Saga Muślinowa (#1). Skrawki przeszłości - Anna Sakowicz

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od au­tor­ki

Kie­dy czło­wiek doj­rze­wa, za­czy­na so­bie za­da­wać py­ta­nie o swo­je po­cho­dze­nie. Pró­bu­je do­grze­bać się do ko­rze­ni, by wie­dzieć, dla­cze­go drze­wo jego ro­dzi­ny wy­pu­ści­ło ta­kie, a nie inne li­ście. Często py­ta­nia te po­ja­wia­ją się zbyt pó­źno. Nie ma już babć ani dziad­ków, któ­rych mo­żna by było za­py­tać o prze­szło­ść, dla­te­go naj­le­piej nie cze­kać z po­szu­ki­wa­nia­mi.

Saga o ro­dzi­nie Wi­la­mow­skich po­wsta­ła dzi­ęki mo­jej ku­zyn­ce, Na­ta­lii Osiec­kiej, z któ­rą po­szu­ki­wa­ły­śmy ko­rze­ni na­szej ro­dzi­ny (mamy wspól­nych pra­bab­cię i pra­dziad­ka). Nie­daw­no zma­rła moja mama, kil­ka mie­si­ęcy przed nią ode­szła jej mama. Być może więc pi­sa­nie tej hi­sto­rii było dla mnie for­mą prze­ży­wa­nia ża­ło­by. Część na­zwisk w tej ksi­ążce to na­zwi­ska mo­ich przod­ków - Wi­la­mow­scy, Ro­ma­now­scy, Se­ra­fin, Ostrow­scy, Li­pi­ńscy... Nie­któ­re zda­rze­nia mia­ły miej­sce na­praw­dę, ale ze sprzecz­nych prze­ka­zów se­nio­rów i szcząt­ków in­for­ma­cji, ja­kie mia­ły­śmy o przod­kach, trud­no było wy­snuć spój­ną hi­sto­rię, dla­te­go spo­ro rze­czy na­le­ża­ło "do­zmy­ślać". Mam jed­nak na­dzie­ję, że hi­sto­ria kraw­ca Waw­rzy­ńca za­in­te­re­su­je czy­tel­ni­ków.

Na ko­niec kil­ka wy­ja­śnień. Dla­cze­go Lidz­bark i Dłu­to­wo jako głów­ne miej­sca ak­cji? W Lidz­bar­ku nad We­lem uro­dzi­ła się moja mama, przez kil­ka lat miesz­ka­ła w Nic­ku u swo­ich dziad­ków. Do szko­ły cho­dzi­ła już w Ostró­dzie, po­tem na­ukę kon­ty­nu­owa­ła w Olsz­ty­nie. Kie­dy zma­rła, za­częłam od­wie­dzać miej­sca jej dzie­ci­ństwa. Ni­g­dy wcze­śniej nie za­sta­na­wia­łam się, w ja­kim cie­ka­wym miej­scu żyła i dla­cze­go mój tata na­zy­wał ją "Krzy­żacz­ką". Kie­dy wy­my­śli­łam, że mu­szę umie­ścić ak­cję w Lidz­bar­ku, nie wie­dzia­łam jesz­cze, na co się po­ry­wam. Po­cząt­ko­wo trud­no mi się było po­ła­pać, gdzie do­kład­nie prze­bie­ga­ła gra­ni­ca po­mi­ędzy za­bo­rem pru­skim a ro­syj­skim. A moja ro­dzi­na oka­za­ła się bar­dzo spe­cy­ficz­na, bo roz­dar­ta po­mi­ędzy te dwa za­bo­ry. Niby dzie­li­ły ich nie­wiel­kie od­le­gło­ści, ale były to jed­nak dwa ró­żne świa­ty. "Pod Ru­sem" było zde­cy­do­wa­nie bied­niej.

Obec­nie sty­ka­ją się tam gra­ni­ce wo­je­wództw war­mi­ńsko-ma­zur­skie­go i ma­zo­wiec­kie­go. Znów po­gra­ni­cze...

Ra­zem z ku­zyn­ką od­kry­ły­śmy, że praw­do­po­dob­nie nasz pra­pra­dzia­dek An­to­ni (z za­wo­du kra­wiec) miesz­kał pod Lidz­bar­kiem, a ro­dzi­na jego żony mia­ła ma­jątek w mie­ście. Jed­nak mój pra­pra­przo­dek prze­grał wszyst­ko w kar­ty (jed­na z cioć twier­dzi, że prze­pił). I co zro­bił? Czmych­nął czym prędzej za gra­ni­cę do za­bo­ru ro­syj­skie­go, do Wron­ki, i tam się ukry­wał przed wie­rzy­cie­la­mi. Tam też na świat przy­szła część jego dzie­ci i być może to "dzi­ęki" nie­mu na­sze ko­rze­nie si­ęga­ją dwóch za­bo­rów.

Za to ro­dzi­na Ro­ma­now­skich we­dług mo­jej cio­ci mia­ła dwie ka­mie­ni­ce w Lidz­bar­ku, a Ma­rian­na z domu Ro­ma­now­ska była mat­ką mo­je­go pra­dziad­ka.

W na­szej ro­dzi­nie było dużo ta­jem­nic. Ni­g­dy nie po­zna­łam bio­lo­gicz­ne­go ojca mo­jej mamy. Dziad­kiem był dla mnie dru­gi mąż bab­ci (Ka­zi­mierz), któ­ra upar­cie po­wta­rza­ła, że nie za­cho­wa­ła żad­ne­go zdjęcia Sta­cha. Stach jed­nak zna­la­zł się po jej śmier­ci. W do­ku­men­tach, któ­re zo­sta­wi­ła, był i akt ślu­bu, i akt jego zgo­nu, i zdjęcia. Oka­za­ło się, że mój dzia­dek uro­dził się we Fran­cji. Był jed­nak sy­nem Fran­cisz­ki Li­pi­ńskiej z Wron­ki. Mło­da dziew­czy­na wy­je­cha­ła za pra­cą do Fran­cji i tam praw­do­po­dob­nie po­zna­ła ojca Sta­cha, mężczy­zna po­cho­dził z Prze­my­śla.

Praw­dą jest, że nie­któ­re ko­bie­ty w na­szej ro­dzi­nie po­dob­no na­sta­wia­ły ko­ści, po­ma­ga­ły cho­rym. Na mnie oso­bi­ście bab­cia od­czy­nia­ła uro­ki, a jed­na z cio­tek po­tra­fi­ła prze­po­wia­dać przy­szło­ść, po­dob­no mia­ła bar­dzo dziw­ne spoj­rze­nie. Wy­star­czy­ło, że prze­szy­ła czło­wie­ka wzro­kiem, a do­pa­dał go strach, mimo to mło­de dziew­czy­ny przy­cho­dzi­ły do niej po wró­żby.

Praw­dzi­wa jest rów­nież śmie­rć dwój­ki dzie­ci, któ­re po­ja­wi­ły się w po­wie­ści. Na­stu­się moja pra­bab­cia po­dob­no nie­chcący przy­du­si­ła pod­czas kar­mie­nia, a Wa­luś zma­rł praw­do­po­dob­nie na gru­źli­cę. Po Na­stu­si był jesz­cze Na­stek (Ana­sta­zy), któ­ry do­stał imię po zma­rłej sio­strze i też, nie­ste­ty, krót­ko po po­ro­dzie uma­rł. Nasz pra­pra­dzia­dek stra­cił rów­nież żonę Ma­rian­nę i ich dziec­ko Cze­sła­wę i po­dob­nie jak w po­wie­ści, swo­jej pierw­szej cór­ce z dru­gie­go ma­łże­ństwa dał na imię Cze­sia.

Jed­na z sióstr mo­je­go pra­dziad­ka (Fran­cisz­ka) przed woj­ną wy­emi­gro­wa­ła do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, do Ohio.

Część in­for­ma­cji opo­wia­da­nych przez cio­cie i wuj­ków, nie­ste­ty, nie zna­la­zła po­twier­dze­nia w do­ku­men­tach. Mam wra­że­nie, że ra­zem z Na­ta­lią oba­li­ły­śmy wie­le ro­dzin­nych mi­tów, a przy oka­zji stwo­rzy­ły­śmy al­ter­na­tyw­ną wer­sję zda­rzeń. Dla­te­go na ko­niec chcę po­dzi­ęko­wać Na­ta­lii za ogrom pra­cy, jaki wło­ży­ła w stwo­rze­nie na­sze­go drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne­go, a ta­kże za wszel­ką po­moc, jaką mi oka­za­ła pod­czas two­rze­nia tej po­wie­ści.

To dzi­ęki Na­ta­lii uda­ło się tra­fić na ślad Mak­sy­my Wi­la­mow­skiej, sio­stry na­szej pra­bab­ci Cze­sła­wy. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że zma­rła dzie­si­ęć lat temu, ale na­wi­ąza­ły­śmy kon­takt z jej cór­ką, któ­ra prze­sła­ła nam zdjęcia na­szej pra­pra­bab­ci Ro­za­lii Wi­la­mow­skiej z domu Se­ra­fin.

Dzi­ęku­ję rów­nież re­gio­na­list­kom i re­gio­na­li­stom (a ta­kże pa­sjo­na­tom) hi­sto­rii Lidz­bar­ka i Dłu­to­wa. Ogrom­ną po­mo­cą słu­ży­ła mi pani Ewa Rze­szut­ko, do któ­rej dzwo­ni­łam pew­nie w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach, a któ­ra opo­wie­dzia­ła mi pi­ęk­ną, choć tra­gicz­ną hi­sto­rię mi­ło­ści dwoj­ga lidz­ba­rza­ków: Niem­ki i Żyda. Mło­dzi za­ko­cha­li się w so­bie, ale oczy­wi­ście ro­dzi­ce nie po­zwo­li­li na ślub. Chło­pak tar­gnął się na swo­je ży­cie, we­dług lo­kal­nych opo­wie­ści pod­ci­ął so­bie gar­dło (nie umia­łam jed­nak "za­fun­do­wać" ta­kie­go losu Szym­ko­wi). Mło­dzie­niec jed­nak prze­żył, choć po­dob­no do ko­ńca ży­cia miał pro­blem z mó­wie­niem. Od niej rów­nież do­wie­dzia­łam się, że pierw­sza pu­blicz­na eg­ze­ku­cja na ryn­ku w Lidz­bar­ku to była chło­sta kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca, któ­ry ukra­dł ro­wer. To mia­ło być ostrze­że­nie dla wszyst­kich miesz­ka­ńców. Na­sto­la­tek, nie­ste­ty, nie prze­żył kary.

Dzi­ęku­ję Ance Ka­mec­kiej za za­ufa­nie. Kto wy­sy­ła ksi­ążki zu­pe­łnie ob­cej oso­bie? Pani Anna mi za­ufa­ła, a to bez­cen­ne. Dzi­ęku­ję panu Krzysz­to­fo­wi Chy­li­ńskie­mu za to, że mo­głam pod­glądać go na FB i od cza­su do cza­su za­da­wać py­ta­nia. Dzi­ęku­ję człon­kom grup zwi­ąza­nych z Lidz­bar­kiem i Dłu­to­wem. Oczy­wi­ście dzi­ęku­ję rów­nież dr. Mi­cha­ło­wi Dzi­mi­rze, któ­ry zgo­dził się rzu­cić fa­cho­wym okiem na to, co na­pi­sa­łam, i spraw­dzić ksi­ążkę pod względem me­ry­to­rycz­nym. Dzi­ęki temu mam po­czu­cie, że zro­bi­łam wszyst­ko naj­le­piej, jak umia­łam.

