rozdział_drugi_Matka świata
W chłodny lutowy dzień mego przyjazdu, kiedy wiatr wzbijał drobny żwir pod brunatnym niebem, prognoza pogody w kairskiej gazecie zapowiadała: "Pył". Prognoza na dzień następny niczym się nie różniła - żadnych temperatur, ani słowa o słońcu, chmurach czy deszczu; tylko jedno słowo - pył. Podobnej prognozy można się spodziewać na Marsie. Mimo to zakorkowany Kair (ponad siedemnaście milionów mieszkańców), miasto o fatalnej cyrkulacji powietrza, stał się możliwy do życia dzięki radosnym ludziom oraz płynącej pod brunatnym niebem wielkiej, burej, leniwej rzece.
Turyści przyjeżdżają do Egiptu od dwóch i pół tysiąca lat. Pierwszym metodycznym zwiedzaczem był Herodot, żyjący w latach 480-420 przed naszą erą. Herodota fascynowały egipska geografia i ruiny, zbierał też informacje do Dziejów, których drugi tom jest w całości poświęcony Egiptowi. Grecki historyk dotarł do Pierwszej Katarakty, czyli do Asuanu. Później do Egiptu przybyli Grecy i Rzymianie: plądrowali groby, kradli wszystko, co dało się wywieźć, zostawiali napisy, które można oglądać do dziś. Przez dwa tysiące lat łupiono też większe budowle - głównie obeliski - które wywożono i stawiano w innych krajach, by ludzie mogli je podziwiać. Chociaż obeliski były poświęcone bogu słońca, nikt nie miał pojęcia, co znaczą. Egipcjanie nazywali je techenu, a Grecy nadali im nazwę obeliskos, bo przypominały małe rożny do kebabów.
Pierwszy złupiony obelisk ustawiono w Rzymie w 10 roku przed naszą erą, a po nim trafił tam jeszcze tuzin. Niemiecki mnich, Felix Fabri z Ulm, udał się do Egiptu w 1480 roku, robiąc zapiski podczas podróży. Obelisk, który przerysował w Aleksandrii, stoi dziś w Central Parku w Nowym Jorku. W tym samym duchu pogoni za zdobyczami i grabieży Mussolini złupił pochodzący z IV wieku obelisk z etiopskiego Aksum. Ten skarb stoi obecnie w Rzymie, przed siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, niedaleko term Karakalli. Wojny wybuchające w Europie w XVII i XVIII wieku utrudniały podróże po kontynencie, natomiast Egipt uchodził za bezpieczne i malownicze miejsce. Kraj ten zaczął symbolizować to, co orientalne, egzotyczne, zmysłowe i pogańskie. Jednakże na dobre egiptologia zaczęła się dopiero z początkiem XIX wieku, po odczytaniu Kamienia z Rosetty, kiedy to ruiny odsłoniły tajemnice swoich napisów. Odkrycie to dało początek szalonej modzie na wszystko, co egipskie, a podróżnicy, pisarze i malarze ruszyli hurmem do doliny Nilu w poszukiwaniu egzotyki.
Egipskie ruiny były ruinami już od tysięcy lat. Sami Egipcjanie nigdy się nie wynieśli, a chociaż zostali podbici przez Arabów i przyjęli islam, chociaż nominalnie podbili ich Francuzi, Brytyjczycy, Turcy, choć Egipt stał się areną wojen europejskich, Egipcjanie nadal uprawiali ziemię, łowili ryby i żyli w otoczeniu zniszczonych świątyń i grobów. Nil stał się ich błogosławieństwem. Ruiny traktowali jak kamieniołomy, składowisko materiałów budowlanych na nowe domy i mury. Cudzoziemscy żołnierze robili to samo. Tradycyjnie zakładali garnizony w starożytnych świętych miejscach, a każdą świątynię nieprzydatną dla francuskiej czy brytyjskiej kawalerii zajmowano dla zwierząt.
Egipt plądrowano, deptano, gapiono się na niego, ale Egipcjanie pozostali sobą. W okresie faraonów nauczyli się odstraszać, przeciągać na swoją stronę lub brać w niewolę wszystkich, którzy zapuścili się do ich kraju. Od czasów Herodota witają cudzoziemców przekomarzaniem się, dobrodusznymi groźbami, humorem, wylewnością i nieszczerą poufałością, które kojarzą mi się z ludźmi pragnącymi zbliżyć się do mnie na tyle, by zwinąć mi portfel.
- Psze pana! Skąd jesteś, psyjacielu? Ameryka rządzi! Chodź, psyjacielu... do mój dom. Chodź. Psze pana!
Granica między nagabywaniem a gościnnością jest w Kairze cienka; często są one jednym i tym samym, a chociaż żebraków nie brakuje, przypadki kradzieży są rzadkie. Egipcjanie sprawiają wrażenie ludzi zadziwiająco przyjaznych. Ktoś mógłby sądzić, że rządowa agencja turystyczna poleciła im dowcipkować, ale nie, oni są po prostu głodni i tak zdesperowani, że tryskają humorem i pomysłami. Oczywiście chcieli zarobić, ale przynajmniej robili to z uśmiechem.
- Dziś nie mówisz po arabsku - powiedział taksówkarz Amir. - Ale jutro będziesz świetnie mówić po arabsku.
W tym mieście, odwiedzanym przez tłumy ludzi, wszyscy potrafili nawijać. Amir nauczył mnie, jak powiedzieć po arabsku "proszę", "dziękuję", "przepraszam". Już wcześniej znałem wyrażenie in sza Allah, czyli "jak Bóg da".
- Teraz naucz mnie: "Nie, dziękuję, ale nie potrzebuję".
Amir spełnił moją prośbę, a zanim wysiadłem z taksówki, zaczął nalegać, żebym wynajął go nazajutrz.
- Nie, dziękuję, ale nie potrzebuję - odparłem po arabsku.
Amir zaśmiał się, ale oczywiście nadal mnie przekonywał.
- Nazywam się Guda, jak holenderski ser - mówił taksówkarz. - To nie jest limuzyna, nie kosztuje sto funtów. To zwykły samochód, czarno-biała taksówka. Ale jest czysta. Szybka. Z przystojnym kierowcą.
Przez całą drogę wiercił mi dziurę w brzuchu, żebym wynajął go na cały dzień. To był motyw przewodni kairskiego życia. Kiedy komuś udało się już zwrócić twoją uwagę, nie odpuszczał, bo gdybyś się wymknął, przez cały dzień musiałby polować na klienta. Interesy szły bardzo źle. Mimo to uznałem, że kairska nawijka to jeszcze jeden starodawny artefakt, podobnie jak gipsowe sfinksy, komplety szachów i wielbłądzie siodła sprzedawane turystom; nawijka była pamiątką turystyczną domowej roboty, polerowaną od stuleci.
Bliżej ruin i piramid Egipcjanie paplali, próbując cię przyskrzynić, a robili to po mistrzowsku, jak krępy, pucułowaty Mohammed Kaburia w nylonowej kurtce produkcji chińskiej. W Gizie zachodziło słońce. Zapragnąłem obejrzeć piramidy i Sfinksa w tym niesamowitym, zapylonym świetle.
- Tylko dwadzieścia za konia, chodź, przyjacielu. Zobaczysz Safinkisy! Zaprowadzę cię do piramidy, obejrzysz sale, dotkniesz mumii.
Z kieszeni wyjąłem dwadzieścia funtów egipskich. Mohammed i ja wsiedliśmy na konie i pogalopowaliśmy wśród odpadków pod starożytnymi murami.
- Później mi zapłacisz. Hej, ile masz żon? Ja mam cztery: dwie egipskie i dwie angielskie. Staram się, żeby miały dużo pracy!
- Naturalnie.
- Jesteś dżentelmenem. Poznałem to po twojej twarzy.
- Dwadzieścia funtów, tak?
- Nie, nie, dwadzieścia dolarów amerykańskich. Zobaczysz Safinkisa. Dotkniesz mumie! Mój przyjaciel mi pozwoli. On mnie zna. Może kupisz obraz. Na papirusie. Pudełko z macicy perłowej.
- Powiedziałeś dwadzieścia funtów.
- Powiedziałem "dwadzieścia". Słyszałeś, jak mówiłem "dwadzieścia"? Zapłać kartą Visa! - Mohammed pochylił się i smagnął mojego konia batem. - Popędź tego konia. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Ha!
Mohammed wydobył telefon komórkowy, pulchnymi palcami wybrał numer, powrzeszczał, wreszcie rzekł:
- To mój telefon. Halo, halo! Kosztował dwa tysiące. Koń kosztował pięć tysięcy. Koń arabski kosztuje dwadzieścia, może trzydzieści tysięcy. Pieniądze! Daj mi bakszysz.
- Pieniądze, pieniądze.
- Ameryka to najlepszy kraj! Amerykańskie pieniądze to najlepsze pieniądze.
Nadal jechaliśmy zabłoconymi, zaśmieconymi uliczkami, zapadł zmierzch, mężczyźni i kobiety szli z godnością przez kałuże, a dzieci krzyczały za mną.
- Daj mi amerykańskie pieniądze. Zaprowadzę cię do piramidy.
- Pieniądze, pieniądze, pieniądze, pieniądze. Proszę cię, przestań to powtarzać.
Mohammed wrzasnął coś do komórki, spiął konia i uderzył go cuglami. Poprowadził mnie za okalający piramidy w Gizie mur, gdzie rozlokowali się nędzarze. W Egipcie każdy mur przyciąga śmieciarzy, ludzi, którzy srają, szczają, psy, koty i najbardziej hałaśliwe dzieci.
Mohammed jazgotał jak najęty:
- Ameryka silny kraj. Kraj numer jeden. Bakszysz, przyjacielu! Kupisz papirus... Dotkniesz mumii... Zrobisz zdjęcie w piramidzie... Zobaczysz Safinkisa.
Cała ta paplanina dla pieniędzy.
Mimo całego tego jazgotu, nagabywania i oszustw wczesnowieczorna jazda konno w Gizie była wspaniała. Przemierzałem boczne uliczki, gdzie śmierdziało śmieciami, z balkonów wylewano pomyje i opróżniano nocniki z okrzykiem, który mógł znaczyć "uwaga, woda". Dym z koksowników, odór obsikanych murów, graffiti, sterty pyłu, odłamki cegieł, wypalona glina, domy tak wynędzniałe i zniszczone, tak pokryte pyłem, że wyglądały jak upieczone z mąki pełnoziarnistej, a teraz, po pięciu tysiącach lat, rozsypywały się w proch. Mimo wszystko cudownie jechało się o zmierzchu, przecinało powietrze przesycone zapachami jedzenia, dymu i śmieci, kałuże pryskały pod kopytami, muezin zawodził, psy szczekały, dzieci goniły mego biednego konika, a przez kłęby pyłu przebijały jasnożółte i kobaltowe smugi cudnego wieczornego nieba. W końcu piramida - mniejsza, niż się spodziewałem, brunatna, pofałdowana i geometryczna jak olbrzymie origami z tektury.
- Safinkis - oznajmił mój przewodnik, wymachując rękami.
Egipcjanie nie są w stanie wymówić greckiego słowa "sfinks", które jest zresztą niedokładne. Grecy o bujnej wyobraźni skojarzyli budowlę z własnym mitologicznym stworem i przywłaszczyli go sobie, podobnie jak Arabowie.
- Jak go nazywacie? - spytałem.
- Nazywa się Abu el-Hul - odparł Mohammed.
Ale ta nazwa to tylko arabski przydomek, znaczący Pan Grozy. Tajemniczy stwór to Re Horachte, uosobienie wschodzącego słońca, o lwim ciele oraz rysach Cheopsa, który władał Egiptem w czasie budowy Sfinksa, cztery i pół tysiąca lat temu. Starożytnym egipskim określeniem takiego posągu jest seszeb ankh, "żywy obraz".
Mocniej przytrzymałem się siodła i mrużąc oczy w słabnącym świetle, przyjrzałem się zniszczonej, beznosej twarzy, opartej na rozpadających się przednich łapach. Całość przypominała zlaną deszczem rzeźbę piaskową.
Ponieważ Sfinks jest symbolem świtu, spoczywa zwrócony twarzą na wschód, dlatego słońce zachodziło w tumanach pyłu dokładnie za nim. Człowiek nie domyśliłby się tego na podstawie obrazów. Egipskie ruiny są jednak tak nastrojowe, że skłaniają obserwatora do zniekształcania rzeczywistości, a nadmiernie podniecony podróżny widzi więcej, niż się tam w istocie znajduje. Prawie żaden obraz nie oddaje sprawiedliwości Sfinksowi, a nawet malarz tak wierny bliskowschodnim detalom jak David Roberts nadaje Sfinksowi tęskny wyraz, a dla większego efektu zwraca go w niewłaściwą stronę. Wcześniejsi artyści obdarzali go grubymi wargami i dużymi, szeroko otwartymi oczami; malarz-podróżnik Vivant Denon obdarzył Sfinksa negroidalną twarzą i zamyślonym spojrzeniem.
"Żaden z obrazów Sfinksa, które widziałem, nie uchwycił właściwie jego idei", pisał Flaubert, co pewnie jest prawdą. Kiedy jednak odwiedził posąg w 1849 roku, powtórzył nazwę zasłyszaną od Arabów, Abu el-Hul, czyli Pan Grozy. "Zatrzymaliśmy się przed Sfinksem, który przeszył nas przerażającym wzrokiem", zanotował pisarz w swym dzienniku. Jednocześnie Flaubert stwierdził, że posąg przypomina mu "podniszczonego psa z perkatym nosem", natomiast jego przyjaciel Maxime Du Camp uznał, że "Sfinks oglądany od tyłu wygląda jak olbrzymi grzyb". Sfinks był jedyną atrakcją, której Mark Twain nie wykpił podczas swej wielkiej podróży. Poświęcone Sfinksowi fragmenty książki Prostaczkowie za granicą wyróżniają się na tle lekkiego tonu całości. Zachwycony Twain opisuje posąg, uderzając w tony rapsodyczne: "Taki smutny, taki poważny, tak tęskny i cierpliwy... Ta PAMIĘĆ-RETROSPEKCJA, wpleciona w widzialną, namacalną formę, zapowiadała człowiekowi, co poczuje, gdy stanie przed obliczem Boga".
