty migo­czą­cego świa­tła. Dopiero wtedy uwie­rzyła.

Gavi­lar Kho­lin nie żył.

Sadeas odcią­gnął Navani na bok i ze szcze­rym smut­kiem wyja­śnił jej swoją rolę w tym, co się wyda­rzyło. Słu­chała z dziw­nym otę­pie­niem. Była tak zajęta, że nawet nie zauwa­żyła, iż więk­szość Par­shen­dich w tajem­nicy opu­ściła pałac - znik­nęli w mroku tuż przed tym, jak ich sługa zaata­ko­wał. Ich przy­wódcy zostali, by nikt nie zauwa­żył ucieczki.

Navani jak w tran­sie wró­ciła do spi­żarni i osty­głego ciała Gavi­lara Kho­lina. Jego porzu­co­nej sko­rupy. Miny słu­żą­cych i chi­rur­gów świad­czyły, że spo­dzie­wali się po niej smutku. Może zawo­dze­nia. Z całą pew­no­ścią w pomiesz­cze­niu poja­wiały się całe chmary bólo­spre­nów, a nawet kilka rzad­kich udrę­ko­spre­nów, przy­po­mi­na­ją­cych zęby wyra­sta­jące ze ścian.

Czuła coś podob­nego do tych emo­cji. Smu­tek? Nie do końca. Żal. Jeśli on naprawdę umarł... to było po wszyst­kim. Ich ostat­nia praw­dziwa roz­mowa zmie­niła się w kolejną kłót­nię. I nic się nie dało zmie­nić. Wcze­śniej zawsze mogła sobie powta­rzać, że się pogo­dzą. Że prze­biją się przez cier­nie i znajdą drogę powrotną do tego, czym byli wcze­śniej. Jeśli nie kocha­jącą się parą, to choć sprzy­mie­rzeń­cami.

Teraz już do tego nie doj­dzie. Było po wszyst­kim. On zgi­nął, ona została wdową i... na burze, modliła się o to. Ta świa­do­mość ją prze­szyła. Mogła jedy­nie mieć nadzieję, że Wszech­mocny nie wysłu­chał jej głu­piej prośby napi­sa­nej w chwili wście­kło­ści. Choć w głębi duszy zaczęła nie­na­wi­dzić Gavi­lara, nie życzyła mu śmierci. Prawda?

Nie, nie tak powinno się to skoń­czyć. I dla­tego poczuła coś jesz­cze. Litość.

Leżące na stole w kałuży krwi ciało Gavi­lara Kho­lina wyda­wało się osta­teczną znie­wagą dla jego wiel­kich pla­nów. Myślał, że jest wieczny, czyż nie? Pra­gnął osią­gnąć jakąś wielką wizję, zbyt ważną, by się z nią podzie­lić? Cóż, Ojciec Burz i Matka Świata igno­ro­wali pra­gnie­nia ludzi, choćby naj­więk­sze.

Nie czuła jed­nak smutku. Jego śmierć była ważna, ale dla niej nic nie zna­czyła. Może poza szansą, by jej dzieci ni­gdy nie musiały się dowie­dzieć, kim się stał.

Będę lep­szym czło­wie­kiem, Gavi­la­rze, pomy­ślała, zamy­ka­jąc jego oczy. W imię tego, kim byłeś kie­dyś, pozwolę, by świat uda­wał. Dam ci twoje dzie­dzic­two.

Póź­niej się zawa­hała. Jego Pan­cerz Odpry­sku - cóż, Pan­cerz, który miał na sobie - pękł na wyso­ko­ści pasa. Się­gnęła do kie­szeni i nama­cała świń­ską skórę. Ostroż­nie wydo­była sakiewkę z kulami, którą widziała wcze­śniej, ale odkryła, że jest pusta.

Na burze. Gdzie je scho­wał?

Ktoś zaka­słał i Navani nagle uświa­do­miła sobie, jakie wra­że­nie robiło takie grze­ba­nie po kie­sze­niach. Wyjęła kule z wło­sów i wło­żyła je do sakiewki, którą wci­snęła w jego dłoń, po czym oparła czoło o jego zmiaż­dżoną pierś. To miało wyglą­dać, jakby zwra­cała mu jego dary, co sym­bo­li­zo­wało, że kiedy umarł, jej świa­tło sta­wało się jego świa­tłem.

Póź­niej, z twa­rzą pokrytą jego krwią, wstała i udała, że zmu­sza się do odzy­ska­nia pano­wa­nia nad sobą. W ciągu następ­nych godzin, gdy wal­czyła z cha­osem w mie­ście posta­wio­nym na gło­wie, mar­twiła się, że zyska repu­ta­cję bez­dusz­nej. Tym­cza­sem wyda­wało się, że ludzie uznali jej wewnętrzną siłę za uspo­ka­ja­jącą.

Król umarł, ale kró­le­stwo trwało na­dal. Gavi­lar utra­cił życie w dokład­nie taki sam spo­sób, w jaki je pro­wa­dził - z wiel­kim dra­ma­ty­zmem, a Navani musiała po nim posprzą­tać.

1. Odci­ski

Naj­pierw należy skło­nić sprena do zbli­że­nia się. Rodzaj klej­notu ma zna­cze­nie - nie­które spreny są natu­ral­nie bar­dziej zain­te­re­so­wane okre­ślo­nymi klej­no­tami. Ponadto jest nie­zmier­nie ważne, by uspo­koić sprena czymś, co zna i kocha. Na przy­kład dla ognio­spre­nów nie­zbędny jest duży pło­mień.

Wykład na temat mecha­niki fabriali, wygło­szony przez Navani Kho­lin przed koali­cją monar­chów, Uri­thiru, Jese­van roku 1175

Lirin był pod wra­że­niem spo­koju, jaki czuł, gdy spraw­dzał, czy dziecko nie ma śla­dów szkor­butu na dzią­słach. Lata szko­le­nia jako chi­rurg dobrze mu tego dnia słu­żyły. Ćwi­cze­nia odde­chowe - które miały mu poma­gać w powstrzy­my­wa­niu drże­nia rąk - w cza­sie szpie­go­wa­nia dzia­łały rów­nie dobrze, jak pod­czas zabie­gów.

- Pro­szę - powie­dział do matki dziecka, wycią­ga­jąc z kie­szeni nie­duży żeton z rzeź­bio­nej sko­rupy. - Pokaż go kobie­cie w pawi­lo­nie jadal­nym. Da sok dla two­jego syna. Dopil­nuj, żeby wypił wszystko, każ­dego ranka.

- Dzię­ko­wać bar­dzo - powie­działa kobieta z sil­nym her­daz­kim akcen­tem. Przy­tu­liła syna i spoj­rzała na Lirina udrę­czo­nym wzro­kiem. - Jeśli... jeśli dziecko... zna­leźć...

- Przy­pil­nuję, żebyś została poin­for­mo­wana, jeśli dowiemy się cze­goś o resz­cie two­ich dzieci - obie­cał Lirin. - Przy­kro mi z powodu two­jej straty.

Kobieta poki­wała głową, otarła policzki i zanio­sła dziecko do straż­nicy pod mia­stecz­kiem. Tam grupka uzbro­jo­nych par­sh­me­nów zsu­nęła jej kap­tur i porów­nała jej twarz z rysun­kami przy­sła­nymi przez Sto­pio­nych. Żona Lirina, Hesina, stała w pobliżu, by w razie koniecz­no­ści prze­czy­tać opis.

Za ich ple­cami poranna mgła zasła­niała Pale­ni­sko. Mia­steczko wyglą­dało jak zbio­ro­wi­sko ciem­nych, nie­wy­raź­nych brył. Jak guz. Lirin z tru­dem widział płótna roz­cią­gnięte mię­dzy budyn­kami, zapew­nia­jące odro­binę schro­nie­nia licz­nym ucie­ki­nie­rom z Her­dazu. Całe uliczki zostały zamknięte, a wśród mgły roz­le­gały się wid­mowe odgłosy - brzęk tale­rzy, ludz­kie roz­mowy.

Rzecz jasna, te pry­mi­tywne osie­dla nie prze­trwa­łyby burzy, ale dawało się je łatwo zde­mon­to­wać i scho­wać. Po pro­stu bra­ko­wało domów. Ludzie mogli tło­czyć się przez kilka godzin w burzo­wych schro­nach, ale nie mogli tak żyć.

Odwró­cił się i spoj­rzał na tych, któ­rzy tego dnia cze­kali na wpusz­cze­nie. Koniec kolejki ginął we mgle, a towa­rzy­szyły jej przy­po­mi­na­jące owady gło­do­spreny i wyczer­pa­nio­spreny jak chmury pyłu. Na burze. Ilu ludzi mogło się jesz­cze pomie­ścić w mia­steczku? Wio­ski bli­żej gra­nicy muszą być już cał­ko­wi­cie prze­peł­nione, jeśli tak wielu wędro­wało tak daleko w głąb.

Minął ponad rok od nadej­ścia Wiecz­nej Burzy i upadku Ale­th­karu. Rok, w cza­sie któ­rego Her­daz - mniej­szy sąsiad Ale­th­karu na pół­noc­nym zacho­dzie - jakimś cudem przez cały czas wal­czył. Przed dwoma mie­sią­cami wróg w końcu posta­no­wił osta­tecz­nie zmiaż­dżyć kró­le­stwo. Wkrótce potem wzro­sła liczba uchodź­ców. Jak zawsze, żoł­nie­rze wal­czyli, a zwy­kli ludzie - któ­rych pola zostały zadep­tane - umie­rali z głodu i byli zmu­szeni do opusz­cze­nia domów.

Pale­ni­sko robiło, co mogło. Aric i inni męż­czyźni - kie­dyś straż­nicy w rezy­den­cji Roshone'a, obec­nie nie mieli prawa nosić broni - orga­ni­zo­wali kolejkę i pil­no­wali, by nikt nie wśli­zgnął się do mia­sta, jeśli nie został obej­rzany przez Lirina. Prze­ko­nał jasność Abia­jan, że koniecz­nie musi zba­dać każ­dego. Ona mar­twiła się zarazą, on zaś chciał po pro­stu zoba­czyć każ­dego, kto mógł potrze­bo­wać lecze­nia.

Jej żoł­nie­rze szli wzdłuż kolejki, wszy­scy byli czujni. Par­sh­meni uzbro­jeni w mie­cze. Uczyli się czy­tać i nale­gali, by nazy­wano ich "pie­śnia­rzami". Rok po ich prze­bu­dze­niu Lirin na­dal uwa­żał to za coś dziw­nego. Ale tak naprawdę, co go to obcho­dziło? W pew­nym sen­sie nie­wiele się zmie­niło. Te same stare kon­flikty pochła­niały par­sh­me­nów z równą łatwo­ścią, co ale­thyj­skich oświe­co­nych. Ludzie, któ­rzy posma­ko­wali wła­dzy, pra­gnęli wię­cej, a póź­niej się­gali po nią z mie­czem. Zwy­kli ludzie krwa­wili, a Liri­nowi pozo­sta­wało ich pozszy­wać.

Wró­cił do pracy. Musiał obej­rzeć przy­naj­mniej setkę ucie­ki­nie­rów. Gdzieś wśród nich ukry­wał się męż­czy­zna, któ­rego dzie­łem była duża część tego cier­pie­nia. To dla­tego Lirin był tego dnia tak zde­ner­wo­wany. Następny w sze­regu nie był jed­nak on, a obszar­pany Ale­thyj­czyk, który w walce stra­cił rękę. Lirin obej­rzał ranę, ale obra­że­nia miały już kilka mie­sięcy, a Lirin nie mógł wiele pora­dzić na roz­le­głe zbli­zno­wa­ce­nia.

Lirin poru­szył pal­cem przed twa­rzą męż­czy­zny, obser­wu­jąc, jak ten podąża za nim wzro­kiem. Wstrząs, pomy­ślał.

- Czy odnio­słeś ostat­nio rany, o któ­rych mi nie powie­dzia­łeś?

- Żad­nych ran - szep­nął męż­czy­zna. - Ale zbójcy... zabrali moją żonę, zacny chi­rurgu. Zabrali ją... zosta­wili mnie przy­wią­za­nego do drzewa. Ode­szli ze śmie­chem...

A niech to. Wstrząs psy­chiczny nie był czymś, co Lirin mógłby wyciąć skal­pe­lem.

- Kiedy wej­dziesz do mia­sta, poszu­kaj namiotu czter­na­stego. Powiedz tam­tym kobie­tom, że cię przy­sła­łem.

