3. Czwarty Most
Ostatni krok prowadzący do uwięzienia sprena jest najtrudniejszy, gdyż
należy usunąć Burzowe Światło z klejnotu. Techniki wykorzystywane przez
poszczególne gildie artifabrian są pilnie strzeżoną tajemnicą,
powierzaną jedynie najstarszym członkom.
Najłatwiej byłoby użyć skowrończyka - odmiany kremlika, która żywi się
Burzowym Światłem. Byłoby to cudowne i dogodne, gdyby istoty te nie były
obecnie prawie wymarłe. Wojny w Aimii prowadzono częściowo z powodu tych
na pierwszy rzut oka niewinnych stworków.
Wykład na temat mechaniki fabriali, wygłoszony przez
Navani Kholin przed koalicją monarchów, Urithiru, Jesevan roku 1175
Navani Kholin wychyliła się poza latającą platformę i spojrzała z wysokości setek stóp na kamienie poniżej. O jej obecnym miejscu
zamieszkania dużo mówił fakt, że nie przestawało ją zaskakiwać, jak
żyzny był Alethkar. Skałopąki porastały każdą dostępną powierzchnię,
poza fragmentami, z których zostały usunięte, by zrobić miejsce dla
domów lub pól. Całe pola zielonych dzikich traw kołysały się na wietrze,
a wokół nich podskakiwały życiospreny. Drzewa tworzyły umocnienia
chroniące przed burzami, ich gałęzie splatały się ciasno jak falanga.
Tutaj - w przeciwieństwie do Strzaskanych Równin i Urithiru - rzeczy
rosły. Był to dom jej dzieciństwa, ale teraz wydawał się wręcz obcy.
- Naprawdę wolałabym, żebyście się tak nie wychylały, jasności -
powiedziała Velat.
Uczona w średnim wieku zaplotła włosy w ciasne warkocze, żeby nie
szarpał ich wiatr. I próbowała matkować wszystkim dookoła.
Navani, rzecz jasna, wychyliła się jeszcze bardziej. Można by sądzić, że
przez ponad pięćdziesiąt lat życia udało jej się znaleźć sposób
zapanowania nad własną porywczością. Tymczasem, co dość niepokojące,
zdobyła dość władzy, by po prostu robić, na co miała ochotę.
Poniżej jej latająca platforma rzucała przyjemnie geometryczny cień na
kamienie. Mieszkańcy miasteczka tłoczyli się i gapili, podczas gdy
Kaladin i inni Wiatrowi odsuwali ich na bok, by zrobić miejsce na
lądowanie.
- Oświecony Dalinarze - powiedziała Velat - czy moglibyście przemówić
jej do rozumu, proszę? Zaraz wypadnie, przysięgam.
- To statek Navani, Velat. - Głos Dalinara był niewzruszony jak stal,
niezmienny jak matematyka. Kochała jego głos. - Myślę, że wyrzuciłaby
mnie z niego, gdybym spróbował powstrzymać ją przed cieszeniem się tą
chwilą.
- A nie mogłaby cieszyć się nią ze środka platformy? Może przywiązana do
pokładu? Dwoma sznurami?
Navani uśmiechnęła się szeroko, gdy wiatr szarpał jej rozpuszczone
włosy. Swobodną dłonią ściskała reling.
- Teren został oczyszczony z ludzi. Przekażcie rozkaz powolnego zejścia
na ziemię.
Stworzyła ten projekt, wykorzystując jako wzór stare mosty łączące
brzegi rozpadlin. W końcu to nie był okręt wojenny, a środek transportu
do przenoszenia dużej liczby ludzi. Ostateczna konstrukcja była
właściwie drewnianym prostokątem - długim na ponad sto stóp, szerokim na
sześćdziesiąt i wysokim na około czterdziestu, z trzema pokładami.
Z tyłu górnego pokładu wybudowano wysokie ściany i dach. Przednia jedna
trzecia była otwarta, z relingiem wzdłuż boków. Przez większość czasu
inżynierowie Navani mieli swoje stanowisko dowodzenia w osłoniętej
części. Teraz jednak, gdy konieczne było ostrożne manewrowanie, wynieśli
stoły i przymocowali je do pokładu w prawym przednim rogu platformy.
Prawy przedni, pomyślała. A może powinniśmy używać terminologii
marynarskiej? Ale to nie ocean. Lecimy.
Lecieli. Udało się. Nie tylko w czasie manewrów i prób na Strzaskanych
Równinach, ale na prawdziwej misji, w czasie której przelecieli setki
mil.
Za jej plecami kilkanaścioro inżynierów żarliwców obsadziło stanowisko
dowodzenia na otwartej przestrzeni. Ka - skryba jednego z oddziałów
Wiatrowych - wysłała przez łączotrzcinę rozkaz do Urithiru. Kiedy się
poruszali, nie mogli przekazywać pełnych poleceń - łączotrzciny miały z tym problem. Ale mogli wysyłać błyski światła, które następnie
interpretowano.
W Urithiru inna grupa inżynierów zajmowała się skomplikowanym
mechanizmem utrzymującym statek w powietrzu. Właściwie wykorzystywali tę
samą technikę, dzięki której działały łączotrzciny. Kiedy jedna z nich
się poruszała, druga poruszała się zgodnie z nią. Cóż, połówki klejnotów
dawało się parować również w taki sposób, że kiedy jedna zostawała
opuszczona, druga połowa - niezależnie od tego, gdzie się znajdowała -
wznosiła się w powietrze.
Dochodziło do przeniesienia siły - jeśli odległa połowa znajdowała się
pod czymś ciężkim, opuszczenie tej bliższej było utrudnione. Niestety
pojawiała się dodatkowa strata - im dalej od siebie znajdowały się
połówki, tym większy opór sprawiało ich poruszanie. Ale skoro można było
poruszyć pióro, to czemu nie wieżę strażniczą? Powóz? Cały statek?
I tak oto setki mężczyzn i chulli trudziły się w Urithiru przy systemie
bloczków połączonych z kratownicą z osadzonymi klejnotami. Kiedy
opuszczali swoją kratownicę wzdłuż boku płaskowyżu pod wieżą, statek
Navani wznosił się w niebo.
Inna kratownica, umieszczona na Strzaskanych Równinach i zaprzężona w chulle, była wykorzystywana do poruszania statku do przodu i do tyłu.
Prawdziwy progres nastąpił, kiedy nauczyli się wykorzystywać aluminium,
by wyizolować ruch po płaszczyźnie i nawet zmieniać wektory sił. W efekcie chulle ciągnęły przez jakiś czas, a później zawracały - klejnoty
na chwilę odłączano - i maszerowały w przeciwną stronę, statek zaś nadal
leciał prosto.
Przejścia między tymi dwiema kratownicami - z których jedna kontrolowała
wysokość, a druga ruch w poziomie - pozwalały statkowi Navani szybować.
Jej statek. Jej statek. Żałowała, że nie mogła podzielić się tym z Elhokarem. Choć większość ludzi pamiętała jej syna jako mężczyznę, który
usiłował zastąpić Gavilara jako króla, ona znała go jako ciekawego,
dociekliwego chłopca, uwielbiającego jej rysunki. Zawsze lubił
wysokości. Jakże podobałby mu się widok z tego pokładu.
Praca nad tym pojazdem pomogła jej zachować zdrowe zmysły w miesiącach,
które nastąpiły po jego śmierci. Oczywiście to nie jej matematyka w końcu umożliwiła powstanie statku. O interakcjach między sparowanymi
fabrialami i aluminium dowiedzieli się od azirskich uczonych. Nie
wywodził się też bezpośrednio z jej inżynieryjnych planów - statek był
odrobinę bardziej przyziemny niż jej pierwotne wyszukane projekty.
Navani jedynie kierowała ludźmi bystrzejszymi od siebie. Może więc nie
zasługiwała, by szczerzyć się jak dziecko, kiedy patrzyła na jego
działanie?
I tak to zrobiła.
Wybór nazwy zajął jej miesiące. W końcu jednak znalazła inspirację w mostach, które ją natchnęły. A dokładniej tym, który - przed wieloma
miesiącami - ocalił Dalinara i Adolina przed pewną śmiercią. Miała
nadzieję, że ten pojazd dokona tego samego dla wielu innych w równie
trudnym położeniu.
I dlatego pierwszy powietrzny środek transportu na świecie zyskał nazwę
Czwarty Most. Za pozwoleniem starej drużyny arcymarszałka Kaladina
umieściła ich most pośrodku pokładu jako symbol.
Navani odsunęła się od krawędzi i podeszła do stanowiska dowodzenia.
Usłyszała westchnienie ulgi Velat - sama kartografka przywiązała się
sznurem do pokładu. Navani wolałaby zabrać Isasika, ale mężczyzna
wyruszył na jedną ze swoich wypraw, tym razem na wschodnią część
Strzaskanych Równin.
Mimo to miała komplet uczonych i inżynierów. Siwobrody Falilar
przeglądał diagramy z Rushu, a cała gromada asystentek i skryb biegała
dookoła, sprawdzając stabilność konstrukcji albo mierząc poziom
Burzowego Światła w klejnotach. W tej chwili Navani mogła jedynie stać i robić wrażenie ważnej. Uśmiechnęła się, kiedy przypomniała sobie, że
Dalinar powiedział coś podobnego o generałach na polu bitwy, kiedy ich
plany już wprowadzono w życie.
Czwarty Most osiadł na ziemi i przednie drzwi dolnego poziomu
otworzyły się, by przyjąć pasażerów. Tuzin Tancerzy i Tancerek Krawędzi
wyszedł na miasto. Emanując Burzowym Światłem, poruszali się dziwnym
krokiem - na przemian odpychali się jedną nogą, a ślizgali na drugiej.
Śmigali po drewnie i kamieniu, jakby to był lód, i z wdziękiem
przeskakiwali nad głazami.
Ostatnia Tancerka Krawędzi w grupie - tyczkowata dziewczyna, która w ciągu ostatniego roku urosła co najmniej stopę - źle wymierzyła skok i potknęła się o dużą skałę, którą inni ominęli. Navani ukryła uśmiech.
Niestety bycie Świetlistym nie chroniło przed niezgrabnością okresu
dorastania.
Tancerze Krawędzi mieli zaprowadzić mieszkańców na statek i uzdrowić
rannych lub chorych. Wiatrowi śmigali po niebie, wyglądając
potencjalnych problemów.
Zamiast zawracać głowę inżynierom lub żołnierzom, Navani podeszła do
Kmakla, thayleńskiego księcia małżonka. Starzejący się mąż Fen był
marynarzem i Navani sądziła, że może mu się spodobać udział w pierwszej
misji Czwartego Mostu. Mężczyzna ukłonił się jej z szacunkiem, jego
brwi i długie wąsy opadały po bokach twarzy.
- Musisz sądzić, że jesteśmy bardzo zdezorganizowani, admirale -
powiedziała Navani po thayleńsku. - Żadnej kajuty kapitana i zaledwie
kilka przybitych do pokładu stołów jako stanowisko dowodzenia.
- To z pewnością dziwny statek - odparł stary marynarz. - Ale na swój
sposób majestatyczny. Słuchałem rozmów twoich uczonych i przypuszczają,
że przeciętnie rozwijał prędkość pięciu węzłów.
Navani pokiwała głową. Ta misja zaczęła się jako przedłużona próba
wytrzymałościowa - ona sama nawet nie brała w niej udziału od początku.
Czwarty Most wiele tygodni latał nad Parującym Oceanem, chroniąc się
przed burzami w laitach i nadbrzeżnych zatokach. W tym czasie jedyną
załogę statku stanowili jej inżynierowie i garstka marynarzy.
Później pojawiła się prośba Kaladina. Czy zechcieliby podjąć trudniejszą
próbę obciążeniową i wykraść całe miasteczko z Alethkaru - przy okazji
ratując niesławnego herdazkiego generała? Dalinar podjął decyzję i Czwarty Most wziął kurs na Alethkar.
Tego dnia Wiatrowi dostarczyli cały sztab dowodzenia - w tym Navani - i Świetlistych na pokład.
- Pięć węzłów - stwierdziła Navani. - Niezbyt szybko w porównaniu z waszymi najlepszymi okrętami.
- Bez obrazy, jasności, ale to jest w gruncie rzeczy wielka barka. A dla
czegoś takiego pięć węzłów to imponująca prędkość, nawet pomijając fakt,
że ten statek lata. - Pokręcił głową. - Jest szybszy niż armia idąca
forsownym marszem, a jednak przywozi wypoczętych żołnierzy i jednocześnie stanowi ruchome podwyższenie dla wsparcia łuczników.
Navani nie potrafiła powstrzymać promiennego uśmiechu.
- Wciąż musimy rozwiązać sporo problemów. Wiatraki z tyłu ledwie
zwiększyły prędkość. Potrzebujemy czegoś lepszego. To wymaga ogromnego
nakładu sił.
- Skoro tak mówisz. - Starszy mężczyzna zrobił zamyśloną minę, odwrócił
się i zapatrzył na horyzont.
- Admirale? Wszystko w porządku?
- Po prostu wyobrażam sobie koniec epoki. Życie, które znałem, zwyczaje
oceanów i marynarki...
- Wciąż będziemy potrzebować marynarki. Transport powietrzny to jedynie
dodatkowe narzędzie.
- Możliwe, możliwe. Ale wyobraź sobie przez chwilę zwykłe okręty
atakowane przez jeden z tych na górze. Nie potrzebowaliby wyszkolonych
łuczników. Latający marynarze mogliby zrzucać z góry kamienie i w ciągu
kilku minut zatopić całą flotę. - Admirał spojrzał na Navani. - Moja
droga, jeśli one staną się wszechobecne, nie tylko marynarka okaże się
przestarzała. Nie umiem ocenić, czy cieszę się, że jestem dość stary, by
z czułością pożegnać swój świat, czy zazdroszczę młodzikom, którzy będą
odkrywać ten nowy świat.
Navani zabrakło słów. Chciała dodać mężczyźnie otuchy, ale przeszłość,
którą Kmakl darzył takim sentymentem była... cóż, jak fale na wodzie.
Znikała pochłonięta przez ocean czasu. Ją ekscytowała przyszłość.
Kmakl jakby wyczuł jej wahanie, bo na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Nie przejmuj się gadaniną zrzędliwego starego marynarza. Popatrz,
Kowal Więzi cię wzywa. Ruszaj i pokieruj nas w stronę nowego horyzontu,
jasności. Tam odnajdziemy sposób na pokonanie tych najeźdźców.
Navani poklepała Kmakla z sympatią po ramieniu, po czym pośpieszyła w stronę Dalinara, który stał na środku przedniej części pokładu.
Arcymarszałek Kaladin kroczył w jego stronę w towarzystwie mężczyzny w okularach. To z pewnością był ojciec Wiatrowego - choć Navani musiała
bardzo wytężyć wyobraźnię, by dostrzec podobieństwo. Kaladin był wysoki,
a Lirin niski. Młodszy mężczyzna miał naturalnie skręcone, niesforne
włosy. Lirin z kolei łysiał, a resztki włosów przycinał bardzo krótko.
Jednakże kiedy podeszła do Dalinara, napotkała spojrzenie Li-rina - i pokrewieństwo stało się bardziej oczywiste. Ta sama cicha intensywność,
to samo nieco krytyczne spojrzenie, jakby wiedział zbyt wiele o osobie,
na którą patrzył. W tej chwili widziała dwóch mężczyzn o takiej samej
duszy, mimo dzielących ich różnic fizycznych.
- Panie - zwrócił się do Dalinara Kaladin. - Mój ojciec, chirurg.
Dalinar skinął głową.
- Lirin Burzą Błogosławiony. To dla mnie zaszczyt.
- ...Burzą Błogosławiony? - powtórzył Lirin. Nie ukłonił się, co Navani
uznała za mało dyplomatyczne, biorąc pod uwagę, komu go przedstawiono.
- Założyłem, że przyjmiesz nazwisko rodu syna.
Lirin spojrzał na Kaladina, który najwyraźniej nie powiedział mu o swoim
wyniesieniu. Ale nie skomentował tego, jedynie odwrócił się i z szacunkiem skinął głową na widok jej statku.
- To wspaniałe dzieło. Jak sądzicie, czy mogłoby szybko przenieść na
pole bitwy szpital polowy z chirurgami? W ten sposób można by ocalić
życie tak wielu...
- Ciekawe zastosowanie - stwierdził Dalinar. - Choć obecnie to zadanie
wypełniają Tancerze Krawędzi.
- A, tak. - Lirin poprawił okulary i w końcu najwyraźniej znalazł w sobie odrobinę szacunku dla Dalinara. - Doceniam, co tu robicie,
oświecony Kholinie, ale czy możecie powiedzieć, ile czasu moi ludzie
będą uwięzieni w tym pojeździe?
- Dotarcie na Strzaskane Równiny zajmie kilka tygodni lotu. Ale w czasie
podróży dostarczymy zapasy, koce i inne przydatne rzeczy. Wy odegracie
ważną rolę, pomagając nam się dowiedzieć, jak lepiej wyposażyć te
transporty. A oprócz tego odbierzemy wrogowi ważne centrum osadnictwa i wspólnotę rolniczą.
Lirin z namysłem pokiwał głową.
- Może obejrzysz kwatery? - zaproponował Dalinar. - Luki nie są
luksusowe, ale zmieszczą się w nich setki ludzi.
Lirin zrozumiał, że został odprawiony - choć odchodząc, nie ukłonił się
ani w inny sposób nie okazał szacunku.
Kaladin został nieco z tyłu.
- Przepraszam za ojca, panie. Nie lubi niespodzianek.
- Nic się nie stało - odparł Dalinar. - Mogę sobie jedynie wyobrazić, co
ci ludzie musieli ostatnio przeżywać.
- Być może to jeszcze nie koniec, panie. Dziś zostałem dostrzeżony w czasie zwiadu. Jeden ze Stopionych, z odmiany, jakiej nie widziałem
nigdy wcześniej, przybył do Paleniska, szukając mnie. Odpędziłem go, ale
nie wątpię, że wkrótce znów natkniemy się na opór.
Dalinar próbował zachować spokój, ale Navani widziała rozczarowanie w wygięciu jego warg.
- Rozumiem. Miałem nadzieję, że mgła nas osłoni, ale to by było aż zbyt
dogodne. Ostrzeż innych Wiatrowych, a ja polecę Tancerzom Krawędzi
przyśpieszyć ewakuację.
Kaladin pokiwał głową.
- Kończy mi się Światło, panie.
Navani wysunęła notatnik z kieszeni, a Dalinar uniósł dłoń i przycisnął
ją do piersi Kaladina. Pojawiło się słabe... zniekształcenie w otaczającym ich powietrzu i przez chwilę miała wrażenie, że może
spojrzeć w Cieniomorze. Inną krainę, wypełnioną szklanymi paciorkami i płomykami unoszącymi się w miejscu ludzkich dusz. Przez króciutką chwilę
wydawało jej się, że słyszy odległy ton. Wibrującą w jej wnętrzu czystą
nutę.
Wszystko błyskawicznie zniknęło, ale Navani i tak zapisała swoje
wrażenia. Moce Dalinara wiązały się ze składem Burzowego Światła, trzema
krainami i - w ostatecznym rozliczeniu - z samą naturą boskości. Tam
kryły się tajemnice do odkrycia.
Światło Kaladina zostało odnowione, wypływało strużkami z jego skóry,
widoczne nawet w świetle dnia. Jego kule również były napełnione.
Dalinar jakimś sposobem sięgał między krainami i dotykał mocy samego
Wszechmocnego - zdolność ta była niegdyś zarezerwowana dla burz i istot,
które w nich żyły.
Młody Wiatrowy, wyraźnie ożywiony, ruszył przez pokład. Uklęknął i położył dłoń na prostokątnym kawałku drewna, który różnił się od
pozostałych - nie był świeżo wycięty, ale zużyty i poznaczony śladami po
strzałach. Jego stary most wbudowano tak, że spoczywał równo z pokładem.
Wszyscy Wiatrowi z mostu czwartego przeprowadzali ten sam pozbawiony
słów rytuał, kiedy opuszczali statek powietrzny. Zajęło to jedynie
chwilę, po czym Kaladin wzniósł się w po-wietrze.
Navani skończyła robić notatki i powstrzymała uśmiech, kiedy się
zorientowała, że Dalinar czyta jej przez ramię. To wciąż było
zdecydowanie dziwne doświadczenie, choć przecież sama go zachęcała.
