Saga rodu z Lipowej: Pakiet 1 (#1) - Marian Piotr Rawinis

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KOWAL

Kwiecień 1260

Pewnej kwietniowej nocy na podwórzu przed kuźnią Hanka rozległ się niezwykły gwar, a zaraz potem ktoś gwałtownie załomotał do drzwi szopy. Wraz ze strugami deszczu do pomieszczenia wtargnął uzbrojony mężczyzna. Szarpnięciem obudził chło-paka.

- Gdzie kowal?

Jeno, niespodziewanie wyrwany ze snu i mało rozumiejący, co się wokoło dzieje, przetarł oczy i zerwał się z posłania.

- No! - gość pochylił się nad nim.

Spod żelaznego hełmu patrzyły groźne, drapieżne oczy.

- Nie ma - powiedział Jeno. - Pojechał z robotą do Dębowca, wróci jutro wieczorem.

Mężczyzna, uzbrojony jak na wojnę i wyglądający na kogoś ważnego, zezłościł się na tę odpowiedź i zaklął pod nosem.

- A ty kto? - zapytał.

- Jeno. Pomocnik.

Przybyły obrzucił chłopaka uważnym spojrzeniem, oceniając jego wzrost i szerokość ramion.

- Umiesz coś, czy tylko pomagasz kowalowi?

- Umiem - odpowiedział Jeno z pewnością w głosie, zupełnie już rozbudzony. - Wszystko umiem.

- Tak? To dobrze. Będziesz miał sposobność przekonać mnie o tym. Zbieraj się!

Bez ceregieli chwycił chłopaka za kark i wypchnął go na podwórze, ledwie ten zdążył chwycić opończę. Na dziedzińcu stali zwartą grupą żołnierze, przy mieczach i z kuszami w rękach. W obszernych płaszczach chowali się przed deszczem, klnąc spod osłaniających twarze kapturów.

- Nie ma kowala - powiedział ten, który wyciągnął Jeno z szopy, kierując słowa do kogoś na koniu. - Ale mam chłopaka, pomocnika. Mówi, że wszystko umie.

Opatulony w płaszcz młody rycerz na koniu od razu podjął decyzję.

- Bierzemy go.

Nie dali Jeno wiele czasu. Kupą władowali się pod dach kuźni, a człowiek na koniu krótko wytłumaczył, o co chodzi, i zapytał, czy Jeno ma odpowiednie narzędzia.

- Dasz radę? - zapytał na koniec.

- Tak.

Jeno odzyskiwał już odwagę. Przecież nie musi się bać kowalskiej roboty. A przybysze, choć groźni i dostojni, przyszli do niego po pomoc.

Żołnierze przynieśli do kuźni coś długiego i zawiniętego w worek, co rychło okazało się człowiekiem. Położyli tłumok na ziemi obok paleniska.

- Chyba trzeba rozpalić ogień - powiedział Jeno niepewnie.

- Nie ma czasu - popędzał rycerz, zeskakując z konia i podchodząc bliżej. - Bierz narzędzia i do roboty!

Wydający rozkazy był młody, wąs mu się ledwie rysował pod nosem. Miał na sobie pięknie haftowaną tunikę na dobrej zbroi. Nie wyglądał na doświadczonego, raz po raz popatrywał na starego żołnierza, jakby szukając u niego potwierdzenia swoich słów. Był przemoczony jak pozostali i trząsł się z zimna, a może tylko z przejęcia.

Jeno pokazał gestami, że potrzebuje pomocy. Ktoś skrzesał ogień i przypalił jedną z pochodni stojących w kącie. Inni na rozkaz rycerza odłożyli kusze i podeszli do worka. Położyli go na pieńku, jednym końcem w górę. Jeno wziął młot na długim trzonku i przecinak.

- Trzymajcie mocno - polecił.

Posłuchali go, choć był tylko chłopcem. Żylaste ręce żołnierzy zacisnęły się, zanim przyłożył przecinak i lekko uderzył młotkiem na próbę. Jeno drżał trochę i nie trafił za pierwszym razem. Ale poprawił się już za drugim. Wystarczyło jeszcze dwa razy moc-niej uderzyć.

- Doskonale! - powiedział rycerz z uznaniem.

Skinął na swoich, by zdjęli wór z pieńka i jego zawartość położyli na ziemi, a kiedy ich dowódca pochylił się, przyświecili pochodniami.

Człowiek na ziemi najwyraźniej umierał. Brudny, zarośnięty, poobijany - tyle zobaczył Jeno. Zdjął mu wprawdzie łańcuchy z nóg, ale z licznych ran leżącego sączyła się krew. Stopy były szczególnie poranione, tkwiły w nich ostre kawałki kamieni. Więzień ręce miał skrępowane przed sobą i nawet gdyby był przytomny, nie mógłby opatrzyć sobie nóg. Prawdopodobnie drogę odbywał pieszo, prowadzony za koniem, a nie widział nic, bo narzucono na niego wielki wór, zakrywający go prawie do kostek. Musiał iść wiele dni.

- Niedobrze - powiedział ten, który obudził Jeno, a który najpewniej był dowódcą kuszników.

Młodziutki rycerz w czarnym płaszczu niespokojnie pogładził dłońmi mokre długie włosy.

- Wyżyje?

- Chyba nie - powiedział tamten. - Trzeba by jaką znachorkę...

- Chłopcze, znasz kogoś, kto mógłby pomóc?

- Znam - powiedział Jeno, niespodziewanie pewny siebie i odważny. - On się niedługo wykrwawi na śmierć. Trzeba założyć opatrunki, a na lewą nogę rzemień pod kolanem. I wyjąć te kamienie z podeszew. Robiłem takie rzeczy psom i owcom.

- Umiałbyś?

Jeno uśmiechnął się niepewnie.

- Niech spróbuje - orzekł kusznik. - Dajcie więcej światła.

Jeno przemył rany wodą z kubła, odszukał pęk ziół wiszący pod dachem, pokruszył je na rany, a te zawinął szmatką i owiązał cienkim rzemieniem. Grubszy zawinął na lewej nodze rannego.

Leżący był cały czas nieprzytomny, a przyglądający się zabiegom Jeno żołnierze wyrażali wątpliwość, czy jeszcze żyje.

- Zemdlał tylko - zauważył chłopak. - To lepiej, bo nie czuje bólu.

Jego stwierdzenie przyniosło jednak odmienny skutek od tego, jakiego się spodziewał. Dowódca kuszników chwycił wiadro z wodą i chlusnął z niego wprost na zarośniętą twarz leżącego.

- Ma czuć ból! - powiedział z zawziętością.

Chory jęknął i zamrugał powiekami. Prawdopodobnie nie wiedział zupełnie, co się z nim dzieje. Jeno przyklęknął i małymi szczypcami zaczął wyciągać ostre kawałki kamieni z pokrwawionych stóp. Leżący wył z bólu.

Potem kowal owinął stopy rannego szmatami.

- To wystarczy na dwa, trzy dni - powiedział prostując plecy. - Potem trzeba zmienić opatrunki.

Dowódca kuszników podszedł do chłopaka i stuknął palcem w jego pierś.

- Pójdziesz z nami, bo to jeszcze nie koniec twojej roboty.

- Nie mogę, szlachetny panie - sprzeciwił się Jeno.

- Możesz, bo ja tak każę. Zabieraj narzędzia. Nie mam czasu na szukanie innego kowala, a ty posiadłeś dostateczne umiejętności. Sprawisz się, zapłacę na zamku w Holsztynie. Dobko! Weź chłopaka na swojego konia. I pilnuj go, żeby się nie rozmyślił.

Potem zwrócił się do swoich, stojących i siedzących wszędzie wokoło:

- Wstawać! Ruszamy!

- Ale mnie nie wolno tam chodzić - próbował jeszcze chłopak.

- Powiesz, że wzięliśmy cię siłą. W drogę!

Ktoś wypchnął go na deszcz, jakieś ręce chwyciły go od tyłu i wciągnęły na siodło.

- Nie bój się - powiedział głos należący do przemoczonego na wylot człowieka w siodle. - To niedaleko.

Jechali groźną, brzęczącą żelazem gromadą. Była to dla Jeno niezwykła wyprawa. Nigdy nie chodził dalej niż za dwór w Lipowej, a oni minęli dwór i wciąż szli. Chłopak żałował tylko, że w ciemnościach tak niewiele może zobaczyć.

Bardziej usłyszał i domyślił się, niż zobaczył kamienną budowlę na skale, długi drewniany most pomiędzy basztami i majaczącą w pobliżu ogromną wieżę. Pędzili, nie zatrzymując się, na nic i na nikogo nie zwracając uwagi. Jeno odwracał się czasem, aby zobaczyć, jak zachowuje się ten, którego trzymali w worku. Teraz wieźli go na koniu jak tłumok, a dwaj kusznicy dawali baczenie, aby nie zgubić bagażu.

Dopiero kiedy wjechali na dziedziniec ze wszystkich stron otoczony murami z białego kamienia, na który prowadziło tylko jedno wejście, zatrzymali się. Żołnierze natychmiast zastawili bramę swoimi końmi, inni zdejmowali już worek i kładli go na ziemi. Kazali Jeno zabrać narzędzia i iść za sobą. Na miejscu zaś było już wszystko przygotowane. Na dole okrągłej wieży czekali ludzie z pochodniami, ktoś otworzył klapę do lochu, ktoś wsunął drabinę w czarną czeluść, inni opuszczali już worek z więźniem do środka.

Jama miała kilkanaście kroków długości i z dziesięć szerokości, a uczyniono ją w jaskini, nieco tylko poszerzonej kilofami. Kiedy położono więźnia na ziemi, dowódca kuszników, a za nim młody rycerz zeszli tutaj również.

- Chłopcze - powiedział kusznik. - Założysz teraz łańcuchy na nogi temu człowiekowi, a koniec łańcucha przytwierdzisz do ściany.

- Łańcuchy? - zdziwił się Jeno. - Przecie dopiero co je zdejmowałem. Rany się odnowią i umrze.

- Twoja głowa, żeby się tak nie stało. Trzeba będzie, zmienisz opatrunek. Teraz musisz go przytwierdzić do ściany.

Jeno bez słowa wziął się do roboty. Kiedy skończył, zmęczony, zadyszany, kusznik poklepał go przyjaźnie po plecach.

- Wspaniale się spisałeś, kowalu.

Jeno pokraśniał z dumy. Pierwszy raz ktoś nazwał go prawdziwym kowalem.

Zaczęli wychodzić z lochu, kolejno wspinając się po drabinie. Jeno wydostał się przedostatni, niosąc pochodnię, którą wręczył mu jeden z żołnierzy. Narzędzia wzięli od niego wcześniej, by mu ulżyć, bo wiedzieli, jak jest zmęczony. Za chłopakiem szedł już tylko dowódca kuszników. Ten, zanim postawił stopę na szczeblu drabiny, rzucił na ziemię wiązkę słomy i postawił obok dzbanek z wodą.

- Smacznego, Maćko - powiedział. - Obyś jak najdłużej pozostawał na królewskim wikcie.

ANIOŁ W WODZIE

Wiosna 1357

Któregoś dnia Jeno zobaczył anioła.

Często chodził nad rzekę, aż do skałek. Woda, rozlana szeroko na równinie, wchodząc pomiędzy kamienie spadała w końcu wodospadem, pod którym tworzyła niewielkie jeziorko, by dalej znowu znaleźć się w korycie.

Jeno zbliżał się od jej lewego brzegu, od strony osady. Zwykle, natarty żółtym piaskiem, wbiegał pod wodospad i zażywał kąpieli. Taplał się w jeziorku i baraszkował pod wodospadem, gdzie było najgłębiej i gdzie mógł nurkować. Na koniec wychodził na brzeg, kładł się na ciepłych kamieniach i grzał na słońcu.

Zjawiał się tu regularnie, zwykle w sobotnie popołudnia, kiedy było już po robocie i kuźnię zamykano aż do poniedziałkowego świtu. Przychodził zresztą i w inne dni, przeważnie gdy czuł się zmęczony albo chciał się ukryć. Nikogo nigdy tu nie spotykał. Woda wydawała się groźna i z rzeki korzystano tylko bliżej osady, na łąkach, gdzie sięgała ledwie kolan i gdzie czasami wiejskie gospodynie zjawiały się gromadą dla wielkiego prania. On szukał ustronnych miejsc, chciał być sam.

Mieszkańcy osady stosowali się do surowego zakazu przekraczania rzeki, wieś miała ściśle wyznaczone granice od zachodniej strony. Każdy, kogo bez wyraźnego powodu przyłapano za olchami, mógł spodziewać się co najmniej chłosty.

W zakątku, który wybrał i polubił Jeno, nie bywał nikt. Przez wiele tygodni Jeno nie widział tutaj nikogo, a że sam również przez nikogo nie był widziany, czuł się wolny, szczęśliwy. Stał się nawet zazdrosny o ten skrawek ziemi, który z czasem przywykł traktować jako swój własny, a przynajmniej nie należący do innych.

Z czasem poznał dokładnie ten odcinek rzeki, krzaki na brzegu, poszczególne kamienie, wśród których było kilka naprawdę ogromnych, głębokość wody. Miał też wytyczone drogi ucieczki, gdyby pojawił się ktoś niespodziewany, kto mógłby zadać mu pytanie, co robi za olchami, i dlatego musiał się pilnować.

Był tu panem i przy drodze do wodospadu przygotował kryjówkę w skałach, powiększając nieco istniejącą szczelinę i przykrywając ją gałęziami. To tutaj spędzał czas, kiedy czuł się nieszczęśliwy i chciał schronić się przed wszystkimi. Nie szukali go, to prawda, ale chciał mieć takie miejsce na wszelki wypadek. Lubił je i zdarzało się, że czasem zapominał nawet o swoich obowiązkach, spóźniał się do roboty albo lekceważył polecenia Hanka i ten musiał mu o nich przypominać rzemieniem.

Któregoś majowego dnia Jeno zobaczył nad wodą anioła.

Siedział właśnie na kamieniach, wystawiając plecy do słońca, i patrzył w czyste błękitne niebo. Anioł stał na skale, wprost nad wodospadem. Światło otaczało całą jego postać w białej szacie, tworzyło aureolę wokół jasnych, chyba złocistych, włosów, a nawet przez nie przenikało.

Jeno patrzył zdumiony, zamarł z wrażenia i przejęcia. Bał się poruszyć, żeby tak cudownego zjawiska nie spłoszyć. Anioł był dokładnie taki, jakim przedstawiał go ojciec Ambroży - świetlisty, zwiewny. Był to widok tak piękny, że chłopiec miał tylko jedno pragnienie - patrzeć, patrzeć i patrzeć.

Nie wiedział, jak długo to trwało, ale musiało trwać, bo kiedy później podniósł się ze swojego miejsca, nogi miał zdrętwiałe.

Anioł poruszył rękami. To było w tej chwili, kiedy chłopcu wydawało się, że gdzieś niedaleko słyszy jakieś głosy i przestraszył się, że spłoszony anioł odleci. Szum wodospadu nie pozwalał jednak usłyszeć, co mówi głos i do kogo należy.

Anioł poruszył się, postąpił kilka kroków do przodu, na sam skraj urwiska, i Jeno pomyślał, że stąd zamierza wzbić się w powietrze. Przedtem jednak anioł uniósł ręce i zrzucił coś w dół, w wodę przed sobą. Był to niewielki przedmiot, który najpierw odbił się o kamień na dole, dzięki czemu Jeno mógł śledzić jego drogę. Pomyślał, że tak jak jelenie zrzucają rogi, tak i anioły pozbywają się czasem czegoś, co może im przeszkadzać, ale nie wiedział, co to mogło być.

Wychylił się więc ze swojego miejsca, żeby zobaczyć, co to takiego. Widział tylko, jak owo coś plasnęło w wodę, skryło się w niej, a chwilę potem pojawiło się znowu. Śledził je wzrokiem, nim z wolna trafiło na środek nurtu i z nim popłynęło. Szybko obliczył, że za chwilę dotrze w pobliże miejsca, gdzie siedział, więc cicho zsunął się z kamienia i czekał.

Tuż za sobą, usłyszał rozgniewany i groźny głos, który kazał mu ukryć się w przybrzeżnych zaroślach.

- Głupia, nieposłuszna dziewucha! - wołał ktoś. - Wracaj zaraz, słyszysz? Pożałujesz swojego zachowania! Wracaj natychmiast!

Wtedy anioł pofrunął. Jeno zdziwił się, że anioł nie ulatuje w powietrze, a spada głową w dół, wprost w największą głębinę. Początkowo nie zrozumiał, co się dzieje, a potem nagle, zapomniawszy, że może zostać ukarany za przebywanie w tym miejscu, wybiegł z zarośli i popędził w stronę skały.

Już był tam, gdzie upadła dziewczynka. Na wodzie unosił się jeszcze skrawek koszuli. Skoczył i zdążył chwycić za ubranie. Szarpnął, ale w ręku został mu tylko strzęp materiału. Odrzucił go i zanurkował. Szeroko otwartymi oczami patrzył i zobaczył. Zobaczył, jak tuż przed nim opada powoli na dno - otwarte usta, rozłożone ramiona, włosy poruszające się słabnącym już w głębi falowaniem wody.

Podpłynął, chwycił ją pod ramię i mocno poruszając nogami wyniósł na powierzchnię wody. Ciążyła mu, całkiem bezwładna. Nie był mężczyzną, a tylko chłopcem, silnym wprawdzie jak na swój wiek, lecz tylko chłopcem. Mimo okropnego bólu ramion wytaszczył ją jakoś i dobrnął do brzegu. Tam wyciągnął ciało na trawę i prawie płakał, bo wydawało mu się, że umarła już i cały jego wysiłek na nic.

Ale dziewczynka położona na boku drgnęła, woda pociekła jej z ust. A potem zaczęła kaszleć, głośno łapać powietrze i siedząc już obok niego, przestraszona, nieobecna, powiodła wokoło wzrokiem, w którym był ból i niepewność. Domyślił się, czego szuka jej spojrzenie, i palcem pokazał kamień odległy ledwie o kilka kroków.

- Nie płacz - powiedział. - Zaraz ci to przyniosę.

Tyle było rozpaczy w jej oczach, taki przejmujący dziecinny płacz. Wszedł do wody i skierował się do kamienia, musiał kawałek przepłynąć, żeby to znaleźć i zabrać. Znalazł bez trudu, dobrze zapamiętał miejsce, gdzie upadło zrzucone ze skały. Była to mała drewniana kaczka, kolorowo pomalowana zabawka. Po upadku na kamień pękła i chwilę trwało, zanim Jeno odszukał w pobliżu brakujący kawałek - kolorową główkę.

Dziewczynka nie przestawała płakać, kiedy podpłynął do niej i wetknął zabawkę w zziębnięte rączki.

- Mama - chlipała tylko. - Moja mama.

- Nie płacz - powtórzył. - Zaraz cię tu znajdzie.

I rzeczywiście znowu usłyszał głosy na tamtym brzegu rzeki, więc dał susa w bok, skoczył do wody i trochę płynąc, a trochę brodząc, oddalił się na bezpieczną odległość. Tam, ukryty w zaroślach, widział, jak kilku rosłych pachołków pospiesznie przechodzi rzeką do miejsca, gdzie siedziało dziecko. Kobieta została na tamtym brzegu.

- Głupia bekso! - wołała groźnie. - Mogłaś się utopić! Oj, połamie rózgi na tobie ojciec, połamie!

Wysokim, zdradzającym zdenerwowanie głosem kazała sługom, żeby się zajęli dzieckiem. Jeden owinął je swoją opończą, inny wziął na ramiona i przeniósł na brzeg. Tam jeszcze inny wziął od niego dziewczynkę i wszyscy razem szybkimi krokami skierowali się ku olszynie. Nikt nie zauważył, że zabawka została na piasku.

Jeno odczekał, aż oddalą się nieco, po czym zabrał obie części drewnianej kaczki i pobiegł za odchodzącymi na zakazany brzeg, gdzie, chowając się w wysokiej trawie i pomiędzy drzewami, jakiś czas im towarzyszył.

- Co za durnota! - mówiła ciągle podniesionym głosem kobieta. - Żeby być takim głupim bachorem! Puścić kaczkę do rzeki, a ta miałaby płynąć aż do jej matki! Po prostu głupota! Kto to widział, tak zupełnie nie słuchać opiekunów! Masz szczęście, że nic złego się nie stało.

Zdążający ich śladami Jeno niewiele więcej się dowiedział. Dziewczynka rzuciła do rzeki kaczkę, bo spodziewała się w ten sposób zawiadomić swoją matkę, gdzie jest, pewnie dlatego, że działa się jej krzywda. Dziecinne zabawy, dziecinne spodziewania. Jeno, choć niewiele starszy, nie był przecież taki naiwny.

Ale dlaczego nie było tu matki dziewczynki i kim jest ciemnowłosa kobieta w bogatej sukni, tego nie udało mu się dowiedzieć. Musiał bowiem zawrócić. Zaczynały się już należące do dworu pola uprawne, gdzie widać było pracujących ludzi, a ci na pewno spytaliby go, dlaczego zaszedł tak daleko.

Hanek przywitał chłopca jak zwykle burkliwie i nieprzyjaźnie.

- Gdzie się podziewasz, hultaju? Robota czeka, a ty się obijasz. Jeszcze raz będę cię musiał szukać, a przez tydzień na tyłku nie usiądziesz.

- Zrobiłem wszystko, jak kazaliście - odpowiedział Jeno. - Dopiero potem poszedłem sobie. Patrzyłem, jak wygląda świat za rzeką. Jest taki sam jak tutaj.

Kowal zamachał rękami zniecierpliwiony.

- Mędrek się znalazł! Taki sam jak z tej strony? Kogo tam widziałeś? Oni chyba ciebie nie dostrzegli, bo byś nie był taki wesoły.

- Widziałem, z daleka. Pachołkowie, jakaś wielka pani i dziecko. Nie wiem, czemu nie możemy chodzić na drugi brzeg rzeki. Przecież tam żyją tacy sami ludzie jak my.

- Mądrala! - skrzywił się kowal. - W dodatku ślepak. Tacy sami, tak? To czemu bałeś się do nich zbliżyć?

Słudzy nieśli dziewczynkę kawał drogi, pomiędzy polami i sadami, obok stogów ku dworowi, gdzie pod lipami czekał już pan Jakub, powiadomiony przez posłańca o tym, co się stało.

- Kazałem wam jej pilnować! - krzyczał na sługi i walił ich pięściami gdzie popadło, więc umykali przed ciosami, ale nie ośmielili się usprawiedliwiać.

- Nic jej nie będzie, to tylko dziecinne fochy - powiedziała pani Agnieszka, starając się panować nad drżeniem głosu. - Jest zdrowa, tylko trochę zziębnięta. Byłam w pobliżu i ani na chwilę nie zostawiłam jej samej.

Dziecko, przestraszone jeszcze, zapłakane, wodziło wzrokiem po wszystkich i chlipało.

- Mama - płakało. - Chcę do mamy.

Jakub wziął córkę na ręce, przytulił ją do piersi i uspokajającym głosem zapewniał, że nic złego się nie stanie.

- Ona jest teraz twoją matką - mruknął, wskazując na panią Agnieszkę. - Zanieście małą pod dach, niech ją przebiorą i uczeszą.

Kiedy odeszli, pan Jakub zmarszczył brwi i powiedział do żony:

- A ty bacz, żebym więcej nie miał takich kłopotów. Masz przecież obowiązki, więc je wypełniaj jak należy.

Odwrócił się gwałtownie i odszedł.

Służba gadała jednak nadspodziewanie dużo o ostatnich wydarzeniach, więc i do pana dotarły niektóre głosy. Zapytany o to zarządca Szczepan, tylko półsłówkami odpowiadał na pytania.

- Wpadła do wody. Tak mówią.

- Co powiadają? - złościł się pan. - Chyba ojciec powinien wiedzieć, co się stało i w jaki sposób? Powiesz mi, czy u kogo innego mam szukać prawdy?

Szczepan Sowa niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

- Jak było naprawdę, nikt nie wie - zaczął ostrożnie. - Dziecko wybiegło z domu nad rzekę. Wbiło sobie do głowy, że da znak matce, kiedy rzuci do rzeki coś, co po niej pozostało. Znak miał płynąć i powiedzieć, że dziecko tęskni. Wiecie, chodzi o tę zabawkę, kaczkę z drewna. Dziecko zawsze wzywa matkę, to nic niezwykłego.

Pan Jakub słyszał już więcej, niż teraz Szczepan miał ochotę mu powiedzieć.

- Mów prawdę - polecił.

- Właśnie mówię. Dziecko nie jest mądre, bo nie może być. Nie wiadomo, co ma w głowie. Ubzdura sobie coś i trudno wytłumaczyć, że jest inaczej. Pani Agnieszka powiedziała to żartem, Alena wzięła na poważnie i pobiegła nad wodę. Nie ma tu jej winy.

- Z panią sam pomówię - przerwał pan Jakub. - Nie tobie oceniać jej postępowanie.

Szczepan ukłonił się bez słowa.

- No! - dopominał się pan Jakub. - Co dalej?

- Mała wpadła do wody. Tam jest głęboko, prawda, ale woda zaraz ją wyrzuciła na drugi brzeg...

- Wyrzuciła?

Szczepan skrzywił się. Nie miał zamiaru ponosić odpowiedzialności za kogoś innego.

- Nie widziałem - przypomniał. - Słyszałem tylko, jak mówili między sobą pachołkowie. Pani Agnieszka nadeszła, bo właśnie szukała waszej córki, zobaczyła ją, zawołała wszystkich, a potem kazała pachołkom przynieść Alenę z drugiego brzegu. Była tam, bo prąd, choć słaby, zniósł ją trochę...

Pan Jakub siedział chwilę w milczeniu.

- Widziałem ich wszystkich, kiedy wrócili - powiedział wreszcie. - Żaden nie był naprawdę mokry. Bali się nóg zamoczyć, żeby ratować moje dziecko? To takie mam sługi? To za taką wierność utrzymuję ich, karmię, odziewam i chronię?

- Ktoś jednak pomógł. Jakiś młokos pomógł jej wydostać się z wody, ale nie wiadomo, kto to i co tam robił, bo zaraz uciekł.

- Przecież pod skałą głębia, mogła się utopić. Dzięki ci, dobry Boże! Rozpytaj o tego chłopaka i odpowiednio nagródź.

Sowa w milczeniu pokiwał głową.

- Znajdziesz mi kogoś, kto zaopiekuje się dzieckiem - polecił pan. - Stateczną niewiastę, której dam dobrą zapłatę, aby była nianią i opiekunką mojej córki. Wierną niewiastę, która nie opuści jej na krok, ani w dzień, ani w nocy.

- Tak będzie - ukłonił się Szczepan.

Rozmowa Jakuba z żoną miała nieprzyjemny przebieg. Krzyczał, wygrażał, wymachiwał rękami.

- Zawiodłaś mnie! - wołał. - Nie po raz pierwszy poważnie mnie zawiodłaś!

Pani Agnieszka, w której z jednej strony odzywały się wyrzuty sumienia, a z drugiej wzbierała złość na niedyskretne sługi, milczała z pochyloną głową. Znała dobrze męża i wiedziała, że nie należy mu przerywać. Trzeba pozwolić, aby najpierw się wykrzyczał, a potem dopiero można przedstawić swoje racje. Trudno jej było jednak godzić się z niesprawiedliwą oceną.

- Kiedym cię brał, postawiłem sprawę jasno - mówił Jakub. - Zarówno tobie, jak i twojemu ojcu. Jestem wdowcem i mam jedyną córkę, której los nie jest mi obojętny.

- Nie wszystko powiedzieliście od razu - przypomniała.

- Wszystkiego dowiedziałaś się w odpowiednim czasie. Możesz mieć pretensje do ojca, że tak mu zależało na koligacjach ze mną, że zapomniał cię uprzedzić. Tak czy owak, obiecałaś dołożyć wszelkich starań i zająć się Aleną jak rodzonym dzieckiem. I co?

- Staram się, Bóg mi świadkiem - powiedziała pani Agnieszka cicho, ale z naciskiem. - Staram się i nikt nie może mówić, że jest inaczej. Alena to krnąbrna i rozpuszczona dziewczyna, której brakowało ojcowskiej ręki, a matka zanadto jej pobłażała. Jeżeli teraz jest taka nieposłuszna, co będzie później, kiedy dorośnie? Czy zechce słuchać ojcowskich pouczeń? A cóż dopiero moich, choćby płynęły ze szczerego serca.

- Jest trochę rozpuszczona - przyznał pan Jakub. - Ale to jeszcze dziecko, a ty żadną miarą nie powinnaś folgować sobie, zapominać o niej, albo i podpowiadać z nierozsądku czy złośliwości niestosownych zachowań. Spodziewam się po tobie dobrego przykładu, dobrej rady, wskazań, jeśli już nie możesz okazać miłości. Na pewno zaś nie takich pomysłów, które mogą doprowadzić do jej zguby.

- Ależ mężu... - usiłowała zaprotestować.

- Lepiej już milcz - powiedział rozeźlony. - Na Boga, lepiej już milcz! Powiem tylko raz. Nie chcę słuchać, co gadają ludzie, co plotkuje służba. Ale jeśli tylko zdarzy się coś podobnego, odeślę cię do ojca. Nie żartuję. Jak mi Bóg na niebie miły, odeślę!

Pani Agnieszka zbladła. Aż takiego gniewu się nie spodziewała, choć znała szczególne przywiązanie Jakuba do córki. A ta jest za mała, żeby rozumieć co się stało. Jest tylko dziewczynką, płaksą, która tęskni do matki. Do tamtej kobiety, której pewnie zupełnie nie pamięta. A może chodzi tu o to, że i on tęskni do pani Krystyny, choć jest dostatecznie dorosły, aby wiedzieć, że umarli nie wracają i teraz ma tylko jedną żonę - Agnieszkę.

- Jeśli wolicie słuchać, co mówi służba... - zaczęła, ale ten sposób, używany czasem, tym razem okazał się nieskuteczny.

- Rzekłem, com rzekł. Twoja rzecz mnie słuchać. I nie rób mi tutaj takiej miny! Mam własny rozum i sam rozumiem to, co widzę. A moje oczy widziały dzisiaj dość. Jeśli za twoją przyczyną jakaś krzywda spotka moją córkę, pożałujesz! A teraz odejdź, póki mam jeszcze nad sobą panowanie.

- Odejdę - odparła niemal zuchwale. - Wasza wola rozkazywać. Ale zanim odejdę, powiem, że to nie tylko moja wina, że nie macie syna. Wasza też.

- Dość! Postanowiłem uwolnić cię od tego obowiązku, który zdaje się być nad twoje siły. Kazałem nająć piastunkę, która będzie opiekowała się Aleną. Starczy, jeśli czasem tylko rzucisz okiem, o resztę nie musisz się martwić, bo to już nie twoja sprawa.

- Ale przecie odpowiednie wychowanie... - sprzeciwiła się pani Agnieszka.

- Na razie wystarczy jej to, czego nauczy się od piastunki - orzekł pan Jakub. - Jak podrośnie, może zechce nauczyć się czegoś więcej. Choćby od moich krewnych, a spodziewam się, że i od ciebie. Poślemy ją w swoim czasie na jaki godny dwór. Na razie niech piastunka uczy ją i pilnuje. Ciebie upoważniam, a uprzedziłem o tym Szczepana, byś wkraczała tylko wtedy, kiedy piastunka będzie zachowywała się niewłaściwie. A teraz zejdź mi z oczu.

Pani Agnieszka odeszła, łykając łzy, zła, zbuntowana, prawie zrozpaczona. Bała się, że mąż gotów jest spełnić groźbę i odesłać ją do rodziny, zhańbioną i upokorzoną. Teraz jeszcze do swoich stałych pretensji dodał zarzut, że nieodpowiednio zajmuje się Aleną.

- Wszystko przez to złe, nieposłuszne, okropnie płaczliwe dziecko! - mruczała do siebie, przechodząc przez dziedziniec do swoich komnat. Kątem oka dostrzegła Szczepana, na widok którego ręce same zacisnęły się jej w pięści. Stary dziad! Nigdy jej nie lubił, bo był dalekim krewnym zmarłej pani Krystyny. I to on niewątpliwie nagadał panu różności o niej. Ale zobaczymy, czyje będzie na wierzchu. Jeszcze to zobaczymy. A wtedy i wy, Szczepanie, pożałujecie!

Stronka zjawiła się we dworze już następnego dnia. Stanęła w wielkiej sali, wysoka, postawna, wodząc wokoło spłoszonym wzrokiem. Jej własne dziecko, jedyne jakie miała, umarło przed rokiem na nieznaną chorobę.

- Wynagrodzę za dobre wykonywanie obowiązków - powiedział pan Jakub. - Niczego wam nie braknie, jeśli będę zadowolony. To moje jedyne dziecko i chcę, by było zdrowe i bezpieczne.