Oto przywilej podróżnych: ja widziałem, wy nie, dlatego mam prawo przesadzać. Twain opowiada, jak bardzo pragnął zobaczyć Sfinksa, ale on przynajmniej oglądał wcześniej fotografię posągu. Flaubert widział obrazy Sfinksa, ale nie zdjęcia, bo takowych nie było. Maxime Du Camp twierdził, że jako pierwszy człowiek sfotografował Sfinksa. Geoffrey Wall pisze w biografii Flauberta, że ci ludzie mogli być ostatnimi Europejczykami podziwiającymi posąg świeżym okiem. Fotografia psująca przyjemność oglądania nowych miejsc to jednak błahostka w porównaniu z tym, jak internet i obecna epoka informacji niszczą radość odkrywców.
Zjawisko wymysłów podróżników jest zgodne z poglądem Jorge Luisa Borgesa, pięknie ujętym w wierszu La Dicha [Szczęście], że w naszych spotkaniach ze światem "wszystko wydarza się po raz pierwszy". Podobnie jak "każdy, kto obejmuje kobietę, jest Adamem", "każdy, kto zapala zapałkę w ciemności, wynajduje ogień", każdy zaś, kto po raz pierwszy patrzy na Sfinksa, widzi go na nowo. "Na pustyni widziałem młodego Sfinksa, dopiero co wyrzeźbionego... Wszystko wydarza się po raz pierwszy, ale wiecznie".
Ruiny stanowią wyjątkowo bogatą pożywkę dla wymysłów, są bowiem niekompletne; uzupełniamy je w wyobraźni. Później tego wieczoru wpadłem na trzydziestolatka o ptasiej twarzy, w lichym, jakby wyciągniętym z lamusa odzieniu, słowem: jednego z tych bladych akademików, których można wziąć za starszą panią. Wymachując dyplomem historyka sztuki, mówił pedantycznie:
- Sfinks jest mocno przereklamowany.
Mimo to Sfinks idealnie nadaje się do tego, by każdy przerobił go na własną modłę: albo na coś wspaniałego, albo, jak w przypadku Nigela, na coś zbędnego.
- Daj mi pieniądze - mówił Mohammed. - Pokażę ci mumię. Dotkniesz!
- Proszę, przestań mówić o pieniądzach.
Mohammed śmiał się, trajkotał, ja nie słuchałem, właściwie mało mnie to obchodziło, sam się śmiałem. Przepełniała mnie radość - koń, światło, zniszczenie, starożytne ruiny, śmiech dzieci - ta wyprawa stała się jedną z epifanii mojego podróżniczego życia.
Zsiadłem z konia, a kiedy prowadziłem go w stronę Sfinksa, pewna kobieta poprosiła mnie na migi, żebym pomógł jej podnieść plastikowy kosz. Mohammed śmiał się ze mnie z siodła, kiedy dźwignąłem kosz - ważył z kilkanaście kilo - i postawiłem na podpórce na głowie kobiety. Sama nie umiała go podnieść, ale bez trudu niosła kosz na głowie.
W drodze powrotnej do stajni galopujący przede mną Mohammed zaczął krzyczeć, głośniej niż dotychczas.
- Patrz! Patrz! Spójrz na tego człowieka!
Przy murze stał młody mężczyzna w białej szacie, z turbanem na głowie.
- On nie z Egiptu! On z Sudanu. Wiem, wiem, poznaję po twarzy. On stamtąd.
Mohammed wymachiwał ręką, wskazując na południe, w stronę Sudanu.
- Czarny! - zawył, ponieważ czarna skóra stanowiła rzadkość w Dolnym Egipcie. - Czarny! - powtórzył i pogalopował dalej.
Po przekroczeniu południowej granicy Egiptu miałem wjechać do Sudanu. Nie dysponowałem sudańską wizą, którą Amerykanom trudno uzyskać. Powód jest zrozumiały. Pod pretekstem, że Sudan przygotowuje bomby antyamerykańskie (niektórzy uważali, że aby poprawić negatywny wizerunek, wywołany skandalem z Monicą Lewinsky, należy przyjąć zdecydowaną postawę i wzmocnić autorytet prezydenta, nawet kosztem narażania na szwank ludzkiego życia i zrównania z ziemią terytorium innego państwa), prezydent Clinton wydał rozkaz przeprowadzenia nalotów lotniczych na Sudan. W sierpniu 1998 roku udało mu się zbombardować zakłady farmaceutyczne pod Chartumem. Ponieważ po bombardowaniach ludzie w Stanach przestali się interesować tą sprawą, postanowiłem obejrzeć leje po bombach. Chociaż na myśl o tym, że ktoś może nas zbombardować, reagujemy histerycznie, bomby, które zrzucamy w odległych krajach, są mało znaczącym spektaklem, jeszcze jednym publicznym przedstawieniem wytwórni wydarzeń o nazwie Biały Dom.
- Chciałbym obejrzeć zbombardowany teren - powiedziałem sudańskiemu ambasadorowi Salihowi Mashamounowi w jego kairskim gabinecie. Ambasador, sympatyczny, wykształcony człowiek, wcześniej pełnił funkcję ambasadora w Wietnamie. Pochodził z północnego Sudanu, był Nubijczykiem, a nubijski jego językiem ojczystym.
- Czy nubijski jest podobny do arabskiego?
- Nubijski nie ma nic wspólnego z arabskim. To prawdziwy język faraonów.
Pan Salih powiedział, że uważa Nubijczyków za autentycznych Egipcjan, a kolonizatorzy wprowadzili zamęt, wytyczając granicę, która rozdzieliła Egipt i Sudan. Pod wpływem rozmowy z ambasadorem zapragnąłem odwiedzić Nubię.
- Tam, in sza Allah, znajdzie pan wspanialsze ruiny i piramidy niż w Egipcie. Nubia jest źródłem kultury egipskiej. Musi pan zobaczyć Dongolę i Meroe. Górny Nil. Nubijskie grobowce.
W tym celu potrzebowałem wizy. Raz po raz odwiedzałem sudańską ambasadę. Odźwierny zaczął mnie poznawać, a po trzeciej wizycie wpuszczał bez słowa. Szedłem na górę do gabinetu ambasadora, wsuwałem głowę przez uchylone drzwi, a on zapraszał mnie do środka, częstował herbatą i mówił, że Chartum nie odpowiedział na mój wniosek o wizę.
- Może w końcu, in sza Allah, dostanie ją pan.
- Co mam robić?
- Może pan złożyć wniosek ponownie. Albo spotkać się z panem Kurashim. On jest konsulem.
Pan Kurashi Saleh Ahmed był szczupły, po jego ustach błąkał się uśmieszek; gestykulował, trzymając w dłoni papierosa, a jego sekretarz bez przerwy na niego krzyczał. Pan Kurashi wydmuchiwał na niego dym i nie odpowiadał.
- Z Chartumu nie przyszedł żaden faks.
- Może jutro.
- In sza Allah.
Na tym wczesnym etapie podróży pomocne okazało się przypomnienie o sprzecznych znaczeniach wyrażenia in sza Allah. Czasami należy je rozumieć jako "mamy nadzieję", czasami "nie licz na to".
- Może pan ponownie złożyć wniosek - powiedział pan Kurashi.
W takiej sytuacji bierność urzędnika rodzi myśl: czy on chce łapówkę? Przez chwilę kręciłem się po gabinecie, zastanawiając się, czy złożyć mu ofertę, a jeśli tak, to w jaki sposób.
Odciągnąwszy pana Kurashiego na stronę, spytałem:
- Czy mógłbym jakoś pchnąć sprawę naprzód?
Konsul, pochłonięty lekturą listu napisanego drobnym drukiem, nie odpowiedział.
- Może zapłacić z góry?
Pan Kurashi nie uległ pokusie, przyjął ode mnie nowy wniosek i poradził, żebym znowu go odwiedził, ponieważ na telefonach nie można polegać.
- Ale naprawią je, in sza Allah.
Do konsulatu wróciłem nazajutrz, a potem kolejnego dnia. Ten sam taksówkarz, Guda ("jak holenderski ser", codziennie raczył mnie tym samym dowcipem), powiedział:
- W życiu nie wiozłem Amerykanina do tej ambasady. Po co chcesz jechać do Sudanu?
- Żeby zobaczyć piramidy. Porozmawiać z ludźmi.
- Małe biramidy! Bełno biedaków.
W arabskim nie ma głoski "p", ani "w".
Nadal odwiedzałem konsulat, chciałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby otrzymać wizę, ale w takiej relacji jak ta opisy opóźnień nie są zajmujące. Podróżny oczekujący na wizę siedzi w zaśmierdłym fotelu na korytarzu ambasady, patrzy na mapę kraju, kolorowe zdjęcia widoków turystycznych, zakurzony kalendarz, oprawioną fotografię nieszczerze uśmiechniętego przywódcy, nieznaną flagę państwową, rozdrażnionych urzędników, słyszy telefony i przyciszone rozmowy, obserwuje wchodzących i wychodzących zagonionych sekretarzy. W tych warunkach łatwo wyperswadować sobie podróż, ponieważ ten okropny budynek, to obmierzłe pomieszczenie zaczynają symbolizować sam kraj.
Czekanie przedłużyło się do tygodnia, więc dla zabicia czasu zwiedziłem Muzeum Kairskie, odwiedziłem noblistę Nadżiba Mahfuza - kiedy widziałem go po raz ostatni, leżał na oddziale intensywnej terapii w szpitalu wojskowym po tym, jak został ugodzony nożem przez muzułmańskiego fanatyka (niedawno został on powieszony) - poszedłem na przyjęcie, zdobyłem inne, łatwiejsze do otrzymania wizy.
Muzeum Kairskie wypełniały wizerunki rodem z serca Afryki, dokąd się wybierałem. Przechadzając się po olbrzymich salach, pocieszałem się widokiem przepysznych ekspozycji afrykańskich dzikich zwierząt, majestatycznych palm, rzeźbionych twarzy o ciężkich nubijskich powiekach, oglądałem starożytne rzeźby, malowidła, reliefy. Zewsząd spoglądały na mnie lwy, gepardy, kobry, orły i hipopotamy ze złota, hebanu i kamieni szlachetnych, a nie były to przypadkowe ozdoby, ale idole, na przykład bóg-kobra Wadżet, szakal Anubis z uszami nietoperza, będący bogiem mumifikacji, chytra seksualna bogini o lwiej głowie Sachmet, ludzie o ciałach lwów, alabastrowe koty, wielkie złote jastrzębie, nawet rydwany i słupki złotych łoży ozdobiono afrykańskimi motywami hipopotamów i lampartów.
Małe niebieskie hipopotamy ceramiczne, obita lamparcią skórą tarcza króla Tuta, mnogość kamiennych, stojących pionowo kotów, przedstawiających kocich bogów. Całość była dla mnie afrykańskim skarbcem, pełnym fantastycznych mumii, takich jak zmumifikowany sokół Horus, zmumifikowany czczony ibis, ryba w zawojach materiału, krokodyl również owinięty w tkaninę (w Kom Ombo, dokąd się wybierałem, krokodyle były przedmiotem kultu). Kocia bogini radości Bastet, zmumifikowana w postaci smukłego, zwiewnego idola. Wierzenia Egipcjan, ich obsesja na punkcie konserwacji, kazała im mumifikować zwierzęta domowe i łupy, podobnie jak myśliwy, upolowawszy łosia, szuka specjalisty od wypychania zwierząt. W muzeum widziałem więc półtorametrową mumię okonia nilowego, mumię psa ze sterczącym pionowo ogonem oraz szkielet konia.
Wtedy przypomniałem sobie, że od średniowiecza mumie zabierano do Europy w celach medycznych (wspomina o tym Montaigne w eseju O kanibalach) oraz że egipska chustka Otella miała właściwości magiczne, ponieważ "barwiono ją w mumii".
Najbardziej osobliwy wydał mi się siedzący pawian, czyli Thot ("bóg bibliotek, ptasi bóg w księżycowej koronie"), również zmumifikowany, ale mocno już sfatygowany. Zawoje spadały mu z głowy, odwiniętą łapę wyciągał przed siebie i siedział tak, z zakurzoną sierścią, jak małpa szamocząca się w nawiedzonym domu, porzucając bandaże, zerkając mściwie przez opaskę na oczach.
Jeśli zamierzałeś oddawać komuś cześć, równie dobrze mógł to być wznoszący się nade mną kamienny posąg bogini Taweret, "Wielkiej", sprzed trzech tysięcy lat - stojący pionowo ciężarny hipopotam z wydętym brzuchem, ludzkimi rękami i lwimi tylnymi łapami, utożsamiany z płodnością i rodzeniem dzieci.
Wszystkie te cudowności znajdowały się w odległości spaceru od ambasady sudańskiej, a moje pragnienie obejrzenia ich nad Nilem i w Nubii kazało mi nagabywać ambasadora Mashamouna o wizę.
- Na razie nic nowego, ale może wkrótce, in sza Allah - powiedział jego ekscelencja. - Napije się pan herbaty?
Ambasador był bardziej optymistyczny niż inni. Pewna gościnna rodzina z przyjemnej podmiejskiej dzielnicy El Maadi zaprosiła mnie na kolację. Słysząc o planowanej przeze mnie podróży, siedząca po mojej lewej stronie Amerykanka powiedziała:
- Nigdy nie byłam w Afryce.
- Ja też nie - wtrącił mężczyzna z naprzeciwka.
- Przecież to jest Afryka - zaoponowałem.
- Nie, nie. Afryka jest... - Kobieta wskazała dłonią, podobnie jak Mohammed, pokazujący mi nubijskiego chłopca, gdzieś tam, w oddali.
Goście na kolacji, chociaż nie mieli może wcale takiego zamiaru, tylko zniechęcali mnie do podróży.
- Ja byłem w Sudanie - powiedział pewien pan. - Uroczy ludzie. Ale drogi są tam fatalne. Jak sobie poradzisz?
