"Genre": słowo, które tylko Francuz mógłby pokochać
Referat wygłoszony w lutym 2004 roku w Seattle na zorganizowanej przez Public Literary Association prekonferencji na temat gatunków literackich, poprawiony w 2014 roku.
Pojęcie "genre" ma rację bytu. Potrzebujemy metody ustalania i definiowania rodzajów prozy narracyjnej, a genre dostarcza narzędzia, z którym możemy przystąpić do pracy. Korzystanie z niego wiąże się jednak z dwoma dużymi problemami. Po pierwsze, tak często używano go niezgodnie z przeznaczeniem, że teraz trudno się nim posługiwać jak należy - przypomina porządny śrubokręt, który cały się powyginał, bo jakiś bałwan podważał nim płyty chodnikowe.
Genre jest ogólnym określeniem "rodzaju lub gatunku, zwłaszcza w obrębie literatury i sztuki", podaje Oxford English Dictionary. Słowo to odnajdujemy też w terminie peinture de genre, oznaczającym malarstwo rodzajowe, czyli obrazy o szczególnej tematyce: "związane z codziennym życiem i obyczajami".
"Codzienne życie i obyczaje" to również tematyka powieści realistycznej, literackiego odpowiednika malarstwa rodzajowego. Odkąd jednak zaczęto używać terminu "genre" w odniesieniu do literatury, oznacza on wszystko, tylko nie to, co realistyczne i codzienne. Za prozę gatunkową paradoksalnie uznaje się utwory o tematyce odległej od zwyczajnego życia - westerny, kryminały, thrillery szpiegowskie, romanse, horrory, fantasy, science fiction i tak dalej.
Realizm ma szerszą tematykę od wszystkich wymienionych gatunków, z wyjątkiem fantastyki; ale to on był preferowanym kierunkiem dwudziestowiecznego modernizmu. Zamykając fantastykę w szufladce z literaturą dziecięcą lub szmirą, modernistyczni krytycy oczyścili pole dla powieści realistycznej. Realizm zajął centralną pozycję. Słowo "genre" zaczęło oznaczać coś gorszego, pośledniego, i być używane nie w charakterze opisowym, lecz jako negatywny osąd wartościujący. Większość ludzi uważa dziś prozę gatunkową za pisarstwo podrzędne, o którym wszystko mówi jego etykietka, w odróżnieniu od utworów realistycznych, nazywanych po prostu powieściami lub literaturą piękną.
Mamy więc przyjętą hierarchię rodzajów beletrystyki, z "literaturą piękną", niezdefiniowaną, ale obejmującą niemal wyłącznie realizm, na czele. Inne typy literatury albo są niżej na liście, albo po prostu wyrzuca się je na śmietnik na samym jej dnie. Ten system oceny, jak wszystkie arbitralne hierarchie, sprzyja niewiedzy i arogancji. Dostarczając pretekstu do rezygnacji z pożytecznych krytycznych opisów, porównań i opinii, od dziesięcioleci wyrządza poważne szkody nauczaniu i krytyce literatury. Pochwala idiotyzmy typu "Książka fantastycznonaukowa nie może być dobra, a książka dobra nie może być fantastycznonaukowa".
Ocenianie twórczości na podstawie gatunku, do którego należy, jest tym bardziej głupie i szkodliwe, że sama koncepcja gatunku literackiego ostatnimi czasy pruje się w szwach.
To właśnie jest drugi problem z naszym solidnym narzędziem; śrubokręt rozłazi się w ręku, śruby są powykrzywiane. Najlepsze powieści często nie mieszczą się w określonej kategorii, lecz wychodzą poza jej granice, dają początek nowym gatunkom, łączą w sobie, mieszają genre. Siedemdziesiąt lat temu Virginia Woolf zadała pytanie, czy w ogóle można uczciwie pisać literaturę realistyczną. Wielu uczciwych pisarzy przestało próbować.
Zapożycza się terminy, jak "realizm magiczny" i "slipstream" z rodzajów literatury, do których pasują, i pospiesznie zakleja nimi poszerzające się pęknięcia konwencjonalnej struktury narracyjnej. Takie łatki więcej zakrywają, niż obnażają, ich wartość opisowa jest żadna. Najważniejszych pisarzy nie sposób zamknąć w obrębie żadnej z przyjętych kategorii - powiedzcie mi na przykład, jakiego rodzaju prozę pisze José Saramago. Nie jest to realizm, na pewno nie; ale niewątpliwie jest to literatura piękna.