Męż­czy­zna poki­wał tępo głową, spoj­rze­nie miał puste. Czy w ogóle zwró­cił uwagę na jego słowa? Lirin zapa­mię­tał rysy męż­czy­zny - siwie­jące włosy z dłuż­szym kosmy­kiem z tyłu, trzy duże pie­przyki na gór­nej czę­ści lewego policzka i oczy­wi­ście brak ręki - i posta­no­wił wie­czo­rem poszu­kać go w namio­cie. Asy­stentki obser­wo­wały w nim ucie­ki­nie­rów, któ­rzy mogli mieć skłon­no­ści samo­bój­cze. Przy tak wielu ludziach, któ­rymi musieli się zaj­mo­wać, Lirin nie mógł zro­bić wię­cej.

- Ruszaj. - Lirin łagod­nie popchnął męż­czy­znę w stronę mia­steczka. - Namiot czter­na­sty. Przy­kro mi z powodu two­jej straty.

Męż­czy­zna odszedł.

- Mówisz to z taką łatwo­ścią, chi­rurgu - powie­dział ktoś za jego ple­cami.

Lirin obró­cił się na pię­cie, po czym natych­miast ukło­nił się głę­boko. Abia­jan, nowa pani mia­sta, była par­sh­menką o wyra­zi­stej bia­łej skó­rze z deli­kat­nym czer­wo­nym mar­mur­kiem na policz­kach.

- Jasno­ści. O co cho­dzi?

- Powie­dzia­łeś temu męż­czyź­nie, że przy­kro ci z powodu jego straty. Mówisz to tak łatwo każ­demu z nich, a jed­nak wydaje się, że masz tyle współ­czu­cia, co głaz. Nic nie czu­jesz do tych ludzi?

- Czuję, jasno­ści, ale muszę być ostrożny, by ich cier­pie­nie mnie nie przy­tło­czyło. To jedna z pierw­szych zasad obo­wią­zu­ją­cych chi­rur­gów.

- Inte­re­su­jące. - Par­sh­menka unio­sła bez­pieczną dłoń, osło­niętą ręka­wem havah. - Pamię­tasz, jak nasta­wia­łeś moją rękę, kiedy byłam dziec­kiem?

- Tak.

Abia­jan powró­ciła - z nowym imie­niem i nowym zada­niem od Sto­pio­nych - po tym, jak ucie­kła z innymi po nadej­ściu Wiecz­nej Burzy. Przy­pro­wa­dziła wielu par­sh­me­nów, z któ­rych wszy­scy pocho­dzili z tej oko­licy, ale z tych miesz­ka­ją­cych wcze­śniej w Pale­ni­sku wró­ciła tylko ona. Nie chciała mówić o tym, czego doświad­czyła przez te wszyst­kie mie­siące.

- Cóż za inte­re­su­jąca pamięć. Tamto życie wydaje mi się teraz snem. Pamię­tam ból. Dez­orien­ta­cję. Surową postać, która spra­wiła mi jesz­cze wię­cej bólu... choć teraz rozu­miem, że sta­ra­łeś się mnie uzdro­wić. Tyle wysiłku dla małej nie­wol­nicy.

- Ni­gdy nie obcho­dziło mnie, kogo uzdra­wiam, jasno­ści. Nie­wol­nika czy króla.

- Jestem pewna, że fakt, iż Wistiow sporo za mnie zapła­cił, nie miał z tym nic wspól­nego. - Spoj­rzała na Lirina zmru­żo­nymi oczami, a kiedy znów się ode­zwała, w jej gło­sie zabrzmiał rytm, jakby wypo­wia­dała słowa pie­śni. - Czy współ­czu­łeś mi, bied­nej, zdez­o­rien­to­wa­nej nie­wol­nicy, któ­rej ukra­dziono umysł? Czy pła­ka­łeś nad nami, chi­rurgu, i życiem, które pro­wa­dzi­li­śmy?

- Chi­rur­gowi nie wolno pła­kać - powie­dział cicho Lirin. - Chi­rurg nie może sobie pozwo­lić na płaszcz.

- Jak głaz - powtó­rzyła i pokrę­ciła głową. - Widzia­łeś jakieś zara­zo­spreny na tych ucie­ki­nie­rach? Jeśli te spreny dostaną się do mia­sta, wszy­scy mogą zgi­nąć.

- Cho­rób nie wywo­łują spreny. Zarazy roz­no­szą się przez zaka­żoną wodę, brak odpo­wied­niej higieny, a cza­sami oddech tych, któ­rzy mają je w sobie.

- Prze­sądy.

- Mądrość Herol­dów - sprze­ci­wił się Lirin. - Powin­ni­śmy być ostrożni.

Frag­menty sta­rych manu­skryp­tów - tłu­ma­cze­nia tłu­ma­czeń tłu­ma­czeń - wspo­mi­nały o szybko roz­prze­strze­nia­ją­cych się cho­ro­bach, które zabi­jały dzie­siątki tysięcy. W żad­nym ze współ­cze­snych tek­stów, które czy­tał, nie zna­lazł infor­ma­cji o czymś takim, ale doszły go pogło­ski o czymś dziw­nym na zacho­dzie - nowa zaraza, tak ją nazy­wano. Nie znał wielu szcze­gó­łów.

Abia­jan ruszyła dalej, nie mówiąc nic wię­cej. Dołą­czyła do niej jej świta - grupa wynie­sio­nych par­sh­me­nów i par­sh­me­nek. Ich stroje były ale­thyj­skie w kroju, ale w jaśniej­szych, bar­dziej stłu­mio­nych odcie­niach. Sto­pieni wyja­śnili, że dawni pie­śnia­rze odrzu­cali jaskrawe barwy, gdyż woleli pod­kre­ślać wzory na skó­rze.

W zacho­wa­niu Abia­jan i innych par­sh­me­nów Lirin wyczu­wał poszu­ki­wa­nie toż­sa­mo­ści. Ich akcenty, stroje, manie­ry­zmy - wszyst­kie były wyraź­nie ale­thyj­skie. Ale kiedy Sto­pieni opo­wia­dali o ich przod­kach, byli urze­czeni i pró­bo­wali naśla­do­wać tych od dawna nie­ży­ją­cych par­sh­me­nów.

Lirin odwró­cił się do kolej­nej grupy uchodź­ców - tym razem wresz­cie peł­nej rodziny. Choć powi­nien się cie­szyć, nie mógł się nie zasta­na­wiać, jak trudno będzie wykar­mić pię­cioro dzieci i rodzi­ców, z któ­rych wszy­scy osła­bli z nie­do­ży­wie­nia.

Kiedy posłał ich dalej, wzdłuż sze­regu ruszyła w jego stronę zna­joma postać, roz­ga­nia­jąc gło­do­spreny. Laral nosiła teraz pro­stą sukienkę słu­żą­cej, z ręka­wiczką zamiast rękawa, i dźwi­gała wia­dro z wodą dla ocze­ku­ją­cych ucie­ki­nie­rów. Nie kro­czyła jed­nak jak słu­żąca. Młoda kobieta ema­no­wała pewną... deter­mi­na­cją, któ­rej nie mogła stłu­mić wymu­szona służba. Wyda­wało się, że koniec świata nie­po­koi ją nie bar­dziej niż kie­dyś słabe zbiory.

Zatrzy­mała się przy Liri­nie i zapro­po­no­wała mu wodę - wziętą z jej bukłaka i nalaną do czy­stego kubka, a nie podaną pro­sto cho­chlą z wia­dra.

- Jest trzeci w kolejce - szep­nęła Laral, kiedy Lirin popi­jał wodę.

Męż­czy­zna chrząk­nął.

- Niż­szy, niż się spo­dzie­wa­łam. Ponoć jest wiel­kim gene­ra­łem, przy­wódcą her­daz­kiego oporu. Wygląda bar­dziej jak wędrowny kupiec.

- Geniusz przy­biera różne kształty, Laral. - Lirin wycią­gnął rękę z kub­kiem, by znów go napeł­niła, co było uspra­wie­dli­wie­niem dla ich dal­szej roz­mowy.

- Mimo wszystko... - Umil­kła, kiedy obok prze­szedł Dur­nash, wysoki par­sh­men o mar­mur­ko­wej, czarno-czer­wo­nej skó­rze, z mie­czem na ple­cach. Kiedy się odda­lił, ode­zwała się ciszej. - Naprawdę mnie zaska­ku­jesz, Liri­nie. Ani razu nie zasu­ge­ro­wa­łeś, że mogli­by­śmy wydać tego ukry­wa­ją­cego się gene­rała.

- Zostałby stra­cony.

- Ale uwa­żasz go za zbrod­nia­rza, prawda?

- Dźwiga strasz­liwą odpo­wie­dzial­ność. Pro­wa­dził wojnę prze­ciwko prze­wa­ża­ją­cym siłom wroga. Posy­łał swo­ich ludzi na śmierć w bez­na­dziej­nych bitwach.

- Nie­któ­rzy nazwa­liby to boha­ter­stwem.

- Boha­ter­stwo to mit, który opo­wiada się mło­dym ide­ali­stom, szcze­gól­nie wtedy, gdy się chce, żeby oddali za cie­bie krew. Jeden z moich synów przez niego zgi­nął, a dru­giego utra­ci­łem. Możesz zacho­wać swoje boha­ter­stwo i oddać mi życie tych, któ­rzy zgi­nęli w bez­sen­sow­nych kon­flik­tach.

Przy­naj­mniej wyda­wało się, że już pra­wie po wszyst­kim. Teraz, gdy opór w Her­da­zie w końcu został zła­many, napływ uchodź­ców powi­nien się zmniej­szyć.

Laral patrzyła na niego bla­do­zie­lo­nymi oczyma. Była prze­ni­kliwa. Jakże żało­wał, że życie nie poto­czyło się ina­czej, że stary Wistiow nie wytrzy­mał jesz­cze kilku lat. Lirin mógłby nazy­wać tę kobietę swoją córką i mógłby mieć teraz u swo­jego boku Tiena i Kala­dina jako chi­rur­gów.

- Nie wydam her­daz­kiego gene­rała. Nie patrz na mnie z taką miną. Nie­na­wi­dzę wojny, ale nie skażę two­jego boha­tera na śmierć.

- A twój syn wkrótce po niego przy­bę­dzie?

- Wysła­li­śmy wia­do­mość do Kala. To powinno wystar­czyć. Dopil­nuj, żeby twój mąż był gotów z odwra­ca­niem uwagi.

Poki­wała głową i ruszyła dalej, by zapro­po­no­wać wodę par­sh­meń­skim straż­ni­kom w bra­mie mia­steczka. Lirin szybko zajął się kolej­nymi ucie­ki­nie­rami, aż dotarł do grupy ludzi w płasz­czach. Uspo­koił się szyb­kim ćwi­cze­niem odde­cho­wym, któ­rego przed tak wielu laty nauczył się od swo­jego mistrza na sali ope­ra­cyj­nej. Choć w jego wnę­trzu sza­lała burza, dło­nie Lirina nie drżały, kiedy gestem wezwał ocze­ku­ją­cych.

- Będę musiał prze­pro­wa­dzić bada­nie - powie­dział cicho - żeby to nie wyglą­dało dziw­nie, kiedy wypro­wa­dzę was z kolejki.

- Zacznij ode mnie - stwier­dził naj­niż­szy. Pozo­stała czwórka zmie­niła pozy­cję, roz­sta­wia­jąc się wokół niego.

- Prze­stań­cie wyglą­dać, jak­by­ście go strze­gli, głupcy - syk­nął Lirin. - Usiądź­cie na ziemi. Może w ten spo­sób nie będzie­cie już robić wra­że­nia bandy zbi­rów.

Wypeł­nili jego pole­ce­nie, a Lirin pod­cią­gnął swój zydel do przy­wódcy. Męż­czy­zna miał wąski, siwie­jący wąsik nad górną wargą i był naj­pew­niej po pięć­dzie­siątce. Ogo­rzała skóra, w odcie­niu ciem­niej­szym niż u więk­szo­ści Her­da­zów, spra­wiała, że mógłby pra­wie ucho­dzić za Azir­czyka. Jego oczy były ciem­no­brą­zowe.

- Ty jesteś nim? - szep­nął Lirin, przy­kła­da­jąc ucho do piersi męż­czy­zny, by posłu­chać bicia jego serca.

- Tak.