Dzi­ęku­ję ta­kże bi­blio­te­kom w Lidz­bar­ku, Iło­wie i w To­ru­niu za wszel­ką oka­za­ną mi po­moc.

A Wam, dro­dzy Czy­tel­ni­cy, dzi­ęku­ję, że si­ęgnęli­ście po tę ksi­ążkę. Za­chęcam oczy­wi­ście do po­zna­nia dal­szych lo­sów ro­dzi­ny kraw­ca Wi­la­mow­skie­go. Szy­ku­ję dla Was jesz­cze je­den tom obej­mu­jący lata 1939-1950.

Two­rząc tę sagę, sko­rzy­sta­łam z wie­lu źró­deł. Przy­sło­wia, przy­śpiew­ki, pio­sen­ki za­czy­na­jące po­szcze­gól­ne części po­cho­dzą z oko­lic Lidz­bar­ka.

Naj­wa­żniej­sze źró­dła wy­mie­niam po­ni­żej, bo może ze­chce­cie zgłębić wie­dzę na te­mat Lidz­bar­ka i jego oko­lic:

"Głos Lidz­bar­ski" (1928-1939).

Mi­chał Dzi­mi­ra: Lidz­bark We­lski. Dzie­je mia­sta 1920-1939. Lidz­bark 2014.

Mi­chał Dzi­mi­ra: Hi­sto­ria Lidz­bar­ka 1301-2011: ta­jem­ni­ca i cie­ka­wost­ki. Lidz­bark 2012.

Mi­chał Dzi­mi­ra: Za­rys pro­ble­ma­ty­ki re­li­gij­nej Lidz­bar­ka i oko­lic. Żu­ro­min 1999.

Ewa i Zbi­gniew Rze­szut­ko: Lidz­bark w ob­ra­zach hi­sto­rią i sło­wem lek­ko po­wi­ąza­nych. 2016.

Dzia­łdo­wo. Z dzie­jów mia­sta i po­wia­tu. Red. Wan­da Ko­ryc­ka. Olsz­tyn 1966.

Edward Kle­mens, Li­dia Kro­skow­ska-Ostrow­ska: Lidz­bark i oko­li­ce w le­gen­dach, po­da­niach, pie­śniach i przy­sło­wiach lu­do­wych. Żu­ro­min 2005.

Edward Kle­mens: Lidz­bark We­lski. Olsz­tyn 1976.

Ed­mund Wa­lesz­kow­ski: Daw­ne wspo­mnie­nia i wspó­łcze­sne re­flek­sje. Lidz­bark 1998.

Edward Kle­mens: Kar­ty z dzie­jów mia­sta Lidz­bar­ka. Lidz­bark 1993.

Ra­fał Ma­ci­szew­ski, Ry­szard Ma­ło­wiec­ki, Ro­bert Ko­stec­ki: Prze­wod­nik kul­tu­ro­wy po we­lskim par­ku kra­jo­bra­zo­wym. Jerz­wa­łd 2011.

Bo­że­na Beba: Tra­dy­cja drob­no­miesz­cza­ńska w spo­łecz­no­ści Lidz­bar­ka We­lskie­go. Olsz­tyn 1982.

Jan Alek­san­der Sa­dow­ski: Dłu­to­wo, oko­li­ca i moja ro­dzi­na, t.1-2. Olsz­tyn 2010.

Anna Ka­mec­ka: Po kądzie­li. Dąbrów­no 2019.

Ur­szu­la Glensk: Hi­sto­ria sła­bych. Re­por­taż i ży­cie w dwu­dzie­sto­le­ciu (1918-1939). Kra­ków 2014.

Bo­że­na Wi­la­mow­ska: Ku prze­stro­dze. Wy­jąt­ki ze wspo­mnień bab­ci. Dzia­łdo­wo 2009.

Jo­lan­ta Elżbie­ta Tu­szy­ńska: Pa­ra­fia rzym­sko­ka­to­lic­ka pod we­zwa­niem św. Waw­rzy­ńca w Dłu­to­wie w XX wie­ku. Płock 2007.

Mo­no­gra­fia gmi­ny Iło­wo-Osa­da, t. 2. Red. Ta­de­usz Pa­weł Szam­bo­ra. Na­rzym 2018.

Pe­ter En­glund: Pi­ęk­no i smu­tek woj­ny. Dwa­dzie­ścia nie­zwy­kłych lo­sów z cza­sów świa­to­wej po­żo­gi. Kra­ków 2011.

Ra­do­sław Staw­ski: Brod­ni­ca na sta­rych zdjęciach. Kie­dyś za­je­żdża­ły tu ko­nie ci­ągnące fur­man­ki. [on­li­ne] https://www.czas­brod­ni­cy.pl/czas­brod­ni­cy/7,93191,26972643,kie­dys-za­jez­dza­ly-tu-ko­nie-cia­gna­ce-fur­man­ki.html [do­stęp: 5.04.2022].

.

PO­LE­CA­MY

Dru­gi tom Mu­śli­no­wej sagi w sprze­da­ży od kwiet­nia 2023 roku

1928 rok

Ka­żdy do­mek ma swój uło­mek

Ten mar­co­wy po­ra­nek na dłu­go zo­sta­nie w pa­mi­ęci ro­dzi­ny kraw­ca Waw­rzy­ńca. Nie tyl­ko dla­te­go, że Wi­la­mow­ski wcze­śniej za­żar­cie dys­ku­to­wał z sy­nem o wy­bo­rach do sej­mu, ani też dla­te­go, że przez szcze­li­ny w oknach wpa­dał do izby zim­ny wiatr i bu­dził do­mow­ni­ków drże­niem ciał, ale przede wszyst­kim dla­te­go, że wy­da­rzy­ło się coś, co zmie­ni­ło ży­cie Wi­la­mow­skich na za­wsze.

Wszyst­ko za­częło się tuż po pó­łno­cy. Ro­za­lia zmęczo­na wczo­raj­szym dłu­gim po­ro­dem nie mia­ła siły wstać do pła­czącej Na­st­ki. Dziew­czyn­ka le­ża­ła w ko­ły­sce, któ­rą Waw­rzy­niec za­mó­wił u miej­sco­we­go sto­la­rza wie­le lat temu, jesz­cze dla swo­je­go pier­wo­rod­ne­go syna. Prze­cho­dzi­ła z jed­ne­go dzie­cia­ka na dru­gie, aż wresz­cie odzie­dzi­czy­ła ją Ana­sta­zja Fran­cisz­ka Wi­la­mow­ska, jako ósme z dzie­ci Ro­za­lii i Waw­rzy­ńca za­miesz­ka­łych przy Sta­rym Mie­ście w Lidz­bar­ku, któ­ry w ty­si­ąc dzie­wi­ęćset dwu­dzie­stym roku wró­cił w gra­ni­ce Rze­czy­po­spo­li­tej. Ro­dzi­na mia­ła dom skrom­ny, ale nie bied­ny. Za­miesz­ka­li w nim wie­le lat temu, by za­opie­ko­wać się sa­mot­ną wdo­wą po Al­fre­dzie Ro­ma­now­skim, wuju Ro­za­lii. Z po­mo­cą ro­dzi­ny uda­ło się im na dole po le­wej stro­nie ko­ry­ta­rza urządzić za­kład kra­wiec­ki z dwie­ma nie­wiel­ki­mi izba­mi. Po pra­wej zaś znaj­do­wa­ła się słu­żbów­ka, w któ­rej w lep­szych cza­sach w domu Ro­ma­now­skich miesz­ka­ła słu­żąca. A że sta­ro­win­ce po­ma­rło się tak jak Al­fre­do­wi, Ma­ria Ro­ma­now­ska zo­sta­ła zu­pe­łnie sama, bo nie­ste­ty ni­g­dy z mężem nie do­cze­ka­li się po­tom­stwa. Dom skła­dał się jesz­cze z pi­ętra, na któ­rym znaj­do­wa­ły się trzy po­ko­je. W jed­nym miesz­ka­ła ciot­ka, w dru­gim dzie­ci, a w trze­cim spa­li Wi­la­mow­scy. Za miej­sce do przyj­mo­wa­nia go­ści słu­ży­ła duża, prze­stron­na kuch­nia. Na cia­sno­tę nikt nie na­rze­kał, tym bar­dziej że kil­ka lat po wpro­wa­dze­niu się mło­dych ma­łżon­ków ciot­ka zma­rła. Jej po­kój za­jęły dziew­częta Wi­la­mow­skie, po­zo­sta­wia­jąc bra­ciom wol­ną prze­strzeń, choć raz w roku znów wszy­scy mu­sie­li się gnie­ść w jed­nej izbie, bo trze­ba było zro­bić miej­sce dla dziad­ków, któ­rzy spędza­li w mie­ście zimę.

Do­ra­sta­jący Mie­tek kłó­cił się z ro­dzi­ca­mi, że chce za­jąć pu­stą słu­żbów­kę, ale zdążył w niej po­miesz­kać za­le­d­wie kil­ka mie­si­ęcy, za­nim oj­ciec najął dzie­wu­chę do po­mo­cy i obie­cał jej oprócz mar­nej pen­sji dach nad gło­wą.

Te­raz jed­nak nikt już nie wspo­mi­nał Ma­rii Ro­ma­now­skiej. Był po­czątek mar­ca, za oknem pa­dał deszcz, a wiatr za­ci­nał w szy­by. Do­cho­dzi­ła pó­łnoc, kie­dy w po­ko­ju roz­le­gł się płacz dziec­ka. Waw­rzy­niec moc­niej na­su­nął pie­rzy­nę na gło­wę, a Ro­za­lia, stęka­jąc, pod­nio­sła się z łó­żka i wzi­ęła cór­kę na ręce. Dziew­czyn­ka aż za­no­si­ła się od pła­czu. Mia­ła czer­wo­ną po­marsz­czo­ną skó­rę, na jej czo­le po­ja­wi­ły się kro­ple potu. Mat­ka przy­tu­li­ła ją do sie­bie i po­kle­pa­ła po pu­pie. Pod pal­ca­mi po­czu­ła wil­goć, więc wes­tchnęła, uło­ży­ła małą z po­wro­tem do ko­ły­ski i za­częła ją roz­bie­rać. Zmie­ni­ła jej pie­lu­chę i kie­dy wresz­cie po­now­nie po­za­wi­ja­ła w bety, pró­bo­wa­ła przy­sta­wić dziec­ko do pier­si. Schy­li­ła się, by usi­ąść, ale mia­ła taki ból po­mi­ędzy no­ga­mi, że wresz­cie po­ło­ży­ła się do łó­żka, od­sło­ni­ła pie­rś i przy­su­nęła do niej Na­st­kę. No­wo­ro­dek za­kwi­lił, ale za­raz sły­chać było w po­ko­ju spo­koj­ny od­dech. Ro­za­lia opa­tu­li­ła jesz­cze sie­bie i cór­kę, a po­tem przy­mknęła na chwi­lę oczy, by od­po­cząć. Ock­nęła się go­dzi­nę pó­źniej. W po­ko­ju pa­no­wa­ła ci­sza, był śro­dek nocy. Waw­rzy­niec chra­pał, a obok niej le­ża­ło małe za­wi­ni­ąt­ko. Na­st­ka spa­ła. Ko­bie­ta od­su­nęła jej cza­pecz­kę z czo­ła, ale za­sko­czył ją chłód pod pal­ca­mi. Przy­ło­ży­ła dłoń do po­licz­ka. Zła­pa­ła skó­rę dziec­ka w pal­ce, by lek­ko uszczyp­nąć.