- Każdy potrzebuje matki - odpowiedziała niespodziewanie odważnie. - Czy młody czy stary. Umiem użalić się nad biedactwem, ale i rózgą potraktować w razie potrzeby. Możecie zdać się na mnie.

Wkrótce nikt we dworze nie wyobrażał sobie Aleny bez Stronki, a jej opiekunki bez dziecka. Karmiła je, usypiała, nosiła, bawiła, śpiewała, czesała włosy, ubierała, karciła i rozpieszczała. Alena przestała płakać, zaczęła się uśmiechać, a potem śmiać.

- Patrzcie, jaka to dobra niania - mówili ludzie już po kilku tygodniach pobytu Stronki we dworze. - Dziecko świata za nią nie widzi.

- I dobrze. Po co ma płakać za matką, która nie wróci. I po co ma płakać przez macochę.

Kolorowa drewniana kaczka trafiła do obory, gdzie zawinięta w szmatę została umieszczona wysoko na słupie, w miejscu z powodu panującego tu półmroku zupełnie niewidocznym dla postronnych. Czasami, kiedy nikogo nie było w pobliżu, Jeno wyciągał zawiniątko, rozwijał je i przyglądał się zabawce. Kaczka była pięknie wy-rzeźbiona z jednego kawałka drewna, miała płaski brzuch, wyraźnie zaznaczone skrzydła i okrągłe oczy. Woda nie zmyła z niej farby, więc nadal cieszyła wzrok błękitem i czerwienią, kiedy Jeno trzymał ją jedną ręką, drugą przykładając główkę do szyjki.

Któregoś dnia wbił w szyję kaczki wykutą cichcem cienką szpilkę, na drugim jej końcu zamocował główkę. Zabawka wyglądała teraz jak dawniej i tylko niewielki pasek wokoło szyi świadczył, że niedawno składała się z dwóch kawałków. Zawiniątko znowu spoczęło na belce pod dachem.

Jeno nie wiedział, czemu tak postępuje. A właściwie wiedział. Chciał kiedyś oddać zabawkę nieznajomemu dziecku, choć pojęcia nie miał, jak miałby je odnaleźć. Wiadomo mu było jedynie, że dziewczynka pochodzi zza rzeki, więc z miejsca, które było dla niego zakazane.

TRZYDZIEŚCI KIJÓW

Jesień 1362

Bury wyszczerzył kły i warknął ostrzegawczo. Jeno opuścił kij, który miał właśnie cisnąć przed siebie, i spojrzał na stojącą obok Alenę.

- Rzucaj - krzyknęła roześmiana, rozochocona zabawą. - Rzucaj jak najdalej!

Kowal gestem pokazał na psa. Bury zjeżył sierść i nie przestawał warczeć.

- Ktoś obcy - powiedział Jeno i cichym gwizdem dał znak psu, by został na miejscu.

- Pilnuj! - rozkazał, a sam schylił się do leżącego na trawie kaftana, gdzie zostawił pas z nożem.

Pobiegł na wprost przez pole, łagodnie tu wznoszące się do białych skałek na szczycie, tam przystanął i wyjrzał.

O kilkadziesiąt kroków dalej, ścieżką prowadzącą do zamku w Holsztynie, sunęło gęsiego kilku zbrojnych jeźdźców. Gadali głośno i śmiali się.

- Wyglądają okropnie groźnie - usłyszał Jeno tuż obok głos Aleny.

Cofnął się natychmiast, pociągając dziewczynę za sobą.

- Prosiłem, żebyś została na miejscu - rzucił z naganą. - Nie wiemy, kim są, a mogą być niebezpieczni.

Jakby dla potwierdzenia tych słów Bury, który przybiegł z Aleną, znowu zawarczał.

- To przecież ludzie nowego starosty - powiedziała Alena. - Nie musimy się ich bać.

- Nowego starosty? Skąd to wiesz?

- Widzisz tego wysokiego na przedzie? Był u nas kilka niedziel temu. Nazywa się Iwo. Możemy pomówić z nimi, ale chyba jadą do zamku.

- Wszystko jedno - kowal nadal mówił przyciszonym głosem. - Lepiej stąd odejdźmy. Wyglądają na niezłych zabijaków i nie wiadomo, co im może strzelić do głowy.

- Wcale się nie boję - zaśmiała się Alena. - Przecież mnie obronisz. A poza tym możesz rzucić na nich czary.

Jeno wykrzywił się.

- Obiecałaś, że nie będziesz żartować ze mnie - powiedział i upomniał psa: - Zostań, Bury!

Pies posłusznie przysiadł na zadzie, ale widać było, że najchętniej już zrobiłby użytek z obnażonych kłów.

- Zostań! - powtórzył Jeno z naciskiem.

Patrzyli tymczasem na jadących, stojąc głowa przy głowie. Konnych było sześciu, zbrojnych, z tarczami na plecach i włóczniami w ręku. To tylko ich upodobniało do siebie, bo każdy ubrany był inaczej, pstrokato, błyszcząco. Jeden miał zbroję z płytek naszywanych na kaftan, inny starą kolczugę, a jeszcze inny grube rude futro. Jeden był łysy, inni znów mieli długie rozwichrzone włosy. Wszyscy nosili też liczne ozdoby, naramienniki, naszyjniki z rogu i srebra.

- Wracajmy - szepnął Jeno. - Nie bardzo mi się podobają.

W pewnej chwili jeźdźcy zatrzymali się niespodziewanie, a zaraz potem rozbiegli we wszystkie strony. Nim młodzi zdążyli się zorientować, już otoczono ich przy skałce, a dwaj ruszyli ostro do przodu, osadzając konie tuż przed kowalem i dziewczyną.

- Patrzcie, co za ptaszki! - zawołał ten, którego Alena nazwała Iwem.

Bury szczeknął ostrzegawczo, a jego mięśnie napięły się gotowe do skoku. Jeno opuścił nóż, wolną ręką uspokajając psa.

- My tutejsi - powiedział, starając się, żeby zabrzmiało to spokojnie. - Jedźcie swoją drogą.

Iwo roześmiał się głośno.

- Bo nas przegonisz, co? - zapytał kpiąco. - Tym nożykiem? A może dziewczyna ma jeszcze igłę?

- A mam! - Alena błysnęła cienkim sztyletem, który niedawno dostała od Jeno. - I jeszcze mamy Burego. To najgroźniejszy pies w okolicy.

Mężczyźni zarechotali z uznaniem.

- Ostra dziewucha! - powiedział jeden. - Weźmy ją ze sobą.

- Słusznie - poparł go inny.

Jeszcze inny był odmiennego zdania.

- To dzieciaki. Tupniesz, a uciekną ze strachu. Ta mała jest za młoda nawet dla ciebie, Iwo.

- Miałem już młodsze - pochwalił się przywódca.

Jeno aż trząsł się z oburzenia. Lęk o Alenę nie pozwolił mu skoczyć i ukarać zuchwalca, obawiał się, że inny łajdak spełni pogróżkę. Przesunął się tylko do przodu, zasłaniając dziewczynę.

- To córka pana z Lipowej - powiedział z naciskiem. - Lepiej jedźcie dalej.

Nie zrobiło to na nich spodziewanego wrażenia. Podjechali bliżej jeszcze, któryś skierował ostrze włóczni wprost w pierś kowala.

- A ty kto? - zapytał. - Narzeczony i obrońca?

Jeno, trzymając lewą ręką wyrywającego się psa, a w prawej dzierżąc nóż, obliczał swoje szanse, gotowy skoczyć mimo wszystko.

I wtedy zaszło coś, co nagle zmieniło układ sił, a co na długie tygodnie zawstydziło Jeno. W grupę zbrojnych wjechała kłusem na swoim odpasionym koniu niania Stronka, waląc na oślep trzymaną w ręku rózgą. Dali jej przejechać, zupełnie zaskoczeni.

- Precz! - krzyczała z taką furią, że aż posiniała na twarzy. - Precz stąd, łajdaki! Nie wiecie, z kim macie do czynienia?! Precz! Bo jak nie, za dwa pacierze zbrojni pana Jakuba czapkami was nakryją i obudzicie się dopiero w piekle! Jazda stąd!

Otrzeźwieli nieco i podali tyły, zawracając konie.

- Co za piekielna baba! - powiedział Iwo. - Taką mieć za żonę!

- Żebyś w złą godzinę nie powiedział - zarechotał drugi, ale posłusznie ruszył za przywódcą, a pozostali za nimi.

- Prawdziwa czarownica!

- Chłopak też coś nie bardzo. Widzieliście jego oczy?

Stronka, po której dobrobyt z każdym rokiem widać było coraz bardziej, z niejakim trudem zsunęła się z siodła i przypadła do Aleny.

- Dziecko! Nic ci się nie stało? Jak mogłam być taka głupia, żeby was zostawić samych na tak długo!

- Ależ nianiu, wszystko jest w porządku - wyjaśniła Alena. - Nie byłam przecież sama.

- Doprawdy? - Stronka obrzuciła kowala surowym spojrzeniem. - A mnie się widzi, że Jeno nie dałby rady takim rozbójnikom. Ani słowa przed ojcem, bo pasy każe drzeć z nas wszystkich! A ty, chłopcze, nie pokazuj mi się na oczy, przynajmniej przez jakiś czas. Tak narazić moją gołąbeczkę!

Alena chciała zaprotestować, ale Stronka nie dopuściła jej do głosu.

- Cicho mi tu! - syknęła groźnie. - Masz mnie słuchać, bo inaczej nigdy już go nie zobaczysz. Słyszałaś, co powiedziałam? Natychmiast wracamy.

To był plac koło stajen, gdzie zwykle wymierzano kary. Teraz zebrali się tu wszyscy chyba mieszkańcy Lipowej - wolni kmiecie, dzierżawcy, pachołkowie, czeladź, służba i wielu innych zamieszkałych w okolicy. Stali w milczeniu i czekali na to, co miało nieuchronnie nadejść.

Szczepan Sowa zamierzał osobiście wykonać polecenie pana Jakuba.

- Trzydzieści kijów - rozkazał pan.

Zarządca polecił więc przywiązać Jeno do słupa i zerwać z niego ubranie. Potem bił miarowo, powoli i dokładnie, głośno odliczając uderzenia. Jeno zemdlał po dwunastu, ale Szczepan nie przerywał. Kiedy skończył, odwrócił się do zebranych i powiedział:

- Pan Jakub zapowiedział, że kowal Jeno, ilekroć przyjdzie do Lipowej, dostanie trzydzieści kijów. A każdy, kto zechce mu pomagać, będzie podobnie ukarany. Zapamiętajcie to sobie!

Odrzucił kij i poszedł, nie oglądając się. Zebrani stali na miejscu i nikt się nie ruszył, żeby pomóc Jeno. A byli tu ci, którym leczył brzuchy, zęby i uszy, nastawiał ręce i nogi, pomagał zwalczać czyraki i liszaje. Stali długo i namyślali się, czy powinni coś zrobić.

Kiedy Szczepan oddalił się, wreszcie namyślili się. Ktoś ocucił Jeno, dał mu się napić wody, inny odwiązał od słupa i przy pomocy sąsiadów ułożył pobitego na brzuchu. Po czym wszyscy odeszli w milczeniu.

Jeno leżał więc na środku placu, co chwila tracąc przytomność. Przywrócił mu ją dopiero chłód wieczoru. Obok siedziała Stronka z bandażami i miseczką pełną oliwy.

- Tylko dzięki prośbom panienki pan Jakub nie kazał ci wlepić stu kijów - powiedziała szeptem. - Miałeś szczęście, chłopcze.

Jeno popatrzył na nią zamglonym wzrokiem.

- A ona? - zapytał. - Co z nią?

- Wszystko w porządku - rzuciła szybko Stronka. - Siedzi w swojej izbie i popłakuje.

- Płacze? - zmartwił się kowal. - Przecież ona nie jest niczemu winna. Mogliście powiedzieć o tym panu Jakubowi.

- Powiedziałam - zapewniła Stronka. - Opowiedziałam wszystko, jak sama widziałam i co wy opowiadaliście. Ale pan Jakub był zły, że naraziłeś Alenę na przykrą przygodę. Lepiej będzie, żebyś stąd odszedł i więcej się nie pokazywał.

- Nie mogę - jęknął. - Nie mogę, bo Alena...

Stronka uśmiechnęła się smutno.

- Wiem, chłopcze - powiedziała. - Wiem o tym dobrze. Ale i ty chyba wiesz, że ona nie dla ciebie. Bo choć z ciebie szczery chłopak i Alena cię lubi, to przecie nie możesz pojąć jej za żonę. Za młoda, to raz. A dwa, że jesteś biedny jak mysz kościelna. Co jej dasz? Nawet domu nie masz, a śpisz w szopie.

- Dom wybuduję - jęknął Jeno pod palcami Stronki, która smarowała mu plecy olejem. - Wybuduję. Wielki dom, w którym nie braknie jej niczego.

- Głupiś, jeżeli myślisz, że to wystarczy. Pan Jakub nigdy się na to nie zgodzi. On szlachcic wielkiego rodu, ty kowal, w dodatku nieznanego pochodzenia.

- A skarb? Czy nie mówiliście, że jeśli odnajdę skarb, może pan Jakub dałby swoją zgodę, bym poślubił Alenę.

- Mówiłam? - Stronka nie była zadowolona z tego przypomnienia. - Może mówiłam, może nie mówiłam. To wszystko tylko bajki i pobożne życzenia, chłopcze. Ten skarb nie istnieje, bo gdyby istniał, dawno już ktoś by go odszukał.

- Nikt nie zna tego miejsca! Nikt. Tylko ja.

Jeno kaszlał i pojękiwał cicho. Nie jęczał podczas wykonywania kary, więc teraz nadrabiał w dwójnasób.

Stronka skończyła opatrunek, nasunęła na plecy Jeno koszulę i zbierała się do odejścia.

- Musisz się zastosować do życzenia pana Jakuba - poradziła. - Lepiej, żeby ani cię nie widział, ani o tobie słyszał. Może któregoś dnia, choćby wtedy, gdy znajdziesz ten skarb, będziesz mógł tu przyjść...

- Chciałbym zobaczyć Alenę.

- To niemożliwe. Teraz jej nie zobaczysz.

- Nawet jeśli wy pomożecie?

- Moja pomoc tu na nic. Pan Jakub kazał ją zamknąć i pilnować.

- To chociaż powiedzcie jej ode mnie...

- Niczego nie wolno mi przekazywać - zastrzegła się szybko.

- Ale chociaż powiedzcie, że nic mi się nie stało.

- Powiem. Przecież to z jej polecenia tu przyszłam.

Stronka była bardzo poważna i bardzo smutna. Zabrała miseczkę i resztę płótna, a potem niespodziewanie pogłaskała leżącego po głowie.

- Jesteś już bardzo dużym chłopcem - powiedziała. - Powinieneś posłuchać mojej rady. Lepiej nie przychodź tu więcej. I lepiej zapomnij. Ona z dnia na dzień dorośleje i tylko patrzeć, jak trzeba ją będzie wydać za mąż. Spójrz na to jak dorosły, chłopcze. To nie będziesz ty. To będzie ktoś zupełnie, zupełnie inny. Może ktoś taki, jak Filip ze Słowika. Szlachcic, rycerz. Nie kowal.

- Wiem - odpowiedział Jeno. - Wiem, że to nie będę ja. Ale chcę znajdować się blisko, gdyby potrzebowała pomocy lub opieki. I przysięgam, że nie odejdę daleko. Powtórzcie to Alenie.

- Niczego takiego jej nie powiem - żachnęła się Stronka. - To wszystko moja wina, bo na zbyt wiele wam pozwalałam, zapominając, że szybko przestajecie być dziećmi. Więc nic jej nie powiem, dla waszego dobra. Nie powtórzę ani słóweczka, mój chłopcze. Ani słóweczka. Może jestem już dość stara, ale nie na tyle, żebym nie pamiętała, do czego mogą doprowadzić takie obietnice.

Stronka wiedziała, co mówi. Ledwo kilka dni wcześniej słyszała, jak pan Jakub, skąpy zwykle w swoich relacjach z podróży, opowiadał żonie o spotkaniu w Chęcinach.

- Spotkałem tam młodego Filipa, pamiętasz go? Wyrósł i zmężniał, że aż miło popatrzeć. Zapraszałem, aby nas znowu odwiedził, bo niewiele, a będziemy swatali Alenę. A to dopiero byłby wspaniały zięć!

Pani Agnieszka, zupełnie zaskoczona, wykrzywiła usta z niezadowolenia.

- Filip ze Słowika? Jego chciałbyś na męża dla Aleny? Doprawdy, dziwię się twojej ślepocie. To wybór najgorszy ze wszystkich.

- Ślepocie? - zdumiał się pan Lipowej. - Cóż widzisz w nim złego, na Boga?! Młody, silny, piękny. Alena go lubi i na pewno będą dobrą parą.

- Że młody, nie przeczę - tłumaczyła Agnieszka, nie mogąc z przejęcia usiedzieć na miejscu. - Ale czy to wystarczy, aby zajmować się tak wielką posiadłością? Przecież to nie są żarty, a on nie ma żadnego doświadczenia.

- Nauczy się - pan Jakub nie przykładał zbyt wielkiej wagi do wszystkiego, co dla jego żony było na pierwszym miejscu.

- Niby od kogo? - pytała rozeźlona.

- No... Ode mnie, od Szczepana. A w końcu i od ciebie, skoro wszystko tak dobrze umiesz.

- Ode mnie? Nigdy! - powiedziała pani Agnieszka porywczo. - Nigdy ode mnie!

Jakub nie rozumiał nagłych wybuchów żony, ale w ostatnich latach nieco do nich przywykł i zdziwiłby się nawet, gdyby teraz odpowiadała spokojnie.

- Zastanawiałem się nad tym - ciągnął wyjaśniająco. - I coraz bardziej pomysł ten wydaje mi się dorzeczny. Filip nie jest wprawdzie szczególnie zamożny, ale to wielki ród. A co do was, to zdawało mi się, że nawet go lubisz...

Agnieszka drgnęła, jak gdyby mąż powiedział coś obraźliwego.

- Co tu ma lubienie do rzeczy, kiedy chodzi o przyszłość Lipowej i sąsiednich majątków. Nawet gdybym go lubiła, to nie wystarczy jeszcze, abym wydała swoją zgodę na to małżeństwo.

Tym razem dotknięty poczuł się pan Jakub.

- Zgodę? - zapytał i wstał wzburzony. - A kto tu mówi o twojej zgodzie? Moja wola rozstrzyga. Twoja wola nie ma tu nic do szukania.

- Doprawdy? - głos Agnieszki był świszczący, groźny. - To jeszcze zobaczymy! Mam dość swoich majętności, żeby nimi obdzielać, kogo zechcę. A zapowiadam, że jeśli wydasz Alenę za tego... za tego oszusta... nie dam jej nic.

- Oszusta? W głowie ci się pomieszało, kobieto. A komu innemu dasz, skoro nie mamy własnych dzieci?

- Wszystko jedno! - krzyczała Agnieszka. - Wszystko jedno! Każdemu, tylko nie jemu! Choćby miało pójść na zmarnowanie!

I pani Agnieszka wybiegła z komnaty. Wpadła do siebie, rzuciła się na łoże i zalała łzami. Ale nie zamierzała szybko ustąpić, bo walka dopiero się rozpoczyna. Musi się tylko wypłakać i nabrać sił.

PRZYSIĘGI I OBIETNICE

Szymon Smok, dowódca królewskich kuszników, odszukał Jeno na czwarty dzień po pierwszym spotkaniu.

- Chodź ze mną, chłopcze - polecił.

Miał na sobie strój strzelca, był bez hełmu. Kowal rozejrzał się za narzędziami, ale kusznik potrząsnął głową.

- To nie będzie potrzebne. Zabierz tylko lekarstwa.

- Mamy iść do... tamtego człowieka?

- Tak.

I poszli. Droga, którą niedawno przebyli konno, teraz wydawała się długa, ale przemierzając ją Jeno mógł dokładniej obejrzeć zamek. Przy południowym murze pracowało wielu robotników, wielkie prace trwały też w górnych partiach twierdzy i w obu jej częściach mieszkalnych. Wszędzie leżały stosy drewna, które przycinano, piłowano i na linach wciągano na mury.

- Kim jest ten człowiek w lochu? - zapytał Jeno.

- A co to ciebie obchodzi? - rzucił Szymon opryskliwie. - Masz zrobić swoje i tyle.

- To znaczy co?

- Zmienisz opatrunek i powiesz, co o tym myślisz. Król życzy sobie, żeby ten więzień żył jak najdłużej.

- O samej wodzie? Cóż takiego uczynił, że spotkała go taka sroga kara?

Szymon zatrzymał się i uważnie popatrzył na kowala.

- Widziałeś?

- Tak.

- Więc nie o samej wodzie, ale też i słomie. Może wyżyć zwierz, może i on.

- Tak.

- Co tak?

- Pewnie macie rację. Że można wyżyć o słomie i wodzie. A jak długo ma wyżyć?

- Jak długo się da. Nie wiem, ile. Zobaczę, to ci powiem. Może i sam zobaczysz.

- Nie chcę tego oglądać. Nie jestem strażnikiem. Jestem kowalem i moja robota to kuć konie i robić narzędzia.

- Takiś mądry? - zaśmiał się Szymon. - Może jeszcze powiesz, że dla ciebie nic nie znaczy królewski rozkaz? Łatwo możesz się znaleźć obok tamtego w ciemnicy.

- I tak mnie tam prowadzicie.

Szymon Smok roześmiał się głośno i przyjacielsko walnął kowala wielką łapą w ramię.

- Podobasz mi się, pyskaczu - powiedział z uznaniem.

- Tedy mi nie mówcie "chłopcze". Jestem może młody, ale o pół głowy od was wyższy.

- Tak? Nie mówić "chłopcze". A może mi powiesz, jak mam mówić?

- Mówcie mi: kowalu.

- Kowalu? A to dobre! - zaśmiewał się Szymon. - Chce, żeby mu mówić kowalu, jak jakiemu mistrzowi.

Tym razem Jeno tylko sam jeden zszedł po drabinie do lochu, niosąc w jednej ręce kaganek, a w drugiej zawiniątko z ziołami. Im bliżej był dna ciemnicy, tym bardziej cierpła mu skóra na grzbiecie.

Dopiero kiedy był już na ziemi, człowiek na dole poruszył się i zmrużonymi oczami patrzył, kto przyszedł.

- Coś ty za jeden? - zapytał chrapliwym głosem.

- Jeno. Kowal.

Więzień siedział plecami oparty o ścianę. Jeno rozejrzał się, ale nie było na czym postawić kaganka. W celi zobaczył tylko wiązkę słomy i przewrócony dzbanek. Zbliżył się do siedzącego i postawił kaganek wprost na ziemi, tuż obok. Mężczyzna nie poruszył się, ale kiedy Jeno pochylił się nad jego nogami, gwałtownie odsunął się w bok. Łańcuchy zadźwięczały przeraźliwie.

- Czego chcesz?

- Mam was opatrzyć.

- Po co?

- Żeby się rany zagoiły.

- To nie jest potrzebne - zaśmiał się więzień ponuro. - I tak tu zemrę, a im wcześniej, tym lepiej. Więc zabieraj się stąd, póki ci nie skręciłem karku.

Jeno czuł, jak dygoce ze strachu. Więzień, choć mocno zmarnowany, choć z łańcuchami na nogach i przykuty do skały, mógł być groźny. Przecież nie bez powodu został tu zamknięty.

- Nie zrobicie tego - powiedział i wolno ruszył w stronę więźnia. - Nie zrobicie tego, bo to ja wyjąłem wam ostre kamienie ze stóp.

Tamten rozkaszlał się nagle, a dopiero potem odezwał się:

- Może i dam ci spokój.

Jeno odwinął założone wcześniej opatrunki i przyświecając sobie kagankiem, dokładnie obejrzał rany.

- Jest lepiej - oznajmił. - Wkrótce nie będziecie czuli bólu.

- Nie boję się bólu, chłopcze - oświadczył tamten dumnie.

Jeno w milczeniu zmienił opatrunki na obu nogach uwięzionego. Potem wziął kaganek do ręki i chciał odejść, kiedy tamten nagle chwycił leżący łańcuch i zarzucił na szyję kowala. Chłopak zacharczał. Serce biło mu jak szalone.

- Z łatwością mógłbym cię udusić - mruknął więzień, nie zwalniając ucisku. - Po co tu przyszedłeś naprawdę? Sprawdzić, czy jeszcze żyję?

- Puśćcie mnie - wysapał Jeno, starając się panować nad sobą. - Puśćcie mnie, kimkolwiek jesteście. Przyszedłem tylko zmienić wam opatrunki. I nie z własnej woli.

Tamten poluzował łańcuch i splunął w bok.

- Tchórze! Nikt nie odważył się tu przyjść, kiedy jestem przytomny. Chłopaka mi przysłali!

Przyjrzał się kowalowi, przekrzywiając głowę, co pozwalało mu lepiej zobaczyć Jeno w słabym świetle łojowego kaganka.

- Wiesz, kim jestem? - zapytał.

- Nie.

- Odpowiadaj: nie, panie - powiedział mężczyzna z naciskiem. - Za mniejsze przewinienia rozwalałem łby!

- Nie wiem, panie.

- Nie powiedzieli ci? Nie powiedzieli, że masz zaszczyt leczyć samego Maćka Borkowica? Wojewodę wielkopolskiego, którego zdradliwy król kazał podstępnie uwięzić?

- Nic mi do tego, panie. Nie znam was.

- Teraz już znasz, chłopcze. Jak, mówiłeś, się nazywasz?

- Jeno, panie.

- Jeno Kowal? To pewnie ty założyłeś mi żelaza?

- Kazali mi. Jedne zdjąłem, inne założyłem. Teraz chciałbym już iść.

Odwrócił się twarzą w kierunku drabiny, ale więzień mocno chwycił go za ramię.

- Czekaj! Chcę cię dokładnie obejrzeć.

Potem dodał:

- Nie bój się. Może twoja twarz jest ostatnią, jaką widzę. Więc mi tak szybko nie uciekaj.

Wziął kaganek i oświetlił nim oblicze kowala. Wzdrygnął się lekko na widok różnokolorowych oczu chłopaka.

- Jesteś jakiś dziwny - powiedział z zastanowieniem. - Na pewno parasz się kowalstwem, a nie jesteś wysłannikiem piekła? Straszyli mnie piekłem zbyt często, żebym nie zdążył przywyknąć, więc i ty mnie nie przestraszysz.

- Jestem tylko kowalem, panie. Szymon Smok kazał mi zejść tutaj do was i zmienić opatrunki. Zrobiłem, co do mnie należało. Teraz chcę iść.

Wyciągnął rękę po światło, ale Maćko nie oddał kaganka.

- Posłuchaj mnie - rzekł z naciskiem. - Powiem ci coś ważnego, chłopcze. Wiem, że nie ma dla mnie ratunku. Nie stoję o to, bo pewnie z niejednym ważnym panem spotkamy się w piekle. A i sam król Kazimierz ma tam przygotowane mieszkanie. Nie to ważne. Przeżyłem swoje. Byłem wielkim panem i wojewodą. Miałem wszyst-ko i nic nie jest mi dziwne. Niczego nie żałuję i o nic nie stoję. Ale ty, ty jesteś młody, tobie może przydać się to coś, co ja mam. Pod warunkiem, że zrobisz też coś dla mnie.

- Muszę iść - Jeno próbował wyswobodzić się z żelaznych rąk więźnia, ale ten nie zamierzał go puścić.

- Panie - poprosił - nie dokładajcie nowego grzechu do swoich przewinień. Nic złego wam nie uczyniłem.

Maćko roześmiał się ponuro.

- Nie bój się, głupi. Nie zamierzam cię zamordować. To tylko ten przeklęty król kazał rozgłosić wszędzie, że jestem największym zbrodniarzem. To kłamstwo, jak wszystko, co on mówi i robi, i za co zostanie niechybnie rychło pokarany.

Zwolnił uścisk, ale nie na tyle, żeby Jeno mógł się z niego wyswobodzić.

- Usiądź - rozkazał. - Udawaj, że mnie jeszcze opatrujesz, gdyby jakiś żołnierz chciał tu zajrzeć. Zrób tak, nie pożałujesz. Wynagrodzę cię, choć jesteś chudopachołkiem. Ale tylko ty mi zostałeś. Siadaj.

Jeno nie miał ochoty zostawać, ale nie mógł siłą próbować się z Maćkiem. Pomyślał też, że i skazańcowi należy się jakaś pociecha. Nie wiedział wprawdzie, jak miałby pocieszyć więźnia, ale postanowił nie sprzeciwiać się. Liczył, że wkrótce zbrojni króla wyzwolą go z tej pułapki.

- Zostanę, jeśli taka wasza wola - powiedział pojednawczo. - Tylko nie krępujcie mnie łańcuchem.

- Dobry z ciebie chłopak, dobry chrześcijanin - Maćko uśmiechnął się kpiąco, ale zaraz spoważniał. - Po co cię tu wysłali? Żebyś zobaczył, kiedy umrę, tak? To im powiedz, że nie zamierzam jeszcze umierać. Że będę tu siedział jak wyrzut sumienia dla duszy króla Kazimierza. Nie złamią mnie. Tak im powiedz.

- Jak sobie życzycie, panie.

- Albo lepiej nic nie mów, kiedy będą cię pytali. Lepiej powiedz po prostu, że gadałem coś bez składu i ładu. Że majaczyłem. Po co mają wiedzieć, czegoś się ode mnie dowiedział.

Groźnie potrząsnął łańcuchem.

- Teraz złożysz przysięgę - oznajmił.

- Przysięgę? - zdziwił się Jeno. - Po co?

- Przysięgniesz, że im nie zdradzisz tego, co ci wyjawię. I że zrobisz wszystko tak, jak ci rozkażę. Słyszysz? Przysięgnij!

- Nie powinienem chyba...

Jeno zawahał się, ale widząc srogą twarz rozbójnika, kiwnął głową. Chciał jak najszybciej mieć to za sobą.

- Przysięgam - powiedział.

- Że nikomu nie powiesz?

- Że nie powiem.

Maćko wstał i ciężko chodził po jamie, na ile pozwalał łańcuch.

- Koniec - powiedział. - Wiem, że to może być koniec. Nikt mnie nie uwolni, na nikogo już nie liczę. Ty jesteś moją ostatnią nadzieją, chłopcze. Posłuchaj. Jestem bogaty, bardzo bogaty, mam więcej niż śniło się najważniejszemu. Zabrali mi co prawda wszystko, com uzbierał, kiedy jeszcze byłem wojewodą. Ale potem, kiedy razem z Maramą napadaliśmy na kupców, zgromadziłem jeszcze więcej. Dam ci tyle dobra, ile będziesz mógł udźwignąć.

Jeno poruszył się niespokojnie. Znowu ten Marama! Wiedział król, co robi, pakując do lochu kogoś, kto zbójował po drogach. Słyszał o takich wypadkach, kiedy ludzie chorowali na głowę od ciężkich przeżyć albo zamknięcia w ciemnicy. Pomyślał, że to samo przydarzyło się Maćkowi. Wojewoda! Wielki, wspaniały pan! A nagle stracił wszystko i za kilka dni miał umrzeć. Nikt by tego nie wytrzymał.

- Mam skarb, wielki skarb! - mówił tymczasem Borkowic. - Pójdziesz i powiesz, że przysyła cię pan Maćko. Powiesz, żeby wydobyli skarb, żeby najęli wojsko i odbili mnie. Zwołam krewnych, przyjaciół i stanę na ich czele. A wtedy drżyj, Kazimierzu!

Jeno z niepokojem spojrzał w górę. Maćko Borkowic, wygnany i skazany za bunt przeciw królowi, dalej snuł swoje intrygi. Dalej zamierzał mącić, zasadzać się na królewskich ludzi i samego króla.

- Pójdziesz do nich i powiesz, że wzywam ich w imię honoru i w imię wspólnej rodowej krwi, aby nie zostawiali mnie tutaj. I niech się nie martwią, mam czym płacić. Powiesz im tylko, gdzie mają szukać.

- Czego, panie?

- Czyś ty głupi, chłopcze? Skarbu, oczywiście. Mojego skarbu, który bezpiecznie ukryłem.

- A kto to są oni?

- Moi stronnicy, krewni, przyjaciele, wasale. Już ruszyliby na pomoc, gdyby wiedzieli, gdzie jestem. Ty im powiesz, a oni przyjdą. Twoja pomoc zostanie odpowiednio doceniona. Dam ci tyle złota, ile udźwigniesz.

- Już mówiłem, że nie potrzebuję złota. Jestem kowalem, panie.

- Nie potrzebujesz? Boś głupi. Gdybyś je miał, mógłbyś żyć jak pan, choć jesteś tylko sługą. Głupi otrok! Nie potrzebuję złota! A jak zamierzasz zdobyć wolność, co? Chyba nie chcesz być niewolnikiem przez całe życie? Gdybyś miał pieniądze na wykup, wykupiłbyś się sam, potem wykupił innych ze swojej rodziny.

- Nie mam rodziny.

