Rozdział 1
Mateusz Dafner pragnął, aby ten dzień wreszcie się skończył. Z samego rana zaskoczyła go korespondencja z sądu, z informacją, że jego była żona żąda od niego alimentów. W uzasadnieniu napisała, że po rozwodzie jej życie legło w gruzach, a status materialny znacząco się pogorszył.
"Głupia krowa, nie dosyć, że zostawiłem jej mieszkanie w Krakowie, to teraz chce jeszcze pensji na drobne wydatki. Niedoczekanie" - pomyślał Dafner.
Zawsze miała nierówno pod sufitem. Że też Mateusz nie widział tego w dniu ślubu, kiedy znajomi ostrzegali go przed nią! Zdawał sobie sprawę, że trwające kilka lat małżeństwo wpłynęło negatywnie na jego zdrowie psychiczne. Cóż jednak miał zrobić? Musiał popychać ten wózek, zwany życiem, przed siebie, mimo że sflaczałe opony przy każdym kroku wpadały w kolejne dziury i bruzdy.
Jakby nieszczęść było mało, wróciły jeszcze te cholerne migreny. Mateusz sądził, że ma z nimi spokój, bo od dobrych kilkunastu miesięcy niemal nie narzekał na ból głowy. Niestety pojawiły się w najgorszym momencie, wyczekując zapewne, aż podkomisarz znajdzie się pod wozem - bo tylko tak można było określić to, co obecnie działo się z jego życiem. Dafner dokładnie pamiętał, jak przebiega migrenowy scenariusz. Zaczyna się ćmieniem w okolicach skroni, które z czasem przeradza się w pulsujący uporczywy ból, aby na koniec sparaliżować człowieka na dobre. Należało zawczasu zaatakować cichego wroga, czającego się pod czaszką, kilkoma mocnymi tabletkami ketoprofenu. Pozostawało tylko pytanie, skąd wziąć takie medykamenty? Zwykły paracetamol na nic się tu nie zda. Od czasu przeprowadzki z Krakowa do Jaworzna policjant nie korzystał jeszcze z usług służby zdrowia. Nawet nie zgłosił, że zmienia lekarza rodzinnego, bo ten najnormalniej w świecie nie był mu dotychczas potrzebny. Rano należało się tym zająć, zanim uporczywe bóle wrócą na dobre.
Niestety, pula nieszczęść na ten dzień jeszcze się nie wyczerpała. Mężczyzna, jadąc z pracy do domu, złapał gumę. Oczywiście okazało się, że w bagażniku jego starego Citroena nie ma klucza do kół - kupując rzęcha nawet nie sprawdził, czy zestaw naprawczy jest kompletny. Dziwne, że przez tych kilka lat w Krakowie nigdy nie przebił opony! Dafner stanął na poboczu i niczym rasowy autostopowicz zaczął zatrzymywać pojazdy. Po dziesięciu minutach bezowocnego wymachiwania kciukiem doszedł do wniosku, że czas na bardziej drastyczne środki. Wyciągnął policyjną odznakę i zatrzymał jakiegoś wystraszonego starszego mężczyznę, który widząc ją, o mało nie wpadł do rowu. Na domiar złego ochlapał Mateusza wodą z kałuży. Podkomisarz machnął na to ręką, będąc wdzięcznym kierowcy za pożyczenie klucza. Myliłby się ten, kto stwierdziłby, że na jeden dzień to przecież nazbyt wiele złych zdarzeń. Jakby na dokładkę Dafner otrzymał służbowe wezwanie do miejsca, gdzie budowlańcy podczas prac remontowych natrafili na niecodzienne znalezisko.
Zjechał z asfaltowej drogi i ruszył polnym traktem wzdłuż zalewu Sosina do miejsca, oznaczonego białymi policyjnymi taśmami. Zatrzymał samochód, dochodząc do wniosku, że dalej już nie pojedzie. Spojrzał w niebo i choć jeszcze nie padało, zapowiadało się na sporą ulewę. Sierpień nie rozpieszczał pogodą, bo praktycznie przez cały czas, z drobnymi przerwami, lało. A może tylko w tym zapomnianym przez Boga miejscu pogoda płatała takie figle? Co gorsza, Dafner odniósł wrażenie, że woda spływająca z góry jest brudna: oblepia człowieka, pozostawiając na ubraniach smolistą breję, której nie można w żaden sposób sprać. Choć krakowskie powietrze uchodziło za najgorsze w Polsce, to podkomisarz nie mógł pozbyć się odczucia, że w Jaworznie jest znacznie gorzej. Sądził czasem, że się udusi. Otwierał okna w swoim biurze na komendzie, jednak na niewiele się to zdawało. Jakby jego płuca wypełniała czarna sadza, choć przecież wiele lat temu rzucił palenie. A może była to kwestia pyłów kopalnianych, których na Śląsku unosiło się znacznie więcej niż w innych regionach kraju? Doszedł do wniosku, że musi po prostu trochę poczekać, aby płuca przyzwyczaiły się do nowego powietrza.