- Kiedy byłeś w Sudanie?
- Och, wiele lat temu - odparł, kiwając głową.
- W zeszłym tygodniu wasz człowiek w Kenii spotkał się z sześcioma przedstawicielami opozycji, a po jego wyjeździe całą szóstkę aresztowano - powiedział irlandzki dyplomata.
Ta sama Amerykanka, która uważała, że Egipt to nie Afryka, oświadczyła:
- Unikaj Zambii. Zambia to jeden wielki chaos. Ludzie otaczają domy wysokimi murami. Nie da się chodzić po ulicach.
- Trzymaj się z dala od Etiopii. Ciągle trwa wojna z Erytreą.
- Przed ósmym marca nie zbliżaj się do Ugandy - poradził Ugandyjczyk. - W tym dniu odbędą się wybory, zamieszki są pewne.
- Słyszałeś o danych statystycznych na temat AIDS w Kenii? AIDS zmiata z powierzchni ziemi całe społeczności.
- Kenia to zabawny kraj. Niejaki Richard Leakey miał zbadać korupcję. Kiedy przedstawił raport z licznymi przypadkami korupcji, został zwolniony.
- Problem z drogami w Tanzanii polega na tym, że ich nie ma.
- W Kongu też nie ma dróg. Dlatego tym krajem nie da się rządzić. Zresztą, to właściwie dotyczy sześciu krajów.
- Sudan to w gruncie rzeczy dwa państwa: muzułmańska północ i chrześcijańskie południe.
- Przejęcia ziemi w Zimbabwe to straszna sprawa. Biali farmerzy budzą się rano, a setki Afrykanów koczują na ich ziemi i mówią: "Od tej pory ta ziemia należy do nas".
- Czy ktoś czytał książkę o masakrach w Rwandzie? Mówię wam, tak mnie zdołowała, że nie mogłem skończyć.
- Somalia to nawet nie jest kraj. Nie ma rządu, tylko pięćdziesięciu tak zwanych watażków, którzy naparzają się między sobą jak gangi uliczne.
- Słyszałeś o suszy w Ogadenie? Trzy lata bez deszczu.
Przy deserze goście nadal rzucali podobne ciekawostki, wskazując na południe, w kierunku sedna beznadziei całego kontynentu.
Pewien człowiek mówiący ze słowiańskim akcentem twierdził, że spotkał mnie przed laty. Chociaż nie pamiętał gdzie i kiedy - może w Ugandzie, w latach sześćdziesiątych - zwracał się do mnie jak do bliskiego przyjaciela.
- Kolonializm tylko spowolnił pewien nieunikniony proces - oznajmił. - Te kraje przypominają Afrykę sprzed setek lat.
W ten mało zawoalowany sposób mój rozmówca dawał do zrozumienia, że Afryka powraca do czasów barbarzyństwa. W pewnym sensie miał rację. Po krótkim, obiecującym okresie bliskości Afryka osunęła się we własny stereotyp: głodujący ludzie w zrujnowanych krajach, rządzonych przez tyranów, wśród pogłosek o niewyobrażalnym okrucieństwie, rozpaczy i mroku.
Właściwie nie był to nawet mrok, ale pustka, tak pusta i odległa, że dało się jej przypisać niemal wszystko: grabieże, anarchię, kanibalizm, bunty, masakry, przemoc, choroby, podziały. Nikt nie mógł polemizować z tym, co mówiłeś; dostępna literatura, wiadomości, dokumentacja w zasadzie potwierdzały opinię, że cały kontynent stał się jedną dziką dżunglą. Dla gości Afryka była, jak w XIX wieku, białą plamą na mapie, wspomnianą przez Marlowa na początku Jądra ciemności. Dla Marlowa tylko niezbadane fragmenty mapy mają powab. "Tęskniłem za Afryką, największym i, by tak rzec, najbardziej pustym obszarem", wyznaje młody Marlow, który w swym umiłowaniu "ekscytujących białych fragmentów papieru" do złudzenia przypomina młodego Conrada (małego Józefa Korzeniowskiego)1.
Ignorancja, jaką zdradzały wypowiedzi tych ludzi, wcale mnie nie zniechęcała. Ich pesymizm sprawiał, że Afryka jawiła się jako miejsce pełne sprzeczności, niezbadane, zasługujące na odwiedziny. Goście powtarzali tylko to, co wszyscy mówili bez przerwy: Czyż Afryka nie jest okropna?! W istocie jednak udowadniali, że wszelkie znaki szczególne na mapie Afryki wyblakły i zatarły się do tego stopnia, że kontynent stał się białą plamą. Marlow opowiada, że mniej więcej w okresie, gdy wyruszył do Konga, Afryka "przestała być pustym obszarem pełnym czarownych tajemnic, białą plamą, o której może marzyć chłopiec. Stała się miejscem ciemności".
Ślepa biel oraz mrok zmierzchu sprowadzają się właściwie do tego samego, a to coś to terra incognita. Nie brakowało w tym też pewnej logiki poetyckiej. W Moby Dicku biel symbolizuje zło. W trakcie podróży towarzyszył mi obraz wypalonego, pozbawionego istotnych oznak życia pustkowia, rojącej się od drapieżników beznadziejnej krainy rozpaczy. Wyobrażałem sobie, że spadam z mrocznej gwiazdy.
Nie ogarnęło mnie zniechęcenie. Podróżnikowi towarzyszy pełne pychy przekonanie, że zmierza w nieznane. Najlepsza podróż jest skokiem w ciemność. Gdyby cel był znany i przyjazny, jaki byłby sens tam jechać?
W Dolnym Egipcie, na przeciwległym, arabeskowym krańcu Afryki od Kapsztadu, raz po raz spotykałem się z Czarną Afryką, z obietnicami pokus czarownego kontynentu, widziałem afrykańskie twarze, niekiedy identyczne z afrykańskimi maskami.
Trasa moich wędrówek biegła od hotelu w cieniu Sfinksa do sudańskiej ambasady w centrum Kairu, między muzeum, kawiarniami, uniwersytetem, gdzie kupowałem książki i sprawdzałem dane, przyjęciem w El Maadi a spotkaniami literackimi. Wszędzie napotykałem wysokich, smukłych Sudańczyków, milczących i czujnych Nubijczyków, wielkie i piękne zwierzęta - lwy, słonie, gepardy - rzeźbione na trumnach i wezgłowiach łóżek; czasami w nocnym powietrzu rozlegało się synkopowe bębnienie, rozchodził się aromat zanzibarskich goździków lub kenijskiej kawy, na stercie śmieci leżało połamane pudełko po herbacie z napisem "Herbata-Uganda". Etiopczycy i mieszkańcy Afryki Zachodniej sprzedawali turystom rzeźby na kairskich bazarach. Wkrótce miał się rozpocząć hadżdż, a ponieważ Kair stanowił bramę do Dżuddy i świętych miejsc w Arabii Saudyjskiej, przywykłem do widoku szyderczo uśmiechniętych, drobnokościstych mieszkańców Dżibuti i Somalii, okutanych w długie szaty muzułmanów z Mali, Czadu i Nigru, nigeryjskich Hausa, członków plemienia Fang, Dogonów oraz malijskich mułłów z Timbuktu w białych strojach pielgrzymów. Przedstawiciele całej Afryki zebrali się w Kairze, jak w wielojęzycznej stolicy rozległego czarnego imperium, dzięki czemu mogłem podziwiać wszelkie możliwe gatunki zwierząt, potrawy i typy ludzkich twarzy.
Afrykańskie obrazy dodawały mi otuchy w niewoli egipskiej, w trakcie oczekiwania na sudańską wizę, ponieważ w mentalnej narracji, pełniącej dla pisarza funkcję ćwiczenia z pamięci, widok tych wszystkich szczegółów i twarzy stanowił doskonały prolog. Z pojedynczych nut i drobnych pisków miały się rozwinąć tematy, w miarę postępu podróży grane coraz głośniej, głębiej, gęściej i czarniej.
Pragnąc podnieść własne morale poprzez czyn i jak najlepiej spożytkować czas spędzony w Kairze - zwanym Umm ad-Dunja, czyli Matka Świata - postanowiłem złożyć wnioski o inne wizy. Guda zawiózł mnie do ambasady ugandyjskiej, gubiąc drogę w dzielnicy Dokki.
- Nigdy nie wiozłem Amerykanina do tej ambasady!
Młody Ugandyjczyk o krągłej twarzy, Stephen Mushana, który przyjął mnie w zakurzonym gabinecie drugiego sekretarza w Midan el-Misaha, okazał się bardzo przyjazny. Po pięcioletnim pobycie w Kairze płynnie mówił po arabsku. Stephen należał do plemienia Bakiga i pochodził z wioski w głębokiej dolinie, w skalistej południowo-zachodniej części Ugandy. Od dawna fascynowały mnie tamtejsze hipnotyczne tańce, zmyślne tarasowe uprawy ziemi oraz ceremonia moczu, polegająca na obietnicy poligamii, składanej przez pana młodego i jego braci. W razie owdowienia panny młodej jeden z pozostałych przy życiu braci zobowiązywał się ją poślubić.
- Mój brat umarł - opowiadał ugandyjski konsul. - Nie musiałem się żenić z jego żoną. - Na chwilę zamilkł, jakby się zastanawiał, ile mi powiedzieć. - Cóż, wkrótce potem ona też umarła - dodał.
- Przykro mi to słyszeć.
- W moim kraju bardzo dużo ludzi choruje na AIDS.
- Kiedy ja tam mieszkałem, ta choroba nie istniała.
- Może istniała, ale ludzie o niej nie wiedzieli.
- Wyjechałem z Ugandy trzydzieści sześć lat temu.
- Miałem wtedy dwa lata!
Bez przerwy słyszałem podobne odpowiedzi. Średnia przewidywana długość życia w Afryce była tak niska, że wielu dyplomatów w wieku dwudziestu kilku lub trzydziestu kilku lat zapamiętało swoją ojczyznę nie jako spokojną republikę, ale jako siedlisko kłopotów. Nigdy nie widziałem tych krajów w stanie wojny, a niektóre wręcz się z wojny zrodziły. W Ugandzie walki trwały od lat siedemdziesiątych.
- Wtedy musiało być tam dobrze.
- Tak, żyło się dobrze, bardzo spokojnie. - Patrząc wstecz, wspominałem te czasy jako złoty wiek; przypomnieli mi się przyjaciele i znajomi.
- Czy znasz Aggreya Aworiego?
- To stary człowiek.
Awori, mój rówieśnik, uchodził za cud długowieczności w kraju dotkniętym plagą AIDS. Absolwent Harvardu w 1963 roku, gwiazda biegów. Trzydzieści lat temu robił karierę jako biurokrata, przyjaciel i powiernik wojowniczego premiera Miltona Obote, nadętego człowieka z północy, który zaufał szalonemu generałowi nazwiskiem Idi Amin. Awori, wówczas bardzo potężny, stał się twardym nacjonalistą, ale pochodził z plemienia zamieszkującego obie strony granicy między Ugandą a Kenią. Brat Aworiego został ministrem w rządzie kenijskim.
- Awori startuje w wyborach prezydenckich.
- Ma szanse?
- Museveni zostanie wybrany na następną kadencję - odparł Mushana, wzruszając ramionami.
- Miałem w Ugandzie trochę dobrych przyjaciół, bardzo zabawnych ludzi. Najbliżej trzymałem się z Apolo Nsibambim. On i ja mieliśmy wspólny pokój na wydziale studiów zaocznych w Makerere, a kiedy awansowałem, zostałem jego szefem! Droczyłem się z nim, nazywając go "doktorem", bo obronił doktorat z nauk politycznych. Nabijałem się z niego, bo nosił krawat i neseser, zadzierał nosa. Apolo zaprosił mnie na swój ślub. Potem ja zaprosiłem go na swój. Później zupełnie straciłem z nim kontakt. Ciekawe, co się z nim stało.
- Doktor Nsibambi jest premierem Ugandy.
Prawdopodobnie najstarszą zamieszkaną ulicą w gęsto zaludnionym Kairze, gdzie od tysiąca lat walają się ośle odchody, stają stragany na kołach, chłopcy biegają z taczkami, kobiety zasłaniają twarze, wielbłądy wierzgają, mężczyźni trzymają się za ręce, palacze pociągają z bulgoczących fajek wodnych, wśród meczetów i pałaców książęcych, obok bazaru, gdzie sprzedaje się drobiazgi, mosiężne garnki i worki fasoli, jest Bajn al-Kasrajn, Między Dwoma Pałacami.
Za prześlicznymi drzwiami meczetu widziałem modlących się wiernych, którzy oddawali pokłony, dotykając czołem dywanu, w postawie psa bawiącego się piłką.
Moim przewodnikiem znowu był Raymond Stock, biograf Nadżiba Mahfuza.
- Dobra wszelakie i chwała, które były krwiobiegiem wielkiego miasta al-Kahira, Kairu, czyli "Zwycięskiego" - powiedział.
Pewnego popołudnia wpadłem na Raymonda w hotelu Semiramis, gdzie siedział z rosłym, rumianym człowiekiem w eleganckim garniturze w prążki, z jedwabnym krawatem i dopasowaną jedwabną poszetką.
- On jest synem chedywa! - oznajmił Raymond, wymieniając nazwisko. - To książę!
Na wzmiankę o pochodzeniu elegant pokraśniał, stał się jeszcze bardziej książęcy, raczej turecki niż arabski, ze szczyptą snobizmu, ponieważ chedywowie byli chichoczącymi anglofilami.
- Jego rodzina rządziła Egiptem!
Rumiany gość zamachał jedwabną chusteczką i cmoknął z dezaprobatą. W 1914 roku, kiedy Egipt stał się protektoratem brytyjskim, Anglicy odsunęli ostatniego chedywa, relikt władzy otomańskiej.
- Paul jest pisarzem - przedstawił mnie Raymond.
Rosły, rumiany książę w prążkowanym garniturze z uśmiechem spojrzał na moją kurtkę na safari, workowate spodnie i wytarte buty.
- Właśnie idę z ambasady sudańskiej - powiedziałem, wyjaśniając pochodzenie pyłu. - Robią remont.
- Paul wybiera się do Afryki - powiedział Raymond.
- Ludzie stale to mówią, ale czy nie jesteśmy w Afryce?
Rozbawienie zaróżowiło pulchne policzki księcia. Nie mówił wiele, ale twarz mu jaśniała, co zastępowało rozmowę. Skończył jeść, otarł usta i pożegnał się po francusku.
- Syn chedywa! - powtórzył Raymond.
Ostatnio widziałem Raymonda sześć lat temu, kiedy podróżowałem po basenie Morza Śródziemnego, zbierając materiały do książki Pillars of Hercules. Ze Stambułu wypłynąłem statkiem z czterystu pięćdziesięcioma Turkami na pokładzie, w tym wesołymi kompanami z mesy: Fikretem, generałem Salihem i Onanem. Nasz statek zawinął do portu w Aleksandrii.
Później, w maju 1994 roku Nadżib Mahfuz trafił na oddział intensywnej terapii po tym, jak muzułmański fanatyk dźgnął go nożem w szyję. Podejrzewano, że pisarz nie przeżyje, a jednak wydobrzał, rana i uszkodzone nerwy się zagoiły, Mahfuz wrócił znad krawędzi i nawet podjął pisanie.
- Nadżib bej wychodzi czasami wieczorem. Prowadzi swego rodzaju salon - powiedział Raymond. - Mogę ci pokazać, gdzie się urodził i dorastał.
Wkrótce potem szliśmy Drogą Pałacową w podmiejskiej dzielnicy Dżamalijja, co oznacza "Piękne Miejsce", hałaśliwej i zatłoczonej, ale niestosowna nazwa stanowiła część jej uroku, podobnie jak nazwanie zamarzniętego ugoru Grenlandią lub śmieciarki słodką landarą.
Teraz jednak przedmiotem zainteresowania nie są zaśmiecone ulice i zaułki, ale ludzie.
Raymond Stock i ja udaliśmy się na Midan Bajt al-Kadi, plac Domu Sędziego, żeby obejrzeć sfatygowane, zakurzone drzewa, zwane "brodami paszy" z powodu kształtu kwiatów. Mój dokładny przewodnik poinformował mnie, że orzech hinduski, Albizia lebbek, stanowi centrum tego zwartego i niemal zamkniętego świata.
Na placu minęliśmy szkołę Al-Mitkal ("Lśniącą cekinami", co sugeruje migotliwy przepych otomański), przeszliśmy przez Harat Kirmiz, ulicę Karmazynową, gdzie, pod numerem ósmym, przyszedł na świat Mahfuz. Przyszły noblista urodził się 10 grudnia 1911 roku w starym, wysokim, popękanym domu czynszowym i otrzymał imię na cześć lekarza, który odbierał poród. O swoich wczesnych namiętnościach pisał: "Często wyglądał przez to okno", marząc o pewnym rewolucjoniście, Charliem Chaplinie oraz dziewczynie z sąsiedztwa, którą wielbił.
"Ulica Karmazynowa jest otoczona wysokim kamiennym murem", pisał Mahfuz, w tłumaczeniu Raymonda.
Tajemnice dzielnicy są ukryte za drzwiami; można je zobaczyć tylko od środka, nigdy z zewnątrz. Za murami ukazuje się kwartał ulic dla biedoty i żebraków, którzy gromadzą się, by zadbać o swoje codzienne potrzeby i pracować; słyszy się rajskie śpiewy w ogrodach, widzi hol dla gości i harem dla kobiet. Tuż przed kabw w wysokim okienku ukazuje się czasem twarz, świetlista niczym księżyc. Widzę ją z okna mego domku i mimo młodego wieku uroda tej twarzy mnie zachwyca. Po chwili słyszę, jak melodyjnym głosem wymienia pozdrowienia z moją matką, kiedy ta przechodzi uliczką, i może właśnie to utrwaliło w mojej duszy miłość do pieśni, Fatimy, al-Umri, nieznanego snu dzieciństwa.
Mahfuz pisał też o ifrytach, demonach czających się w zadaszonej, ciemnej, części ulicy łączącej plac Domu Sędziego z Drogą Pałacową. Płosząc ifryty klaskaniem w dłonie, przeszliśmy ocienionym zaułkiem, gdzie brodziliśmy po kolana w śmieciach i odpadkach, dla mnie bardziej demonicznych niż ifryty.
- Chciałbym znowu zobaczyć Mahfuza.
- Może dziś wieczorem go spotkamy.
Kair miał bardzo starą kulturę literacką, opartą na najróżniejszych koteriach i salonach. Najbardziej ujmującą cechą tego miasta było to, że wieści o licznych spotkaniach towarzyskich rozchodziły się lotem błyskawicy, przekazywane z ust do ust. Raymond zadzwonił i dowiedział się, że o tej i o tej godzinie Mahfuz ma być w jednym z hoteli nad Nilem.
Na miejsce dotarliśmy w chwili, gdy dwaj potężnie zbudowani mężczyźni prowadzili Mahfuza na piętro. Pisarz był osłabiony, prawie całkiem stracił wzrok i słuch, choruje na cukrzycę, ale mimo ziemistej cery wygląda zdrowiej niż na oddziale intensywnej terapii szpitala wojskowego, gdzie widziałem go ostatnio. W grubym płaszczu, chroniącym przed lutowym chłodem kairskiego wieczoru, wyglądał jak głowa państwa.
- Czuję się już lepiej - powiedział, kiedy pogratulowałem mu powrotu do zdrowia po ataku nożownika.
Mahfuz ucałował się z Raymondem po egipsku, potem uścisnął mi dłoń. Następnie zajął miejsce na czerwonej pluszowej sofie i zaczął udzielać audiencji, milczącej audiencji, ponieważ prawie się nie odzywał. Różni ludzie przysiadali się do niego i krzyczeli coś do lewego, w miarę zdrowego ucha, a z powodu głuchoty pisarza ich wypowiedzi brzmiały jak jazgot. Ludzie ci monologowali do Mahfuza i wszystkich obecnych w pomieszczeniu, wdawali się w debaty, czytali własne, niedawno opublikowane artykuły. Mahfuz słuchał, palił papierosy i wyglądał jak Sfinks.
Tak jak pasza na dywanie Mahfuz organizował podobne audiencje, nadając im formę medżlisu, czyli posiedzenia, i pragnąc w ten sposób podnieść się na duchu, mówił Raymond. Po ataku nożownika pisarz wpadł w przygnębienie, więc teraz celowo wychodził z domu, aby pokazać fanatykom, że nie zdołali go zastraszyć.
Pewien człowiek usiadł obok Mahfuza i wykrzyczał mu do ucha swój długi artykuł, szeleszcząc poranną gazetą, a w tym czasie pisarz palił papierosa i patrzył surowo, w skupieniu, przez grube szkła okularów. Słuchał z niemal kamienną twarzą, tylko od czasu do czasu reagował triumfalnym uśmiechem, odsłaniając przy tym krzywe zęby.
Stany Zjednoczone i Wielka Brytania dopiero co zbombardowały Irak, twierdząc, że irackie samoloty ostrzelały ich samoloty w strefie zakazu lotów. Słuchacze Mahfuza wyrażali zdanie, że chociaż Irak nie był przyjaznym krajem, to uznanie pewnych obszarów za strefy zakazu lotów, a następnie przeprowadzenie ciężkich bombardowań pod pretekstem złamania zakazu należało uznać za angloamerykańską prowokację. Innymi słowy, Irak bombardowano za to, że bronił się przed upokarzającą obecnością wrogich myśliwców na swoim niebie. Powstrzymałem się od stwierdzenia, że Irak, chcąc sprawdzić, czy Stany Zjednoczone nie blefują, zgodził się na piśmie na utworzenie stref zakazu lotów.
Mahfuz skomentował bombardowania po arabsku, zaśmiał się, po czym zapalił kolejnego papierosa.
- On mówi, że atak na Irak przypomina przypadkowy atak w Obcym Camusa.
W tej powieści oszalały od słońca Meursault strzela na plaży do Araba bez żadnego wyraźnego powodu.
- Stany Zjednoczone jak zwykle próbują się przypodobać Izraelowi - rzucił jeden ze słuchaczy.
- Izrael jest częścią Ameryki - dodał drugi.
- Tak - włączyła się kobieta. - Mówimy, że Izrael jest pięćdziesiątym pierwszym stanem. Co pan uważa, panie Theroux?
Odpowiedziałem, a Raymond przetłumaczył:
- Myślę, że Izrael jest oknem, przez które Stany Zjednoczone patrzą na Bliski Wschód.
- Tak! Tak! - zgodził się człowiek siedzący obok Mahfuza.
- Jest to zresztą dość małe okienko - dodałem.
- Proszę powiedzieć więcej.
- Okienko jest za małe, żeby zobaczyć wyraźnie wszystkie kraje. Na przykład Egipt jest znacznie większy, biedniejszy i mniej groźny, niż na pozór wygląda. Izrael nalega jednak, aby na wszystkie kraje patrzyć właśnie przez izraelskie okno. Nawiasem mówiąc, to nie jest amerykańskie okno.
Kiedy moje słowa tłumaczono Mahfuzowi i innym, poczułem, że jestem wciągany w bezowocną dyskusję polityczną. Słuchacze namawiali mnie, żebym mówił dalej, ale po co?
- To jest wojna plemienna - powiedziałem. - Chcę się trzymać od niej z daleka. A co na ten temat myśli Mahfuz?
- Nikogo nie obchodzi, co myślę - powiedział Mahfuz, na co wszyscy, włącznie z nim, się roześmieli.
Z czasem zebrało się więcej ludzi: pisarze z Aleksandrii, francuski dziennikarz, Niemka oraz pisarz Ali Salem, rosły mężczyzna o brzuchu w kształcie melona i łysej czaszce, wyglądającej jak część jego pociągłej, satyrycznej twarzy.
- Izrael jest dzieckiem Ameryki - powiedział pewien człowiek, nachylając się ku mnie.
- Wiele krajów to dzieci Ameryki - odparłem. - Niektóre dzieci są dobre, inne złe.
- My nie chcemy walczyć - zapewnił. - Egipcjanie chcą pokoju.
- Panie i panowie - oznajmił Ali Salem, rozkładając dużą płachtę gazety. Plasnąwszy w nią dłonią, zajął miejsce obok Mahfuza. - Musicie posłuchać tych klejnotów.
Bardziej deklamując, niż czytając, wytrzeszczył oczy i raz po raz uderzał w gazetę. Artykuł jego autorstwa dotyczył procesu islamskich fundamentalistów, którzy napadli na powieści Mahfuza za ich świecki charakter. Mahfuz, który zbudował karierę pisarską na podszczypywaniu i drwinach z muzułmanów, tylko słuchał, wpatrzony w dal, trzymając palącego się papierosa jak przekąskę.
Kiedy Ali Salem skończył, obok zdrowszego ucha Mahfuza usiadł inny człowiek i zaczął bardzo głośno krzyczeć. Noblista, nieporuszony jazgotem tamtego, siedział i palił.
Człowiek ten narzekał na stan literatury w świecie arabskim, a wrzeszczał tak donośnie, że zakrawało to na autoparodię, choć niewykluczone, może wręcz prawdopodobne, że nie mówił ironicznie.
- Nagrodę Nobla przyznano Nadżibowi Mahfuzowi, honorując tym samym tradycyjne pisarstwo. Kiedy nagrodę otrzymał García Márquez, dla wielu południowoamerykańskich pisarzy stało się to inspiracją do pisania i publikowania książek. Ale co się zmieniło w świecie arabskim? Gdzie jest arabska literatura? Nic nie nastąpiło!
Słysząc własne nazwisko, wykrzykiwane raz po raz, Mahfuz pozostał niewzruszony.
- Nadżib Mahfuz zdobył pierwszą Nagrodę Nobla dla literatury arabskiej. Zdobył ją dla wszystkich Arabów. Ale żaden inny Arab już nie otrzyma tej nagrody.
Z powodu świdrującego, krytycznego tonu głosu cała przemowa brzmiała jak bufonada.
- Dlaczego reszta literatury arabskiej nie spotkała się z uznaniem? - Teraz mężczyzna groźnie wpatrywał się we mnie. - To spisek Zachodu!
Oto stałem się Zachodem. Cóż, nie miałem nic przeciwko temu, jeśli tylko skłaniało to zebranych do dalszych wywodów. Nic nie ukazuje bowiem ludzkiego umysłu lepiej niż gniew. Mahfuz tylko wzruszył ramionami. Najwyraźniej zasługiwał na najwyższą nagrodę literacką: płodny pisarz pełen godności, prezentujący niepokorne poglądy, ponieważ w tym islamskim kraju nie pozwolił sobie ani na świętoszkowatość, ani na postawę religijną, a jednocześnie pozostał łagodny; z wdziękiem i humorem szedł pod prąd polityki i religii.
Nadal atakowano Zachód, czyli mnie, ale kiedy poproszono mnie o zabranie głosu, zmieniłem temat na Nubię. Akcję wielu swoich książek Mahfuz umieścił w czasach faraonów, więc spytałem, czy czuje, jak niektórzy historycy, że we wschodniej i środkowej Afryce powstała nad Nilem złożona kultura, aby potem zagarnąć Nubię, Kusz i wzbogacić Egipt.
- Egipcjanie podbili Nubię, a potem Nubijczycy podbili Egipt - odparł.
- Czy Nubijczycy są prawdziwym ludem faraońskim, jak twierdzą niektórzy?
- Wszyscy zadają to pytanie, zwłaszcza Nubijczycy.
Rozmowa toczyła się dalej, ludzie krzyczeli, palili, wszyscy mówili jednocześnie.
- Kolejna wojna arabsko-izraelska będzie inna! - wydzierał się jakiś człowiek.
Ruszyłem do baru, wypiłem piwo, a kiedy wróciłem, ludzie nadal krzyczeli, chociaż grupka wokół Mahfuza stopniała. Ktoś zajął moje miejsce. Po trzech godzinach oni nadal wrzeszczeli. Mahfuz fundował sobie takie spotkania pięć razy w tygodniu i najwyraźniej go uspokajały.
- On chce wiedzieć, dokąd się wybierasz - powiedział Raymond, kiedy przeprosiłem i zacząłem się zbierać do wyjścia.
- Do Nubii - odpowiedziałem.
Mahfuz powiedział coś po arabsku.
- Nubia to "Złota Kraina" - przetłumaczono. - Nub znaczy "złoto".
Zanim wsiadłem do pociągu do Asuanu, wciąż czekając na sudańską wizę, postanowiłem podnieść się na duchu i zdobyć wizę etiopską. Powiedziano mi, że nie powinno to nastręczać trudności, ponieważ Etiopia wciąż prowadziła wojnę z prowincją Erytrei, będącą obecnie autonomicznym państwem, jakkolwiek pełnym blizn i ofiar wojennych. Nikt nie chciał odwiedzać Etiopii.
Niektóre konsulaty są bardzo nastrojowe, ze starymi meblami, pokrytymi kurzem i przesyconymi wonią narodowych potraw. Takie właśnie wrażenie wywarł na mnie konsulat etiopski w Kairze: wyblakła chwała, wysokie sufity, sfatygowane sofy, niezamiecione podłogi, zapachy postnego jedzenia, sfermentowany zapach indżery i fasoli z przyprawami, ciężki, orzechowy aromat abisyńskiej kawy oraz ledwo uchwytny smród staroświeckich garniturów i poplamionych krawatów.
W konsulacie ciepło powitał mnie drobny, łysiejący trzydziestoczteroletni konsul generalny, pan Eshete Tilohun. Imponująca głowa z wydatnymi łukami brwiowymi i głęboko osadzonymi oczami pasowałaby do istoty pozaziemskiej lub geniusza matematycznego. Pan Tilohun powiedział, że za siedemdziesiąt dolarów mogę otrzymać wizę na dwa lata.
- Proszę spojrzeć! - wykrzyknął z udręką, podnosząc wzrok znad mojego paszportu.
Na ścianie gabinetu wisiała duża, wielobarwna mapa Etiopii z ościennymi państwami z Rogu Afryki.
- Brak dostępu do morza! - lamentował. - Erytrea! Dżibuti! Somalia! Jesteśmy zamknięci w głębi lądu. Dlatego panuje tu taka bieda.
- A co z wojną z Erytreą?
- To nie nasza wina - zapewnił konsul. - Wszystko przez tych ludzi. Proszę tu sprowadzić Erytrejczyka, a zobaczy pan różnicę kulturową. Ha!
Konsul podstemplował mój paszport, ale nie wypełnił pustych miejsc. Z zastygłym długopisem ciągle biadolił nad mapą.
- Dżibuti jest takim małym krajem! Żołnierze Dergu go zrujnowali. Mengystu oddał Dżibuti. Erytrejczycy zaczęli się burzyć. Somalijczycy to zwyczajni bandyci.
- Ale teraz sprawy przycichły?
- Bardzo przycichły! - potwierdził z emfazą, aż oczy wyszły mu z orbit. Podobała mi się jego żarliwość. Najwyraźniej sprawiało mu radość, że wybieram się do Etiopii. - Oczywiście cesarz popełniał błędy - zreflektował się po chwili. - Kraj był zacofany.
- W jakim sensie?
- Panowały stosunki feudalne - wyjaśnił, wzruszył ramionami i mówił dalej: - Ale proszę pojechać do Tany! Proszę zwiedzić kościoły! Proszę zobaczyć Gonder i Tigraj. Tamtejsze kobiety tatuują twarze. To dobrzy chrześcijanie, są chrześcijanami od trzydziestego czwartego roku. Żydzi mieszkają tam od jeszcze dawniejszych czasów. Niech pan pojedzie na południowy zachód i zobaczy lud Mursi. Nagi lud Mursi. Jak panu na imię?
- Paul.
- Paul, Mursi to ostatni nadzy ludzie na świecie.
Wtedy pozwoliłem sobie polemizować, opowiedziałem konsulowi o obozach nudystów w Stanach Zjednoczonych i Europie, gdzie ludzie w stroju adamowym mogą grać w ping-ponga, gawędzić i pływać.
- Niemożliwe! Chodzą tak po ulicach? - spytał pan Tilohun.
- Tylko na terenie obozu - odparłem.
- Tak jak Mursi.
- Im nie chodzi o seks. To kwestia zdrowia.
- Zupełnie jak Mursi! "Po co nosicie te ubrania?" - Pan Tilohun próbował przywołać na twarz wyraz oburzonego zaskoczenia, ale pomysł publicznego obnażania się najwyraźniej niezmiernie go bawił. - Jeden z moich przyjaciół zrobił sobie zdjęcie z kobietą z plemienia Mursi. Była całkiem goła!
Panu Tilohunowi oczy rozbłysły na myśl o przyzwoicie odzianym przyjacielu stojącym obok nagiej kobiety, która, nawiasem mówiąc, jako Mursi, może nie miała ubrania, ale jej dolną wargę obciążała pewnie ozdoba wielkości spodka.
- Mursi są prawdziwymi Afrykanami - mówił konsul. - Są też inne plemiona: Oromo, Galla, Wolajta.
- Nie mogę się doczekać, kiedy ich zobaczę - powiedziałem zupełnie szczerze.
Podczas rozmowy o mojej podróży i drodze na południe pan Tilohun stwierdził:
- Z Etiopii prowadzi na południe tylko jedna droga, do Johannesburga. To najdłuższa droga w Afryce. Po prostu jedziesz nią przed siebie.
Ani prognoza, ani pogoda nie uległy zmianie. "Jutro: Pył", zapowiadano, i pył faktycznie się pojawił. Z zachodu nadciągnęła wysoka, gęsta chmura pyłu, podobna do przemieszczającego się pasma górskiego. Zbita szarość ogarnęła miasto, wysysając blask ze znikającej za horyzontem tarczy słońca. Burza piaskowa przypominała mgłę, ale miała fakturę drobnego żwiru wchodzącego w zęby, pokrywającego strony czytanej przeze mnie książki i kairskie okna.
Ostatnia wizyta u Sudańczyków.
- W przyszłym tygodniu, in sza Allah - powiedział pan Kuraszi.
Dziesięć dni wcześniej, po moim przyjeździe do Kairu, in sza Allah oznaczało: "jeśli taka będzie wola Boga", potem "wkrótce", "niedługo", "kiedy nadejdzie czas". Jeszcze później określenie to zaczęło znaczyć "mamy taką nadzieję" oraz "niech pan na to nie liczy". Teraz znaczyło: "chciałbyś!", "nie ma mowy!", "cholernie mało prawdopodobne!".
rozdział_trzeci_W górę Nilu i w dół
Pasażerski statek rzeczny Philae spoczywał zacumowany przy brzegu w zimowym słońcu w Asuanie nad Nilem - owszem, podobnie zaczyna się Jądro ciemności. Naprawdę podejrzewałem, że droga zaprowadzi mnie w mrok i - jak zwykle w przypadku długich podróży - snułem fantazje o tym, że mógłbym tam umrzeć. Ostatniej nocy deszcz odświeżył powietrze, jednocześnie zamieniając brzegi rzeki w lśniącą maź. Fellachowie z wędkami stali po kolana w błocie, a inni zabłoceni ludzie wołali:
- Przejażdżka feluką! Przejażdżka feluką!
Pewien młody człowiek w brudnej białej szacie zwrócił się do mnie:
- Płyniemy. Ładna feluka. Znajdziemy nubijskiego banana.
- Nubijskiego banana?
- Duży banan - powiedział i zrobił niedwuznaczny gest w okolicy krocza. - Płyń ze mną. Duży banan.
Jeszcze przez jakiś czas próbował mnie nagabywać, aż rzuciłem:
- Odwal się wreszcie!
Takie narzucanie się należało do typowych zachowań w turystycznych rejonach Egiptu, gdzie o zmierzchu często widywałem mężczyzn i kobiety płynących w niewielkich felukach ku mniej uczęszczanym odcinkom nabrzeża Nilu, gdzie, ukryci w cieniu wysokich paproci, znajdowali nubijskiego banana.
Doradzono mi, abym w południe wsiadł na pokład Philae, a następnie popłynął rzeką do Luksoru. Stamtąd zamierzałem wyruszyć w najdłuższą podróż lądową życia: przez granicę do Wadi Halfa i północnej Nubii, dalej do Dongoli, Chartumu, Etiopii, Kenii, Ugandy, wreszcie dalej na południe do Malawi, przez Zomba i Lime, gdzie mieszkałem dawno temu, chciałem bowiem sprawdzić, co się wydarzyło w Afryce podczas mojej nieobecności.
Do Asuanu przyjechałem z Kairu nocnym pociągiem. Taksówkarz zażądał pięćdziesięciu funtów egipskich (około dwunastu dolarów). Kiedy zaproponowałem, że zapłacę trzydzieści funtów, spodziewałem się, że zacznie się targować jak inni, ale on zareagował poirytowanym oburzeniem i pogrążył się w wyniosłym milczeniu. Na stacji, pełnej pasażerów i samochodów, taksówkarz stał się komicznie ugrzeczniony, skłonił się przede mną, nalegał, by zanieść moją torbę, torował drogę przez tłum, znalazł właściwy peron, pociąg do Asuanu, nawet sektor, gdzie miał się zatrzymać wagon sypialny. Za te dodatkowe przysługi dałem mu pięćdziesiąt funtów. Taksówkarz wyjął portfel i wydał mi dwadzieścia z szyderczym wyrazem twarzy. Wtedy spróbowałem oddać mu resztę. Taksówkarz dotknął dłonią serca, po czym machnięciem pokazał, że nie chce napiwku. Zranione uczucia zamieniły go w uosobienie cnoty.
Ponieważ jednak wzruszyły mnie jego trud oraz wyszukana uprzejmość, nalegałem, by przyjął pieniądze. On i ja chcieliśmy wyjść z twarzą z całej sytuacji; można rzec, że goniłem go, aby przyjął napiwek. W końcu wypowiedziałem właściwą formułkę - aszani ana ("dla mojego dobra") - błagając go, aby przyjął pieniądze. Taksówkarz wziął je, jakby były niczym, ot, zrobił mi przysługę; okazał się bardzo sprytny, a cała przygoda stanowiła lekcję egipskiej dumy.
Stacja Ramzesa I, zazwyczaj nazywana Kairskim Dworcem Kolejowym, ma sto lat, podobnie jak sama linia kolejowa, biegnąca z Aleksandrii na brzegu Morza Śródziemnego do Asuanu w górnym biegu Nilu, na północnym krańcu Jeziora Nasera, po którego południowej stronie przebiega granica z Sudanem. Sam dworzec zasługuje na uwagę, mówi się bowiem, że symbolizuje pragnienie dziewiętnastowiecznych egipskich architektów, by połączyć styl klasyczny z islamskim, w ramach realizacji planu chedywa Ismaila, który postanowił stworzyć "europejski Kair". Styl mauretański miał się spotkać ze współczesnością.
Królowie, królowe, książęta, przywódcy państw, generałowie przyjeżdżali na ten dworzec i stąd odjeżdżali. Jeden z pierwszych bohaterów w twórczości Nadżiba Mahfuza, skrajnie nacjonalistyczny przeciwnik Anglików, awanturnik Saad Zaghlul, uniknął zamachu na Kairskim Dworcu, kiedy w 1924 roku wracał z jednego z licznych wygnań. W egipskiej historii pełnej dramatycznych przyjazdów i odjazdów dworzec występuje jako punkt centralny oraz sceneria wielu burzliwych odpraw i powitań.
Najlepsza historia o Kairskim Dworcu, opowiedziana mi przez naocznego świadka, nie dotyczy wybitnej osobistości, ale pasażera trzeciej klasy pociągu, który miał opóźnienie. Kiedy ów rozwścieczony pan w końcu dopchnął się do okna, rzucił do stojącego na peronie kolejarza:
- Czy pan wie, kim ja jestem?
Kolejarz przyjrzał się pasażerowi od stóp do głów, po czym odpalił:
- W tym mizernym garniturze, z arbuzem pod pachą i biletem trzeciej klasy do El Minja, kim pan może być?
Z ogromną ulgą wyjechałem z ogromnego, przeludnionego i zapylonego miasta sypialnym do Asuanu. Za kwadrans ósma zapadał chłodny wieczór. Wsłuchany w gwizdki odjeżdżających pociągów, zająłem miejsce w niedrogiej pierwszej klasie i wkrótce toczyliśmy się przez Kair. Po kilku minutach znaleźliśmy się w Gizie - ruiny przytłoczone ruchem ulicznym i jasnymi światłami, czynszówki oraz bazar - po niespełna półgodzinie wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń. Mijaliśmy niewielkie osady kanciastych lepianek, jarzeniówki odbijały się w kanale przy torach, zapadała czarna noc, za oknem mignął meczet z oświetlonym minaretem, gdzieniegdzie śmigał pojedynczy samochód czy ciężarówka, drogą w oddali grupa około dwudziestu ludzi w białych szatach wracała do domu z wieczornej modlitwy. W Kairze stanowiliby zwyczajny widok, część tłumu, ale tu wyglądali magicznie, ich szaty wydawały się znacznie bielsze na tle nocnej drogi, a równy krok i porządek całej procesji nadawały jej nieziemski wygląd oddziału czarodziejów.
Aby lepiej się przyjrzeć ludziom w szatach, wyszedłem na korytarz i otworzyłem okno. Na korytarzu dołączył do mnie Walter Frakes z St. Louis, potężnie zbudowany mężczyzna o pociągłej, łagodnej twarzy i gładkim, obwisłym podbródku. Przedział był dla niego za ciasny, "ale po co się denerwować?". Walter podróżował z żoną Marylou oraz jeszcze jedną parą, Lennym i Marge Norrisami, również z St. Louis. Oni też jechali do Asuanu, skąd mieli wypłynąć w rejs statkiem po Nilu.