- Ale gdybyś miał, głupcze! Mówię dla przykładu. Jeśli nie masz rodziny, mógłbyś kupić na własność kuźnię i zostać prawdziwym, wolnym kowalem.

Myśl wydała mu się tak niesłychana, że Jeno zadrżał. Zostać wolnym kowalem, z własną kuźnią! Maćko widać to zauważył, bo roześmiał się z zadowoleniem.

- A widzisz, mógłbyś kupić sobie wolność, chłopcze. I mnie, Maćka Borkowica, miałbyś za przyjaciela! Wystarczy, że pójdziesz i powtórzysz, co ci rzekłem.

- Dokąd miałbym pójść? Nie wolno mi wychodzić poza Dolinę.

- Znajdziesz sposób. Użyjesz podstępu albo uciekniesz, wszystko jedno. Jesteś młody, ale silny i na pewno dasz sobie radę. Pobiegniesz na Śląsk, gdzie odszukasz moich krewnych. Znajdziesz ich w wielu tamtejszych zamkach. Powiesz, co ci przykazałem. Oni wydobędą skarb, uwolnią mnie, a ty uzyskasz nagrodę.

Jeno kręcił się niespokojnie. Żołnierze najwyraźniej zapomnieli, że on siedzi w lochu, a więzień w każdej chwili może stać się niebezpieczny. Postanowił podtrzymywać rozmowę i godzić się na wszystko, co Maćko Borkowic planuje.

- Panie - zapytał. - Dlaczego wasi krewni do tej pory nie wydobyli skarbu?

- Bo nie wiedzą, gdzie jest, głupcze. Wiem o tym tylko ja. Tylko ja. Powiesz im, że wiem tylko ja. I niech nie wierzą Maramie. On może ich próbować mamić, zwodzić, ale niech wiedzą, że opróżniłem prawie wszystkie jego skrytki.

Jeno nie miał ochoty ani na spotkanie ze stronnikami Maćka, ani na spotkanie z rozbójnikiem Maramą.

- Jeżeli o onym miejscu wiecie tylko wy, to jak dowiedzą się o nim wasi stronnicy? - zapytał.

Maćko udał zdziwionego, że wcześniej o tym nie pomyślał.

- No tak, prawda - mruknął i dodał po zastanowieniu: - Nie ma innego wyjścia. Ty im powiesz.

Nie był zadowolony, że musi zdradzić swoją tajemnicę nieznanemu chłopakowi. Ale nie było innego sposobu i musiał się z tym pogodzić.

- Skarb jest na Śląsku - wyjaśnił przyciszonym głosem. - Za wsią Topola jest stara wieża strażnicza, a tam...

Przerwał, bo właz do lochu otworzono gwałtownie i rozbrzmiał głos Szymona Smoka.

- Wychodź! - nakazywał. - Dość tego będzie.

- Spuśćcie drabinę! - odkrzyknął Jeno przytomnie, zadowolony, że jednak o nim nie zapomniano. - Właśnie skończyłem.

- A podskoczyć nie możesz? - zarechotał żołnierz, ale już wołał ludzi, aby robili co trzeba.

- Chłopcze! - Maćko chwycił Jeno za ramię. - Pamiętaj, co przysięgałeś. Że pójdziesz do moich i przekażesz wszystko.

- Wszystko nie - odpowiedział Jeno machinalnie, niespodziewanie dla siebie ściszając głos. - Nie wiem, gdzie są wasze pieniądze.

Maćko znieruchomiał. Nie był do końca przekonany. A tu już spuszczono drabinę do lochu i kowal odchodził.

- Wróć tu - zażądał Maćko. - Wtedy ci powiem resztę. Mów, że jestem chory, że musisz... Wszystko jedno. Sam coś wymyślisz.

A kiedy Jeno postawił już nogę na drabinie, jeszcze go chwycił za połę.

- Chłopcze! - poprosił nagle. - Koniecznie przynieś mi trochę chleba. Jedną kromkę chleba. Tylko uważaj, żeby go przy tobie nie znaleźli!

Na górze, kiedy z głuchym łoskotem zamknięto klapę i założono łańcuchy, Szymon Smok ze współczuciem popatrzył na kowala.

- Nie wyglądasz najlepiej - zauważył.

- To straszny człowiek - odparł Jeno, myśląc z przerażeniem o knowaniach więźnia.

Dowódca kuszników zrozumiał to po swojemu.

- Prawda - przyznał. - Ale jednak cię nie zjadł. Zrobiłeś swoje?

- Wymieniłem opatrunki, rany goją się... trochę. Myślę, że za dwa dni...

- To niepotrzebne - stwierdził Szymon. - Dostarczyliśmy go tutaj i nie pozwoliliśmy umrzeć po drodze. Teraz wszystko w rękach Boga. Wystarczy twojego starania.

- Ale jego rany wymagają...

- Nie musisz się już tym przejmować. Zrobiłeś swoje. Oto zapłata.

Smok sięgnął w zanadrze, wydobył srebrną monetę i wcisnął ją w rękę chłopaka.

- Mówił do ciebie - zauważył. - Co ciekawego mówił?

Jeno wzruszył ramionami.

- Chyba niewiele zrozumiałem. Opowiadał, że był wojewodą, potężnym i bogatym.

Szymon Smok pokiwał głową.

- Był wojewodą - przyznał.

- Potężnym i bogatym?

- O, tak! Ale zbuntował się przeciw swojemu królowi, mordował i palił, a wreszcie został zwyczajnym rozbójnikiem. Wtedy stracił majątek i mocą królewskiego wyroku znalazł się tutaj. I to jest wszystko. Trzymaj język za zębami. Nikomu nie wolno o tym mówić. Zapomnij, jakbyś nigdy tu nie był.

- Nikomu nie powiem - obiecał Jeno. - Mało mnie obchodzą takie sprawy. Ale może trzeba jeszcze opatrzyć rany, skoro sam król nakazał, aby ten człowiek żył, choćby i w lochu.

Szymon zamachał rękami.

- Już powiedziałem, że zrobiłeś swoje - przypomniał.

A potem popatrzył na kowala spod oka.

- Widzę, że i ciebie nabrał - domyślił się. - Nie obiecywał ci przypadkiem worków złota, które ma niby ukryte?

Jeno poczuł falę gorąca, jakby ktoś przejrzał jego tajemnicę.

- Obiecywał - przyznał niechętnie.

- Nie rób sobie nadziei, chłopcze - poradził kusznik. - Wszystkich nas próbował przekupić. Ale to tylko bajdy.

Jeno, zaskoczony, rozczarowany, nachmurzył się i burknął:

- Mieliście nie mówić do mnie: chłopcze.

Kusznik roześmiał się.

- Dobrze, kowalu. A wiesz co, naprawdę dobrze się sprawiłeś. Pomówię z panem Mikołajem z Potoka, który tu ma najwyższą władzę. Może zechce wziąć cię do służby dla zamku.

Jeno wrócił do kuźni Hanka dopiero pod wieczór. Szedł bardzo powoli, okrężną drogą, by mieć czas na przemyślenie tego, czego się dowiedział. Maćko Borkowic zasiał w nim ziarno niepokoju. Wykupić się na wolność? Zdobyć kuźnię na własność? Zostać prawdziwym wolnym kowalem?

Hanek nie był zadowolony, że do pracy na zamku wzięto jego ucznia, a on, mistrz, został pominięty.

- Znowu się włóczysz? - narzekał. - Cóż to za robota, że tak długo cię nie było?

- Robota jak robota - odpowiedział Jeno i sprytnie dodał słowa, które mistrz lubił: - Zrobiłem według tego, jak mnie uczyliście. Ale zakazano mówić o szczegółach.

Ale Hanek tym razem nie czekał na pochlebstwa. Podszedł do ucznia, chwycił go silnymi ramionami i sprawnie obszukał.

- Ludzie królewscy bywają hojni - powiedział, jakby się usprawiedliwiał.

Znalazł monetę i zabrał ją.

- Więcej nie masz?

Jeno pokręcił głową przecząco.

- Któregoś dnia... - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Któregoś dnia przestaniecie mnie tak traktować.

Hanek zarechotał, ale uwolnił chłopca z uścisku.

- Tak? - zapytał z zaciekawieniem. - A to niby dlaczego?

- Bo będziecie musieli przestać.

- A ty mnie do tego zmusisz?

- Ja.

Alena siedziała na konarze dębu wysoko nad ziemią i wesoło machała nogami.

- Już chcę zejść - zawołała po chwili. - Kiedy mnie zdejmiesz?

- Jeszcze nie teraz - śmiał się Jeno. - Może poczekam, aż jakiś ptak zbuduje sobie gniazdo w twoich włosach. Chciałabyś takie gniazdo?

- Nie chcę - wydęła wargi dziewczynka. - Zresztą twoja potargana głowa lepiej się do tego nadaje.

- To będą dwa gniazda - powiedział chłopak, udając, że odchodzi.

- Och, nie zostawiaj mnie! - krzyknęła za nim z nadąsaną miną. - Bo skoczę!

Wrócił szybko pod drzewo i wyciągnął ręce.

- Możesz skakać.

- Rozmyśliłam się - droczyła się Alena. - Boję się, że zanim dolecę do ziemi, znowu odejdziesz.

- Nigdy w życiu - oznajmił Jeno poważnie.

- Tak? Więc mnie nie zostawisz?

- Nie zostawię.

- Nigdy?

Zanim Jeno odpowiedział, z pobliskiej łączki podniosła się Stronka i podeszła do dębu, po drodze otrzepując ubranie z trawy. Ofuknęła Alenę za niegodne młodej panienki zachowanie, a kowalowi wcisnęła do ręki kawałek słodkiego placka.

- Czas wracać - przypomniała. - Zejdź, Aleno. A ty, Jeno, zjedz placek, bo nie mam zamiaru nosić go z powrotem do domu.

Alena odważnie zsunęła się z drzewa, trafiając wprost w ramiona chłopaka. Udał, że się przewraca, ale wcześniej bezpiecznie postawił ją na ziemi.

- Nigdy cię nie zostawię - powtórzył.

Stronka narzuciła na ramiona dziewczynki płaszcz i wzięła ją za rękę, a gestem pożegnała kowala.

- Oj, dzieci, dzieci! - mruknęła do siebie, odchodząc. - Ktoś chyba będzie musiał zakazać wam tych zabaw!

AGNIESZKA

Jakub, herbu Topór, pan i dziedzic Lipowej, niedługo oddawał się rozpaczy, choć z początku wydawało się, że będzie inaczej. Po niespodziewanej śmierci ukochanej żony Krystyny przywdział żałobę i wielu myślało, że na zawsze pozostanie wdowcem. Nosił czarne szaty, stale przesiadywał przed ołtarzem, w kościele w swoim majątku kazał wybudować wielki i wspaniały grobowiec. Snuł się ponury, niewiele obchodziły go sprawy doczesne, ze wszystkim zdał się na Szczepana, starego rządcę, któremu ufał bez zastrzeżeń. Podejrzewano, że zamierza porzucić świat i, choć nie skończył jeszcze lat trzydziestu, wstąpić do klasztoru o surowej regule.

Nikt nie przypuszczał, jak szybko nastąpi odmiana. Pan Jakub miał w Ziemi Sandomierskiej folwark sąsiadujący z dobrami Tomasza herbu Lis. Pan Tomasz z Białki był jego towarzyszem w wielu wojennych wyprawach, spotykali się też często na zjazdach szlachty. Właśnie na zjeździe panów sandomierskich pan Jakub ponownie spotkał pana Tomasza i przyjął gościnę w jego domu nad Okszą. W czasie jednego z polowań trafiła się okazja do szczerej rozmowy.

- Przykro patrzeć na wasz ból - powiedział Tomasz, przyjacielsko obejmując Jakuba ramieniem. - Tym bardziej przykro, że - jak słyszałem - cierpi na tym wasza mała córeczka. Prawdę mówię, sam mam trzy córy i wiem, ile wymagają ojcowskiego starania. Po dawnej przyjaźni radzę wam serdecznie: otwórzcie się znowu na doczesne sprawy. Wasze dziecko potrzebuje matki, a wy potrzebujecie żony. Nie chcę narzucać wam swojej woli, ale mam przecież córkę na wydaniu, którą chciałbym oddać komuś równie godnemu jak wy.

Pan Jakub początkowo nie potraktował poważnie słów przyjaciela. Ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że spoziera na dziewczynę częściej, niż mu się to wydawało, i porównuje ją do zmarłej żony. Tu, daleko od grobu pani Krystyny i miejsc bezustannie ją przypominających, jego ból wydawał się mniejszy. Początkowo wyrzucał to sobie, ale z czasem uznał, że widocznie tak być musi.

Agnieszka niewiele przypominała panią na Lipowej. Owszem, była dość ładna, czarnooka i czarnowłosa, choć raczej niewysoka i chuda, a przy tym jakaś nad miarę zamknięta w sobie. Zupełnie inaczej niż pani Krystyna, wesoła, żywa, skora do zabawy. Agnieszka uśmiechała się uprzejmie, najwidoczniej powiadomiona przez ojca o jego zamysłach, odzywała się jednak rzadko i mówiła niewiele. Na swoje piętnaście lat była nadto poważna i nabożna, co z początku nawet się spodobało panu z Lipowej. Sam zajęty rozmyślaniami o marności świata i nieuchronności śmierci, z zadowoleniem popatrywał na dziewczynę w kościele, kiedy skromnie ubrana klęczała tam długo na zimnej posadzce.

Kiedy słowa przyjaciela po kilku dniach naprawdę dotarły do pana Jakuba, zrozumiał, że jego ból, spowodowany tęsknotą za tamtym łagodnym spojrzeniem i tamtym śmiechem, jest też znakiem tęsknoty za jakąś inną istotą, mogącą położyć kres cierpieniom. Nie minęły dwa tygodnie, a pan Jakub już wiedział, że gotów jest ożenić się ponownie, Agnieszka zaś spełnia wszystkie jego oczekiwania, aby mogli zamieszkać razem. Jest młoda, zdrowa i próżno by szukać lepszego wiana od tego, jakie obiecał Tomasz z Białki.

Wprawdzie obie siostry Agnieszki wyszły za mąż w przeciągu ostatniego roku i mogło się wydawać, że ona jeszcze długo poczeka, bo pan Tomasz poważnie się wykosztował, ale on nie zamierzał zaprzepaścić tak wspaniałej okazji, jaką było mu spowinowacenie się z Toporczykami.

Kilku sąsiadów nader chętnie poprowadziłoby Agnieszkę do ołtarza, lecz nie byli wystarczająco bogaci, a i prezentowali się niezbyt dostojnie. Pan Tomasz znał dobrze swoją najmłodszą córkę. Wzięła ona po nim pewien zmysł praktyczny i mógł się zupełnie nie obawiać, że okaże się nieposłuszna woli ojca. Pozostawało zatem prze-konać ją do osoby pana z Lipowej.

Kiedy pan Tomasz opowiedział jej o swojej rozmowie z panem Jakubem, nie sprzeciwiała się zbytnio, choć też nie wydawała się zachwycona.

- Wiem, że to bardzo możny pan i niestary. Ale, ojcze, to wdowiec.

- To przecież bardzo dobrze, że wdowiec, bo stateczny już, a jeszcze młody. A że jest teraz w żałobie, twoja rola wyprowadzić go znowu na drogę życia. Niczego ci przy jego boku nie zabraknie. Kiedy zaś urodzisz syna, będziesz panią większą niż mogłabyś być przy kimkolwiek. Ma on liczne dobra na Śląsku i w Wielkopolsce. Mało będzie takich, którzy mogliby równać się z tobą i twoim mężem.

Agnieszka poprosiła o czas do namysłu, choć oboje wiedzieli, że nie sprzeciwi się woli ojca. Następnego ranka powiedziała "tak". Rano miała już też gotowy dokładny plan działania, bo wzorem ojca lubiła, żeby wszystko było wiadome, poukładane, uporządkowane. Zażyczyła sobie wydzieloną część ojcowskiego majątku na dożywocie i wyraźnego zapisu w sprawie wiana. Nie tylko chciała dorównać siostrom, ale i wywyższyć się ponad nie. A to nie było łatwe, bo najstarsza jej siostra wyszła za krakowskiego wojewodę, a młodsza za możnego pana z Wielkopolski.

Jeszcze tego samego dnia pan Tomasz przyprowadził córkę przed oblicze gościa. Trochę się bał, czy Jakub z Lipowej przystanie na twarde warunki, jakie postawiła Agnieszka, ale postanowił zaryzykować. Po zaręczynach przyjdzie czas na układy.

- Córko - rzekł Tomasz uroczyście. - Pan Jakub poprosił o twoją rękę. Domyślam się twojej odpowiedzi, ale przy nim chciałbym cię zapytać, czy zechcesz go poślubić, pójść do jego domu, urodzić jego dzieci i żyć z nim razem aż do śmierci?

Pan Jakub uśmiechał się nieśmiało, bo choć przyjaciel uprzedził go o wszystkim, nie był pewny odpowiedzi dziewczyny.

- Dziękuję szlachetnemu panu Jakubowi, że uczynił mi tak wielki zaszczyt - odrzekła Agnieszka zgodnie z otrzymanym wcześniej pouczeniem. - Przyjmuję go całym sercem i stosownie do waszej woli.

Jakub westchnął głośno, zaskoczony nieco szybkością wydarzeń. Ledwie czterdzieści dni minęło, gdy odjechał od grobu żony.

Mężczyźni uścisnęli sobie ręce, a pan Jakub założył na palec narzeczonej gruby i zdobny pierścień. Ta, zgodnie z przyjętym zwyczajem, odeszła do swojej izby, a resztę rozmów mężczyźni odbyli sami.

Targi trwały kilka dni, przeplatane ucztami i spotkaniami z sąsiadami, którzy tłumnie składali wizyty, gratulując radosnych nowin. Ustalono szczegółowo wysokość posagu panny młodej, ślubne prezenty, jaka będzie teraz jej pozycja we dworze w Lipowej i jaka po urodzeniu syna, dziedzica pana Jakuba. Dokładnie omówiono, jak będzie wyglądała sytuacja majątkowa pani Agnieszki, gdyby jej mąż poległ na wojnie i jak, gdyby Bóg dał mu dożyć późnej starości.

Zaraz też zaczęto przygotowania do ślubu i wesela, które wyznaczono za dziewięć niedziel. Pan Jakub pospiesznie pojechał do siebie, żeby sprosić gości spośród swojej rodziny, bo ślub miał się odbyć w kościele pod wezwaniem świętego Marcina w dobrach pana Tomasza.

Wielu ludzi pracowało nad przygotowaniem wyprawy dla panny młodej. Odkurzano, szyto, polerowano, mierzono, planowano. Młoda para miała oczywiście zamieszkać w Lipowej, dokąd małżonkowie zamierzali udać się bezpośrednio po ślubie. Szykowano więc jednocześnie wozy, które miały zabrać majątek pani Agnieszki pod jej nowy dach.

Ona sama w tych dniach kraśniała z zadowolenia na widok każdej z tych rzeczy, które przeznaczono na jej nowe życie i która wiązała się z jej przyszłością. Każdego dnia przychodziła do lamusa, gdzie gromadzono wszelkie dobra, jakie miała zabrać ze sobą. W pierwszym tygodniu złościła się, jak wolno powiększa się majątek składany tutaj, ale w miarę upływu czasu i pracy czeladzi zasoby te zaczęły rosnąć i po kilku niedzielach nie mieściły się już w pomieszczeniu.

Stały tu dwie wielkie skrzynie i jedna mniejsza, a także beczki, kosze i worki. Zgromadzono tu pościel, puchowe poduszki, prześcieradła, miękko wyprawione skóry, ozdobne makaty do zawieszenia na ścianach i kobierce na podłogę, zastawę stołową, miski, dzbany, dzbanki, talerze i kubki z cyny i ze srebra, haftowane obrusy i ręczniki. Była garderoba panny młodej - koszule, czepki, welony, pasy, rękawiczki, proste suknie na co dzień, barwne od święta, czarne do kościoła, trzewiki, kolorowe wstążki i ozdoby, futrzane szuby na zimę. Kuferek z kosztownościami pozostawał pod opieką ojca, były w niej głównie klejnoty po matce i sporo jeszcze miejsca na te, które pani Agnieszka spodziewała się otrzymać od męża.

Pan Tomasz przeznaczył też dla córki dwie pary pięknych koni, dobrze ułożonych pod wierzch, z bogatymi rzędami, o ozdobnych siodłach, z których jedno, wykonane dla dam z wielkich rodów, sprowadzono niegdyś z Italii.

Agnieszka zaglądała do lamusa każdego dnia, przeglądała uważnie stale powiększający się majątek, badała miękkość tkanin i połysk zwierciadeł, liczyła zastawę, przymierzała klejnoty.

- Widzę, że masz z tego oczekiwania wiele radości - śmiał się pan Tomasz, gdy któregoś dnia zastał córkę nad skrzynią z sukniami.

- O, tak - przyznała się z uśmiechem i zawstydzona opuściła oczy. Ale też dodała szczerze:

- Już bardzo bym chciała, by była sobota.

Właśnie w sobotę spodziewano się ślubnego orszaku pana Jakuba z Lipowej. Niecierpliwość dokuczała Agnieszce coraz bardziej. Przecież od tygodnia wszystko było gotowe. Nawet opłacono służbę, która z dworu w Białce miała jechać z panią na służbę do Lipowej - dwie dziewczyny i pachołek.

Pan Tomasz tryskał zadowoleniem. Koligacje jego rodu poszerzały się wspaniale. Krewni i sąsiedzi bardzo dobrze przyjęli wiadomość o połączeniu z rodem Toporczyków. Składali gratulacje, prosili o protekcję, oferowali przyjaźń. Wszyscy zapewniali, że przyjadą na ślub i wesele, obiecując sute dary. Niektórzy zaczęli już zjeżdżać w gościnę na kilka dni przed uroczystościami i dwór zatętnił życiem jak rzadko wcześniej. Szlachta przybyła tłumnie i z wielkimi orszakami, skwapliwie wykorzystując okazję do pokazania się z żonami, dziećmi, służbą i psami.

- Zaprawdę, będziesz wielką panią - mówił pan Tomasz do córki. - Dwór w Lipowej to wielkie domostwo, a tuż obok na królewski rozkaz stryj Jakuba buduje potężny zamek. Pomyślałem o wszystkim, moje dziecko. Twoje wiano jest wystarczająco duże, stać cię na każdą zachciankę, nie musisz o nic prosić męża. Nie życzę ci tego, ale różnie to bywa w życiu. Lepiej więc, abyś mogła liczyć na swoje. On, ofiarowując ci posiadłość zwaną Dębowiec i część Lipowej, zapewni ci godne życie. Zachowasz też prawa do swojej części po mnie, nie licząc oczywiście kosztowności, klejnotów i szat. Spodziewam się, że wiele ci ich pan Jakub ofiaruje, bo jest człowiekiem nie tylko majętnym, ale i szczodrym. Będziesz panią na Lipowej, gdzie jest wiele służby, bo aż sześć wsi należy do dworu. Będziesz tylko rozkazywać, a posłuszeństwo winnaś jedynie Bogu i mężowi. Naprawdę, córko, nie mogłaś lepiej trafić.

W piątek wieczorem dano wreszcie znać, że zbliża się orszak pana Jakuba i wszyscy rzucili się do ostatnich przygotowań. W sobotę, jeszcze przed świtem, wielki orszak domowników pana Tomasza w towarzystwie co znakomitszych krewnych i sąsiadów ruszył na spotkanie gościa.

Pochód uformowano tak, aby jak najbardziej podkreślić bogactwo i dostatek. Na przedzie jechali na paradnie przystrojonych koniach pan Tomasz z córką w otoczeniu godnych panów spośród spokrewnionej szlachty, dalej postępowali pachołkowie, przybrani świątecznie i pod bronią.

Do spotkania doszło nad rzeczką Okszą. Obie grupy zobaczyły się, dokładnie jak było zamierzone, po obu stronach wody, akurat przed nowym mostem, ufundowanym przez pana Tomasza.

Pan z Białki skinął na córkę i tylko we dwoje ruszyli na kamienny most, na który z przeciwnej strony nadjechał pan Jakub, w świątecznym stroju, przy pasie i mieczu. Agnieszka w wiśniowej sukni, z siatką na włosach i srebrnym diademem na czole, zaróżowiona z emocji i oczekiwania, wyglądała wspaniale.

- Witajcie - powiedział Jakub z Lipowej, składając ukłon. - Bóg nie pozwolił spóźnić się, co przyjmuję za dobrą wróżbę.

- Witajcie, zięciu - odkłonił się pan Tomasz. - Oto moja córka, którą już teraz daję pod waszą opiekę.

Pan Jakub podjechał do narzeczonej i narzucił na jej ramiona wspaniały płaszcz z popielic, a na rękę włożył pierścień z wielkim czerwonym kamieniem. Ludzie po obu stronach rzeki wiwatowali głośno, pachołkowie podrzucali w górę kapelusze i przeraźliwie gwizdali na palcach.

Pan Tomasz, widząc, że narzeczony nie odrywa oczu od jego córki, uznał, że może on nie zauważyć czegoś, czym chciał się pochwalić. Podjechał więc do obojga, niby tylko dlatego, żeby ich zachęcić do ruszenia w drogę.

- Czas na nas - przypomniał. - A widzieliście mój nowy most, Jakubie? Ma całych czternaście kroków długości!

- Aż tyle? - zdziwił się uprzejmie pan z Lipowej, nie odwracając głowy od dziewczyny. Ta skromnie spuściła oczy, ale jej ręce, trzymające ozdobne wodze, drżały. - Jestem wam bardzo wdzięczny, teściu, żeście mnie odwiedli od ponurych zamiarów.

- Da Bóg na pożytek nam wszystkim - pan Tomasz przeżegnał się nabożnie.

W dalszą drogę pojechali jednym orszakiem - pan Jakub z narzeczoną i nie odstępujący ich ojciec panny młodej. Krewni obu stron witali się hałaśliwie, czynili nowe znajomości, żartowali. Myśl o bliskich uroczystościach, o dobrym posiłku, o odpoczynku i zabawie, rozwiązywała języki, nastrajała przyjaźnie i radośnie.

Na podwórzu przed dworem witano ich jeszcze raz oficjalnie, by po krótkim odpoczynku jechać zaraz do kościoła. Tu w obecności tłumów gości, szlachty oraz pospólstwa, pan Jakub z Lipowej zaślubił pannę Agnieszkę, córkę pana Tomasza z Białki. Zaraz potem powrócono do dworu, gdzie stoły i ławy ustawiono pod drzewami i gdzie odbito już beczki z piwem. Dla najbardziej dostojnych gości przygotowano miejsca na podwyższeniu, tam poza małżonkami zmieścili się tylko najbliżsi krewni i przyjaciele.

Wspomnienie wesela jeszcze wiele lat później wywoływało na obliczu Agnieszki uśmiech pełen zadowolenia. Krewni, przyjaciele, sąsiedzi i ludzie zupełnie jej nie znani, przychodzili kolejno, składali upominki, zapewniali o swoim przywiązaniu, przyjaźni i wierności. Ona siedziała dumna obok swojego małżonka, któremu wszyscy okazywali tak wielki szacunek. Nawet jej siostry, których mężowie liczyli się do pierwszych w kraju, patrzyły na nią z podziwem. One, choć bogate, zadowolone i syte władzy, z wyraźną zazdrością oglądały suknie, cudownie lekkie a bogato zdobione tkaniny, pierścienie i zausznice.

Wesele trwało trzy dni, wszyscy najedli się do syta, zdążyli się upić i wytrzeźwieć po kilkakroć. Zabawę pamiętano jeszcze wiele lat później, bo pan Tomasz rzeczywiście postarał się ugościć całą okolicę, prostych ludzi i służby nie wyłączając.

Potem były pokładziny i noc poślubna. Pannę młodą odprowadzono ze śpiewami do alkierza, gdzie miała czas przygotować się na nadejście małżonka. Pana Jakuba prowadzili przyjaciele ze śmiechem i żartobliwymi docinkami, a potem niby siłą wepchnęli do sypialni, zamykając drzwi i zostając przed nimi na straży.

Tej nocy zakończyło się krótkie szczęście pani Agnieszki. Z nocy poślubnej zapamiętała tylko niepewność i strach, a potem ból i pełne niezadowolenia sapanie małżonka. Rano mąż był nawet miły, ale Agnieszka pomyślała, że wszystko skończyło się nie tak, jak to sobie wyobrażała. Strach i ból miały jej odtąd towarzyszyć już zawsze.

Tłumaczyła sobie, że przecież to nic takiego, że się przyzwyczai, zapomni, nie będzie zwracać uwagi, ale trudno było jej radować się z czegokolwiek, kiedy po każdym dniu czekała ją noc z mężem u boku. Jak to możliwe, myślała, żeby taki dobry, łagodny człowiek, stawał się w nocy takim zwierzęciem? Jak to możliwe, żeby wszystkie kobiety wokoło znosiły bez szemrania ów wielki ból? Jak to możliwe, że niektóre z nich sprawiają wrażenie zadowolonych i szczęśliwych?

Piątego dnia orszak ruszył do Lipowej. Ojciec odprowadził córkę o cały dzień drogi, a potem żegnał ją, jak gdyby nie mieli się więcej zobaczyć, i Agnieszka rozpłakała się na to pożegnanie, uświadomiwszy sobie, że od tej chwili znajduje się całkowicie we władzy swojego męża i pana.

Ojciec obiecywał wprawdzie przyjechać już niedługo, może na święta Bożego Narodzenia, ale że stale czynił aluzje, iż w Lipowej będzie go wtedy czekała niespodzianka, cała radość Agnieszki z tego spotkania gasła. Agnieszka tylko domyślała się, o czym mówi ojciec. Pan Jakub zaś był milczący i chmurny, choć opiekuńczy i prawie serdeczny. Do żony odnosił się grzecznie, ale tak było tylko w dzień. Wieczorem ani jej nie słuchał, ani nie chciał się niczego od niej dowiedzieć. Prośby Agnieszki, aby dał jej odpocząć, wydobrzeć, przygotować się, miał za nic.

Każdej nocy przychodził do jej namiotu i bawił tam do rana, a potem długo spał i w drogę ruszali późno, więc dotarli do jego dóbr o dobre dwa dni później, niż się spodziewali. Ludzie z orszaku, którzy nocami słyszeli z namiotu krzyki, uśmiechali się potem porozumiewawczo i patrzyli na Agnieszkę z nieskrywanym zaciekawieniem. Nikt nie podejrzewał, że noce te mogły być dla niej przykre.

Jechali wolno, Agnieszka początkowo starała się dotrzymać kroku mężowi, jechała obok niego wierzchem. W drodze dawała baczenie, żeby jadące za nimi wozy z jej dobytkiem, które często zostawały w tyle, nie zaginęły i nie opóźniały się dalej niż na spojrzenie.

Pan Jakub śmiał się z tej ostrożności.

- Ależ nie musisz się martwić, moje dziecko - zapewniał. - To spokojna okolica, a moi ludzie dokładnie wiedzą, co i kiedy mają robić. Nic nie grozi ani nam, ani naszym wozom.

- Nie wątpię, że wasi ludzie dokładnie znają swoje obowiązki. Mało to jednak się słyszy o rozbójnikach napadających na podróżnych?

- To bajki - śmiał się pan Jakub. - Król Kazimierz dawno już zaprowadził prawo, żeby każdego złapanego na zbójowaniu gardłem karać, niezależnie od pochodzenia i stanu.

- Ale słyszałam, że w tej okolicy napady się ciągle zdarzają. Niedawno ojciec opowiadał, jak wy sami zasadzaliście się na takiego, którego nazywają Marama.

Jakub z Lipowej skrzywił się, bo słowa żony odebrał jako przytyk. Rzeczywiście, Marama nadal hasał swobodnie pod bokiem jego ludzi i ludzi króla. Napadał bezczelnie, mordował, a wyprawa pana Jakuba na zuchwałego rozbójnika zakończyła się niczym.

- Dopadnę i Maramę, jak pokarałem innych - powiedział spokojnie. - Tak czy inaczej, teraz możesz się nie obawiać. Jest nas zbyt wielu, żeby jakakolwiek zbójecka hałastra odważyła się nas zaczepić. A nawet gdyby, moi ludzie daliby sobie radę z największą i najlepiej uzbrojoną gromadą.

Agnieszka uspokoiła się, ale co do pilnowania wozów nie zmieniła zdania. Pańskie oko konia tuczy, przypomniała przysłowie i sama nadal doglądała wszystkiego, zarówno w drodze, jak i na postojach. Pan Jakub, który patrzył na to początkowo z rozbawieniem, po kilku dniach zaczął zdradzać oznaki zniecierpliwienia i złości.