*

W tym sa­mym cza­sie kil­ka ki­lo­me­trów od Lidz­bar­ka wiatr dął z po­dob­ną siłą, wci­ska­jąc się szcze­li­na­mi do środ­ka cha­ty. Przez obe­jście szła za­ma­szy­stym kro­kiem ni­ska okrągła ko­bie­ci­na opa­tu­lo­na we­łnia­ną chu­s­tą, na­zy­wa­na we wsi po pro­stu Anką albo bab­ką, choć byli i tacy, któ­rzy mó­wi­li o niej "iba­ma" albo z nie­miec­ka "He­bam­me". W od­da­li uja­da­ły psy. Sta­ru­cha szep­ta­ła coś pod no­sem. O mało nie po­śli­zgnęła się na bło­cie, ale wresz­cie zła­pa­ła się fu­try­ny, pod­wi­nęła lek­ko gru­bą, prze­past­ną spód­ni­cę i we­szła do środ­ka. Na­tych­miast otrze­pa­ła za­bło­co­ne buty i za­częła zdej­mo­wać z sie­bie okry­cie. Po po­miesz­cze­niu roz­sze­dł się kwa­śny za­pach potu.

- Szyb­ko! - wrza­snął mężczy­zna.

A wte­dy po­wie­trze prze­szy­ło ko­bie­ce za­wo­dze­nie.

- Co się tak drze? - sap­nęła pod no­sem i ka­za­ła dzie­wu­sze, sto­jącej jak słup soli przy pie­cu, grzać wodę i szy­ko­wać czy­ste szma­ty. Pod­wi­nęła ręka­wy, wy­de­zyn­fe­ko­wa­ła dło­nie i we­szła wresz­cie do po­ko­ju, gdzie na po­sła­niu le­ża­ła bar­dzo mło­da dziew­czy­na.

- Po­móc? - spy­tał star­szy mężczy­zna. - Da radę Anka?

- Jo... a co mam nie dać, nie­jed­no już na świat przy­jęłam - od­pa­rła za­dzior­nie. - A oj­ciec dzie­ciu­ka gdzie? - spy­ta­ła, spo­gląda­jąc na go­spo­da­rza i jego żonę, bo ich zna­ła do­sko­na­le.

Przy­je­cha­li tu kil­ka lat temu z "Ru­skiej Pol­ski". Za­mie­rza­li wy­ru­szyć do Ame­ry­ki. Od sąsia­dów usły­sze­li o Ży­dzie Cha­imie Lej­bie Wo­znian­skim, któ­ry wspól­nie z sy­nem or­ga­ni­zo­wał gru­py ucho­dźców ma­rzących o lep­szym ży­ciu "za wiel­ką wodą". Za­trzy­ma­li się więc we wsi, gdzie cze­ka­li na pod­róż i przez kil­ka dni żyli mrzon­ką o swo­im El­do­ra­do. Do Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie wy­je­cha­li jed­nak ni­g­dy, wsi­ąkli w tu­tej­szą wieś i po­rzu­ci­li ma­rze­nia, to­pi­ąc je od cza­su do cza­su w kie­lisz­ku wód­ki. I wła­śnie tu­taj Anka przyj­mo­wa­ła ich "dzie­ciu­ki" na świat. Po­tra­fi­ła­by je wy­li­czyć w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści obu­dzo­na w środ­ku nocy.

Go­spo­dy­ni jed­nak się nie ode­zwa­ła, sta­ła ni­czym słup soli przy łó­żku cór­ki i za­ci­ska­ła pal­ce na far­tu­chu, któ­rym była prze­wi­ąza­na w pa­sie.

- To za wcze­śnie, to za wcze­śnie, po­dob­no jesz­cze mie­si­ąc albo dwa - jęk­nęła. - Oj­ciec sprał ją - rzu­ci­ła. - Tera my do­pie­ro do­wie­dzie­li się, że ona brze­mien­na. Przy­je­cha­ła do cha­łu­py i ot na­gle dzie­ciak w dro­dze - do­da­ła z prze­stra­chem na wspo­mnie­nie awan­tu­ry, któ­rą wy­wo­łał jej mąż, kie­dy do­wie­dział się, że zo­sta­nie dziad­kiem, choć zi­ęcia na ho­ry­zon­cie nie było wi­dać. Chwy­cił rze­mień i zdzie­lił cór­kę przez ty­łek, po­wta­rza­jąc, że za rzad­ko ją prał. Po­tem ze­rwał jej z szyi srebr­ny me­da­lik, któ­ry no­si­ła od świ­ętej ko­mu­nii, wci­snął go do kie­sze­ni i na­wrzesz­czał, że na nie­go nie za­słu­gu­je. A gdy chwy­cił po­grze­bacz i ka­zał cór­ce wy­znać, kto jest oj­cem bękar­ta, ta ryk­nęła pła­czem i wy­du­ka­ła le­d­wie na­zwi­sko, bo za­raz ode­szły jej wody.

- I spio­rę jesz­cze raz! Niech tyl­ko uro­dzi! Ta... ta... wy­wło­ka! - Za­mach­nął się i prze­ci­ął ręką po­wie­trze, jak­by da­wał cór­ce razy. Po­tem od­ci­ągnął na bok sta­rą Ankę i szep­nął jej coś na ucho. Aku­szer­ka zro­bi­ła znak krzy­ża, ale po chwi­li kiw­nęła gło­wą. - Sa­mo­gon dam i parę gro­szy do ręki wci­snę, ode mnie krzyw­dy mieć nie będzie­cie - do­dał dla pew­no­ści, a bab­ka po­now­nie przy­tak­nęła i wresz­cie wy­pchnęła go za drzwi.

- No, ko­cha­niut­ka, uro­dzim, jo? - Wes­tchnęła. - Nie­bo­że ty... tak to je, jak się nogi roz­wie­ra nie tam, gdzie trza. - Klep­nęła ją w ko­la­na ni­czym kro­wę, któ­ra po­win­na się na­stąpić. Po­tem prze­ta­rła mo­kre czo­ło dziew­czy­ny. Twarz mia­ła roz­pa­lo­ną, jak­by ży­wym ogniem kto ją przy­pie­kał.

*

- Na­st­ka... - szep­nęła, nie do­wie­rza­jąc. - Na­stu­sia! - Szarp­nęła dziew­czyn­ką i na­tych­miast za­częła ją roz­wi­jać z be­tów. Pod­no­si­ła jej rącz­ki i nó­żki, ale te bez­wład­nie opa­da­ły, jak­by na­le­ża­ły do szma­cia­nej lal­ki, a nie do dziec­ka. - Na­stu­sia! - pi­snęła prze­ra­żo­na. - Na­stu­sia!

- Co się drzesz jak opęta­na? - wark­nął w pó­łśnie Waw­rzy­niec. - Noc jest.

- Waw­rek - jęk­nęła. - Na­stu­sia... - Po­now­nie szarp­nęła na­gu­sie­ńkim już dziec­kiem.

Mężczy­zna po­de­rwał się z łó­żka. W pierw­szej chwi­li nie wie­dział, co zro­bić. Po­tem sko­czył do Ro­za­lii i za­brał od niej cór­kę. Dziec­ko le­cia­ło mu przez ręce, więc roz­sta­wił pal­ce, by uło­żyć so­bie nie­wiel­ką głów­kę na dło­ni. Spoj­rzał na prze­ra­żo­ną żonę, któ­ra ki­wa­ła gło­wą na pra­wo i lewo. Przy­sta­wił ucho do ma­le­ńkiej pier­si i wark­nął do żony, by była ci­cho.

- Coś zro­bi­ła? - szep­nął.

- Za­snęłam... - Roz­pła­ka­ła się. - Za­snęłam... tyl­ko za­mknęłam oczy na chwi­lę...

Waw­rzy­niec uło­żył dziew­czyn­kę na łó­żku. Na­stu­sia wy­gląda­ła, jak­by spa­ła, tyl­ko z jej cia­ła znik­nęła ró­żo­wo­ść ty­po­wa dla no­wo­rod­ka. Skó­ra była bla­da, źre­ni­ce nie po­ru­sza­ły się pod po­wie­ka­mi, a rącz­ki le­ża­ły nie­ru­cho­me po bo­kach. Ro­za­lia do­tknęła głów­ki Na­st­ki. Po­gła­ska­ła ją de­li­kat­nie, jak­by bała się, że ją obu­dzi. Tłu­mi­ła płacz, wci­ska­jąc so­bie jed­ną pi­ęść do ust, by nie wrzesz­czeć.

- Ta­kie rze­czy się zda­rza­ją - po­wie­dział ci­cho.

- Może da się ją od­ra­to­wać? Waw­rzyk... Waw­rzyk, leć po dok­to­ra - szep­ta­ła. Wresz­cie ze­rwa­ła się z łó­żka i pod­bie­gła do męża. Wbi­ła w nie­go pal­ce. Za­częła szar­pać ko­szu­lę. - Leć po dok­to­ra! Może to nic, może ją zbu­dzi, ura­tu­je! Waw­rzyk! Waw­rzyk... - po­wta­rza­ła nie­przy­tom­nie. - Waw­rzyk...

Wi­la­mow­ski przy­ci­ągnął do sie­bie żonę i przy­ci­snął ją do pier­si, by się uspo­ko­iła. Nie miał ocho­ty wy­cho­dzić z domu. Wie­dział, że dok­tor nic tu nie po­mo­że, ale Ro­za­lia tak moc­no wbi­ja­ła w nie­go pal­ce, że wresz­cie się pod­dał, ode­pchnął ją od sie­bie i si­ęgnął po ka­po­tę prze­wie­szo­ną przez po­ręcz krze­sła.

- Do­bra - od­pa­rł zre­zy­gno­wa­ny. - Pój­dę po dok­to­ra...

Ubie­rał się w po­śpie­chu. Ro­za­lia po­ga­nia­ła go, cho­dzi­ła po po­ko­ju od ścia­ny do ścia­ny i pła­ka­ła. Przy­po­mi­na­ła ran­ne zwie­rzę, któ­re mio­ta­ło się w klat­ce, szu­ka­jąc wy­jścia. Od cza­su do cza­su po­wie­trze prze­szy­wa­ło wy­cie prze­pe­łnio­ne jej bó­lem i stra­chem.

- Po­wiem mat­ce, żeby przy­szła, może za­ra­dzi jesz­cze - do­dał i wy­sze­dł z po­ko­ju. Po chwi­li przy Ro­za­lii po­ja­wi­ła się Ma­rian­na. Wy­gląda­ła jak upiór w ja­snej dłu­giej ko­szu­li, oświe­tlo­na je­dy­nie pro­mie­niem świe­cy.