- Jeśli nie dostanę porządnego łóżka na tym statku, będę ruiną człowieka - powiedział Walter Frakes. Mimo potężnych gabarytów, a oceniałem, że waży około stu dwudziestu kilo, był bardzo łagodny i w sumie się nie skarżył. Rano powiedział tylko: "Nie zmrużyłem oka. Próbowałem. Budziłem się za każdym razem, kiedy pociąg się zatrzymywał. Musiał stawać ze sto razy. Szlag by to trafił".
Sam budziłem się kilka razy, gdy pociąg zwalniał na przejeździe albo większych stacjach. Niekiedy błyskały światła, szczekały psy, poza tym w dolinie Nilu panowały cisza, ciemność i wielka pustka: bezmiar gwiaździstego nieba nad pustynią egipską i biegnąca wzdłuż torów droga na południe, jedyna droga na południe, jak mówił pan Tilohun, droga do Johannesburga.
W jasnym świetle poranka ujrzałem drogowskaz "Kom Ombo - 8 km", wskazujący drogę do uroczej, podwójnej świątyni Horusa o głowie jastrzębia i Sebeka o głowie krokodyla. Inny szyld, z napisem "Makaron Abu Simbel", przedstawiał ów kleisty produkt w czerwonej misce.
Kępy palm daktylowych, gaje pomarańczowe, niskie pudełkowate domy, wozy pełne pomidorów zaprzężone w osły, czasami wielbłąd, ludzie w białych szatach i czapeczkach, chłopcy wracający z pól z narzędziami rolniczymi, szeroka, powolna rzeka oraz jasna i płaska ziemia, migocząca pod błękitnym niebem. To był nowy, ale i stary Egipt, ponieważ w Muzeum Kairskim widziałem wiele podobnych obrazów: niesione przez chłopców topory i motyki wyglądały bardzo podobnie; te same woły o wydatnych łukach brwiowych, które oglądałem wykute w złocie lub wyrzeźbione w kamieniu, teraz pasły się nad rzeką; te same psy ze sterczącymi ogonami i dużymi uszami, te same smukłe koty, a gdybym zobaczył węża albo krokodyla, miałyby swoje złote odpowiedniki na rydwanie lub w postaci gnijących mumii w muzealnej gablocie.
Mężczyźni w szatach i czapeczkach siadali, by posilić się bochenkami chleba w tym samym kształcie, jaki widziałem w muzeum, jakby wydobyto je, twarde i nietknięte, ze starożytnych grobowców; taki sam bób, jaki wydobyto z krypt, kupowano od ludzi sprzedających z wozów także i ful, potrawę z fasoli, nadal stanowiącą podstawę egipskiej kuchni. Takie same dzbany z szerokim dziobkiem, dzbanki i miski, jakie oglądałem w muzeum, tu widziało się w dłoniach kobiet krzątających się przy kuchennych drzwiach swoich chat.
Niedaleko płynął Nil, szeroki na trzysta metrów, leniwy, jasnobrunatny, odbijający chmury, z zielonymi polami po obu stronach. Część ziemi uprawnej podzielono tutaj na działki, część przeznaczono na plantacje daktyli, nad nimi w prądach powietrznych szybowały jastrzębie, rzeką płynęły feluki o żaglach do złudzenia przypominających skrzydła mew. Później szereg cmentarzy zapowiedział ludne miasto: długie zbocza wypalonych przez słońce grobów i cmentarnych oznakowań, osadzone w kamienistym gruncie małe prostokąty z uniesionymi krawędziami, jak cały stok łóżek polowych, na których leżeli zmarli. Za wzgórzem leżał Asuan.
Ta łatwa podróż pociągiem z Kairu do Asuanu zaprowadziła mnie osiemset kilometrów w głąb Afryki, niemal na skraj Egiptu, na brzeg Jeziora Nasera graniczącego z Sudanem. Gdybym miał wizę, mógłbym przepłynąć jezioro promem i przekroczyć granicę. Raz w tygodniu spod Wielkiej Zapory odpływał statek, przewożący pracowników do Wadi Halfa w Nubii. Wciąż jednak nie miałem wizy.
Asuan był przede wszystkim bazarem i celem podróży turystów zmierzających do ruin. To sympatyczne targowisko pełniło dwojaką funkcję: miejscowi kupowali melony, winogrona, bób, kawę i przyprawy, natomiast turyści targowali się o gipsowe odlewy piramid, Sfinksa, Nefretete, o mosiężne podobizny lśniącej twarzy króla Tuta, barwne dywany, laski i koszulki. Egipski kicz turystyczny jest według mnie najszkaradniejszy na świecie, a przy tym część wyrobów zdradza prawdziwe ambicje: kosztowne malachitowe urny, sarkofagi z modelami mumii, rzeźbione w kamieniu koty i hipopotamy.
Po całym bazarze krążyli uzbrojeni policjanci. Zwłaszcza tutaj miało to uzasadnienie. Ruiny, świątynie i inne atrakcje turystyczne często stanowiły cel muzułmańskich ekstremistów. Do ataków dochodziło w pociągach, ostrzeliwano wagony pierwszej klasy pociągu do Asuanu, ponieważ był to najpewniejszy sposób trafienia w turystę. Poza tym zdarzały się porwania dla okupu. Egipt, a szczególnie dolina Nilu, cieszył się złą sławą strefy zagrożonej.
Przy wejściach do większości budynków stały wykrywacze metalu, ale rzadko ich używano, więc pełniły raczej funkcję symboliczną niż praktyczną. Może nie działały? Dostawy prądu szwankowały, brakowało też ludzi do pracy. Żandarmi z karabinami u boku mieli dodawać turystom otuchy, ale wyglądali złowrogo i tylko potęgowali nastrój zagrożenia. Sprzedawcy pamiątek i naganiacze nie dawali spokoju, nagabywali, ciągnęli za mankiet; wszędzie walały się ośle odchody, trąbiły klaksony, ze straganów z kasetami i płytami CD dobiegała głośna muzyka, całości dopełniali żebracy, trędowaci oraz typowi naganiacze z restauracji i kawiarni, łowiący przechodniów. Bazar z kłębowiskiem namolnych sprzedawców i cwaniaków szukających okazji najbardziej przypomina amerykańskie centrum handlowe - dostarcza podobnej rozrywki jako forma zabijania czasu. Strefa dla pieszych, punkty z jedzeniem, ciasno poupychane sklepy centrum handlowego mają odpowiedniki w egipskim bazarze, który może jest brudniejszy, głośniejszy i bardziej cuchnie, ale jest znacznie tańszy i o wiele weselszy.
Zatrzymałem się w hotelu nad rzeką, w odległości spaceru od stacji. Feluki o mewich skrzydłach na migotliwym Nilu, na niebie jastrzębie, wrony, znośne powietrze, przejrzyste niebo i ze trzysta statków oferujących rejs do Luksoru. Ruch panował niewielki, a ponieważ statków było więcej niż miejsc do cumowania lub pomostów, tłoczyły się i parkowały na drugiego i trzeciego. Dopiero zaczął się luty, sezon jeszcze nie nadszedł, a turyści, mylący konflikt izraelsko-palestyński ze znacznie spokojniejszą sytuacją w Egipcie, unikali rejsów po Nilu.
Po śniadaniu kupiłem na bazarze bursztynowe paciorki, potem usiadłem na ławce w słońcu i rozwiązałem krzyżówkę w anglojęzycznym wydaniu gazety "Al-Ahram".
Właśnie gdy wpisywałem jedno z haseł (hawajskie słowo aa, oznaczające rodzaj żużlowej skały wulkanicznej), podszedł do mnie młody człowiek w niezbyt czystej białej szacie.
- Płyniemy - powiedział. - Ładna feluka. Znajdziemy nubijskiego banana.
Chętnych nie brakowało. Młode kobiety, samotne lub w parach, które o zachodzie słońca wsiadały na pokład łodzi żaglowych w towarzystwie Egipcjan, samotnych lub w parach, musiały wiedzieć, że robią coś, czego nie zrobiłaby żadna Egipcjanka. Turystki całkowicie zdawały się na łaskę tych podnieconych młodych mężczyzn.
Kiedy odprowadzałem wzrokiem feluki, odpływające w dal ku kopulacjom o zmierzchu, zagadnął mnie rosły, ciemnoskóry mężczyzna.
- Jestem Nubijczykiem - powiedział. - Mam na imię Mohammed.
Kolejny niedwuznaczny flirt, pomyślałem.
- Byłeś kiedyś w Japonii?
- Owszem, kilkakrotnie - odparłem, myśląc: dwuznaczny flirt.
- Podoba się?
- Japonia? Mnóstwo ludzi. Drogo. Inaczej niż w Asuanie: niewielu ludzi. Bardzo tanio.
- Od dziesięciu lat oprowadzam tu japońskie wycieczki - powiedział Mohammed. - Nienawidzę Japończyków. Co oni mają w głowach? Oni są... - Nie skończył zdania, tylko skrzywił się, szukając słów. - Nienawidzę oprowadzać Japończyków. Coś jest z nimi nie tak.
- Może są inni niż ty - próbowałem go uspokoić.
- Są inni niż ja. Są inni niż ty. Są inni niż wszyscy ludzie.
- Tak myślisz?
- Ja to wiem!
Dla Nubijczyka takiego jak Mohammed Japończycy byli cudaczni, nieprzeniknieni, zamiast twarzy nosili maski, osobliwie się ubierali, dziwnie pachnieli; Japończyk mógł podobnie postrzegać Nubijczyka. Nie moim zadaniem było sprawienie, by spotkali się w Asuanie, ale sporo tutejszych Nubijczyków zostało wykorzenionych i przesiedlonych po wzniesieniu Wielkiej Zapory i stworzeniu jeziora.
Po drugiej stronie jeziora leżał Sudan, wyraźnie powiązany z wielką Nubią pod względem kulturowym, rasowym, a przede wszystkim językowym. Tutaj nikt mi nie mówił, jak w Kairze, "To nie jest Afryka". To była Afryka, a w Asuanie roiło się od Nubijczyków wysiedlonych z wiosek zalanych przez Jezioro Nasera.
W południe wsiadłem na pokład Philae, uroczego statku mogącego zabrać około stu pasażerów. Prawie tylu wyprawiło się w rejs po Nilu: wielu Niemców, Brytyjczycy, Amerykanie, Egipcjanie, Holendrzy oraz hinduska rodzina, złożona z dwojga dorosłych i małego, rozwydrzonego chłopca, jedynego dziecka na statku, które przez całą drogę narzekało, że się nudzi.
Poznawanie historii przez rozrywkę, kanał historyczny w wersji trójwymiarowej - do czego zazwyczaj sprowadzają się zorganizowane wycieczki - oto był cel pasażerów Philae, usprawiedliwiający wystawne bufety i drinki na górnym pokładzie. Wcześniej uczestniczyłem tylko w dwóch podobnych wycieczkach: na pokładzie luksusowego Seabourn Spirit ("Wkrótce przyślemy panu kawior do kabiny") oraz do Egiptu statkiem MV Akdeniz w towarzystwie czterystu pięćdziesięciu uprzejmych Turków, którzy wspominali czasy otomańskie i żałowali, że chedyw nie rządzi nadal twardą ręką.
Zamożni ludzie, zbyt leniwi, by czytać, uwielbiają rejsy z powodu anegdot historycznych i pogawędek archeologicznych, którymi mogą się popisywać w rozmowach po powrocie do domu. Pasażer rejsu po Nilu jest człowiekiem, który zamienia się w licencjonowanego nudziarza. Okres terminowania polega na zadawaniu pytań z dziedziny egiptologii, wykraczających dalej niż właściwa wymowa takich nazw jak Ptah i Hatszepsut. "A więc zwykli ludzie nie mieli prawa wstępu do świątyni?" Albo: "Który to Horus?". Wreszcie powtarzające się pytanie turysty po Nilu: "Jak, u licha, udawało im się dźwignąć te rzeczy?".
Co pewien czas padały bardziej szczegółowe pytania: "Chcesz powiedzieć, że jest więcej niż jeden Ptolemeusz?". Na co właściwa odpowiedź brzmi: "Zayre był piętnasty, a Ptolemeusz dobry z matmy nie był jednym z nich". "Ile wieków?", pytał ktoś. "Tsydzieści", brzmiała odpowiedź. Im bardziej bezsensownie brzmiało pytanie, tym bardziej szczegółowo dociekał pasażer, a po udzielonej odpowiedzi tylko kiwał głową.
Pewna kobieta płynąca Philae z sobie tylko znanych powodów raz po raz pytała egiptologa:
- Czy to jest fronowe?
Odpowiedź była niekiedy twierdząca, a czasami wypisana na przedmiocie pytania: dwa hieroglify na kartuszu, Per i Oni, oznaczały Wielki Dom lub Wielką Budowlę albo słowa "królewski" czy "faraonowy".
Podczas pobytu w Asuanie pewnego wieczoru popłynąłem feluką na Słoniową Wyspę. W oddali, na środku rzeki, Egipcjanie uprowadzali na felukach kobiety w ciemność. Wyspę otrzymał w darze Horatio, lord Kitchener, za bezlitosne stłumienie powstania w Sudanie. Masakra, zwana bitwą pod Omdurmanem, stanowiła spóźniony odwet za ścięcie głowy generała Gordona przez Mahdiego. Kitchener założył na wyspie ogród botaniczny, który mógł podziwiać ze swojej willi. Część palm, plumerii i egzotycznych krzewów nadal tam rośnie, ale najbardziej niezwykłe w wyspie jest to, że ze wschodniego brzegu rozciąga się widok na miasteczko i bazar na skarpie, natomiast po zachodniej stronie widać tylko rzekę i wydmy - długie, monumentalne piaszczyste stoki. Wygładzany, zgarniany, żłobiony przez wiatr piasek przypomina nieskazitelne śnieżne pola, różowione i złocone przez zachodzące słońce. Brakuje tylko narciarzy.