- Posłuchaj, dziecko - powiedział któregoś razu. - Zachowuj się, jak przystało mojej żonie. Nie wtrącaj się zbytnio do służby, bo oni znają swoją powinność, a ty ani nie polepszysz, ani nie przyspieszysz ich pracy. Robią wszystko, jak kazałem i przede mną są odpowiedzialni. Nie podważaj mojego autorytetu nieustannym czuwa-niem nad wszystkim. Ma być tak, jak powiedziałem. A powiedziałem, że wszystko w całości i bezpiecznie ma dotrzeć do Lipowej. I tak będzie. Inaczej, służba dobrze o tym wie, nie mogłaby być pewna swoich całych pleców ni gardła. Tak rzekłem, tak być musi. Nie jest potrzebna twoja dodatkowa troska.

I dodał:

- Lepiej pomyśl, jak najbliższej nocy zadowolić swojego męża. To pierwsza powinność żony.

Dotknął ją znowu do żywego, bo przecież starała się jak mogła najlepiej, ale on był wciąż niezadowolony. Nie wiedziała, dlaczego, a zapytać nie mogła. Robiła wszystko dokładnie w taki sposób, jak sobie życzył - była mu powolna. Panowała nad bólem, zaciskała zęby, zamykała oczy i jakoś udawało się jej przetrwać. Czegóż więcej jeszcze chce?

Droga dobiegała końca. Agnieszka widziała już lasy, pola, osady i młyny, należące do męża, o których opowiadał krótko, że to rodzina ma od dawna, tamto kupił wtedy a wtedy, to wytargował, inne sprzedał.

Wreszcie dziewiątego dnia zobaczyła lipy, a potem dwór, wielki, złożony z kilku stojących w podkowę budynków, który miał być odtąd jej domem. Posłaniec z wieścią o zbliżaniu się gospodarzy zjawił się tu już dwa dni wcześniej, więc wszystko zastali przygotowane z najwyższą starannością - dwór wysprzątany i wyczyszczony, podobnie jak całe obejście i dziedziniec przed nim. Wszyscy mieszkańcy, służba, a także sąsiedzi, stali już przed domem i witali pana i panią w ustalonej kolejności, stosownie do pokrewieństwa, stanu i stanowiska. Agnieszka niewiele zapamiętała z tej długiej listy domowników, pociotków, wujków, krewnych bliższych i dalszych, rodzonych i przyrodnich, zbyt oszołomiona hałasem, ruchem, korowodem twarzy, imion i nazw, przytłoczona świadomością, że zaraz znowu zapadnie noc i znowu trzeba będzie iść w objęcia tego silnego, mocnego mężczyzny.

Chciała, żeby był szczęśliwy i zadowolony, ale coraz bardziej upewniała się, że nigdy nie uda się jej spełnić swych małżeńskich obowiązków w sposób właściwy.

Ranek następnego dnia zastał Agnieszkę popłakującą w posłaniu. Mąż opuścił łoże wcześnie, zapowiadając rychły powrót. Przyszedł też wkrótce do alkierza, niosąc w ramionach ładną, jasnowłosą dziewczynkę. Agnieszka, która czuła się źle, nie od razu zrozumiała, co mówi do niej pan Jakub.

- To moja córka Alena - powiedział. - Mam nadzieję, że będziesz dla niej dobrą matką.

Agnieszka była tak zaskoczona, że nie zdołała się odezwać, a tylko rozpłakała się głośno. Nie spodobało się to jej mężowi.

- Nie wiedziałaś, że mam córkę? - zapytał zdziwiony. - Uzgodniłem przecież z twoim ojcem, że wszystko ci powie...

Nadal płakała, więc zdjął dziecko z ramion i posadził je na brzegu posłania. Dotknął ramienia żony, a potem łagodnie pogładził ją po włosach.

- Nie płacz - pocieszał. - To wdzięczne dziecko, które cię pokocha. Nie będziesz miała z nią żadnych kłopotów.

Niespodziewane spotkanie z nieznajomą kobietą, w dodatku płaczącą, nie spodobało się także Alenie i dziecko zaszlochało rozdzierająco. Jakub wezwał służbę i kazał je zabrać z alkierza.

Z tego spotkania Agnieszka zapamiętała niewiele i przez dłuższy czas Alena była dla niej tylko maleństwem w długiej koszulinie, które ledwie mówiło, prawie stale płakało i chowało się za spódnicą służebnej albo za ojcową nogą, kiedy próbowała się przywitać.

Mimo uspokajających słów męża Agnieszka przewidywała kłopoty. Alena ciągle płakała i ani na chwilę nie chciała odłożyć swojej zabawki, kaczki wykonanej z drewna i pomalowanej kolorowymi farbami - dziób i ogon nosiły ślady dziecięcych ząbków.

Od początku dziewczynka nie chciała przebywać w towarzystwie macochy, chowała się za sprzętami albo kryła się po kątach, skąd mimo próśb ani myślała wychodzić.

- To nic - uspokajał pan Jakub. - Przyzwyczai się, trzeba tylko trochę czasu.

Agnieszka nie miała żadnego doświadczenia w opiece nad dziećmi, szybko się denerwowała i choć o tym nie mówiła, jej żal do męża był ogromny. Mógł przecież coś wspomnieć o dziecku, wtedy znalazłaby czas i sposobność zapytać kogoś, poradzić się, nauczyć. Poza tym wcale nie uważała, że Alena jest szczególnie ładna, wdzięczna czy też rozgarnięta ponad wiek. Zwyczajna trzyletnia rozkapryszona dziewczynka.

Cały dzień trwało rozpakowywanie wozów, a potem przez dwa tygodnie pani urządzała swoje komnaty. Lewe skrzydło dworu pan Jakub oddał do jej dyspozycji i tam umieszczono skrzynie, zawieszono tkaniny. Tam wszystko mogła zarządzić, jak chciała. Zajęta urządzaniem swoich pokoi, niewiele miała na razie czasu na poznawanie dworu, służby i krewnych, nadal bawiących pod gościnnym dachem pana na Lipowej.

Dobrze poznała tylko Szczepana zwanego Sową, małego siwego człowieka, który był krewnym pana domu i zarządcą jego tutejszych posiadłości. Pan Jakub wiele czasu spędzał na wyprawach wojennych, szlacheckich zjazdach lub na wizytacjach swoich dóbr położonych w innych ziemiach i wtedy cała władza w gospodarstwie należała do Szczepana.

Szczepan Sowa zrobił na Agnieszce nie najlepsze wrażenie. Zgodnie z poleceniem pana Jakuba oddał młodej pani wszystkie klucze, ale uczynił to z wyraźnym ociąganiem. Zachowywał się z dystansem i milcząco, co Agnieszka odbierała jako okazywanie niechęci. Nie powiedział słowa, kiwał tylko głową, kiedy Agnieszka zawiesiła sobie klucze u pasa. Szedł za nią po stodołach, spichrzach, stajniach, składach, lamusach i wysłuchiwał jej poleceń, ale nie dość uważnie.

- Pani Krystyna całkowicie zdawała się na mnie w sprawach gospodarskich - powiedział. - A pan Jakub nigdy nie miał zastrzeżeń.

- Nie wydaje mi się, żeby tu wszystko było w porządku - uniosła się Agnieszka. - Mój mąż obdarza was chyba zbytnim zaufaniem. Znam dobrze majątek mojego ojca, który zalicza się do największych w całym królestwie. Wiem też, jak należy przechowywać zapasy. Z tego, co tutaj widzę, wiele ulega zmarnowaniu z powodu niewłaściwego składowania i niedostatecznej staranności służby. A służba pracuje źle, kiedy nikt jej nie pilnuje. Wiem to dobrze, sama widziałam, jak zachowywali się po drodze do Lipowej. Patrzyli tylko, żeby wymigać się od roboty. Tak czy inaczej zamierzam tu natychmiast wprowadzić nowe porządki.

- Wasza wola - powiedział Szczepan pojednawczo, ale nie wyglądało na to, aby chciał postępować wedle wskazówek nowej pani. - Pozwólcie sobie jednak powiedzieć, że zajmuję się domem pana Jakuba już lat blisko piętnaście i...

- Niewiele się nauczyliście! - prychnęła z wyższością Agnieszka. - Ta mąka za dzień, dwa będzie do wyrzucenia, ryby już kazałam wyrzucić. Sreber nikt nie czyścił pewnie cały rok, a kiedy ostatnio oglądaliście uprząż?! Nie umiecie albo nie chcecie popędzić ludzi do roboty.

Szczepan milczał, zaciskając usta. Ten dzieciuch, ledwo co przybywszy, miałby mu rozkazywać?

- Wiem, że wam było wygodnie, bo pan stale w rozjazdach, a jego pierwsza żona nie zajmowała się gospodarstwem. Ale teraz wszystko się zmieni, zapewniam was. Nie pozwolę na marnotrawstwo i lenistwo. Nikt tu darmo nie będzie jadł chleba. A co do pani Krystyny... - Agnieszka przerwała i spojrzała wyzywająco na rządcę, jak gdyby czekając, co powie, ale Szczepan nie podjął wyzwania.

- Teraz wasza wola - powtórzył ponuro.

- Czczę pamięć pani Krystyny i rozumiem, że wy o niej pamiętacie - Agnieszka przygotowała to przemówienie już wcześniej. - Zapowiadam jednak, że stale będę wam przypominać, kto tu teraz rządzi. Najpierw pan Jakub, a potem ja. Lepiej będzie, jeśli szybko to sobie przyswoicie.

Jeszcze tego samego wieczora opowiedziała mężowi o swojej rozmowie z rządcą. Słuchał, choć z pewnym zniecierpliwieniem.

- Będzie, jak rozkażesz - powiedział, obejmując ją w pasie. - Ty jesteś tu panią i ty będziesz o wszystkim rozstrzygać. Ale nie życzę sobie kłótni między wami. Szczepan jest mi bliski i ufam mu. Chodźmy lepiej spać.

Agnieszka była tak przejęta sprawami gospodarstwa, że nie przestawała o nich mówić, nawet przekraczając próg sypialni.

- Przecież on marnuje twój, nasz majątek! - przekonywała. - Tak nie można dłużej. Wiem, że go cenisz, ale nie powinieneś chyba pozwalać na marnotrawienie tego wszystkiego. Nie jest dostatecznie zapobiegliwy. Zestarzał się i chyba brakuje mu stanowczości.

Obiecał, że rozmówi się ze Szczepanem. Dzień czy dwa później powiedział do żony:

- Postanowiłem, jak będzie. Tobie zlecam cały dwór ze służbą, Szczepan dopilnuje gospodarstwa.

- Ale... - próbowała protestować, on jednak na to nie pozwolił.

- Tak będzie. Choćby na próbę. Ty we dworze, on w osadach, na polach i w lesie.

Musiała się zgodzić na takie rozwiązanie.

- A co on na to? - zapytała. - Zgodził się?

- Jest wierny i uczciwy. A co do zgody, ten dwór ma tylko jednego pana. Szczepan jest moim krewnym, zaufanym, nawet może przyjacielem, ale jest tutaj sługą. Tak więc we dworze cała służba ma słuchać ciebie. I dość już o tym!

Agnieszka przejęła więc klucze od wszystkich pomieszczeń dworskich i bardzo szybko w Lipowej zaczęły obowiązywać jej porządki.

- Twój ojciec mówił, że jesteś zapobiegliwa i oszczędna - powiedział któregoś dnia pan Jakub. - Nie spodziewałem się jednak, że tak szybko dasz sobie radę w takim wielkim gospodarstwie. Twój ojciec był dobrym nauczycielem.

- Czy nie po to mnie wziąłeś, żebym uporządkowała wszystko we dworze, aby w należytej zasobności zostało dla twoich synów?

- To już? - zaśmiał się z radości Jakub. - Już będziemy mieli syna?

- Jeszcze nie - odrzekła zmieszana. - Ale na pewno już wkrótce.

Gorzej układało się Agnieszce z córką męża. Czas upływał, a ona ani trochę nie zbliżyła się do Aleny. Mała unikała macochy, uciekała na jej widok, nie odpowiadała na pytania. Było to tym bardziej przykre, że z innymi gaworzyła chętnie i wesoło. Agnieszka, która początkowo naprawdę chciała zbliżyć się do dziewczynki i próbowała zastąpić jej matkę, wkrótce straciła serce do tego zadania.

FILIP ZE SŁOWIKA

Był koniec kwietnia, sady owocowe kwitły. Pośród drzew, w osobliwej mgle spowodowanej wiatrem, który strącał z gałęzi tumany kolorowych płatków, Filip ze Słowika zobaczył Agnieszkę.

Stała pod drzewem śliczna, wspaniała, cudowna, a sam jej widok zapierał dech. Filip miał szesnaście lat, a jego serce nigdy jeszcze nie zabiło tak mocno, jak tego ranka. Zdziwił się, jak mógł do tej pory żyć i oddychać bez tego widoku. Wydawało mu się, że nic nie miało, nie ma i nie będzie mieć znaczenia, poza przebywaniem obok tej istoty, której kraj sukni całowałby z najwyższą powagą i najwyższą czcią. Zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Agnieszka, żona Jakuba, zobaczyła Filipa na drodze do dworu i ogarnęło ją niezwykłe, dziwne i nieznane uczucie. Ich spojrzenia spotkały się na krótko, a wyraz zachwytu na twarzy młodego rycerza nie mógł ujść jej uwagi. Pani Agnieszka, której serce zadrgało nowym a mocnym wzruszeniem, spłoszyła się nagle i pobiegła przed siebie.

Filip stał chwilę w miejscu, oczarowany, zachwycony, beznadziejnie zakochany, a kiedy wreszcie dojechał do dworu, nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje.

Filip ze Słowika z dumą myślał o sprawie, która przywiodła go w te strony. Sam król powierzył mu pierwsze, od razu bardzo poważne, zadanie. Wybrał Filipa osobiście, dając pod jego komendę dwudziestu kuszników.

- Sprawisz się, wynagrodzę - zapowiedział król Kazimierz. - Zawiedziesz, dasz głowę.

Filip, syn królewskiego dworzanina, nie miał jeszcze sposobności pokazać, jaki jest odważny, bohaterski i mężny, i nie miał okazji przysłużyć się majestatowi. Skupiony wysłuchał polecenia, które potwierdził tylko krótkim:

- Tak będzie, miłościwy panie.

Kazimierz uśmiechnął się. Podobał mu się ten chłopak. Bystry, mocny, urodziwy. Aż się rwał do tego, żeby zabłysnąć, zasłużyć się, uzyskać pochwałę i nagrody. Zadanie nie należało do wdzięcznych, ale tylko takie pozwalają sprawdzić lojalność.

Ruszyli zaraz następnego dnia, jak wypadało, na przedzie on, Filip ze Słowika, tuż obok dowódca zbrojnych, za nimi kusznicy i jeszcze kilku pachołków.

- Zaraz potem przyślesz mi wiadomość - polecił król. - Żebym wiedział, że już. Dopiero kiedy wrócisz, opowiesz o wszystkim.

Droga zajęła im dziesięć pełnych dni, bo więzień opóźniał pochód. Pan Filip, stale w najwyższej gotowości, nieustannie spodziewając się ataku, ani na chwilę nie spuszczał konwoju z oka. Szymon zwany Smok, dowódca królewskich żołnierzy, uśmiechał się pod wąsem i czasem tylko pozwolił sobie na małą uwagę.

- Pofolgujcie, panie - radził. - Możecie zaufać mnie i moim ludziom. Zapewniam was, że nic złego się nie stanie. Buntownicy zostali złamani i tylko szaleniec odważyłby się podnieść rękę.

- A jeśli jednak znajdą się szaleńcy i zechcą odbić więźnia?

- Gdyby nawet, moi ludzie dadzą sobie radę z samym diabłem.

Filip ze Słowika nie podzielał tego przekonania. Bunt wprawdzie uśmierzono, ale nikt nie mógł zagwarantować, że krewni Maćka Borkowica, wielkiego pana i byłego wojewody, zapomną zniewagi i zechcą uszanować królewski wyrok. Przecież nie tak dawno wszyscy oni udowodnili, jak niewiele liczą się z wolą króla Kazimierza.

Filip zachowywał więc ostrożność i nie dał spocząć żołnierzom, twardym, doświadczonym zabijakom, żyjącym z wojny i dla wojny. W pochodzie, a szczególnie w czas postojów, kazał wystawiać podwójne straże i sam wielokrotnie sprawdzał posterunki. Kiedy zaś wreszcie dotarli do Holsztyna, poczuł się trochę rozczarowany, że nie miał okazji do wykazania się odwagą i umiejętnością robienia bronią.

Na zamku, gęsto obsadzonym przez królewskich strzelców, mógł już odpocząć. Pieczę nad więźniem przejął dowódca załogi.

- Odpocznijcie - poradził kasztelan Mikołaj z Potoka. - Najlepiej będzie, jak pojedziecie do mojego bratanka, do Lipowej. Pan Jakub rad was zobaczy, bo pewnie wiele widzieliście na królewskim dworze.

- Ale mam zadanie - bronił się Filip, któremu nadzieja miękkiego łoża przyjemnie majaczyła przed oczami.

- Wasze zadanie zakończone. Królewski rozkaz wypełniony. Odpocznijcie, ja tu wszystkiego dopilnuję. Dam wam znać, kiedy macie przyjechać. Po co wam męczyć się tutaj, w polowych warunkach, kiedy tuż obok jest wygodny dwór?

Filip nie bardzo wiedział, czy postępuje dobrze, przyjmując rady pana Mikołaja i wybierając miękkie łoże zamiast żołnierskiej ławy. Ale wytłumaczył sobie, że przecież dokładnie wypełnił polecenie króla Kazimierza - dowiózł więźnia żywego do zamku, osobiście osadził go w lochu, sprawdził łańcuchy.

Filip pojechał do Lipowej.

Powiadomiony o przyjeździe gościa pan Jakub wyszedł przed dom na jego powitanie. Zobaczył młodzieńca, ubranego wedle najnowszej mody, który zrobił na nim jak najlepsze wrażenie. Przybysz zsiadł z konia, otrzepał się z kurzu, a następnie powiedział, kim jest i co go sprowadza.

- Mam nadzieję, że zechcecie przyjąć mnie pod swój dach, dostojny panie - zaczął z dworskim ukłonem. - Wasz stryj, dostojny pan Mikołaj, kazał mi zajechać do was i przekazać pozdrowienia.

- Jestem wam wielce rad, panie Filipie - powitał go Jakub serdecznie. - Nawet gdybyście przyjechali tu tylko z własnej woli, bez polecenia mojego stryja. Chodźcie i bądźcie gościem w moim domu, jak długo wam się spodoba. Pewnie macie wiele do opowiadania, a my chętnie posłuchamy nowin ze świata. Czy zechcecie zostać u mnie dłużej?

Filip skłonił się ponownie.

- Bardzo wam dziękuję, panie Jakubie. Chętnie skorzystam z waszej gościnności. Ostatnie dni spędziłem w siodle, jadąc tu z ważnym zadaniem, jakie mi wyznaczono, i prawdę mówiąc, wasz stryj wybawił mnie z kłopotu. Ale długo zostać nie mogę, bo też obowiązek każe mi wkrótce wracać.

- Upalnie dziś, więc chodźmy pod dach, tam przy dzbanku zimnego piwa na pewno przyjemniej będzie nam rozmawiać.

Poprowadził gościa najpierw do łaźni, gdzie ten mógł odświeżyć się po podróży, a potem do świetlicy, gdzie młodemu rycerzowi wskazał poczesne miejsce. Filip czuł, jak płoną mu policzki. Tak, właśnie tak, o to mu chodziło. Jest równy między dostojnymi panami, jest ważny, a opiekują się nim jak jakim wielmożą, podają napitek, wypytują o nowiny.

Krótko jednak trwała ta rozmowa, bo rychło zmęczenie dało o sobie znać i głowa pana Filipa opadła na piersi.

- Dość gadek! - zaśmiał się życzliwie pan Jakub. - Wy jesteście zdrożeni długą jazdą, a ja wypytuję was i wypytuję. Pójdźcie do alkierza, gdzie kazałem przygotować wam posłanie. Wyśpicie się, wypoczniecie, pogadamy później.

- Dziękuję za wyrozumiałość - Filip umiał się zachować. - Staram się dorównać tak znakomitym rycerzom, jak wy czy wasz stryj, ale jestem młody i chyba muszę się jeszcze uczyć.

Ta uwaga bardzo ujęła pana Jakuba. Był wprawdzie sporo starszy od gościa, ale aż tak dworskiego zachowania nie został nauczony.

- Chodźmy spać - Jakub objął ramieniem młodzieńca, któremu zmęczenie, a pewnie i piwo, nieco osłabiły nogi. - Jutro was poznam z żoną, córką i innymi domownikami.

Kiedy następnego dnia Filip obudził się, słońce stało już wysoko. Zza okiennicy dobiegały odgłosy dworskiego życia i gość Lipowej wyraźnie rozpoznał głos gospodarza. Zawstydził się, że spał tak długo, kiedy wszyscy dawno już wstali i pewnie wyśmiewają go teraz, że jest leniwy.

Zerwał się z łoża i ubrał szybko. Kiedy gotowy już cicho i ostrożnie otwierał drzwi, potknął się o kogoś, kto siedział po ich drugiej stronie na progu. Była to kilkuletnia dziewczynka z jasnymi długimi włosami.

- Co ty tu robisz? - spytał Filip zakłopotany. - Mogłem cię przecież uderzyć.

- Ech, nie - zapewniła z uśmiechem. - Nic mi się nie stało. Chciałam tylko zobaczyć gościa.

- Zobaczyłaś. I co powiesz?

Dziewczynka, mająca może osiem czy dziewięć lat, obejrzała go uważnie, a jej ładna twarz z niebieskimi oczami rozpromieniła się uśmiechem.

- Nianiu! Nianiu! - zawołała nagle głośno. - Jaki on piękny!

Roześmiał się zaskoczony, ale mile połechtany w swojej dumie.

W tej chwili podbiegła do nich wysoka, mocna niewiasta i chwyciła dziecko za rękę.

- Alena! Natychmiast zostaw gościa w spokoju! - rozkazała. - To nieładnie naprzykrzać się obcym. Mam nadzieję, panie, że was nie uraziła.

- Tylko go chciałam zobaczyć przed wszystkimi. Jest naprawdę bardzo urodziwy. Prawda, nianiu?

- Alena! - zawołała zawstydzona opiekunka. - Co ty mówisz?

- Nie gniewajcie się - poprosił pan Filip. - To takie miłe i wdzięczne dziecko. Czy to córka pana Jakuba?

- Sama umiem mówić - oburzyła się dziewczynka, zanim Stronka zdążyła odpowiedzieć na pytanie gościa. - Jestem Alena, córka pana na Lipowej.

- A ja jestem Filip ze Słowika - gość ukłonił się nisko z przesadną elegancją.

Alena zapiszczała z radości.

- Nianiu, nianiu! Zobacz, jaki jest pocieszny!

***

Filip ze Słowika od razu podbił serca wszystkich mieszkańców Lipowej. Był wesoły, towarzyski i choć młody, znał świat prawie tak dobrze jak pan Jakub, a umiał o nim opowiadać zajmująco i pięknie.

Jeździł konno z Aleną, z którą zaprzyjaźnił się natychmiast i którą traktował trochę jak młodszą siostrę, miał dla jej pomysłów wiele wyrozumiałości i zachowywał się przy niej jak psotny chłopak, a nie młody rycerz, obarczony poważnym zadaniem przez samego króla.

Pan Jakub śmiał się ze wszystkiego i bardzo sobie chwalił pobyt pana Filipa, bo dwór rozbrzmiewał gwarem i wesołą zabawą, w której nierzadko uczestniczyła nawet czeladź, biegająca po dziedzińcu w czasie licznych harców, jakie gość wymyślał dla Aleny.

Młodzieniec rozmawiał z gospodarzem o poważnych sprawach i pan Jakub musiał przyznać, że chłopak wiele już wie o świecie i sprawach całego królestwa. Podbił błyskawicznie serce Szczepana Sowy, bo znał się znakomicie na koniach, był dobrym jeźdźcem, a okazało się, że rozumie się również na sprawach gospodarskich.

Życie płynęło szybko i wszyscy nadal patrzyli życzliwie na pana Filipa. Ten mówił wiele o królewskim dworze, podnosił zasługi gospodarza, chwalił ciasto Stronki, uśmiechał się do Aleny. Nawet pani Agnieszka wydawała się zadowolona z jego żartów i opowieści. Słuchała ich jak wszyscy, ale rzadko dawała po sobie znać, że jakoś ją szczególnie zajmują czy bawią. Nie śmiała się z innymi, rzadko też patrzyła wprost na Filipa. Jego wzrok natomiast nie omijał jej wcale, jak to sobie wyobrażała, bo nie przypuszczała nawet, że znaczna część tych zabaw jest przeznaczona właśnie dla niej.

Kiedy odjeżdżał jakiś czas później, nie wyszła, aby go pożegnać.

---

ŚWIĘTO LESZCZYNY

Jesień 1356

Ciężkie były te pierwsze dni w kuźni. Nawet nie ze względu na samą pracę, ale głównie przez to, że musiał wciąż tkwić w jednym miejscu. Jeno, przyzwyczajony do biegania po polach, po lasach, po wzgórzach, nie mógł usiedzieć w kuźni i tylko patrzył, jakby z niej czmychnąć. Wcale nie myślał, że jego samowolne wyprawy mogą zakończyć się tragicznie, choć kilkakrotnie słyszał, jak ludzie z osady mówili, że podobno widziano w pobliżu Maramę. Był za mały na to, żeby przejmować się takimi ostrzeżeniami.

Tęsknił za Gościchą. Nie posłuchał jej przestróg, po kilku tygodniach udało mu się wymknąć z osady niepostrzeżenie i pobiegł do chaty opiekunki. Wszystko wyglądało jak dawniej, wokoło chodziły zwierzęta, które powitały go głośnym jazgotem, ale ciotki nie było w pobliżu. Długo błąkał się po okolicy, szukając Gościchy, i choć chata sprawiała wrażenie, jakby gospodyni dopiero co wyszła, nie odnalazł po niej ani śladu.

Wieczorem, kiedy rozżalony wrócił do kuźni, Hanek nie żałował pięści, aby nauczyć go posłuszeństwa. Jeno przepłakał na swoim posłaniu całą noc, za drzwiami podpartymi od zewnątrz kołkiem, aż rano przyszedł kowal i zabrał go znowu do roboty.

Po kilku miesiącach chata Gościchy zaczęła zarastać zielskiem. Zwierzęta rozproszyły się, ptaki odleciały w poszukiwaniu pożywienia. Ludzie różnie o tym mówili. Ktoś widział Gościchę na gościńcu krakowskim, inni powiadali, że poszła do lasu i tam zmarła. Była czarownicą, więc nikt się nie martwił jej pogrzebem. Ciała zresztą nie odnaleziono, może odleciała na miotle na Łysą Górę. Ludzie odetchnęli z ulgą, że nie mieszka już w pobliżu osady, bo choć wielu korzystało z jej porad i ziół, nigdy nie byli wolni od lęku.

Jeno wkrótce zrozumiał, że Gościcha nie wróci. Nie wiedział, dlaczego go zostawiła, miał o to żal, czuł się skrzywdzony, ale szybko zrozumiał, że nic nie może na to poradzić. Zawziął się w sobie i przestał chodzić do starej chaty. Podejrzewał, że za zniknięciem opiekunki może się kryć groźny Marama, ale nie miał z kim podzielić się swoimi myślami i obawami.

To, że Jeno traktowano inaczej niż chłopców z osady, długo mu nie przeszkadzało, wszystko wydawało się zwyczajne, takie jak być powinno. Tęsknił do tego samego, co i inni chłopcy. Nie tylko do mistrza, który by udzielał nauk bez krzyków i kuksań-ców, ale i do ojca - niektórzy chłopcy we wsi tęsknili do tego samego. Ojciec Radka utonął w rzece, ojca Tatarki przed laty śmiertelnie przywaliło drzewo.

Tamci jednak mieli rodziny - matki, siostry, braci, wujów, krewnych, pociotków. To właśnie ubiegłego roku, w samo Święto Leszczyny, Jeno zrozumiał, czym wyróżnia się spośród mieszkańców osady. On jeden, jedyny ze wszystkich, jest zupełnie samotny. Nie pamiętał, nie znał, nie słyszał o jakichkolwiek swoich krewnych. Jak gdyby ich nigdy nie było. Gościchy, dla której zachował w sercu wiele ciepłych uczuć, nie miał za bliską krewną, bo wiedział, że był u niej tylko na wychowaniu, podobnie jak teraz u Hanka.

W Święto Leszczyny wszyscy jego rówieśnicy dostawali drobne prezenty i upominki. Jeno był jedynym, o którym nikt nie pamiętał. To dlatego uciekł wtedy nad rzekę i płakał jak małe dziecko. To wtedy pomyślał o niesprawiedliwości, jaka go spotkała, i to wtedy zaczął się zastanawiać, dlaczego jego los jest odmienny od losu innych. Czemu ma więcej pracy, a mniej odpoczynku? Czemu musi chodzić gorzej ubrany, czemu musi jeść skromniej i czemu nie ma rodziny?

Nie, to było wcześniej. Pierwszy raz pomyślał o niesprawiedliwości, gdy wypędzono go z domu kowala, choć tak wspaniale pachniały tam świąteczne ciasta. Nie dali mu nawet okrucha, choć przecie przygotowano ich tyle, że w końcu nawet psy nie chciały ich jeść. Albo jeszcze wcześniej, kiedy... Albo wtedy, gdy...

Święto Leszczyny w tym roku obchodzono szczególnie uroczyście. Przybyli goście ze wszystkich osad Doliny, a zapowiadana od tygodni zabawa trwała trzy dni. Jeno jak co roku brał udział w przygotowaniach, razem z innymi porządkował obejścia, zamiatał uliczki, bielił kamienie w ogródkach, znosił kłody drzewa na główny plac, gdzie pierwszego wieczora zapalono wielki ogień.

Świąteczne placki upieczono już w przeddzień. Było ich więcej niż zwykle, bo tego roku plony wypadły obficie. Od kilku dni w osadzie panował ruch, gwar, szum. Trudziły się nie tylko gospodynie, zaprzęgnięto do roboty wszystkich mieszkańców, nawet biedacy z chat po drugiej stronie strumienia starannie wysprzątali obejścia, pobielili wapnem ściany i ozdobili je zielonymi gałęziami.

Wszystko było gotowe już na kilka dni przed wyznaczonym czasem. W przeddzień srogi strażnik obszedł gospodarstwa i sprawdzał dokładnie stan przygotowań - zapasy jadła, napitki. Dokładnie liczył psy, sprawdzając, czy są uwiązane, a jeśli znalazł któregoś, choćby i szczeniaka, na swobodzie, miał prawo nałożyć grzywnę.

Kiedy jednak wszyscy zasiedli przy stołach, całymi rodzinami, dla Jeno zabrakło miejsca. Uciekł nad rzekę. Tam zaszył się w zaroślach i przepłakał cały wieczór. Dopiero nad ranem odszukał go Radek, który przyniósł torbę łakoci. Przyjaciel wypatrzył Jeno nad urwiskiem wznoszącym się przy skałach nad zachodnim skrajem Doliny, gdzie czasem przychodzili się bawić i ćwiczyć w odwadze.

Jeno nie przyznał się do swoich myśli. Nie powiedział, że chwilę wcześniej postawił stopę nad samą krawędzią urwiska i był już gotów skoczyć w przepaść. Odtrącił przyniesione ciasta i łakocie, nie chciał gadać o wesołych zabawach na placu, aż przyjaciel obrażony tą niewdzięcznością odszedł. Wtedy Jeno znowu się rozpłakał i postanowił zrobić coś takiego, po czym mieszkańcy osady, ba, mieszkańcy całej Doliny, będą musieli uznać go za swojego. Nie wiedział jeszcze co. Mógłby przecież wykazać, że jest potrzebny, że jest w czymś najlepszy, że może nawet dokonać boha-terskiego czynu.

Ten pomysł mu się spodobał. Gdyby tak ocalił osadę przed jakimś nieszczęściem, musieliby uznać, że jest coś wart. Wycofał się znad krawędzi skarpy, zaszył w krzakach nad rzeką, żeby to przemyśleć. Po pierwsze, postanowił sobie, że nie będzie ich prosił. Poczeka, aż oni go poproszą. Gdyby tak na przykład wybuchł wielki pożar, albo zdarzyła się wielka powódź... Przecież jest silny, nigdy nie bał się żadnej pracy, wiele potrafi, prześcigał rówieśników we wszystkim, był najlepszy... Na pewno w nieszczęściu umiałby dać z siebie wszystko, uratować ludzi i dobytek. Wtedy już musieliby uznać jego zasługi i jego samego...

Siedział i wymyślał coraz to straszniejsze okoliczności, w jakich miałby się wykazać, gdy nagle poczuł twarde uderzenie w kark, upadł, a w chwilę później zobaczył nad sobą groźne oblicze. Jakiś wielki i ciężki brodacz przygniótł go do ziemi, ostrzem wielkiego noża dotykając szyi.

- Nie ruszaj się! - rozkazał groźnie. - Jeden cios i po tobie!