Podobnemu zatarciu ulega także najważniejsza granica, ta między beletrystyką a literaturą faktu. Jorge Luis Borges stwierdził, że w jego przekonaniu każda proza jest beletrystyką. Innymi słowy, do beletrystyki zalicza historię, dziennikarstwo, biografie, pamiętnikarstwo, Don Kichota Cervantesa, Don Kichota Pierre'a Menarda, własne utwory, Piotrusia Królika i Biblię. Obszerna kategoria, ale z intelektualnego punktu widzenia być może praktyczniejsza od wszelkich prób ratowania bezużytecznych rozróżnień.
A jednak kategorie literackie nie są tylko utrwalonym, zabetonowanym wynikiem stereotypowego myślenia recenzentów, mocno zakorzenionych nawyków i zabobonów wydawców oraz zasad, jakimi kierują się księgarnie i biblioteki przy rozkładaniu książek na regałach i ich opisywaniu; są też - nadal - przydatne, może nawet konieczne dla właściwego odbioru literatury. Jeśli nie wiecie, jakiego rodzaju książkę czytacie, jeśli różni się ona od waszych zwykłych lektur, zapewne musicie się nauczyć, jak ją czytać. Musicie poznać gatunek, do którego należy.
Bezużyteczne i szkodliwe jako kategoria oceny, genre ma rację bytu jako kategoria opisowa. Być może najbardziej przydaje się na płaszczyźnie historycznej, w odniesieniu do utworów dwudziestowiecznych; w erze postmodernizmu gatunki zaczynają się rozmywać, zlewać ze sobą. Nawet jednak teraz, gdy możemy uczciwie przypisać utwór do określonego genre, jest to cenne dla czytelników i pisarzy.
Oto przykład. Pisarz zamierza pisać fantastykę naukową, ale nie zna tego gatunku, nigdy nie czytał utworów z jego obszaru. To dość powszechna sytuacja, bo, jak wiadomo, science fiction dobrze się sprzedaje, ale jako literatura "z niższej półki" rzekomo nie jest warta wnikliwych studiów. Przecież to tylko SF - czego tu się uczyć? Niejednego, jak się okazuje. Każdy gatunek literacki ma określone pole i przedmiot zainteresowania, właściwe sobie narzędzia, reguły i techniki obchodzenia się z materiałem, specyficzne tradycje, a także grono doświadczonych czytelników, którzy potrafią go docenić. Nieświadom tego wszystkiego nasz nowicjusz wymyśli na nowo koło, statek kosmiczny, kosmitów i szalonego naukowca, wznosząc okrzyki niewinnego zachwytu. Tyle tylko, że czytelnicy tego zachwytu nie podzielą. Dobrze obeznani z tym gatunkiem literackim nieraz mieli do czynienia ze statkami kosmicznymi, kosmitami i szalonymi naukowcami. Wiedzą o nich znacznie więcej od autora.
Podobnie krytycy, którzy zamierzają omówić powieść fantasy bez wiedzy o historii i teorii literatury fantasy, tylko się zbłaźnią, nie mają bowiem pojęcia, jak tego rodzaju książki czytać. Nie znają szerszego kontekstu, który powiedziałby im, jaka jest tradycja takiej literatury, jakie są jej korzenie, jej cele, jak działa. Dobitny dowód tego uzyskaliśmy, gdy po premierze pierwszej powieści z Harrym Potterem krytycy literaccy biegali jak kot z pęcherzem, trąbiąc wszem wobec, jakież to nadzwyczajnie oryginalne dzieło. Ich przekonanie o oryginalności tej książki wynikało z kompletnej nieznajomości takich gatunków literackich jak fantasy dla dzieci i brytyjska opowieść o szkole z internatem, a także z faktu, że od ósmego roku życia nie czytali baśni. To było żałosne. Jakby oglądać uznanego kucharza telewizyjnego, który kosztuje grzankę posmarowaną masłem i pieje: "Przecież to przepyszne! Niebywałe! Cóż za geniusz to wymyślił?".
Kiedy ukazał się Hobbit i następne książki z tego cyklu, niewiedzę jako nieodzowny atrybut krytyka celebrowano, ilekroć taki czy inny ekspert dla zademonstrowania swojego wyrafinowanego gustu odprawiał uświęconą czasem Ceremonię Rytualnego Obśmiewania Tolkiena. Na szczęście ten obyczaj szybko wymiera.