Egipcjanin sterujący moją feluką wysadził mnie w ciemności na wschodnim brzegu pod miasteczkiem, gdzie, na skraju bazaru, dostrzegłem imama w białej dżalabii stojącego u wejścia do meczetu. Ciemność nie pozwalała mi dokładnie przyjrzeć się miejscu modlitwy. Kiedy podszedłem bliżej, ujrzałem, że to nie jest imam, ale ksiądz w białej sutannie. Właściwie co za różnica? Ksiądz stał w drzwiach kościoła, wdychając nocne powietrze. Na mój widok przywołał mnie dobrodusznym gestem dłoni.
Nazywał się Benito Cruciani, pochodził z włoskiej Maceraty, a do Asuanu przyjechał przez Sudan, gdzie spędził dziewięć lat. Choroba zmusiła go do wyjazdu.
- Byłem w Darfurze, odległym okręgu w zachodnim Sudanie - powiedział. - Afrykanie rzucali we mnie kamieniami. W końcu powiedziałem, że nie jestem Amerykaninem, ale Włochem, wtedy przestali.
Cruciani należał do zakonu Comboni, od nazwiska Daniela Comboniego, którego motto "Afryka albo śmierć" okazało się prorocze, ponieważ udało mu się osiągnąć jedno i drugie: zmarł w Sudanie w 1881 roku. Plan ojca Comboniego polegał na "zbawieniu Afryki przez Afrykę"; w ten lapidarny sposób wyrażał misjonarskie intencje. Księża w rodzaju ojca Comboniego, nauczający za pomocą przykładów, nie mogli się poszczycić licznymi nawróceniami. Ich działalności bacznie przyglądali się członkowie Bractwa Muzułmańskiego, może nie tak silnego jak w Kairze, ale i nie słabego. Przykłady nauczania misjonarzy polegały na tym, że niewiernych czasami mordowano.
- Nazwisko ojca, Cruciani, brzmi jak "krzyż" po włosku - powiedziałem.
Ojciec Benito potwierdził, że nazwisko jest znaczące. Florentyńska rodzina Crucianich miała związki z wyprawami krzyżowymi, a sześć wieków później on wciąż był krzyżowcem (crociato), szerzącym wiarę w Chrystusa w okopach nietolerancyjnych islamistów.
- Chcę pojechać do Sudanu. Ciągle czekam na wizę. Może ma ojciec dla mnie jakąś radę?
- Jesteś sam?
- Tak.
- Mówimy: "Nigdy nie podróżuj samotnie w górach i po morzu".
- Czy to przysłowie?
- Nie tyle przysłowie, ile zasada, której powinieneś przestrzegać.
- Raczej nie mam wyboru.
- W takim razie moja rada brzmi: módl się - oświadczył ojciec Cruciani. Po chwili przywołał mnie po włosku, zagarniając dłonią ku ziemi. - Chodź.
Ojciec Cruciani wszedł do kościoła, a gdy tylko ruszyłem za nim, rozległ się donośny śpiew muezina, wzywającego wiernych na modlitwę:
- Allahu akbar!
Śpiew wibrował w kościelnej krypcie, a mój przewodnik pokazał mi pod ołtarzem naturalnej wielkości posąg świętej Teresy w szklanej trumnie. Kiedy go oglądaliśmy, czworo uczniów w niebiesko-białych mundurkach podeszło i wsunęło banknoty w otwór trumny.
- Żeby pomyślnie zdać egzamin - wyjaśnił ironicznie ojciec Cruciani.
- Nikt nie wyraża się z entuzjazmem o Sudanie - powiedziałem, kiedy wyszliśmy z kościoła.
- Cudowni ludzie. Okropny rząd. Typowa afrykańska historia - odparł ojciec Cruciani.
W kącie ocalałej i odbudowanej świątyni Izydy w Philae, nad rzeką na południe od Asuanu, stał kamienny byk, przedstawiający boga Hapi albo Apisa, w otoczeniu chroniących go węży. Apisa, świętego byka Memfis kojarzonego z rzeką, a co za tym idzie - z urodzajem, czczono jako boga Nilu. Nieopodal stała podobizna boga ziemi Ozyrysa we wrzecionowatym nakryciu głowy, personifikacja Nilu, którego wylewanie symbolizowało odrodzenie Ozyrysa. Fanatyczni wcześni chrześcijanie zniszczyli mu twarz, nie oszczędzili też sokolej twarzy Horusa. Na ścianach widniało mnóstwo napisów z czasów napoleońskich. Ponad sto pięćdziesiąt lat temu młody Gustaw Flaubert użalał się na nie w liście do matki: "W świątyniach czytamy nazwiska podróżników; wydają się nam miałkie i błahe. Nigdy nie zostawiamy własnych. Niektóre z tych napisów żłobiono co najmniej przez trzy dni, tak głęboko wrzynają się w kamień. Pewien typ ludzi można spotkać wszędzie: nadzwyczajna uporczywość głupoty".
Twarze zmazano, podobizny bogów odłupano, ściany odarto z ozdób i pokryto żłobionymi napisami. Chociaż ruiny są świadkami tysiącleci wandalizmu, dowodem na ich siłę i chwałę jest fakt, że nawet popękane, z odłupanymi twarzami i pokryte napisami, są piękne.
Wysokie obeliski z różowego granitu, jakie ogląda się w Londynie, Paryżu i nowojorskim Central Parku, pochodzą ze starodawnego kamieniołomu pod Asuanem, gdzie można podziwiać słynny niedokończony obelisk. Zdumieni turyści gapią się i depczą po tym częściowo ociosanym, geometrycznym i symetrycznym kamiennym filarze długości dwudziestu czterech metrów.
- Wszystko robili ręcznie!
- Może praca im obmierzła!
- Jak, u licha, udawało im się dźwignąć te rzeczy?
- Ozyrys zginął z ręki swego złego brata Seta, który pociął go na czternaście kawałków - mówił egiptolog. - Jeden z kawałków zjadła ryba, a następnie Izyda posłużyła się nim, by ożywić Ozyrysa i wydać na świat Horusa. Jak myślicie, który to był kawałek ciała?
Lubieżny uśmiech egiptologa sugerował oczywistą odpowiedź, ale jeden z pasażerów, wypowiadając się w imieniu wycieczki, zapytał:
- Są w tej rzece jakieś krokodyle?
Odpowiedź była przecząca. Krokodyli nie spotykało się ani tutaj, ani nawet w dole rzeki w Krokodylopolis, chociaż jednego trzymano w tamtejszej świątyni Bast i czczono jak kota - wizerunek bogini miłości i radości. Duże krokodyle wylegiwały się na brzegach Białego Nilu, w bagnach Sudd na południu Sudanu, nawet dalej w górę rzeki, u źródeł Nilu, w okolicach Jezior Alberta i Wiktorii. Tutejsze krokodyle już dawno przerobiono na torebki i paski.
Po zwiedzeniu zapory i Jeziora Nasera czekaliśmy na samolot do Abu Simbel, trzysta kilometrów na południe, nad jeziorem, w miejscu, gdzie przebiega granica z Sudanem. W końcu lot odwołano.
Najmilszą stroną rejsu po rzece było połączenie ucztowania ze zwiedzaniem; statek sunął z prądem, zatrzymując się co pewien czas przy odrestaurowanych ruinach. W ruinach najbardziej podobało mi się to, że zostały zagarnięte przez bazary. Oprócz sprzedawców pamiątek widziało się osły skubiące trawę wśród kolumn, kozy na drodze; na pierwszym planie stały stragany naganiaczy, na osłoniętych górnych fragmentach świątyń wciąż widniały barwne malowidła Ptolemeuszy, wyraźne nawet po kilku tysiącleciach. Kom Ombo, gdzie Philae zatrzymał się pierwszego dnia, stanowiło przykład wszystkich tych cech: bazar, ruiny, przeżuwające zwierzęta, głośna muzyka, podwójna świątynia Horusa oraz boga-krokodyla, symbolizowanego przez mumie krokodyli. Kom Ombo nie składało się z samych świątyń, ale było też miasteczkiem, którego nazwa - "sterta złota" - brzmiała zarazem jak komplement i drwina; świątynie prezentowały się stosowniej jako część miejskiego życia niż odgrodzone obiekty muzealne. Rekonstrukcja nie dodała im godności; wyglądały jak niedokładnie odtworzone falsyfikaty.
Samo miasto o nubijskiej nazwie było starożytne.
- Kto tu żył dawno temu?
- Dużo ludzi.
Malowidła na ścianach świątyni w Kom Ombo przedstawiały egipską historię i kulturę w wersji obrazkowej. W ramach przypomnienia o mądrości i umiejętnościach Egipcjan jedna ze ścian prezentowała przyrządy medyczne: szczypce, kleszcze, noże, haki, ssaki, narzędzia do skomplikowanych zabiegów chirurgicznych, których wtedy przeprowadzano pewnie więcej niż obecnie w szpitalu w Kom Ombo. Jeden z hieroglifów przedstawiał poród. Naszkicowałem oko Horusa, które w uproszczonej postaci stało się symbolem (Rx) recepty. W innych miejscach na ścianach świątynnych widniały malowidła ukazujące świat naturalny: sępy, kaczki, byki i jastrzębie, dalej wojowników i cały panteon egipskich wrogów, w tym negroidalną głowę i tors groźnego wojownika o ciężkich nubijskich powiekach. Wspaniale oglądało się czarne, naznaczone pewnością twarze na ścianach tych starożytnych świątyń, niczym DNA w formie płaskorzeźby, dowód siły i wytrwałości Afrykanów.
Dalej płynęliśmy statkiem Philae, skubiąc smakołyki, sącząc dobre wina, uśmiechając się do młodożeńców na pokładzie, schodząc z drogi przed nadpobudliwym hinduskim chłopcem. W końcu dotarliśmy do Edfu. "Świątynia Edfu pełni funkcję wychodka całej wioski", pisał Flaubert w dzienniku w 1890 roku. Od tamtego czasu świątynię wyczyszczono, a dziś uważa się ją za najlepiej zachowaną w całym Egipcie.
Aż do drugiej połowy XIX wieku wszystkie te świątynie składały się z przewróconych, połamanych torsów, potłuczonych rzeźb i grubych kolumn, rozrzuconych po dolinie górnego Nilu. "Zawsze można znaleźć świątynię, zakopaną po ramiona w piasku, częściowo widoczną, jak stary, odkopany szkielet", pisał Flaubert. David Roberts, wielki piewca egipskich ruin, uwielbiał oznaki zniszczenia, a w 1840 roku pisał, że te obiekty są znacznie piękniejsze, kiedy leżą na wpół przykryte piaskiem i poobijane. Przywodziły mu na myśl szkice rzymskiego Forum Piranesiego.
Zrozumiałem, co Roberts miał na myśli, gdy na pustkowiu natknąłem się na ruiny: prześliczne malowidła, ślady subtelnych żłobień, a całość zapomniana na pustyni. O ileż dramatyczniejszy był to obiekt niż odnowiona świątynia, pełna spoconych i marudzących turystów. Flaubert z upodobaniem donosił o zniszczeniach świątyń, ponieważ nie szukał ruin; wolał osobliwości rejsu po Nilu, towarzystwo tancerek i prostytutek. Dwadzieścia siedem lat po podróży Flauberta inny podróżnik donosił o odkopaniu liczącej dwa tysiące lat świątyni Edfu, której zaczęto przywracać dawną świetność. Pierwotnie w świątyni odbywały się ceremonie dla upamiętnienia ważnego wydarzenia: Horus zabijał Seta o ciele hipopotama, mszcząc się w ten sposób za śmierć swego ojca, Ozyrysa.
Według nowej interpretacji tych wizerunków niektórzy astronomowie widzą w Horusie symbol wygasłej gwiazdy w naszym układzie słonecznym. Egipcjanie obserwowali na niebie tak zwanego brązowego karła w peryhelium albo widzialnej części orbity, gdy krążył wokół słońca, oddalony od niego bardziej niż znane nam planety. Ta masywna gwiazda, krążąca jakoby w przestrzeni kosmicznej i kontrolująca ruchy naszej planety, jest tylko jednym z aspektów teorii mrocznej gwiazdy.
Grecy nauczyli się budować kolumny na podstawie badań symetrii egipskich filarów, takich jak te w Edfu. Jeśli świątynia jest zakopana wystarczająco głęboko w suchej ziemi, a żaden archeolog ani poszukiwacz skarbów się do niej nie dobierze, już samo zaniedbanie jest formą konserwacji. Świątynia Horusa sprawia wrażenie kompletnej; wznoszące się filary upodabniają ją do katedry, na części fryzów w górnych partiach murów zachowały się czerwone sylwetki ludzkie, ptaszki z podrodziny drozdowatych i zielone węże. Przy głównej bramie pełni straż wyprostowany sokół Horus, ze słońcem i księżycem w miejscu oczu, w aureoli boga słońca.
Część wizerunków pozbawiono twarzy. W przeszłości turyści odłupywali kawałki egipskich rzeźb na pamiątkę; Twain wspomina o Amerykaninie, który odłupał fragment Sfinksa. W Edfu określenie "strata twarzy" nabrało dosłownego znaczenia, dokładnie oddawało los podobizn maszerujących wojowników, robotników i kobiet na ścianach świątyni. Likwidacja twarzy miała tak konsekwentny i stylistycznie spójny charakter, że nabierała cech rzeźby negatywnej, sztuki wymazywania. Równie zaskakujący jak podobizny bogów, ludzi i zwierząt w tej świątyni - nie tylko zresztą w tej - był sam wandalizm: ludzkie głowy bez twarzy, wymazane dłonie i stopy, odłupane nogi, odrąbane części ciała. Odłupano wszystko, co przedstawiało ciało, nawet łby i kopyta zwierząt. Nakrycia głowy, czapki, płaszcze i stroje zostawiono, więc na przykład śliczny posąg księcia w wyszukanym stroju zachował wszystkie ozdoby, ale stracił twarz i dłonie.
"To robota wczesnych chrześcijan", tłumaczono najczęściej. Ale muzułmanie nie akceptują ludzkich podobizn, mogło to więc być też dzieło islamskich fanatyków. Muzułmański egiptolog zaprzeczał jednak i twierdził, że za te zdumiewająco metodyczne zniszczenia odpowiadali chrześcijanie, zwłaszcza ci z Etiopii.