Jeno bezwiednie posłuchał rozkazu. Nieznajomy odwrócił go twarzą ku sobie i wtedy oblicze nieco mu złagodniało. Miał przed sobą tylko nieuzbrojonego chłopaka. Odepchnął go, ale nie schował noża.

- Ktoś ty? - zapytał surowo. - I co robisz tutaj, zamiast być ze wszystkimi?

Jeno patrzył niepewnie, ale nie z przestrachem, bo nie był tchórzem. Wprawdzie nieznajomy wyglądał groźnie, ale przecież nie miał powodu czynić mu krzywdy.

- Jeno - odpowiedział. - A nie jestem z nimi, bo... bo nie chcę.

Mężczyzna roześmiał się.

- Tak? - w jego głosie brzmiało rozbawienie. - A mnie się wydaje, że ciebie tam nie chcieli.

- Sam poszedłem - upierał się, z ciekawością zerkając na nieznajomego.

Był to ogromny, wysoki wojownik. Wyglądał na jednego z tych wędrownych rycerzy, jakich czasem widywano w Dolinie. Służyli tym, którzy płacili więcej albo którzy im się podobali. Wszyscy chłopcy bez wyjątku marzyli, by ich naśladować, pojechać w świat, dokonywać bohaterskich czynów, pokonywać smoki i zdobywać księżniczki.

- Co to za święto? - zapytał nieznajomy, a widząc spojrzenie chłopaka, schował nóż do pochwy przy pasie i dodał uspokajająco: - Nie bój się. Nic ci nie zrobię.

- Nie boję - zapewnił Jeno, rozcierając kark. - Choć trochę to dziwne, że napadliście mnie od tyłu.

- To niezły sposób - stwierdził tamten lekko. - Przecie nie widziałem, kogo mam przed sobą. Mógłbyś być czarownikiem czy kimś takim.

- W tej okolicy nie ma czarowników - zapewnił Jeno. - A wy wyglądacie na wędrownego rozbójnika, przyznajcie się.

Jeno sam był zaskoczony swoją odwagą. Przecież nie miał przy sobie żadnej broni, a wiedział, że wędrowni wojownicy nie lubią, gdy inni za wiele sobie pozwalają. Ale nieznajomy nie obraził się. Przeciwnie, docenił odwagę chłopaka.

- Jesteś taki odważny albo taki głupi - powiedział z uśmiechem. - Jak się nazywasz?

- Jeno, już to mówiłem. A wy?

- Pantas. Więc co to za uroczystości?

- Święto Leszczyny, kiedy cieszymy się z zakończonych zbiorów tego roku.

- Ale chyba nie wszyscy cieszą się jednakowo - śmiał się gość.

Traktował Jeno pobłażliwie, ale bez złośliwości. Może wiedział, że jest jednym z bohaterów chłopięcych opowieści i chciał się wydać taki, jak w tych bajaniach - mężny, szlachetny, sprawiedliwy.

Zapytał o szczegóły dotyczące święta i z dużą uwagą słuchał wyjaśnień chłopaka. Zadał jeszcze kilka pytań i jakby usprawiedliwiając się ze swojej ciekawości, powiedział:

- Widziałem wiele krain, wiele ludów i plemion. Wszędzie mają jakieś zwyczaje, więc chętnie słucham takich opowieści. W nich kryją się tajemnice tego świata.

- Na pewno wiele wędrowaliście i wiele moglibyście o tym opowiedzieć - podchwycił Jeno z zaciekawieniem, ale Pantas zbył go krótkim:

- Pewnie.

A widząc rozczarowaną minę chłopaka, dodał łagodniej:

- Może innym razem. Mówiłeś o wielu gościach, którzy zjechali na święto. Czy jest wśród nich ktoś, kogo mogę znać?

- Nie wiem - zastanowił się Jeno. - Nie wiem, kogo znacie, a kogo nie. Powiadają, że wędrowni wojownicy znają wszystkich. Chyba jednak nie w naszej osadzie. Tu nigdy nie było nikogo znanego.

- Chyba masz rację - powiedział Pantas, po czym odwrócił się i poszedł ścieżką przed siebie. Jeno skoczył za nim, niezadowolony z tak nagłego zakończenia rozmowy i po chwili zabiegł rycerzowi drogę.

- Przepuść mnie - poprosił tamten. - Muszę jechać.

Jeno odsunął się ze ścieżki.

- A dokąd się udajecie?

- Daleko na północ. Sławny kapitan Jupter zwołuje wojowników na wielką wyprawę, hen za morze. Bywaj zdrów, chłopcze. I nie gniewaj się.

Ruszył szybkim krokiem przed siebie. Jeno, który podążył za nim ukradkiem, zobaczył po chwili wierzchowca przywiązanego do drzewa. Pantas poklepał konia po szyi. Potem, nie odwracając głowy, powiedział głośno:

- Jeszcze tu jesteś, chłopcze?

Jeno, przekonany, że wojownik go nie widzi, drgnął zaskoczony.

- Jestem - przyznał zdziwiony, że Pantas odgadł jego obecność.

Nagle znowu wezbrała w nim odwaga.

- Panie, a może byście...

Mężczyzna odwrócił się powoli i uważnie spojrzał na chłopaka.

- Nie - powiedział stanowczo.

- Co nie?

- Nie zabiorę cię z sobą. Bo o to chciałeś zapytać, prawda? A są przynajmniej dwa tego powody. Po pierwsze, jesteś młody i niedoświadczony...

- Doświadczenia nabiorę przy was - szybko zapewnił Jeno.

- Dobra odpowiedź! - roześmiał się Pantas. - Ale to tylko słowa. Tam, gdzie jadę, jak zresztą w wielu innych miejscach, trzeba być mężnym, silnym, doświadczonym. Słowem, trzeba być mężczyzną.

- W opowieściach często takie drobiazgi nie są żadną przeszkodą dla bohaterów.

- Znowu dobra odpowiedź - Pantas klasnął z zadowoleniem w ręce. - Ale może niezbyt dokładnie ci opowiadano. Obawiam się, że dobre chęci nie wystarczą. Czy umiesz przetrwać na pustyni? Albo poradzić sobie z południcami, kiedy zechcą posmakować twojej krwi i opadną cię śpiącego? Wiesz, jak się buduje wieże oblężni-cze, albo którędy wiedzie droga do Wolina?

- Na pewno nie jestem taki mądry jak wy - gorąco zapewnił Jeno. - Ale części z tych rzeczy mógłbym się nauczyć od dobrego nauczyciela. Jestem silny, bo terminuję u kowala, i umiem celnie strzelać z łuku.

Nagle spoważniał i powiedział:

- Sam widzę, że jeszcze nie mogę ruszać z wami. Ale czy mogę liczyć, że jeśli któregoś dnia będziecie przejeżdżali tędy...

Pantas wsiadł na konia, poprawił rynsztunek i zamierzał się oddalić.

- Przez całe życie wędruję - oświadczył - a tutaj jestem pierwszy raz. Kto wie, czy kiedykolwiek będzie jeszcze okazja do spotkania.

Jeno opuścił głowę i milczał. Zrozumiał, że jego marzenia muszą jeszcze poczekać.

- Masz zadatki na wojownika - pocieszył go Pantas. - Chyba się nie mylę, wystarczy popatrzeć na twoje szerokie ramiona. Ale wiele jeszcze pracy przed tobą, a pewnie i masz w sobie jakieś ukryte talenty. Tego właśnie oczekuję u swego ucznia.

- A może... - zaczął nieśmiało Jeno. - Może jednak zgodzilibyście się poddać mnie jeszcze jednej próbie?

- Jeszcze jednej? A nie rozpłaczesz się, kiedy ci nie wyjdzie? - zakpił Pantas bezlitośnie.

Na jego twarzy widać było to rozbawienie, to uznanie.

- Dobrze - powiedział. - Dziś rano, kiedy wjeżdżałem do Doliny, przekroczyłem strumień płynący z zachodu na wschód...

- To rzeka Kręta - podpowiedział Jeno.

- Możliwe, że tak się nazywa. Otóż, zanim przeprawiłem się na drugą stronę, wrzuciłem do rzeki kamień. Dość okrągły, wielki jak pół mojej pięści. Chcę, abyś mi go szybko przyniósł. Szybko, to znaczy zanim dojadę do tamtego świerka. Jeśli dasz mi ten kamień, przyjmę cię na ucznia.

- Tak jest - krzyknął Jeno i już miał się rzucić do biegu.

Ale nie pobiegł. Do rzeki było więcej niż dwie mile.

Tymczasem Pantas wolno jechał ku wyznaczonemu drzewu. Jeno odwrócił się na pięcie i puścił się pędem w przeciwnym kierunku. Biegł aż do utraty tchu. Jak mógł się dać tak podejść?! Złośliwy dziad! Po prostu zbój!

I po raz drugi tego dnia Jeno rozpłakał się głośno. Dopiero wiele godzin później, kiedy Pantas odjechał już bardzo daleko, Jeno zrozumiał, że jeszcze nie jest gotowy, by traktowano go jak dorosłego. Kamień, kamień wrzucony do rzeki! Co za głupiec! To przecież była właśnie próba! Powinien pokazać Pantasowi pierwszy lepszy kamień. Pantas nie mógł pamiętać akurat tego, który wrzucił do wody. Trzeba było podnieść najbliższy i pokazać go rycerzowi, zanim ten dojechał do świerka. Na taką właśnie odpowiedź czekał Pantas.

A zatem wędrowny rycerz nie oszukał Jeno, tylko egzaminowany nie podołał próbie. Uświadomiwszy to sobie, Jeno przestał płakać. Były to ostatnie łzy w jego życiu. Nigdy więcej nie miał już płakać z jakiegokolwiek powodu.

JASKINIA MARAMY

Północna Małopolska, jesień 1354

Przez szparę wpadł do jaskini pierwszy promień słońca, trafiając na twarz leżącego człowieka. Marama zamrugał powiekami i otworzył oczy. Przeciągnął się leniwie, a potem usiadł na posłaniu. Potarł dłonią kudłatą głowę, spojrzał w kierunku światła i uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Będzie dzionek jak malowanie - powiedział głośno.

Kiedy wstał, w jaskini zrobiło się nagle dziwnie mało miejsca. Marama był bowiem ogromny, wielki i gruby. W półmroku jaskini poruszał się jednak zgrabnie, zręcznie omijając stojące tu kufry, beczki i stosy najróżniejszych przedmiotów.

- Już niedługo - z zadowoleniem pogłaskał wielką czarną brodę. - Już niedługo wyniosę się z tego miejsca. Kupię sobie wielki dwór albo nawet zamek. Będzie mi tam usługiwać sto najpiękniejszych dziewek, a stu najsilniejszych chłopców zadba, abym nie musiał nic robić.

Do spełnienia tych marzeń było blisko, tak mu się wydawało. Już teraz Marama spał na drogocennych tkaninach przykrywających posłanie, jadał ze srebrnych talerzy, a bawił się, licząc klejnoty. Bo Marama był rozbójnikiem. Więcej, królem rozbójników.

Teraz też podszedł do skrzyni, otworzył wieko i zanurzył rękę w monetach i w kosztownościach.

- Jak pięknie! - powiedział z zachwytem.

Potem poszedł ku wyjściu, do światła. Tu wyjął zza pasa nóż i przeciął nim rzemienie mocujące łupki na lewej ręce. Z zadowoleniem stwierdził, że ręka, choć nieco krzywa, zrosła się dobrze i wkrótce będzie mu służyć jak dawniej. Przed kilkoma tygodniami spotkał się z karawaną kupiecką, nieszczęśliwie dla niego dobrze bronioną przez gromadę uzbrojonych pachołków. Nie wystraszyli się ani jego zbójeckich wrzasków, którymi swoim zwyczajem chciał skruszyć ich opór, ani jego samego. Prawdę mówiąc, porządnie wygarbowali mu skórę dębowymi kijami. Tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zawdzięczał, że w porę udało mu się wywinąć. W krzakach i w paprociach, wysokich na człowieka, czuł się niczym ryba w wodzie, a tamci w lesie poruszali się niepewnie i z niejaką obawą, więc go nie ścigali daleko.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że nie była to udana wyprawa. Marama musiał się kurować przez kilka niedziel, z rzadka tylko wybiegając na gościniec, kiedy nie spodziewał się eskorty towarzyszącej przejeżdżającym czy przechodzącym podróżnym. Z chorą ręką mógł napadać tylko samotnych - wędrownego mnicha, cze-ladnika młynarskiego, damę na koniu z jednym tylko pachołkiem u boku, wóz wieśniaczy. Łup z takich wypraw był śmiesznie mały - trochę ubrań, ledwie parę srebrnych monet, pierścień bez kamienia. Najużyteczniejszy okazał się cienki mocny sztylet, odebrany samotnemu giermkowi, zdążającemu na spotkanie ze swoim panem.

Lepiej poszło, kiedy wyprawił się na drogę południową, gdzie czatował na spieszących na jarmark. Trafiło się parę ładnych futer i cały mieszek srebra, przeznaczony przez jakiegoś wieśniaka na krowę.

Tego dnia, kiedy odjął łupki od złamanej ręki, również zamierzał wyprawić się na południe. Mówił sobie, że wyrusza bez celu, chce po prostu przekonać się, co jeszcze potrafi i jak będzie sprawować się ręka po tak długim odpoczywaniu od kija.

Jak zwykle narzucił na swój zwykły strój obszerną opończę, a na głowę włożył wysoką skórzaną czapę z baranimi rogami. Nadawały one jego postaci wygląd demoniczny, drapieżny, a wysokiego czyniły jeszcze wyższym, więc groźniejszym i silniejszym. Jeden sztylet wsunął za pas, drugi do prawego buta, przypasał miecz, a do ręki wziął długi dębowy kij, którym umiał młócić jak mało kto. W młodości, zanim zapadł na niego pierwszy wyrok, wędrował po jarmarkach, gdzie wyzywał wszystkich chętnych do pojedynków na pałki, i choć stoczył wiele walk, nie przegrał żadnej, bo umiał przewidzieć ciosy przeciwnika, uprzedzić je, a kiedy uderzał, walił bez opamiętania.

Z tyłu, za pas, zatknął sobie worek, zupełnie pusty, przeznaczony na łupy. Zamierzał wrócić, dopiero gdy się obłowi na tyle, by miał co nieść. I tak się też stało. Do południa oskubał trzech kmiotków idących na targ, przetrzepał dwa wozy, rozpędził - dla zabawy - uformowany gęsiego pochód pobożnych mnichów. Zabrał trochę żywności, dobry pas z klamrą, bursztynową zapinkę do płaszcza oraz płaszcz sukienny, gruby i ciepły.

Długo siedział w wysokich chaszczach obok miejsca, gdzie krzyżują się drogi, ale nikt więcej się nie nawinął. Wrócił do jaskini, zostawił tu łup, ale gnany niespełnionym do końca poczuciem zbójeckiego obowiązku, ruszył raz jeszcze.

Miał ochotę upiec sobie gęś, a te nie rosną przecież w lesie i nie można ich zerwać z krzaka, więc rad nierad musiał iść aż do drogi, którą wracają chłopi z jarmarku i tam upatrzyć sobie jakąś w chłopskim koszyku.

Koło Białego Kamienia natknął się na śpiącego wędrowca. Człowiek miał przy sobie wielki worek, przytroczony do pleców na czas podróży, teraz leżący pod jego głową, a obok siebie, na zgiętym ramieniu, zawiniątko.

Marama spojrzał z uznaniem. Człowiek był duży i pewnie silny, spod ubrania wystawały żylaste, mocne ramiona.

- Mógłbym się z tobą popróbować, bratku - mruknął Marama.

Rozejrzał się, w pobliżu nie zauważył nikogo. Wziął pałkę do garści i zaczął skradać się do śpiącego.

Uważał się za zręcznego złodzieja, a jego zbójecki honor nakazywał mu takie okradanie kogoś, aby ten w ogóle tego nie zauważył. Teraz miał ochotę na worek pod głową śpiącego, ale że nie był do końca pewny lewej ręki, zaniechał próby sił, a postanowił załatwić wszystko sprytem.

Ocenił, że śpiącemu prawdopodobnie bardziej zależy na małym zawiniątku, którego róg trzymał mocno w zaciśniętej garści.

Zaczął więc wolno podchodzić, cicho stawiając stopy, a mech tłumił jego kroki. Podszedł od tyłu do leżącego, zatrzymał się tuż tuż i przykucnął. Ostrożnie odłożył kij, a następnie urwał długie źdźbło trawy. Końcem źdźbła dotknął ucha śpiącego, śledząc uważnie jego zachowanie. Był przygotowany i na to, że człowiek obudzi się nagle i będzie usiłował się bronić, na taką okoliczność w prawej ręce trzymał gotowy do ciosu sztylet. Jeden cios w kark i po kłopocie.

Człowiek poruszył się, podniósł rękę i spróbował odgonić to coś, co przeszkadzało mu w śnie. Marama pochylił się i dotknął zawiniątka. Śpiący nie obudził się, ale jego ręka poszukiwała na ziemi tego, co trzymała dotychczas. Marama włożył w otwartą dłoń koniec leżącej opodal gałęzi i czekał.

Mężczyzna, znalazłszy dłonią coś, co brał za róg zawiniątka, uspokoił się i spał dalej. Marama podniósł się cicho, zabrał łup i kij i oddalił się spiesznie.

Do zawiniątka zajrzał dopiero do kilkudziesięciu krokach, kiedy czuł się już zupełnie bezpieczny.

Zaklął zdumiony i zły - w tobołku spało niemowlę.

W pierwszym odruchu Marama zamierzał wrócić tam, skąd zabrał pakunek i podłożyć go, ale zastanawiając się nad tym, oddalał się szybkimi krokami i kiedy już był gotowy zwrócić niespodziewany łup, okazało się, że jest dość daleko. Przystanął, popatrzył na dziecko.

- Niech tam! - mruknął. - Nie wypada oddawać łupu za darmo. A coś mi się widzi, że twój ojciec nie miałby czym zapłacić za moją dobroć.

Tym pokrzepiony ruszył szybko dalej w kierunku swojej siedziby.

- Dziecko sprzedam - postanowił. - Więc stratny nie będę. A co do zbójeckiego honoru... No cóż, było pewnie czymś bardzo cennym dla tego wędrowca. Może nawet najcenniejszym ze wszystkiego, co posiadał.

Karczmarz z gospody Pod Jeleniem nie okazał zainteresowania łupem Maramy.

- Jeszcze jedna gęba do wykarmienia - powiedział z niechęcią.

- To silny i zdrowy chłopak - przekonywał Marama. - Tylko patrzeć, jak będziecie go używali w stajni czy nawet w gospodzie.

- Kiedy to będzie! Ho, ho!

W końcu podał cenę, ale wtedy Marama uniósł się honorem.

- Dwie sztuki srebra? - prychnął. - To już wolę zostawić go w lesie.

Karczmarz wzruszył ramionami. Brał czasem od Maramy rozmaite towary, jakie tamten niby znajdował na gościńcu, potem odsprzedawał je z zyskiem. Nie oznaczało to jednak, że gotów jest mu pomagać we wszystkich ciemnych interesach.

- Jak chcesz - powiedział w końcu. - Wezmę ten pas, proszę bardzo, i dam dobrą cenę. Ale dzieciaka sprzedaj komu innemu.

Marama czekał przed leśną chatą znachorki. Gościcha, jak mówili niektórzy, była również czarownicą, więc na wszelki wypadek trzymał miecz w pogotowiu.

- To coś w sam raz dla was.

Położył zawiniątko na pieńku przed chatą, sam cofnął się kilka kroków. Gościcha roześmiała się skrzekliwie.

- Skąd możesz wiedzieć, co mi potrzebne?

Była niska, pokraczna, miała haczykowaty nos i długie siwe włosy, sterczące na wszystkie strony. Kolejne warstwy ubrań, które wdziewała na siebie, w miarę jak niszczyły się poprzednie, uczyniły z niej istotę podobną do porosłego mchem pnia. Na ramieniu znachorki siedział kruk.

Utykając, podeszła do pieńka, odwinęła szmaty i aż klasnęła w ręce z uciechy.

- A nie mówiłem, że się wam spodoba? - Marama wypiął pierś zadowolony.

- Głupiś! - zaśmiała się Gościcha. - Aleś ty głupi! Sam nie wiesz, kogo tu przyniosłeś.

- Zupełnie do was podobny. Każde oko inne. Może to nawet jaki krewny. Ale nic mi do tego. Nie chcę wiedzieć, co z nim zrobicie. Możecie go nawet ugotować na śniadanie. Byle byście mi dali coś za fatygę.

- A dam, pewnie, że dam - chichotała Gościcha. - Gdybyś wiedział tyle, co ja, nie pytałbyś o zapłatę, tylko uciekał na koniec świata. Głupi! Niczego nie widzi, nic nie wie!

- Babko - Marama chciał już iść - dajcie zapłatę, bo czas mi już najwyższy.

- Ho, ho, jak to się spieszy! - śmiała się Gościcha. - A spiesz się, spiesz, gołąbeczku. Przed przeznaczeniem i tak nie uciekniesz.

Strząsnęła kruka z ramienia i wzięła tłumoczek na ręce.

- Chodź do chaty - mruknęła. - Rozliczymy się.

- O, nie! - sprzeciwił się Marama. - Poczekam tutaj.

- Jak chcesz - ciągle chichocząc, Gościcha poszła z zawiniątkiem pod strzechę. Gdy po chwili wróciła, rzuciła monetę w kierunku Maramy.

- O! - powiedział z uznaniem, chwytając pieniądz. - Dobry mam dziś dzień!

- Głupiś - powtórzyła. - Gorzko kiedyś zapłaczesz przez tego dzieciaka. Trzeba go było zostawić w lesie.

Marama splunął ze złością.

- A niech was! - syknął. - Nie mogliście mi tego wcześniej powiedzieć?

- A po coś to dziecko w ogóle ruszał, durniu? Po co mieszasz się do spraw, których nie rozumiesz? Wywołałeś nieszczęście, które dotknie ciebie samego.

Marama odwrócił się i szybko ruszył przed siebie. Chciał jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu.

- Niech was piekło pochłonie! - pomyślał ze złością.

Nie mogła słyszeć tych życzeń, a jednak zawołała za nim:

- I ciebie też, gołąbeczku! Tam się spotkamy!

Marama przyspieszył kroku, spluwając od uroków.

MAYO

W październiku zaczął padać śnieg, a miał leżeć aż do niemrawej wiosny. Padał i padał, i po trzech dniach odciął osadę od ścieżek wiodących ku innym wioskom. Za śniegiem i siekącym wiatrem przyszedł mróz, a za nimi głód. Nastał ponury czas.

Ludzie szybko wyjedli wszelkie zapasy. W listopadzie gotowali już tylko żołędzie albo korę z drzew.

W grudniu wymarli starcy, oni byli najsłabsi. Ciała wyniesiono za opłotki i zostawiono w zaspach do czasu, aż pogoda pozwoli na pochówek.

Mężczyźni jak dawniej wyprawiali się o świcie do lasu, ale rzadko przynosili cokolwiek do jedzenia. I choć używali śnieżnych rakiet, nie ośmielali się wychodzić poza zasypane ścieżki i bali się oddalać od wioski, a dwaj śmiałkowie, którym udało się dotrzeć aż na zachodni skraj lasu, zamarzli tam którejś nocy. Ich ciała znaleziono dopiero w następnym roku, kiedy na łąkach pojawiły się kwiaty.

Kilka tygodni zrównało wszystkich we wsi, nie było już bogatych i biednych, bo nikt nie miał wystarczających zapasów żywności po dwóch latach nieurodzaju i powodzi. Nawet w domu sołtysa nie było co włożyć do garnka. Ludzie przestali się odwiedzać, przekonani, że nie warto chodzić do sąsiadów, u których nic nie pożyczą.

I wszyscy, jak ich było w osadzie osiemdziesiąt jeden osób, mężczyźni, kobiety i dzieci, modląc się o przetrwanie, złorzeczyli losowi. Później i tego zaprzestali. Siedzieli w swoich chałupach i tępo patrzyli na śnieg.

W chacie kowala ostatnią garść mąki zużyto na początku grudnia.

- Zginiemy - mówił Jura do żony.

- Będzie, jak ma być - odpowiadała łagodnie Miłka. - Przecież kiedyś Bóg odwróci od nas te klęski. Ale gdyby nawet przyszło nam umierać, niech tak się stanie. Bylebyś tylko mnie kochał.

Kowal chodził z innymi po lasach albo wędrował sam, osłabiony z głodu i przemarznięty. Czasami coś przynosił, ale częściej jedli to, co inni - wywar z szyszek albo rozgotowane drobne gałązki.

Głód stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Ludzie dawno już wystrzelali ptaki i wyłapali zające. Zjedli zapasy przechowywane na czarną godzinę, wszelkie suszone mięso, wędzone ryby, kaszę i orzechy. Nie myśleli o tym, co będzie za kilka tygodni, bo musieli żyć teraz. Rąbali lód na strumieniu, usiłując znaleźć ryby, godzinami bro-dzili w lodowatej wodzie, chorowali i marli.

Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem w chacie kowala została tylko jedna ryba - długa ledwie na dłoń, a schwytana z narażeniem życia w przerębli na rzece.

- Jesteśmy bogaci - powiedziała ze smutnym uśmiechem Miłka rankiem dnia wigilijnego. - Dam dużo wody do kociołka i ugotuję zupę, która starczy nam na długo.

O zmierzchu Jura wyszedł przed dom i wspiął się po zboczu pagórka położonego tuż obok chaty. Przed nim leżała cała wieś, prawie niewidoczna pod śniegiem, ciemna i ponura. Nie słyszał głosów ludzkich, nie widział ogni w chatach, tylko to ogromne, zimne, ciężkie, przygniatające niebo.

W ciszę wieczoru napłynęło nagle coś przerażająco smutnego, co dokuczliwie przenikało dreszczem ludzkie serca. Nad osadą niósł się przeciągły, niekończący się płacz. To dzieci umierały z głodu.

Wtedy go zobaczył. Trzydzieści kroków od chaty leżał w śniegu jakiś człowiek. Kowal zawahał się, czy podejść. Ale po chwili zbliżył się, a potem, chyba już nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, zaczął leżącemu nacierać śniegiem twarz i ręce.

Gdyby zdarzyło się to innego dnia, Jura nie pomyślałby może, żeby postąpić tak, jak postąpił. Człowiek był starcem, obcym w tych stronach, który najwyraźniej zasłabł podczas wędrówki. Nad pobrużdżoną twarzą sterczała kępa siwych włosów, a strój świadczył, że jest już bardzo długo w drodze. Kiedy otworzył oczy, kowala zdzi-wiło jego jasne, choć pełne bólu i zmęczenia spojrzenie. Nieznajomy miał wzrok młodego człowieka.

Jura wziął starca na plecy i zaniósł na próg swojego domu. Dawniej mógłby nieść daleko i trzy takie chuchra, ale teraz był wycieńczony i już po kilkunastu krokach z trudem stawiał nogi. Kiedy wreszcie zasapany posadził obcego pod ścianą, ten jęknął cicho, co wywołało zza drzwi Miłkę. Kobieta spojrzała na umordowane oblicze męża, a potem na nieznajomego.

- Jakiś obcy - wyjaśnił kowal. - Znalazłem go niedaleko. Idzie na tęgi mróz, nie można człowieka zostawić na noc.

- Wnieś go do domu - zgodziła się.

Jura wtaszczył zmarzniętego do izby, ułożył w pobliżu ognia. Ten dopiero po dłuższej chwili odzyskał świadomość na tyle, żeby się rozejrzeć. Zobaczył czystą skromną chatę i stół przygotowany do wieczerzy. Natychmiast wyciągnął do ognia suche ręce o powykrzywianych palcach.

- Witaj, gościu, kimkolwiek jesteś - powiedział kowal z westchnieniem.

Nieznajomy uśmiechnął się słabo, pochylił głowę w ukłonie, nie przestając pocierać zmarzniętych rąk. Miał na sobie szare znoszone ubranie i marne buty, a to, że nie zamarzł, zawdzięczał obszernemu płaszczowi z kapturem, w zupełnie jeszcze dobrym stanie.

Nie powiedział słowa, a tylko pociągnął nosem, bo zapach ryby unosił się w całym pomieszczeniu. Kowal bezradnie popatrzył na żonę: jak tu dzielić się taką małą rybą? Ale Miłka uśmiechnęła się uspokajająco.

- Zaproś gościa do wieczerzy - poleciła. - Mamy wprawdzie niewiele, ale w taką porę liczy się wszystko.

Stary usiadł do stołu zasłanego białym płótnem i trwał tam w milczeniu. Patrzył za to uważnie na ręce gospodyni, która zdjęła kociołek z paleniska, a potem ustawiła go obok na desce. Następnie rozlała zupę do glinianych misek i parujące naczynia postawiła na stole. Nieznajomy już wcześniej wyjął z cholewy buta drewnianą łyżkę i trzymał ją w pogotowiu.

Jedli wolno, rozkoszując się każdym łykiem i próbując znaleźć w zupie choć ociupinkę rozgotowanej ryby.

Kiedy skończyli, gość podziękował układnie i schował łyżkę.

- Ho, ho! To jednak umiecie mówić! - zawołał kowal zdumiony. - Już myślałem, że jesteście niemową.

Nieznajomy pokręcił głową przecząco, znowu usiadł przy ogniu, a potem poprosił, by zechcieli go przenocować.

Kowal nie był zachwycony, ale zgodził się, widząc przyzwalające spojrzenie żony.

- Sami widzicie, jak ciężko u nas z jadłem - uprzedził. - Słomę do spania mamy, ale o śniadanie sami będziecie musieli się zatroszczyć.

- Nie będę zawadzał - zapewnił gość. - Odpocznę odrobinkę i pójdę dalej. Bardzo wam jestem wdzięczny, że mnie przygarnęliście. Szedłem cały dzień i chyba zgubiłem drogę, o zmroku zupełnie nie wiedziałem, w którą stronę mam iść. Przed wieczorem wydało mi się, że widzę chaty waszej wsi, ale zaraz potem ściemniło się i już nie odnalazłem ścieżki. Chcąc oszczędzić drogi, szedłem na przełaj, aż zaspy mnie zatrzymały. Błąkałem się, licząc, że trafię do wioski choćby po szczekaniu psów.

- Myliliście się - przerwał kowal. - Tu nie ma psów. Wszystkie już dawno zjedliśmy.

Nieznajomy pokiwał głową.

- Dlatego ich nie słyszałem. Gdybyście mi, gospodarzu, nie wyszli naprzeciw, zamarzłbym z pewnością.

Spojrzenie miał szczere, patrzył na nich z przyjaźnią i współczuciem.

- Tak - powiedział. - Głód to straszna rzecz, wiem o tym dobrze. Tym bardziej wam dziękuję, że mnie przygarnęliście. Może będę umiał się odwdzięczyć.

- Dajcie spokój - machnął ręką Jura. - Prawdę mówiąc, czy zostaliście na śniegu, czy siedzicie w naszym domu, to wszystko jedno. Zupa, którą jedliśmy, była ostatnia. Została już tylko słoma i śnieg.

Kowal nie miał ochoty opowiadać o wszystkich zmartwieniach, jakie ostatnio przeżyli, o oczekiwaniu, bólu i zawiedzionych nadziejach. Po co. I tak gość pójdzie sobie albo zemrze razem z innymi.

Wskazał nieznajomemu kąt, w którym ten mógłby się ułożyć, a gość skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Umościł się na słomie, przykrył płaszczem i wkrótce spał snem sprawiedliwego.

- No cóż - powiedział Jura do żony. - Nie wygląda na zbója, ale lepiej bądźmy ostrożni.

- Nie trzeba - uspokajała Miłka. - Wiem na pewno, że to tylko stary, zmęczony człowiek. Nie bójmy się. Może Bóg policzy nam, że go przygarnęliśmy.

Kowal uśmiechnął się do niej i przytaknął, ale całą noc spał czujnie, stale nasłuchując, czy obcy aby nie szykuje im jakiejś przykrej niespodzianki. Kilkakrotnie słyszał, jak stary mamrocze przez sen, ale nie próbował podnosić się z posłania. Jura zasnął jednak nad ranem, kiedy był już pewny, że żona przejęła wartę.

Nieznajomy spał aż do popołudnia. Wtedy dopiero otworzył oczy. Kiedy ich zobaczył, jak siedzą po drugiej stronie ognia, przytuleni do siebie i rozmawiają szeptem, by go nie zbudzić, uśmiechnął się przyjaźnie.

- Nie ma lepszego lekarstwa od snu - powiedział, podnosząc się z posłania. - Czuję się zupełnie zdrowy.

Wstał i od razu zaczął się zbierać do drogi. Szło już na wieczór i wędrówka poprzez śniegi nie wydawała się bezpieczna, ale kowale milczeli. Gdyby został, czym by go ugościli?

Starzec usiadł jeszcze na chwilę przy stole i sięgnął po woreczek, który miał przy pasie. Rozwiązał go i wyjął kilka monet. Bez słowa położył je przed gospodarzem.