- Już pozwoliłem Jasnah opisać to, co robię. Jednak ty za każdym razem
wyjmujesz ten notatnik. Czego szukasz, serce klejnotu?
- Jeszcze nie jestem pewna. W naturze Urithiru kryje się coś dziwnego i sądzę, że Kowale Więzi mogą być powiązani z wieżą, przynajmniej tak
wynika z zapisków na temat dawnych Świetlistych.
Przerzuciła kartkę i pokazała mu diagramy, które naszkicowała. W sercu
wieży w Urithiru kryła się ogromna konstrukcja z klejnotów - kryształowa
kolumna, fabrial niepodobny do niczego, co kiedykolwiek widziała. Navani
była coraz bardziej przekonana, że ta kolumna dawała kiedyś moc wieży,
podobnie jak klejnoty umieszczone w kadłubie przez jej inżynierów
napędzały ten latający statek. Ale wieża była uszkodzona i ledwie
działała.
- Próbowałem napełnić tę kolumnę. Nie udało się. - Mógł napełniać
Burzowym Światłem zwyczajne kule, ale klejnoty w wieży stawiały mu opór.
- Na pewno podchodzimy do problemu ze złej strony. Nie mogę przestać
myśleć, że gdybym wiedziała więcej o Burzowym Świetle, rozwiązanie
byłoby proste.
Pokręciła głową. Czwarty Most był niezwykłym osiągnięciem, ale
martwiła się, że zawiodła w ważniejszym zadaniu. Urithiru leżało wysoko
w górach i było tam za zimno, by uprawiać rośliny - jednakże w wieży
znajdowały się liczne pola. Ludzie nie tylko przeżywali w tym surowym
środowisku, oni tam prosperowali.
Jak? Wiedziała, że wieżę zajmował kiedyś potężny spren zwany
Rodzeństwem. Spren, który mocą dorównywał Strażniczce Nocy i Ojcowi Burz
- i mógł stworzyć Kowala Więzi. Musiała założyć, że spren - lub być może
coś w jego więzi z człowiekiem - pozwalał wieży działać. Niestety,
Rodzeństwo zmarło w trakcie Odstępstwa. Nie była pewna, jaki poziom
"śmierci" to oznaczało. Czy Rodzeństwo było martwe jak dusze Ostrz
Odprysku, które wciąż się poruszały? Niektóre przepytane przez nią
spreny twierdziły, że Rodzeństwo "drzemało", ale traktowały to jak coś
ostatecznego.
Odpowiedzi nie były jasne, a Navani usilnie próbowała zrozumieć. Badała
Dalinara i jego więź z Ojcem Burz z nadzieją, że zyska jakieś dodatkowe
wskazówki.
- No tak - powiedział ktoś za ich plecami z silnym akcentem -
Alethyjczycy naprawdę nauczyli się latać. Powinienem uwierzyć w te
historie. Tylko wy jesteście dość uparci, by zastraszyć samą naturę.
Navani wzdrygnęła się, choć zareagowała wolniej niż Dalinar, który
obrócił się na pięcie - kładąc dłoń na mieczu u pasa - i natychmiast
stanął między nią a właścicielem dziwnego głosu. Musiała spojrzeć zza
niego, żeby zobaczyć, kto się odezwał.
Był niewysoki i szczerbaty, miał płaski nos i wesołą minę. Zużyty
płaszcz i obszarpane spodnie świadczyły, że jest uchodźcą. Stał obok
inżynierów Navani i zdążył już podnieść mapę, na której wytyczono kurs
Czwartego Mostu.
Velat, która stała między stołami, na jego widok krzyknęła cicho, po
czym wyciągnęła rękę, by odebrać mu kartkę.
- Uchodźcy mają się zebrać pod pokładem. - Navani wskazała na schody.
- I dobrze - stwierdził Herdaz. - Wasz latający chłopak powiedział, że
macie tu dla mnie miejsce. Nie wiem, czy podoba mi się perspektywa
służenia Alethyjczykowi. Większość życia próbowałem trzymać się od nich
z dala. - Spojrzał z ukosa na Dalinara. - A szczególnie od ciebie,
Czarny Cierniu. Bez obrazy.
Ach, pomyślała Navani. Słyszała, że Norka nie wyglądał tak, jak się
spodziewali ludzie. Zweryfikowała swoją ocenę i spojrzała w stronę
Kobaltowej Gwardii, która poniewczasie śpieszyła w ich stronę. Wydawali
się skonsternowani, ale Navani odesłała ich machnięciem ręki. Później
zamierzała zadać kilka sarkastycznych pytań, dlaczego zabrakło im
czujności i pozwolili temu mężczyźnie wślizgnąć się po schodach do
stanowiska dowodzenia.
- Uważam za mądrych ludzi, którzy wiedzieli, że należy unikać człowieka,
jakim kiedyś byłem. - Dalinar zwrócił się do Norki. - Ale to nowa era i nowi wrogowie. Nasze dawne sprzeczki nie są teraz ważne.
- Sprzeczki? - powtórzył mężczyzna. - Czyli tak się to określa po
alethyjsku. Tak, tak, widzicie, nie najlepiej opanowałem wasz język.
Nieświadomie określałem wasze działania jako "gwałcenie i palenie moich
rodaków".
Wyjął coś z kieszeni. Kolejna z map Velat. Obejrzał się przez ramię, po
czym rozwinął ją i przechylił głowę, by się jej przyjrzeć.
- Niedobitki mojej armii kryją się w czterech kotlinach między tym
miejscem a Herdazem. Zostało mi tylko kilka setek. Wykorzystajcie swoją
machinę latającą, żeby ich ocalić, a wtedy porozmawiamy. Żądza krwi
Alethyjczyków kosztowała mnie przez lata wielu z moich bliskich, ale
byłbym głupcem, gdybym nie doceniał wartości skierowania jej, jak
przysłowiowego ostrza miecza, w stronę kogoś innego.
- Tak się stanie.
Navani od razu zauważyła, że choć wcześniej twierdził, iż Czwarty Most
jest jej statkiem, zgodził się polecieć nim na prośbę Norki i nawet tego
z nią nie skonsultował. Próbowała nie pozwalać, by takie rzeczy ją
denerwowały. Nie chodziło o to, że mąż jej nie szanował - wielokrotnie
udowodnił, że tak było. Dalinar Kholin po prostu przyzwyczaił się do
bycia najważniejszą - i zazwyczaj najmądrzejszą - osobą w okolicy. To
sprawiało, że ruszał naprzód z siłą ściany burzy i podejmował decyzje,
gdy pojawiła się taka potrzeba. Mimo wszystko drażniło ją to bardziej,
niż była gotowa przyznać.
Pierwsi z prawdziwych uciekinierów pojawili się na dole, prowadzeni
łagodnie przez Tancerzy Krawędzi. Navani skupiła się na chwili obecnej -
upewnieniu się, że każdy znalazł dla siebie wygodne miejsce w jak
najbardziej oszczędny i uporządkowany sposób. Wcześniej narysowała nawet
plan. Niestety, jej powitanie zostało przerwane, kiedy Lyn - Wiatrowa o długich ciemnych włosach splecionych w warkocz - opadła z łoskotem na
pokład.
- Nadchodzą Stopieni, panie - poinformowała Dalinara. - Trzy pełne
oddziały.
- Kaladin miał rację. Mam nadzieję, że uda się nam ich odpędzić. Niech
nam burze pomogą, jeśli postanowią nękać statek aż do Strzaskanych
Równin.
To była największa obawa Navani - że latającym wrogom uda się
przeprowadzić atak i nawet uszkodzić transport. Wprowadziła pewne środki
ostrożności i wyglądało na to, że na własne oczy zobaczy pierwszą próbę,
jakiej miały zostać poddane.
4. Architekci przyszłości
Aby usunąć Burzowe Światło z klejnotu, wykorzystuję Metodę Arnist.
Kilka dużych, pustych klejnotów zbliża się do napełnionego, kiedy spren
go bada. Burzowe Światło z małego klejnotu jest powoli absorbowane przez
bardzo duży klejnot tego samego rodzaju - a kilka może szybko wydobyć
Światło. Ograniczeniem tej metody jest, rzecz jasna, fakt, że
potrzebujecie nie tylko jednego klejnotu na fabrial, ale kilku większych
do usunięcia Burzowego Światła.
Muszą istnieć inne metody, o czym świadczą ogromne fabriale tworzone
przez Gildię Vriztl z Thaylenah. Jeśli Jej Wysokość zechce przekazać
moją prośbę gildii, ta tajemnica odgrywa niezwykle ważną rolę w wysiłku
wojennym.
Wykład na temat mechaniki fabriali, wygłoszony przez
Navani Kholin przed koalicją monarchów, Urithiru, Jesevan roku 1175
Kiedy się obudziły, Świetlista natychmiast przejęła kontrolę i oceniła
sytuację. Miała worek na głowie, więc nikt nie widział jej
dezorientacji, starała się też nie poruszać, żeby nie ostrzec
napastników. Shallan na szczęście umocowała Tkanie Światła w taki
sposób, że utrzymywało jej iluzoryczną twarz, nawet kiedy były
nieprzytomne.
Świetlista nie była związana, choć ktoś niósł ją przerzuconą przez
ramię. Śmierdział chullami. On, a może worek.
Jej ciało obudziło jej moce, uzdrowiło ją i pozwoliło jej obudzić się
szybciej, niż powinna. Świetlista nie lubiła się skradać i udawać, ale
ufała, że Woal i Shallan wiedzą, co robią. Dlatego wykonała swoje
zadanie - oceniła niebezpieczeństwo obecnej sytuacji.
Czuła się cała i zdrowa, choć było jej niewygodnie. Głowa obijała się
jej o plecy mężczyzny, co za każdym razem przyciskało worek do twarzy. W głębi wyczuwała zadowolenie Woal. Prawie zrezygnowały z tej misji.
Dobrze wiedzieć, że ich praca nie poszła na marne.
A teraz, dokąd ją zabierali? To była jedna z większych tajemnic - gdzie
odbywały się spotkania Synów Honoru. Ekipie Shallan udało się przed
kilkoma miesiącami umieścić w grupie jedną osobę, ale on nie był na tyle
ważny, by uzyskać konieczne informacje. Do tego potrzebowali
jasnookiego.
Podejrzewali, że po śmierci Amarama kontrolę nad kultem przejęła Ialai.
Jej stronnicy zamierzali zająć Bramę Przysięgi pośrodku Strzaskanych
Równin. Niestety, Świetlista nie miała na to dowodu, a nie zamierzała
zwrócić się przeciwko Ialai bez niepodważalnego potwierdzenia. Dalinar
się z nią zgadzał, szczególnie po tym, co Adolin zrobił mężowi Ialai.
Szkoda, że nie znalazł sposobu, żeby wykończyć ich oboje, pomyślała
Woal.
To by nie było właściwe, odpowiedziała w myślach Świetlista. Iaial
nie była wtedy dla niego zagrożeniem.
Shallan się nie zgadzała, Woal naturalnie również nie, więc Świetlista
porzuciła ten temat. Miała nadzieję, że Wzór zgodnie z poleceniem
podążał za nią w pewnej odległości. Kiedy grupa się zatrzyma i rozpocznie inicjację Świetlistej, spren miał udać się po Adolina i żołnierzy, na wypadek gdyby musieli ją wydostać.
W końcu porywacze zatrzymali się i jakieś szorstkie ręce zdjęły ją z ramienia. Zamknęła oczy i zmusiła się, by paść bezwładnie, kiedy
położyli ją na ziemi. Wilgotny i śliski kamień, jakieś chłodne miejsce.
Ktoś zdjął jej worek z głowy i poczuła ostry zapach. Kiedy nie poruszyła
się dość szybko, oblano ją wodą.
Nadszedł czas, by kontrolę przejęła Woal. "Obudziła się" z sapnięciem i odepchnęła na bok pierwszy instynkt, który podpowiadał jej, by dobyła
noża i rozprawiła się z tym, kto ją oblał. Woal otarła oczy rękawem
bezpiecznej dłoni i zorientowała się, że znajduje się w jakimś
wilgotnym, zatęchłym miejscu. Całe zamieszanie sprawiło, że rośliny na
kamiennych ścianach się cofnęły, a niebo było zaledwie odległym
pęknięciem wysoko nad jej głową. Wokół wielu mięsistych roślin i pnączy
unosiły się życiospreny.
Była w jednej z rozpadlin. Na oddech Keleka! Jak to możliwe, że zanieśli
ją na dół do rozpadliny i nikt tego nie zauważył?
Otaczała ją grupa ludzi w czarnych szatach; trzymali w dłoniach
emanujące silnym blaskiem diamentowe broamy. Zamrugała w ostrym świetle.
Ich kaptury wydawały się odrobinę wygodniejsze od jej worka. Na każdej
szacie wyhaftowano Podwójne Oko Wszechmocnego i Shallan przez chwilę
myślała o szwaczce, którą wynajęli do tej pracy. Co jej powiedzieli?
"Tak, potrzebujemy dwudziestu identycznych, tajemniczych szat,
wyszywanych w starożytne mistyczne symbole. Na... przyjęcia".
Zmuszając się do zachowywania zgodnie z rolą, Woal podniosła wzrok w zadziwieniu i dezorientacji, po czym cofnęła się i przylgnęła plecami do
ściany rozpadliny, płosząc przy tym kremlika o ciemnofioletowym
ubarwieniu.
Stojąca przed nią postać odezwała się jako pierwsza, głosem męskim,
głębokim i dźwięcznym.
- Chanasho Hasareh, masz piękne i szacowne imię. Oddaje cześć
Chanaranach'-Elin, Heroldowi Zwykłych Ludzi. Naprawdę pragniesz ich
powrotu?
- Ja... - Woal uniosła dłoń, by osłonić się przez blaskiem kul. - Co to?
Co się dzieje? - I które z was to Ialai Sadeas?
- Jesteśmy Synami Honoru - odezwał się ktoś inny. Tym razem to była
kobieta, ale nie Ialai. - Naszym zaprzysiężonym i uświęconym obowiązkiem
jest doprowadzić do powrotu Heroldów, powrotu burz i powrotu naszego
boga, Wszechmocnego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa i podziękowania
Z dumą przedstawiam Wam Rytm Wojny, księgę czwartą "Archiwum Burzowego
Światła". Minęło dziesięć lat, od kiedy rozpocząłem pisanie tego cyklu,
i z coraz większą satysfakcją patrzę, jak historia rozwija się i wypełnia wizję sprzed lat. Na przykład jedna ze scen pod koniec książki
należy do tych, które wymyśliłem na samym początku, przed ponad
dwudziestu laty!
Zbliżamy się do ostatniego tomu tej części "Archiwum Burzowego Światła"
(wyobraziłem sobie cykl jako dwie serie po pięć książek każda, z dwoma
głównymi wątkami). Dziękuję, że wytrzymaliście ze mną przez te wszystkie
lata! Moim celem jest dostarczać je Wam w rozsądnym czasie. Jak zawsze,
tak i w przypadku tego tomu terminy były bardzo napięte i wielu ludzi
poświęciło wiele godzin, żeby ich dotrzymać. Lista będzie dość długa,
ale każdy z osobna i wszyscy razem zasługują na to, by docenić ich
wysiłki.
W wydawnictwie Tor Books moją główną redaktorką przy tej powieści była
Devi Pillai, niezmordowana, punktualna i zawsze wspierająca "Archiwum
Burzowego Światła". To moja pierwsza książka z cosmere, przy której nie
współpracowałem ze swoim długoletnim redaktorem Moshe Federem, który
wciąż zasługuje na ogromne podziękowania za poprowadzenie tej serii w początkowym okresie. Pragnę jednak szczególnie podziękować Devi,
sprawiła ona bowiem, że to przejście poszło gładko i łatwo.
Jak zawsze dziękuję Tomowi Doherty'emu, który dał mi pierwszą szansę
publikacji. Do pracującego nad tą książką zespołu Devi i Toma w wydawnictwie Tor należeli Rachel Bass, Peter Lutjen, Rafal Gibek i Heather Saunders.
Jeśli chodzi o mojego brytyjskiego wydawcę, Gollancz, chciałbym
szczególnie podziękować Gillian Redfearn, która zapewnia wsparcie
redakcyjne w ciągu całego procesu wydawniczego i bardzo się stara, by
moje książki wyglądały doskonale.
Naszą adiustatorką była zawsze wspaniała Terry McGarry, a dołączyła do
niej, po raz pierwszy w roli korektorki, Kristina Kugler. Od dawna
chciałem współpracować z Kristiną nad książką z cosmere, a ona doskonale
sobie poradziła.
Producentem audiobooka był Steve Wagner, a jako lektorzy powrócili
najlepsi na świecie Michael Kramer i Kate Reading. Dziękuję im z całego
serca za to, że nadal znoszą te trwające ponad pięćdziesiąt godzin
kobyły.
Moim głównym agentem był JABberowocky Literary Agency, pod kierownictwem
Joshuy Bilmesa, którego wspierały Susan Velazquez, Karen Bourne i Valentina Sainato. Naszym brytyjskim agentem jest Zeno Literary Agency.
Nieustannie jestem im wdzięczny za pracę i wsparcie.
Moją własną firmą, Dragonsteel Entertainment, kieruje moja cudowna żona
Emily Sanderson. Niewysłowiony Peter Ahlstrom jest jej zastępcą i kierownikiem wydawniczym, a Isaac Stewart kierownikiem artystycznym.
Zwykle robię coś śmiesznego z jego imieniem, ale biorąc pod uwagę, że
dedykowałem mu tę książkę, uznałem, że tym razem dam mu spokój. Isaac
nie tylko tworzy nasze piękne mapy, ale też to on przedstawił mnie mojej
żonie. (I to na randce w ciemno). Jeśli więc kiedyś będziecie mieli
okazję go spotkać, podsuńcie mu tę książkę do podpisu i koniecznie
porozmawiajcie z nim o ulubionych zestawach LEGO.
W Dragonsteel Entertainment pracują również Karen Ahlstrom, która czuwa
nad spójnością, i Kara Stewart, która zarządza magazynem i finansami.
Adam Horne to specjalista od reklamy, mój asystent i ogólnie facet od
wszystkiego. W sklepie pracują również Kathleen Dorsey Sanderson, Emily
"Mem" Grange, Lex Willhite i Bateman. To oni wysyłają Wam koszulki,
plakaty i książki z autografem. Ich asystentami, minionkami naszego
zespołu, są Jacob, Hazel, Isabel, Matthew, Audrey, Tori i Joe. Ponadto
dziękuję wszystkim wolontariuszom, szczególnie zawsze wspaniałej Christi
Jacobson.
Artyści, których dzieła zdobią Rytm Wojny, musieli stawić czoło nie
tylko pandemii i osobistym problemom w czasie tworzenia ilustracji -
niektórzy musieli stawić czoło zupełnie prawdziwej burzy, żeby je
dostarczyć. Jestem pod wrażeniem ich talentu i poświęcenia, i chciałbym
im nie tylko serdecznie podziękować, ale również życzyć spokoju w tych
trudnych czasach.
Jednym z jasnych punktów mojej kariery jest możliwość współpracy z Michaelem Whelanem. Jestem zaszczycony, że na jakiś czas odłożył inne
projekty, by stworzyć piękne obrazy do tej serii. Byłbym wdzięczny
choćby za jedną z jego okładek, uważam się więc za ogromnego
szczęściarza, że stworzył okładkę do Rytmu Wojny, którą uważam za
najlepszą jak do tej pory okładkę cyklu. Bez wątpienia to dzieło sztuki,
a ja jestem pod wrażeniem.
W Dawcy Przysięgi umieściliśmy portrety Heroldów na wyklejkach i teraz
to kontynuujemy. Na początku pisania tej książki zamówiliśmy pozostałych
sześcioro Heroldów, wiedząc, że dwoje będziemy musieli zachować do
wykorzystania w kolejnym tomie. Herold Talenelat autorstwa Donata jest
zatroskany, lecz zwycięski, i raduję się tą piękną wizją tej postaci.
Miranda Meeks nie pojawia się w "Archiwum Burzowego Światła" po raz
pierwszy - cieszymy się z każdej możliwości współpracy - a jej Herold
Battah jest władcza i tajemnicza. Karla Ortiz, której fanem byłem od
jakiegoś czasu, stworzyła wspaniałe i niemal doskonałe wizje Heroldów
Chanaranach i Nalana. Wreszcie Heroldowie Pailiah i Kelek autorstwa
Magali Villeneuve są oszałamiający i cudowni. We współpracy z nią Howard
Lyon namalował niesamowite olejne wersje portretów tej ostatniej dwójki,
które w swoim czasie zostaną przedstawione razem z pozostałymi.
Dan dos Santos to żyjąca legenda i mój bliski przyjaciel. W swoim
charakterystycznym stylu zilustrował modę, biorąc na swoje barki
wyzwanie przedstawienia pieśniarzy jako istot obcych, a jednocześnie w taki sposób, by czytelnicy mogli się z nimi identyfikować na poziomie
emocjonalnym. Sądzę, że doskonale mu się to udało.
Ben McSweeney w tym roku zatrudnił się na pełen etat w Dragonsteel
Entertainment, a książka prezentuje wiele z jego najlepszych dzieł.
Szczególnie strony przedstawiające spreny uwiecznione przez Shallan
odsłaniają wizualną stronę Rosharu. Podoba mi się sposób, w jaki Ben
przedstawił atrium Urithiru, jednocześnie ukazując ogrom miasta - w tym
miejscu dziękuję również Alexowi Schneiderowi za konsultacje
architektoniczne.
Ogromnie dziękuję Kelley Harris, dzięki której kartki z notatnika Navani
ożywają. Jej nienaganne projekty kojarzą mi się z projektami Alphonse'a Muchy z początków dwudziestego wieku.
Ponadto wielu innych twórców pomagało w powstaniu tej książki i zasługują na wielkie podziękowanie. Są to: Miranda Meeks, Howard Lyon,
Shawn Boyles, Cori Boyles, Jacob, Isabel, Rachel, Sophie i Hayley Lazo.
Przy pracy nad książką pomagało nam kilkoro bardzo ważnych ekspertów
merytorycznych. Shad "Shadiversity" Brooks był naszym głównym
specjalistą od historycznych sztuk walki. Carl Fisk również podzielił
się z nami pewnymi informacjami na ten temat - choć jeśli coś pomyliłem,
to nie ich wina. Z całą pewnością jest to coś, czego albo im nie
pokazałem, albo zapomniałem zmienić.
Naszą ekspertką w dziedzinie dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości była
Britt Martin. Jestem jej naprawdę wdzięczny za udzielanie mi informacji
zwrotnych, które pomogły mi lepiej przedstawić zaburzenia psychiczne w tej książce. Była naszym ukrytym Świetlistym Rycerzem i zawsze mnie
wspierała.
Bardzo dziękuję czworgu czytelników beta za ich drobiazgowe informacje
zwrotne na temat szczególnego aspektu seksualności, a są to Paige
Phillips, Alyx Hoge, Blue i E.N. Weir. Wasza pomoc uczyniła tę książkę
lepszą.
Do grupy pisarskiej należeli: Kaylynn ZoBell, Kathleen Dorsey Sanderson,
Eric James Stone, Darci Stone, Alan Layton, Ben "czy mógłbyś choć raz
napisać poprawnie moje imię, Brandonie" Olzedixploxipllentivar, Ethan
Skarstedt, Karen Ahlstrom, Peter Ahlstrom, Emily Sanderson i Howard
Tayler. Lepszej grupy nie mógłbym sobie znaleźć. Co tydzień czytali duże
fragmenty tej książki i znosili moje ciągłe, ogromne zmiany, a wszystko
po to, by pomóc mi nadać Rytmowi Wojny ostateczny kształt.
Wśród czytelników beta tym razem znajdowali się: Brian T. Hill, Jessica
Ashcraft, Sumejja Muratagić-Tadić, Joshua "Jofwu" Harkey, Kellyn
Neumann, Jory "Jor Wykidajło" Phillips (Gratulacje, Jory!), Drew
McCaffrey, Lauren McCaffrey, Liliana Klein, Evgeni "Argent" Kirilov,
Darci Cole, Brandon Cole, Joe Deardeuff, Austin Hussey, Eliyahu
Berelowitz Levin, Megan Kanne, Alyx Hoge, Trae Cooper, Deana Covel
Whitney, Richard Fife, Christina Goodman, Bob Kluttz, Oren Meiron, Paige
Vest, Becca Reppert, Ben Reppert, Ted Herman, Ian McNatt, Kalyani
Poluri, Rahul Pantula, Gary Singer, Lingting "Botanica" Xu, Ross
Newberry, David Behrens, Tim Challener, Matthew Wiens, Giulia
Costantini, Alice Arneson, Paige Phillips, Ravi Persaud, Bao Pham,
Aubree Pham, Adam Hussey, Nikki Ramsay, Joel D. Phillips, Zenef Mark
Lindberg, Tyler Patrick, Marnie Peterson, Lyndsey Luther, Mi'chelle
Walker, Josh Walker, Jayden King, Eric Lakei Chris Kluwe.
Koordynatorem czytelników beta był Peter Orullian, który sam jest
doskonałym pisarzem.
Do czytelników gamma zaliczała się duża część czytelników beta, jak
również Chris McGrath, Jo?o Menezes Morais, Brian Magnant, David Fallon,
Rob West, Shivam Bhatt, Todd Singer, Jessie Bell, Jeff Tucker, Jesse
Salomon, Shannon Nelson, James Anderson, Frankie Jerome, Zoe Larsen,
Linnea Lindstrom, Aaron Ford, Poonam Desai, Ram Shoham, Jennifer Neal,
Glen Vogelaar, Taylor Cole, Heather Clinger, Donita Orders, Rachel
Little, Suzanne Musin, William "aberdasher", Christopher Cottingham,
Kurt Manwaring, Jacob Hunsaker, Aaron Biggs, Amit Shteinheart, Kendra
Wilson, Sam Baskin i Alex Rasmussen.
Wiem, że wielu z Was, którzy to czytacie, chciałoby dołączyć do ekipy
czytelników beta albo gamma - ale to nie jest aż tak wspaniała robota,
jak się Wam wydaje. Ci goście muszą czytać książkę, często pod dużą
presją czasu, i doświadczają jej w nieukończonej postaci. W pewnym
sensie rezygnują z szansy przeżycia lektury wersji ostatecznej i zadowalają się gorszym doświadczeniem, by uczynić powieść lepszą dla
wszystkich pozostałych. Doceniam ich nieustające wysiłki i informacje
zwrotne. Dzięki ich wysiłkom Rytm Wojny jest o wiele lepszy.
To była długa lista, wiem. Z każdym tomem staje się coraz dłuższa! Ale
ja naprawdę szczerze doceniam ich wszystkich. Jak często powtarzam, na
okładkę trafia moje nazwisko, ale te powieści są tak naprawdę dziełem
grupy i wykorzystują talenty i wiedzę wielu pełnych poświęcenia ludzi.
Dzięki nim możecie teraz przeczytać Rytm Wojny, księgę czwartą
"Archiwum Burzowego Światła". Przyjemnej podróży.
Prolog. Udawać
Siedem lat wcześniej
Oczywiście, że Parshendi chcieli grać na bębnach.
I oczywiście Gavilar im na to pozwolił.
I oczywiście nie wpadł na pomysł, żeby ostrzec Navani.
- Widziałaś rozmiar tych instrumentów? - Maratham przeczesała palcami
czarne włosy. - Gdzie my je umieścimy? Już i tak brakuje nam miejsca po
tym, jak twój mąż zaprosił tych wszystkich cudzoziemskich dostojników.
Nie możemy...
- W sali balowej na górze urządzimy ucztę dla najważniejszych gości. -
Navani starała się zachować spokój. - I umieścimy tam bębny, razem z królewskim stołem.
Wszyscy inni w kuchniach już prawie wpadli w panikę, podkuchenne biegały
we wszystkie strony, brzęczały garnki, a niecierpliwospreny wyrastały z ziemi jak wstęgi. Gavilar zaprosił nie tylko arcyksiążąt, ale również
ich krewnych. I każdego lorda obecnego w mieście. I chciał, żeby Uczta
Żebraków była dwa razy większa niż zwykle. A teraz... bębny?
- Już wysłaliśmy wszystkich do pracy w dolnej sali uczt! - wykrzyknęła
Maratham. - Nie mam dość ludzi, żeby...
- Dziś wieczorem po pałacu kręci się dwa razy więcej żołnierzy niż
zwykle - zauważyła Navani. - To oni pomogą ci wszystko przygotować.
Rozstawienie dodatkowych strażników, pokaz siły? Na Gavilara zawsze
można było liczyć, jeśli chodziło o coś takiego.
Całą resztą zajmowała się Navani.
- To się może udać. Lepiej, jeśli damy tym łobuzom jakieś zajęcie,
przestaną się kręcić pod nogami. Innymi słowy, mamy dwie uczty? Dobrze.
Wdech, wydech. - Niska pałacowa organizatorka odeszła pośpiesznie, w ostatniej chwili schodząc z drogi podkuchennemu niosącemu dużą misę
skorupiaków.
Navani odsunęła się, robiąc miejsce dla kucharza. Mężczyzna skinął jej
głową w podziękowaniu - służba już dawno przestała się denerwować, kiedy
Navani wkraczała do kuchni. Dała im wyraźnie do zrozumienia, że
wystarczy, jeśli będą solidnie wykonywać swoją robotę.
Mimo wyczuwalnego napięcia panowali nad sytuacją - choć przez chwilę
mieli strach w oczach, kiedy odkryli robactwo w trzech beczkach z ziarnem. Całe szczęście lord Amaram miał zapasy dla swoich żołnierzy, a Navani udało się wydobyć je od niego. Jak na razie, dzięki pomocy
kucharzy wypożyczonych z klasztoru wyglądało na to, że z powodzeniem
nakarmią wszystkich, których zaprosił Gavilar.
Będę musiała przygotować instrukcje, kogo umieścić w której sali uczt,
pomyślała, wyślizgując się z kuchni do pałacowych ogrodów. I zostawić
trochę miejsca w obu. Nie wiadomo, kto jeszcze może się pojawić z zaproszeniem.
Kroczyła przez ogrody w stronę bocznego wejścia do pałacu. Wiedziała, że
jeśli wybierze tę drogę, będzie mniej przeszkadzać - i nie będzie
musiała schodzić z drogi służbie. Idąc, rozglądała się, sprawdzając, czy
wszystkie latarnie są na swoim miejscu. Choć słońce jeszcze nie zaszło,
chciała, by tej nocy pałac w Kholiarze świecił jasno.
Chwileczkę. Czy tam, obok fontann, nie stała jej synowa Aesudan, żona
Elhokara? Miała witać gości w środku. Smukła kobieta upięła długie włosy
w kok oświetlany klejnotami - po jednym w każdym odcieniu. Połączenie
kolorów wyglądało dość jarmarcznie - Navani preferowała kilka prostych
kamieni w jednej barwie - ale sprawiały, że Aesudan rzeczywiście się
wyróżniała, kiedy rozmawiała z dwójką starszych żarliwców.
Na burze jasne i zuchwałe... to był Rushur Kris, artysta i mistrz
artifabrianin. Kiedy przybył? Kto go zaprosił? Trzymał niewielkie
pudełko z namalowanym kwiatem. Czy to mógł być... jeden z jego nowych
fabriali?
Navani poczuła, że coś przyciąga ją do tej grupki, i zupełnie zapomniała
o wszystkim. Jak udało mu się stworzyć fabrial grzewczy, który zmieniał
temperaturę? Widziała rysunki, ale porozmawiać z samym mistrzem...
Aesudan zobaczyła ją i uśmiechnęła się promiennie. Radość wydawała się
szczera, co było niezwykłe, przynajmniej w odniesieniu do Navani.
Próbowała nie traktować ogólnej niechęci Aesudan osobiście - każda
kobieta miała prawo czuć się zagrożona przez teściową. Szczególnie kiedy
dziewczynie tak wyraźnie brakowało talentu.
Navani w odpowiedzi uśmiechnęła się do niej i próbowała dołączyć do
rozmowy, by lepiej przyjrzeć się pudełku. Aesudan jednak wzięła ją za
rękę.
- Matko! Kompletnie zapomniałam, że byłyśmy umówione. Czasem bywam tak
rozkojarzona. Ogromnie przepraszam, żarliwcu Krisie, ale muszę was
opuścić.
Aesudan pociągnęła Navani - gwałtownie - z powrotem przez ogród w stronę
kuchni.
- Dzięki niech będą Kelekowi, że się pojawiłaś, matko. Ten człowiek jest
straszliwym nudziarzem.
- Nudziarzem? - Navani obejrzała się przez ramię. - Opowiadał o...
- Klejnotach. I innych klejnotach. I sprenach, i pudełkach ze sprenami,
i... na burze! Można by się spodziewać, że zrozumie. Muszę się spotkać z ważnymi ludźmi. Żony arcyksiążąt, najlepsi generałowie w kraju, wszyscy
przybyli pogapić się na dzikich parshmenów. A ja utknęłam w ogrodzie,
rozmawiając z żarliwcami? Musisz wiedzieć, że twój syn mnie tu porzucił.
Kiedy go znajdę...
Navani wyplątała się z uścisku Aesudan.
- Ktoś powinien zająć się tymi żarliwcami. Dlaczego tu są?
- Mnie nie pytaj. Gavilar czegoś od nich chciał, ale kazał Elhokarowi
ich zabawiać. Co za brak manier. Naprawdę!
Gavilar zaprosił jednego z czołowych artifabrian do Kholinaru i nawet
nie chciało mu się powiedzieć Navani? Poczuła rodzące się w jej wnętrzu
uczucie, wściekłość, którą bardzo starannie ukryła. Ten mężczyzna. Ten
burzowy mężczyzna. Jak... jak mógł...
Wokół jej stóp zaczęły się wznosić złościospreny, jak kałuża wrzącej
krwi. "Spokojnie, Navani", mówiła racjonalna część umysłu. "Może
zamierza zrobić ci prezent i przedstawić cię żarliwcowi". Z trudem
zapanowała nad złością.
- Jasności! - zawołał ktoś z kuchni. - Jasności Navani! Proszę! Mamy
problem.
- Aesudan. -Navani wciąż spoglądała na żarliwca, który szedł teraz
powoli w stronę klasztoru. - Mogłabyś pomóc tym w kuchni? Chciałabym...
Ale Aesudan już śpieszyła w stronę innej grupki w ogrodzie, w skład
której wchodziło kilku potężnych generałów. Navani odetchnęła głęboko i stłumiła kolejne uczucie frustracji. Jej synowa twierdziła, że przejmuje
się przyzwoitością i dobrymi manierami, ale była gotowa wtrącić się do
rozmowy mężczyzn, i to nie prowadząc ze sobą męża jako
usprawiedliwienia.
- Jasności! - zawołał znów kucharz, machając do niej.
Navani po raz ostatni spojrzała na żarliwca, po czym zacisnęła zęby i pośpieszyła w stronę kuchni, pilnując, by nie zaczepić spódnicą o ozdobną łupkokorę.
- Co znowu?
- Wino - stwierdził kucharz. - Skończyły się nam "Clavendah" i "Rubinowa
Ława".
- Jakim sposobem? Mamy zapasy...
Spojrzała na kucharza i odpowiedź stała się oczywista. Dalinar znów
odnalazł zapas wina. W coraz bardziej pomysłowy sposób opróżniał
beczułki dla siebie i swoich przyjaciół. Żałowała, że nie zajmował się
potrzebami królestwa z choćby o połowę mniejszym poświęceniem.
- Mam osobisty zapas. - Navani wyciągnęła notatnik z kieszeni, złapała
go bezpieczną dłonią przez rękaw i napisała wiadomość. - Trzymam go w klasztorze pod opieką siostry Talanah. Pokaż jej to, a ona ci go
udostępni.
- Dziękuję, jasności. - Kucharz wziął od niej kartkę.
Zanim mężczyzna zniknął za drzwiami, Navani zauważyła zarządcę -
siwobrodego mężczyznę, który nosił stanowczo zbyt wiele pierścieni na
palcach - kręcącego się przy schodach prowadzących do pałacu. Bawił się
pierścieniami na lewej dłoni. A niech to.
- Co się dzieje? - spytała, podchodząc.
- Lord Rine Hatham przybył i pyta, co z audiencją u króla. Jak
pamiętacie, Jego Wysokość obiecał, że porozmawia dziś z Rine'em o...
- O konflikcie granicznym i błędnie wykreślonych mapach, tak. - Navani
westchnęła. - A gdzie jest mój mąż?
- Nie wiadomo. Ostatnio widziano go z lordem Amaramem i jedną z tych...
niezwykłych postaci.
Tak pałacowa służba określała nowych przyjaciół Gavilara, tych, którzy
zwykle przybywali bez ostrzeżenia i zapowiedzi, i rzadko się
przedstawiali.
Navani zazgrzytała zębami, zastanawiając się nad miejscami w pałacu, do
których mógł się udać Gavilar. Rozzłościłby się, gdyby mu przerwała. I dobrze. Powinien zajmować się gośćmi, a nie zakładać, że ona zajmie się
wszystkimi i wszystkim.
Niestety, w tej chwili... cóż, musiała się zajmować wszystkimi i wszystkim.
Pozwoliła, by niespokojny zarządca zaprowadził ją do głównego holu,
gdzie gości zabawiano muzyką, trunkami i poezją, podczas gdy trwały
przygotowania do uczty. Innych panowie-słudzy prowadzili do miejsca, w którym mogli zobaczyć Parshendich, prawdziwą nowość tego wieczoru. Nie
każdego dnia król Alethkaru podpisywał traktat z grupą tajemniczych
parshmenów, którzy umieli mówić.
Przeprosiła lorda Rine'a za nieobecność Gavilara i zaproponowała, że
sama przejrzy mapy. Później zatrzymała ją kolejka niecierpliwych
mężczyzn i kobiet, którzy przybyli do pałacu z nadzieją na audiencję u króla.
Navani zapewniła jasnookich, że zostaną wysłuchani. Obiecała, że zbada
nieprawidłowości. Ukoiła zranione uczucia tych, którzy sądzili, że
osobiste zaproszenie od króla oznaczało, iż rzeczywiście go zobaczą - co
ostatnio było rzadkim przywilejem, o ile nie było się jedną z "tajemniczych postaci".
Goście oczywiście przez cały czas przybywali. Tacy, którzy nie
znajdowali się na poprawionej liście, dostarczonej przez Gavilara
wcześniej tego dnia.
Na złote klucze Vev! Navani z trudem zmusiła się do zrobienia przyjaznej
miny. Uśmiechała się, śmiała, machała ręką. Wykorzystując przypomnienia
i listy, które miała w notatniku, pytała o rodziny, nowe dzieci i ulubione ostrogary. Dowiadywała się o sytuację w handlu i robiła notatki
na temat jasnookich, którzy wyglądali, jakby unikali innych. Krótko
mówiąc, zachowywała się jak królowa.
Zadanie wyczerpywało emocjonalnie, ale taka była jej rola. Może pewnego
dnia będzie mogła spędzać całe dnie na zabawie fabrialami i udawaniu, że
jest uczoną. Tego wieczoru zamierzała wykonywać swoją pracę - choć w głębi duszy czuła, że oszukuje. Choć pochodziła z uznanego starożytnego
rodu, niepokój podpowiadał jej, że tak naprawdę jest dziewczyną z zapadłej wioski, która włożyła cudze szaty.
Ten brak pewności siebie stawał się ostatnio coraz silniejszy.
Spokojnie. Spokojnie. Nie miała czasu na tego rodzaju myślenie. Okrążyła
salę i z przyjemnością zauważyła, że Aesudan odnalazła Elhokara i choć
raz rozmawiała z nim, a nie z innymi mężczyznami. Elhokar robił wrażenie
bardzo szczęśliwego, pod nieobecność ojca nadzorując wprowadzenie do
uczty. Adolin i Renarin stali w swoich sztywnych mundurach - ten
pierwszy zabawiał niewielką grupkę młodych kobiet, a drugi w porównaniu
z bratem robił wrażenie tyczkowatego i niezgrabnego.
I... był też Dalinar. Stał wyprostowany. Jakimś sposobem wyższy niż
wszyscy inni mężczyźni na sali. Nie był jeszcze pijany, a ludzie krążyli
wokół niego, jak mogliby krążyć wokół ogniska w zimną noc - potrzebowali
znaleźć się blisko, ale bali się prawdziwego gorąca jego obecności. Te
jego udręczone oczy, w których płonęła pasja.
Burze rozświetlone. Przeprosiła gości i wspięła się po schodach do
miejsca, gdzie nie było jej już tak gorąco. Wyjście nie było dobrym
pomysłem, na sali brakowało króla, a gdyby królowa również zniknęła,
ludzie zaczęliby zadawać pytania. Jednakże wszyscy z pewnością
wytrzymają choć przez chwilę bez niej. Poza tym, skoro znalazła się na
piętrze, mogła sprawdzić jedną z kryjówek Gavilara.
Ruszyła korytarzami kojarzącymi się z lochem, po drodze minęła
Parshendich dźwigających bębny i rozmawiających w języku, którego nie
rozumiała. Dlaczego w pałacu nie mogło być trochę więcej naturalnego
światła, kilka dodatkowych okien? Rozmawiała o tym z Gavilarem, ale jemu
podobało się tak, jak było. Dzięki temu miał więcej kryjówek.
Tutaj, pomyślała, zatrzymując się na przecięciu. Głosy.
- ...Możliwość sprowadzenia ich z Braize i odesłania tam nic nie znaczy
- powiedział ktoś. - To zbyt blisko, by taka odległość się liczyła.
- Jeszcze przed kilku laty było to niemożliwe - zabrzmiał głęboki,
potężny głos. Gavilar. - To jest dowód. Związek nie został zerwany, a pudełko umożliwia podróż. Jeszcze nie tak daleko, jak byś chciał, ale
musimy rozpocząć podróż w jakimś miejscu.
Navani wyjrzała za róg. Widziała drzwi na końcu krótkiego korytarza,
lekko uchylone, zza których dobiegały głosy. Tak, Gavilar odbywał swoje
spotkanie dokładnie tam, gdzie się spodziewała - w jej gabinecie. Była
to przytulna komnata z oknem, ukryta w zakamarku pierwszego piętra. Ona
sama rzadko miała czas odwiedzać gabinet, ale inni ludzie raczej nie
szukaliby w nim Gavilara.
Przesunęła się ostrożnie, by spojrzeć przez uchylone drzwi. Galinar miał
dość potężną osobowość, by wypełnić komnatę. Nosił brodę, która na jego
twarzy nie wyglądała niemodnie, lecz... klasycznie. Jak obraz, który
ożył, przedstawienie starożytnego Aletharu. Niektórzy sądzili, że
zapoczątkuje modę, ale niewielu wyglądało równie dobrze.
Poza tym Gavilara otaczała aura... zniekształcenia. Nic nadnaturalnego
ani bzdurnego. Po prostu... człowiek akceptował, że Gavilar mógł zrobić,
co tylko zechciał, rzucając wyzwanie wszelkiej tradycji i logice. Jemu
się udawało. Zawsze.
Król rozmawiał z dwoma mężczyznami, których Navani niejasno sobie
przypominała. Wysoki Makabak ze znamieniem na policzku i niższy vorin o okrągłej twarzy i małym nosie. Podobno byli ambasadorami z Zachodu, ale
nie podano, z jakiego królestwa.
Makabak opierał się o regał, ręce zaplótł na piersiach, a jego twarz
pozostawała całkowicie bez wyrazu. Vorin załamywał ręce, co Navani
kojarzyło się z zarządcą pałacu, choć ten mężczyzna robił wrażenie o wiele młodszego. Dwadzieścia kilka lat? Może trzydzieści? Nie, mógł być
starszy.
Na stole między Gavilarem a mężczyznami leżały kule i klejnoty. Navani
zaparło dech w piersiach, kiedy je zobaczyła. Posortowano je według
koloru i jasności, ale kilka wyglądało dziwnie. Emanowały odwrotnością
światła, jakby były niewielkimi studniami fioletowej ciemności,
wciągającymi wszelkie otaczające je barwy.
Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego, ale kule z uwięzionymi
sprenami mogły wyglądać bardzo dziwnie i jeszcze dziwniej działać. Te...
musiały być przeznaczone do fabriali. Co Gavilar robił z kulami, dziwnym
blaskiem i szanowanymi artifabrianami? I dlaczego nie chciał z nią
rozmawiać o...
Gavilar nagle się wyprostował i spojrzał w stronę drzwi, choć Navani nie
wydała żadnego dźwięku. Ich spojrzenia się zetknęły. Navani pchnęła
drzwi, jakby właśnie wchodziła do środka. Nie szpiegowała, w końcu była
królową tego pałacu. Mogła wchodzić, gdzie tylko chciała, szczególnie do
własnego gabinetu.
- Mężu, czekają na ciebie goście. Najwyraźniej przestałeś zauważać upływ
czasu.
- Panowie - powiedział Gavilar do ambasadorów - będę musiał was
przeprosić.
Nerwowy vorin przeczesał dłonią rzadkie włosy.
- Chcę wiedzieć więcej o tym projekcie, Gavilarze. Muszę cię również
poinformować, że jest tu jeszcze jedna z nas. Wcześniej dostrzegłem jej
dzieło.
- Wkrótce spotkam się z Meridasem i pozostałymi - odparł Gavilar. -
Powinni mieć więcej informacji. Później o tym porozmawiamy.
- Nie. - Głos Makabaka brzmiał ostro. - Wątpię w to.
- Jest tu coś więcej, Nale! - stwierdził vorin, choć podążył za swoim
wychodzącym przyjacielem. - To ważne! Chcę się wydostać. To jedyny
sposób...
- O co w tym chodzi? - spytała Navani, kiedy Gavilar zamknął drzwi. - To
nie byli ambasadorowie. Kim oni naprawdę są?
Gavilar nie odpowiedział. Zaczął nieśpiesznie zbierać kule ze stołu i wkładać je do sakiewki.
Navani rzuciła się do przodu i złapała jedną.
- Co to jest? Skąd wziąłeś kule, które świecą w taki sposób? Czy to ma
coś wspólnego z artifabrianami, których tu zaprosiłeś? - Spojrzała na
niego, oczekując odpowiedzi, wyjaśnienia.
On jednak tylko wyciągnął rękę po kulę.
- To cię nie dotyczy, Navani. Wracaj na ucztę.
Zacisnęła dłoń na szkle.
- Żebym mogła wciąż cię zastępować? Obiecałeś lordowi Rine, że
rozwiążesz jego konflikt, i to właśnie dzisiaj? Wiesz, jak wielu ludzi
na ciebie czeka? I czy mówiłeś, że masz inne spotkanie, na które się
teraz udasz, przed rozpoczęciem uczty? Zamierzasz tak po prostu
ignorować naszych gości?
- Wiesz - powiedział cicho - jak bardzo nużą mnie twoje ciągłe pytania,
kobieto?
- Może w takim razie spróbuj odpowiedzieć na parę. To by było dla ciebie
nowe doświadczenie, potraktować żonę jako istotę ludzką, a nie maszynę
zbudowaną, by pilnowała dla ciebie dni tygodnia.
Gavilar machnął ręką w stronę kuli.
Instynktownie ścisnęła ją mocniej.
- Dlaczego? Dlaczego przez cały czas mnie odpychasz? Proszę, powiedz mi.
- To tajemnice, z którymi byś sobie nie poradziła, Navani. Gdybyś znała
zakres tego, co rozpocząłem...
Zmarszczyła czoło. Zakres czego? Już podbił Alethkar. Zjednoczył
arcyksiążąt. Czy to dlatego zwrócił teraz wzrok w stronę Niczyich
Wzgórz? Z pewnością osiedlenie się w dziczy, zamieszkanej jedynie przez
dziwaczne plemię parshmenów, było niczym w porównaniu z tym, co już
osiągnął.
Ujął jej rękę, siłą odgiął palce i wyjął kulę. Nie walczyła z nim, bo
nie przyjąłby tego dobrze. Nigdy nie wykorzystał swojej siły przeciwko
niej, nie w ten sposób, ale były słowa. Uwagi. Groźby. Wziął dziwną
urzekającą kulę i schował ją do sakiewki wraz z pozostałymi. Z głośnym
trzaskiem ściągnął rzemień i wcisnął ją do kieszeni.
- Karzesz mnie, prawda? - spytała ostro. - Znasz moją miłość do
fabriali. Szydzisz ze mnie, bo wiesz, że mnie to zaboli.
- Może nauczysz się myśleć, zanim się odezwiesz, Navani. Może poznasz
niebezpieczną cenę pogłosek.
Znowu to? - pomyślała.
- Do niczego nie doszło, Gavilarze.
- A myślisz, że mnie to obchodzi? Myślisz, ze dwór to obchodzi? Dla nich
kłamstwa są równie dobre jak fakty.
To była prawda, uświadomiła sobie. Gavilara nie obchodziło, czy była
niewierna - a nie była. Ale jej słowa wywołały plotki, trudne do
uciszenia.
Gavilara obchodziło jedynie jego dziedzictwo. Chciał być znany jako
wielki król, wielki przywódca. To zawsze nim kierowało, ale ostatnio
przeobrażało się w coś innego. Ciągle pytał, czy zostanie zapamiętany
jako największy król Alethkaru. Czy mógł równać się ze swoimi przodkami,
mężczyznami takimi jak Słoneczny?
Jeśli dwór króla sądził, że nie panuje nad własną żoną, czy to mogło
skalać jego dziedzictwo? Czym było królestwo, jeśli Gavilar wiedział, że
jego żona w tajemnicy kochała jego brata? W ten sposób Navani stanowiła
odprysk w marmurze jego najważniejszego na świecie dziedzictwa.
- Porozmawiaj ze swoją córką - Gavilar odwrócił się w stronę drzwi. -
Sądzę, że udało mi się ułagodzić Amarama. Może zechce ją przyjąć, a jej
czas się kończy. Niewielu zalotników się nią interesuje, pewnie będę
musiał oddać pół królestwa, żeby pozbyć się dziewczyny, jeśli znów
odmówi Amaramowi.
Navani prychnęła.
- Ty z nią porozmawiaj. Jeśli to, czego pragniesz, jest takie ważne,
może choć raz mógłbyś zrobić to osobiście. Poza tym Amaram mi nie
odpowiada. Jasnah może sobie znaleźć kogoś lepszego.
Gavilar znieruchomiał, po czym znów odwrócił się do niej i odezwał się
cichym głosem.
- Jasnah poślubi Amarama, jak jej poleciłem. Zapomni o tej swojej
fanaberii, zdobyciu sławy poprzez odrzucenie kościoła. Jej arogancja
plami reputację całej rodziny.
Navani zrobiła krok do przodu i pozwoliła, by jej głos zabrzmiał równie
chłodno jak głos męża.
- Wiesz, że dziewczyna wciąż cię kocha, Gavilarze. Wszyscy cię kochają.
Elhokar, Dalinar, chłopcy... oni cię wielbią. Jesteś pewien, że chcesz
im ukazać, kim naprawdę jesteś? Oni są twoim dziedzictwem. Odnoś się do
nich z troską. To oni określą, jak zostaniesz zapamiętany.
- Wielkość mnie określi, Navani. I żadne mierne wysiłki kogoś takiego
jak Dalinar albo mój syn tego nie przekreślą... a osobiście wątpię, by
Elkohar mógł wznieść się choćby do mierności.
- A co ze mną? Mogłabym opisać twoją historię. Twoje życie. Cokolwiek
wydaje ci się, że zrobiłeś, czegokolwiek dokonałeś... jest ulotne,
Gavilarze. Słowa na kartach określają ludzi dla przyszłych pokoleń.
Gardzisz mną, ale to ja trzymam w rękach to, co jest dla ciebie
najcenniejsze. Jeśli popchniesz mnie zbyt daleko, zacznę ściskać.
Nie odpowiedział krzykiem ani wściekłością, ale zimna pustka w jego
oczach mogłaby pochłonąć królestwa i zostawić jedynie czerń. Uniósł dłoń
do jej policzka i objął go łagodnie, szydząc z niegdyś namiętnego gestu.
Było to bardziej bolesne od spoliczkowania.
- Wiesz, dlaczego cię nie włączyłem, Navani? - spytał cicho. - Myślisz,
że uda ci się przyjąć prawdę?
- Spróbuj choć raz, to może być miła odmiana.
- Nie jesteś godna, Navani. Twierdzisz, że jesteś uczoną, ale gdzie są
twoje odkrycia? Badasz światło, ale jesteś jego przeciwieństwem. Istotą,
która niszczy światło. Spędzasz czas, tarzając się w błocie w kuchni, i obsesyjnie przejmujesz się tym, czy jakiś mało znaczący jasnooki
przestrzega odpowiednich linii na mapie. Tak nie działa wielki człowiek.
Nie jesteś uczoną. Jedynie lubisz przebywać blisko nich. Nie jesteś
artifabrianką. Jedynie kobietą, która lubi błyskotki. Nie masz własnej
sławy, osiągnięć ani umiejętności. Wszystko, co się w tobie liczy,
pochodzi od kogoś innego. Nie masz władzy... jedynie lubisz poślubiać
mężczyzn, którzy ją mają.
- Jak śmiesz...
- Zaprzecz temu, Navani - warknął. - Zaprzecz, że kochałaś jednego
brata, ale poślubiłaś drugiego. Udawałaś, że uwielbiasz mężczyznę,
którym gardziłaś... a wszystko dlatego, że wiedziałaś, że zostanie
królem.
Cofnęła się, wyrwała z jego uścisku i przekręciła głowę na bok. Zamknęła
oczy i poczuła łzy na policzkach. To było bardziej skomplikowane, niż
sugerował, bo kochała ich obu - a intensywność Dalinara ją przerażała,
więc Gavilar wydawał się bezpieczniejszym wyborem.
Jednakże w oskarżeniu Gavilara kryła się prawda. Mogła sama się
okłamywać i powiedzieć, że poważnie rozważała Dalinara, ale wszyscy
wiedzieli, że w końcu wybierze Gavilara. I tak zrobiła. Był bardziej
wpływowy z nich dwóch.
- Poszłaś tam, gdzie spodziewałaś się największych pieniędzy i władzy.
Jak zwykła dziwka. Napisz, co tylko zechcesz na mój temat. Powiedz to,
wykrzyknij, ogłoś. Przeżyję twoje oskarżenia, a moje dziedzictwo
przetrwa. Odkryłem wejście do świata bogów i legend, a kiedy do nich
dołączę, moje królestwo nigdy się nie skończy. Ja nigdy się nie skończę.
Wyszedł i z cichym trzaskiem zamknął za sobą drzwi. Nawet w czasie
kłótni panował nad sytuacją.
Drżąc, Navani z trudem dotarła do krzesła przy biurku, na którym
gotowały się złościospreny. I kłębiły wstydospreny, otaczające ją jak
białe i czerwone płatki.
Aż się trzęsła z wściekłości. Wściekłości na niego. Na samą siebie, że
nie walczyła. I na świat, bo wiedziała, że jego słowa przynajmniej w części były prawdą.
Nie. Nie pozwól, żeby jego kłamstwa stały się prawdą. Walcz z tym.
Zacisnęła zęby, otworzyła oczy i zaczęła przeglądać biurko w poszukiwaniu farb olejnych i papieru.
Zaczęła malować, bardzo starannie kreśląc każdą linię. Duma - jakby na
dowód dla niego - kazała jej być drobiazgową i doskonałą. Ta czynność
zwykle ją uspokajała. Sposób, w jaki uporządkowane, eleganckie linie
stawały się słowami, a farba i papier nabierały znaczenia.
W końcu miała w ręku jeden z najlepszych glifów strzegących, jakie
stworzyła. Głosił po prostu Śmierć. Dar. Śmierć. Nakreśliła każdy glif
w kształcie heraldycznej wieży lub miecza Gavilara.
Modlitwa zapaliła się od płomienia lampy, płonęła jasno - a kiedy tak
się stało, jej katharsis zmieniło się we wstyd. Co ona wyprawiała?
Modliła się o śmierć męża? Wstydospreny powróciły całą chmurą.
Jak do tego doszło? Ich kłótnie stawały się coraz gorsze. Wiedziała, że
nie był tym mężczyzną, tym, z którym ostatnio się stykała. Nie
zachowywał się w taki sposób, kiedy rozmawiał z Dalinarem, Sadeasem, a nawet - zazwyczaj - Jasnah.
Gavilar był kimś lepszym. Podejrzewała, że on też to wiedział. Jutro
dostanie kwiaty. Bez przeprosin, ale z prezentem, zazwyczaj bransoletką.
Tak, wiedział, że powinien być kimś więcej. Ale... jakimś sposobem
budziła w nim potwora. A on jakimś sposobem budził w niej słabość.
Uderzyła bezpieczną dłonią w blat, a drugą rozmasowała czoło.
Na burze. Wydawało się, że jeszcze tak niedawno siedzieli razem i dyskutowali o królestwie, które stworzą. Teraz właściwie w każdej
rozmowie sięgali po najostrzejsze noże i wbijali je w najbardziej
bolesne miejsca z dokładnością, jaką można osiągnąć jedynie po latach
bliskości.
Z trudem zapanowała nad sobą, znów nałożyła makijaż i poprawiła fryzurę.
Mogła być wszystkim, o co ją oskarżył, ale on był jedynie zbirem z zapadłej wioski, który miał stanowczo zbyt dużo szczęścia i talent do
zwodzenia dobrych ludzi, by za nim podążali.
Jeśli mężczyzna taki jak on mógł udawać, że jest królem, to ona mogła
udawać, że jest królową. Tak czy inaczej, mieli królestwo.
I przynajmniej jedno z nich powinno spróbować nim rządzić.
***
Navani dowiedziała się o ataku skrytobójcy dopiero, kiedy było już po
wszystkim.
Podczas uczty zachowywali się jak wzór królewskiej pary, byli wobec
siebie serdeczni i każde przewodziło swojej uczcie. A później Gavilar
wyszedł, kiedy tylko udało mu się znaleźć usprawiedliwienie.
Przynajmniej zaczekał do końca posiłku.
Navani zeszła na dół, żeby pożegnać gości. Dała im do zrozumienia, że
Gavilar nikogo celowo nie zlekceważył. Był po prostu wyczerpany po
długiej podróży. Tak, z całą pewnością wkrótce zorganizuje audiencję. Z przyjemnością przyjadą po zakończeniu następnej burzy...
I tak dalej, i tak dalej, aż miała wrażenie, że przy kolejnym uśmiechu
jej twarz pęknie. Poczuła ulgę, kiedy zobaczyła biegnącą w jej stronę
młodą posłańczynię. Odsunęła się od wychodzących gości. Spodziewała się
usłyszeć, że stłuczono cenną wazę albo Dalinar zasnął z twarzą na stole.
Posłańczyni jednak zaprowadziła Navani do zarządcy. Na jego twarzy
malował się wielki smutek, oczy miał zaczerwienione, a dłonie mu drżały.
Stary mężczyzna wyciągnął do niej rękę i złapał ją za ramię, jakby
chciał się na niej oprzeć. Po jego twarzy płynęły łzy, moczyły rzadką
brodę.
Widząc jego emocje, Navani uświadomiła sobie, że rzadko myślała o mężczyźnie, używając jego imienia, rzadko myślała o nim jako o człowieku. Często traktowała go jak element wyposażenia pałacu,
właściwie jak rzeźby przed wejściem. Jak Gavilar traktował ją.
- Gerehu. - Z zawstydzeniem wzięła go za rękę. - Co się stało? Dobrze
się czujesz? Zmuszaliśmy cię do zbyt ciężkiej pracy bez...
- Król - wykrztusił starszy mężczyzna. - Jasności, oni odebrali nam
króla! Ci parshmeni. Ci barbarzyńcy. Te... potwory.
Navani od razu zaczęła podejrzewać, że Gavilar znalazł jakiś sposób na
wymknięcie się z pałacu, a wszyscy uznali, że został porwany. Ten
mężczyzna... pomyślała, wyobrażając sobie, jak przebywa gdzieś w mieście
ze swoimi niezwykłymi gośćmi, i omawia tajemnice w mrocznej komnacie.
Gereh ścisnął ją mocniej.
- Jasności, oni go zabili. Król Gavilar nie żyje.
- Niemożliwe. Jest najpotężniejszym mężczyzną w całym kraju, może na
całym świecie. Otaczają go Odpryskowi. Pomyliłeś się, Gerehu. On....
Jest twardy jak burze. Ale to oczywiście nie było prawdą - chciał
jedynie, by ludzie tak sądzili. "Ja nigdy się nie skończę...". Kiedy
mówił takie rzeczy, trudno było mu nie wierzyć.
Musiała zobaczyć ciało, zanim prawda w końcu zaczęła do niej docierać,
przepełniając ją chłodem jak zimowy deszcz. Gavilar leżał na stole w spiżarni, połamany i zakrwawiony, a strażnicy siłą odpędzali
przerażonych służących, kiedy ci pytali o wyjaśnienia.