Sięgnął po parasol leżący na dywaniku pasażera i otworzył drzwi, po czym wyszedł na zewnątrz. Dokładnie w tym momencie zaczęło kropić.
- Pierdolę - przeklął po cichu.
Rozłożył parasol i ruszył błotnistą ścieżką w stronę dwóch niewyraźnych postaci majaczących na skraju lasu, wzdłuż którego ciągnął się sporej wielkości rów. Na powierzchni o wymiarach dwudziestu metrów kwadratowych, na drewnianych palach, zamocowana została policyjna taśma. Dochodziła ósma wieczorem, liście drzew zaszeleściły. Gałęzie uginały się pod wpływem porywistego wiatru, gwiżdżącego niczym zmarli, próbujący wydostać się z czyśćca. Rozpadało się na dobre.
- Kurwa! - rzucił Dafner, kiedy jego stopa, obuta w nowy skórzany pantofel ugrzęzła w błocie. Poczuł jak skarpetka nabiera wilgoci. - Za jakie grzechy? - wypalił, odklejając buta od grząskiej powierzchni. Spojrzał jeszcze w stronę lasu, uginającego się pod podmuchami wyjącego wiatru. O ile wcześniej panowała szaruga, to teraz zrobiło się całkiem ciemno. Ołowiane chmury zebrały się nad Jaworznem, jakby chciały ukarać miasto za wszystkie złe uczynki jego mieszkańców. Mężczyzna dotarł do dwójki osób, stojących na kilku drewnianych deskach, zaimprowizowanych naprędce w coś w rodzaju podestu, i kulących się pod jednym parasolem.
- Czy to nie mogło poczekać? - zapytał, witając się z aspirant sztabową Darią Kalińską. Wraz z kobietą i naczelnikiem stanowili trzyosobowy wydział kryminalny. Byli zarówno zespołem dochodzeniowo-śledczym, jak i operacyjnym - w zależności od potrzeb i od tego, co się akurat wydarzyło. W takim mieście jak Jaworzno, liczące niecałe sto tysięcy mieszkańców, nie trzeba było większej obsady. Obok aspirantki stał Waldemar Jarmurz policjant dochodzeniówki, którego Dafner spotkał dotychczas kilkukrotnie, choć nigdy nie zamienił z nim więcej niż dwa zdania. Wyglądało na to, że Daria znała się z nim doskonale, bo przypominali parę kochanków, chroniących się pod jednym parasolem. Niestety, on czuł się kompletnie obcy, niczym intruz, który próbuje wprowadzać nowe zasady ludziom przywykłym do rutyny.
- Poczekać? Jak długo? - rzuciła Kalińska z pretensją w głosie.
Daria była niewysoka, choć kształtna i proporcjonalnie zbudowana, co podkomisarz dostrzegł stosunkowo niedawno. Nigdy nie eksponowała swoich atrybutów, nosząc się raczej skromnie. Długie blond włosy i lekko zadarty do góry nos sprawiały, że przy pierwszym kontakcie zdawała się zarozumiała. Niestety przy drugim i kolejnych wrażenie to nasilało się jeszcze bardziej. A może tylko do Dafnera policjantka miała tak szorstki stosunek? Była trzydziestopięcioletnią singielką, co w dzisiejszych czasach nie należało do rzadkości, a jednak, zważywszy urodę dziewczyny, brak faceta u jej boku mógł dziwić. Stała na wąskiej desce, ubrana w żakiet i czerwoną kurtkę przytulała się do mundurowego z dochodzeniówki, spoglądając od czasu do czasu na buty, jakby sprawdzała, czy nie są ubłocone.
- Aż przestanie padać - bąknął podkomisarz, po czym zdał sobie sprawę, że przy obecnej pogodzie pewnie szybko to nie nastąpi. Był w Jaworznie dopiero od kilku tygodni a już nienawidził tego miasta tak bardzo, że gdyby tylko mógł, przy pierwszej nadarzającej się okazji, poprosiłby komendanta o przeniesienie. Niestety, dopiero trafił tu z Krakowa i to bynajmniej nie z własnej woli. Najwyraźniej miała to być jego pokuta.
Daria zmierzyła Mateusza marsowym spojrzeniem, po czym dała sygnał mundurowemu, który wyciągnął z kieszeni mocną latarkę i zapalił. Jasny snop światła wpadł do wnętrza trzymetrowego rowu. Dafner, próbując cokolwiek dostrzec, przyglądał się przez chwilę wodnistej brei, która utworzyła się na dnie.
- Spójrzcie tam, gdzie świecę - powiedział Jarmurz, przekazując parasolkę aspirantce i kucając nad dołem.
Mateusz, choć był już po czterdziestce, nigdy nie narzekał na wzrok. Po chwili spostrzegł więc zarysy czaszki, piszczeli i kości udowych, oblepionych grudkami ziemi. Gdzieniegdzie - w miejscach, gdzie woda wypłukała nieco błoto - dawało się dostrzec bielsze fragmenty kośćca. Jednak to, co w tym wszystkim było najdziwniejsze, to zardzewiałe stalowe pręty, którymi całość została zespolona.
- Szkielet? - wymamrotał Dafner, który przestał walczyć z wodą nalewająca mu się do butów. Pewnie stanąłby na desce obok aspirant sztabowej, ale niestety nikt mu tego nie zaproponował. A on nie zamierzał się prosić. Przeszło mu nawet przez myśl, że może powinien zagrać twardziela, złożyć parasol i wystawić się na działanie deszczu. Dość szybko doszedł jednak do wniosku, że to nie byłby najlepszy pomysł, szczególnie teraz, kiedy migrenowe bóle głowy robiły się coraz bardziej uciążliwe. Poszukał mniej mokrego miejsca i nachylił się nad rowem.
- Jak to znaleziono? - zapytał.
- Budowlańcy wymieniali rury na nowe, ciągnąc wodociąg w stronę ulicy Bukowskiej. Koparka natknęła się na stalowe pręty, a potem na czaszkę - tłumaczył funkcjonariusz, ocierając twarz z wody. - Wstrzymali prace i wezwali nas - dodał.
- Wezwaliście techników?
- Tak, już jadą - mruknęła Daria, podchodząc bliżej do dołu. Nachyliła się, aby przyjrzeć się szkieletowi. Mateusz i Waldemar spojrzeli najpierw na siebie, a potem na kształtny tyłek policjantki i uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.
Dafner zdał sobie sprawę, że w zasadzie Daria mogła darować mu wizytę w tym nieciekawym miejscu. Była w stanie załatwić wszystko sama, a nie wzywać go do zadrutowanego szkieletu, który leżał tu pewnie od czasów wojny. Wszystko wskazywało na to, że wezwała go celowo, nie mogła mu przecież pozwolić siedzieć przed telewizorem, oglądać mecz i popijać piwo. Skoro ona miała zepsuty wieczór, to on też równie dotkliwie mógł odczuć trudy policyjnej pracy. "Kurwa jego mać, mentalność psa ogrodnika" - przeszło przez myśl podkomisarzowi.
- Mamy tu w okolicy antropologa? - spytał głośno.
- Jest w Katowicach - bąknął Jarmurz.
- Z tego miejsca słabo to widać - zaczęła Kalińska - ale jeśli się dobrze przyjrzeć, to widać, że to nie jest zwykły szkielet. Kości wraz z prętami tworzą jakiś symetryczny kształt.
- Może operator koparki nie zauważył szkieletu i go naruszył - zastanawiał się Mateusz.
- Podobno przestał kopać jak tylko zobaczył czaszkę - dodał Waldemar.
Policjantka miała wredny charakter i Dafner nie żywił do niej sympatii. Nie można było jednak odmówić jej bystrości i spostrzegawczości. Podkomisarz zmrużył oczy, próbując wzrokiem oddzielić błoto oraz wodę, zalegającą na dnie rowu, od kości. I faktycznie, przy odpowiednim spojrzeniu, można było dostrzec kształt dwóch trójkątów a może rombu. Całość przykręcona była śrubami do płaskich prętów.
- Przywieźcie tu jakieś zadaszenie i osuszcie ten rów. Niech technicy zrobią dokładne zdjęcia i zabezpieczą teren. Może obok ciała uda się znaleźć jakieś przedmioty codziennego użytku, może fragmenty ubrania czy coś - zawyrokował.
- Może chcesz się tym zająć? - zapytała Daria, spoglądając na niego wyzywająco.
- To jest rozkaz a nie prośba - rzucił Mateusz, gromiąc podwładną wzrokiem.
- Tak jest - zasalutowała aspirant sztabowa.
Za podobne wybryki, sugerujące lekceważenie przełożonego, w Krakowie policjant dostałby jeśli nie naganę, to przynajmniej ochrzan od naczelnika. Na tym zadupiu, najwyraźniej stopnie służbowe nic nie znaczyły, bo każdy robił, co chciał. Dafner zamierzał splunąć, aby wyrazić swoje niezadowolenie dla postawy Darii, powstrzymał się jednak, nie chcąc walczyć tą samą bronią, co ona.
- Powiadomiliście prokurator Morawską?
- Tak. Powiedziała, że pojawi się, jak tylko przestanie padać - rzuciła Kalińska.
"Czyli za miesiąc" - pomyślał Mateusz.
- Niepotrzebnie pan wjeżdżał w tę drogę - powiedział Jarmurz, wskazując ręką na samochód Dafnera. - Podczas deszczu zamienia się w bagno.
- Dam sobie radę - odpowiedział, machając ręką z lekceważeniem.
Miał dosyć, musiał się położyć, napić piwa i odpocząć. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę samochodu zaparkowanego przy drodze. Zanim jednak do niego dotarł, ze trzy razy poślizgnął się, o mało nie lądując w błocie. Złożył parasol i położył go na dywaniku pasażera. Usiadł za kierownicą, nie zwracając uwagi, że wszystko było kompletnie zapaskudzone. Pomyślał, że dokładnie tak wygląda obecnie jego życie.
- To jest jakieś piekło - mruknął pod nosem, uruchamiając silnik. Nacisnął pedał gazu i zdziwił się, kiedy pojazd zamiast ruszyć z miejsca, wydał z siebie tylko dziwny dźwięk, niczym głośne westchnięcie, po czym zakopał się w błotnistej ziemi. Dafner próbował rozkołysać samochód, aby wydostać się z koleiny, niestety za każdym razem pogrążał się coraz bardziej.
- Kurwa mać! Przecież to się nie może dziać naprawdę - zaklął, zastanawiając się, co zrobić.
Podjął jeszcze kilka rozpaczliwych prób wyjechania, jednak ostatecznie dał za wygraną. Poirytowany walnął kilkukrotnie pięścią w kierownicę.
"A na koniec dnia dostanę pewnie udaru" - pomyślał.
Przetarł twarz dłońmi, ocierając pot, połączony z deszczówką. Zabrał mokry parasol z dywanika pasażera i wysiadł z samochodu. Doczłapał do Waldemara i Darii i spojrzał na nich wzrokiem psa, który zerwał się ze smyczy i pobiegł za suczką, a teraz wraca po kilku dniach głodny, mokry i wyczerpany, licząc, że właściciele przygarną go z powrotem pod ciepły dach. Pewnie Jarmurz dawno wpadłby na pomysł, aby Dafnerowi pomóc, bo widział jak ten męczy się na błotnistej drodze. Najwyraźniej jednak Kalińska odpowiednio go przeciwko podkomisarzowi nastawiła. Widać było, że czekają, aż Mateusz zacznie się przed nimi kajać.
- Moglibyście mnie pchnąć? - zapytał, choć słowa nie chciały przejść mu przez gardło.
- Niepotrzebnie wjeżdżał pan w polną drogę - rzucił Waldemar, jakby chciał powiedzieć "a nie mówiłem".
- Przyznaję. Miałeś rację - bąknął Mateusz, dając mundurowemu do zrozumienia, że nie zamierza z nim dyskutować. - Muszę jednak jakoś wydostać się z tego gówna.
Policjant i Daria z widocznym ociąganiem ruszyli za Mateuszem, aby po chwili wypchnąć jego samochód z koleiny. Ubrudzili się i ubłocili przy okazji, klnąc na czym świat stoi.
- Chodźmy do samochodu, poczekamy na przybycie pani prokurator i techników - rzuciła Kalińska. - Pan cwaniaczek się wylogował, bo nie chce sobie ubłocić nowych bucików - podsumowała z irytacją w głosie.