Kowal nie dotknął pieniędzy, a tylko pochylił się, żeby lepiej obejrzeć srebro.

- Widziałem już takie blaszki - mruknął. - Tutaj na nic się zdadzą. Bo co niby miałbym z nimi robić? Ugotować na wieczerzę?

- To zapłata za gościnę - nieznajomy wykonał dłonią zachęcający gest.

- Nie chcemy zapłaty - Jura pokręcił głową. - Niech będzie tak, jak być powinno. Byliśmy wam radzi. Przyjęliśmy pod dach i tyle. Gdybyśmy mogli, dalibyśmy kąt na dłużej. Ale nie możemy. Więc prosimy was grzecznie, gościu, byście ruszyli swoją drogą.

Stary pokiwał głową, schował pieniądze do sakiewki, wstał i pokłonił się nisko gospodarzom.

- Bardzo wam dziękuję.

Założył płaszcz i skierował się ku drzwiom. Ale zachwiał się i byłby upadł, gdyby kowal nie podbiegł i nie podtrzymał go.

- Słabiście jeszcze - powiedział gderliwie. - Gdzie wam iść w taką pogodę. Zostańcie pod dachem do rana. Niedługo będzie ciemno i znowu ścieżkę zgubicie.

Stary usiadł na ławie, trzymając dłonie na podróżnym kosturze.

- Czy padał śnieg? - zapytał niespodziewanie i powtórzył: - Czy od wczoraj padał śnieg?

- Nie - odparł zdziwiony Jura. - Nie padał, ale zaspy leżą, jak leżały. Zgubicie się.

- Zamyśliwałem wrócić kawalątek - zdradził nieznajomy, z natężeniem wpatrując się w twarz gospodarza. - Nie powiedziałem wam, że ociupinkę dalej, za wsią, przy ścieżce, którą tu przyszedłem, zostawiłem coś. Nie znam wprawdzie okolicy, ale chyba trafiłbym po swoich śladach, jeśli ich jeszcze nie zasypał śnieg.

- Ale po co wam wracać? Przecież mieliście iść na południe, a teraz chcecie iść do miejsca, skąd przyszliście? Co takiego zostawiliście, że warto narażać życie?

- Sarna - powiedział stary.

Nie zrozumieli od razu, a kiedy pojęli, zastygli w zdumieniu i nieoczekiwanej nadziei.

- Co takiego? - zapytał kowal, pewny, że się przesłyszał.

- Sarna - powtórzył gość. - Dobrze usłyszeliście. Jadło. Dużo jadła. Trzeba tylko pójść i przynieść. Sam chyba nie dam rady. Jest ciężka. Może wy moglibyście...

Jura rzucił się natychmiast do kąta, założył długie buty, futrzany kubrak i płaszcz z kapturem.

- Przecież widzieliście, jak cierpimy z głodu! - powiedział z wyrzutem. - Czemu ani słowem nie wspomnieliście o tym wczoraj?

- Zgubilibyście się w lesie po nocy - stary był pewny tego, co mówi. - Miałem do jednego nieszczęścia dokładać inne? Poza tym lękałem się, że zechcecie od razu jeść...

- Chcemy jeść - potwierdził kowal. - Musimy jeść, jeśli chcemy przeżyć.

- Ale nie możecie - stwierdził stary z naciskiem. - Nie możecie wziąć do ust ani kęsa, jeśli nie chcecie natychmiast zachorować i pomrzeć. Przynieście mięso, a ja wam powiem, jak postąpić.

- Słyszałem, że głodujący, który naje się nagle za dużo, umiera - przyznał kowal, zniecierpliwiony, że go zatrzymują. - Prawda, że nie przejadaliśmy się w ostatnim czasie.

- Nasz gość ma rację - powiedziała Miłka pojednawczo. - Zrób, dokładnie, jak mówi. On chce nam pomóc

Patrzyła z ożywieniem, jak mąż zakłada kaptur na głowę i bierze z kąta kij.

- Idź dokładnie po śladach - przypomniała. - A gdybyś nie znalazł mięsa, wracaj szybko do ognia. Pójdziemy rano. Nie chcę, żebyś się zgubił. W taki mróz rychło można zamarznąć na śmierć, a przecie samej nie chcesz mnie chyba zostawić.

A kowal już wychodził, niecierpliwy i pełen niepokoju. Może dzikie zwierzęta znalazły sarnę? Może przysypał ją głęboki śnieg? Może kto inny ją odkrył i już dawno zabrał?

- Nie bójcie się - uspokajał gospodynię stary. - To niedaleko i kowal wkrótce wróci. Nastawmy dużo wody, żeby ugotować mięsiwo, bo domyślam się, że zechcecie podzielić się z mieszkańcami wioski.

- Tak, tak, macie rację.

Miłka z pewnym jeszcze niedowierzaniem zakrzątnęła się koło paleniska i nie umiała ukryć radości, kiedy niedługo potem kowal powrócił, dźwigając na ramionach zamarzniętą sarnę. Jeszcze nie mógł uwierzyć, że wybawienie leżało ledwo kilkaset kroków od ich domu.

- To cud - powtarzał, zaczerwieniony od mrozu, z soplami lodu zwisającymi z wąsów. - Prawdziwy cud.

Tuż przed progiem rzucił ciężar na śnieg i obaj ze starym zajęli się zaraz oprawianiem zwierzęcia. Pocięli mięso na wielkie kawały, oczyścili, podzielili na stosowne porcje i jedną włożyli do kociołka. Pozostałe ułożyli w śniegu, zachowując też oddzielnie wnętrzności, z których da się jeszcze wykorzystać to i owo.

Potem siedzieli przy ogniu i słuchali miłego bulgotania wody w kociołku. Dopiero późnym wieczorem, kiedy mięso całkiem się rozgotowało, Miłka napełniła miski.

- Powoli - ostrzegał stary. - Powoluśku. Dziś napijemy się tylko wywaru. Jutro będzie można pozwolić sobie na więcej.

Chuchając i dmuchając, przystawili miski do ust i pili, sapiąc z zadowolenia. Jura wyciągnął rękę po kolejną porcję, ale stary się sprzeciwił.

- Rano - orzekł. - Dopiero rano.

Jak pięknie błyszczały oczy Miłki, ogarniającej wzrokiem promieniejącą zadowoleniem twarz męża.

- Błogosławieństwo przyszło razem z wami, gościu - powiedziała. - Teraz, kiedy mamy co jeść, i wy nie musicie spieszyć się w dalszą drogę. Mężczyźni odżyją, nabiorą sił na wyprawy i na pewno nie będą już wracać z lasu z pustymi rękami. A was puszczę dalej dopiero kiedy wydobrzejecie.

- Dziękuję z całego serca - stary był zadowolony z zaproszenia. - Nie śmiałem prosić o tak wielką przysługę.

- Przysługę to wy nam wyświadczyliście - poprawił kowal. - Rzeknijcie nam swoje imię, byśmy wiedzieli, z kim przyszła do nas ta dobra nowina.

- Wołają mnie Mayo. Pochodzę z małej wioski, która leży bardzo daleko na południu. Wiele lat byłem w świecie, a teraz wracam do swoich. Chcę ich zobaczyć, zanim umrę.

Jeszcze tego samego wieczora kociołek i dobrą nowinę rozniósł kowal sąsiadom i przez kilka najbliższych dni cała wieś siorbała zupkę, błogosławiąc nieznajomego, który zabłądził akurat do ich wioski i przyniósł ocalenie.

Już trzeciego dnia mężczyźni ożyli, poczuli się silniejsi i na nowo podjęli myśliwskie wyprawy. Odtąd chodzili w las każdego dnia, zawsze prawie wracając ze zdobyczą. W dodatku mróz zelżał, ścieżki stały się łatwiejsze do przebycia.

- Sprawiliście cud - mówił z uznaniem sołtys, który z innymi odwiedzał chatę kowala. - Wy i owa sarna odwróciliście od wsi zły los.

- To nie cud - uśmiechał się Mayo. - To kowal i jego żona, którzy mnie przygarnęli, choć sami mieli tylko małą rybkę, odmienili wasze życie. Bo dobro zwykle w dobro się obraca. Gdyby nie wzięli mnie do siebie, nie powiedziałbym im o sarnie. Zamarzłbym i może nikt o tym mięsie by się nie dowiedział. Kto wie, czy dożylibyście lepszych dni.

- To jednak cud - upierał się sołtys i zapewniał, że gdyby Mayo trafił tamtego wieczora do innej chaty, do którejkolwiek chaty we wsi, w każdej zostałby przyjęty równie gościnnie.

Zmieszał się zaraz, kiedy stary popatrzył na niego przenikliwie, jak gdyby wiedział, że komora sołtysa nigdy nie była tak pusta, jak innych mieszkańców osady.

- Cud, który wrócił nam życie - mówili ludzie.

I tak było. Znowu gospodarze zaczęli krzątać się w swoich obejściach, jak dawniej można było usłyszeć dziecięcy śmiech i głośne nawoływania mężczyzn, niosące się nad osadą. Po kilku dniach i kowal postanowił wrócić do roboty. Zaraz rano zabrał się do odgarniania śniegu wokoło szopy, gdzie urządził kuźnię. Właśnie rozpalał ogień, kiedy pojawił się Mayo.

- Mógłbym wam pomóc - zaproponował - Nie chciałbym jeść darmo. Kiedyś zajmowałem się podobnym zajęciem.

Kowal obrzucił spojrzeniem drobną postać gościa.

- To ciężka robota - powiedział. - Wymaga siły, nie dalibyście rady.

- Na coś się jednak przydam - upierał się Mayo. - Choćby do pilnowania ognia.

Aż do wiosny Mayo pracował w kuźni, gdzie Jura kuł narzędzia dla mieszkańców osady. Roboty nie było za wiele, ale obaj lubili przebywać w kuźni. Mayo mówił trochę o sobie i uważnie słuchał opowieści kowala. Sam okazał się bardzo użyteczny, bo choć stary, umiał pokierować pracą innych tak, żeby była wykonana szybko i dokładnie. Ludzie ze wsi dowiedzieli się, że zna się na ciesielstwie, wyplataniu koszy i innych zajęciach. Kiedyś pokazał też, że nie jest mu obca sztuka sporządzania łuków.

Po kilku tygodniach wieś prawie zapomniała o niedolach z początków zimy. I kowal znowu gwizdał przy palenisku.

- Jesteście szczęśliwym człowiekiem - powiedział Mayo.

Jura wyprostował się, odłożył narzędzia. Wszystko, co mówił Mayo, trafiało zwykle w sedno sprawy.

- Chyba macie rację - stwierdził po chwili zastanowienia. - Przetrwaliśmy najtrudniejszy czas, sami to mówiliście. Miłka patrzy za mną jak za dawnych młodych lat. Wiosną przyjadą obcy ludzie po mój towar, bo trzeba wam wiedzieć, że przed porą głodu cieszyłem się w okolicy sławą tęgiego kowala. Mam dach nad głową i stra-wę w garnku. No i was do pomocy.

- To czego wam brakuje?

- Brakuje? - na czole Jury pojawiła się bruzda. - Jak to brakuje?

- Brakuje - Mayo pokiwał głową. - Możecie mi powiedzieć, przecie przekonaliście się, że jestem wam życzliwy.

Kowal popatrzył w oczy pomocnika, a potem rzekł cichym, zdławionym głosem:

- Sami się chyba domyśliliście, za czym tęsknimy od lat i co jest zmartwieniem naszego życia. Bo niby mamy wszystko. Tylko potomka nam brak. Los nie był łaskawy...

A potem niespodziewanie rozpoczął opowieść o swoim życiu.

- Będzie niedługo piętnaście lat, jak tu siedzimy z Miłką. Wcześniej służyliśmy u innych ludzi. Przyszedłem na swoje, dopiero kiedym mógł wprowadzić żonę pod dach.

Znali się od dziecka. Poznali dawno, ledwo odrośnięci od ziemi. Na tratwie płynącej po wielkiej rzece Noteć. Utonęli wszyscy - ojcowie, bracia, zwierzęta, dobytek. Na ląd fale wyrzuciły tylko ich dwoje - jego i Miłkę. Szli długo lasami, aż któregoś dnia trafili do osady, gdzie ich przygarnęli dobrzy ludzie. Tam on został uczniem kowalskim, a z czasem i mistrzem, Miłka była służebną we dworze wielkiego pana. Potem odeszli.

- Obiecałem Miłce, po tamtym strasznym wydarzeniu, że zbuduję dla niej dom. Spełniłem, com obiecał, a ona pokochała mnie, jak tylko kobieta może pokochać mężczyznę.

Tego wieczora Mayo ujął ręce kowala i jego żony.

- Któregoś dnia i wasze najskrytsze marzenie może się ziścić.

Jura uśmiechnął się niepewnie.

- Przywykliśmy, że wasze słowa się spełniają. Ale akurat co do tego mamy niewielką nadzieję. Widać nie jest nam pisane.

Mayo sięgnął do swoich woreczków i wydobył z jednego płaski, zupełnie czarny kamień. Włożył go w dłonie kobiety, zaciskając na nich swoje ręce.

- Włóżcie to do pościeli - powiedział z tajemniczym uśmiechem. - I o nic mnie więcej nie pytajcie. To tylko kamień. Na pewno nie zaszkodzi.

Miłka posłusznie spełniła polecenie, udając że nie widzi wzruszenia ramion, jakim jej mąż dał wyraz niedowierzaniu. Prosili już rozmaitych uczonych ludzi o pomoc, dopełniali przeróżnych obrzędów. Wkładali do łoża zioła zebrane o północy albo figurkę małego człowieka, uczynioną z wielkanocnego chleba. Okadzali dom dymem wypędzającym nieżyczliwe moce, skrapiali pościel święconą wodą. Odbywali sześciotygodniowe posty, po których żarliwie modlili się, wedle ściśle określonego porządku, do świętego Idziego i świętej Doroty,

Z czasem przestali wierzyć, że to coś da, choć nie mogli wyzbyć się żalu i pewnej zazdrości wobec innych. Ta zazdrość w ostatnich miesiącach przemieniła się w ulgę, kiedy zdali sobie sprawę, że nie mogliby wyżywić dziecka. Ale kiedy tylko pojawił się Mayo, a z nim odmiana na lepsze, znowu zaczęli marzyć o potomku.

Kowalowi niełatwo było zachować spokój między ciągłą nadzieją a rozczarowaniem. Z jednej strony wierzył w obietnicę starego, z drugiej bał się zaufać mu ze wszystkim. Przychodziło to tym trudniej, że tylko Jura widział, jak Mayo w jednej chwili potrafił przemienić się ze starego człowieka w kogoś, kto zdawał się mieć moc rozkazywać nawet żywiołom.

Stali na przykład któregoś dnia wieczorem przy dębie na skraju wsi. Było cicho, prawie głucho. Kowal sapał, bo ciągnęli na saniach wielki kloc drzewa do kuźni i zatrzymali się dla odpoczynku.

Nagle Mayo dał znak, by zachowali milczenie. Podniósł głowę i nasłuchiwał chwilę. A potem kilkakrotnie zaklaskał w ręce.

- Co robicie? - zdziwił się kowal.

Mayo uśmiechnął się nieco zmieszany, jak ktoś przyłapany na dziwnej, niezrozumiałej, może nawet wstydliwej czynności.

- Wydawało mi się... - powiedział. - Chyba mi się zdawało, że słyszę, jak w górze rzeki ryby zbierają się do drogi. Trzeba, żeby jutro ludzie wyszli z koszami i sieciami.

Kowal wzruszył niedowierzająco ramionami, ale rankiem obszedł sąsiadów i w kilku, zaopatrzeni w sieci i kosze, a także siekiery do kruszenia lodu, ruszyli nad strumień. I tak jak niedawno jeszcze płakali z głodu i żalu, rozbijając lód, teraz krzyczeli z radości na widok ławicy ryb.

Innym razem Mayo kazał kowalowi, by powiedział mieszkańcom osady, że zbliżają się stada ptaków i aby poszli w wyznaczone miejsca z łukami. Przynieśli wtedy żonom wiele mięsa. W dzień, kiedy tęgi mróz wprost zapierał oddech, Mayo przepowiadał na następny gwałtowne ocieplenie i odwilż, a ci, którzy z lenistwa nie odśnieżyli obejść, omal nie potopili się w swoich chatach.

- To czarownik - zaczęli mówić ludzie we wsi. - Tylko czarownik umie sprowadzać ryby i ptaki.

Sam Mayo śmiał się, kiedy Jura powtarzał mu takie gadki.

- To bajki - mówił. - Bajki. Toć nie ma czarowników.

Ludzkie gadanie jednak nie ustało, a przeciwnie - wzmogło się nawet, kiedy Mayo bardzo udatnie poskładał nogę synowi sołtysa, którego przygniotło drzewo na wyrębie, szczególnie zaś kiedy wyleczył ze złośliwej gorączki matkę i jej małe dziecko, przeznaczone już prawie do pochówku.

Któregoś kwietniowego dnia, kiedy mieszkańcy wioski zapomnieli już o ciężkiej zimie, a kowal krzątał się akurat w kuźni, Mayo oświadczył nagle:

- Odchodzę, gospodarzu.

Właśnie poprzedniego ranka dotarł do osady wysłannik królewskiego starosty. Mówił, że szykuje się wojna, i nakazał wykuć wielką liczbę grotów do włóczni i oszczepów. Przywiózł też od razu część zapłaty, w towarach i w srebrze. Kowal, wielce uradowany zamówieniem, już zabierał się do roboty, kiedy Mayo powiedział:

- Odchodzę.

Jura westchnął ciężko.

- Spodziewałem się. Od tygodni czekałem z niepokojem, że mi to powiecie. I boję się, że wasze postanowienie jest ostateczne.

- Już na mnie czas, gospodarzu.

- Dokąd pójdziecie?

- Tam, dokąd szedłem, zanim zatrzymałem się u was. Na południe. Do Białej Doliny.

- Wspominaliście, ale jakoś nigdy nie chcieliście opowiedzieć, jak tam jest. Czy to daleko?

- Jestem już stary i dla mnie wszędzie jest daleko - roześmiał się Mayo. - Dla młodego, silnego człowieka pięć, może sześć dni drogi. Dla mnie znacznie więcej. Dlatego trzeba, żebym się pospieszył.

- Smutno mi, że nas opuszczacie, choć od początku nie kryliście swoich zamiarów. Polubiliśmy was, a i pożytek był z was wielki dla osady. Po co właściwie tam idziecie? Ktoś czeka?

Stary Mayo pokręcił głową przecząco, bardzo poważny i skupiony. Podszedł do kowala i spojrzał mu głęboko w oczy.

- To ja będę czekał.

- Wy? Na kogo?

- Na was, kowalu. Albo na waszego syna. Albo na was obu. Pamiętajcie, od dębu przy waszej chacie trzeba iść wprost na południe. Biała Dolina. Zapewniam was, że waszemu synowi nie zabraknie w niej niczego. Zawsze będzie miał tam dość napitku i jadła.

Jura milczał, jak gdyby nie rozumiał słów do niego skierowanych. Odwzajemnił uścisk starego, ale powiedział:

- Tyle już lat czekamy, to i dalej możemy czekać na naszego syna. Jeśli jest prawdą, co mówicie, że się urodzi i dorośnie, dlaczego miałby iść w świat, a nie zostać tutaj, żeby być nam podporą na starość?

- Zrobicie, jak zechcecie - stary zdjął już skórzany fartuch, a spod desek w kącie wygrzebał swój niewielki podróżny tłumoczek, wcześniej już widać przygotowany.

- Do niczego was nie przymuszam - powiedział. - Mówię tylko, jak powinniście postąpić, kiedy postanowicie stąd odejść. Idźcie tam, do Białej Doliny. Wdzięczność ludzka jest krucha jak cienki lód i pęka pod byle dotknięciem. Sami się o tym przekonacie. A teraz żegnajcie, kowalu. Zachowam was we wdzięcznej pamięci.

- Jak to, chcecie odejść już teraz? Bez przygotowań, bez pożegnania?

- Tak będzie najlepiej - uśmiechnął się Mayo. - Wy pożegnacie wszystkich ode mnie. A co do przygotowań, to ich nie potrzebuję. Swój kij mam z sobą.

Wziął Jurę w ramiona, a potem odwrócił się i poszedł szybko przed siebie. Dopiero w bezpiecznej już odległości, gdzie nie mógł słyszeć pełnych żalu słów kowala, odwrócił się i pomachał ręką na pożegnanie.

Jura porzucił robotę i skierował się w stronę do domu, ale zanim tam dotarł, wybiegła mu na spotkanie Miłka.

- Stał się cud! - wołała. - Cud! Poczułam w sobie dzieciątko.

Jej radość nie przygasła i wówczas, gdy spojrzawszy w twarz męża, domyśliła się, co zaszło.

- Odszedł? - zapytała tylko.

- Tak. I nigdy nie wróci.

DWA KUBKI

Zima 1363

Nieszczęście spadło na dwór w Lipowej w samą Popielcową Środę. Jeszcze w przeddzień nic nie zapowiadało nieszczęścia, które zachwiało całym porządkiem w Dolinie.

Pan Jakub nagle ciężko zachorował. Obudził się rano i nie mógł wstać z łoża, miał dreszcze i wysoką gorączkę. Początkowo ani on, ani domownicy nie przywiązywali do tego wielkiej wagi, bo choć każda choroba może być dużym zagrożeniem, nikt nie spodziewał się, że powali akurat najsilniejszego.

Pani Agnieszka często zaglądała do izby, w której leżał mąż, i z niepokojem patrzyła, jak choroba, która przyszła nie wiadomo skąd, szybko postępuje. Pan Jakub tracił przytomność, nie mógł nic jeść, sił ubywało mu z godziny na godzinę. Trzeciego dnia, kiedy domowe sposoby leczenia nie dawały skutków, wezwano pomocy. Z samego rana pobiegł umyślny do klasztoru w Mstowie, a przed wieczorem przybył do dworu uczony medyk. Był to wysoki, chudy zakonnik, który przytaszczył ze sobą, przez głęboki śnieg, skórzany worek, wypełniony instrumentami i medykamentami. Nazywał się brat Malachiasz.

- Już postawiłem medyczny horoskop - powiedział do Aleny, czekającej przy wejściu do dworu. - Szczęśliwie, jest akurat bardzo korzystna koniunkcja Marsa i Wenus, a to niewątpliwie znaczy, że pan Jakub szybko wyzdrowieje.

Medyk, którego z wielkim szacunkiem dla jego rozumu i wykształcenia zaprowadzono do świetlicy, spędził tam następnie cały wieczór. Studiował gwiezdne tablice, odmawiał modlitwy, a w wolnych chwilach ochoczo sięgał do misy z jadłem.

Dopiero późno w nocy zdecydował się na odwiedzenie chorego. Niósł ze sobą mały nożyk i miedziane miseczki. Jako duchowny nie mógłby upuścić krwi choremu, gdyby nie specjalne przyzwolenie papieża, wydane w uznaniu dla jego wiedzy i umiejętności. Towarzyszyły mu obie kobiety - Agnieszka i Alena - niosące kaganki.

- To nie jest dobra pora na zabieg - mruczał mnich, jakby zapominając, że to on sam nie spieszył się zbytnio z leczeniem i wbrew zwyczajom zamierzał rozpocząć kurację po zachodzie słońca.

Pan Jakub leżał grubo przykryty i najwyraźniej nie wiedział, co się z nim dzieje. Był blady, wielkie krople potu wystąpiły mu na czoło, ciałem co jakiś czas wstrząsały dreszcze.

Medyk delikatnie naciął żyły na obu przedramionach chorego, by zebrać upuszczaną krew do dwóch oddzielnych miseczek, cały czas mrucząc pod nosem modlitwy. Potem odstawił miseczki na ławę i zapytał, gdzie przygotowano mu miejsce do spania.

Agnieszka zapewniła go natychmiast, że nie zapomniano o nim, i sama ofiarowała się go tam zaprowadzić. Alenie jednak ta krótka kuracja wydała się niewystarczająca.

- Nie zrobicie nic więcej? - zapytała z niepokojem.

- Więcej? - zdziwił się mnich. - Wystarczająco dużo krwi pana Jakuba na dziś już zebrałem. Teraz poczekamy, aż się ustoi. Rano obejrzę ją w dziennym świetle i będę wiedział, co trzeba robić dalej. Naprawdę, nie ma powodu do niepokoju. Mam ze sobą wszystkie potrzebne tablice i mogę określić stan zdrowia nie tylko pana, ale i wszystkich bez wyjątku mieszkańców tego domu. Zapewniam, że wasz ojciec już rano odczuje ulgę. Dzięki dobremu ułożeniu gwiazd moja kuracja nie będzie długa.

Pani Agnieszka podziękowała uprzejmie i sama poszła odprowadzić medyka, bo służbę dawno już wysłano spać. Po chwili kobiety spotkały się ponownie w sieni.

- Boję się o ojca - powiedziała Alena.

Agnieszka, która zamierzała wyminąć wychowanicę bez słowa, zatrzymała się zdziwiona. Pasierbica nie odzywała się do niej niepytana, bo cicha wojna między nimi wciąż trwała i obie przywykły ten stan uważać za powszedni.

- Boję się - powtórzyła Alena. - W taki sposób umarła moja matka. Któregoś dnia położyła się i nie wstała już więcej. Mówię wam, że teraz z ojcem jest podobnie.

- Zdrowie Jakuba obchodzi mnie nie mniej niż ciebie - zauważyła cierpko pani Agnieszka.

- Wiem o tym - przyznała Alena, której niechęć do macochy była tak wielka, że nawet to oświadczenie przyszło jej z trudem. - Wiem. Ale myślę, że trzeba coś zrobić, żeby ojciec uzyskał najlepszą pomoc.

- On ma najlepszą pomoc - zapewniła Agnieszka. - Brat Malachiasz jest znamienitym uczonym. Pobierał nauki w Padwie i Montpellier, był lekarzem przy królewskim dworze. Rzekł mi, że dzień jutrzejszy będzie rozstrzygający, ale jest przekonany, że Jakub wkrótce stanie na nogi.

Powiedziała już wszystko, lecz nie odchodziła. Alena domyśliła się, że macocha chowa coś jeszcze w zanadrzu i nie jest pewna, czy ma o tym wspomnieć.

- Coś wam ujawnił brat Malachiasz? - zapytała. - Chyba mogę o tym wiedzieć, jeśli to chodzi o zdrowie mojego ojca.

Agnieszka zawahała się.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ŻONA PANA JAKUBA

Lipowa, 1355

W trudnych, samotnych dniach na początku pobytu w Lipowej Agnieszka znalazła niespodziewane oparcie.

Mijał drugi tydzień jej pobytu pod dachem Jakuba, większość gości rozjechała się do domów. Została tylko żona mężowskiego stryja, Elżbieta, która ofiarowała się pomóc młodej gospodyni w zasiedlinach.

Była to wysoka, chuda kobieta, siwa już zupełnie, choć jeszcze nie stara. Na pierwszy rzut oka nie robiła najlepszego wrażenia, suknie wisiały na niej jak na kołku i nawet w młodości nie należała chyba do ładnych. Wyszła za mąż za Mikołaja z Potoka, bo pochodziła z możnego rodu i była jedyną dziedziczką sporego majątku, pan Mikołaj zaś i tak stale bawił na wojnach i wyprawach, a między nimi zajmował się ważnymi sprawami poza domem. Dzieci nie mieli.

Na wesele Agnieszki i Jakuba przyjechali oboje - on, niski i krępy, ponury i mrukliwy, nie odzywający się chyba nigdy bez wyraźnej potrzeby, z królewskiego nadania kasztelan na nowym zamku w pobliskim Holsztynie. I ona - chuda, prędka, okropnie gadatliwa, której wszędzie było pełno, ochoczo wypowiadająca własne zdanie, poganiająca służbę, narzekająca na lenistwo czeladzi. Jakub cenił stryjostwo szczególnie, bo wychowywał się pod ich opieką, a widać była to opieka dobra i życzliwa, gdyż Mikołaja i stryjnę traktował uprzejmie i z wielką serdecznością.

Państwo z Potoka przywieźli młodej parze w ślubnym prezencie piękne płaszcze z zapinkami i zupełnie niezwykłe lustro dla Agnieszki, a także dobre siodło dla Jakuba. W czasie uroczystości, jako jedni z najbardziej dostojnych gości, stale przebywali blisko młodych, bo pan Mikołaj zastępował bratankowi ojca.

Agnieszka zupełnie nie spodziewała się, że to właśnie ze starą panią z Potoka połączy ją serdeczna, bliska więź, coś na kształt przyjaźni nawet, mimo znacznej różnicy wieku.

Pani Elżbieta przyglądała się uważnie nowej pani na Lipowej, od początku dodając jej odwagi spojrzeniem i uśmiechem, jak gdyby rozumiała, że dziewczyna w obcym otoczeniu może czuć się nieswojo i niepewnie. Później wzięła się do roboty przy rozpakowywaniu bagaży i urządzaniu komnat. Zachwycając się wyprawą panny młodej, nie narzucała ani swojej obecności, ani swoich opinii. Poza zdawkowymi uwagami nie miały okazji porozmawiać aż do tego poranka, kiedy pan Jakub oświadczył, że wyjeżdża na kilka dni.

Było to zaraz po śniadaniu. Agnieszka krzątała się po dworskiej kuchni, próbując podporządkować służbę i czeladź swojej woli. Pani Elżbieta wpadła tu w jakiejś sprawie, przyjrzała się Agnieszce, a ta zrozumiała, że pani z Potoka domyśla się wiele. Agnieszka bowiem, kiedy mąż oświadczył jej, że wyjeżdża, była radośnie podniecona. Miała nadzieję, że nie będzie go przez dłuższy czas, a wtedy ona ułoży swoje sprawy. Odpocznie, przełamie niechęć, przywyknie...

- Moje dziecko - powiedziała pani Elżbieta. - Przejdźmy się trochę. Chcę porozmawiać z tobą, a że jestem starsza, może mogłabym ci coś doradzić.

Agnieszka spojrzała na starszą panią z obawą. Już wcześniej niepokoiło ją, że pani z Potoka domyśla się stanu ducha, w jakim się znajduje.

Poszły wolno w kierunku stodół, pani Elżbieta, wsparta na lasce, szła drobnymi, malutkimi kroczkami, które były powodem żartów i śmiechów dla służby. Idzie jak kaczka - mówili jeden do drugiego.

- Czy potrzebujesz rady, moje dziecko? - zapytała pani Elżbieta.

Mówiła cicho, choć wokoło nie było nikogo, kto mógłby słyszeć ich rozmowę.

- Rady? - zdziwiła się Agnieszka. - Nie, chyba nie potrzebuję, ale... Ale przyjmę chętnie każdą radę, bo... bo...

- Czujesz się trochę niepewnie, co? I obco?

Agnieszka spojrzała na starszą panią, jakby chciała zapytać, czy może jej zaufać.

- Umiem patrzeć - mówiła pani Elżbieta. - Zapewniam cię, że wcale nie jestem ani taka stara, ani taka głupia, na jaką może wyglądam.

- Ale co wy mówicie, stryjno? - zaprzeczyła żywo Agnieszka. - Nikt nie odważyłby się tak o was powiedzieć.

- Pewnie! - roześmiała się Elżbieta. - Niechby tylko spróbował! Niejedną laskę połamałam już na cudzych grzbietach.

- Nie tak chciałam powiedzieć... - usiłowała się wytłumaczyć Agnieszka.

- Nieważne - w głosie Elżbiety nie było przygany. - To normalne, że młoda gospodyni myśli, że wszystko wie i nie potrzebuje porady starej kobiety. Ale z drugiej strony stare oczy widzą więcej... Ktoś mógłby zapytać, czemu młoda żona, smutna i przygaszona, nagle odżywa i uśmiecha się. Czy dlatego, że jej mąż wyjeżdża?

Agnieszka rozpłakała się. Starsza pani przejrzała ją na wylot.

- Wiem, że nie tak powinnam się zachowywać - przyznała. - Ale chwilami nie mogę już tego wszystkiego znieść...

Elżbieta zatrzymała się i delikatnie pogłaskała plecy Agnieszki suchą, kościstą ręką.

- Popłacz, dziecko, popłacz - poradziła serdecznie. - Nikt tego nie zobaczy, a mnie nie musisz się wstydzić.

Pani z Lipowej płakała, choć starała się nad tym zapanować. Wreszcie udało się i popatrzyła na Elżbietę z wdzięcznością.

- Nie myślałam, że płacz może pomóc - przyznała się. - Nie miałam przed kim się wyżalić. To naprawdę straszne. Przecież ja staram się ze wszystkich sił. Mam najlepsze chęci, ale już nie mogę wytrzymać. Po prostu nie mogę. A kiedy pomyślę, że całe moje życie będzie takie, nie potrafię opanować żalu.

- Całe życie? Cóż ty opowiadasz, dziewczyno? Przecież wszystko zależy tylko od ciebie.

- Jak to, ode mnie? Przecież muszę słuchać męża, dokładnie i we wszystkim. Może to grzech, ale czasem chciałabym nie poddawać się jego woli...