Dieno enne Calah. Dieno "Norka" po sta­ro­her­dazku. Hesina wyja­śniła, że "enne" było tytu­łem grzecz­no­ścio­wym suge­ru­ją­cym wiel­kość.

Można by się spo­dzie­wać - jak Laral - że Norka będzie bru­tal­nym wojow­ni­kiem ule­pio­nym z tej samej gliny, co męż­czyźni w rodzaju Dali­nara Kho­lina czy Meri­dasa Ama­rama. Lirin jed­nak wie­dział, że zabójcy mają różne kształty. Norka był niski i bra­ko­wało mu zęba, ale jego szczu­pła syl­wetka ema­no­wała siłą, a w cza­sie bada­nia Lirin dostrzegł też kilka blizn. Tak wła­ści­wie te wokół nad­garst­ków... to były bli­zny, jakie na skó­rze nie­wol­ni­ków pozo­sta­wiały kaj­dany.

- Dzię­kuję - szep­nął Dieno - za pro­po­zy­cję schro­nie­nia.

- To nie była moja decy­zja - odparł Lirin.

- Mimo to pozwa­lasz tym, któ­rzy sta­wiali opór, uciec i żyć dalej. Niech cię Herol­do­wie bło­go­sła­wią, chi­rurgu.

Lirin wyjął ban­daż i zaczął opa­try­wać ranę na ramie­niu męż­czy­zny, którą nikt wcze­śniej się nie zajął.

- Niech Herol­do­wie pobło­go­sła­wią nas szyb­kim koń­cem tego kon­fliktu.

- Tak, a najeźdźcy niech uciekną z powro­tem do Potę­pie­nia, które ich zro­dziło.

Lirin nie prze­ry­wał pracy.

- Ty... się z tym nie zga­dzasz, chi­rurgu?

- Wasz opór poniósł klę­skę, gene­rale. - Lirin mocno nacią­gnął ban­daż. - Twoje kró­le­stwo upa­dło tak samo jak moje. Dal­szy kon­flikt dopro­wa­dzi jedy­nie do śmierci kolej­nych ludzi.

- Z pew­no­ścią nie zamie­rzasz być posłuszny tym potwo­rom.

- Jestem posłuszny temu, kto trzyma mi miecz na gar­dle, gene­rale. Tak samo jak zawsze.

Zakoń­czył pracę, po czym przyj­rzał się pobież­nie czwórce towa­rzy­szy gene­rała. Żad­nych kobiet. Jak gene­rał czy­tał wia­do­mo­ści, które do niego wysy­łano?

Lirin udał, że odkrył ranę na nodze jed­nego z męż­czyzn, który - po kilku pod­po­wie­dziach - zaczął sto­sow­nie kuś­ty­kać, po czym zawył z bólu. Ukłu­cie igłą spra­wiło, że z ziemi wyro­sły bólo­spreny w kształ­cie malut­kich poma­rań­czo­wych rąk.

- To wymaga zabiegu - powie­dział gło­śno Lirin. - Ina­czej możesz stra­cić nogę. Nie, nie pró­buj się sprze­ci­wiać. Od razu się tym zaj­miemy.

Pole­cił Ari­cowi przy­nieść nosze. Pozo­sta­łym czte­rem żoł­nie­rzom - w tym gene­ra­łowi - kazał dźwi­gać nosze, co pozwo­liło mu wycią­gnąć ich wszyst­kich z kolejki.

Teraz potrze­bo­wali już tylko odwró­ce­nia uwagi. Przy­było w postaci Tora­lina Roshone'a, męża Laral i byłego pana mia­sta. Wyto­czył się ze spo­wi­tego mgłą mia­steczka, koły­sząc się i chwie­jąc.

Lirin gestem wezwał Norkę i jego żoł­nie­rzy, i popro­wa­dził ich nie­śpiesz­nie w stronę poste­runku.

- Nie jeste­ście uzbro­jeni, prawda? - syk­nął.

- Porzu­ci­li­śmy wszyst­kie rzu­ca­jące się w oczy bro­nie, ale to moja twarz nas zdra­dzi, nie broń.

- Przy­go­to­wa­li­śmy się na to. - W myślach Lirin dodał: "I módl­cie się do Wszech­moc­nego, żeby się udało".

Zbli­żyw­szy się, Lirin lepiej widział Roshone'a. Policzki byłego pana mia­sta były obwi­słe - ślad po tym, jak sie­dem lat wcze­śniej po śmierci syna znacz­nie stra­cił na wadze. Roshone dostał roz­kaz zgo­le­nia brody, być może dla­tego, że bar­dzo ją lubił, i nie nosił już takamy dum­nego wojow­nika. Zastą­piły ją ochra­nia­cze na kolana i krót­kie spodnie robot­nika usu­wa­ją­cego krem.

Pod pachą niósł zydel i mam­ro­tał coś beł­ko­tli­wie pod nosem, a jego drew­niana noga zgrzy­tała o kamień. Lirin nie mógł oce­nić, czy Roshone upił się na pokaz, czy uda­wał. Tak czy ina­czej, zwra­cał na sie­bie uwagę. Par­sh­meni na poste­runku trą­cali się nawza­jem, a jeden z nich zanu­cił w weso­łym ryt­mie - czę­sto to robili, gdy byli roz­ba­wieni.

Roshone wybrał pobli­ski budy­nek i posta­wił zydel na ziemi, a póź­niej - ku wiel­kiej rado­ści obser­wu­ją­cych par­sh­me­nów - pró­bo­wał na niego wejść, ale nie tra­fił, potknął się i pra­wie się prze­wró­cił, koły­sząc się na drew­nia­nej nodze.

Uwiel­biali go oglą­dać. Każdy z tych nowo naro­dzo­nych pie­śnia­rzy nale­żał do takiego czy innego zamoż­nego jasno­okiego. Patrze­nie na daw­nego pana mia­sta, a obec­nie zata­cza­ją­cego się pijaka, który przez więk­szość dnia wyko­ny­wał naj­po­dlej­sze prace fizyczne? Dla nich było to bar­dziej urze­ka­jące niż występ baja­rza.

Lirin pod­szedł do poste­runku.

- Ten tutaj potrze­buje zabiegu. - Wska­zał na męż­czy­znę na noszach. - Jeśli nie zajmę się nim teraz, może stra­cić nogę. Moja żona dopil­nuje, żeby pozo­stali ucie­ki­nie­rzy usie­dli i cze­kali na mój powrót.

Z trzech par­sh­me­nów wyzna­czo­nych na "inspek­to­rów" tylko Dor w ogóle porów­nał twarz "ran­nego" z rysun­kami. Norka był na szczy­cie listy naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych uchodź­ców, ale Dor nawet nie spoj­rzał na noszo­wych. Lirin zauwa­żył to przed kil­koma dniami - kiedy wyko­rzy­sty­wał ucie­ki­nie­rów z kolejki do pracy, inspek­to­rzy czę­sto sku­piali się jedy­nie na czło­wieku na noszach.

Lirin miał nadzieję, że jeśli Roshone zapewni roz­rywkę, par­sh­meni będą się jesz­cze mniej przy­kła­dać do pracy. Mimo to poczuł, że się poci, kiedy Dor zawa­hał się, uno­sząc jeden z rysun­ków. Lirin w swoim liście - zwró­co­nym przez zwia­dowcę, który przy­był, bła­ga­jąc o schro­nie­nie - ostrze­gał Norkę, by zabrał ze sobą jedy­nie nisko posta­wio­nych straż­ni­ków, któ­rzy nie znaj­do­wali się na listach. Czy to...

Dwaj pozo­stali par­sh­meni zaczęli się śmiać z Roshone'a, który pró­bo­wał - mimo upo­je­nia - dosię­gnąć dachu budynku i usu­nąć nagro­ma­dzony tam krem. Dor odwró­cił się i dołą­czył do nich, lek­ce­wa­żą­cym gestem każąc Liri­nowi ruszać dalej.

Lirin wymie­nił spoj­rze­nia z żoną, która cze­kała w pobliżu. Dobrze, że żaden z par­sh­me­nów nie odwró­cił się w jej stronę, bo była blada jak Shinka. Lirin pew­nie nie wyglą­dał o wiele lepiej, ale powstrzy­mał wes­tchnie­nie ulgi i popro­wa­dził Norkę i jego żoł­nie­rzy naprzód. Mógł zamknąć ich na sali ope­ra­cyj­nej, z dala od cie­kaw­skich spoj­rzeń, aż...

- Niech wszy­scy prze­rwą to, co robią! - dobiegł z tyłu kobiecy głos. - Przy­go­tuj­cie się do odda­nia sza­cunku!

Lirin natych­miast poczuł pra­gnie­nie, by rzu­cić się do ucieczki. Pra­wie to zro­bił, ale żoł­nie­rze wciąż masze­ro­wali rów­nym kro­kiem. Tak. Uda, że nie sły­szał.

- Ty! Chi­rurgu! - krzyk­nęła do niego kobieta.

To była Abia­jan. Lirin zatrzy­mał się nie­chęt­nie, szu­ka­jąc uspra­wie­dli­wie­nia. Uwie­rzy­łaby, że nie roz­po­znał Norki? Lirin już był w nie­ła­sce u pani mia­sta po tym, jak uparł się opa­trzyć rany Jebera, kiedy ten głu­piec dał się wywie­sić i wyba­to­żyć.

Lirin odwró­cił się i spró­bo­wał uspo­koić. Abia­jan pode­szła do niego pośpiesz­nie i, choć pie­śnia­rze się nie rumie­nili, była wyraź­nie zmie­szana. Kiedy się ode­zwała, mówiła w szyb­kim ryt­mie.

- Towa­rzysz mi. Mamy gościa.

Minęła chwila, nim do Lirina dotarły jej słowa. Nie wyma­gała wyja­śnień. Tu cho­dziło o... coś innego?

- Co się stało, jasno­ści?

Norka i jego żoł­nie­rze się zatrzy­mali, ale Lirin widział, że ich ręce poru­szają się pod płasz­czami. Powie­dzieli, że porzu­cili "rzu­ca­jące się w oczy" bro­nie. Niech go Wszech­mocny broni, jeśli doj­dzie do roz­lewu krwi...

- Nic się nie stało - wyja­śniła pośpiesz­nie Abia­jan. - Zosta­li­śmy pobło­go­sła­wieni. Towa­rzysz mi. - Spoj­rzała na Dora i inspek­to­rów. - Prze­każ­cie wia­do­mość. Nikt nie wej­dzie do mia­sta ani go nie opu­ści, dopóki nie wydam takiego roz­kazu.

- Jasno­ści. - Lirin wska­zał na męż­czy­znę na noszach. - Jego rana może nie wygląda poważ­nie, ale jestem pewien, że jeśli natych­miast się nią nie zajmę...

- Zaczeka. - Wska­zała na Norkę i jego ludzi. - Wasza piątka zaczeka. Wszy­scy zacze­kają. Zacze­kają, a... a ty, chi­rurgu, idziesz ze mną.

Ode­szła, spo­dzie­wa­jąc się, że Lirin ruszy za nią. Chi­rurg napo­tkał spoj­rze­nie Norki i ski­nie­niem kazał mu zacze­kać, po czym pośpie­szył za panią mia­sta. Co mogło ją tak wytrą­cić z rów­no­wagi? Zwy­kle sta­rała się zacho­wy­wać z kró­lew­ską god­no­ścią, ale teraz zupeł­nie o tym zapo­mniała.

Lirin ruszył przez pod­miej­skie pole, idąc wzdłuż kolejki ucie­ki­nie­rów, i wkrótce poznał odpo­wiedź. Z mgły wyło­niła się pochy­lona postać wysoka na dobre sie­dem stóp, któ­rej towa­rzy­szył nie­wielki oddział uzbro­jo­nych par­sh­me­nów. Strasz­liwy stwór miał brodę i dłu­gie włosy barwy zaschnię­tej krwi, które sta­piały się z jego pro­stym stro­jem z jed­nego kawałka mate­riału - jakby trak­to­wał włosy jako odzież. Jego skóra była ide­al­nie czarna, z czer­wo­nym mar­mur­ko­wa­niem pod oczami.

Co naj­waż­niej­sze, miał nie­równą sko­rupę, jakiej Lirin nie widział ni­gdy wcze­śniej, z dziw­nymi płe­twami - albo rogami - się­ga­ją­cymi mu powy­żej uszu.

Oczy istoty jarzyły się czer­wie­nią. Jeden ze Sto­pio­nych. Tutaj, w Pale­ni­sku.