Ogólnie rzecz biorąc, musimy przemyśleć na nowo pojęcie "genre", aby zmienić praktyki krytyków i recenzentów oraz podważyć uprzedzenia czytelników, a także choć w pewnym stopniu dostosować opis literatury do stanu faktycznego. Przyznam, że silna jest pokusa, by zrobić to co Borges - po prostu stwierdzić, że każda literatura jest gatunkowa i wszystkie gatunki są literaturą! I rzeczywiście tak mówię, kiedy tracę cierpliwość.
Po co jednak strzępić język, skoro wiesz, że i tak nie unikniesz zaszufladkowania, przypisania do określonej kategorii na każdym etapie powstawania książki: od pomysłu przez podpisanie umowy i wybór okładki do chwili, gdy gotowa powieść trafi do księgarń i bibliotek? Że walka z tym będzie daremnym biciem głową w mur? Jak masz powiedzieć recenzentom, by przestali na siłę wciskać książki do przestarzałych kategorii, gdy sami wydawcy uporczywie przy tych kategoriach obstają - i gdy wielu, może nawet większość autorów, podniosłoby krzyk, gdyby nie przydzielono im etykietki, okładki i kategorii, które gwarantowałyby, że ich dzieło nie przepadnie w masie innych książek z innych gatunków?
Marketing rządzi, okej? Nie łudzę się, że inteligencja mogłaby zastąpić marketing w tej i jakiejkolwiek innej sprawie. Podział na gatunki ma z komercyjnego punktu widzenia swoje uzasadnienie. Uzasadnienie może niemądre, ale zrozumiałe.
Rządzi także konsumpcjonizm. Jeśli książek nie podzieli się na kategorie i nie rozstawi na półkach według gatunku, jeśli nie umieści się na nich znaczka SF, Kryminał czy YA, klienci księgarni czy użytkownicy biblioteki hurmem rzucą się do lady lub stanowiska bibliotekarza z krzykiem: "Gdzie moja dawka prozy?", "Ja chcę fantasy, całego tego realizmu nie daje się czytać!", "Chcę kryminał, książek bez fabuły nie daje się czytać!", "Chcę arcydzieła ponurego realizmu, tych zmyślonych bajeczek nie daje się czytać!", "Chcę niewymagającej myślenia szmiry, ambitnej literatury nie daje się czytać!". I tak dalej.
Uzależnieni od gatunku chcą, by książki były łatwe, jak łatwy jest fast food. Pragną chodzić do wielkiego internetowego dilera literatury komercyjnej, który znając ich gusta, podsunie im tanie dawki ulubionego narkotyku; pragną sięgać na półkę biblioteczną po darmową działkę. Czy szperając w bibliotece, zauważyliście kiedyś odręcznie napisane inicjały obok tytułów wyliczonych na wyklejkach serii kryminałów - czasem całe ich rządki? Służą temu, by właściciele inicjałów wiedzieli, że tę czy tamtą książkę już czytali; sama fabuła nic im nie powie, bo niczym się nie różni od fabuły innych pozycji z tego cyklu. Jest to objawem czytelniczego uzależnienia. Największą szkodę z tego wynikającą upatruję w tym, że nałogowcy mogą nie sięgać po dobre książki, choć pewnie i tak by tego nie robili, bo wpojono im przekonanie, że prawdziwa literatura nie może opowiadać o koniach, statkach kosmicznych, smokach, snach, szpiegach, potworach, zwierzętach, kosmitach ani przystojnych, mrukliwych brunetach, którzy mają rozległe posiadłości na angielskim odludziu. Fitzwilliamie Darcy, tacy ludzie cię potrzebują! Tymczasem skutecznie ich od Darcy'ego odstraszono, może nie pozwolono im zawrzeć z nim znajomości. Zamiast tego machina literatury komercyjnej zaspokaja ich głód opowieści żarciem śmieciowym - komercyjną, mechaniczną, schematyczną pisaniną.
Każdy gatunek, z realizmem włącznie, można uczynić schematycznym i komercyjnym. "Genre" i "schematyczność" to dwa różne pojęcia, ale zakładanie, że są jednym i tym samym, pozwala leniwym intelektualnie krytykom i profesorom ignorować i lekceważyć cały korpus literatury gatunkowej.