Navani stanęła nad nim. Nawet widząc krew na jego brodzie, strzaskany
Pancerz Odprysku, brak oddechu i ziejące rany... nawet wtedy
zastanawiała się, czy to nie sztuczka. To, co leżało przed nią, było
niemożliwością. Gavilar Kholin nie mógł tak po prostu umrzeć, jak inni
ludzie.
Kazała sobie pokazać odcięty balkon, na którym po upadku z góry
spoczywał bez życia Gavilar. Jasnah wszystko widziała, powiedzieli.
Zwykle niewzruszona dziewczyna siedziała w kącie i płakała, przyciskając
zaciśniętą bezpieczną dłoń do ust.
Dopiero wtedy wokół Navani zaczęły się pojawiać wstrząsospreny, trójkąty
migoczącego światła. Dopiero wtedy uwierzyła.
Gavilar Kholin nie żył.
Sadeas odciągnął Navani na bok i ze szczerym smutkiem wyjaśnił jej swoją
rolę w tym, co się wydarzyło. Słuchała z dziwnym otępieniem. Była tak
zajęta, że nawet nie zauważyła, iż większość Parshendich w tajemnicy
opuściła pałac - zniknęli w mroku tuż przed tym, jak ich sługa
zaatakował. Ich przywódcy zostali, by nikt nie zauważył ucieczki.
Navani jak w transie wróciła do spiżarni i ostygłego ciała Gavilara
Kholina. Jego porzuconej skorupy. Miny służących i chirurgów świadczyły,
że spodziewali się po niej smutku. Może zawodzenia. Z całą pewnością w pomieszczeniu pojawiały się całe chmary bólosprenów, a nawet kilka
rzadkich udrękosprenów, przypominających zęby wyrastające ze ścian.
Czuła coś podobnego do tych emocji. Smutek? Nie do końca. Żal. Jeśli on
naprawdę umarł... to było po wszystkim. Ich ostatnia prawdziwa rozmowa
zmieniła się w kolejną kłótnię. I nic się nie dało zmienić. Wcześniej
zawsze mogła sobie powtarzać, że się pogodzą. Że przebiją się przez
ciernie i znajdą drogę powrotną do tego, czym byli wcześniej. Jeśli nie
kochającą się parą, to choć sprzymierzeńcami.
Teraz już do tego nie dojdzie. Było po wszystkim. On zginął, ona została
wdową i... na burze, modliła się o to. Ta świadomość ją przeszyła. Mogła
jedynie mieć nadzieję, że Wszechmocny nie wysłuchał jej głupiej prośby
napisanej w chwili wściekłości. Choć w głębi duszy zaczęła nienawidzić
Gavilara, nie życzyła mu śmierci. Prawda?
Nie, nie tak powinno się to skończyć. I dlatego poczuła coś jeszcze.
Litość.
Leżące na stole w kałuży krwi ciało Gavilara Kholina wydawało się
ostateczną zniewagą dla jego wielkich planów. Myślał, że jest wieczny,
czyż nie? Pragnął osiągnąć jakąś wielką wizję, zbyt ważną, by się z nią
podzielić? Cóż, Ojciec Burz i Matka Świata ignorowali pragnienia ludzi,
choćby największe.
Nie czuła jednak smutku. Jego śmierć była ważna, ale dla niej nic nie
znaczyła. Może poza szansą, by jej dzieci nigdy nie musiały się
dowiedzieć, kim się stał.
Będę lepszym człowiekiem, Gavilarze, pomyślała, zamykając jego oczy. W imię tego, kim byłeś kiedyś, pozwolę, by świat udawał. Dam ci twoje
dziedzictwo.
Później się zawahała. Jego Pancerz Odprysku - cóż, Pancerz, który miał
na sobie - pękł na wysokości pasa. Sięgnęła do kieszeni i namacała
świńską skórę. Ostrożnie wydobyła sakiewkę z kulami, którą widziała
wcześniej, ale odkryła, że jest pusta.
Na burze. Gdzie je schował?
Ktoś zakasłał i Navani nagle uświadomiła sobie, jakie wrażenie robiło
takie grzebanie po kieszeniach. Wyjęła kule z włosów i włożyła je do
sakiewki, którą wcisnęła w jego dłoń, po czym oparła czoło o jego
zmiażdżoną pierś. To miało wyglądać, jakby zwracała mu jego dary, co
symbolizowało, że kiedy umarł, jej światło stawało się jego światłem.
Później, z twarzą pokrytą jego krwią, wstała i udała, że zmusza się do
odzyskania panowania nad sobą. W ciągu następnych godzin, gdy walczyła z chaosem w mieście postawionym na głowie, martwiła się, że zyska
reputację bezdusznej. Tymczasem wydawało się, że ludzie uznali jej
wewnętrzną siłę za uspokajającą.
Król umarł, ale królestwo trwało nadal. Gavilar utracił życie w dokładnie taki sam sposób, w jaki je prowadził - z wielkim dramatyzmem,
a Navani musiała po nim posprzątać.
1. Odciski
Najpierw należy skłonić sprena do zbliżenia się.
Rodzaj klejnotu ma znaczenie - niektóre spreny są naturalnie bardziej
zainteresowane określonymi klejnotami. Ponadto jest niezmiernie ważne,
by uspokoić sprena czymś, co zna i kocha. Na przykład dla ogniosprenów
niezbędny jest duży płomień.
Wykład na temat mechaniki fabriali, wygłoszony przez
Navani Kholin przed koalicją monarchów, Urithiru, Jesevan roku 1175
Lirin był pod wrażeniem spokoju, jaki czuł, gdy sprawdzał, czy dziecko
nie ma śladów szkorbutu na dziąsłach. Lata szkolenia jako chirurg dobrze
mu tego dnia służyły. Ćwiczenia oddechowe - które miały mu pomagać w powstrzymywaniu drżenia rąk - w czasie szpiegowania działały równie
dobrze, jak podczas zabiegów.
- Proszę - powiedział do matki dziecka, wyciągając z kieszeni nieduży
żeton z rzeźbionej skorupy. - Pokaż go kobiecie w pawilonie jadalnym. Da
sok dla twojego syna. Dopilnuj, żeby wypił wszystko, każdego ranka.
- Dziękować bardzo - powiedziała kobieta z silnym herdazkim akcentem.
Przytuliła syna i spojrzała na Lirina udręczonym wzrokiem. - Jeśli...
jeśli dziecko... znaleźć...
- Przypilnuję, żebyś została poinformowana, jeśli dowiemy się czegoś o reszcie twoich dzieci - obiecał Lirin. - Przykro mi z powodu twojej
straty.
Kobieta pokiwała głową, otarła policzki i zaniosła dziecko do strażnicy
pod miasteczkiem. Tam grupka uzbrojonych parshmenów zsunęła jej kaptur i porównała jej twarz z rysunkami przysłanymi przez Stopionych. Żona
Lirina, Hesina, stała w pobliżu, by w razie konieczności przeczytać
opis.
Za ich plecami poranna mgła zasłaniała Palenisko. Miasteczko wyglądało
jak zbiorowisko ciemnych, niewyraźnych brył. Jak guz. Lirin z trudem
widział płótna rozciągnięte między budynkami, zapewniające odrobinę
schronienia licznym uciekinierom z Herdazu. Całe uliczki zostały
zamknięte, a wśród mgły rozlegały się widmowe odgłosy - brzęk talerzy,
ludzkie rozmowy.
Rzecz jasna, te prymitywne osiedla nie przetrwałyby burzy, ale dawało
się je łatwo zdemontować i schować. Po prostu brakowało domów. Ludzie
mogli tłoczyć się przez kilka godzin w burzowych schronach, ale nie
mogli tak żyć.
Odwrócił się i spojrzał na tych, którzy tego dnia czekali na
wpuszczenie. Koniec kolejki ginął we mgle, a towarzyszyły jej
przypominające owady głodospreny i wyczerpaniospreny jak chmury pyłu. Na
burze. Ilu ludzi mogło się jeszcze pomieścić w miasteczku? Wioski bliżej
granicy muszą być już całkowicie przepełnione, jeśli tak wielu wędrowało
tak daleko w głąb.
Minął ponad rok od nadejścia Wiecznej Burzy i upadku Alethkaru. Rok, w czasie którego Herdaz - mniejszy sąsiad Alethkaru na północnym zachodzie
- jakimś cudem przez cały czas walczył. Przed dwoma miesiącami wróg w końcu postanowił ostatecznie zmiażdżyć królestwo. Wkrótce potem wzrosła
liczba uchodźców. Jak zawsze, żołnierze walczyli, a zwykli ludzie -
których pola zostały zadeptane - umierali z głodu i byli zmuszeni do
opuszczenia domów.
Palenisko robiło, co mogło. Aric i inni mężczyźni - kiedyś strażnicy w rezydencji Roshone'a, obecnie nie mieli prawa nosić broni - organizowali
kolejkę i pilnowali, by nikt nie wślizgnął się do miasta, jeśli nie
został obejrzany przez Lirina. Przekonał jasność Abiajan, że koniecznie
musi zbadać każdego. Ona martwiła się zarazą, on zaś chciał po prostu
zobaczyć każdego, kto mógł potrzebować leczenia.
Jej żołnierze szli wzdłuż kolejki, wszyscy byli czujni. Parshmeni
uzbrojeni w miecze. Uczyli się czytać i nalegali, by nazywano ich
"pieśniarzami". Rok po ich przebudzeniu Lirin nadal uważał to za coś
dziwnego. Ale tak naprawdę, co go to obchodziło? W pewnym sensie
niewiele się zmieniło. Te same stare konflikty pochłaniały parshmenów z równą łatwością, co alethyjskich oświeconych. Ludzie, którzy posmakowali
władzy, pragnęli więcej, a później sięgali po nią z mieczem. Zwykli
ludzie krwawili, a Lirinowi pozostawało ich pozszywać.
Wrócił do pracy. Musiał obejrzeć przynajmniej setkę uciekinierów. Gdzieś
wśród nich ukrywał się mężczyzna, którego dziełem była duża część tego
cierpienia. To dlatego Lirin był tego dnia tak zdenerwowany. Następny w szeregu nie był jednak on, a obszarpany Alethyjczyk, który w walce
stracił rękę. Lirin obejrzał ranę, ale obrażenia miały już kilka
miesięcy, a Lirin nie mógł wiele poradzić na rozległe zbliznowacenia.
Lirin poruszył palcem przed twarzą mężczyzny, obserwując, jak ten podąża
za nim wzrokiem. Wstrząs, pomyślał.
- Czy odniosłeś ostatnio rany, o których mi nie powiedziałeś?
- Żadnych ran - szepnął mężczyzna. - Ale zbójcy... zabrali moją żonę,
zacny chirurgu. Zabrali ją... zostawili mnie przywiązanego do drzewa.
Odeszli ze śmiechem...
A niech to. Wstrząs psychiczny nie był czymś, co Lirin mógłby wyciąć
skalpelem.
- Kiedy wejdziesz do miasta, poszukaj namiotu czternastego. Powiedz
tamtym kobietom, że cię przysłałem.
Mężczyzna pokiwał tępo głową, spojrzenie miał puste. Czy w ogóle zwrócił
uwagę na jego słowa? Lirin zapamiętał rysy mężczyzny - siwiejące włosy z dłuższym kosmykiem z tyłu, trzy duże pieprzyki na górnej części lewego
policzka i oczywiście brak ręki - i postanowił wieczorem poszukać go w namiocie. Asystentki obserwowały w nim uciekinierów, którzy mogli mieć
skłonności samobójcze. Przy tak wielu ludziach, którymi musieli się
zajmować, Lirin nie mógł zrobić więcej.
- Ruszaj. - Lirin łagodnie popchnął mężczyznę w stronę miasteczka. -
Namiot czternasty. Przykro mi z powodu twojej straty.
Mężczyzna odszedł.
- Mówisz to z taką łatwością, chirurgu - powiedział ktoś za jego
plecami.
Lirin obrócił się na pięcie, po czym natychmiast ukłonił się głęboko.
Abiajan, nowa pani miasta, była parshmenką o wyrazistej białej skórze z delikatnym czerwonym marmurkiem na policzkach.
- Jasności. O co chodzi?
- Powiedziałeś temu mężczyźnie, że przykro ci z powodu jego straty.
Mówisz to tak łatwo każdemu z nich, a jednak wydaje się, że masz tyle
współczucia, co głaz. Nic nie czujesz do tych ludzi?
- Czuję, jasności, ale muszę być ostrożny, by ich cierpienie mnie nie
przytłoczyło. To jedna z pierwszych zasad obowiązujących chirurgów.
- Interesujące. - Parshmenka uniosła bezpieczną dłoń, osłoniętą rękawem
havah. - Pamiętasz, jak nastawiałeś moją rękę, kiedy byłam dzieckiem?
- Tak.
Abiajan powróciła - z nowym imieniem i nowym zadaniem od Stopionych - po
tym, jak uciekła z innymi po nadejściu Wiecznej Burzy. Przyprowadziła
wielu parshmenów, z których wszyscy pochodzili z tej okolicy, ale z tych
mieszkających wcześniej w Palenisku wróciła tylko ona. Nie chciała mówić
o tym, czego doświadczyła przez te wszystkie miesiące.
- Cóż za interesująca pamięć. Tamto życie wydaje mi się teraz snem.
Pamiętam ból. Dezorientację. Surową postać, która sprawiła mi jeszcze
więcej bólu... choć teraz rozumiem, że starałeś się mnie uzdrowić. Tyle
wysiłku dla małej niewolnicy.
- Nigdy nie obchodziło mnie, kogo uzdrawiam, jasności. Niewolnika czy
króla.
- Jestem pewna, że fakt, iż Wistiow sporo za mnie zapłacił, nie miał z tym nic wspólnego. - Spojrzała na Lirina zmrużonymi oczami, a kiedy znów
się odezwała, w jej głosie zabrzmiał rytm, jakby wypowiadała słowa
pieśni. - Czy współczułeś mi, biednej, zdezorientowanej niewolnicy,
której ukradziono umysł? Czy płakałeś nad nami, chirurgu, i życiem,
które prowadziliśmy?
- Chirurgowi nie wolno płakać - powiedział cicho Lirin. - Chirurg nie
może sobie pozwolić na płaszcz.
- Jak głaz - powtórzyła i pokręciła głową. - Widziałeś jakieś
zarazospreny na tych uciekinierach? Jeśli te spreny dostaną się do
miasta, wszyscy mogą zginąć.
- Chorób nie wywołują spreny. Zarazy roznoszą się przez zakażoną wodę,
brak odpowiedniej higieny, a czasami oddech tych, którzy mają je w sobie.
- Przesądy.
- Mądrość Heroldów - sprzeciwił się Lirin. - Powinniśmy być ostrożni.
Fragmenty starych manuskryptów - tłumaczenia tłumaczeń tłumaczeń -
wspominały o szybko rozprzestrzeniających się chorobach, które zabijały
dziesiątki tysięcy. W żadnym ze współczesnych tekstów, które czytał, nie
znalazł informacji o czymś takim, ale doszły go pogłoski o czymś dziwnym
na zachodzie - nowa zaraza, tak ją nazywano. Nie znał wielu szczegółów.
Abiajan ruszyła dalej, nie mówiąc nic więcej. Dołączyła do niej jej
świta - grupa wyniesionych parshmenów i parshmenek. Ich stroje były
alethyjskie w kroju, ale w jaśniejszych, bardziej stłumionych
odcieniach. Stopieni wyjaśnili, że dawni pieśniarze odrzucali jaskrawe
barwy, gdyż woleli podkreślać wzory na skórze.
W zachowaniu Abiajan i innych parshmenów Lirin wyczuwał poszukiwanie
tożsamości. Ich akcenty, stroje, manieryzmy - wszystkie były wyraźnie
alethyjskie. Ale kiedy Stopieni opowiadali o ich przodkach, byli
urzeczeni i próbowali naśladować tych od dawna nieżyjących parshmenów.
Lirin odwrócił się do kolejnej grupy uchodźców - tym razem wreszcie
pełnej rodziny. Choć powinien się cieszyć, nie mógł się nie zastanawiać,
jak trudno będzie wykarmić pięcioro dzieci i rodziców, z których wszyscy
osłabli z niedożywienia.
Kiedy posłał ich dalej, wzdłuż szeregu ruszyła w jego stronę znajoma
postać, rozganiając głodospreny. Laral nosiła teraz prostą sukienkę
służącej, z rękawiczką zamiast rękawa, i dźwigała wiadro z wodą dla
oczekujących uciekinierów. Nie kroczyła jednak jak służąca. Młoda
kobieta emanowała pewną... determinacją, której nie mogła stłumić
wymuszona służba. Wydawało się, że koniec świata niepokoi ją nie
bardziej niż kiedyś słabe zbiory.
Zatrzymała się przy Lirinie i zaproponowała mu wodę - wziętą z jej
bukłaka i nalaną do czystego kubka, a nie podaną prosto chochlą z wiadra.
- Jest trzeci w kolejce - szepnęła Laral, kiedy Lirin popijał wodę.
Mężczyzna chrząknął.
- Niższy, niż się spodziewałam. Ponoć jest wielkim generałem, przywódcą
herdazkiego oporu. Wygląda bardziej jak wędrowny kupiec.
- Geniusz przybiera różne kształty, Laral. - Lirin wyciągnął rękę z kubkiem, by znów go napełniła, co było usprawiedliwieniem dla ich
dalszej rozmowy.
- Mimo wszystko... - Umilkła, kiedy obok przeszedł Durnash, wysoki
parshmen o marmurkowej, czarno-czerwonej skórze, z mieczem na plecach.
Kiedy się oddalił, odezwała się ciszej. - Naprawdę mnie zaskakujesz,
Lirinie. Ani razu nie zasugerowałeś, że moglibyśmy wydać tego
ukrywającego się generała.
- Zostałby stracony.
- Ale uważasz go za zbrodniarza, prawda?
- Dźwiga straszliwą odpowiedzialność. Prowadził wojnę przeciwko
przeważającym siłom wroga. Posyłał swoich ludzi na śmierć w beznadziejnych bitwach.
- Niektórzy nazwaliby to bohaterstwem.
- Bohaterstwo to mit, który opowiada się młodym idealistom, szczególnie
wtedy, gdy się chce, żeby oddali za ciebie krew. Jeden z moich synów
przez niego zginął, a drugiego utraciłem. Możesz zachować swoje
bohaterstwo i oddać mi życie tych, którzy zginęli w bezsensownych
konfliktach.
Przynajmniej wydawało się, że już prawie po wszystkim. Teraz, gdy opór w Herdazie w końcu został złamany, napływ uchodźców powinien się
zmniejszyć.
Laral patrzyła na niego bladozielonymi oczyma. Była przenikliwa. Jakże
żałował, że życie nie potoczyło się inaczej, że stary Wistiow nie
wytrzymał jeszcze kilku lat. Lirin mógłby nazywać tę kobietę swoją córką
i mógłby mieć teraz u swojego boku Tiena i Kaladina jako chirurgów.
- Nie wydam herdazkiego generała. Nie patrz na mnie z taką miną.
Nienawidzę wojny, ale nie skażę twojego bohatera na śmierć.
- A twój syn wkrótce po niego przybędzie?
- Wysłaliśmy wiadomość do Kala. To powinno wystarczyć. Dopilnuj, żeby
twój mąż był gotów z odwracaniem uwagi.
Pokiwała głową i ruszyła dalej, by zaproponować wodę parshmeńskim
strażnikom w bramie miasteczka. Lirin szybko zajął się kolejnymi
uciekinierami, aż dotarł do grupy ludzi w płaszczach. Uspokoił się
szybkim ćwiczeniem oddechowym, którego przed tak wielu laty nauczył się
od swojego mistrza na sali operacyjnej. Choć w jego wnętrzu szalała
burza, dłonie Lirina nie drżały, kiedy gestem wezwał oczekujących.
- Będę musiał przeprowadzić badanie - powiedział cicho - żeby to nie
wyglądało dziwnie, kiedy wyprowadzę was z kolejki.
- Zacznij ode mnie - stwierdził najniższy. Pozostała czwórka zmieniła
pozycję, rozstawiając się wokół niego.
- Przestańcie wyglądać, jakbyście go strzegli, głupcy - syknął Lirin. -
Usiądźcie na ziemi. Może w ten sposób nie będziecie już robić wrażenia
bandy zbirów.
Wypełnili jego polecenie, a Lirin podciągnął swój zydel do przywódcy.
Mężczyzna miał wąski, siwiejący wąsik nad górną wargą i był najpewniej
po pięćdziesiątce. Ogorzała skóra, w odcieniu ciemniejszym niż u większości Herdazów, sprawiała, że mógłby prawie uchodzić za Azirczyka.
Jego oczy były ciemnobrązowe.
- Ty jesteś nim? - szepnął Lirin, przykładając ucho do piersi mężczyzny,
by posłuchać bicia jego serca.
- Tak.
Dieno enne Calah. Dieno "Norka" po staroherdazku. Hesina wyjaśniła, że
"enne" było tytułem grzecznościowym sugerującym wielkość.
Można by się spodziewać - jak Laral - że Norka będzie brutalnym
wojownikiem ulepionym z tej samej gliny, co mężczyźni w rodzaju Dalinara
Kholina czy Meridasa Amarama. Lirin jednak wiedział, że zabójcy mają
różne kształty. Norka był niski i brakowało mu zęba, ale jego szczupła
sylwetka emanowała siłą, a w czasie badania Lirin dostrzegł też kilka
blizn. Tak właściwie te wokół nadgarstków... to były blizny, jakie na
skórze niewolników pozostawiały kajdany.
- Dziękuję - szepnął Dieno - za propozycję schronienia.
- To nie była moja decyzja - odparł Lirin.
- Mimo to pozwalasz tym, którzy stawiali opór, uciec i żyć dalej. Niech
cię Heroldowie błogosławią, chirurgu.
Lirin wyjął bandaż i zaczął opatrywać ranę na ramieniu mężczyzny, którą
nikt wcześniej się nie zajął.
- Niech Heroldowie pobłogosławią nas szybkim końcem tego konfliktu.
- Tak, a najeźdźcy niech uciekną z powrotem do Potępienia, które ich
zrodziło.
Lirin nie przerywał pracy.
- Ty... się z tym nie zgadzasz, chirurgu?
- Wasz opór poniósł klęskę, generale. - Lirin mocno naciągnął bandaż. -
Twoje królestwo upadło tak samo jak moje. Dalszy konflikt doprowadzi
jedynie do śmierci kolejnych ludzi.
- Z pewnością nie zamierzasz być posłuszny tym potworom.
- Jestem posłuszny temu, kto trzyma mi miecz na gardle, generale. Tak
samo jak zawsze.
Zakończył pracę, po czym przyjrzał się pobieżnie czwórce towarzyszy
generała. Żadnych kobiet. Jak generał czytał wiadomości, które do niego
wysyłano?
Lirin udał, że odkrył ranę na nodze jednego z mężczyzn, który - po kilku
podpowiedziach - zaczął stosownie kuśtykać, po czym zawył z bólu.
Ukłucie igłą sprawiło, że z ziemi wyrosły bólospreny w kształcie
malutkich pomarańczowych rąk.
- To wymaga zabiegu - powiedział głośno Lirin. - Inaczej możesz stracić
nogę. Nie, nie próbuj się sprzeciwiać. Od razu się tym zajmiemy.
Polecił Aricowi przynieść nosze. Pozostałym czterem żołnierzom - w tym
generałowi - kazał dźwigać nosze, co pozwoliło mu wyciągnąć ich
wszystkich z kolejki.
Teraz potrzebowali już tylko odwrócenia uwagi. Przybyło w postaci
Toralina Roshone'a, męża Laral i byłego pana miasta. Wytoczył się ze
spowitego mgłą miasteczka, kołysząc się i chwiejąc.
Lirin gestem wezwał Norkę i jego żołnierzy, i poprowadził ich
nieśpiesznie w stronę posterunku.
- Nie jesteście uzbrojeni, prawda? - syknął.
- Porzuciliśmy wszystkie rzucające się w oczy bronie, ale to moja twarz
nas zdradzi, nie broń.
- Przygotowaliśmy się na to. - W myślach Lirin dodał: "I módlcie się do
Wszechmocnego, żeby się udało".
Zbliżywszy się, Lirin lepiej widział Roshone'a. Policzki byłego pana
miasta były obwisłe - ślad po tym, jak siedem lat wcześniej po śmierci
syna znacznie stracił na wadze. Roshone dostał rozkaz zgolenia brody,
być może dlatego, że bardzo ją lubił, i nie nosił już takamy dumnego
wojownika. Zastąpiły ją ochraniacze na kolana i krótkie spodnie
robotnika usuwającego krem.
Pod pachą niósł zydel i mamrotał coś bełkotliwie pod nosem, a jego
drewniana noga zgrzytała o kamień. Lirin nie mógł ocenić, czy Roshone
upił się na pokaz, czy udawał. Tak czy inaczej, zwracał na siebie uwagę.
Parshmeni na posterunku trącali się nawzajem, a jeden z nich zanucił w wesołym rytmie - często to robili, gdy byli rozbawieni.
Roshone wybrał pobliski budynek i postawił zydel na ziemi, a później -
ku wielkiej radości obserwujących parshmenów - próbował na niego wejść,
ale nie trafił, potknął się i prawie się przewrócił, kołysząc się na
drewnianej nodze.
Uwielbiali go oglądać. Każdy z tych nowo narodzonych pieśniarzy należał
do takiego czy innego zamożnego jasnookiego. Patrzenie na dawnego pana
miasta, a obecnie zataczającego się pijaka, który przez większość dnia
wykonywał najpodlejsze prace fizyczne? Dla nich było to bardziej
urzekające niż występ bajarza.
Lirin podszedł do posterunku.
- Ten tutaj potrzebuje zabiegu. - Wskazał na mężczyznę na noszach. -
Jeśli nie zajmę się nim teraz, może stracić nogę. Moja żona dopilnuje,
żeby pozostali uciekinierzy usiedli i czekali na mój powrót.
Z trzech parshmenów wyznaczonych na "inspektorów" tylko Dor w ogóle
porównał twarz "rannego" z rysunkami. Norka był na szczycie listy
najbardziej niebezpiecznych uchodźców, ale Dor nawet nie spojrzał na
noszowych. Lirin zauważył to przed kilkoma dniami - kiedy wykorzystywał
uciekinierów z kolejki do pracy, inspektorzy często skupiali się jedynie
na człowieku na noszach.
Lirin miał nadzieję, że jeśli Roshone zapewni rozrywkę, parshmeni będą
się jeszcze mniej przykładać do pracy. Mimo to poczuł, że się poci,
kiedy Dor zawahał się, unosząc jeden z rysunków. Lirin w swoim liście -
zwróconym przez zwiadowcę, który przybył, błagając o schronienie -
ostrzegał Norkę, by zabrał ze sobą jedynie nisko postawionych
strażników, którzy nie znajdowali się na listach. Czy to...
Dwaj pozostali parshmeni zaczęli się śmiać z Roshone'a, który próbował -
mimo upojenia - dosięgnąć dachu budynku i usunąć nagromadzony tam krem.
Dor odwrócił się i dołączył do nich, lekceważącym gestem każąc Lirinowi
ruszać dalej.
Lirin wymienił spojrzenia z żoną, która czekała w pobliżu. Dobrze, że
żaden z parshmenów nie odwrócił się w jej stronę, bo była blada jak
Shinka. Lirin pewnie nie wyglądał o wiele lepiej, ale powstrzymał
westchnienie ulgi i poprowadził Norkę i jego żołnierzy naprzód. Mógł
zamknąć ich na sali operacyjnej, z dala od ciekawskich spojrzeń, aż...
- Niech wszyscy przerwą to, co robią! - dobiegł z tyłu kobiecy głos. -
Przygotujcie się do oddania szacunku!
Lirin natychmiast poczuł pragnienie, by rzucić się do ucieczki. Prawie
to zrobił, ale żołnierze wciąż maszerowali równym krokiem. Tak. Uda, że
nie słyszał.
- Ty! Chirurgu! - krzyknęła do niego kobieta.
To była Abiajan. Lirin zatrzymał się niechętnie, szukając
usprawiedliwienia. Uwierzyłaby, że nie rozpoznał Norki? Lirin już był w niełasce u pani miasta po tym, jak uparł się opatrzyć rany Jebera, kiedy
ten głupiec dał się wywiesić i wybatożyć.
Lirin odwrócił się i spróbował uspokoić. Abiajan podeszła do niego
pośpiesznie i, choć pieśniarze się nie rumienili, była wyraźnie
zmieszana. Kiedy się odezwała, mówiła w szybkim rytmie.
- Towarzysz mi. Mamy gościa.
Minęła chwila, nim do Lirina dotarły jej słowa. Nie wymagała wyjaśnień.
Tu chodziło o... coś innego?
- Co się stało, jasności?
Norka i jego żołnierze się zatrzymali, ale Lirin widział, że ich ręce
poruszają się pod płaszczami. Powiedzieli, że porzucili "rzucające się w oczy" bronie. Niech go Wszechmocny broni, jeśli dojdzie do rozlewu
krwi...
- Nic się nie stało - wyjaśniła pośpiesznie Abiajan. - Zostaliśmy
pobłogosławieni. Towarzysz mi. - Spojrzała na Dora i inspektorów. -
Przekażcie wiadomość. Nikt nie wejdzie do miasta ani go nie opuści,
dopóki nie wydam takiego rozkazu.
- Jasności. - Lirin wskazał na mężczyznę na noszach. - Jego rana może
nie wygląda poważnie, ale jestem pewien, że jeśli natychmiast się nią
nie zajmę...
- Zaczeka. - Wskazała na Norkę i jego ludzi. - Wasza piątka zaczeka.
Wszyscy zaczekają. Zaczekają, a... a ty, chirurgu, idziesz ze mną.
Odeszła, spodziewając się, że Lirin ruszy za nią. Chirurg napotkał
spojrzenie Norki i skinieniem kazał mu zaczekać, po czym pośpieszył za
panią miasta. Co mogło ją tak wytrącić z równowagi? Zwykle starała się
zachowywać z królewską godnością, ale teraz zupełnie o tym zapomniała.
Lirin ruszył przez podmiejskie pole, idąc wzdłuż kolejki uciekinierów, i wkrótce poznał odpowiedź. Z mgły wyłoniła się pochylona postać wysoka na
dobre siedem stóp, której towarzyszył niewielki oddział uzbrojonych
parshmenów. Straszliwy stwór miał brodę i długie włosy barwy zaschniętej
krwi, które stapiały się z jego prostym strojem z jednego kawałka
materiału - jakby traktował włosy jako odzież. Jego skóra była idealnie
czarna, z czerwonym marmurkowaniem pod oczami.
Co najważniejsze, miał nierówną skorupę, jakiej Lirin nie widział nigdy
wcześniej, z dziwnymi płetwami - albo rogami - sięgającymi mu powyżej
uszu.
Oczy istoty jarzyły się czerwienią. Jeden ze Stopionych. Tutaj, w Palenisku.
Minęło wiele miesięcy, od kiedy Lirin widział jedno z nich - i to tylko
przelotem, gdy mała grupka zatrzymała się po drodze na front w Herdazie.
Grupa szybowała w powietrzu w zwiewnych szatach, dzierżąc długie
włócznie. Otaczała ich aura eterycznego piękna, ale skorupa tego stwora
wyglądała bardziej złowrogo - jak coś, czego można było się spodziewać
po istocie pochodzącej z Potępienia.
Stopiony mówił w rytmicznym języku do drobniejszej postaci u boku,
parshmenki w wojnoformie. Pieśniarki, powiedział sobie Lirin. Nie
parshmenki. Używaj właściwego określenia nawet w głowie, żebyś się nie
pomylił, kiedy będziesz mówił.
Kobieta w wojnoformie podeszła bliżej, żeby tłumaczyć Stopionego. Z tego, co słyszał Lirin, nawet ci Stopieni, którzy znali alethyjski,
często korzystali z tłumaczy, jakby mówienie w ludzkich językach
uwłaczało ich godności.
- Ty - powiedziała tłumaczka do Lirina - jesteś chirurgiem? Badałeś
dzisiaj ludzi?
- Tak.
Stopiony odpowiedział, a tłumaczka znów przełożyła jego słowa.
- Szukamy szpiega. Może ukrywać się wśród tych uciekinierów.
Lirin poczuł, że zaschło mu w ustach. Postać stojąca mu nad głową była
koszmarem, który powinien pozostać legendą, demonem, o którym opowiada
się szeptem o północy przy ognisku. Kiedy Lirin próbował się odezwać,
nie udało mu się wypowiedzieć słów i musiał odkaszlnąć.
Na krótki rozkaz Stopionego jego żołnierze rozeszli się wzdłuż kolejki.
Uciekinierzy cofnęli się, a niektórzy próbowali uciec, ale parshmeni -
choć niscy w porównaniu ze Stopionym - nosili wojnoformy, co zapewniało
im ogromną siłę i niewiarygodną szybkość. Złapali uciekinierów, a inni
zaczęli sprawdzać kolejkę, zdejmować kaptury i wpatrywać się w twarze.
Nie oglądaj się na Norkę, Lirinie. Nie rób wrażenia zdenerwowanego.
- My... sprawdzamy każdą osobę i porównujemy ją z rysunkami, które nam
daliście. Przysięgam. Byliśmy czujni! Nie ma powodu terroryzować tych
biednych uciekinierów.
Tłumaczka nie przetłumaczyła słów Lirina Stopionemu, ale istota
natychmiast odezwała się w swoim języku.
- Tego, którego szukamy, nie ma na tych listach - stwierdziła tłumaczka.
- To młody mężczyzna, szpieg najgorszego rodzaju. W porównaniu z tymi
uchodźcami jest sprawny i silny, choć mógł udawać słabość.
- Ten opis... pasuje do bardzo wielu ludzi.
Czy mógł mieć szczęście? Czy to był zbieg okoliczności? Może wcale nie
chodziło o Norkę. Lirin poczuł ślad nadziei, jak promień słońca
przenikający przez burzowe chmury.
- Zapamiętałbyś tego mężczyznę - mówiła dalej tłumaczka. - Wysoki jak na
człowieka, falujące czarne włosy sięgające ramion. Gładko ogolony, ma na
czole piętno niewolnika. W tym glif shash.
Piętno niewolnika.
Shash. Niebezpieczny.
O nie...
W pobliżu jeden z żołnierzy Stopionego zerwał kaptur innego uciekiniera
- ukazując twarz, którą Lirin powinien znać na pamięć. Jednakże surowy
mężczyzna, jakim stał się Kaladin, wyglądał jak prymitywny portret
wrażliwego młodzieńca, którego pamiętał Lirin.
Kaladin natychmiast zapłonął mocą. Mimo wszelkich wysiłków Lirina tego
dnia Palenisko nawiedziła śmierć.
2. Przerwane sznury
Następnie pozwólcie sprenowi zwiedzić pułapkę. Klejnot nie może być
napełniony w całości, ale nie może też być zupełnie bury. Eksperymenty
wskazują, że najlepiej działa siedemdziesiąt procent maksymalnej
pojemności Burzowego Światła.
Jeśli poprawnie wykonaliście pracę, spren będzie zafascynowany swoim
przyszłym więzieniem. Będzie tańczył wokół kamienia, przyglądał mu się,
krążył wokół niego.
Wykład na temat mechaniki fabriali, wygłoszony przez
Navani Kholin przed koalicją monarchów, Urithiru, Jesevan roku 1175
- Mówiłam ci, że zostaliśmy zauważeni - powiedziała Syl, kiedy Kaladin
zapłonął Burzowym Światłem.
Chrząknął w odpowiedzi. Wyciągnął rękę do przodu i Syl przybrała postać
majestatycznej srebrzystej włóczni - pojawienie się broni zmusiło
poszukujących go pieśniarzy do cofnięcia się. Unikał spoglądania w stronę ojca, żeby nie zdradzić, że się znają. Poza tym wiedział, co
zobaczy. Rozczarowanie.
Czyli nic nowego.
Uchodźcy rozbiegli się w panice, ale Stopionego już nie obchodzili.
Masywna postać odwróciła się w stronę Kaladina z rękami założonymi na
piersi i się uśmiechnęła.
Mówiłam ci, powiedziała Syl w umyśle Kaladina. Będę ci ciągle
przypominać, aż w końcu uznasz moją inteligencję.
- To nowa odmiana. - Kaladin celował włócznią w stronę Stopionego. -
Widziałaś wcześniej takiego?
Nie. Ale wygląda na brzydszego niż inni.
W ciągu ostatniego roku na polach bitew stopniowo pojawiały się nowe
odmiany Stopionych. Kaladin najlepiej znał tych, którzy umieli latać jak
Wiatrowi. Nazywano ich shanay-im, co tłumaczyło się w przybliżeniu
jako Istoty z Niebios.
Inni Stopieni nie umieli latać - podobnie jak w przypadku Świetlistych,
każdy rodzaj miał swój zestaw mocy. Jasnah zakładała, że odmian będzie
dziesięć, choć Dalinar - bez żadnego wyjaśnienia, skąd to wie -
stwierdził, że tylko dziewięć.
Ten tutaj był przedstawicielem siódmego rodzaju, z którym Kaladin miał
walczyć. I, jeśli wichry pozwolą, zabić. Kaladin uniósł włócznię, by
rzucić Stopionemu wyzwanie do walki jeden na jednego, co zawsze działało
na Istoty z Niebios. Ten Stopiony jednak gestem kazał swoim towarzyszom
zaatakować Kaladina ze wszystkich stron.
Kaladin w odpowiedzi Przywiązał się w górę. Kiedy wzniósł się w niebo,
Syl automatycznie przeobraziła się w długą lancę, idealną do atakowania
z góry przeciwników na ziemi. W Kaladinie kłębiło się Burzowe Światło,
zachęcając go do działania, do walki. Ale musiał być ostrożny. W okolicy
byli cywile, w tym kilkoro bardzo dla niego ważnych.
- Zobaczmy, czy uda się nam ich odciągnąć.
Przywiązał się w dół pod takim kątem, że zanurkował z powrotem w stronę
ziemi. Niestety, mgła nie pozwalała mu wznieść się zbyt wysoko, bo wtedy
straciłby wrogów z oczu.
Bądź ostrożny, powiedziała Syl. Nie wiemy, jakie moce może mieć ten
nowy Stopiony...
Spowita mgłą postać w pobliżu nagle padła na ziemię i coś wystrzeliło z jej ciała - niewielka linia czerwono-fioletowego światła, podobna do
sprena. Ta świetlista linia w mgnieniu oka zbliżyła się do Kaladina, po
czym rozrosła się i z dźwiękiem przypominającym rozciąganie skóry
połączone ze zgrzytaniem kamienia o kamień przeobraziła się, by przybrać
postać Stopionego.
Stopiony pojawił się w powietrzu tuż przed Kaladinem. Zanim zdążył
zareagować, istota jedną ręką złapała go za gardło, a drugą za mundur.
Syl jęknęła i rozmyła się - w formie lancy była zbyt niezgrabna do walki
na tak niewielką odległość. Ciężar ogromnego Stopionego obdarzonego
kamienną skorupą i grubymi mięśniami pociągnął Kaladina w dół. Uderzył
plecami o ziemię.
Palce Stopionego zacisnęły się na szyi Kaladina, uniemożliwiając mu
zaczerpnięcie tchu, ale szalejące w jego wnętrzu Burzowe Światło
sprawiało, że nie musiał oddychać. Mimo to złapał za ręce Stopionego, by
oderwać je od siebie. Ojcze Burz! Ta istota była silna. Równie dobrze
mógłby próbować zgiąć stal. Zwalczywszy panikę, która wypełniła go po
tym, jak został rzucony na ziemię, Kaladin wziął się w garść i przywołał
Syl jako sztylet. Przeciął prawą rękę Stopionego, a później lewą,
pozbawiając go władzy w palcach.
Nie były to trwałe obrażenia - Stopieni, podobnie jak Świetliści,
leczyli rany za pomocą Światła. Ale pozbawiwszy stwora władzy w palcach,
Kaladin uwolnił się z sapnięciem. Znów Przywiązał się w górę i wzniósł w powietrze. Jednak zanim zdołał złapać oddech, we mgle poniżej pojawiło
się czerwono-fioletowe światło, które śmignęło w jego stronę.
Stopiony otoczył go od tyłu ramieniem i zacisnął jak w imadle. Po chwili
Kaladin poczuł ostry ból między ramionami, kiedy stwór wbił mu nóż w szyję.
Kaladin krzyknął i poczuł, że traci władzę w kończynach, gdy jego rdzeń
kręgowy został przecięty. Burzowe Światło natychmiast ruszyło naprawić
uszkodzenie, ale ten Stopiony wyraźnie miał doświadczenie w walce z Mocowiązcami, bo raz za razem wbijał nóż w szyję Kaladina,
uniemożliwiając mu uleczenie.
- Kaladinie! - Syl krążyła wokół niego. - Kaladinie! Co mam robić?
Przybrała postać tarczy, ale jego bezwładne palce ją wypuściły, więc
znów powróciła do postaci sprena.
Ruchy Stopionego były doskonale precyzyjne, kiedy wisiał na nim z tyłu -
wydawało się, że w humanoidalnej postaci nie mógł latać, potrafił to
jedynie jako wstęga światła. Kaladin czuł gorący oddech na policzku,
kiedy stwór dźgał go raz za razem. Część Kaladina wyszkolona przez ojca
przeanalizowała ranę. Przecięcie kręgosłupa. Powtarzające się
wywoływanie pełnego paraliżu. Sprytny sposób na poradzenie sobie z wrogiem, który mógł się uzdrowić. Burzowe Światło Kaladina miało się
wkrótce wyczerpać.
Jednakże wewnętrzny żołnierz Kaladina kierował się bardziej instynktem
niż świadomymi rozważaniami i zauważył - mimo że wirował w powietrzu,
atakowany przez straszliwego wroga - że przed każdym nowym dźgnięciem na
chwilę odzyskiwał zdolność ruchu. Dlatego kiedy Kaladin poczuł mrowienie
ciała, pochylił się, a później uderzył głową do tyłu w Stopionego.
Przepełnił go ból i zrobiło mu się biało przed oczami. Kiedy poczuł, że
uścisk Stopionego słabnie, a później znika, obrócił się. Istota złapała
Kaladina za płaszcz i wciąż się trzymała - widział ją jako niewyraźny
cień. To wystarczyło. Kaladin machnął ręką w stronę szyi stwora, Syl
przybrała postać krótkiego miecza. Wystarczyło przeciąć serce klejnotu,
głowę albo szyję Ostrzem, a Stopieni - mimo wielkich mocy - ginęli.
Odzyskał wzrok na tyle, że zobaczył błysk czerwono-fioletowego światła
wyrywający się z piersi Stopionego. Stwór porzucał ciało za każdym
razem, kiedy jego dusza - czy co to było - stawała się wstęgą czerwonego
światła. Ostrze Kaladina obcięło gładko głowę ciała, ale światło już
uciekło.
Na burzowe wichry. Ta istota wydawała się bardziej sprenem niż
pieśniarzem. Porzucone ciało koziołkowało przez mgłę, a Kaladin podążył
za nim w dół. Jego rany się zagoiły. Kiedy wylądował obok trupa,
wciągnął zawartość drugiej sakiewki z kulami. Czy w ogóle mógł zabić tę
istotę? Ostrze Odprysku przecinało spreny, ale to ich nie zabijało. W końcu się odradzały.
Po twarzy Kaladina spływał pot, serce waliło mu w piersi. Choć Burzowe
Światło zachęcało go do działania, znieruchomiał i obserwował mgłę,
szukając śladów Stopionego. Na tyle oddalili się od miasta, że nic już
nie widział. Jedynie spowite cieniem wzgórza. Puste.
Na burze. Blisko było. Od długiego czasu nie znalazł się tak blisko
śmierci. Co niepokoiło tym bardziej, że Stopiony zaatakował go tak
szybko i niespodziewanie. W poczuciu, że wiatr i niebo należały do
niego, w świadomości, że mógł się szybko uzdrowić, kryło się
niebezpieczeństwo.
Kaladin odwrócił się powoli, czując podmuchy wiatru na twarzy. Ostrożnie
podszedł do bryły, która pozostała ze Stopionego. Trup - czymkolwiek był
- wyglądał, jakby był wysuszony i kruchy, jego barwy wyblakły, jak
skorupa od dawna martwego ślimaka. Ciało zmieniło się w coś w rodzaju
kamienia, porowatego i lekkiego. Kaladin podniósł odciętą głowę i przycisnął kciuk do twarzy, która rozpadła się jak popiół. Po chwili to
samo stało się z resztą ciała, nawet bez jego udziału, a w końcu
rozsypał się i pancerz.
Z boku pojawiła się wstęga fioletowo-czerwonego światła. Kaladin
natychmiast wzniósł się w górę, o włos unikając uścisku Stopionego,
który utworzył się ze światła poniżej. Wtedy istota natychmiast
porzuciła nowe ciało i podążyła za Kaladinem w postaci światła. Tym
razem Kaladin uchylił się odrobinę zbyt wolno i stwór - znów powstając
ze światła - złapał go za nogę.
Stopiony podciągnął się do góry, wykorzystując swoją ogromną siłę, by
wspiąć się po mundurze Kaladina. Nim w dłoniach mężczyzny utworzyło się
Ostrze Syl, Stopiony ściskał go mocno, otoczył jego tors nogami, lewą
ręką złapał prawą dłoń Kaladina, odpychając ją na bok, a prawe
przedramię wcisnął w szyję mężczyzny. To zmusiło Kaladina do
podniesienia głowy, przez co z trudem widział Stopionego, nie
wspominając już o punkcie podparcia.
Ale nie potrzebował podparcia. Zapasy z Wiatrowym były niebezpiecznym
pomysłem, bo jeśli Kaladin mógł czegoś dotknąć, mógł to również
Przywiązać. Wlał Światło w swojego wroga, by Przywiązać go z dala od
siebie. Światło było niechętne, jak zawsze w przypadku Stopionych, ale
Kaladin miał go dość, by przebić się przez opór.
Sam Przywiązał się w przeciwną stronę i wkrótce czuł się tak, jakby
potężne dłonie zaczęły odrywać ich od siebie. Stopiony chrząknął i powiedział coś w swoim języku. Kaladin wypuścił Ostrze Syl i skupił się
na odepchnięciu wroga. Stopiony emanował teraz Burzowym Światłem, które
wznosiło się z jego skóry jak świetlisty dym.
W końcu uścisk wroga osłabł i Stopiony poleciał jak strzała z Łuku
Odprysku. Ułamek sekundy później to nieustępliwe czerwono-fioletowe
światło wyrwało się z jego piersi i znów skierowało w stronę Kaladina.
Kaladin uniknął go z trudem, Przywiązując się w dół, kiedy Stopiony
przybrał postać i wyciągnął ręce w jego stronę. Istota chybiła celu,
spadła przez mgłę i zniknęła. Kaladin znów odkrył, że brakuje mu
Burzowego Światła, bicie jego serca przyśpieszyło. Wciągnął trzecią - a może czwartą - sakiewkę kul. Nauczyli się wszywać je w mundury. Stopieni
już wiedzieli, że Świetlistym należy odcinać zapas kul.
- A niech to. - Syl unosiła się obok Kaladina. Przyjęła taką pozycję, by
obserwować, co dzieje się za jego plecami. - Dobry jest, co?
- Chodzi o coś więcej. - Kaladin wpatrywał się w bezkształtną mgłę. -
Atakuje inaczej niż większość. Nie ćwiczyłem walki w zwarciu.
Na polu bitwy rzadko zdarzały się zapasy. A w każdym razie na takim
uporządkowanym. Kaladin był wyszkolony w walce w szyku i coraz lepiej
radził sobie z szermierką, ale od lat nie ćwiczył uwalniania się z chwytu za szyję.
- Gdzie on jest? - spytała Syl.
- Nie wiem. Ale musimy go pokonać. Wystarczy, że będziemy go unikać do
chwili, aż przybędą pozostali.
Syl odezwała się po kilku minutach obserwacji.
- Tam! - wykrzyknęła i przeobraziła się we wstęgę światła, która
wskazywała w stronę tego, co dostrzegła.
Kaladin nie czekał na dalsze wyjaśnienia. Przywiązał się przez mgłę.
Pojawił się Stopiony, ale złapał jedynie powietrze, kiedy Kaladin
uskoczył. Ciało stwora spadło, gdy znów wydostała się z niego świetlista
linia, ale Kaladin poruszał się zygzakami i jeszcze dwa razy uchylił się
przed Stopionym.
Ta istota jakimś sposobem wykorzystywała Pustkowe Światło, żeby tworzyć
nowe ciała. Wszystkie wyglądały identycznie, miały włosy i swego rodzaju
ubranie. Nie chodziło o to, że za każdym razem się odradzał -
teleportował się, wykorzystując wstęgę światła, żeby przemieszczać się z miejsca na miejsce. Spotkali Stopionych, którzy umieli latać, i innych,
których moce przypominały Tkaczy Iluzji. Może to była odmiana o mocach
odzwierciedlających na swój sposób umiejętności Przenosicieli.
Kiedy stwór zmaterializował się po raz trzeci, znów na chwilę
zrezygnował z pościgu. Może się teleportować tylko trzy razy i odpocząć,
domyślił się Kaladin. Za każdym razem atakował po trzy razy. Czyli
później jego moce muszą się zregenerować? Albo... nie, pewnie musi udać
się gdzieś, żeby zdobyć więcej Pustkowego Światła.
I rzeczywiście, kilka minut później czerwono-fioletowe światło
powróciło. Kaladin Przywiązał się w przeciwnym kierunku niż światło i przyśpieszył. Otoczył go szum powietrza, a kiedy dodał piąte Wiązanie,
był na tyle szybki, że czerwone światło nie mogło dotrzymać mu kroku i zaczęło niknąć z tyłu.
Nie jesteś tak niebezpieczny, jeśli nie możesz do mnie dotrzeć, pomyślał
Kaladin. Stopiony najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku i wstęga
światła zanurkowała w dół przez mgłę.
Niestety, Stopiony pewnie wiedział, że Kaladin zamierzał wrócić do
Paleniska. Dlatego, zamiast pędzić dalej, Kaladin również opadł w dół.
Zatrzymał się na szczycie pagórka, który porastały kępy skałopąków. W wilgotnym powietrzu ich pędy rozwijały się swobodnie we wszystkie
strony.
Stopiony stał u podnóża pagórka i patrzył w górę. Tak... ten
ciemnobrązowy strój to rzeczywiście były jego włosy, wyrastające z czubka głowy, długie i ciasno owinięte wokół ciała. Oderwał z ramienia
wyrostek - ostrą broń o nierównej krawędzi - i zwrócił go w stronę
Kaladina. Pewnie wykorzystał jeden z nich jako sztylet, kiedy zaatakował
go od tyłu.
Wyrostek i włosy sugerowały, że kiedy się teleportował, nie mógł
zabierać ze sobą przedmiotów - nie mógł więc trzymać kul z Pustkowym
Światłem przy sobie, ale musiał się wycofać, by znów się napełnić.
Syl przybrała postać włóczni.
- Jestem gotowy! - zawołał Kaladin. - Przyjdź po mnie!
- Żebyś mógł uciec? - odparł Stopiony po alethyjsku, jego głos był
szorstki jak zgrzytające o siebie kamienie. - Wyglądaj mnie kątem oka,
Wiatrowy. Wkrótce znów się spotkamy.
Zmienił się we wstęgę czerwonego światła i zniknął we mgle,
pozostawiając za sobą kolejne rozpadające się ciało.
Kaladin usiadł i odetchnął głęboko. Burzowe Światło opuściło chmurą jego
usta i zmieszało się z mgłą. Kiedy słońce wzniesie się wyżej, wypali ten
opar, ale na razie mgła wciąż spowijała ziemię, wypełniając ją dziwnym
wrażeniem opuszczenia. Jakby przypadkiem wkroczył do snu.
Uderzyła go nagła fala wyczerpania. Tępe uczucie wyczerpującego się
Burzowego Światła połączone ze zniknięciem ekscytacji po walce. I czymś
jeszcze. Czymś, co ostatnio zdarzało się coraz częściej.
Włócznia zniknęła, a zamiast niej pojawiła się Syl, stojąca w powietrzu
przed nim. Nosiła teraz stylową suknię, długą do kostek i dopasowaną,
zamiast zwiewnej dziewczęcej sukienki. Kiedy o to spytał, wyjaśniła, że
Adolin jej doradzał. Jej długie niebiesko-białe włosy niknęły we mgle,
nie nosiła też rękawa na bezpiecznej dłoni. A czemu miałaby? Nie była
człowiekiem, a tym bardziej vorinką.
- No - oparła dłonie na biodrach - pokazaliśmy mu.
- Dwa razy prawie mnie zabił.
- Nie powiedziałam, co właściwie mu pokazaliśmy. - Odwróciła się, by
pełnić straż, na wypadek gdyby to był podstęp. - Dobrze się czujesz?
- Aha - mruknął Kaladin.
- Wyglądasz na zmęczonego.
- Zawsze tak mówisz.
- Bo zawsze wyglądasz na zmęczonego, tępaku.
Podniósł się.
- Poczuję się lepiej, kiedy ruszymy.
- Ty...
- Nie zamierzam znów się o to kłócić. Czuję się dobrze.
I rzeczywiście poczuł się lepiej, kiedy wstał i wciągnął odrobinę
Burzowego Światła. I co z tego, że powróciły bezsenne noce? Radził
sobie, śpiąc jeszcze mniej. Niewolnik Kaladin nie przestałby się śmiać,
gdyby się dowiedział, że ten nowy Kaladin - jasnooki Odpryskowy,
mężczyzna korzystający z luksusowych kwater i ciepłych posiłków -
martwił się z powodu lekkiego niewyspania.
- Chodź - powiedział. - Jeśli zostaliśmy zauważeni w drodze tutaj...
- Jeśli?
- ...ponieważ zostaliśmy zauważeni, wyślą więcej niż jednego Stopionego.
Istoty z Niebios przyjdą po mnie, a to znaczy, że misja jest w niebezpieczeństwie. Wracajmy do miasta.
Czekała z rękami założonymi na piersi.
- W porządku - stwierdził Kaladin. - Miałaś rację.
- I powinieneś mnie częściej słuchać.
- I powinienem cię częściej słuchać.
- I dlatego powinieneś więcej spać.
- Gdybyż to było takie łatwe. - Kaladin wzniósł się w powietrze. -
Chodź.
***
Woal coraz bardziej złościło, że nikt jej nie porwał.
Kroczyła przez targowisko w obozie wojskowym, w pełnym przebraniu, i co
jakiś czas zatrzymywała się przy sklepach. Przez ponad miesiąc nosiła
fałszywą twarz i wygłaszała właściwe uwagi do właściwych ludzi. I wciąż
żadnego porwania. Nie została nawet napadnięta. Dokąd zmierzał ten
świat?
Mogłabym uderzyć nas pięścią w twarz, zauważyła Świetlista, jeśli
dzięki temu poczujesz się lepiej.
Wesołość w wykonaniu Świetlistej? Woal uśmiechnęła się i udała, że
przygląda się owocom na straganie. Jeśli Świetlista żartowała, naprawdę
były bliskie desperacji. Zwykle Świetlista była zabawna jak... jak...
Świetlista zazwyczaj jest równie radosna jak przepastna bestia,
podpowiedziała Shallan, wychodząc na czoło ich osobowości. Taka ze
szczególnie wielkim szmaragdem w środku...
Tak, o to chodziło. Woal poczuła ciepło pochodzące od Shallan i nawet
Świetlistej, która zaczynała doceniać humor. Przez ostatni rok osiągnęły
stan wygodnej równowagi. Nie były już tak oddzielne jak wcześniej i bez
trudu zmieniały tożsamość.
Wydawało się, że wszystko układa się tak dobrze. Co oczywiście sprawiło,
że Woal zaczęła się martwić. Czyżby układało się za dobrze?
Na razie nieważne. Odeszła od straganu z owocami. Spędziła ten miesiąc w obozach, nosząc twarz kobiety imieniem Chanasha - nisko urodzonej
jasnookiej handlarki, która osiągnęła pewien sukces dzięki wynajmowaniu
zaprzęgów chulli karawanom wędrującym przez Strzaskane Równiny.
Prawdziwa kobieta została przekupiona, by użyczyła swojej twarzy Woal, i teraz mieszkała w bezpiecznym miejscu.
Woal wyszła za róg i ruszyła kolejną ulicą. Obóz wojskowy Sadeasów
wyglądał niemal zupełnie tak, jak to pamiętała z czasów, gdy mieszkała w tych obozach - choć sprawiał wrażenie jeszcze bardziej prymitywnego.
Droga domagała się porządnego oczyszczenia - wozy trzęsły się i podskakiwały na polipach skałopąków. Przy większości straganów stali
wyraźnie widoczni strażnicy. Tutaj nikt nie liczył, że miejscowi
żołnierze utrzymają porządek.
Minęła więcej niż kilkoro handlarzy szczęściem, którzy sprzedawali glify
strażnicze lub inne uroki dla ochrony w tych niebezpiecznych czasach.
Strażników burz próbujących sprzedać listy nadchodzących burz i ich
daty. Zignorowała ich i ruszyła w stronę innego sklepu - takiego, który
sprzedawał porządne, mocne buty. Obecnie w obozach takie rzeczy
sprzedawały się najlepiej. Wielu klientów było przejeżdżającymi
podróżnymi. Gdyby przepytać innych kupców, powiedzieliby to samo. Racje
żywnościowe, które wytrzymają długą podróż. Warsztaty naprawiające wozy
i wózki. I oczywiście wszystko, na co nie było miejsca w Urithiru.
Były również zagrody z niewolnikami. Niemal równie liczne jak burdele.
Kiedy większość cywilów przeniosła się do Urithiru, dziesięć obozów
szybko zmieniło się w obskurny postój dla karawan.
Pod wpływem sugestii Świetlistej Woal obejrzała się ukradkiem przez
ramię, szukając żołnierzy Adolina. Nie było ich widać. Dobrze. Zauważyła
za to, że Wzór obserwował ją z pobliskiej ściany, gotów w razie
konieczności udać się po Adolina.
Wszystko było na swoim miejscu, a zebrane przez nich informacje
sugerowały, że do jej porwania powinno dojść tego dnia. Może powinna
jeszcze trochę popchnąć to do przodu.
W końcu podszedł do niej handlarz butami - krępy mężczyzna z białymi
pasmami w brodzie. Ten kontrast sprawiał, że Shallan zapragnęła go
narysować, więc Woal cofnęła się i pozwoliła, by Shallan przejęła
kontrolę i stworzyła jego Wspomnienie do swojej kolekcji.
- Coś was interesuje, jasności? - spytał.
Woal powróciła.
- Jak szybko mógłbyś załatwić sto par tych? - Postukała w jeden z butów
trzcinką, którą Chanasha zawsze nosiła w kieszeni.
- Sto par? - Mężczyzna nadstawił uszu. - Niedługo, jasności. Cztery dni,
jeśli kolejna dostawa dotrze na czas.
- Doskonale. Mam kontakty ze starym Kholinem w jego głupiej wieży i mogę
sprzedać dużą ilość, jeśli mi je dostarczysz. Oczywiście oczekuję ceny
hurtowej.
- Ceny hurtowej? - powtórzył mężczyzna.
Machnęła trzcinką w powietrzu.
- Naturalnie. Jeśli chcesz wykorzystać moje kontakty, żeby sprzedawać w Urithiru, muszę dostać najlepszą możliwą propozycję.
Mężczyzna podrapał się po brodzie.
- Wy jesteście... Chanasha Hasareh, prawda? Słyszałem o was.
- Dobrze. Wiesz, że nie bawię się w gierki. - Nachyliła się i trąciła go
trzcinką w pierś. - Jeśli będziemy działać szybko, mogę ominąć cła
starego Kholina. Cztery dni. Wyrobiłbyś się w trzy?
- Może. Ale jestem praworządnym człowiekiem, jasności. Dlaczego...?
Omijanie cła byłoby nielegalne.
- Nielegalne jedynie, gdy uznamy, że Kholin ma prawo żądać zapłaty tych
ceł. O ile nic się nie zmieniło, nie jest naszym królem. Może twierdzić,
co tylko zechce, ale teraz, kiedy burze się zmieniły, Heroldowie
przybędą i pokażą mu jego miejsce. Zapamiętaj moje słowa.
Niezła robota, pomyślała Świetlista. Dobrze sobie poradziłaś.
Woal postukała trzcinką w buty.
- Sto par. Trzy dni. Przed końcem dnia przyślę skrybę, żeby
wynegocjowała szczegóły. Umowa stoi?
- Stoi.
Chanasha nie uśmiechała się często, więc Woal nie obdarzyła handlarza
uśmiechem. Wsunęła trzcinkę do rękawa i skinęła mu krótko głową, zanim
ruszyła dalej przez targowisko.