Minęło wiele mie­sięcy, od kiedy Lirin widział jedno z nich - i to tylko prze­lo­tem, gdy mała grupka zatrzy­mała się po dro­dze na front w Her­da­zie. Grupa szy­bo­wała w powie­trzu w zwiew­nych sza­tach, dzier­żąc dłu­gie włócz­nie. Ota­czała ich aura ete­rycz­nego piękna, ale sko­rupa tego stwora wyglą­dała bar­dziej zło­wrogo - jak coś, czego można było się spo­dzie­wać po isto­cie pocho­dzą­cej z Potę­pie­nia.

Sto­piony mówił w ryt­micz­nym języku do drob­niej­szej postaci u boku, par­sh­menki w woj­no­for­mie. Pie­śniarki, powie­dział sobie Lirin. Nie par­sh­menki. Uży­waj wła­ści­wego okre­śle­nia nawet w gło­wie, żebyś się nie pomy­lił, kiedy będziesz mówił.

Kobieta w woj­no­for­mie pode­szła bli­żej, żeby tłu­ma­czyć Sto­pio­nego. Z tego, co sły­szał Lirin, nawet ci Sto­pieni, któ­rzy znali ale­thyj­ski, czę­sto korzy­stali z tłu­ma­czy, jakby mówie­nie w ludz­kich języ­kach uwła­czało ich god­no­ści.

- Ty - powie­działa tłu­maczka do Lirina - jesteś chi­rur­giem? Bada­łeś dzi­siaj ludzi?

- Tak.

Sto­piony odpo­wie­dział, a tłu­maczka znów prze­ło­żyła jego słowa.

- Szu­kamy szpiega. Może ukry­wać się wśród tych ucie­ki­nie­rów.

Lirin poczuł, że zaschło mu w ustach. Postać sto­jąca mu nad głową była kosz­ma­rem, który powi­nien pozo­stać legendą, demo­nem, o któ­rym opo­wiada się szep­tem o pół­nocy przy ogni­sku. Kiedy Lirin pró­bo­wał się ode­zwać, nie udało mu się wypo­wie­dzieć słów i musiał odkaszl­nąć.

Na krótki roz­kaz Sto­pio­nego jego żoł­nie­rze roze­szli się wzdłuż kolejki. Ucie­ki­nie­rzy cof­nęli się, a nie­któ­rzy pró­bo­wali uciec, ale par­sh­meni - choć niscy w porów­na­niu ze Sto­pio­nym - nosili woj­no­formy, co zapew­niało im ogromną siłę i nie­wia­ry­godną szyb­kość. Zła­pali ucie­ki­nie­rów, a inni zaczęli spraw­dzać kolejkę, zdej­mo­wać kap­tury i wpa­try­wać się w twa­rze.

Nie oglą­daj się na Norkę, Liri­nie. Nie rób wra­że­nia zde­ner­wo­wa­nego.

- My... spraw­dzamy każdą osobę i porów­nu­jemy ją z rysun­kami, które nam dali­ście. Przy­się­gam. Byli­śmy czujni! Nie ma powodu ter­ro­ry­zo­wać tych bied­nych ucie­ki­nie­rów.

Tłu­maczka nie prze­tłu­ma­czyła słów Lirina Sto­pio­nemu, ale istota natych­miast ode­zwała się w swoim języku.

- Tego, któ­rego szu­kamy, nie ma na tych listach - stwier­dziła tłu­maczka. - To młody męż­czy­zna, szpieg naj­gor­szego rodzaju. W porów­na­niu z tymi uchodź­cami jest sprawny i silny, choć mógł uda­wać sła­bość.

- Ten opis... pasuje do bar­dzo wielu ludzi.

Czy mógł mieć szczę­ście? Czy to był zbieg oko­licz­no­ści? Może wcale nie cho­dziło o Norkę. Lirin poczuł ślad nadziei, jak pro­mień słońca prze­ni­ka­jący przez burzowe chmury.

- Zapa­mię­tał­byś tego męż­czy­znę - mówiła dalej tłu­maczka. - Wysoki jak na czło­wieka, falu­jące czarne włosy się­ga­jące ramion. Gładko ogo­lony, ma na czole piętno nie­wol­nika. W tym glif shash.

Piętno nie­wol­nika.

Shash. Nie­bez­pieczny.

O nie...

W pobliżu jeden z żoł­nie­rzy Sto­pio­nego zerwał kap­tur innego ucie­ki­niera - uka­zu­jąc twarz, którą Lirin powi­nien znać na pamięć. Jed­nakże surowy męż­czy­zna, jakim stał się Kala­din, wyglą­dał jak pry­mi­tywny por­tret wraż­li­wego mło­dzieńca, któ­rego pamię­tał Lirin.

Kala­din natych­miast zapło­nął mocą. Mimo wszel­kich wysił­ków Lirina tego dnia Pale­ni­sko nawie­dziła śmierć.

2. Prze­rwane sznury

Następ­nie pozwól­cie spre­nowi zwie­dzić pułapkę. Klej­not nie może być napeł­niony w cało­ści, ale nie może też być zupeł­nie bury. Eks­pe­ry­menty wska­zują, że naj­le­piej działa sie­dem­dzie­siąt pro­cent mak­sy­mal­nej pojem­no­ści Burzo­wego Świa­tła. Jeśli popraw­nie wyko­na­li­ście pracę, spren będzie zafa­scy­no­wany swoim przy­szłym wię­zie­niem. Będzie tań­czył wokół kamie­nia, przy­glą­dał mu się, krą­żył wokół niego.

Wykład na temat mecha­niki fabriali, wygło­szony przez Navani Kho­lin przed koali­cją monar­chów, Uri­thiru, Jese­van roku 1175

- Mówi­łam ci, że zosta­li­śmy zauwa­żeni - powie­działa Syl, kiedy Kala­din zapło­nął Burzo­wym Świa­tłem.

Chrząk­nął w odpo­wie­dzi. Wycią­gnął rękę do przodu i Syl przy­brała postać maje­sta­tycz­nej sre­brzy­stej włóczni - poja­wie­nie się broni zmu­siło poszu­ku­ją­cych go pie­śnia­rzy do cof­nię­cia się. Uni­kał spo­glą­da­nia w stronę ojca, żeby nie zdra­dzić, że się znają. Poza tym wie­dział, co zoba­czy. Roz­cza­ro­wa­nie.

Czyli nic nowego.

Uchodźcy roz­bie­gli się w panice, ale Sto­pio­nego już nie obcho­dzili. Masywna postać odwró­ciła się w stronę Kala­dina z rękami zało­żo­nymi na piersi i się uśmiech­nęła.

Mówi­łam ci, powie­działa Syl w umy­śle Kala­dina. Będę ci cią­gle przy­po­mi­nać, aż w końcu uznasz moją inte­li­gen­cję.

- To nowa odmiana. - Kala­din celo­wał włócz­nią w stronę Sto­pio­nego. - Widzia­łaś wcze­śniej takiego?

Nie. Ale wygląda na brzyd­szego niż inni.

W ciągu ostat­niego roku na polach bitew stop­niowo poja­wiały się nowe odmiany Sto­pio­nych. Kala­din naj­le­piej znał tych, któ­rzy umieli latać jak Wia­trowi. Nazy­wano ich sha­nay-im, co tłu­ma­czyło się w przy­bli­że­niu jako Istoty z Nie­bios.

Inni Sto­pieni nie umieli latać - podob­nie jak w przy­padku Świe­tli­stych, każdy rodzaj miał swój zestaw mocy. Jasnah zakła­dała, że odmian będzie dzie­sięć, choć Dali­nar - bez żad­nego wyja­śnie­nia, skąd to wie - stwier­dził, że tylko dzie­więć.

Ten tutaj był przed­sta­wi­cie­lem siód­mego rodzaju, z któ­rym Kala­din miał wal­czyć. I, jeśli wichry pozwolą, zabić. Kala­din uniósł włócz­nię, by rzu­cić Sto­pio­nemu wyzwa­nie do walki jeden na jed­nego, co zawsze dzia­łało na Istoty z Nie­bios. Ten Sto­piony jed­nak gestem kazał swoim towa­rzy­szom zaata­ko­wać Kala­dina ze wszyst­kich stron.

Kala­din w odpo­wie­dzi Przy­wią­zał się w górę. Kiedy wzniósł się w niebo, Syl auto­ma­tycz­nie prze­obra­ziła się w długą lancę, ide­alną do ata­ko­wa­nia z góry prze­ciw­ni­ków na ziemi. W Kala­dinie kłę­biło się Burzowe Świa­tło, zachę­ca­jąc go do dzia­ła­nia, do walki. Ale musiał być ostrożny. W oko­licy byli cywile, w tym kil­koro bar­dzo dla niego waż­nych.

- Zobaczmy, czy uda się nam ich odcią­gnąć.

Przy­wią­zał się w dół pod takim kątem, że zanur­ko­wał z powro­tem w stronę ziemi. Nie­stety, mgła nie pozwa­lała mu wznieść się zbyt wysoko, bo wtedy stra­ciłby wro­gów z oczu.

Bądź ostrożny, powie­działa Syl. Nie wiemy, jakie moce może mieć ten nowy Sto­piony...

Spo­wita mgłą postać w pobliżu nagle padła na zie­mię i coś wystrze­liło z jej ciała - nie­wielka linia czer­wono-fio­le­to­wego świa­tła, podobna do sprena. Ta świe­tli­sta linia w mgnie­niu oka zbli­żyła się do Kala­dina, po czym roz­ro­sła się i z dźwię­kiem przy­po­mi­na­ją­cym roz­cią­ga­nie skóry połą­czone ze zgrzy­ta­niem kamie­nia o kamień prze­obra­ziła się, by przy­brać postać Sto­pio­nego.

Sto­piony poja­wił się w powie­trzu tuż przed Kala­di­nem. Zanim zdą­żył zare­ago­wać, istota jedną ręką zła­pała go za gar­dło, a drugą za mun­dur.

Syl jęk­nęła i roz­myła się - w for­mie lancy była zbyt nie­zgrabna do walki na tak nie­wielką odle­głość. Cię­żar ogrom­nego Sto­pio­nego obda­rzo­nego kamienną sko­rupą i gru­bymi mię­śniami pocią­gnął Kala­dina w dół. Ude­rzył ple­cami o zie­mię.

Palce Sto­pio­nego zaci­snęły się na szyi Kala­dina, unie­moż­li­wia­jąc mu zaczerp­nię­cie tchu, ale sza­le­jące w jego wnę­trzu Burzowe Świa­tło spra­wiało, że nie musiał oddy­chać. Mimo to zła­pał za ręce Sto­pio­nego, by ode­rwać je od sie­bie. Ojcze Burz! Ta istota była silna. Rów­nie dobrze mógłby pró­bo­wać zgiąć stal. Zwal­czyw­szy panikę, która wypeł­niła go po tym, jak został rzu­cony na zie­mię, Kala­din wziął się w garść i przy­wo­łał Syl jako szty­let. Prze­ciął prawą rękę Sto­pio­nego, a póź­niej lewą, pozba­wia­jąc go wła­dzy w pal­cach.

Nie były to trwałe obra­że­nia - Sto­pieni, podob­nie jak Świe­tli­ści, leczyli rany za pomocą Świa­tła. Ale pozba­wiw­szy stwora wła­dzy w pal­cach, Kala­din uwol­nił się z sap­nię­ciem. Znów Przy­wią­zał się w górę i wzniósł w powie­trze. Jed­nak zanim zdo­łał zła­pać oddech, we mgle poni­żej poja­wiło się czer­wono-fio­le­towe świa­tło, które śmi­gnęło w jego stronę.

Sto­piony oto­czył go od tyłu ramie­niem i zaci­snął jak w ima­dle. Po chwili Kala­din poczuł ostry ból mię­dzy ramio­nami, kiedy stwór wbił mu nóż w szyję.

Kala­din krzyk­nął i poczuł, że traci wła­dzę w koń­czy­nach, gdy jego rdzeń krę­gowy został prze­cięty. Burzowe Świa­tło natych­miast ruszyło napra­wić uszko­dze­nie, ale ten Sto­piony wyraź­nie miał doświad­cze­nie w walce z Moco­wiąz­cami, bo raz za razem wbi­jał nóż w szyję Kala­dina, unie­moż­li­wia­jąc mu ule­cze­nie.

- Kala­di­nie! - Syl krą­żyła wokół niego. - Kala­di­nie! Co mam robić?

Przy­brała postać tar­czy, ale jego bez­władne palce ją wypu­ściły, więc znów powró­ciła do postaci sprena.