Starsza pani roześmiała się cicho.

- Moje dziecko - powiedziała łagodnie. - Widzę, że rzeczywiście będziemy musiały dłużej porozmawiać, bo trzeba ci wyjaśnić pewne sprawy. Tak, oczywiście, wszystko zależy od ciebie, a w każdym razie bardzo dużo. Jestem już dość stara, a przecież nie zawsze taka byłam. I ja miałam kłopoty podobne do twoich. Dziwisz się? Zapewniam cię, że nie zawsze byłam taka brzydka i był czas, kiedy możni panowie uśmiechali się do mnie, a gotowi byli dać się porąbać za jedno moje słowo.

Pani Elżbieta podniosła laskę i zatoczyła nią koło w powietrzu.

- Widzisz to wszystko? Całe pokolenia pracowały i pokolenia gromadziły, żebyś mogła z tego korzystać. Nie tak dawne to czasy, kiedy nasza rodzina była wszędzie, i tu w okolicy, i w innych ziemiach. Potem przyszły te straszne lata zarazy, kiedy większość naszych krewnych musiała poddać się woli bożej. Pomarli jedni po drugich, młodzi i starzy, dzieci i silni mężczyźni, bogaci i biedni, niewiasty nowo poślubione i staruszki. Zostali nieliczni, ale tym bardziej winni oni dbać o wszystko - o rodowe majątki, o swoich mężów, żony, dzieci, krewnych i powinowatych. A żeby tak mogło być, trzeba, by również kobiety wykazały odrobinę rozsądku.

Agnieszka pomyślała, że pani Elżbieta naprawdę chce dla niej jak najlepiej. Ona sama usiłowała przecież swoje obowiązki wykonywać należycie. Ale dlaczego obowiązki te okazały się takie trudne, przykre i bolesne?

- Wiele młodych żon wydaje się na początku rozczarowanych swoimi mężami - mówiła Elżbieta. - Czy nie tu leży przyczyna twojego smutku? To przecież nie powinno być tak, że młoda żona cieszy się, kiedy jej mąż, dorodny i niestary, jedzie gdzieś w świat. Ale tak bywa. Ze mną też tak było.

Agnieszka spojrzała z nadzieją.

- I minęło?

- Pierwsze miesiące mojego małżeństwa nie należały do łatwych - przyznała się pani Elżbieta. - Nie wiedziałam, czego on chce ode mnie, nie umiałam go zadowolić. Prawdę mówię, moje dziecko?

- Prawdę - chlipała Agnieszka. - Słyszałam, że kobiety nie zawsze narzekają, ale nie wiem, jak to jest. Co powinnam zrobić? Pewnie to grzech, ale kiedy zbliża się wieczór, drżę cała z trwogi. Jestem taka niewytrzymała na ból, a zawsze, od pierwszego razu, wszystko okropnie mnie boli. Czy nie ma sposobu na to, aby bolało mniej, czy nie ma sposobu, żeby wcale nie bolało?

- Na wszystko jest sposób - zapewniła Elżbieta. - Odczuwasz ból, boisz się, że tak już będzie? Poradzimy sobie z tym. Wiesz co? Spakujemy się i pojedziemy do Potoka. Nie bój się, wrócisz do Lipowej przed swoim mężem. Znam ja tam babkę, która umie poradzić na takie kłopoty. I kiedy niewiasta odczuwa ból, i kiedy nie odczuwa nic albo chce uspokoić męża.

Ponownie pogłaskała Agnieszkę po ramieniu.

- No, uśmiechnij się - zachęciła. - Los kobiety bywa trudny. Zwykle najtrudniejszy jest pierwszy okres. Kiedy zajdziesz w ciążę, zawsze znajdziesz wymówkę, żeby odmówić mu odwiedzin w swoim alkierzu. Potem wydasz na świat syna, mąż będzie rad i ty będziesz rada. A z bólem sobie poradzimy. Na razie trzeba zacisnąć zęby, trzeba żebyś zajęła się jaką robotą, trzeba żebyś odpowiednio dbała o dwór. Jutro lub pojutrze przyjedziesz do mnie, odpoczniesz. Babka, która zna sposoby na wszystko, poradzi, co i jak należy robić...

- Jeno! Jeno! Gdzie się podziewa ten chłopak!

Gościcha, utykając na lewą nogę i mamrocząc pod nosem, obeszła chatę wokoło. Była rozdrażniona i laską niecierpliwie roztrącała zagradzające jej drogę zwierzęta. Bociany, świnie, gęsi, drobne ptactwo odbiegało na kilka kroków, by zaraz powrócić na swoje miejsce, gdzie chwilę przedtem wystawiła im korytka z pokarmem.

- Jeno, okropny chłopaku! - krzyczała Gościcha, daremnie wytężając wzrok zwrócony w stronę lasu.

Przez chwilę wydało się jej, że widzi chłopca schowanego w pobliskich krzakach, więc nie bacząc na ból nogi, pokuśtykała w tym kierunku.

Chaszcze poruszyły się i pokazała się nad nimi głowa z długimi jasnymi warkoczami. Gościcha zatrzymała się i groźnie spojrzała na obcą.

- A ty tu czego?

Zza krzaka niepewnie wysunęła się dziewczyna w skromnym odzieniu służącej. Miała przestraszony wzrok.

- Przychodzę po pomoc dla mojej pani - powiedziała spłoszona, gotowa w każdej chwili odwrócić się i uciec.

Gościcha osłoniła czoło dłonią, żeby lepiej przyjrzeć się przybyłej.

- Byłaś już tu - przypomniała sobie. - Pamiętam.

- Moja pani potrzebuje waszej rady, bo znowu przyszło krwawienie.

- Nie mam czasu - fuknęła Gościcha nieprzyjaźnie. - Przychodzicie tu wszyscy, kiedy potrzebujecie mojej pomocy, a każdy ukrywa to przed innymi. A potem chcecie mnie stąd wygnać. Zobaczymy jeszcze, kto mocniejszy!

Zachichotała, aż dziewczynę przebiegł dreszcz. Przyszła, bo nie mogła odmówić swojej pani, ale tylko ona wiedziała, ile wysiłku ją to kosztuje. Stara Gościcha potrafi rzucić straszliwy urok ot tak, dla żartu. A wtedy nie ma ratunku.

Dziewczyna stała niepewnie, nie wiedząc, czy ponowić prośbę, czy odejść. Postanowiła jednak poprosić raz jeszcze.

- No dobrze - odpowiedziała stara. - Od dawna ma te kłopoty?

- Kilka dni. I ciągle nie czuje się najlepiej ze swoim mężem. Pani Elżbieta poradziła jej, żeby was poprosić o pomoc. Moja pani powiedziała: idź do babki Gościchy i proś o pomoc. Ona najlepiej wie, co trzeba zrobić.

- Może i wiem - mamrotała Gościcha, nadal rozglądając się za chłopakiem. - Gdzie się znowu podział ten smarkacz!

Potem kazała dziewczynie poczekać, a sama poszła do chaty. Dziewczyna stała w miejscu, odmawiając ciche modlitwy. Z chaty dobiegał gniewny głos staruchy, skrzeczenie ptaków, stukania, gulgot i inne dziwne odgłosy.

Wreszcie babka wyszła na zewnątrz, niosąc płócienny woreczek.

- Tu masz lekarstwo dla swojej pani - powiedziała. - To ziele tasznika. Weźmiesz pół garści do małego naczynia i zalejesz ukropem. Niech twoja pani pije często w ciągu całego dnia. Pod spodem są owoce kaliny. Z nich też zrobisz napar, ale ten niech pije rzadziej, najwyżej cztery razy na dzień. Zrozumiałaś?

- Napar z ziela pić często, napar z owoców rzadko - powtórzyła dziewczyna, chwytając woreczek.

Dygnęła pospiesznie w podziękowaniu i zadowolona, że ma to już za sobą, pobiegła do dworu. W tej samej chwili przed chatą pojawił się kilkuletni chłopak, wyrośnięty, ale chudy, z jasnymi włosami, najwyraźniej nie czesanymi od dawna. W pobrudzonych ziemią rękach trzymał zająca.

- Ty łazęgo! - krzyknęła na niego Gościcha. - Włóczysz się cały dzień, a tu trzeba zaraz iść po zioła. Księżyc dziś będzie pełny.

Chłopak lekceważąco wzruszył ramionami.

- Jeszcze daleko do nocy - mruknął. - Zobaczcie, znowu znalazłem zajączki bez matki, ale jeden mi padł po drodze. Kiedy mnie wreszcie nauczycie robić tę maść, co ją nazywacie maścią życia?

- Jeszcze nie pora! - fuknęła Gościcha. - Na razie wystarczy, że umiesz kości składać tym brzydactwom.

- On wcale nie jest brzydki! - sprzeciwił się Jeno. - I ma takie miękkie futerko.

- Głupiś. Choć raz przyniósłbyś coś pożytecznego.

Pan Jakub przychodził do alkowy żony bardzo często. Przychodził także i wtedy, gdy dawała do zrozumienia, że nie chce się poddawać jego woli. Liczyła na to, że szybko zajdzie w ciążę, i modliła się o to żarliwie każdego wieczora. Ale na razie nic nie wskazywało, aby jej modły miały być wysłuchane. Starała się też dokładnie wypełniać zalecenia Gościchy, piła napary, wkładała pod poduszkę różne zioła, nawet odczyniała uroki.

Próbowała bronić się przed spełnianiem powinności małżeńskiej, używając najrozmaitszych sposobów. Wymawiała się chorobą albo jechała niespodziewanie do pani Elżbiety, co go złościło najbardziej. Któregoś wieczora, kiedy wróciła z takich odwiedzin, pan Jakub naszedł ją w alkowie i siłą wziął to, co mu się należało. A potem jakby zapomniał, że jest jej mężem, i na jakiś czas przestał przychodzić. Płakała całą noc, a on rano odjechał, jak często w ostatnich czasach, nie mówiąc dokąd i po co. Smutku przyczyniało jej jeszcze zachowanie służby. Pani Agnieszka podejrzewała, że wszyscy wiedzą o jej kłopotach i kiedy tylko słyszała żart lub śmiech, od razu wydawało się jej, że to ona jest przedmiotem drwin, a wtedy nie żałowała razów ani obraźliwych słów.

To wszystko sprawiało, że czeladź nie znosiła jej coraz bardziej, wykręcała się od obowiązków i na każdym kroku starała się robić jej przykre niespodzianki, a przynajmniej tak wydawało się Agnieszce.

Około świąt okazało się, że spodziewa się dziecka, ale nie miała z tego powodu żadnej radości. Czuła się źle, prześladowały ją bóle, mdlała często. Służba głośno dziwowała się temu i podkpiwała, że pan Jakub wybrał na żonę kogoś wielce osobliwego.

Zbrzydła, stała się bardziej złośliwa i wyniosła. Rzadkie wizyty męża w alkowie witała płaczem i narzekaniem, co go drażniło, i tak powoli odsuwali się od siebie coraz dalej.

Z początkiem roku stan pani Agnieszki stał się widoczny, a ona sama przestała wychodzić z domu, najczęściej leżąc w swoim łożu, a że wtedy nie mogła odpowiednio troszczyć się o sprawy gospodarskie, była rozdrażniona, okropnie podejrzliwa i niemiła.

Opiekująca się nią akuszerka kręciła głową z niezadowoleniem.

- Oj, będziesz ty jeszcze płakała, gołąbeczko - mówiła zatroskana.

- Nie wiem, czy tak być musi, ale na mój rozum wiele czasu upłynie, zanim staniesz się prawdziwą żoną i matką. Młoda jesteś, za młoda i za mało rozwinięta. Za kilka lat może coś z tego będzie.

Pan Jakub chodził zły i naburmuszony, żony prawie nie widując, czego mu nie miała za złe - albo znowu domagała się jego obecności, kiedy potrzebowała się poskarżyć.

Wreszcie Agnieszka urodziła dziecko. Przyszło na świat przed terminem i było martwe. Poród był długi i ciężki, krzyki pani słyszano przez całą noc i dzień następny.

Pan Jakub nie czekał na narodziny dziecka w świetlicy. Babka przyniosła mu wiadomość do młyna pod zamkiem, gdzie pojechał, nie mogąc znieść jęków żony. Babka miała nowinę wypisaną na twarzy.

- Martwe - powiedziała. - Jesteście w tym wieku, żeście powinni wiedzieć, że wasza żona to jeszcze dziecko, i trzeba jej było dać czas.

- Chłopiec? - zapytał.

- Co za różnica, skoro nie żyje - wykręcała się kobieta.

- Ale chcę wiedzieć, czy to chłopiec!

- Nie.

Pan Jakub odwiedził żonę dopiero na trzeci wieczór.

- Musisz dać mi syna - powiedział z naciskiem. - Przecież po to cię wziąłem, kobieto.

Pani Agnieszka płakała.

Od ślubu minęło sporo czasu, ale Agnieszka nie przekonała się do Aleny. Dziecko stale trzymało zabawki przy sobie, niechętnie przebywało w jej towarzystwie i słuchało raczej służebnych dziewek niż samej pani. Agnieszka zauważyła też, że mąż więcej serdeczności okazuje dziecku niż jej, a przez to i dziewczynka nie czuła się zo-bowiązana podporządkować się woli macochy i bała się jej raczej na pokaz.

Służebne, którym Agnieszka dawała się we znaki, bo srogo pilnowała, aby ani przez chwilę nie pozostawały bez zajęcia, bardzo chętnie podzieliły się z panią nowinami.

- Powiadają, że pan Jakub będzie miał dziecko w Borownie - mówiła jedna do drugiej, głośno, żeby słyszała to przechodząca przez podwórze prawowita małżonka. - Wiesz, zajeżdża do Cudki, córki sołtysa, a ta aż piszczy z uciechy. Na pewno urodzi się zdrowy dzieciak. A nasz pan podobno świata za nią nie widzi.

- Pewnie - śmiała się druga. - Dziewucha jak rzepa.

- Naszej pani to chyba nie będzie wesoło - powiedziała pierwsza, nie ukrywając zadowolenia.

Agnieszka zacisnęła pięści i udała, że niczego nie słyszy. Dopiero w swojej komnacie dała upust złości, waląc rękami o posłanie i krzycząc do poduszki.

- Niedoczekanie wasze! - groziła. - Poczekajcie tylko, jak wreszcie urodzę. Przecież na pewno któregoś dnia urodzę Jakubowi syna. A wtedy zobaczymy.

Podjęła kolejną próbę zbliżenia się do męża, ale nie było to łatwe. Któregoś dnia, kiedy obie z pasierbicą siedziały w świetlicy, przyszedł pan Jakub. Był już przygotowany do dalszej podróży i wszedł tylko, żeby pożegnać się z córką. Agnieszka poczuła bolesne ukłucie w sercu, kiedy mąż wziął dziewczynkę na ręce, przytulił i pocieszał, że niedługo wróci. Dla żony nie miał takich słów od dawna.

- Chciałabym wam coś powiedzieć - zaczęła poważnym tonem, a on ledwo spojrzał w jej stronę.

Agnieszce wydawało się, że w oczach męża pojawił się błysk zaciekawienia, ale szybko przygasł.

- Chciałam was prosić, byście wrócili szybko. Może być, że za waszym powrotem dwoje dzieci będzie się bawić w tej świetlicy.

- Doprawdy? - zapytał raczej obojętnie. - Mówicie tak, żeby mnie zatrzymać, czy może rzeczywiście spodziewacie się udanego porodu?

- Przekonacie się sami - zapowiedziała dumnie, znaczącym gestem kładąc ręce na uwydatniającym się już pod suknią brzuchu.

- Chciałbym się przekonać - zgodził się. - Babka powiedziała, że musi upłynąć trochę czasu, nim urodzicie prawdziwe dziecko.

- Prawdziwe dziecko? - zdziwiła się.

- Prawdziwe. Zdrowe i dorodne. Córkę już mam, więc teraz oczekuję od ciebie syna. Twoja siostra ma jednego, druga siostra nawet dwóch. Tylko ty nie bardzo się starasz.

Przemogła się, przełykając zniewagę.

- Przekonacie się. Może i wasze serce nieco złagodnieje. Chyba nie godzi się, byście jeździli nie wiadomo dokąd, kiedy ja tu czekam rozwiązania. Może ktoś powinien wam przypomnieć, że tu macie dom, a nie musicie jeździć stale do tej bezwstydnicy.

- Dobrze, że wiesz, że jeżdżę do Cudki - powiedział spokojnie. - Jeżdżę i będę jeździł tak długo, jak mi się będzie podobało. A tobie nic do tego, niewiasto. Masz tu dach nad głową, to siedź i wypełniaj swoje obowiązki.

Gestem ręki dał znak, że rozmowę uważa za skończoną, i skierował się do wyjścia. Alena podniosła się z podłogi i chciała pobiec za nim, ale już był za drzwiami.

- Gdzie lecisz, głupia? - upomniała pani Agnieszka. - Tutaj ci kazał zostać. Trzymając dziecko za rękę, niby to niechcący uszczypnęła je boleśnie w ramię. Alena rozpłakała się rozdzierająco.

UCZEŃ KOWALA

Lato 1359

- Wcale nieźle - powiedział kowal Hanek. - Nie zwalniaj! Bij równo, regularnie.

Jeno mocniej ujął trzonek i dźwięczny głos młotka uderzającego o blachę popłynął wokoło.

- Nieźle - powtórzył kowal.

Hanek był dobrym nauczycielem, a Jeno dobrym uczniem. Kowal szybko zauważył, że uczeń jest bardzo pojętny, a że był znacznie silniejszy od swoich rówieśników, robił szybkie postępy. Oczywiście, Hanek nieczęsto chwalił Jeno, a tylko patrzył, by chłopak nie miał za wiele wolnego czasu. Sześć dni w tygodniu Jeno wstawał skoro świt i szedł spać ostatni. Poza pracą w kuźni miał zawsze zajęcie koło domu kowala - nosił wodę, rąbał drwa, stawiał ogrodzenie, biegał na posyłki, czyścił i sprzątał.

Kiedy skończył dziesięć lat, tak sprawnie posługiwał się młotem, że Hanek już się zaniepokoił o swoją pozycję kowala przy zamku. Terminator był wyjątkowo zdolny, a Hanek ani myślał go wyzwolić i stworzyć dla siebie konkurencję. Jeno mało wiedział o tych sprawach, bo stale zajęty robotą nie miał czasu ani sposobności chodzić z innymi czeladnikami na piwo do gospody pod Holsztynem.

Tylko w niedziele i święta, kiedy kuźnia nie pracowała, Jeno miał nieco swobody i wtedy mógł biegać po polach, kąpać się w rzece, szukać ptasich gniazd w lesie. Do ludzi nie garnął się zbytnio, bo niechętnie z nim przestawano. Kiedyś wypędzono go z gospody, innym razem z miasta. Gdy kowal wysyłał go z jakimś poleceniem, gospo-darze trzymali chłopaka przed domem, bojąc się jego spojrzenia. Nie dokuczano mu wprawdzie za bardzo, choć czasem boleśnie odczuwał niechęć otoczenia. Jeno był inaczej traktowany, bo był inny niż wszyscy, zrozumiał jednak, że tak będzie i w przyszłości, nauczył się więc z tym żyć.

Kowal Hanek bezlitośnie wykorzystywał Jeno w kuźni, w stajni, na podwórzu, przy studni. Chłopak jadł byle co, spał w szopie z narzędziami, skąd kowal stale musiał przeganiać zwierzęta, które nie wiadomo, jakim sposobem często tam się pojawiały. W końcu machnął ręką i dał sobie z tym spokój. Jak kiedyś wokół chaty Gościchy, te-raz wokoło kuźni Hanka chodziły psy, oswojone sarny, bocian, dwa żurawie i cała rodzina jeży, a pod strzechą gnieździły się jaskółki.

- Chcesz je trzymać, trzymaj - powiedział Hanek. - Ale sam musisz się zatroszczyć o ich pożywienie. Starczy mi jednego darmozjada w domu i jednego w kuźni.

Polecenie było nietrudne do wykonania, bo Jeno zajmował się zwierzętami bez niczyjej pomocy.

Kowal miał własnego syna, starszego od Jeno, ale ów Jaszek, syn Hanka, nie nadawał się do niczego. Miał siedemnaście lat i dawno już powinien był umrzeć. Wiele lat temu, jeszcze w dzieciństwie, zapadł na jakąś dziwną chorobę, która nagle pozbawiła go władzy w nogach. Jednego dnia biegał po łąkach, następnego nie mógł już wstać o własnych siłach. Był jedynym dzieckiem Hanka, spokojnym, uśmiechniętym, skorym do żartów i psot. I w jednej chwili stał się kaleką, bez nadziei na wyzdrowienie. Chłopak rósł, ale nogi miał nadal jak u małego dziecka, niewiele grubsze od palca. Siedział w swoim posłaniu, czasem krzyczał okropnie, ale zwykle zachowywał się cicho i spokojnie. Ojciec czekał na śmierć chłopaka z dnia na dzień, bo kto widział, żeby żyło coś takiego, kiedy marli ludzie zdrowi i silni. Ponieważ jednak wbrew wszelkiemu spodziewaniu śmierć nie nadchodziła po Jaszka, ojciec zaczął go wykorzystywać do pracy w kuźni. Rano Jeno szedł do domu kowala, a tam już na podwórzu czekał Hanek. Kowal wynosił chłopaka z domu, a Jeno dźwigał go do kuźni, gdzie zadaniem Jaszka było pilnowanie ognia. Siedział tu i poruszał miech.

Jaszek miał naturę niezwykle poważną, choć czasem wbrew wszystkiemu lubił śmiać się i żartować. Mógł to robić jedynie pod nieobecność ojca, bo ten nie uznawał takiego zachowania za właściwe. Hanek nieszczęście syna postrzegał poprzez swoje grzechy i stale o to spierał się z ojcem Ambrożym.

- Bóg dał mi takiego syna, żeby mnie pokarać - narzekał kowal. - Mało mi mojej własnej roboty, muszę jeszcze wkoło niego chodzić.

- Bóg dał wam takiego syna, bo taka była jego wola - odpowiadał ojciec Ambroży. - Wcale was nie chciał karać, a tylko wypróbować. Jaszek wprawdzie nie chodzi, ale zobaczcie, ile w nim zdolności. Niedługo już zabiorą go w świat, a wy będziecie jeszcze po nim płakać.

Ojciec Ambroży, franciszkanin, a brat kowalowej żony, zamieszkał niedawno w klasztorze kanoników regularnych w Mstowie i bywał w domu siostry i jej męża częstym gościem. To on zauważył, że Jaszek przejawia nadzwyczajne skłonności do nauki. Jaszek bezbłędnie powtarzał wszystko, co tylko usłyszał, nawet jeśli było to powiedziane w obcym języku. Ojciec Ambroży nauczył go więc czytać, pisać i prowadził długie uczone rozmowy. Czytał mu jakieś trudne fragmenty z klasztornych książek, a potem przychodził i odpytywał.

Wkrótce syn kowala mógł rozmawiać z uczonym mnichem jak równy z równym, a wokoło nikt nie miał pojęcia, o czym tak gadają godzinami, po łacinie i w dziwnych cudzoziemskich językach

Jeno nie zaprzyjaźnił się z synem kowala. Widywali się tylko w kuźni, przy robocie, która nie sprzyjała rozmowom, Jaszek patrzył na ojcowego ucznia niezbyt życzliwym okiem. Był od Jeno starszy, może zazdrościł mu sprawności, a ponadto zwykle jego myśli błądziły daleko i rzadko wokół spraw ziemskich. Bywało, że kowal musiał trzeź-wić syna jedynym sobie znanym sposobem, razami po plecach.

Jaszek krótko zresztą pracował w kuźni. Któregoś dnia ojciec Ambroży przyprowadził trzech wielce poważanych uczonych, przed którymi Jaszek musiał zdać długi i trudny egzamin. Pod wieczór mnisi skończyli przepytywanie i jeden z nich oświadczył kowalowi, że postanowili wziąć Jaszka na utrzymanie klasztoru. Zapewniali mu dożywocie, jeśli zechce służyć im swoją pamięcią, i prosili Hanka o zgodę. Kowal namyślał się przez noc, ale przeważył argument jego żony, że do Mstowa niedaleko, więc kiedy tylko zechcą w jeden dzień dojdą tam i z powrotem. Rano więc Hanek powiedział: Zgoda.

Tej niedzieli kowal poszedł z synem do swojego kościoła po raz ostatni. Zwykle razem z Jeno nosili chłopaka lub wozili go na małym wózku, na długo przed nabożeństwem. Sadzali Jaszka w ławce wykupionej przez Hanka jakiś czas temu i Jeno wychodził na zewnątrz, gdzie pod kościelnym murem stał przez całe nabożeństwo. Po mszy zabierali chłopaka do domu.

Ojciec Ambroży, człowiek bardzo pobożny i wszystkim życzliwy, nie był zadowolony, że Jeno nie uczestniczy w nabożeństwach jak należy i uważał, że jego inność nie jest wystarczającym powodem, aby utrzymywać go w pogaństwie. Jeszcze w pierwszym roku pobytu Jeno w kuźni został on ochrzczony, a ojciec Ambroży osobiście zajmował się nawracaniem go na prawdziwą wiarę.

- Obowiązkiem każdego chrześcijanina jest miłować bliźniego i pomagać mu dotrzeć do prawdziwego światła - mówił, kiedy Hanek wyrażał niezadowolenie z tych praktyk. - To przecież tylko dziecko. Wy sami macie zasługę, żeście go wzięli od czarownicy, tedy doprowadźcie rzecz do końca, niech będzie jak inni.

Tak więc ojciec Ambroży zadbał o duszę Jeno, robiąc z niego chrześcijanina, choć tylko niektórzy z mieszkańców osady dostrzegli różnicę, bo dla większości pozostał kimś podejrzanym, synem czy wychowankiem czarownicy, przed którym lepiej mieć się na baczności. Jeno mógł chodzić do kościoła i jak inni uczestniczyć w nabo-żeństwach, ale wolał trzymać się na uboczu i jak dawniej przychodził do świątyni tylko po to, aby po skończonej mszy zabrać stąd Jaszka.

Noszenie Jaszka było niełatwe i kowal, kiedy ustalił już, że Jeno będzie mu pomagał, od razu przygotował sobie rzemień, aby przełamać opory ucznia. Jednakże krnąbrny Jeno tylko za pierwszym razem nie okazał zapału, potem wykonywał polecenia bez szemrania. Mistrz przypisywał to swojemu darowi przekonywania i nie wiedział, że Jeno ma własny powód, aby każdej niedzieli chodzić do kościoła.

Często widywano w nim pana Jakuba, który przyjeżdżał na mszę z żoną, córką i licznymi domownikami.

Pani Agnieszka tylko w wielkie święta pokazywała się u boku męża. Zgorzkniała i osamotniona niechętnie opuszczała dwór, a i tutaj najbardziej lubiła przebywać w swoich komnatach. Jedynie kluczy nie wypuszczała z ręki. Rządziła gospodarstwem twardą dłonią i choć czasy nie sprzyjały temu, nigdy jeszcze w spichrzach i komorach nie było tylu zapasów żywności: zboża, mięsa, piwa, suszonych ryb, serów, owoców i soli, a w komorach skór, szat i sprzętów.

Poród znowu wypadł jej przedwcześnie i znowu urodziła córkę, która zmarła ledwie po tygodniu, zanim nadano jej jakiekolwiek imię. Tym razem pan Jakub, który przyjechał do domu trzeciego dnia po porodzie, nawet nie odwiedził żony, zamkniętej w swoich pokojach.

Agnieszka, opuszczona i pełna żalu do całego świata, zaniedbywała się coraz bardziej. Chodziła na co dzień w starej niebieskiej sukni i wyblakłym czepku i ludzie mówili, że bardziej przypomina służącą niż wielką panią. Mąż nie zabierał jej ze sobą, rzadko przyjeżdżali goście do Lipowej, więc Agnieszka uznała, że nie ma dla kogo się stroić. Kiedy czasami ktoś z sąsiadów zjawiał się w odwiedziny, najczęściej nie opuszczała swoich komnat, chyba że dopiero po tym, jak już wydano ze spichrzów wszystko, co było przeznaczone na poczęstunek. Zwykle nie było też tego wiele i jej skąpstwo zaczęło być znane w okolicy. Kiedyś, gdy przyjechali krewni pana Jakuba z Wielkopolski, kazała im przez służbę powiedzieć, że nie czuje się zdrowa i na razie nie ma nadziei, że prędko wydobrzeje. Bywało, że goście, bawiący w Lipowej przez dwa tygodnie, nie widzieli jej ani przez chwilę.

Rozmowy pana Jakuba z małżonką ograniczały się najczęściej do spraw gospodarskich. Przeważnie on wydawał polecenia lub mówił, czego oczekuje, a ona, choć nie odpowiadała, starała się wypełniać te rozkazy dokładnie, nieco tylko, wedle własnej woli, je zmieniając. Musiała zmieniać, bo co mógł wiedzieć o gospodarstwie ktoś, kto większą część roku spędzał poza domem, włócząc się po obcych dworach, wojując daleko od domu albo polując całymi tygodniami, a tylko dla zabawy.

Pan Jakub wyjeżdżał bez powiadamiania żony o swoich zamiarach. Służba uśmiechała się potem złośliwie po kątach, kiedy pani Agnieszka dopytywała się, kiedy, jak i dlaczego tak pospiesznie. Takie nagłe wyjazdy miała za kolejne upokorzenie i zwykle cały dzień siedziała u siebie, płacząc i złorzecząc na przemian. Wcale nie uważała, że Jakub może robić co chce, bo choć rzadko dawał temu świadectwo, był przecież jej prawowitym mężem.

Rankiem następnego dnia rzucała się do rozmaitych prac i ci wszyscy, którzy poprzedniego pozwolili sobie na uwagi, uśmiechy czy lenistwo, mieli teraz czego żałować.

Dopiero po południu sprawy gospodarskie zetknęły panią Agnieszkę z mężowskim zarządcą dworu, Szczepanem Sową. Przez minione lata stosunki między nimi jakoś się poprawiły. Szczepan doceniał jej pracę i dbałość o dwór, czasem nawet trochę współczuł pani, widząc ją opuszczoną i samotną.

Szczepan zobaczył Agnieszkę na dziedzińcu, kiedy wychodziła z lamusa, i poszedł od razu w jej kierunku.

- Jestem na wasze rozkazy - powiedział grzecznie.

Po starciach i kłótniach pierwszego roku zaczął zachowywać się uprzejmie, a Agnieszka odpłacała mu tym samym. Przez tych kilka lat nauczyli się nie wchodzić sobie w drogę.

- Pan wyjechał tak szybko, że nie o wszystkim zdążył mi powiedzieć. Ale wy macie mi przekazać, co ważne. Jakie więc macie plany?

Szczepan uważnie popatrzył w oczy pani. Było mu żal tej młodej jeszcze, a opuszczonej i samotnej kobiety. Oboje wiedzieli, że w sprawach całego majątku pan Jakub zdawał się całkowicie na swojego rządcę, a ten nie był obowiązany opowiadać się przed kimkolwiek innym. Ale oboje po raz kolejny udali, że panuje między nimi pełna zgoda.

- Zwyczajne zajęcia, pani - głos Szczepana był spokojny i uprzejmy. - Najwięcej ludzi wysłałem do karczowania za małym potokiem. Do prac na polach wyznaczyłem już starszych i mam nadzieję, że nie będziecie chcieli ich zmieniać. Sam też dopilnuję wykonania kar, jakie pan Jakub nałożył.

- Dużo tego?

- Nie więcej niż zwyczajnie. Dwóch ma dostać po trzydzieści kijów. A jeden, którego złapano na zbrodni, czeka związany w szopie na żołnierzy pana Mikołaja z Potoka, żeby zabrali go do lochu. Za dwie niedziele przypada pora zebrania daniny z osady po lewej stronie rzeki i was prosiłbym, byście jak zawsze zechcieli dopilnować składania zapasów do spichrzów.

- Oczywiście, to przecież moje obowiązki. Co jeszcze?

- Więcej kłopotów będziemy mieli za trzy, cztery niedziele. Spodziewam się, że zechcecie część swojego czasu przeznaczyć i na inne obowiązki.

- A cóż to takiego?

- Zaczną się roboty nad rozbudową zamku. Możemy spodziewać się robotników z królewskich dziedzin, których przybędzie trzydziestu, z własnym majstrem, podobno bardzo dobrym. Pan Jakub zobowiązał mnie, abym dał z naszych ludzi tylu, ilu możemy.

- Ach, wiem, oczywiście - szybko zapewniła pani Agnieszka. - Mój mąż dokładnie opowiadał mi o tych planach. Troskał się tylko, że nie nastarczymy z robotnikami.

- Możecie się przestać niepokoić - zapewnił Szczepan. - Już się tym zająłem. Sam przypilnuję, aby stawili się wszyscy zobowiązani do pracy wedle prawa o naprawie grodów. Po zakończeniu prac polowych skierujemy tam też naszych ludzi, bo najwięcej zależy nam na murarzach i cieślach.

- To może być mało - upierała się pani Agnieszka. - Król podobno zamierza rychło oglądać zamek i byłoby dobrze, żeby widać było postęp robót.

- To może zechcecie dać do pomocy ludzi z dworskiej czeladzi? - niby niepewnie zapytał Szczepan.

- Zechcę, zechcę - prawie uśmiechnęła się Agnieszka. - Dam z pół tuzina pachołków, co to się kręcą bez roboty i tylko patrzą, gdzie głowę przyłożyć i pospać. I dam dziewki do obsługi kuchni. Przecie dla takiej gromady trzeba będzie dużo strawy i chyba najlepiej kuchnię urządzić...

- Prawda - przyznał Szczepan z niejakim zakłopotaniem. - Nie najlepiej z żywnością o tej porze roku, trudno żeby przy ciężkiej pracy żyli samą kaszą. Myślałem, że może zezwolić na polowanie...

- Oj, Szczepanie, Szczepanie! - Agnieszka żartobliwie pogroziła palcem zarządcy. - Widać, że jednak nie o wszystkim pomyśleliście. Mają polować? To niby kiedy wezmą się do roboty? Tu trzeba inaczej. Kuchnię urządzimy przy zamku, od wschodniej strony. Dam pachołków i dziewki, a mieszczanie z Holsztyna niech urządzą dla swoich drugą. Sami wynajdziecie odpowiedniego człowieka, żeby nad tym wszystkim czuwał. Jestem pewna, że dopiero wtedy robota ruszy. Tylko narzędzia policzcie dokładnie i zadbajcie, żeby wszystkie wróciły na swoje miejsce. A kiedy mój mąż powróci, zachwyci się postępem i z kasztelanem Mikołajem śmiało będą mogli pokazać królowi, że nie zmarnowano pieniędzy na ten cel przeznaczonych.

Szczepan Sowa znowu pochylił się w niskim ukłonie.

- Dziękuję, pani.

Agnieszka podeszła bliżej i dotknęła dłonią kaftana rządcy.

- Wiem, że nikt mnie tutaj nie lubi - powiedziała niespodziewanie poważnie. - Wiem, że choć lata płyną, stale mnie wszyscy porównują z panią Krystyną. Nie musicie zaprzeczać. Ale wszystkie te sprawy tutaj są zbyt poważne, byśmy się mieli kłócić. Czyż nie chcemy oboje, aby pan Jakub był zadowolony? Czy sprawienie mu radości, a przez to i zadowolenie króla Kazimierza, nie jest naszym obowiązkiem? Więc ułóżmy się i nie sprzeczajmy tam, gdzie to nie jest konieczne. Ja wam w drogę wchodziła nie będę, więc i wy zechciejcie zająć się sprawami, które wam powierzono, na których rozumiecie się lepiej ode mnie, a do których wyznaczył was mój mąż.

Szczepan milczał niepewnie. Spojrzenie Agnieszki było jednak pełne łagodności i nie dopatrzył się w nim zdrady czy podstępu.

- Więc jak będzie? - zapytała pani. - Ofiarowuję wam jeśli nie moją przyjaźń, to na pewno lojalność. Co wy na to? Zechcecie dalej pracować ze mną i dobrze wykonywać wszystkie obowiązki? Ja nie będę kontrolowała was, wy nie będziecie kontrolowali mnie. Oboje zdamy sprawę przed panem tego domu. Więc zgoda?

- Zgoda, pani - powiedział Szczepan po chwili. - Wybaczcie, że kiedyś źle o was myślałem. Teraz tak nie myślę, bo wiem, jak wam zależy na tym, by Lipowa była dobrym, dostatnim domem mojego pana. A że, jak powiadają ludzie, pan Jakub czasem jakby o was zapomina...

- To nie wasza sprawa, Szczepanie - przypomniała Agnieszka z naciskiem.

- Tak właśnie chciałem powiedzieć, pani. Nie moja sprawa. Nie życzę wam źle, to pewne. I chętnie będę wam służył. Ostatnio nieźle nam szło, ale myślę, że można to jeszcze poprawić...

Ukłonił się i odszedł, zostawiając panią Agnieszkę na środku dziedzińca, gdzie toczyli tę rozmowę. Pani uśmiechnęła się do siebie ze źle ukrywanym zadowoleniem.

- No i widzisz, Szczepanie - powiedziała półgłosem. - Nie jesteś wcale taki nieugięty. Znalazłam i na ciebie sposób. Jeszcze trochę, a będziesz jadł z ręki.

A potem dodała:

- Tylko się nade mną nie użalaj. Dam sobie radę i bez tego.

Wszyscy coraz bardziej podziwiali Alenę, która pod troskliwą opieką Stronki wyrastała na piękną dziewczynę, największy skarb Lipowej. Miała wszystkie zalety swojej matki, a że wielu pamiętało jeszcze panią Krystynę, więc i córka cieszyła się miłością i szacunkiem całej okolicy. Była otwarta, wesoła, chętnie gawędziła ze wszystkimi i nikt już nie pamiętał, jak bywała płaczliwa i dokuczliwa jako małe dziecko. Chowana pomiędzy innymi dworskimi dziećmi, umiała się z nimi zaprzyjaźnić. Opiekunka traktowała ją jak najukochańszą córkę i pobłażała w wielu sprawach, choć potrafiła też być stanowcza i wymagająca. Dziewczyna rosła na zdrowe, silne i piękne stworzenie, obdarzone przy tym darem nie tak znowu częstym: zdrowym rozsądkiem.

Kiedy po dłuższej nieobecności powrócił do Lipowej pan Jakub, nadziwić się nie mógł, jak wydoroślała. W niczym nie przypominała zastrachanego, płaczącego dziecka, jakim była jeszcze przed dwoma laty.

- Mój Boże - powiedział. - Jakaś ty podobna do matki!

Kiedy zaś jak zwykle przytulała się do niego przy powitaniu i szybkimi słowami opowiadała o wszystkich wydarzeniach, które zaszły podczas jego nieobecności, poczuł nagłe zmieszanie.

- To chyba już nie przystoi, taka jesteś duża - mówił niepewnie i trochę tylko żartobliwie.

Potem długo siedzieli w świetlicy, gdzie poważnie opowiadała mu o wszystkim, co zdarzyło się w Lipowej od jego wyjazdu, aż wreszcie Stronka zapędziła ją do łóżka, nie słuchając ani jej, ani też próśb pana Jakuba.

- Tak trzeba - upierała się. - Wy, panie Jakubie, znacie się na wielu poważnych, męskich sprawach, ale na wychowaniu dzieci nie rozumiecie się zupełnie.

Ważność Stronki bardzo urosła w ostatnich latach, a jej samej służył pobyt na dworze. Była opiekunką dziewczynki, jej powiernicą i ostateczną wyrocznią we wszystkich sprawach, jakie jej dotyczyły - nikt już o nic, co miało związek z Aleną, nie pytał pani Agnieszki.

- Jestem zadowolony - powiedział później do piastunki pan Jakub. - Jestem bardzo zadowolony. Niech Bóg da wam zdrowie, Stronka, byście moją córką mogli opiekować się jak najdłużej.

- Nie musicie dziękować, panie - oponowała Stronka. - Kocham Alenę jak własne dziecko i dbam o nią jak o córkę. Gdyby jeszcze pani Agnieszka nie wtrącała się tak często ze swoimi rozkazami...

- No cóż, z jej zdaniem też musicie się liczyć - odpowiedział, ale zaraz mrugnął porozumiewawczo. - Choć może nie tak bardzo. Pani Agnieszka ma dość swojej roboty.

Pies wabił się Bury, do niedawna widać go było wszędzie, był wielki, kudłaty i silny. Teraz leżał bezwładnie na ziemi, z głową pomiędzy łapami i groźnym warczeniem odpowiadał na próby zbliżenia się kogokolwiek.

Do dworu przyczłapał rano, nikt nie wiedział, w jakiej przygodzie uczestniczył. Jakoś dowlókł się do stajni, gdzie psy pana Jakuba miały swoje miejsce, ale nie wszedł do środka, a położył się przed wrotami. Służącego, który próbował go przegonić, ugryzł boleśnie w rękę.

Chłopak wrzasnął i chciał dobić zwierzę, lecz powstrzymał go rządca Szczepan, który właśnie nadbiegł.

- Ani się waż! - krzyknął. - To ulubiony pies pana Jakuba!

- Kiedy on i tak zdechnie - próbował bronić się pachołek.

Szczepan obejrzał psa, jego rany na szyi i głowie, naderwane ucho, strzaskaną przednią łapę i pokręcił głową zmartwiony.

- Źle - zawyrokował. - Tylko nic nie mówcie panience.

Alena jednak już się dowiedziała i przybiegła, pełna żalu i przestraszona. Nim Szczepan zdążył ją powstrzymać, podeszła do psa i delikatnie pogłaskała go po głowie. Zmrużył oczy, zaskomlał, ale poddał się pieszczotom.

- Zróbcie coś - zażądała. - Chyba bardzo go boli.

- Niewiele można zrobić - Szczepan odetchnął, kiedy panienka odsunęła się od Burego. - Wdał się w bójkę z jakimi wilkami, bo przecież byle pies nie dałby mu rady.

Ugryziony pachołek tymczasem pokazywał innym głębokie ślady zębów Burego na swojej ręce. Kiwali głowami ze współczuciem, ale czekali, co powie zarządca.

- Idź szybko do kowalskiego pomocnika - poradził któryś. - Opatrzy, a i uroki odczyni.

- Prawda - potwierdził drugi. - Mało to rozmaitej zwierzyny wyleczył? Moglibyście, Szczepanie, kazać mu przyjść i do Burego.

- Pomocnik kowala? - zaciekawił się zarządca. - Ten z dziwnymi oczami?

- Ten sam. Mówią, że chociaż to niedorostek, medyk z niego zawołany.

- Pewnie - podchwycił inny. - Przecież to wychowanek starej Gościchy. Zna różne sztuczki i sposoby. Tylko na te jego oczy trzeba uważać. Lepiej być uprzejmym, bo gotów zaczarować samym spojrzeniem.

- Który pójdzie? - zapytał Szczepan i zwrócił się do pogryzionego. - Może ty? Przyprowadź chłopaka. Obiecaj mu sutą nagrodę, ale niech przybiegnie od razu.

Kowal Hanek kręcił nosem, że musi zwolnić pomocnika z roboty, ale kiedy usłyszał, że pachołka wysłał Szczepan Sowa, nie sprzeciwiał się więcej.

- Tylko mi wróć prędko - zażądał, kiedy opatrzono już prowizorycznie dłoń pogryzionego.

Poszli szybko, prawie biegli i wkrótce byli na miejscu. Służba rozeszła się już do swoich zajęć i przy Burym zostali tylko Szczepan z Aleną. Zarządcy też było pilno do obowiązków, ale nie mógł odejść od dziewczyny, bo koniecznie chciała uspokajać psa, a to mogło być niebezpieczne. Szczepan zostawił więc wszystko, bo nie było na świecie rzeczy, której odmówiłby ukochanej panience. Na szczęście przyszła również Stronka i ta trzymała wychowankę w odpowiedniej odległości od zwierzęcia.

Jeno nadszedł jak zwykle milczący, ze spojrzeniem wbitym w ziemię, bo unikał patrzenia rozmówcom w oczy, wiedząc, że ich to wystrasza. Ukłonił się niewiastom, potem Szczepanowi.

- To ty? - zdziwiła się Stronka i wyjaśniła Alenie: - On znalazł twoją dawną zabawkę.

- Wiem - uśmiechnęła się Alena. - To on wyciągnął mnie z wody. Gdy się topiłam.

Podbiegła do Jeno i chwyciła go za ręce. Zesztywniał, zaskoczony i jakby w obawie, że jeśli się poruszy, może uszkodzić to kruche stworzenie. Poza tym wstydził się trochę swojego wyglądu, bo był w codziennym ubraniu i odszedł wprost od kowalskiego pieca. Alena jednak nie zwróciła nawet uwagi, że jej dłonie pobrudziły się sadzą z jego rąk.

- To nasz kochany Bury - powiedziała, prowadząc chłopaka do miejsca, gdzie leżał pies. - Mówią, że umiesz leczyć. Bardzo więc proszę, wylecz Burego. Jest taki biedny i tak okropnie cierpi.

Niebieskie oczy patrzyły z ogromną ufnością. Jeno, choć dałby wiele za ten miły dotyk dłoni panienki, ostrożnie uwolnił się od nich.

- Sam pójdę - powiedział wyjaśniająco. - Może być niebezpieczny.

Z woreczka, który miał przy pasie, wyjął szczyptę jakiegoś proszku i polecił, żeby rozpuszczono go w miseczce z gorącą wodą. Szczepan przywołał dziewkę służebną, powtórzył to jako własne polecenie, a sam uważnie śledził poczynania kowalskiego pomocnika.

Jeno wolno podszedł do leżącego zwierzęcia, trzymając w ręku pęk jakiegoś ziela, które podetknął psu pod nos, a potem położył mu dłoń na łbie. Przemawiał przy tym łagodnie, opanowanym głosem. Pies wydawał się spokojny, dyszał tylko ciężko i uważnym spojrzeniem wodził za ręką chłopca. Trwało to dosyć długo, Jeno oglądał rany, badał złamaną łapę i czekał, aż służąca przyniesie miseczkę z naparem.

Nadeszła wkrótce, idąc wolno i starając się nie uronić kropelki. Napar był gorący, więc Jeno postawił miseczkę przed sobą i studził. Kiedy uznał, że już nie parzy, zanurzył palce w naczyniu, a potem zbliżył je do psiego pyska i wlewał do niego napar kropla po kropli. Po jakimś czasie uznał, że już wystarczy. Nie zdejmując drugiej ręki ze łba psa, odwrócił się i powiedział do Szczepana:

- Będę potrzebował pomocy. Podejdźcie powoli i chwyćcie go za pysk. Jest osłabiony po tym lekarstwie, ale jeszcze może ugryźć.

Szczepan bez wielkiej ochoty wykonał, o co go proszono. Trzymał obiema garściami zaciśnięty pysk psa, kiedy Jeno zwitkiem trawy czyścił rany, zakładał lekarstwo i owijał ciało zwierzęcia lnianymi szmatami. Kawałkiem rzemyka zawiązał łupki założone na łapę i zażądał dalszych rzemieni.

- Wydobrzeje - powiedział, kierując słowa do Aleny. - Ale trzeba go związać, bo inaczej gdy tylko poczuje się lepiej, zerwie opatrunki.

Kiedy przyniesiono rzemienie, Jeno związał tylne nogi psa, a na pysk założył pętlę. Pies był tak osłabiony, że uspokoił się już po kilku próbach zerwania więzów. Leżał w miejscu i tylko popiskiwał.

- Lekarstwo będzie działać do jutra - zapowiedział Jeno. - Jutro ból powróci, a z nim powrócą siły. Będzie się rzucał i warczał. Trzeba dopilnować, żeby przez cały dzień utrzymały się opatrunki.

Kazał przenieść psa bliżej ściany stodoły i odgrodzić go od innych zwierząt i domowego ptactwa.

- Przyjdę tu jutro - obiecał. - Jeśli do tego czasu nie zdechnie, będzie żył.

- Przyjdź koniecznie - prosiła Alena. - Będziemy tu na ciebie czekać i modlić się, aby Bury przetrzymał. Jeśli tak się stanie, mój ojciec na pewno cię wynagrodzi.

Szczepan Sowa podrapał się po głowie. Na jego twarzy widać było zafrasowanie.

- Panienko - powiedział, zniżając głos. - Mnie się zdaje, że nie trzeba wszystkim mówić o tym, co tu widzieliśmy. Komuś mogłyby się nie spodobać te tajemnicze napoje, które zrobił kowalski pomocnik. Widziałaś przecież, jak Bury zachowywał się po wypiciu ledwie kilku kropel.

- Lepiej zachowajmy to dla sobie - zgodziła się Stronka i mrugnęła porozumiewawczo do Jeno. - Dziękujemy ci, mój chłopcze. Ale i sam też może o tym nie rozpowiadaj.

POCZĄTEK

Ziemia Kaliska, październik 1345

Jura podniósł gruby, sękaty kij i pogroził nim gromadzie.

- Stójcie! Sam to zrobię.

Zatrzymali się, bo choć pełni byli złości i to wściekłość przywiodła ich tutaj, czuli mores przed ciężką ręką kowala.

Stali półkolem, ledwie o dziesięć kroków, uzbrojeni w widły, kije, pałki i co tam kto miał pod ręką. Synowie sołtysa dzierżyli stary, ciężki ojcowski miecz. Nawet dzieci przybiegły z witkami. Dyszeli nienawiścią i strachem. Krzyczeli: Spalić czarowników!

Kowal podniósł dumnie głowę.

- Sam to zrobię - powtórzył. - I niech to spadnie na wasze dusze.

Odrzucił kij, śmiało podszedł do najbliższego z tłumu i wyrwał mu z ręki pochodnię. Potem wielkimi krokami zbliżył się do chaty. Śledzili uważnie każdy jego ruch. Może byli i tacy, którzy nie dowierzali, że ośmieli się podłożyć ogień, ale i oni czekali.

Jura otworzył drzwi i cisnął pochodnię do wnętrza chaty. Ledwie wycofał się o kilka kroków, dym już pokazał się w szparach ścian, potem zaczął przeciekać przez dach, aż wreszcie buchnął wysokim płomieniem.

Twarze zebranych łagodniały, w miarę jak pożar rozszerzał się i trzaskał. Wiedzieli, że wygrali i kowal nie zostanie tutaj. Nawet najbardziej zaślepieni nienawiścią widzieli wór, przygotowany do podróży, i zrozumieli, że już wygrali z przeklętym.

- Wynoś się! - powiedział ktoś, a tłum podchwycił głos z radosnym szumem.

Patrzyli, jak mocuje się z workiem, ale nikt nie śmiał podejść. Kowal zaś ani na chwilę nie opuścił sporego zawiniątka, które trzymał na lewym ramieniu. Wreszcie zarzucił wór na plecy, chwycił kij i wyprostowany stanął naprzeciw wszystkich.

Opuścili już wzniesione kije i pięści z kamieniami. Kowal się poddał, ale wszyscy, choć czuli siłę gromady, dobrze wiedzieli, jaki jest silny. Woleli patrzeć z daleka.

- Odchodzę - chrapliwie zawołał Jura i powtórzył swoją zapowiedź, jak gdyby chciał przekonać ich, że sam tak postanowił, że to nie oni zmusili go do porzucenia rodzinnego domu.

Odwrócił się do chaty, która była już jednym wielkim płomieniem, a po chwili raz jeszcze spojrzał na gromadę.

- Nie życzę wam szczęścia - cisnął. - Jeszcze tego pożałujecie!

Wtedy się poruszyli. Odpoczęli już po biegu na skraj wsi, widok ognia dodał im sił. Zamachali kijami, posypały się złorzeczenia i groźby.

- Idź precz!

- Nie chcemy tu czarowników!

- Wynocha!

- A choćby do piekła!

- Nawet się nie oglądaj!

Kowal splunął przed siebie z pogardą, a potem ruszył. Za krzykami od gromady poleciały patyki, kamienie, kępy zielska.

- Lucyperski pomiot!

- Przeklętnik!

- Czarcie nasienie!

Jakiś kamień dopędził go i boleśnie ugodził w ramię, akurat to, na którym trzymał zawiniątko. Syknął, ale nie przystanął i nie obejrzał się.

Szedł chyżo krętą ścieżką, która omijała pożółkłe zagony i wkrótce przez sosnowy lasek wywiodła go na pagórek. Tutaj zatrzymał się i spojrzał za siebie.

W dole leżała wieś, ukryta nieco za drzewami. Na jej krańcu dym wyznaczał miejsce, które niegdyś było domem.

- Nigdy! - powiedział z zawziętością. - Przenigdy nie stanie tu moja noga!

Zawiniątko zakwiliło. Kowal odstawił kij pod drzewo, ostrożnie odwinął płótno i spojrzał w drobniutką, czerwoną buzię dziecka. Patrzyło na niego dwoje zapłakanych oczu - jedno niebieskie, a drugie brązowe.

Mężczyzna wyciągnął rękę ku tej twarzy, a wtedy malutkie usta chwyciły jego palec i zaczęły ssać. Płacz umilkł. Kowal opatulił dziecko na powrót i wziął kij do ręki.

- W drogę! - rzucił prawie wesoło. - W drogę! Przekonajmy się, jak wielki jest ten świat!

Szedł równym krokiem i jeszcze przed wieczorem trafił na ścieżki, na których nigdy nie był. Prowadziły do miejsc, o których ledwie słyszał, a nie spotkał nikogo, kto by pochodził stamtąd. Przyszłość rysowała się nieodgadniona, niejasna, czaiła się gdzieś hen za górami.

Kroczył naprzód, mocnymi stopami wystukując rytm. Patrzył przed siebie i tylko czasem sprawdzał, popatrując na słońce, czy zdąża w wybranym kierunku: na południe. Nie zauważał prawie niczego, co mijał: trawiastych pagórków, jesiennego lasu, stawów i strumieni, zwierząt i ptaków. Nie widział ani barw, ani kształtów. Widział tylko zajętą ogniem chatę i twarz kobiety, której ciało spłonęło wraz z jego domem.

KSIĘŻYCOWE ZIOŁA

Księżyc oświetlał jasno całe pole i stok wzgórza. Gościcha patrzyła na pełną tarczę przez jakiś czas, pociągała nosem, jakby węsząc, a potem klepnęła po plecach stojącego przy niej Jeno.

- Już pora - powiedziała. - Zioła dojrzały i wykąpały się w świetle. Teraz zbierzmy je szybko, póki księżyc się nie schowa.

Chłopak posłusznie wyjął zza rzemienia, którym był przewiązany, kilka płóciennych woreczków. Stara wydzieliła mu dwa, a pozostałe zabrała ze sobą.

- Pójdziesz na prawo - poleciła. - Spotkamy się koło tamtego kamienia. Pamiętaj, zbierasz tylko kwiaty tasznika i podbiału. Sama znajdę wszystko inne.

Ruszyli łąką i po stoku, oddalając się coraz bardziej od siebie. Pracowali w milczeniu, szybko i sprawnie. Ziół nie brakowało, więc już po chwili Jeno miał napełnione woreczki. Wyprostował się, żeby zawołać opiekunkę, kiedy wielki cień przesłonił mu nagle światło.

- Duch! - krzyknął Jeno, raczej zdziwiony niż przestraszony. Obcując na co dzień z Gościchą, jej zwierzętami i jej zaklęciami, nie bał się prawie niczego.

Duch zaśmiał się jak najbardziej ludzkim głosem, chwycił chłopaka za kark i wielką łapą zasłonił mu usta.

Był wielki, pokryty zwierzęcymi skórami, miał rogi na głowie i pachniał dymem jak prawdziwy czart z piekła.

- Cicho, bachorze! - warknął. - Bo kark ci skręcę!

Jeno szarpnął się, ale nie udało mu się wyrwać z uścisku. Machał rękami, kopał nogami, nie robiło to jednak na trzymającym najmniejszego wrażenia. Wielkolud niósł chłopaka przed sobą i przyspieszając kroku, schodził z pagórka ku nieodległemu lasowi.

- Marama, stój! - skrzeczący krzyk Gościchy, niespodziewany a głośny i wyraźny, osadził na miejscu rozbójnika.

Rozejrzał się i nie od razu zobaczył starą, bo pochylona nad laską, prawie nie była widoczna pomiędzy wysokim zielskiem.

- Stój, bo pożałujesz! - powiedziała groźnie i ruszyła ku niemu chwiejnym krokiem, utykając.

Roześmiał się.

- Nie dogonicie mnie, babko - mruknął, ale nie poszedł dalej.

- Moje zaklęcie cię dogoni.

Marama podniósł dziecko wyżej, odwracając jego twarz ku światłu. Jeno nadal wyrywał się z całych sił i zbój musiał walnąć go pięścią po plecach, żeby się uspokoił.

- To mój chłopak - powiedział Marama do Gościchy, która była już o kilka kroków. - Poznaję po tych przeklętych oczach.

- Oddaj go - zażądała. - Teraz on mój.

- Odkupię - oznajmił Marama. - Dam dużo więcej niż wy mnie kiedyś.

- Nie jest na sprzedaż. Nikt ci nie kazał go sprzedawać, sam do mnie przyszedłeś. Jest mi potrzebny do roboty. Puść go i ruszaj swoją drogą.

Rozbójnik roześmiał się ponownie. Gościcha wyglądała znacznie gorzej niż przy poprzednim spotkaniu. Skurczyła się, pochyliła. Pewnie i sił jej ubyło. Marama nie zamierzał łatwo rezygnować. Nie po to przecież stracił tyle czasu, idąc ich tropem, żeby teraz miał odstąpić od swoich zamiarów.

- Wcale się was nie boję - powiedział zuchwale. - Ale nie chcę się z wami próbować. Po dobrej woli proszę, byście mi go zwrócili. Dobrze zapłacę. Co wam po nim? Jeszcze rok czy dwa i sam ucieknie, a wy go nie upilnujecie. Starzy jesteście, babko. Macie już pewnie ze sto lat...

- I cztery - uzupełniła Gościcha.

- Właśnie. Ani chybi wkrótce zemrzecie gdzieś pod drzewem. Wtedy chłopaka i tak znajdę.

Taka możliwość najwyraźniej nie bardzo podobała się staruszce.

- Już ci mówiłam, żebyś trzymał się od niego z daleka - przypomniała. - Jak nie posłuchasz, gorzko pożałujesz.

- A ja wam mówiłem, żebyście mnie nie straszyli. Kiedy on taki groźny, od razu trzeba go zabić.

Marama sięgnął do pasa po długi nóż.

Chwilę tę natychmiast wykorzystał Jeno. Uwolnił głowę, pochylił ją i z całych sił ugryzł rozbójnika w przedramię. Marama wrzasnął, wypuścił nóż, chwytając zdrową ręką bolące miejsce. Ale Jeno już wyśliznął się z jego objęć i już pędził pomiędzy trawami.

Marama zaklął, a Gościcha zaśmiała się cicho.

- Uprzedzałam cię - powiedziała z zadowoleniem. - Zbieramy tu zioła, bo właśnie dojrzały przy pełni księżyca. Ale tobie nie pomogę. Może będziesz miał szczęście i nie umrzesz od zębów chłopaka.

- Zabiję bachora! - pienił się Marama. - Znajdę i ubiję jak psa!

- Trzeba było słuchać, jak cię ostrzegałam. Po coś go zabierał z lasu? A teraz odejdź stąd, bo muszę skończyć swoją robotę.

Nie ruszył się z miejsca, nadal obmacując pogryzioną rękę, więc dodała:

- Ostatni raz mówię, Marama. Za chwilę księżyc się skryje. Jeśli do tego czasu nie schowasz się w lesie, zamienię cię w jaszczurkę.

Odwróciła się i podreptała w kierunku skały. Marama odszukał nóż w trawie, włożył go za pas, a potem, przeklinając i złorzecząc, oddalił się pospiesznie.

Gościcha dreptała wokoło chaty wyraźnie zafrasowana. Jeno siedział na pniaku przed domostwem i opatrywał skrzydło rannemu bocianowi, zerkając spod oka na opiekunkę. Nigdy jeszcze nie widział jej tak przygnębionej i to go niepokoiło. Dziwnie jasno i mocno przeczuwał niebezpieczeństwo. Ale bał się pytać. Próbował nawet, ale ofuknięty zamilkł i czekał, co stara powie.

Był jej posłuszny jak matce. To ona dawała schronienie w chacie, karmiła, uczyła leczyć zwierzęta. Znała wiele groźnych zaklęć, dzięki którym nic złego mu się nie przytrafiło. Aż do dziś.

Gościcha długą chwilę przyglądała się chłopcu. Nie powiedziała nic, ale od razu odgadł, że dzieje się coś niedobrego. Był tylko dzieckiem, więc raczej czuł, niż wiedział.

- Musisz odejść, chłopaczku - powiedziała.

- Dokąd? - Jeno odstawił boćka i popatrzył na opiekunkę. - I czy mogę później, teraz tak pięknie się bawimy.

- Trzeba, żebyś odszedł zupełnie - wyjaśniła. - Nie możesz mieszkać tu ze mną.

- Jak to nie mogę? - zapytał z niepokojem. - Wyrzucacie mnie?

Gościcha niezwykłym dla niej gestem objęła chłopca.

- Nie jesteś tu bezpieczny, Jeno. Nie dam rady cię ochronić, jestem już stara, nie mam tyle sił co dawniej. Marama, ten zbój, nie odpuści. Będzie kręcił się w pobliżu, będzie czekał na odpowiednią sposobność, aż w końcu taka się nadarzy. Pójdziesz do lasu albo z ziołami, a on się przyczai i cap, złapie. A kiedy złapie, zabije.

- Mnie? - zdziwił się Jeno. - Czemu miałby mnie zabić? Za to, że ugryzłem go w rękę?

Roześmiała się, ale nie był to śmiech wesoły.

- Dobrze, że go ugryzłeś - mruknęła. - Inaczej już spełniłby swoją groźbę. Czas, żebyś dowiedział się o tym wszystkim. O tym, czego on się boi.

- Co powiedzieliście, ciotko? Czego boi się Marama? I dlaczego jest taki zawzięty na mnie?

Gościcha machnęła ręką zniecierpliwiona.

- Widzicie go! Wszystko chciałby wiedzieć! Nie powiem ci wszystkiego, bo jesteś za mały, a nawet i później nie powiedziałabym. Niech ci wystarczy, że masz się go wystrzegać jak ognia. Zawsze i wszędzie. Jeśli cię dopadnie, nikt cię nie zdoła uratować. To zawzięty zbój. On się boi ciebie... I zrobi wszystko, żebyś mu nie zagrażał.

- Mnie się boi? - dziwił się chłopak. - Taki wielki, silny Marama mnie się boi?

- Wielki i silny jest - przyznała Gościcha. - Ale nie jest silniejszy od losu. A los tak się układa, że on ma się ciebie bać. On to wie, dlatego nie zrezygnuje. Już kilka razy przychodził, żeby cię wykupić, a raz, kiedy byłeś jeszcze całkiem mały, próbował cię wykraść. Nie udało mu się, ale na pewno będzie próbował swoich sztuczek. Dlatego musisz odejść i iść tam, gdzie ciebie nie dosięgnie.

- Ale ja nie chcę! Nie chcę nigdzie iść bez was!

- Moje miejsce jest tutaj. Ty nie musisz tu siedzieć. Możesz się przed nim schować.

Podniosła się i wzięła Jeno za rękę.

- Nie możemy tego odkładać. Trzeba iść od razu.

- Dokąd, ciotko?

- Pójdziemy do ludzi, do osady. Marama tam nie przyjdzie, będziesz bezpieczny.

- Nie chcę iść - upierał się. - Może rzucicie urok na Maramę i już. Zamieni się w kij albo w wiewiórkę, a ja będę mógł zostać.

- To niemożliwe. Trzeba iść. Pójdziemy do osady. Mówiłam już z kowalem. Hanek nie chciał się zgodzić, ale w końcu uległ. Weźmie ciebie do terminu. Tam będziesz bezpieczny. Między ludźmi i pod okiem kowala. Tylko mi obiecaj, że będziesz go słuchał. Jest mi winny przysługę, a poza tym zapłacę tyle, żeby był zadowolony. A tobie będzie tam dobrze. Hanek to bogaty kowal, ma wielki dom i dużo srebra. Niczego ci tam nie zabraknie. Tylko trzymaj język za zębami i nie opowiadaj nikomu, co umiesz i czego cię nauczyłam. Pamiętaj. Ludzie nie lubią takich jak ja albo ty. Uważają nas za odmieńców. Pamiętaj, żebyś był ostrożny.

- A co będzie z wami, ciotko? - rozpłakał się Jeno.

- Ja tu zostanę i będę czuwała z daleka. Nie przychodź do chaty, czasem sama cię odwiedzę. Póki nie wyrośniesz na silnego mężczyznę, strzeż się Maramy. Powiedziałam mu kiedyś nieopatrznie coś, czego nie powinien wiedzieć, a co ma związek z tobą. Marama znalazł cię w lesie dawno, dawno temu i przyniósł do mojej chaty.

- A skąd się tam wziąłem, ciotko? Przecież każdy, i człowiek, i zwierzę, musi mieć rodziców. Co się stało z moimi?

- Widzicie go, jaki mądry! Też miał rodziców! A pewnie, że miałeś! Tylko co ci po tym? To ja ciebie wykarmiłam i wychowałam od niemowlęcia. Więc to mnie winieneś posłuszeństwo i może... trochę przywiązania.

- Nie mam nikogo droższego od was na całym świecie. A wy chcecie mnie oddać do obcych? - pytał ze łzami w oczach.

- Bo chcę, żebyś był bezpieczny. Im prędzej to się stanie, tym lepiej. Więc chodźmy od razu do kowala. I pamiętaj, bądź posłuszny.