- Może nie robili tego z gniewu - zasugerował egiptolog Fawzi. - Może z powodu prześladowań, jakie cierpieli. Na przykład chcieli wymazać historię przedchrześcijańską.
Fawzi przyznał jednak, że nikt nie ma co do tego pewności. Trud, jaki zadali sobie niszczyciele, wydał mi się fascynujący. Nie zrujnowali świątyni, nie rzucili się z młotami na mury. Płaskorzeźby potraktowali z drobiazgowością graniczącą z szacunkiem, a człowiek dochodził do wniosku, że skoro zabrali się do niszczenia w taki sposób, usuwając mało, zostawiając zaś tak wiele, musieli odczuwać przerażenie.
Dzisiaj jednak nikt już nie zna prawdy. Podobnie jak w przypadku graffiti z czasów napoleońskich, które przez lata nabrały znaczenia, zniszczenia są równie fascynujące jak ukończone rzeźby, ponieważ nadają postaciom niesamowity, tajemniczy wygląd okaleczonych zwłok na miejscu zbrodni.
Przewodnik wskazywał na Syryjczyków, Azjatów i Nubijczyków na świątynnych malowidłach, a w czasie gdy egiptolog objaśniał ich rysy twarzy oraz charakterystyczne stroje, część wycieczki zaczęła się niecierpliwić. Podgrupa skupionych, kłótliwych turystów zadała pytanie dodatkowe:
- Który to był Ptolemeusz?
Kiedy Fawzi skończył mówić, padło kolejne:
- A co z Żydami?
- Tak się złożyło - odparł Fawzi - że jak dolina Nilu długa i szeroka, od delty aż po Górny Egipt i dalej, w głąb ciemnych piramid i świątyń Nubii, nie padła ani jedna wzmianka o Żydach, ani słowo o Izraelitach, a kiedy przedstawiano jeńców, nie wskazywano na ich religię; stanowili zbitą, jednorodną masę pogańskich więźniów. Owszem, są brzuchate hipopotamy, szakale o uszach nietoperzy, są Nubijczycy o pełnych wargach i Azjaci mrużący skośne oczy z otchłani tysiącleci, ale nie ma Żydów. Na egipskim murze znajdziemy spis całych dynastii faraonów, ale ani śladu Mojżesza.
Tak mówił nasz egiptolog. Na egipskich grobowcach, w świątyniach i na papirusach wspominano jednak o ludzie zwanym "Ci z drugiej strony", "Ci, którzy przeszli". W staroegipskim mówiło się na nich Apiru lub Habiru, co wywodziło się z aramejskiego "Ibri", które oznacza "człowieka z drugiej strony". Od Habiru lub Ibri tylko niewielki skok fonetyczny dzieli od Hebrajczyków. Jest to mało subtelne określenie (podobnie jak "mokre plecy" w odniesieniu do Meksykanina) ludzi, którzy przeszli przez wodę, w tym przypadku Morze Czerwone. W języku hebrajskim Hebrajczyk to Iwri.
Niektórzy z tych przybyszów (Habiru, według źródeł zapisanych pismem klinowym) znaleźli zatrudnienie przy dźwiganiu ciężarów na budowach we wschodniej delcie. Egiptolog K.A. Kitchen w swojej książce o życiu Ramzesa II opisał ich jako "wykorzenionych ludzi, którzy wędrowali lub byli najmowani do rozmaitych prac... W zbiorczej nazwie Apiru niewątpliwie mieścili się także ludzie nazywani w Biblii Hebrajczykami, a zwłaszcza grupy-klany Izraelitów". Ludzie ci zamieszkiwali tereny wschodniej delty od czasów Jakuba i Józefa, kiedy ich przodkowie schronili się w Egipcie przed głodem.
O tym wszystkim dowiedziałem się później. Wtedy, gdy słuchałem objaśnień Fawziego, ktoś powiedział:
- To wielka zagadka.
Pewna kobieta podeszła do mnie i szturchnęła mnie w ramię:
- Hej, to kapitalny pomysł! - Pochodziła z Teksasu. Wcześniej widziałem, jak niepewnie chodzi po statku. Była po operacji biodra. "Nowe biodra" spotyka się często podczas rejsów wycieczkowych, często też słyszy się pogawędki o samym zabiegu chirurgicznym.
- Jaki pomysł? - spytałem.
- Stary mały notesik do zapisywania różnych rzeczy.
Po tych słowach zamknąłem notes i trzymałem go jak kanapkę.
- Stary mały długopisik.
Zanim podeszła, rysowałem hieroglif, przedstawiający klęczącego człowieka w spiczastym nakryciu głowy, z uniesionym kolanem i zgiętymi rękami wyciągniętymi w górę w geście zdumienia, jakby mówił: "To niewiarygodne!". Ten uroczo prosty, komiczny obrazek oznaczał "milion".
Kobieta z Teksasu ponownie szturchnęła mnie w ramię, co miało być komplementem, a kiedy się oddaliła, utykając na jedną nogę, zapisałem: "Hej, to kapitalny pomysł...".
Pewne aspekty życia turystycznego w dolinie Nilu nie mogły ulec wielkim zmianom w ciągu ostatnich stu lat. W Edfu nie ma taksówek, tylko są zaprzęgi konne, które zderzają się ze sobą, wozacy krzyczą, walczą o klientów, wymachują batami, koła chrzęszczą. Konik truchtał w kierunku świątyni, a woźnica - na przykład mój Mustafa - odwracał się w starożytnym, może wręcz ponadczasowym geście, podwajał cenę i zawodził:
- Jedzenie dla moich dzieci! Jedzenie dla konia! Daj mi, broszę!
Najbardziej sielankowy odcinek Nilu, jaki widziałem, egipski obrazek pasterski pogodny niczym akwarela, leżał między Edfu a Esną. Później, ilekroć myślałem o Egipcie, zawsze widziałem go tak, jak objawił mi się tamtego upalnego popołudnia z pokładu Philae. Osiemdziesiąt kilometrów gospodarstw i zaoranych pól, glinianych lepianek i kopuł mauzoleów na wzgórzach; rybacy w łodziach wiosłowych na rzece, na brzegach osły i wielbłądy brykające wśród palm. Słychać tylko szmer wody, przecinanej dziobem statku, brzęczenie szarańczy i chlupot wioseł. Bezchmurne, błękitne niebo, ziemia wypalona na kolor biszkoptów, z tą samą chropowatą i suchą fakturą, jakby te niskie wzgórza i rzeczne brzegi właśnie wyjęto z pieca. Obfite nawadnianie sprawiało, że roślinność miała głęboki odcień zieleni, a rzeka odzwierciedlała niebo, brzegi, łodzie, zwierzęta; wszystkie bliższe i dalsze partie widzialnego, łagodnego krajobrazu odbite w wodzie składały się na ambitną akwarelę.
Esna zawsze była miejscem postojów, nawet w czasach, kiedy świątynia leżała zakopana "po brodę", jak pisał pewien wiktoriański podróżnik. Zniszczenie nie zmniejszyło jej popularności. Dzięki temu, że świątynia była niemal w całości przykryta piachem, zwiedzający mógł z bliska przyjrzeć się górnym partiom masywnych kolumn, mógł podziwiać widniejące na wielkich rzeźbionych kapitelach i sufitach liście papirusów i paproci, koniki polne, widoczny jak na dłoni symboliczny ogród ze znakami zodiaku, olbrzymim skorpionem oraz bogiem Chnumem o baraniej głowie, któremu poświęcono świątynię.
Młody sensualista Flaubert, kiedy miał zaledwie dwadzieścia siedem lat, udał się do Esny w poszukiwaniu sławnej kurtyzany Kuczuk Hanem, "Małej Księżniczki", i jej słynnego tańca pszczoły. W owym czasie Esna była najbardziej zepsutym miastem w Egipcie, pełnym wypędzonych z Kairu prostytutek. Flaubert odnalazł Kuczuk Hanem, która zatańczyła przed nim nago, wśród muzyków z zawiązanymi oczami.
Taniec pszczoły opisywano jako "występ komiczny, w trakcie którego tancerka, atakowana przez pszczołę, musi stopniowo zdjąć całe ubranie". W słowie pszczoła kryje się też jednak wyraźna aluzja, jest to bowiem arabski eufemizm oznaczający łechtaczkę. Flaubert spędził z tancerką noc, a w dzienniku podróży zapisał szczegóły każdego stosunku, temperaturę części ciała partnerki, wspomniał też o własnej sprawności ("Czułem się jak tygrys"), a nawet o pluskwach w pościeli, które uwielbiał ("We wszystkim pragnę odrobiny goryczy"). Flaubert zawarł w tym opisie szczegóły anatomii egipskiego doświadczenia w każdym tego słowa znaczeniu, stał się też moim nieformalnym przewodnikiem i wzorem.
W miejscowości Esna Flaubert dokonał dwóch słynnych wpisów do dziennika. W świątyni, podczas gdy pewien Arab mierzył dla pisarza jedną z kolumn, "po lewej stronie do świątyni wsunęła łeb żółta krowa...".
Bez tej żółtej krowy nic nie widzimy; po jej dodaniu scena ożywa i staje się kompletna. Opuszczając pokój Kuczuk po schadzce, Flaubert pisze: "Jak miło łechtałoby dumę w chwili rozstania przekonanie, że ona myśli o tobie więcej niż o innych, którzy ją tu odwiedzali, że zachowa cię w sercu!".
Te słowa przesyca jednak świadomość, że wkrótce zostanie zapomniany. Dalej Flaubert przyznaje, że w chwili, gdy "oplata ją estetyką", kurtyzana - cóż, dziwka - nie może o nim myśleć. "Podróże czynią człowieka skromnym; widzisz, jak niepozorne miejsce w świecie zajmujesz".
Kiedy Philae zacumował, zszedłem na ląd i ruszyłem przez miasteczko do wielkiej, a obecnie całkiem odkopanej świątyni, spoczywającej w kwadratowym dole, jakby wydobyto ją z ziemi. Malowidła przedstawiające znaki zodiaku były piękne, kolumny potężne i nietknięte. Świątynię zbudowano późno, w okresie rzymskim, ale jej egipski styl jest o tysiąc lat starszy. Najbardziej ucierpiała fasada, do której francuscy żołnierze strzelali dla zabawy w latach czterdziestych XIX wieku.
Wokół świątyni rozlokował się bazar, gmatwanina wąskich zaułków, tłum nawołujących sprzedawców, dzieci i zwierząt.
Po powrocie na pokład Philae skończyłem czytać Flauberta i zabrałem się do Jądra ciemności, które w drodze do Kapsztadu miałem czytać jeszcze dwanaście razy. Kołysząc się na górnym pokładzie, zdałem sobie sprawę, że Philae to nie jest Roi des Belges, ale jeden z tych statków - bardzo nielicznych w moim życiu - co do których pragnąłem, by po prostu płynęły przed siebie, unosząc mnie do Chartumu i dalej na południe, przez Sudd do Ugandy i wielkich jezior, przecierając szlak wodny do Zambezi.
- Dziś wieczór je pan sam? - pytał codziennie kelner Ibrahim.
W odpowiedzi uśmiechałem się: tak, tylko ja i Joseph Conrad.
- Później wraca pan do Kairu?
- Tak, po wizę. Potem jadę na południe. Do Nubii, Sudanu, Etiopii. Mam nadzieję, że jeszcze dalej.
- Jedzie pan sam?
- In sza Allah.
- W interesach czy dla przyjemności, sir?
- Jedno i drugie. Ani jedno, ani drugie.
- Wyśmienicie, sir. To dla pana przygoda.
Ibrahim był chodzącą uprzejmością. Tak naprawdę wszyscy prześcigali się w komplementach. Powszechnie wiadomo, że załoga statków pasażerskich jest pomocna i przyjazna, ponieważ poluje na napiwki. Stewardzi uśmiechają się i przekomarzają, żebyś ich nagrodził. Ja się uśmiecham, ty dajesz mi pieniądze.
Wręczanie napiwków zbija mnie z tropu, nie jest to bowiem nagroda, ale jeden z licznych podatków podróżnych, w dodatku dość obraźliwy. Nikt nie zostaje oszczędzony. Nie ma znaczenia, że płacisz grube tysiące za apartament prezydencki w najlepszym hotelu: boj w liberii, który prowadzi cię do windy, pyta, jak minęła podróż, podaje prognozę pogody i zanosi twoje bagaże do apartamentu, spodziewa się pieniędzy za te niezamówione usługi. Przed hotelem odźwierny w mundurze szamerowanym złotem chce napiwku za to, że otwiera ci drzwi taksówki, barman chce procentu od twego rachunku, podobnie jak kelner, pokojówki zostawiają niedwuznaczne liściki w kopercie, domagając się gotówki. Źle, że ludzie spodziewają się dodatkowej zapłaty po prostu za wykonywaną pracę, ale jeszcze gorsza jest myśl, że każdy uśmiech ma cenę.
Kelnerzy na Philae pracowali radośnie, uroczyście, jakby występowali w egipskiej komedii. W kraju, gdzie nauczyciel zarabia pięćdziesiąt dolarów miesięcznie, dla tych ludzi napiwki były przypuszczalnie niezbędne do przeżycia.
Chociaż siedziałem sam przy stoliku, byłem jednym z setki pasażerów, głównie zamożnych ludzi o płazim wyglądzie, dla których podróż jest kosztowną odmianą lenistwa, spędzaną w towarzystwie innych bezczynnych ludzi, z którymi mogą się wymieniać historyjkami z poprzednich podróży. "To mi przypomina pewne rejony Brazylii" albo: "To mogłaby być Malta". Pasażerowie to Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy, znalazła się też garstka Południowych Amerykanów oraz, oczywiście, posępni Hindusi z nadpobudliwym dzieckiem. Amerykanów dało się podzielić na młodych przyjaciół podróżujących razem, swarliwe stare małżeństwa podróżujące samotnie oraz trzy pary nowożeńców, pupilów całego statku.