Nie myślicie, że to było zbyt ostentacyjne? - spytała Woal. Ten
ostatni fragment o tym, że Dalinar nie jest królem, wydawał mi się
przesadzony.
Świetlista nie miała pewności - subtelność nie była jej mocną cechą -
ale Shallan wyraziła aprobatę. Musiały bardziej się postarać albo nigdy
nie zostanie porwana. Nawet kręcenie się w pobliżu ciemnej uliczki -
takiej, o której wiedziała, że odwiedzały ją jej cele - nie zwróciło ich
uwagi.
Stłumiwszy westchnienie, Woal ruszyła do winiarni w pobliżu targowiska.
Odwiedzała ją od kilku tygodni i właściciele dobrze ją znali. Według
danych wywiadu, podobnie jak handlarz butami, należeli do Synów Honoru,
organizacji, na którą polowała Woal.
Służąca zaprowadziła Woal z chłodnej otwartej przestrzeni do niedużej
alkowy w rogu, gdzie stał stolik. Tutaj mogła pić w samotności i przeglądać rachunki.
Rachunki. Fuj. Wyciągnęła księgi z torby i położyła je na stole.
Zadawały sobie tyle trudu, żeby się nie zdradzić. Musiały idealnie
podtrzymywać iluzję, a prawdziwa Chanasha każdego dnia sprawdzała księgi
rachunkowe. Wydawało się, że uważa to za uspokajające.
Na szczęście od tego miały Shallan, która zyskała pewne doświadczenie w prowadzeniu rachunków Sebariala. Woal rozluźniła się i pozwoliła Shallan
przejąć kontrolę. Właściwie nie było tak źle. Pracując, rysowała na
marginesach, nawet jeśli nie do końca pasowało to do osoby, którą
udawały. Woal uważała za konieczne, by zawsze zachowywały się
odpowiednio, ale Shallan wiedziała, że od czasu do czasu musiały się
trochę rozluźnić.
Mogłybyśmy się rozluźnić w jaskini hazardu... - pomyślała Woal.
Musiały być tak sumienne również dlatego, że obozy stanowiły wielką
pokusę dla Woal. Hazard bez przejmowania się vorińską przyzwoitością?
Tawerny, w których podawano wszystko, bez żadnych pytań? Obozy wojskowe
różniły się o burzę od siedziby Dalinara Kholina, królestwa idealnej
uczciwości.
W Urithiru było zbyt wielu Wiatrowych, a mężczyźni i kobiety potykali
się o własne nogi, byle tylko ktoś nie stłukł sobie łokcia o krzywo
postawiony stół. Jednakże to miejsce... Woal mogłaby je polubić. Może
więc lepiej, by zachowywały się dokładnie tak jak kobieta, którą
naśladowały.
Shallan próbowała się skupić na rachunkach. Wiedziała, że sobie z nimi
poradzi, w końcu szkoliła się jeszcze na księgach swojego ojca. Zaczęła,
nim...
Nim...
Może nadszedł czas, szepnęła Woal. Żeby sobie przypomnieć, raz a dobrze. Wszystko.
Wcale nie.
Ale...
Shallan natychmiast się wycofała.
Nie, nie możemy o tym myśleć. Przejmij kontrolę.
Woal usiadła wygodniej, kiedy służąca przyniosła jej wino. Dobrze.
Pociągnęła długi łyk i próbowała udawać, że sprawdza księgi. Jeśli miała
być szczera, nie mogła czuć złości do Shallan. Dlatego przekierowała ją
na Ialai Sadeas. Że też tej kobiecie nie wystarczało rządzenie małym
udzielnym księstewkiem w tym miejscu, czerpanie zysków z karawan i zatrzymywanie ich dla siebie. O nie. Musiała planować burzową zdradę.
I dlatego Woal próbowała podliczać rachunki i udawać, że jej się to
podoba. Pociągnęła kolejny długi łyk. Wkrótce zaczęło jej się kręcić w głowie i prawie wciągnęła Burzowe Światło, by to wypalić - ale się
zatrzymała. Nie zamówiła niczego szczególnie upajającego. Jeśli więc
zaczynało jej szumieć w głowie...
Podniosła wzrok, ale widziała coraz mniej wyraźnie. Zaprawili jej wino!
W końcu, pomyślała, zanim osunęła się na krzesło.
***
- Nie rozumiem, co w tym takiego trudnego - powiedziała Syl, kiedy ona i Kaladin zbliżali się do Paleniska. - Wy, ludzie, śpicie dosłownie
codziennie. Ćwiczyłeś to od urodzenia.
- Można by tak sądzić, prawda? - Kaladin wylądował pod miastem.
- Oczywiście, że tak, w końcu właśnie tak powiedziałam.
Syl usiadła mu na ramieniu i obserwowała to, co działo się za jego
plecami. Mówiła lekkim tonem, ale Kaladin wyczuwał w niej napięcie,
jakie sam odczuwał, jakby powietrze zostało mocno naciągnięte.
"Wyglądaj mnie kątem oka, Wiatrowy". Poczuł fantomowy ból szyi w miejscu, w które Stopiony raz za razem wbijał sztylet.
- Nawet noworodki umieją spać - zauważyła Syl. - Jedynie ty potrafisz
zmienić coś tak prostego w coś skrajnie trudnego.
- Tak? A ty umiesz to zrobić?
- Położyć się. Przez chwilę udawać, że jest się martwym. Wstać.
Łatwizna. Aha, ponieważ chodzi o ciebie, dodam ostatni obowiązkowy krok:
narzekać.
Kaladin ruszył w stronę miasta. Syl spodziewała się reakcji, ale on nie
miał na to ochoty. Nie z irytacji, ale bardziej z powodu... swego
rodzaju ogólnego zmęczenia.
- Kaladinie?
Przez te ostatnie miesiące czuł się oddzielony. Przez te ostatnie
lata... jakby życie wszystkich innych trwało dalej, ale Kaladin był od
nich odizolowany i niezdolny do interakcji. Jakby był obrazem wiszącym w korytarzu i patrzącym na mijające go życie.
- W porządku. Odegram twoją rolę. - Obraz Syl się rozmył i stała się
idealną kopią Kaladina siedzącą na jego ramieniu. - No, no - powiedziała
warczącym, niskim głosem. - Gderu gder. Do szeregu. Burzowy deszcz,
psujący tę jakże koszmarną pogodę. Poza tym zakazuję palców u stóp.
- Palców u stóp?
- Ludzie ciągle się potykają! Nie mogę pozwolić, żebyście robili sobie
krzywdę. Dlatego od tej pory zakaz palców u stóp. W przyszłym tygodniu
spróbujemy nie mieć stóp. A teraz idźcie coś zjeść. Jutro wstaniemy
przed świtem, żeby poćwiczyć gniewne miny.
- Aż taki zły nie jestem - mruknął Kaladin, ale nie mógł powstrzymać
uśmiechu. - Poza tym twój głos Kaladina bardziej przypomina Tefta.
Przeobraziła się z powrotem i usiadła wyprostowana, wyraźnie zadowolona
z siebie. A on musiał przyznać, że humor mu się poprawił. Na burze,
pomyślał, gdzie bym teraz był, gdybym jej nie znalazł?
Odpowiedź była oczywista. Byłby martwy na dnie rozpadliny, do której
wskoczyłby w ciemności.
Kiedy zbliżyli się do Paleniska, panował względny spokój. Uchodźcy znów
stali w kolejce, a pieśniarze w wojnoformie, ci, którzy przybyli razem
ze Stopionym, czekali w pobliżu ojca Kaladina i nowej pani miasta ze
złożoną bronią. Wszyscy rozumieli, że ich kolejne posunięcia w dużej
mierze zależały od wyniku pojedynku Kaladina.
Podszedł bliżej i chwycił powietrze przed sobą, a wtedy w jego dłoni
pojawiła się Włócznia Syl, srebrna i majestatyczna. Pieśniarze sięgnęli
po broń, głównie miecze.
- Możecie walczyć ze Świetlistym bez wsparcia, jeśli chcecie -
stwierdził Kaladin. - A jeśli nie macie ochoty dziś umierać, możecie
zebrać pieśniarzy z tego miasteczka i wycofać się o pół godziny marszu
na wschód. Jest tam burzowy schron dla ludzi z dalej położonych
gospodarstw, Abiajan z pewnością was do niego zaprowadzi. Zostańcie tam
do zachodu słońca.
Sześcioro żołnierzy rzuciło się na niego.
Kaladin westchnął i sięgnął po Burzowe Światło z kilku kul. Potyczka
trwała około trzydziestu sekund. Jedna z pieśniarek padła martwa z wypalonymi oczyma, a pozostali wycofali się, gdy ich broń została
przecięta na pół.
Niektórzy uważaliby ten atak za akt odwagi. Przez większość historii
Alethkaru żołnierzy zachęcano do rzucania się na Odpryskowych.
Generałowie uczyli, że nawet minimalna szansa zdobycia Odprysku była
warta ogromnego ryzyka.
To było głupotą samą w sobie, ale do tego po śmierci Kaladina nie
pozostałoby Ostrze. Był Świetlistym i ci żołnierze o tym wiedzieli. Z tego, co widział, nastawienie pieśniarzy zależało w dużym stopniu od
Stopionego, któremu służyli. Fakt, że ci tutaj byli gotowi bezsensownie
poświęcić życie, nie świadczył dobrze o ich panu.
Całe szczęście pozostała piątka posłuchała Abiajan i innych pieśniarzy z Paleniska, którzy - z niejakim wysiłkiem - przekonali ich, że mimo
odwagi w walce zostali pokonani. Po krótkim czasie wszyscy powlekli się
przez rozpraszającą się mgłę.
Kaladin znów spojrzał w niebo. Powinni być już blisko, pomyślał,
podchodząc do posterunku, gdzie czekała jego matka. Jej długie do
ramion, rozpuszczone włosy okrywała wzorzysta chusta. Objęła Kaladina
ramieniem, wciąż trzymając małego Orodena - który wyciągnął ręce do
brata, by ten wziął go na ręce.
- Robisz się coraz wyższy! - powiedział do chłopca.
- Gagadin!
Dziecko zamachało rękami w powietrzu, próbując złapać Syl, która miała w zwyczaju ukazywać się rodzinie Kaladina. Zrobiła to, co zawsze,
przybierała kształty różnych zwierząt i skakała w powietrzu wokół
chłopczyka.
- Jak tam Lyn? - spytała matka Kaladina.
- Czy to zawsze musi być twoje pierwsze pytanie?
- Prawo matki - odparła Hesina. - I jak?
- Zerwała z nim. - Syl przybrała teraz postać malutkiego świetlistego
ostrogara. Słowa brzmiały dziwnie, wydobywając się z jego pyska. - Tuż
po naszych ostatnich odwiedzinach.
- Och, Kaladinie. - Matka znów go objęła. - Jak on to znosi?
- Dąsał się przez dobre dwa tygodnie - odparła Syl - ale myślę, że już
mu przeszło.
- On tu stoi - zauważył Kaladin.
- I nie odpowiada nawet na pytania na temat swojego życia osobistego.
Przez co zmusza swą biedną matkę, by zwróciła się do innych, boskich
źródeł.
- Widzisz. - Syl harcowała teraz jako kremlik. - Ona wie, jak należy
mnie traktować. Z całą godnością i szacunkiem, na jaki zasługuję.
- Czyżby znów przestał cię szanować, Syl?
- Minął co najmniej dzień od chwili, gdy wspomniał, że jestem wspaniała.
- To naprawdę niesprawiedliwie, że muszę sobie radzić z wami obiema
jednocześnie. Czy ten herdazki generał dotarł do miasta?
Hesina wskazała na pobliski budynek wciśnięty między dwa domy - jedną z drewnianych szop na narzędzia rolnicze. Nie wyglądała na szczególnie
solidną, część desek była wypaczona, a niedawna burza je poluzowała.
- Ukryłam ich tam, kiedy zaczęła się walka - wyjaśniła Hesina.
Kaladin oddał jej Orodena i ruszył w stronę szopy.
- Znajdź Laral i zbierz mieszkańców. Dziś nadchodzi coś wielkiego, a ja
bym nie chciał, żeby wpadli w panikę.
- Wyjaśnij, co masz na myśli, mówiąc "wielkiego", synu.
- Zobaczysz.
- Porozmawiasz z ojcem?
Kaladin zawahał się, po czym spojrzał przez spowite mgłą pole w stronę
uchodźców. Mieszkańcy miasteczka zaczęli wychodzić z domów, żeby
zobaczyć, co to za zamieszanie. Nie mógł dostrzec ojca.
- A dokąd poszedł?
- Sprawdzić, czy ta parshmenka, którą ciąłeś, rzeczywiście jest martwa.
- Oczywiście, że tak. - Kaladin westchnął. - Lirinem zajmę się później.
W szopie kilku bardzo nerwowych Herdazów wyciągnęło sztylety, kiedy
otworzył drzwi. W odpowiedzi wciągnął odrobinę Burzowego Światła, a wtedy z jego skóry podniosły się smużki świetlistego dymu.
- Na Troje Bogów - szepnął jeden z nich, wysoki mężczyzna z kucykiem. -
To prawda. Wróciłeś.
Ta reakcja zaniepokoiła Kaladina. Ten człowiek, walczący o wolność
Herdazu, powinien wcześniej spotkać Świetlistych. W idealnym świecie
armie koalicji Dalinara już od miesięcy wspierałyby walkę Herdazów o wolność.
Tyle tylko że wszyscy porzucili Herdaz. Niewielki kraj wydawał się
bliski upadku, a armie Dalinara lizały rany po Bitwie o Pola Thaylen.
Później zaczęły docierać raporty o tym, że Herdaz stawia opór. Każdy
raport brzmiał tak, jakby Herdazowie byli już u kresu możliwości, więc
zasoby przerzucano na inne fronty, z większą szansą na wygraną. Ale za
każdym razem Herdaz stawiał opór i nieustępliwie nękał wroga. Armie
Odium utraciły dziesiątki tysięcy żołnierzy, walcząc w tym małym kraju
pozbawionym znaczenia strategicznego.
Choć Herdaz w końcu upadł, wróg zapłacił za to zadziwiająco wysoką cenę
krwi.
- Który z was to Norka? - Kiedy Kaladin mówił, z jego ust wypływało
świetliste Burzowe Światło.
Wysoki mężczyzna wskazał na tyły szopy, gdzie o ścianę opierała się
ciemna sylwetka spowita płaszczem. Kaladin nie widział jego twarzy pod
kapturem.
- To dla mnie zaszczyt, spotkać legendę. - Kaladin zrobił krok do
przodu. - Otrzymałem polecenie, by oficjalnie zaprosić cię do dołączenia
do koalicyjnej armii. Zrobimy, co w naszej mocy, dla twojego kraju, ale
na razie oświecony Dalinar Kholin i królowa Jasnah Kholin pragną poznać
człowieka, który tak długo powstrzymywał wroga.
Norka się nie poruszył. Wciąż siedział ze zwieszoną głową. W końcu jeden
z jego ludzi podszedł bliżej, złapał go za ramię i potrząsnął.
Płaszcz się zsunął, a całe ciało upadło bezwładnie, ukazując płótna
zwinięte w taki sposób, by przypominały sylwetkę człowieka w płaszczu z kapturem. Kukła? Co do nieznanego imienia Ojca Burz?
Żołnierze robili wrażenie równie zaskoczonych, choć wysoki jedynie
westchnął i spojrzał z rezygnacją na Kaladina.
- On to czasem robi, oświecony.
- Robi co? Zmienia się w stertę szmat?
- Wyślizguje się - wyjaśnił mężczyzna. - Lubi sprawdzać, co uda mu się
zrobić, żeby nikt nie zauważył.
Inny z mężczyzn przeklinał po herdazku, przeszukując pobliskie beczułki,
aż w końcu odsłonił jedną z obluzowanych desek. Otwór wychodził na
ciemne przejście między budynkami.
- Znajdziemy go gdzieś w mieście, jestem tego pewien - powiedział
Kaladinowi. - Dajcie nam kilka minut, żebyśmy go wytropili.
- Można by się spodziewać, że nie będzie się bawił w takie gierki -
stwierdził Kaladin - biorąc pod uwagę, jak niebezpieczna jest sytuacja.
- Wy... nie znacie naszego gancho, oświecony. On traktuje niebezpieczne
sytuacje w dokładnie taki sposób.
- Nie lubi, żeby go łapać - dodał inny, kręcąc głową. - Kiedy
niebezpieczeństwo, on znika.
- I porzuca swoich ludzi? - Kaladin był zdumiony.
- Nikt nie przeżyłby tak długo jak Norka, gdyby nie umiał wyślizgiwać
się z sytuacji, z których inni nie potrafią się wydostać - stwierdził
wysoki Herdaz. - Gdybyśmy znaleźli się w niebezpieczeństwie, spróbowałby
po nas wrócić. A gdyby mu się nie udało... cóż, jesteśmy jego
strażnikami. Każdy z nas oddałby życie, żeby jemu udało się uciec.
- Nie żeby nas potrzebował. Sama Ganlos Riera go nie złapała!
- Znajdźcie go, jeśli wam się uda, i przekażcie mu moją wiadomość -
powiedział Kaladin. - Musimy jak najszybciej opuścić miasteczko. Mam
powody podejrzewać, że zbliżają się do nas większe siły Stopionych.
Herdazowie mu zasalutowali, choć nie musieli tego robić, w końcu był
wojskowym z innego kraju. W obecności Świetlistych ludzie robili dziwne
rzeczy.
- Dobra robota! - odezwała się Syl, kiedy wyszli z szopy. - Prawie się
nie skrzywiłeś, kiedy nazwali cię oświeconym.
- Jestem, kim jestem.
Kaladin minął matkę, naradzającą się teraz z Laral i oświeconym
Roshonem. Dostrzegł ojca, który organizował kilku byłych żołnierzy
Roshone'a, próbujących zapanować nad uchodźcami. Wyraźnie krótsza
kolejka świadczyła, że kilkoro uciekło.
Lirin dostrzegł zbliżającego się syna i zacisnął wargi. Chirurg był
niskim mężczyzną - Kaladin odziedziczył wzrost po matce. Odszedł od
grupki, chustką otarł pot z czoła i łysiejącej głowy, po czym zdjął
okulary i przetarł je w milczeniu, kiedy Kaladin podszedł bliżej.
- Ojcze.
- Miałem nadzieję - powiedział cicho Lirin - że nasza wiadomość skłoni
cię do przybycia ukradkiem.
- Próbowałem. Ale Stopieni wystawili w całym kraju posterunki do
obserwowania nieba. Mgła nagle się rozproszyła, kiedy zbliżyłem się do
jednego z nich, i zostałem odsłonięty. Miałem nadzieję, że mnie nie
zobaczyli, ale... - Wzruszył ramionami.
Lirin znów założył okulary i obaj wiedzieli, że się zamyślił. Lirin
ostrzegał Kaladina, że jeśli nie przestanie ich odwiedzać, sprowadzi
śmierć na Palenisko. Dziś spotkała pieśniarkę, która go zaatakowała.
Lirin przykrył ciało całunem.
- Jestem żołnierzem, ojcze. Walczę dla tych ludzi.
- Każdy głupi z dwiema rękami może wziąć włócznię. Ja szkoliłem twoje
ręce do czegoś lepszego.
- Ja... - Kaladin przerwał i odetchnął głęboko. Z daleka dobiegło
charakterystyczne dudnienie. W końcu. - Omówimy to później. Spakuj
wszystko, co chciałbyś ze sobą zabrać. Szybko. Musimy odejść.
- Odejść? Już ci mówiłem. Mieszkańcy miasteczka mnie potrzebują. Nie
porzucę ich.
- Wiem. - Kaladin wskazał na niebo.
- Co ty...
Lirin urwał, kiedy z mgły wyłonił się ogromny czarny cień, lecący powoli
niewiarygodnych rozmiarów pojazd. Po obu jego stronach szybowały dwa
tuziny Wiatrowych, świecących jasno Burzowym Światłem.
Nie był to statek, tylko raczej olbrzymia platforma unosząca się w powietrzu. Wokół Lirina i tak powstały podziwospreny przypominające
kręgi niebieskiego dymu. Cóż, kiedy Kaladin po raz pierwszy zobaczył,
jak Navani podnosi platformę, też zagapił się z otwartymi ustami.
Platforma zasłoniła słońce, rzucając cień na Kaladina i jego ojca.
- Powiedziałeś jasno i wyraźnie, że ty i matka nie porzucicie
mieszkańców Paleniska. Dlatego postarałem się zabrać ich z nami.