*

- Jo - stwier­dzi­ła try­um­fal­nie Anka. - Ko­niec bólu. - Po­kle­pa­ła po łyd­ce dziew­czy­nę. Od­ci­ęła pępo­wi­nę i za­wi­nęła dziec­ko w czy­stą szma­tę. Wy­nio­sła z po­ko­ju i wci­snęła w ręce go­spo­da­rzo­wi. - Po­klep­ta tak, żeby pła­ka­ło. - Po­ka­za­ła mu, jak po­trzeć cia­łko no­wo­rod­ka. - Tyl­ko idźta stąd, żeby dzie­wu­cha nie sły­sza­ła. - Spoj­rza­ła na mężczy­znę, kie­dy wci­snęła mu no­wo­rod­ka w ra­mio­na, ale za­raz mach­nęła ręką z re­zy­gna­cją. - Lub zrób­ta, co chce­ta... Wa­sze su­mie­nie, wasz grzech i was Bóg osądzi.

- Niech mi tu Anka nie wy­je­żdża z Bo­giem - wark­nął, ale od­ru­cho­wo po­kle­pał dzie­cia­ka po plec­kach.

Bab­ka wró­ci­ła do po­ko­ju. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach potu i krwi. Go­spo­dy­ni sie­dzia­ła na łó­żku koło cór­ki i prze­cie­ra­ła jej czo­ło mo­krą szmat­ką.

- Dla­cze­go nie pła­cze? - jęk­nęła pier­wo­ród­ka i pró­bo­wa­ła unie­ść się na łok­ciach. Wzrok utkwi­ła w drzwiach, przez któ­re prze­szła aku­szer­ka. - Dla­cze­go nie pła­cze?!

- Za wcze­śnie się uro­dzi­ło nie­bo­żę. Twój oj­ciec za­brał je z two­ich oczu, coby cier­pie­nia wi­ęcej nie było.

- Chłop­czyk czy dziew­czyn­ka?

Anka za­wa­ha­ła się. Nie spoj­rza­ła na dziew­czy­nę. Ota­rła jej nogi, a po­tem wrzu­ci­ła ło­ży­sko do ce­brzy­ka. Pla­snęło, a dziew­czy­na znów za­nio­sła się pła­czem.

- Nie rycz, go­rącz­ki do­sta­niesz - upo­mnia­ła ją sta­ra. - Chło­pak był - do­da­ła, chrząka­jąc pod no­sem, jak­by sło­wa z tru­dem prze­szły jej przez gar­dło. - Mło­da je­steś, uro­dzisz jesz­cze nie­jed­no, a te­raz nie maż się, bo za­raz trza będzie ko­lej­ną trum­nę zbi­jać z de­sek.

W tym cza­sie oj­ciec dziew­czy­ny wci­snął opa­tu­lo­ne­go w płó­cien­ne szmat­ki dzie­cia­ka za pa­zu­chę ko­żu­cha i wy­sze­dł z cha­łu­py. Sze­dł pro­sto do chle­wi­ka. Po­ci­ągnął do sie­bie ci­ężkie drzwi, a od pro­gu ude­rzył go smród świ­ńskich od­cho­dów. Zmarsz­czył nos, ale nie za­trzy­mał się przy ma­cio­rze. Po­sze­dł od razu do wiel­kie­go ni­czym gda­ńska sza­fa knu­ra. Ten pod­nió­sł się na wi­dok go­spo­da­rza i ci­ężkim ciel­skiem na­pa­rł na ba­rier­ki. Mężczy­zna od­ru­cho­wo cof­nął się, ale po chwi­li wy­jął zza pa­zu­chy pła­czące­go dzie­cia­ka i po­now­nie pod­sze­dł bli­żej. Chwy­cił go jed­ną ręką i pod­nió­sł. Knur spoj­rzał na jego dłoń i za­czął po­hu­ki­wać. W chlew­ni ode­zwa­ły się po­zo­sta­łe świ­nie. Mężczy­zna spoj­rzał w oczy knu­ra, któ­ry na­gle po­de­rwał gło­wą tak gwa­łtow­nie, że wy­stra­szył go­spo­da­rza. O mało nie wy­pu­ścił dzie­cia­ka. Ser­ce za­ło­mo­ta­ło mu w pier­si, a nogi lek­ko się ugi­ęły. Na­gle ja­kaś sil­na ręka szarp­nęła go za ra­mię i wy­rwa­ła mu dzie­cia­ka.

- Bój się Boga! - wrza­snął mężczy­zna.

- Nic ci do tego! - wark­nął, pró­bu­jąc si­ęgnąć po wnu­ka, jed­nak sąsiad, któ­ry przy­sze­dł za aku­szer­ką, by po ro­bo­cie od­wie­źć ją do domu fur­man­ką, bo nie chciał, żeby jego mat­ka włó­czy­ła się po nocy po wsi, cof­nął się i splu­nął pod nogi.

- Bój się Boga - po­wtó­rzył.

Wte­dy świe­żo upie­czo­ne­go dziad­ka opu­ści­ła od­wa­ga. Jesz­cze raz spoj­rzał na ol­brzy­mie­go knu­ra i prze­że­gnał się.

- Wy­bacz mi, Boże - szep­nął, ale po chwi­li nie­przy­tom­nym wzro­kiem spoj­rzał na mężczy­znę. Po­ma­so­wał skro­nie, bo ból roz­sa­dzał mu czasz­kę. - I co ja mam z tym bękar­tem po­cząć?

- Wie­cie, kto jest oj­cem?

- Jo... - za­wa­hał się. - Ale trza by do Lidz­bar­ka, a nie mam ko­nia.

- Za­wie­ze, tyl­ko po­wiedz­cie, komu taki ge­szeft zro­bić.

Dziec­ko kwi­li­ło, kie­dy jego dzia­dek na­kre­ślił w po­wie­trzu po raz ko­lej­ny znak krzy­ża, a po­tem przy­po­mniaw­szy so­bie o czy­mś, si­ęgnął do kie­sze­ni. Wy­jął z niej me­da­lik cór­ki, przez mo­ment wa­żył go w dło­ni, ale za­raz we­tknął go pod bety no­wo­rod­ka. Do­tknął jesz­cze jego czo­ła, po­now­nie po­pro­sił Boga o wy­ba­cze­nie i wci­snął bękar­ta za poły ko­żu­cha sąsia­da tak, by go nie za­du­sić.

*

Waw­rzyk wy­sze­dł przed dom i za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Stał przy­tu­lo­ny do ścia­ny domu, drża­ły mu pal­ce z zim­na i z ner­wów. Po dok­to­ra jed­nak nie wy­ru­szył. Wie­dział, że nic to już nie da. Dla spo­ko­ju Ro­za­lii wy­sze­dł przed dom, choć za­pla­no­wał, że po­stoi chwi­lę i wró­ci. Po­wie, że dok­to­ra nie za­stał. Za­ci­ągnął się dy­mem. Nie czuł bólu, choć przed chwi­lą zma­rło jego le­d­wo na­ro­dzo­ne dziec­ko. Nie pierw­sze - po­my­ślał, lecz li­czył na to, że ostat­nie. Śmier­ci się nie bał. Dużo jej w ży­ciu wi­dział. Do­ro­słych mężczyzn, któ­rym szczu­ry wy­ja­da­ły wnętrz­no­ści, cia­ła ro­ze­rwa­ne mi­na­mi, mó­zgi roz­pry­śni­ęte po zie­mi. No­sił w so­bie śmie­rć in­nych. Ob­ra­zy za­pi­sa­ły się bar­dzo wy­ra­źnie w jego pa­mi­ęci, bu­dzi­ły go po no­cach i nie da­wa­ły spać. Wy­star­czy­ło ja­kieś po­ru­sze­nie, ner­wy, a za­raz wra­ca­ły.

Wi­la­mow­ski pod­nió­sł wy­żej ko­łnierz płasz­cza i si­ęgnął po ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Spoj­rzał przed sie­bie. W od­da­li za­uwa­żył za­rys fur­man­ki za­przężo­nej w jed­ne­go ko­nia, do­pie­ro po­tem do­strze­gł męską syl­wet­kę ko­le­bi­ącą się na boki. Zdzi­wił się, że w środ­ku nocy w taką pa­skud­ną po­go­dę ktoś spa­ce­ru­je po mie­ście. Przy­mknął po­wie­ki, by po chwi­li znów je otwo­rzyć. Nie miał pew­no­ści, czy to nie oma­my. Mężczy­zna jed­nak się zbli­żał. Sze­dł lek­ko po­chy­lo­ny, wtu­la­jąc gło­wę w gru­by ko­łnierz, z da­le­ka przy­po­mi­nał nie­dźwie­dzia. Jed­ną rękę przy­ci­skał do pier­si. Waw­rzy­niec po­my­ślał o bro­ni, któ­rą nie­zna­jo­my mógł ukry­wać za pa­zu­chą. Prze­sze­dł go zim­ny dreszcz i na­tych­miast wy­co­fał się do domu. Nie za­mie­rzał kon­fron­to­wać się z opry­chem, któ­ry pew­nie po nocy szu­kał za­czep­ki. Za­mknął drzwi i zdjął wil­got­ny od mżaw­ki płaszcz. Za­wie­sił go w sie­ni i już miał ru­szyć w głąb domu, gdy na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie. Drgnął i po­wo­li wró­cił do drzwi. Na­słu­chi­wał, ale się nie po­wtó­rzy­ło. Nie­uf­nie prze­kręcił za­mek i ostro­żnie wyj­rzał na ze­wnątrz.

Wy­stra­szył się na wi­dok ob­ce­go. Przez myśl prze­szło mu, że za chwi­lę będzie mu­siał sto­czyć wal­kę z na­past­ni­kiem. Na­pi­ął cia­ło, go­tu­jąc się do sko­ku.

- Wi­la­mow­ski? - Usły­szał tu­bal­ny głos.

- Jo... - od­pa­rł od­ru­cho­wo. - Jaki...?

Nie zdążył jed­nak nic po­wie­dzieć, kie­dy mężczy­zna wy­ci­ągnął coś zza pa­zu­chy i wci­snął mu w ra­mio­na. Po­tem na­tych­miast od­wró­cił się i bez sło­wa od­sze­dł. Waw­rzy­niec stał przez mo­ment, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się sta­ło. To sen? Może mara ja­kaś? Zro­bił krok przez próg i wyj­rzał na po­grążo­ną w ciem­no­ści uli­cę. Do­strze­gł cień prze­my­ka­jący w od­da­li. Wy­ra­źnie trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od lam­py ga­zo­wej. Raz tyl­ko obej­rzał się za sie­bie, a po­tem sko­czył na fur­man­kę, za­ci­ął ko­nia i znik­nął z oczu Waw­rzy­ńca.

- Pa­la­ruch jaki czy co? - szep­nął i od­ru­cho­wo zro­bił znak krzy­ża, wci­ąż trzy­ma­jąc w ra­mio­nach nie­wiel­kie za­wi­ni­ąt­ko. Po jego cie­le prze­szły ciar­ki. Chciał już się cof­nąć i wró­cić do miesz­ka­nia, gdy na­gle usły­szał kwi­le­nie. Nie­przy­jem­nie ści­snęło go w żo­łąd­ku. Za­drża­ły mu ręce, a przez gło­wę prze­le­cia­ło mnó­stwo naj­ró­żniej­szych my­śli. Do­pie­ro zim­ny wiatr, któ­ry sma­gnął go bez li­to­ści po twa­rzy, spo­wo­do­wał, że od­wi­nął lek­ko szmat­kę. Znów zer­k­nął w pra­wo i w lewo, ale ni­g­dzie nie było wi­dać ży­we­go du­cha.

- Jest tu kto? - spy­tał w ciem­no­ść, a ta­jem­ni­czy mężczy­zna kil­ka­dzie­si­ąt me­trów da­lej trza­snął z bi­cza ko­nia. Za­klął pod no­sem, że nie­po­trzeb­nie wtrącił nos w nie swo­je spra­wy, a po­tem szyb­ko moc­niej na­su­nął czap­kę na gło­wę, pod­nió­sł ko­łnierz ko­żu­cha i po chwi­li znik­nął w ciem­no­ściach poza mia­stem. - Boże świ­ęty - szep­nął Waw­rzy­niec, gdy od­su­nął szmat­kę z twa­rzy dziec­ka. Chrząk­nął, a wte­dy nie­mow­lę roz­pła­ka­ło się w głos, jak­by cze­ka­ło na od­po­wied­ni sy­gnał. To wy­rwa­ło ze snu Miet­ka.

- Co to jest? - spy­tał, wi­dząc ojca sto­jące­go w sie­ni z za­wi­ni­ąt­kiem na rękach. - W nia­ńkę się ba­wisz? - ziew­nął chło­pak, będąc prze­ko­na­nym, że oj­ciec trzy­ma Na­st­kę. - Mat­ka śpi? Na­kar­mić małą trze­ba.

Mie­tek zbli­żył się do ojca i zaj­rzał w szmat­ki. Dziec­ko było czer­wo­ne na twa­rzycz­ce, za­no­si­ło się od pła­czu.

- To nie Na­st­ka - szep­nął Waw­rzy­niec, a Mie­tek spoj­rzał na nie­go prze­stra­szo­ny. Był pe­wien, że ojcu w gło­wie się po­mie­sza­ło. Cza­sa­mi dziw­nie się za­cho­wy­wał, cho­dził po nocy, nie mógł spać, opo­wia­dał o kosz­ma­rach z woj­ny. - Ktoś nam bękar­ta pod­rzu­cił.

- Co? - Mie­tek zła­pał ojca za ra­mię. - Ja­kie­go bękar­ta? - Zaj­rzał jesz­cze raz w szma­ty i przyj­rzał się za­pła­ka­nej twa­rzycz­ce.

- Pa­la­ruch jaki - wark­nął oj­ciec. - Two­je? - spy­tał, choć ser­ce wa­li­ło mu jak sza­lo­ne, a my­śli krąży­ły tyl­ko wo­kół jed­nej ko­bie­ty.

Syn po­bla­dł. Spoj­rzał na ojca i wy­krzy­wił się w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia po­mie­sza­ne­go z obrzy­dze­niem.

- Nie wiem - od­pa­rł szcze­rze. Wzru­szył ra­mio­na­mi, by ukryć zde­ner­wo­wa­nie. - Obce pew­nie, wszy­scy wie­dzą, że u nas jest co do gęby wło­żyć, to pod­rzu­ci­ła ja­kaś bie­do­ta.

- Wiel­ki fa­cet, a nie bie­do­ta - mruk­nął. - W ko­żu­chu, gęby nie było wi­dać. Za­py­tał tyl­ko, czy Wi­la­mow­ski, i ucie­kł.

- Co ro­bi­my? Wie ktoś o nim?

- Cho­dź - po­wie­dział zre­zy­gno­wa­nym gło­sem do syna. - Jest jesz­cze coś - do­dał i ru­szył do po­ko­ju Ro­za­lii.

Za­sko­czo­ny syn pod­ci­ągnął ka­le­so­ny, któ­re le­d­wo trzy­ma­ły się na jego ko­ści­stych bio­drach, i po­sze­dł za oj­cem.

*

Ro­za­lia cho­dzi­ła po po­ko­ju i dra­pa­ła się po gło­wie. Mru­cza­ła pod no­sem nie­zro­zu­mia­łe sło­wa i szlo­cha­ła, bo­jąc się roz­pła­kać w głos. Kie­dy do po­ko­ju we­szli Waw­rzy­niec z Miet­kiem, za­ma­rła. Spo­dzie­wa­ła się dok­to­ra. Zmie­rzy­ła męża z góry na dół. Wy­da­ło się jej, że sły­szy płacz dziec­ka, więc na­tych­miast do­sko­czy­ła do łó­żka. Chwy­ci­ła Na­st­kę w ra­mio­na, ale dziew­czyn­ka nie otwie­ra­ła ust, nie re­ago­wa­ła na jej szar­pa­nie, a Ro­za­lia po­trząsa­ła nią ni­czym ze­psu­tą lal­ką.

- Na­stu­sia! - jęk­nęła. - Ode­zwa­ła się, sły­sza­łam... Ona żyje...

- Prze­stań. - Waw­rzy­niec po­ło­żył żo­nie rękę na ra­mie­niu.

Do­pie­ro wte­dy zro­zu­mia­ła, że pła­ka­ło dziec­ko, któ­re trzy­mał na rękach. Z prze­ra­że­niem mu się przyj­rza­ła. Wte­dy sie­dząca w rogu po­ko­ju Ma­rian­na po­de­rwa­ła się i po­de­szła do syna. Te­raz czte­ry do­ro­słe oso­by po­chy­la­ły się nad pod­rzut­kiem, któ­ry pła­kał co­raz gło­śniej, do­po­mi­na­jąc się je­dze­nia.

- Na­karm je - po­wie­dział bez­e­mo­cjo­nal­nym to­nem gło­su, pod­su­wa­jąc Ro­za­lii dzie­cia­ka.

Ma­rian­na na­tych­miast wy­jęła z ra­mion sy­no­wej mar­twe cia­łko Na­st­ki. Do­tknęła pal­ca­mi zim­nych po­licz­ków wnucz­ki, od cze­go prze­szły ją ciar­ki. Nie­jed­ne­go mar­twe­go nie­mow­la­ka już w ży­ciu wi­dzia­ła, ale te­raz po­czu­ła się nie­swo­jo, jak­by do po­ko­ju wle­cia­ło ja­kieś li­cho, okrąży­ło ją i spo­częło w po­bli­żu pod­rzut­ka, któ­ry nie wia­do­mo dla­cze­go zna­la­zł się w ich domu wła­śnie w tę noc. Za oknem za­wył wiatr, na­pa­rł na szy­by. Jęk­nęły w ra­mach, jak­by z tru­dem wstrzy­my­wa­ły na­pór po­wie­trza.

- Co... to? - spy­ta­ła chra­pli­wym gło­sem młod­sza z ko­biet. - Jak...? Gdzie dok­tor?

- Dok­to­ra nie było - skła­mał. - A to... Sama wi­dzisz, dzie­ciak! - od­pa­rł po­iry­to­wa­ny Waw­rzy­niec. - Pod­rzu­tek!

Ro­za­lia wy­ta­rła nos ręka­wem i wy­ci­ągnęła ręce po pła­czące ma­le­ństwo, a od razu po jej cie­le roz­la­ło się przy­jem­ne cie­pło. Przy­tu­li­ła je do sie­bie, jed­nak le­ża­ło ina­czej niż jej cór­ka, było inne w do­ty­ku, ko­ści­ste, nie­pa­su­jące, prze­ło­ży­ła je więc na dru­gie przed­ra­mię i do­tknęła po­licz­ków. Mie­sza­ły się w niej dwa uczu­cia. Tkli­wo­ść i roz­pacz wal­czy­ły w jej ser­cu, nie po­zwa­la­jąc jed­nak na odło­że­nie dziec­ka.

- No­wo­ro­dek - oce­ni­ła Ma­rian­na.

Mie­tek przy­glądał się ose­sko­wi, ale sło­wa z sie­bie wy­du­sić nie umiał. Ser­ce wa­li­ło mu jak osza­la­łe. Si­ęgnął do szma­tek, któ­ry­mi dzie­ciak był opa­tu­lo­ny, ale mat­ka ode­pchnęła jego rękę.

- List po­wi­nien być - wy­ja­śnił, a jego głos wy­ra­źnie za­drżał.

Mat­ka od razu na nie­go spoj­rza­ła i zmarsz­czy­ła czo­ło.

- Mie­tek! - wark­nęła. - Czy to two­ja spraw­ka? Zba­ła­mu­ci­łeś ja­kąś dzie­wu­chę?

- Mamo! - obu­rzył się. - To nie moje.

Głos jego nie za­brzmiał pew­nie. Osiem­na­sto­la­tek chrząk­nął, by ukryć swo­je zmie­sza­nie. Ro­za­lia roz­wi­nęła dziec­ko z płó­cien­nych tka­nin, w któ­re było otu­lo­ne. No­si­ło śla­dy krwi i po­po­ro­do­wej mazi. Mu­sia­ła jed­nak spraw­dzić, ja­kiej było płci, jak­by wła­śnie to mia­ło zde­cy­do­wać o jego dal­szym lo­sie.

- Dzie­wusz­ka - szep­nęła, a ser­ce znów się jej ści­snęło, jak­by mia­ła przed sobą Na­stu­się. Ryk­nęła hi­ste­rycz­nym pła­czem i ro­zej­rza­ła się za cia­łkiem swo­je­go dziec­ka. Waw­rzy­niec jed­nak nie po­zwo­lił jej ode­jść od no­wo­rod­ka. Zła­pał ją za ra­mię i ści­snął. Zo­sta­ła więc i po­now­nie bez­rad­nie po­chy­li­ła się nad pod­rzut­kiem. Za­ci­snęła pal­ce, kie­dy po­czu­ła, jak po brzu­chu spły­wa jej mle­ko z na­brzmia­łych pier­si.

Ma­rian­na nie na­my­śla­ła się dłu­go, chwy­ci­ła brud­ne szma­ty, chcąc za­wi­nąć w nie cór­kę Wi­la­mow­skich. Nikt nie za­pro­te­sto­wał. Kie­dy jed­nak roz­wi­nęła płót­no, coś ma­łe­go zsu­nęło się z nie­go na podło­gę. Schy­li­ła się i po chwi­li wy­ci­ąga­ła przed sobą dłoń, na środ­ku któ­rej le­żał srebr­ny ła­ńcu­szek z me­da­li­kiem.

- Jest to za­miast li­stu - po­wie­dzia­ła. - Chrze­ści­ja­ński dzie­ciak, o tyle do­brze - do­da­ła gro­bo­wym gło­sem. - Choć może sam dia­beł dla nie­po­zna­ki je pod­rzu­cił. Jed­no za­brał, swo­je od­dał na wy­cho­wa­nie, ale o za­pła­tę też się upo­mni - mru­cza­ła gro­bo­wym gło­sem, po­dob­nie jak sy­no­wa nie­prze­ko­na­na do tego, co po­win­ni zro­bić.

Ro­za­lia po­czu­ła, że po jej cie­le prze­szły ciar­ki, ale gdy tyl­ko przy­tu­li­ła do sie­bie na­gu­sie­ńką dziew­czyn­kę, za­raz jej cia­ło za­re­ago­wa­ło ina­czej. Na­brzmia­łe pier­si upo­mi­na­ły ją, że wła­śnie trze­ba na­kar­mić tę małą isto­tę, któ­ra ja­ki­mś cu­dem prze­ży­ła na­ro­dzi­ny i tra­fi­ła pod ich dach. Uło­ży­ła po­now­nie dziew­czyn­kę na pra­wym przed­ra­mie­niu.

- Nie mogę tego zro­bić - jęk­nęła nie­ocze­ki­wa­nie i wci­snęła dzie­cia­ka Waw­rzy­ńco­wi.

Za­sko­czo­ny mężczy­zna wzdry­gnął się i na­tych­miast od­dał jej pod­rzut­ka. Sta­ła więc bez­rad­nie, wpa­tru­jąc się w czer­wo­ną od pła­czu twa­rzycz­kę dziec­ka. Wie­dzia­ła, że kie­dy przy­sta­wi je do pier­si, zdra­dzi pa­mi­ęć swo­jej cór­ki. Nie zdąży­ła jej opła­kać, a już w ra­mio­nach ści­ska­ła obcą dziew­czyn­kę. Po­ci­ągnęła no­sem, a po­tem wy­ta­rła twarz ręka­wem.

- Jak jej nie na­kar­misz - ode­zwa­ła się Ma­rian­na - za­raz będą dwa trup­ki - do­da­ła bez ogró­dek, ko­ńcząc za­wi­ja­nie Na­st­ki. Przy­su­nęła po­tem dziec­ko do pod­rzut­ka, co wy­wo­ła­ło ko­lej­ną falę pła­czu Wi­la­mow­skiej. - Dwa czy je­den? - po­wtó­rzy­ła twar­do, a dziec­ko roz­krzy­cza­ło się jesz­cze gło­śniej.

Ro­za­lia wresz­cie się pod­da­ła. Usia­dła i przy­sta­wi­ła ją do pier­si. Mała po­cząt­ko­wo nie umia­ła chwy­cić bro­daw­ki, ale trwa­ło to nie­dłu­go. Kil­ka mi­nut pó­źniej sły­chać było po­stęki­wa­nie no­wo­rod­ka i szlo­cha­nie Ro­za­lii. Nikt w tym cza­sie się nie od­zy­wał. Waw­rzy­niec i Mie­tek przy­gląda­li się kar­mi­ącej mat­ce. Ma­rian­na wła­śnie szczel­niej opa­tu­la­ła mar­twą dziew­czyn­kę. Za­sło­ni­ła jej twa­rzycz­kę. Zro­bi­ła znak krzy­ża, a po­tem za­nio­sła ją w kąt po­ko­ju bli­żej pie­ca.

- Co z nią zro­bi­my? - spy­tał prze­ra­żo­ny Mie­tek, nie wie­dząc do­kład­nie, o któ­re­go z dzie­ci los się mar­twił. Cia­ło Na­stu­si przy pie­cu wy­wo­ła­ło nie­przy­jem­ny dreszcz. Po­my­ślał na­wet o tym, że bab­ka by­ła­by zdol­na spa­lić ma­le­ńkie zwło­ki. Wzi­ął do ręki ła­ńcu­szek z me­da­li­kiem i przyj­rzał się mu z uwa­gą. Waw­rzy­niec spo­glądał na nie­go. Nie za­mie­rzał zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Wci­ąż od­twa­rzał w pa­mi­ęci sce­nę, któ­ra ro­ze­gra­ła się na pro­gu jego miesz­ka­nia. Pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć ja­kiś szcze­gół z wy­glądu wiel­kie­go mężczy­zny w ko­żu­chu.

- Noc te­raz jest, więc i tak nic nie zro­bi­my - do­dał. - Ju­tro się po­my­śli. Na po­li­cję pew­nie trza to będzie zgło­sić, niech szu­ka­ją wy­rod­nej mat­ki, a Na­st­kę... po­dać, że się jej po­ma­rło - do­dał ze smut­kiem w gło­sie.

- Do­brze oj­ciec mówi - przy­tak­nął Mie­tek, choć po­my­sł szu­ka­nia mat­ki przez po­li­cję mu się nie spodo­bał. Wte­dy pew­ni­kiem wyda się i imię ojca, po­my­ślał. Za­czął się za­sta­na­wiać. Może dziew­czy­nie po­ma­rło się pod­czas po­ro­du albo ro­dzi­ce chcą ukryć wstyd cór­ki, dla­te­go no­wo­rod­ka pod­rzu­ci­li ojcu. Jed­na­kże wszy­scy w mia­stecz­ku wie­dzie­li, że u kraw­ca chle­ba nie bra­ko­wa­ło, więc może to wła­śnie był po­wód, by dzie­cia­ka pod próg pod­sta­wić. Mie­tek gło­wił się nad tym dłu­go, ale od­po­wie­dzi nie zna­la­zł.

- Ślicz­na jest - stwier­dzi­ła Ro­za­lia, w któ­rej hor­mo­ny i in­stynkt ma­cie­rzy­ński wy­gry­wa­ły z roz­sąd­kiem, pró­bu­jąc wy­przeć z jej świa­do­mo­ści, że przed chwi­lą jesz­cze opła­ki­wa­ła mar­twe cia­łko swo­jej có­recz­ki. Przy­ło­ży­ła usta do ły­sej głów­ki ma­le­ństwa. Pach­nia­ła zna­jo­mo, choć ina­czej niż Na­st­ka, czu­ła me­ta­licz­ny za­pach krwi po­mie­sza­ny ze sło­dy­czą mle­ka i potu. Wte­dy Ma­rian­na po­da­ła jej zna­le­zio­ną bi­żu­te­rię. - Me­da­lik? - spy­ta­ła re­to­rycz­nie, wci­ąż po­ci­ąga­jąc no­sem.

- Sre­bro - stwier­dził Waw­rzy­niec, przy­su­wa­jąc bli­żej lam­pę naf­to­wą. Z tyłu wid­nia­ła wy­bi­ta pró­ba i kil­ka nic nie­zna­czących rys, ale wi­ęcej in­for­ma­cji tam nie zna­la­zł. Przyj­rzał się wi­ze­run­ko­wi Mat­ki Bo­skiej. Me­da­lik ni­czym się nie wy­ró­żniał, był dość po­pu­lar­ny wśród ka­to­lic­kich ko­biet, na pew­no nie zwró­ci­łby ni­czy­jej uwa­gi. Mężczy­zna do­tknął wy­pu­kło­ści, a po­tem spoj­rzał na pod­rzut­ka. Za­sta­no­wił się, czy mat­ka tego dzie­cia­ka dała mu to, co mia­ła naj­cen­niej­sze­go. Ob­ró­cił w pal­cach bi­żu­te­rię. - Scho­wam, ale kie­dyś trze­ba będzie dać to tej ma­łej.

Ro­za­lia kiw­nęła gło­wą, wci­ąż nie ro­zu­mie­jąc tego, co się dzia­ło.

- Ana­sta­zja Fran­cisz­ka - szep­nęła płacz­li­wym to­nem gło­su, ale Waw­rzy­niec chrząk­nął, by za­głu­szyć imię. Nie był pe­wien, czy pod­mie­nie­nie dziew­czy­nek było do­brym po­my­słem. - Weź ją na chwi­lę - do­da­ła i wci­snęła dzie­cia­ka za­sko­czo­ne­mu mężo­wi, któ­ry, za­nim zdążył krzyk­nąć, że bękar­ta ści­skać nie będzie, już go trzy­mał w ra­mio­nach. - Ni­ko­mu ani sło­wa! Two­je to? - spy­ta­ła wresz­cie, choć sło­wa te z tru­dem prze­szły jej przez gar­dło. Nie spusz­cza­ła jed­nak oka z Waw­rzy­ńca. Wi­dzia­ła, jak zmie­niał się na twa­rzy. Za­ci­snął szczęki i zmarsz­czył czo­ło. Prze­ta­rł bro­dę. Od­cze­kał, aż mat­ka z Miet­kiem wyj­dą z po­ko­ju. Spo­strze­gł, że Ma­rian­na za­bra­ła ze sobą cia­łko ich cór­ki. Nie za­pro­te­sto­wał.

- Nie! - żach­nął się wresz­cie. - Swo­ich dzie­ci­sków mam aż nad­to, a lata nie te, głu­po­ty daw­no mi wy­wie­trza­ły z gło­wy - po­wie­dział, ale żo­nie w oczy nie spoj­rzał. Utkwił wzrok w naj­wi­ęk­szym pal­cu sto­py i w my­ślach po­msto­wał, że je­że­li to spraw­ka tej... tej... Nie chciał wy­mie­nić jej imie­nia, bo sło­wa na­wet w my­ślach nie chcia­ły się for­mo­wać w zda­nia, ale za­raz też cie­plej o niej po­my­ślał, bo prze­cież nie była mu obo­jęt­na, a cia­ło mia­ła tak po­nęt­ne, że dreszcz go prze­sze­dł. Wci­ąż jed­nak nie pod­no­sił wzro­ku na żonę, bo­jąc się, że do­strze­że to, co ukry­wał.

- My­ślisz, że Miet­ko­wa?

Do­pie­ro te­raz spoj­rzał na nią, a po­tem prze­nió­sł wzrok na dzie­cia­ka.

- Nie przy­zna się - stwier­dził. Znał syna. Był upar­ty jak osioł i je­że­li do tej pory nie pu­ścił pary z gęby, że ja­kaś dzie­wu­cha jest z nim brze­mien­na, to nie po­wie. - Na­wet nie wiem, za któ­rą on ostat­nio ga­niał - do­dał, dra­pi­ąc się po gło­wie. Po­tem na­chy­lił się nad dziew­czyn­ką i do­tknął jej po­licz­ka. Może szu­kał w niej po­do­bie­ństwa do sie­bie lub syna? - Ślicz­na jest. A Miet­ka - za­sta­no­wił się - trze­ba na wieś wy­słać do Wit­ka, przy­da się do po­mo­cy, bo w domu pra­wie same dzie­wu­chy mają, a te­raz dużo pra­cy będzie w go­spo­dar­stwie.

- To praw­da - od­pa­rła nie­co spo­koj­niej­sza. - A może to boże stwo­rze­nie jest nam pi­sa­ne? Mo­jże­sza też pod­rzu­co­no. Może to nie przy­pa­dek, że Na­stu­sia... - za­wa­ha­ła się, z tru­dem prze­ły­ka­jąc śli­nę. - Że Na­stu­sia wła­śnie dzi­siaj...

- Może - wark­nął. - Nie­zna­ne są wy­ro­ki boże.

- Zo­sta­wi­my ją, wy­cho­wa­my jak swo­ją, nikt się nie do­wie - stwier­dzi­ła na­gle. - Bo gdzie ją od­dasz? Do sióstr w Dłu­to­wie? - spy­ta­ła, bo obo­je wie­dzie­li, że od nie­daw­na pro­wa­dzą w tam­tej­szym ma­jąt­ku dom sie­rot. Ro­za­lia przy­wo­ła­ła w pa­mi­ęci ob­raz sprzed po­nad dwu­dzie­stu lat, gdy jako mło­da dziew­czy­na za­cho­ro­wa­ła i mat­ka za­bra­ła ją do "ap­tecz­ki", czy­li domu ogrod­ni­ka przy dłu­tow­skim pa­ła­cu, na­zwa­ne­go tak przez ów­cze­sną wła­ści­ciel­kę, pa­nią Ma­rię Wrot­now­ską, któ­ra utwo­rzy­ła tam lecz­ni­cę. Cho­dzi­ły o niej słu­chy, że w War­sza­wie po­ma­ga­ła ko­bie­tom wąt­pli­wej re­pu­ta­cji, a nie­chcia­nym dzie­ciom znaj­do­wa­ła domy. Wes­tchnęła. Z pew­no­ścią nie chcia­ła­by, żeby dziew­czyn­ka, któ­rą wła­śnie do sie­bie przy­tu­li­ła, tra­fi­ła do domu sie­rot. Żad­ne dziec­ko na to nie za­słu­gi­wa­ło.

- Po­ga­da­my ju­tro - po­wie­dział i zo­sta­wił żonę samą, wy­sze­dł do kuch­ni, by za­pa­lić pa­pie­ro­sa. Zdzi­wił się, kie­dy zo­ba­czył sie­dzącą przy sto­le mat­kę. Przy­gląda­ła mu się uwa­żnie.

- Twój ten bękart? - spy­ta­ła wprost. W pierw­szej chwi­li miał za­prze­czyć, ale uwi­ęzio­ny pod spoj­rze­niem Ma­rian­ny, nie umiał skła­mać.

- Nie wiem - od­pa­rł szcze­rze.

- Albo twój, albo sa­me­go dia­bła - pod­su­mo­wa­ła.

- Co mat­ka? - żach­nął się. - Może Mie­tek jaką pan­nę zba­ła­mu­cił...?

- Na jed­no wy­cho­dzi. Wi­la­mow­ska! Co z nią zro­bi­ta?

- A co po­win­ni­śmy?

- Ochrzcić, wy­pędzić z niej dia­bły i wy­cho­wać jak swo­ją. Nikt nie po­ra­chu­je, że młod­sza o dwa dni.

- Jak mam na nią wo­łać? Na­st­ka?! - wark­nął, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. - Je­że­li mar­twe cia­łko Na­st­ki do­ty­ka­łem.

- To niech będzie Fran­cisz­ka - od­pa­rła. - Nikt się nie zdzi­wi, że dru­gie­go imie­nia uży­wa­ta. Zresz­tą na chrzci­nach da­cie Fran­cisz­ka Ana­sta­zja i będzie, że zmie­ni­li­ście zda­nie co do ko­lej­no­ści.

- Jo... - wes­tchnął. Wci­ągnął dym pa­pie­ro­so­wy w płu­ca i po­wo­li go przed sie­bie wy­pu­ścił. Po­tem splu­nął, bo dro­bi­na ty­to­niu przy­kle­iła mu się do war­gi. - Jo... - po­wtó­rzył i usia­dł ci­ężko koło mat­ki. Wte­dy do­pie­ro spo­strze­gł, że obok niej w wi­kli­no­wym ko­szu leży za­wi­ni­ęte w płót­no cia­łko Na­stu­si. Pal­ce mu za­drża­ły, gdy po­now­nie wsu­wał pa­pie­ro­sa do ust.

Ma­rian­na po­kle­pa­ła go po ra­mie­niu i wy­szła z kuch­ni. Przez chwi­lę sie­dział nie­ru­cho­mo ze wzro­kiem wbi­tym w swo­je mar­twe dziec­ko. Na­gle w pa­mi­ęci bły­snął ob­raz mło­de­go chło­pa­ka. Le­żał obok nie­go w la­za­re­cie. Wi­dział, jak pie­lęgniar­ka za­sło­ni­ła mu twarz prze­ście­ra­dłem, na któ­rym mie­ni­ło się od bru­nat­nych plam krwi. Wzdry­gnął się, kie­dy po­czuł tam­tej­szy odór. Szyb­ko wy­ci­ągnął ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa i cze­kał, kie­dy prze­szło­ść da mu wresz­cie spo­kój. A kosz z dziec­kiem wy­nió­sł do sie­ni. Na­krył go sta­rym pal­tem, by nikt rano się nie na­tknął na nie.

Do łó­żka wró­cił go­dzi­nę pó­źniej, gdy Ro­za­lia spa­ła. Zaj­rzał jesz­cze do ko­ły­ski, dziew­czyn­ka wy­gląda­ła zdro­wo, mia­ro­wo od­dy­cha­ła i nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z tego, co przed chwi­lą się wy­da­rzy­ło. Wsu­nął się pod pie­rzy­nę, ale za­snąć dłu­go nie mógł. Męczy­ła go myśl o ła­ńcusz­ku z me­da­li­kiem. Może to po­wi­nien być dla nie­go ja­kiś trop?

*
Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

Te­raz

Prze­ta­rł dło­nią tłu­stą skór­kę ja­błka. Po­czuł za­pach piw­ni­cy, a w tle za­ma­ja­czy­ło wspo­mnie­nie sadu i szar­lot­ki pie­czo­nej przed laty przez bab­kę. Nie wie­dział, dla­cze­go wła­śnie te­raz o niej po­my­ślał. Nie byli zbyt moc­no ze sobą zwi­ąza­ni. Wgry­zł się w owoc. Po bro­dzie po­cie­kł mu sok. Ro­zej­rzał się za chu­s­tecz­ką. Wy­ta­rł się i wy­god­nie uło­żył w fo­te­lu. Ja­błko nie sma­ko­wa­ło tak jak daw­niej. Skrzy­wił się i odło­żył je na ta­le­rzyk, bo wy­da­ło mu się ja­ło­we. Si­ęgnął po te­le­fon, a ten jak na za­wo­ła­nie roz­dzwo­nił mu się w dło­ni.

- Tak, mamo? - rzu­cił w słu­chaw­kę znu­dzo­nym gło­sem.

- Moja cio­cia zma­rła - po­wie­dzia­ła. - Wła­śnie za­dzwo­ni­li ze szpi­ta­la.

- Do cie­bie? - zdzi­wił się. - A nie do jej syna?

- Po­da­ła mój te­le­fon do kon­tak­tu... - Wes­tchnęła. - Po­my­li­ła nu­me­ry.

- Gdzie je­steś? - spy­tał, od razu pro­stu­jąc się, choć wia­do­mo­ść z pew­no­ścią nie była za­sko­cze­niem.

Sio­stra jego bab­ki była sta­ra i cho­ra. Nie umiał do­kład­nie okre­ślić jej wie­ku, ale na pew­no była do­brze po dzie­wi­ęćdzie­si­ąt­ce. Kie­dyś chciał zro­bić drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne, bo wy­da­wa­ło mu się, że jego wła­sne dzie­ci po­win­ny znać hi­sto­rię ro­dzi­ny. Za­pra­gnął do­grze­ba­nia się do naj­dal­szych ko­rze­ni, a ocza­mi wy­obra­źni zo­ba­czył ro­do­wy herb nad ko­min­kiem. Gdy­by spe­łnił swo­je ów­cze­sne pra­gnie­nie, zna­łby z pew­no­ścią datę jej uro­dzin, jak i swo­jej pra­bab­ci i in­nych pra­pra­przod­ków. Nie wy­star­czy­ło mu jed­nak za­pa­łu. Po­je­chał wte­dy do Elżbie­ty Wi­la­mow­skiej, by ją wy­py­tać o prze­szło­ść i sta­re fo­to­gra­fie, ale gdy po­wie­dzia­ła, że nie za­cho­wa­ło się żad­ne zdjęcie dziad­ka i że o tym skur­czy­by­ku nie ma za­mia­ru opo­wia­dać, pod­dał się, za­nim do­brze za­czął.

- W domu - od­pa­rła. - Oj­ciec jest w de­le­ga­cji, ju­tro będzie, a ja nie wsi­ądę w auto, je­stem zbyt roz­trzęsio­na. Prze­cież wiesz, jak by­łam zży­ta z cio­cią - tłu­ma­czy­ła ner­wo­wo.

- Okej, już do cie­bie jadę. Na­pi­szę tyl­ko wia­do­mo­ść do Aśki. Dzwo­ni­łaś do wuj­ka?

- Tak, je­dzie z Na­ta­lią, ale pro­sił, że­bym wszyst­ko za­ła­twi­ła w szpi­ta­lu, bo on ma dłu­ższą dro­gę - od­pa­rła, a Kuba kiw­nął gło­wą, choć nie mo­gła tego zo­ba­czyć. Lu­bił wuja i jego dzie­ci. Z młod­szą o trzy lata ku­zyn­ką nie­wie­le roz­ma­wiał, bo miesz­ka­li da­le­ko od sie­bie, ale uwa­żał ją za rów­ną bab­kę. Wła­śnie tak o niej mó­wił, gdy ktoś go o nią py­tał. Na­tka jest "rów­ną bab­ką", od­po­wia­dał, choć nie bar­dzo umiał wy­ja­śnić, na czym ta "rów­no­ść" mia­ła­by po­le­gać. Tak po pro­stu było ła­twiej, więc uży­wał ba­nal­nych słów.

Go­dzi­nę pó­źniej Kuba sie­dział na pla­sti­ko­wym krze­śle w ko­ry­ta­rzu szpi­ta­la i cze­kał na mat­kę, któ­ra po­szła do le­ka­rza po do­ku­men­ty se­nior­ki. Roz­my­ślał o tym, do­kąd po­win­ni po­je­chać pó­źniej. Przy­po­mi­nał so­bie, jak kil­ka lat temu ra­zem z sio­strą or­ga­ni­zo­wa­li po­grzeb dziad­ka od stro­ny ojca.

- Cze­ść, Kuba. - Usły­szał nad sobą gło­sy wuja i ciot­ki. Obo­je mie­li gro­bo­we miny i sza­re twa­rze. Moc­no się po­sta­rze­li od mo­men­tu, gdy wi­dział ich po raz ostat­ni. Spo­ty­ka­li się rzad­ko, za­wsze na uro­czy­sto­ściach ro­dzin­nych w kli­ma­cie we­sel albo styp. Ktoś mó­głby po­wie­dzieć, że to i tak często, bo ga­łęzie ich drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne­go były od sie­bie nie­co od­da­lo­ne. Jego bab­ka i mat­ka wuja były sio­stra­mi, cór­ka­mi Wi­la­mow­skich z Lidz­bar­ka.

- Cze­ść - od­po­wie­dział, na­tych­miast wsta­jąc. Uści­skał krew­nych i wy­ra­ził wspó­łczu­cie. Po­tem wska­zał im krze­sła obok. Usie­dli i przez mo­ment mil­cze­li. - Mama po­szła po do­ku­men­ty - do­dał jesz­cze. - Jak pod­róż?

- Do­brze - od­pa­rł wuj. - Nie było kor­ków, więc uda­ło się nam szyb­ko do­je­chać.

- Daw­no mama po­szła do le­ka­rza? - spy­ta­ła ciot­ka, a Kuba wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie wie­dział, ile mi­nut do­kład­nie mi­nęło.

- Za­raz po­win­na być. Je­chać z wami do za­kła­du po­grze­bo­we­go czy w trój­kę to za­ła­twi­cie?

- Ech... - wes­tchnął wuj. - Żal mi tej mo­jej mat­ki. Na­cier­pia­ła się przed śmier­cią.

- Ma­rzy­ła o set­nych uro­dzi­nach, szko­da, że nie do­cze­ka­ła, ale to i tak pi­ęk­ny wiek - do­da­ła jego żona i po­kle­pa­ła go po dło­ni.

Kuba skrzy­wił się, bo wie­le razy za­sta­na­wiał się nad tym, co zna­czy do­żyć pi­ęk­ne­go wie­ku. Ciot­ka od dwóch lat le­ża­ła w łó­żku, była za­le­żna od in­nych osób, więc jego zda­niem ten pi­ęk­ny wiek, któ­re­go do­ży­ła, tro­chę się prze­ter­mi­no­wał. Jak­by ktoś za­po­mniał zga­sić świa­tło w po­ko­ju, gdzie wcze­śniej była za­ba­wa. Pa­mi­ętał jed­nak, że fak­tycz­nie se­nior­ka wspo­mi­na­ła o set­nych uro­dzi­nach. Li­czy­ła na to, że do­sta­nie do­da­tek do eme­ry­tu­ry. Wci­ąż po­wta­rza­ła, że wte­dy będzie wresz­cie bo­ga­ta.

- Jak chcesz, to jedź do domu - po­wie­dział wuj. - Za­ła­twi­my wszyst­ko, po­tem do was przy­je­dzie­my.

- Mamę też przy­wie­źcie, bo ojca nie ma, a nie chcę, żeby dzi­siaj zo­sta­ła sama. Była zży­ta z cio­cią - po­pro­sił.

Mat­ka Kuby wy­szła na ko­ry­tarz. Była bla­da. Mia­ła pod­krążo­ne oczy i spuch­ni­ęty nos. W dło­ni trzy­ma­ła do­ku­men­ty i wo­re­czek z czy­mś ma­łym, co trud­no było z da­le­ka zi­den­ty­fi­ko­wać.

- Co to? - spy­tał Kuba, wska­zu­jąc na jej pra­wą rękę.

- Kosz­tow­no­ści sta­rusz­ki - od­po­wie­dzia­ła i wy­sy­pa­ła za­war­to­ść. W wo­recz­ku zo­sta­ła je­dy­nie kart­ka z za­pi­sem tego, co zna­le­zio­no przy zma­rłej.

- Ja­kiś ła­ńcu­szek - stwier­dził Kuba. - I me­da­lik.

- Uhym... - mruk­nął wuj, bio­rąc bi­żu­te­rię do ręki. - Za­wsze go no­si­ła.

- To zna­czy, że mu­siał być dla niej wa­żny.

Po­grzeb Fran­cisz­ki Wi­la­mow­skiej od­był się trzy dni pó­źniej na cmen­ta­rzu w Lidz­bar­ku przy uli­cy Je­le­ńskiej dwa. W ostat­niej dro­dze to­wa­rzy­szy­ła jej duża ro­dzi­na Wi­la­mow­skich, Jur­czy­ków, Li­pi­ńskich, Ro­ma­now­skich, Se­ra­fi­nów i Ostrow­skich oraz mnó­stwo in­nych osób, któ­re chcia­ły po­że­gnać sta­rusz­kę. Nie było roz­pa­czy ani rwa­nia wło­sów z gło­wy. Z ode­jściem po­nad dzie­wi­ęćdzie­si­ęcio­let­niej krew­nej dość ła­two było się po­go­dzić. Ty­dzień pó­źniej ro­dzi­na umó­wi­ła się więc w domu Fran­cisz­ki, by po­sprzątać i zde­cy­do­wać, co da­lej z do­mem, któ­ry z pew­no­ścią wy­ma­gał so­lid­ne­go re­mon­tu.

Kuba roz­glądał się po po­ko­ju. Jego wzrok przy­ci­ągnął ob­raz świ­ętej ro­dzi­ny wi­szący nad wer­sal­ką.

- Będzie z nie­go nie­zła pa­mi­ąt­ka - ode­zwa­ła się Na­ta­lia, któ­ra przy­je­cha­ła tu z oj­cem.

Mężczy­zna zer­k­nął na nią. Nic się nie zmie­ni­ła przez lata. Wci­ąż mia­ła we­so­łe ogni­ki w oczach i pra­wie tę samą fry­zu­rę, co przed laty, choć po­dej­rze­wał, że mu­sia­ła już far­bo­wać wło­sy. Blond ko­smy­ki opa­da­ły jej na po­licz­ki.

- Cie­ka­wy spa­dek - za­śmiał się. - Może to­bie się do­sta­nie.

- Mnie naj­bar­dziej in­te­re­su­ją zdjęcia - po­wie­dzia­ła, a po­tem prze­szła do szaf­ki pod te­le­wi­zo­rem. Wie­dzia­ła, że se­nior­ka trzy­ma­ła tu al­bu­my i pu­de­łka po pra­lin­kach, do któ­rych cho­wa­ła fo­to­gra­fie, a po­tem prze­wi­ązy­wa­ła kar­to­ni­ki wstążka­mi albo sznu­rów­ka­mi, by nic z nich nie wy­pa­dło.

- A roz­po­znasz na­szych przod­ków? - spy­tał, kie­dy usie­dli na podło­dze i roz­ło­ży­li zdjęcia. Ro­dzi­ce nie zwra­ca­li na nich uwa­gi. Wła­śnie pa­ko­wa­li ubra­nia w wor­ki. Ma­rek zo­bo­wi­ązał się, że za­wie­zie je do MOPS-u.

- Część tak - od­pa­rła. - Po­cze­kaj, bab­cia mia­ła tu gdzieś ta­kie kart­ki. Pa­mi­ętam, że je wkła­da­ła. Pró­bo­wa­ły­śmy na­ry­so­wać drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne, mia­ła po­tem do­ko­ńczyć, bo nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, ale wy­le­cia­ło mi to z gło­wy.

Na­ta­lia zdej­mo­wa­ła wiecz­ka z pu­de­łek, prze­rzu­ca­ła szyb­ko zdjęcia, a po­tem si­ęga­ła po na­stęp­ne. Wresz­cie try­um­fal­nie wznio­sła do góry kart­kę w krat­kę i po­ma­cha­ła nią przed no­sem ku­zy­na. Kich­nął, kie­dy w po­wie­trzu za­wi­ro­wa­ły dro­bin­ki ku­rzu. Ko­bie­ta wy­gła­dzi­ła dło­nią pa­pier i po­ka­za­ła pal­cem na pu­ste miej­sca.

- Czy­li bab­cia tego nie uzu­pe­łni­ła... - za­my­śli­ła się.

- Cze­kaj... - Kuba do­kład­nie się przyj­rzał ry­sun­ko­wi. Na jego szczy­cie znaj­do­wa­li się Jan Wi­la­mow­ski i Ma­rian­na Se­ra­fin, a obok Jó­zef Ro­ma­now­ski i Ja­ni­na Ostrow­ska. - Ład­ne na­zwi­ska - stwier­dził. Ze swo­je­go też był dum­ny i cie­szył się, że jego mat­ka nie zde­cy­do­wa­ła się go zmie­nić, a jemu ra­zem z oj­cem nada­li po­dwój­ne Wi­la­mow­ski-Jur­czyk. - Ale dużo dziur.

- To praw­da - od­pa­rła. - Zo­bacz tu. - Po­ka­za­ła pal­cem. - Bab­cia mi nie chcia­ła wy­ja­śnić, ale to dziw­ne, bo tu jest wy­pi­sa­ne jej ro­dze­ństwo, a ona sie­bie umiej­sco­wi­ła z boku... - za­sta­no­wi­ła się. - Tyle tu pu­stych miejsc.

- Kie­dy bab­cia się uro­dzi­ła?

- W dwu­dzie­stym ósmym roku. Cie­ka­we, dla­cze­go jest osob­no.

- Hm... - za­my­ślił się. - Może da się to po­skła­dać w lo­gicz­ną ca­ło­ść? - Prze­rzu­cił ko­lej­ne zdjęcia, a Na­ta­lia po­da­ła mu pu­de­łko, na któ­re­go wierz­chu do­strze­gli akt zgo­nu Ro­za­lii Wi­la­mow­skiej z domu Ro­ma­now­skiej.

- Może za­ba­wić się w de­tek­ty­wów i spró­bo­wać uzu­pe­łnić część pu­stych miejsc - po­wie­dzia­ła.

- I ten ła­ńcu­szek - do­dał. Na nie­wiel­kim sto­le le­ża­ły do­ku­men­ty wy­da­ne przez le­ka­rza w szpi­ta­lu i urzędo­wy akt zgo­nu. Na nich znaj­do­wał się stru­no­wy wo­re­czek, w któ­rym tkwił srebr­ny ła­ńcu­szek i me­da­lik z wi­ze­run­kiem Mat­ki Bo­skiej.

- Tak... - za­my­śli­ła się. - Może uda się nam zna­le­źć w pa­pie­rach bab­ci jej no­tat­ki. Kie­dyś roz­ma­wia­łam z nią o tym, że po­win­na za­pi­sać naj­wa­żniej­sze wy­da­rze­nia dla po­tom­nych i obie­ca­ła mi, że to zro­bi. Cie­ka­we, czy jej ro­dze­ństwo też zo­sta­wi­ło po so­bie ja­kieś za­pi­ski. Trze­ba po­py­tać wu­jów i ciot­ki.

- Spo­ro ich było - za­sta­no­wił się. - Mie­tek to naj­star­szy z bra­ci - za­wa­hał się przy wuju mat­ki, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, w któ­rym roku zma­rł, ale nie pa­mi­ętał. - Byli Cze­sła­wa, Agniesz­ka, Hen­ryk, Ju­rek, Elżbie­ta i Fran­cisz­ka... Chy­ba wszy­scy.

- Nie - oży­wi­ła się Na­ta­lia. - Bab­cia mó­wi­ła mi, że był jesz­cze chło­piec, któ­ry zma­rł, i po­dob­no jesz­cze ja­kieś dziec­ko, ale dziw­ne... o nim nie chcia­ła mó­wić.

- To jak ukła­da­nie puz­zli - stwier­dził Kuba. - Po­do­ba mi się. Po­szu­kaj­my wszyst­kich ele­men­tów, a po­tem spró­buj­my je uło­żyć w ca­ło­ść.

- A jak się nie sklei?

- To do­zmy­śla­my - za­śmiał się. - Ka­żde z nas będzie mo­gło stwo­rzyć wła­sną wer­sję prze­szło­ści - do­dał, spo­gląda­jąc na roz­ło­żo­ne fo­to­gra­fie.

Czuł, że wci­ąż nie jest świa­do­my swo­jej to­żsa­mo­ści. Nie­daw­no doj­rzał do my­śli, że żeby nie po­wta­rzać ro­dzin­nych skryp­tów, na­le­ży naj­pierw je od­czy­tać i zro­zu­mieć. Po­tem mo­żna za­cząć pi­sać dla po­tom­nych. Po­nad­to nie miał po­jęcia, kim jest. Jego przod­ko­wie od stro­ny mat­ki żyli na po­gra­ni­czu daw­nych za­bo­rów: pru­skie­go i ro­syj­skie­go, a pó­źniej na po­gra­ni­czu dwóch wo­je­wództw: war­mi­ńsko-ma­zur­skie­go i ma­zo­wiec­kie­go, za to ro­dzi­ce ojca po­cho­dzi­li z kra­ńców hi­sto­rycz­ne­go Gór­ne­go Śląska. Mie­sza­ła się w nim bar­dzo ró­żno­rod­na krew. Była w niej do­miesz­ka ma­zur­skiej, ma­zo­wiec­kiej i śląskiej, swo­im dzie­ciom do­rzu­cił ko­ciew­skiej.

- Wcho­dzę w to! - pod­jęła od razu Na­ta­lia. W jej gło­sie wy­brzmiał en­tu­zjazm.