Ruchy Sto­pio­nego były dosko­nale pre­cy­zyjne, kiedy wisiał na nim z tyłu - wyda­wało się, że w huma­no­idal­nej postaci nie mógł latać, potra­fił to jedy­nie jako wstęga świa­tła. Kala­din czuł gorący oddech na policzku, kiedy stwór dźgał go raz za razem. Część Kala­dina wyszko­lona przez ojca prze­ana­li­zo­wała ranę. Prze­cię­cie krę­go­słupa. Powta­rza­jące się wywo­ły­wa­nie peł­nego para­liżu. Sprytny spo­sób na pora­dze­nie sobie z wro­giem, który mógł się uzdro­wić. Burzowe Świa­tło Kala­dina miało się wkrótce wyczer­pać.

Jed­nakże wewnętrzny żoł­nierz Kala­dina kie­ro­wał się bar­dziej instynk­tem niż świa­do­mymi roz­wa­ża­niami i zauwa­żył - mimo że wiro­wał w powie­trzu, ata­ko­wany przez strasz­li­wego wroga - że przed każ­dym nowym dźgnię­ciem na chwilę odzy­ski­wał zdol­ność ruchu. Dla­tego kiedy Kala­din poczuł mro­wie­nie ciała, pochy­lił się, a póź­niej ude­rzył głową do tyłu w Sto­pio­nego.

Prze­peł­nił go ból i zro­biło mu się biało przed oczami. Kiedy poczuł, że uścisk Sto­pio­nego słab­nie, a póź­niej znika, obró­cił się. Istota zła­pała Kala­dina za płaszcz i wciąż się trzy­mała - widział ją jako nie­wy­raźny cień. To wystar­czyło. Kala­din mach­nął ręką w stronę szyi stwora, Syl przy­brała postać krót­kiego mie­cza. Wystar­czyło prze­ciąć serce klej­notu, głowę albo szyję Ostrzem, a Sto­pieni - mimo wiel­kich mocy - ginęli.

Odzy­skał wzrok na tyle, że zoba­czył błysk czer­wono-fio­le­to­wego świa­tła wyry­wa­jący się z piersi Sto­pio­nego. Stwór porzu­cał ciało za każ­dym razem, kiedy jego dusza - czy co to było - sta­wała się wstęgą czer­wo­nego świa­tła. Ostrze Kala­dina obcięło gładko głowę ciała, ale świa­tło już ucie­kło.

Na burzowe wichry. Ta istota wyda­wała się bar­dziej spre­nem niż pie­śnia­rzem. Porzu­cone ciało kozioł­ko­wało przez mgłę, a Kala­din podą­żył za nim w dół. Jego rany się zago­iły. Kiedy wylą­do­wał obok trupa, wcią­gnął zawar­tość dru­giej sakiewki z kulami. Czy w ogóle mógł zabić tę istotę? Ostrze Odpry­sku prze­ci­nało spreny, ale to ich nie zabi­jało. W końcu się odra­dzały.

Po twa­rzy Kala­dina spły­wał pot, serce waliło mu w piersi. Choć Burzowe Świa­tło zachę­cało go do dzia­ła­nia, znie­ru­cho­miał i obser­wo­wał mgłę, szu­ka­jąc śla­dów Sto­pio­nego. Na tyle odda­lili się od mia­sta, że nic już nie widział. Jedy­nie spo­wite cie­niem wzgó­rza. Puste.

Na burze. Bli­sko było. Od dłu­giego czasu nie zna­lazł się tak bli­sko śmierci. Co nie­po­ko­iło tym bar­dziej, że Sto­piony zaata­ko­wał go tak szybko i nie­spo­dzie­wa­nie. W poczu­ciu, że wiatr i niebo nale­żały do niego, w świa­do­mo­ści, że mógł się szybko uzdro­wić, kryło się nie­bez­pie­czeń­stwo.

Kala­din odwró­cił się powoli, czu­jąc podmu­chy wia­tru na twa­rzy. Ostroż­nie pod­szedł do bryły, która pozo­stała ze Sto­pio­nego. Trup - czym­kol­wiek był - wyglą­dał, jakby był wysu­szony i kru­chy, jego barwy wybla­kły, jak sko­rupa od dawna mar­twego śli­maka. Ciało zmie­niło się w coś w rodzaju kamie­nia, poro­wa­tego i lek­kiego. Kala­din pod­niósł odciętą głowę i przy­ci­snął kciuk do twa­rzy, która roz­pa­dła się jak popiół. Po chwili to samo stało się z resztą ciała, nawet bez jego udziału, a w końcu roz­sy­pał się i pan­cerz.

Z boku poja­wiła się wstęga fio­le­towo-czer­wo­nego świa­tła. Kala­din natych­miast wzniósł się w górę, o włos uni­ka­jąc uści­sku Sto­pio­nego, który utwo­rzył się ze świa­tła poni­żej. Wtedy istota natych­miast porzu­ciła nowe ciało i podą­żyła za Kala­dinem w postaci świa­tła. Tym razem Kala­din uchy­lił się odro­binę zbyt wolno i stwór - znów powsta­jąc ze świa­tła - zła­pał go za nogę.

Sto­piony pod­cią­gnął się do góry, wyko­rzy­stu­jąc swoją ogromną siłę, by wspiąć się po mun­du­rze Kala­dina. Nim w dło­niach męż­czy­zny utwo­rzyło się Ostrze Syl, Sto­piony ści­skał go mocno, oto­czył jego tors nogami, lewą ręką zła­pał prawą dłoń Kala­dina, odpy­cha­jąc ją na bok, a prawe przed­ra­mię wci­snął w szyję męż­czy­zny. To zmu­siło Kala­dina do pod­nie­sie­nia głowy, przez co z tru­dem widział Sto­pio­nego, nie wspo­mi­na­jąc już o punk­cie pod­par­cia.

Ale nie potrze­bo­wał pod­par­cia. Zapasy z Wia­tro­wym były nie­bez­piecz­nym pomy­słem, bo jeśli Kala­din mógł cze­goś dotknąć, mógł to rów­nież Przy­wią­zać. Wlał Świa­tło w swo­jego wroga, by Przy­wią­zać go z dala od sie­bie. Świa­tło było nie­chętne, jak zawsze w przy­padku Sto­pio­nych, ale Kala­din miał go dość, by prze­bić się przez opór.

Sam Przy­wią­zał się w prze­ciwną stronę i wkrótce czuł się tak, jakby potężne dło­nie zaczęły odry­wać ich od sie­bie. Sto­piony chrząk­nął i powie­dział coś w swoim języku. Kala­din wypu­ścił Ostrze Syl i sku­pił się na ode­pchnię­ciu wroga. Sto­piony ema­no­wał teraz Burzo­wym Świa­tłem, które wzno­siło się z jego skóry jak świe­tli­sty dym.

W końcu uścisk wroga osłabł i Sto­piony pole­ciał jak strzała z Łuku Odpry­sku. Uła­mek sekundy póź­niej to nie­ustę­pliwe czer­wono-fio­le­towe świa­tło wyrwało się z jego piersi i znów skie­ro­wało w stronę Kala­dina.

Kala­din unik­nął go z tru­dem, Przy­wią­zu­jąc się w dół, kiedy Sto­piony przy­brał postać i wycią­gnął ręce w jego stronę. Istota chy­biła celu, spa­dła przez mgłę i znik­nęła. Kala­din znów odkrył, że bra­kuje mu Burzo­wego Świa­tła, bicie jego serca przy­śpie­szyło. Wcią­gnął trze­cią - a może czwartą - sakiewkę kul. Nauczyli się wszy­wać je w mun­dury. Sto­pieni już wie­dzieli, że Świe­tli­stym należy odci­nać zapas kul.

- A niech to. - Syl uno­siła się obok Kala­dina. Przy­jęła taką pozy­cję, by obser­wo­wać, co dzieje się za jego ple­cami. - Dobry jest, co?

- Cho­dzi o coś wię­cej. - Kala­din wpa­try­wał się w bez­kształtną mgłę. - Ata­kuje ina­czej niż więk­szość. Nie ćwi­czy­łem walki w zwar­ciu.

Na polu bitwy rzadko zda­rzały się zapasy. A w każ­dym razie na takim upo­rząd­ko­wa­nym. Kala­din był wyszko­lony w walce w szyku i coraz lepiej radził sobie z szer­mierką, ale od lat nie ćwi­czył uwal­nia­nia się z chwytu za szyję.

- Gdzie on jest? - spy­tała Syl.

- Nie wiem. Ale musimy go poko­nać. Wystar­czy, że będziemy go uni­kać do chwili, aż przy­będą pozo­stali.

Syl ode­zwała się po kilku minu­tach obser­wa­cji.

- Tam! - wykrzyk­nęła i prze­obra­ziła się we wstęgę świa­tła, która wska­zy­wała w stronę tego, co dostrze­gła.

Kala­din nie cze­kał na dal­sze wyja­śnie­nia. Przy­wią­zał się przez mgłę. Poja­wił się Sto­piony, ale zła­pał jedy­nie powie­trze, kiedy Kala­din usko­czył. Ciało stwora spa­dło, gdy znów wydo­stała się z niego świe­tli­sta linia, ale Kala­din poru­szał się zyg­za­kami i jesz­cze dwa razy uchy­lił się przed Sto­pionym.

Ta istota jakimś spo­so­bem wyko­rzy­sty­wała Pust­kowe Świa­tło, żeby two­rzyć nowe ciała. Wszyst­kie wyglą­dały iden­tycz­nie, miały włosy i swego rodzaju ubra­nie. Nie cho­dziło o to, że za każ­dym razem się odra­dzał - tele­por­to­wał się, wyko­rzy­stu­jąc wstęgę świa­tła, żeby prze­miesz­czać się z miej­sca na miej­sce. Spo­tkali Sto­pio­nych, któ­rzy umieli latać, i innych, któ­rych moce przy­po­mi­nały Tka­czy Ilu­zji. Może to była odmiana o mocach odzwier­cie­dla­ją­cych na swój spo­sób umie­jęt­no­ści Prze­no­si­cieli.

Kiedy stwór zma­te­ria­li­zo­wał się po raz trzeci, znów na chwilę zre­zy­gno­wał z pościgu. Może się tele­por­to­wać tylko trzy razy i odpo­cząć, domy­ślił się Kala­din. Za każ­dym razem ata­ko­wał po trzy razy. Czyli póź­niej jego moce muszą się zre­ge­ne­ro­wać? Albo... nie, pew­nie musi udać się gdzieś, żeby zdo­być wię­cej Pust­ko­wego Świa­tła.

I rze­czy­wi­ście, kilka minut póź­niej czer­wono-fio­le­towe świa­tło powró­ciło. Kala­din Przy­wią­zał się w prze­ciw­nym kie­runku niż świa­tło i przy­śpie­szył. Oto­czył go szum powie­trza, a kiedy dodał piąte Wią­za­nie, był na tyle szybki, że czer­wone świa­tło nie mogło dotrzy­mać mu kroku i zaczęło nik­nąć z tyłu.

Nie jesteś tak nie­bez­pieczny, jeśli nie możesz do mnie dotrzeć, pomy­ślał Kala­din. Sto­piony naj­wy­raź­niej doszedł do tego samego wnio­sku i wstęga świa­tła zanur­ko­wała w dół przez mgłę.

Nie­stety, Sto­piony pew­nie wie­dział, że Kala­din zamie­rzał wró­cić do Pale­ni­ska. Dla­tego, zamiast pędzić dalej, Kala­din rów­nież opadł w dół. Zatrzy­mał się na szczy­cie pagórka, który pora­stały kępy ska­ło­pą­ków. W wil­got­nym powie­trzu ich pędy roz­wi­jały się swo­bod­nie we wszyst­kie strony.

Sto­piony stał u pod­nóża pagórka i patrzył w górę. Tak... ten ciem­no­brą­zowy strój to rze­czy­wi­ście były jego włosy, wyra­sta­jące z czubka głowy, dłu­gie i cia­sno owi­nięte wokół ciała. Ode­rwał z ramie­nia wyro­stek - ostrą broń o nie­rów­nej kra­wę­dzi - i zwró­cił go w stronę Kala­dina. Pew­nie wyko­rzy­stał jeden z nich jako szty­let, kiedy zaata­ko­wał go od tyłu.

Wyro­stek i włosy suge­ro­wały, że kiedy się tele­por­to­wał, nie mógł zabie­rać ze sobą przed­mio­tów - nie mógł więc trzy­mać kul z Pust­ko­wym Świa­tłem przy sobie, ale musiał się wyco­fać, by znów się napeł­nić.

Syl przy­brała postać włóczni.

- Jestem gotowy! - zawo­łał Kala­din. - Przyjdź po mnie!

- Żebyś mógł uciec? - odparł Sto­piony po ale­thyj­sku, jego głos był szorstki jak zgrzy­ta­jące o sie­bie kamie­nie. - Wyglą­daj mnie kątem oka, Wia­trowy. Wkrótce znów się spo­tkamy.

Zmie­nił się we wstęgę czer­wo­nego świa­tła i znik­nął we mgle, pozo­sta­wia­jąc za sobą kolejne roz­pa­da­jące się ciało.

Kala­din usiadł i ode­tchnął głę­boko. Burzowe Świa­tło opu­ściło chmurą jego usta i zmie­szało się z mgłą. Kiedy słońce wznie­sie się wyżej, wypali ten opar, ale na razie mgła wciąż spo­wi­jała zie­mię, wypeł­nia­jąc ją dziw­nym wra­że­niem opusz­cze­nia. Jakby przy­pad­kiem wkro­czył do snu.

Ude­rzyła go nagła fala wyczer­pa­nia. Tępe uczu­cie wyczer­pu­ją­cego się Burzo­wego Świa­tła połą­czone ze znik­nię­ciem eks­cy­ta­cji po walce. I czymś jesz­cze. Czymś, co ostat­nio zda­rzało się coraz czę­ściej.

Włócz­nia znik­nęła, a zamiast niej poja­wiła się Syl, sto­jąca w powie­trzu przed nim. Nosiła teraz sty­lową suk­nię, długą do kostek i dopa­so­waną, zamiast zwiew­nej dziew­czę­cej sukienki. Kiedy o to spy­tał, wyja­śniła, że Ado­lin jej dora­dzał. Jej dłu­gie nie­bie­sko-białe włosy nik­nęły we mgle, nie nosiła też rękawa na bez­piecz­nej dłoni. A czemu mia­łaby? Nie była czło­wie­kiem, a tym bar­dziej vorinką.

- No - oparła dło­nie na bio­drach - poka­za­li­śmy mu.

- Dwa razy pra­wie mnie zabił.

- Nie powie­dzia­łam, co wła­ści­wie mu poka­za­li­śmy. - Odwró­ciła się, by peł­nić straż, na wypa­dek gdyby to był pod­stęp. - Dobrze się czu­jesz?

- Aha - mruk­nął Kala­din.

- Wyglą­dasz na zmę­czo­nego.

- Zawsze tak mówisz.

- Bo zawsze wyglą­dasz na zmę­czo­nego, tępaku.

Pod­niósł się.

- Poczuję się lepiej, kiedy ruszymy.

- Ty...

- Nie zamie­rzam znów się o to kłó­cić. Czuję się dobrze.

I rze­czy­wi­ście poczuł się lepiej, kiedy wstał i wcią­gnął odro­binę Burzo­wego Świa­tła. I co z tego, że powró­ciły bez­senne noce? Radził sobie, śpiąc jesz­cze mniej. Nie­wol­nik Kala­din nie prze­stałby się śmiać, gdyby się dowie­dział, że ten nowy Kala­din - jasno­oki Odpry­skowy, męż­czy­zna korzy­sta­jący z luk­su­so­wych kwa­ter i cie­płych posił­ków - mar­twił się z powodu lek­kiego nie­wy­spa­nia.

- Chodź - powie­dział. - Jeśli zosta­li­śmy zauwa­żeni w dro­dze tutaj...

- Jeśli?

- ...ponie­waż zosta­li­śmy zauwa­żeni, wyślą wię­cej niż jed­nego Sto­pio­nego. Istoty z Nie­bios przyjdą po mnie, a to zna­czy, że misja jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Wra­cajmy do mia­sta.

Cze­kała z rękami zało­żo­nymi na piersi.

- W porządku - stwier­dził Kala­din. - Mia­łaś rację.

- I powi­nie­neś mnie czę­ściej słu­chać.

- I powi­nie­nem cię czę­ściej słu­chać.

- I dla­tego powi­nie­neś wię­cej spać.

- Gdy­byż to było takie łatwe. - Kala­din wzniósł się w powie­trze. - Chodź.

***

Woal coraz bar­dziej zło­ściło, że nikt jej nie porwał.

Kro­czyła przez tar­go­wi­sko w obo­zie woj­sko­wym, w peł­nym prze­bra­niu, i co jakiś czas zatrzy­my­wała się przy skle­pach. Przez ponad mie­siąc nosiła fał­szywą twarz i wygła­szała wła­ściwe uwagi do wła­ści­wych ludzi. I wciąż żad­nego porwa­nia. Nie została nawet napad­nięta. Dokąd zmie­rzał ten świat?

Mogła­bym ude­rzyć nas pię­ścią w twarz, zauwa­żyła Świe­tli­sta, jeśli dzięki temu poczu­jesz się lepiej.

Weso­łość w wyko­na­niu Świe­tli­stej? Woal uśmiech­nęła się i udała, że przy­gląda się owo­com na stra­ga­nie. Jeśli Świe­tli­sta żar­to­wała, naprawdę były bli­skie despe­ra­cji. Zwy­kle Świe­tli­sta była zabawna jak... jak...

Świe­tli­sta zazwy­czaj jest rów­nie rado­sna jak prze­pastna bestia, pod­po­wie­działa Shal­lan, wycho­dząc na czoło ich oso­bo­wo­ści. Taka ze szcze­gól­nie wiel­kim szma­rag­dem w środku...

Tak, o to cho­dziło. Woal poczuła cie­pło pocho­dzące od Shal­lan i nawet Świe­tli­stej, która zaczy­nała doce­niać humor. Przez ostatni rok osią­gnęły stan wygod­nej rów­no­wagi. Nie były już tak oddzielne jak wcze­śniej i bez trudu zmie­niały toż­sa­mość.

Wyda­wało się, że wszystko układa się tak dobrze. Co oczy­wi­ście spra­wiło, że Woal zaczęła się mar­twić. Czyżby ukła­dało się za dobrze?

Na razie nie­ważne. Ode­szła od stra­ganu z owo­cami. Spę­dziła ten mie­siąc w obo­zach, nosząc twarz kobiety imie­niem Cha­na­sha - nisko uro­dzo­nej jasno­okiej han­dlarki, która osią­gnęła pewien suk­ces dzięki wynaj­mo­wa­niu zaprzę­gów chulli kara­wa­nom wędru­ją­cym przez Strza­skane Rów­niny. Praw­dziwa kobieta została prze­ku­piona, by uży­czyła swo­jej twa­rzy Woal, i teraz miesz­kała w bez­piecz­nym miej­scu.

Woal wyszła za róg i ruszyła kolejną ulicą. Obóz woj­skowy Sade­asów wyglą­dał nie­mal zupeł­nie tak, jak to pamię­tała z cza­sów, gdy miesz­kała w tych obo­zach - choć spra­wiał wra­że­nie jesz­cze bar­dziej pry­mi­tyw­nego. Droga doma­gała się porząd­nego oczysz­cze­nia - wozy trzę­sły się i pod­ska­ki­wały na poli­pach ska­ło­pą­ków. Przy więk­szo­ści stra­ga­nów stali wyraź­nie widoczni straż­nicy. Tutaj nikt nie liczył, że miej­scowi żoł­nie­rze utrzy­mają porzą­dek.

Minęła wię­cej niż kil­koro han­dla­rzy szczę­ściem, któ­rzy sprze­da­wali glify straż­ni­cze lub inne uroki dla ochrony w tych nie­bez­piecz­nych cza­sach. Straż­ni­ków burz pró­bu­ją­cych sprze­dać listy nad­cho­dzą­cych burz i ich daty. Zigno­ro­wała ich i ruszyła w stronę innego sklepu - takiego, który sprze­da­wał porządne, mocne buty. Obec­nie w obo­zach takie rze­czy sprze­da­wały się naj­le­piej. Wielu klien­tów było prze­jeż­dża­ją­cymi podróż­nymi. Gdyby prze­py­tać innych kup­ców, powie­dzie­liby to samo. Racje żyw­no­ściowe, które wytrzy­mają długą podróż. Warsz­taty napra­wia­jące wozy i wózki. I oczy­wi­ście wszystko, na co nie było miej­sca w Uri­thiru.

Były rów­nież zagrody z nie­wol­ni­kami. Nie­mal rów­nie liczne jak bur­dele. Kiedy więk­szość cywi­lów prze­nio­sła się do Uri­thiru, dzie­sięć obo­zów szybko zmie­niło się w obskurny postój dla kara­wan.

Pod wpły­wem suge­stii Świe­tli­stej Woal obej­rzała się ukrad­kiem przez ramię, szu­ka­jąc żoł­nie­rzy Ado­lina. Nie było ich widać. Dobrze. Zauwa­żyła za to, że Wzór obser­wo­wał ją z pobli­skiej ściany, gotów w razie koniecz­no­ści udać się po Ado­lina.

Wszystko było na swoim miej­scu, a zebrane przez nich infor­ma­cje suge­ro­wały, że do jej porwa­nia powinno dojść tego dnia. Może powinna jesz­cze tro­chę popchnąć to do przodu.

W końcu pod­szedł do niej han­dlarz butami - krępy męż­czy­zna z bia­łymi pasmami w bro­dzie. Ten kon­trast spra­wiał, że Shal­lan zapra­gnęła go nary­so­wać, więc Woal cof­nęła się i pozwo­liła, by Shal­lan prze­jęła kon­trolę i stwo­rzyła jego Wspo­mnie­nie do swo­jej kolek­cji.

- Coś was inte­re­suje, jasno­ści? - spy­tał.

Woal powró­ciła.

- Jak szybko mógł­byś zała­twić sto par tych? - Postu­kała w jeden z butów trzcinką, którą Cha­na­sha zawsze nosiła w kie­szeni.

- Sto par? - Męż­czy­zna nad­sta­wił uszu. - Nie­długo, jasno­ści. Cztery dni, jeśli kolejna dostawa dotrze na czas.

- Dosko­nale. Mam kon­takty ze sta­rym Kho­li­nem w jego głu­piej wieży i mogę sprze­dać dużą ilość, jeśli mi je dostar­czysz. Oczy­wi­ście ocze­kuję ceny hur­to­wej.

- Ceny hur­to­wej? - powtó­rzył męż­czy­zna.

Mach­nęła trzcinką w powie­trzu.

- Natu­ral­nie. Jeśli chcesz wyko­rzy­stać moje kon­takty, żeby sprze­da­wać w Uri­thiru, muszę dostać naj­lep­szą moż­liwą pro­po­zy­cję.

Męż­czy­zna podra­pał się po bro­dzie.

- Wy jeste­ście... Cha­na­sha Hasa­reh, prawda? Sły­sza­łem o was.

- Dobrze. Wiesz, że nie bawię się w gierki. - Nachy­liła się i trą­ciła go trzcinką w pierś. - Jeśli będziemy dzia­łać szybko, mogę omi­nąć cła sta­rego Kho­lina. Cztery dni. Wyro­bił­byś się w trzy?

- Może. Ale jestem pra­wo­rząd­nym czło­wie­kiem, jasno­ści. Dla­czego...? Omi­ja­nie cła byłoby nie­le­galne.

- Nie­le­galne jedy­nie, gdy uznamy, że Kho­lin ma prawo żądać zapłaty tych ceł. O ile nic się nie zmie­niło, nie jest naszym kró­lem. Może twier­dzić, co tylko zechce, ale teraz, kiedy burze się zmie­niły, Herol­do­wie przy­będą i pokażą mu jego miej­sce. Zapa­mię­taj moje słowa.

Nie­zła robota, pomy­ślała Świe­tli­sta. Dobrze sobie pora­dzi­łaś.

Woal postu­kała trzcinką w buty.

- Sto par. Trzy dni. Przed koń­cem dnia przy­ślę skrybę, żeby wyne­go­cjo­wała szcze­góły. Umowa stoi?

- Stoi.

Cha­na­sha nie uśmie­chała się czę­sto, więc Woal nie obda­rzyła han­dla­rza uśmie­chem. Wsu­nęła trzcinkę do rękawa i ski­nęła mu krótko głową, zanim ruszyła dalej przez tar­go­wi­sko.

Nie myśli­cie, że to było zbyt osten­ta­cyjne? - spy­tała Woal. Ten ostatni frag­ment o tym, że Dali­nar nie jest kró­lem, wyda­wał mi się prze­sa­dzony.

Świe­tli­sta nie miała pew­no­ści - sub­tel­ność nie była jej mocną cechą - ale Shal­lan wyra­ziła apro­batę. Musiały bar­dziej się posta­rać albo ni­gdy nie zosta­nie porwana. Nawet krę­ce­nie się w pobliżu ciem­nej uliczki - takiej, o któ­rej wie­działa, że odwie­dzały ją jej cele - nie zwró­ciło ich uwagi.

Stłu­miw­szy wes­tchnie­nie, Woal ruszyła do winiarni w pobliżu tar­go­wi­ska. Odwie­dzała ją od kilku tygo­dni i wła­ści­ciele dobrze ją znali. Według danych wywiadu, podob­nie jak han­dlarz butami, nale­żeli do Synów Honoru, orga­ni­za­cji, na którą polo­wała Woal.

Słu­żąca zapro­wa­dziła Woal z chłod­nej otwar­tej prze­strzeni do nie­du­żej alkowy w rogu, gdzie stał sto­lik. Tutaj mogła pić w samot­no­ści i prze­glą­dać rachunki.

Rachunki. Fuj. Wycią­gnęła księgi z torby i poło­żyła je na stole. Zada­wały sobie tyle trudu, żeby się nie zdra­dzić. Musiały ide­al­nie pod­trzy­my­wać ilu­zję, a praw­dziwa Cha­na­sha każ­dego dnia spraw­dzała księgi rachun­kowe. Wyda­wało się, że uważa to za uspo­ka­ja­jące.

Na szczę­ście od tego miały Shal­lan, która zyskała pewne doświad­cze­nie w pro­wa­dze­niu rachun­ków Seba­riala. Woal roz­luź­niła się i pozwo­liła Shal­lan prze­jąć kon­trolę. Wła­ści­wie nie było tak źle. Pra­cu­jąc, ryso­wała na mar­gi­ne­sach, nawet jeśli nie do końca paso­wało to do osoby, którą uda­wały. Woal uwa­żała za konieczne, by zawsze zacho­wy­wały się odpo­wied­nio, ale Shal­lan wie­działa, że od czasu do czasu musiały się tro­chę roz­luź­nić.

Mogły­by­śmy się roz­luź­nić w jaskini hazardu... - pomy­ślała Woal.

Musiały być tak sumienne rów­nież dla­tego, że obozy sta­no­wiły wielką pokusę dla Woal. Hazard bez przej­mo­wa­nia się voriń­ską przy­zwo­ito­ścią? Tawerny, w któ­rych poda­wano wszystko, bez żad­nych pytań? Obozy woj­skowe róż­niły się o burzę od sie­dziby Dali­nara Kho­lina, kró­le­stwa ide­al­nej uczci­wo­ści.

W Uri­thiru było zbyt wielu Wia­tro­wych, a męż­czyźni i kobiety poty­kali się o wła­sne nogi, byle tylko ktoś nie stłukł sobie łok­cia o krzywo posta­wiony stół. Jed­nakże to miej­sce... Woal mogłaby je polu­bić. Może więc lepiej, by zacho­wy­wały się dokład­nie tak jak kobieta, którą naśla­do­wały.

Shal­lan pró­bo­wała się sku­pić na rachun­kach. Wie­działa, że sobie z nimi pora­dzi, w końcu szko­liła się jesz­cze na księ­gach swo­jego ojca. Zaczęła, nim...

Nim...

Może nad­szedł czas, szep­nęła Woal. Żeby sobie przy­po­mnieć, raz a dobrze. Wszystko.

Wcale nie.

Ale...

Shal­lan natych­miast się wyco­fała.

Nie, nie możemy o tym myśleć. Przej­mij kon­trolę.

Woal usia­dła wygod­niej, kiedy słu­żąca przy­nio­sła jej wino. Dobrze. Pocią­gnęła długi łyk i pró­bo­wała uda­wać, że spraw­dza księgi. Jeśli miała być szczera, nie mogła czuć zło­ści do Shal­lan. Dla­tego prze­kie­ro­wała ją na Ialai Sadeas. Że też tej kobie­cie nie wystar­czało rzą­dze­nie małym udziel­nym księ­stew­kiem w tym miej­scu, czer­pa­nie zysków z kara­wan i zatrzy­my­wa­nie ich dla sie­bie. O nie. Musiała pla­no­wać burzową zdradę.

I dla­tego Woal pró­bo­wała pod­li­czać rachunki i uda­wać, że jej się to podoba. Pocią­gnęła kolejny długi łyk. Wkrótce zaczęło jej się krę­cić w gło­wie i pra­wie wcią­gnęła Burzowe Świa­tło, by to wypa­lić - ale się zatrzy­mała. Nie zamó­wiła niczego szcze­gól­nie upa­ja­ją­cego. Jeśli więc zaczy­nało jej szu­mieć w gło­wie...

Pod­nio­sła wzrok, ale widziała coraz mniej wyraź­nie. Zapra­wili jej wino! W końcu, pomy­ślała, zanim osu­nęła się na krze­sło.

***

- Nie rozu­miem, co w tym takiego trud­nego - powie­działa Syl, kiedy ona i Kala­din zbli­żali się do Pale­ni­ska. - Wy, ludzie, śpi­cie dosłow­nie codzien­nie. Ćwi­czy­łeś to od uro­dze­nia.

- Można by tak sądzić, prawda? - Kala­din wylą­do­wał pod mia­stem.

- Oczy­wi­ście, że tak, w końcu wła­śnie tak powie­dzia­łam.

Syl usia­dła mu na ramie­niu i obser­wo­wała to, co działo się za jego ple­cami. Mówiła lek­kim tonem, ale Kala­din wyczu­wał w niej napię­cie, jakie sam odczu­wał, jakby powie­trze zostało mocno nacią­gnięte.

"Wyglą­daj mnie kątem oka, Wia­trowy". Poczuł fan­to­mowy ból szyi w miej­scu, w które Sto­piony raz za razem wbi­jał szty­let.

- Nawet nowo­rodki umieją spać - zauwa­żyła Syl. - Jedy­nie ty potra­fisz zmie­nić coś tak pro­stego w coś skraj­nie trud­nego.

- Tak? A ty umiesz to zro­bić?

- Poło­żyć się. Przez chwilę uda­wać, że jest się mar­twym. Wstać. Łatwi­zna. Aha, ponie­waż cho­dzi o cie­bie, dodam ostatni obo­wiąz­kowy krok: narze­kać.

Kala­din ruszył w stronę mia­sta. Syl spo­dzie­wała się reak­cji, ale on nie miał na to ochoty. Nie z iry­ta­cji, ale bar­dziej z powodu... swego rodzaju ogól­nego zmę­cze­nia.

- Kala­di­nie?

Przez te ostat­nie mie­siące czuł się oddzie­lony. Przez te ostat­nie lata... jakby życie wszyst­kich innych trwało dalej, ale Kala­din był od nich odizo­lo­wany i nie­zdolny do inte­rak­cji. Jakby był obra­zem wiszą­cym w kory­ta­rzu i patrzą­cym na mija­jące go życie.

- W porządku. Ode­gram twoją rolę. - Obraz Syl się roz­mył i stała się ide­alną kopią Kala­dina sie­dzącą na jego ramie­niu. - No, no - powie­działa war­czą­cym, niskim gło­sem. - Gderu gder. Do sze­regu. Burzowy deszcz, psu­jący tę jakże kosz­marną pogodę. Poza tym zaka­zuję pal­ców u stóp.

- Pal­ców u stóp?

- Ludzie cią­gle się poty­kają! Nie mogę pozwo­lić, żeby­ście robili sobie krzywdę. Dla­tego od tej pory zakaz pal­ców u stóp. W przy­szłym tygo­dniu spró­bu­jemy nie mieć stóp. A teraz idź­cie coś zjeść. Jutro wsta­niemy przed świ­tem, żeby poćwi­czyć gniewne miny.

- Aż taki zły nie jestem - mruk­nął Kala­din, ale nie mógł powstrzy­mać uśmie­chu. - Poza tym twój głos Kala­dina bar­dziej przy­po­mina Tefta.

Prze­obra­ziła się z powro­tem i usia­dła wypro­sto­wana, wyraź­nie zado­wo­lona z sie­bie. A on musiał przy­znać, że humor mu się popra­wił. Na burze, pomy­ślał, gdzie bym teraz był, gdy­bym jej nie zna­lazł?

Odpo­wiedź była oczy­wi­sta. Byłby mar­twy na dnie roz­pa­dliny, do któ­rej wsko­czyłby w ciem­no­ści.

Kiedy zbli­żyli się do Pale­ni­ska, pano­wał względny spo­kój. Uchodźcy znów stali w kolejce, a pie­śnia­rze w woj­no­for­mie, ci, któ­rzy przy­byli razem ze Sto­pio­nym, cze­kali w pobliżu ojca Kala­dina i nowej pani mia­sta ze zło­żoną bro­nią. Wszy­scy rozu­mieli, że ich kolejne posu­nię­cia w dużej mie­rze zale­żały od wyniku poje­dynku Kala­dina.

Pod­szedł bli­żej i chwy­cił powie­trze przed sobą, a wtedy w jego dłoni poja­wiła się Włócz­nia Syl, srebrna i maje­sta­tyczna. Pie­śnia­rze się­gnęli po broń, głów­nie mie­cze.

- Może­cie wal­czyć ze Świe­tli­stym bez wspar­cia, jeśli chce­cie - stwier­dził Kala­din. - A jeśli nie macie ochoty dziś umie­rać, może­cie zebrać pie­śnia­rzy z tego mia­steczka i wyco­fać się o pół godziny mar­szu na wschód. Jest tam burzowy schron dla ludzi z dalej poło­żo­nych gospo­darstw, Abia­jan z pew­no­ścią was do niego zapro­wa­dzi. Zostań­cie tam do zachodu słońca.

Sze­ścioro żoł­nie­rzy rzu­ciło się na niego.

Kala­din wes­tchnął i się­gnął po Burzowe Świa­tło z kilku kul. Potyczka trwała około trzy­dzie­stu sekund. Jedna z pie­śnia­rek padła mar­twa z wypa­lo­nymi oczyma, a pozo­stali wyco­fali się, gdy ich broń została prze­cięta na pół.

Nie­któ­rzy uwa­ża­liby ten atak za akt odwagi. Przez więk­szość histo­rii Ale­th­karu żoł­nie­rzy zachę­cano do rzu­ca­nia się na Odpry­sko­wych. Gene­ra­ło­wie uczyli, że nawet mini­malna szansa zdo­by­cia Odpry­sku była warta ogrom­nego ryzyka.

To było głu­potą samą w sobie, ale do tego po śmierci Kala­dina nie pozo­sta­łoby Ostrze. Był Świe­tli­stym i ci żoł­nie­rze o tym wie­dzieli. Z tego, co widział, nasta­wie­nie pie­śnia­rzy zale­żało w dużym stop­niu od Sto­pio­nego, któ­remu słu­żyli. Fakt, że ci tutaj byli gotowi bez­sen­sow­nie poświę­cić życie, nie świad­czył dobrze o ich panu.

Całe szczę­ście pozo­stała piątka posłu­chała Abia­jan i innych pie­śnia­rzy z Pale­ni­ska, któ­rzy - z nie­ja­kim wysił­kiem - prze­ko­nali ich, że mimo odwagi w walce zostali poko­nani. Po krót­kim cza­sie wszy­scy powle­kli się przez roz­pra­sza­jącą się mgłę.

Kala­din znów spoj­rzał w niebo. Powinni być już bli­sko, pomy­ślał, pod­cho­dząc do poste­runku, gdzie cze­kała jego matka. Jej dłu­gie do ramion, roz­pusz­czone włosy okry­wała wzo­rzy­sta chu­sta. Objęła Kala­dina ramie­niem, wciąż trzy­ma­jąc małego Oro­dena - który wycią­gnął ręce do brata, by ten wziął go na ręce.

- Robisz się coraz wyż­szy! - powie­dział do chłopca.

- Gaga­din!

Dziecko zama­chało rękami w powie­trzu, pró­bu­jąc zła­pać Syl, która miała w zwy­czaju uka­zy­wać się rodzi­nie Kala­dina. Zro­biła to, co zawsze, przy­bie­rała kształty róż­nych zwie­rząt i ska­kała w powie­trzu wokół chłop­czyka.

- Jak tam Lyn? - spy­tała matka Kala­dina.

- Czy to zawsze musi być twoje pierw­sze pyta­nie?

- Prawo matki - odparła Hesina. - I jak?

- Zerwała z nim. - Syl przy­brała teraz postać malut­kiego świe­tli­stego ostro­gara. Słowa brzmiały dziw­nie, wydo­by­wa­jąc się z jego pyska. - Tuż po naszych ostat­nich odwie­dzi­nach.

- Och, Kala­di­nie. - Matka znów go objęła. - Jak on to znosi?

- Dąsał się przez dobre dwa tygo­dnie - odparła Syl - ale myślę, że już mu prze­szło.

- On tu stoi - zauwa­żył Kala­din.

- I nie odpo­wiada nawet na pyta­nia na temat swo­jego życia oso­bi­stego. Przez co zmu­sza swą biedną matkę, by zwró­ciła się do innych, boskich źró­deł.

- Widzisz. - Syl har­co­wała teraz jako krem­lik. - Ona wie, jak należy mnie trak­to­wać. Z całą god­no­ścią i sza­cun­kiem, na jaki zasłu­guję.

- Czyżby znów prze­stał cię sza­no­wać, Syl?

- Minął co naj­mniej dzień od chwili, gdy wspo­mniał, że jestem wspa­niała.

- To naprawdę nie­spra­wie­dli­wie, że muszę sobie radzić z wami obiema jed­no­cze­śnie. Czy ten her­dazki gene­rał dotarł do mia­sta?

Hesina wska­zała na pobli­ski budy­nek wci­śnięty mię­dzy dwa domy - jedną z drew­nia­nych szop na narzę­dzia rol­ni­cze. Nie wyglą­dała na szcze­gól­nie solidną, część desek była wypa­czona, a nie­dawna burza je polu­zo­wała.

- Ukry­łam ich tam, kiedy zaczęła się walka - wyja­śniła Hesina.

Kala­din oddał jej Oro­dena i ruszył w stronę szopy.

- Znajdź Laral i zbierz miesz­kań­ców. Dziś nad­cho­dzi coś wiel­kiego, a ja bym nie chciał, żeby wpa­dli w panikę.

- Wyja­śnij, co masz na myśli, mówiąc "wiel­kiego", synu.

- Zoba­czysz.

- Poroz­ma­wiasz z ojcem?

Kala­din zawa­hał się, po czym spoj­rzał przez spo­wite mgłą pole w stronę uchodź­ców. Miesz­kańcy mia­steczka zaczęli wycho­dzić z domów, żeby zoba­czyć, co to za zamie­sza­nie. Nie mógł dostrzec ojca.

- A dokąd poszedł?

- Spraw­dzić, czy ta par­sh­menka, którą cią­łeś, rze­czy­wi­ście jest mar­twa.

- Oczy­wi­ście, że tak. - Kala­din wes­tchnął. - Liri­nem zajmę się póź­niej.

W szo­pie kilku bar­dzo ner­wo­wych Her­da­zów wycią­gnęło szty­lety, kiedy otwo­rzył drzwi. W odpo­wie­dzi wcią­gnął odro­binę Burzo­wego Świa­tła, a wtedy z jego skóry pod­nio­sły się smużki świe­tli­stego dymu.

- Na Troje Bogów - szep­nął jeden z nich, wysoki męż­czy­zna z kucy­kiem. - To prawda. Wró­ci­łeś.

Ta reak­cja zanie­po­ko­iła Kala­dina. Ten czło­wiek, wal­czący o wol­ność Her­dazu, powi­nien wcze­śniej spo­tkać Świe­tli­stych. W ide­al­nym świe­cie armie koali­cji Dali­nara już od mie­sięcy wspie­ra­łyby walkę Her­da­zów o wol­ność.

Tyle tylko że wszy­scy porzu­cili Her­daz. Nie­wielki kraj wyda­wał się bli­ski upadku, a armie Dali­nara lizały rany po Bitwie o Pola Thay­len. Póź­niej zaczęły docie­rać raporty o tym, że Her­daz sta­wia opór. Każdy raport brzmiał tak, jakby Her­dazowie byli już u kresu moż­li­wo­ści, więc zasoby prze­rzu­cano na inne fronty, z więk­szą szansą na wygraną. Ale za każ­dym razem Her­daz sta­wiał opór i nie­ustę­pli­wie nękał wroga. Armie Odium utra­ciły dzie­siątki tysięcy żoł­nie­rzy, wal­cząc w tym małym kraju pozba­wio­nym zna­cze­nia stra­te­gicz­nego.

Choć Her­daz w końcu upadł, wróg zapła­cił za to zadzi­wia­jąco wysoką cenę krwi.

- Który z was to Norka? - Kiedy Kala­din mówił, z jego ust wypły­wało świe­tli­ste Burzowe Świa­tło.

Wysoki męż­czy­zna wska­zał na tyły szopy, gdzie o ścianę opie­rała się ciemna syl­wetka spo­wita płasz­czem. Kala­din nie widział jego twa­rzy pod kap­tu­rem.

- To dla mnie zaszczyt, spo­tkać legendę. - Kala­din zro­bił krok do przodu. - Otrzy­ma­łem pole­ce­nie, by ofi­cjal­nie zapro­sić cię do dołą­cze­nia do koali­cyj­nej armii. Zro­bimy, co w naszej mocy, dla two­jego kraju, ale na razie oświe­cony Dali­nar Kho­lin i kró­lowa Jasnah Kho­lin pra­gną poznać czło­wieka, który tak długo powstrzy­my­wał wroga.

Norka się nie poru­szył. Wciąż sie­dział ze zwie­szoną głową. W końcu jeden z jego ludzi pod­szedł bli­żej, zła­pał go za ramię i potrzą­snął.

Płaszcz się zsu­nął, a całe ciało upa­dło bez­wład­nie, uka­zu­jąc płótna zwi­nięte w taki spo­sób, by przy­po­mi­nały syl­wetkę czło­wieka w płasz­czu z kap­tu­rem. Kukła? Co do nie­zna­nego imie­nia Ojca Burz?

Żoł­nie­rze robili wra­że­nie rów­nie zasko­czo­nych, choć wysoki jedy­nie wes­tchnął i spoj­rzał z rezy­gna­cją na Kala­dina.

- On to cza­sem robi, oświe­cony.

- Robi co? Zmie­nia się w stertę szmat?

- Wyśli­zguje się - wyja­śnił męż­czy­zna. - Lubi spraw­dzać, co uda mu się zro­bić, żeby nikt nie zauwa­żył.

Inny z męż­czyzn prze­kli­nał po her­dazku, prze­szu­ku­jąc pobli­skie beczułki, aż w końcu odsło­nił jedną z oblu­zo­wa­nych desek. Otwór wycho­dził na ciemne przej­ście mię­dzy budyn­kami.

- Znaj­dziemy go gdzieś w mie­ście, jestem tego pewien - powie­dział Kala­di­nowi. - Daj­cie nam kilka minut, żeby­śmy go wytro­pili.

- Można by się spo­dzie­wać, że nie będzie się bawił w takie gierki - stwier­dził Kala­din - bio­rąc pod uwagę, jak nie­bez­pieczna jest sytu­acja.

- Wy... nie zna­cie naszego gan­cho, oświe­cony. On trak­tuje nie­bez­pieczne sytu­acje w dokład­nie taki spo­sób.

- Nie lubi, żeby go łapać - dodał inny, krę­cąc głową. - Kiedy nie­bez­pie­czeń­stwo, on znika.

- I porzuca swo­ich ludzi? - Kala­din był zdu­miony.

- Nikt nie prze­żyłby tak długo jak Norka, gdyby nie umiał wyśli­zgi­wać się z sytu­acji, z któ­rych inni nie potra­fią się wydo­stać - stwier­dził wysoki Her­daz. - Gdy­by­śmy zna­leźli się w nie­bez­pie­czeń­stwie, spró­bo­wałby po nas wró­cić. A gdyby mu się nie udało... cóż, jeste­śmy jego straż­ni­kami. Każdy z nas oddałby życie, żeby jemu udało się uciec.

- Nie żeby nas potrze­bo­wał. Sama Gan­los Riera go nie zła­pała!

- Znajdź­cie go, jeśli wam się uda, i prze­każ­cie mu moją wia­do­mość - powie­dział Kala­din. - Musimy jak naj­szyb­ciej opu­ścić mia­steczko. Mam powody podej­rze­wać, że zbli­żają się do nas więk­sze siły Sto­pio­nych.

Her­da­zo­wie mu zasa­lu­to­wali, choć nie musieli tego robić, w końcu był woj­sko­wym z innego kraju. W obec­no­ści Świe­tli­stych ludzie robili dziwne rze­czy.

- Dobra robota! - ode­zwała się Syl, kiedy wyszli z szopy. - Pra­wie się nie skrzy­wi­łeś, kiedy nazwali cię oświe­co­nym.

- Jestem, kim jestem.

Kala­din minął matkę, nara­dza­jącą się teraz z Laral i oświe­co­nym Rosho­nem. Dostrzegł ojca, który orga­ni­zo­wał kilku byłych żoł­nie­rzy Roshone'a, pró­bu­ją­cych zapa­no­wać nad uchodź­cami. Wyraź­nie krót­sza kolejka świad­czyła, że kil­koro ucie­kło.

Lirin dostrzegł zbli­ża­ją­cego się syna i zaci­snął wargi. Chi­rurg był niskim męż­czy­zną - Kala­din odzie­dzi­czył wzrost po matce. Odszedł od grupki, chustką otarł pot z czoła i łysie­ją­cej głowy, po czym zdjął oku­lary i prze­tarł je w mil­cze­niu, kiedy Kala­din pod­szedł bli­żej.

- Ojcze.

- Mia­łem nadzieję - powie­dział cicho Lirin - że nasza wia­do­mość skłoni cię do przy­by­cia ukrad­kiem.

- Pró­bo­wa­łem. Ale Sto­pieni wysta­wili w całym kraju poste­runki do obser­wo­wa­nia nieba. Mgła nagle się roz­pro­szyła, kiedy zbli­ży­łem się do jed­nego z nich, i zosta­łem odsło­nięty. Mia­łem nadzieję, że mnie nie zoba­czyli, ale... - Wzru­szył ramio­nami.

Lirin znów zało­żył oku­lary i obaj wie­dzieli, że się zamy­ślił. Lirin ostrze­gał Kala­dina, że jeśli nie prze­sta­nie ich odwie­dzać, spro­wa­dzi śmierć na Pale­ni­sko. Dziś spo­tkała pie­śniarkę, która go zaata­ko­wała. Lirin przy­krył ciało cału­nem.

- Jestem żoł­nie­rzem, ojcze. Wal­czę dla tych ludzi.

- Każdy głupi z dwiema rękami może wziąć włócz­nię. Ja szko­li­łem twoje ręce do cze­goś lep­szego.

- Ja... - Kala­din prze­rwał i ode­tchnął głę­boko. Z daleka dobie­gło cha­rak­te­ry­styczne dud­nie­nie. W końcu. - Omó­wimy to póź­niej. Spa­kuj wszystko, co chciał­byś ze sobą zabrać. Szybko. Musimy odejść.

- Odejść? Już ci mówi­łem. Miesz­kańcy mia­steczka mnie potrze­bują. Nie porzucę ich.

- Wiem. - Kala­din wska­zał na niebo.

- Co ty...

Lirin urwał, kiedy z mgły wyło­nił się ogromny czarny cień, lecący powoli nie­wia­ry­god­nych roz­mia­rów pojazd. Po obu jego stro­nach szy­bo­wały dwa tuziny Wia­tro­wych, świe­cą­cych jasno Burzo­wym Świa­tłem.

Nie był to sta­tek, tylko raczej olbrzy­mia plat­forma uno­sząca się w powie­trzu. Wokół Lirina i tak powstały podzi­wo­spreny przy­po­mi­na­jące kręgi nie­bie­skiego dymu. Cóż, kiedy Kala­din po raz pierw­szy zoba­czył, jak Navani pod­nosi plat­formę, też zaga­pił się z otwar­tymi ustami.

Plat­forma zasło­niła słońce, rzu­ca­jąc cień na Kala­dina i jego ojca.

- Powie­dzia­łeś jasno i wyraź­nie, że ty i matka nie porzu­ci­cie miesz­kań­ców Pale­ni­ska. Dla­tego posta­ra­łem się zabrać ich z nami.