Opatrzenie książki etykietą gatunkową zwykle jest sygnałem skierowanym do bezpiecznej, ale ograniczonej publiczności. Wydawcy pragną bezpieczeństwa, na wszelki wypadek szufladkują więc autorów, którzy nie mają wyrobionej marki, a zatem należą do grupy podwyższonego ryzyka. Za to w wypadku znanych, czyli "mniej ryzykownych", pisarzy założenie jest takie, że wtłoczenie ich książki lub książek w ramy gatunku naraziłoby ich reputację na szwank. Niektórzy "poważni" powieściopisarze uprawiają karkołomną ekwilibrystykę, byle ich nazwisko pozostało niezbrukane nawet kroplą tej trucizny, jaką jest przypisanie do określonej kategorii. Korci mnie, by pójść za ich przykładem, tylko na opak. Jak obronić moje dobre imię jako pisarki science fiction przed pogardą tych, którzy mogliby przypadkiem odkryć, że zdarza mi się bezwstydnie uprawiać literaturę realistyczną?
Łatwizna. Rozważcie choćby moją książkę Morski trakt, w której ironicznie posługuję się pewnymi realistycznymi kliszami - oczywiście jednak nie tworzę fikcji realistycznej czy re-fi, jak to mawiają jej otyli fani przebrani w trzyczęściowe garnitury. Realizm jest przeznaczony dla leniwych intelektualnie, niedouczonych ludzi o uwiędłej wyobraźni, która pozwala im docenić tylko najbardziej ograniczoną i konwencjonalną tematykę. Re-fi to monotonny gatunek uprawiany przez pozbawionych polotu wyrobników, którzy zdają się na czystą mimikrę. Gdyby mieli choć krztynę szacunku dla siebie, pisaliby pamiętniki, ale są zbyt leniwi, by weryfikować fakty. Sama oczywiście nie czytuję re-fi. Dzieci jednak uparcie znoszą do domu efekciarskie powieści realistyczne i o nich mówią, więc wiem, że to niewiarygodnie wąski gatunek skoncentrowany na jednym rodzaju istot, pełen wyświechtanych banałów i przewidywalnych sytuacji - typu poszukiwanie ojca, obwinianie matki, obsesyjna męska żądza, dysfunkcyjne rodziny z przedmieścia itd., itp. Materiał na filmy dla mas, nic więcej. Z uwagi na swoje staroświeckie środki wyrazu i ograniczoną tematykę realizm nie jest w stanie oddać złożoności współczesnego doświadczenia ludzkiego.
Jest dużo złych książek. Nie ma złych gatunków literackich.
Oczywiście są gatunki, które nie każdemu się podobają. Czytelnik, który w równym stopniu lubiłby i cenił wszystkie rodzaje literatury, byłby wręcz idiotycznie niewybredny. Niektórzy nie czerpią najmniejszej przyjemności z lektury fantasy. Ja szczerze nie umiem docenić pornografii, horrorów i większości thrillerów politycznych. Mam znajomych, którzy stronią od wszelkiej beletrystyki; spragnieni są tego, co uważają, słusznie bądź nie, za fakty. Te różnice są jeszcze jednym potwierdzeniem fundamentalnej słuszności koncepcji gatunku literackiego.
Nie usprawiedliwiają jednak oceniania literatury według gatunku, do jakiego należy.
Istnieją pewne komercyjne podkategorie - tworzą je na przykład niektóre serie kryminalne, obrzydliwe książki dla dzieci o glutach i sztampowe romanse - które mają tak wąsko zakreślone ramy, tak ubogi ładunek emocjonalny i intelektualny, że geniusz postradałby zmysły, próbując napisać wartościową pozycję tego rodzaju. Jeśli jednak krzywicie się na romanse, bo uważacie je za z natury gorszy rodzaj literatury, pozwólcie, że zachęcę was do przeczytania utworów Charlotte i Emily Brontë.
Osądzanie literatury według kategorii czy gatunku jest nic niewarte.
Cóż więc teraz poczniemy? Na co nam pojęcie gatunku literackiego, jeśli nie możemy się nim posłużyć, by odsądzić od czci i wiary całe kategorie beletrystyki, a tym samym oszczędzić sobie trudu uczenia się, jak je czytać; i jeśli pisarze dalej będą przekraczać i ignorować granice, krzyżować się między sobą jak koty w stodole, a wydawcy, księgarze i bibliotekarze desperacko trzymać się będą starych, sztucznych, sztywnych podziałów, bo to mało ryzykowne z komercyjnego punktu widzenia i ułatwia czytelnikom odnalezienie książek określonego typu bez zagrożenia kontaktem z obcymi formami literatury, które jeszcze, nie daj Boże, zawładnęłyby ich umysłami i nakładłyby im do głów nowych idei?
Może w niemal nieposkromionym chaosie internetu oraz wobec faktu, że mamy dziś do dyspozycji dwa główne sposoby wydawania i czytania książek, problem genre zaczyna znajdować swoje rozwiązanie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI