1.
14 lipca 1944 roku
Rozalia Żmudzka siedziała na ławeczce przy oknie w pokrytej strzechą starej chacie Zającowej. Spięte w warkocz jasne włosy spływały jej na ramiona spod chusty, na twarzy miała wypieki. Wyciągnęła nogi, pozwalając, by odpoczęły. Ciągle się męczyła i dopadały ją duszności, dlatego się tu znalazła. Wystroiła się w żakardową sukienkę w kolorze brązowym, prosty żakiet i najlepsze pończochy, a stopy miała obute w brązowe sandałki. Było jej w tym stroju za gorąco w chacie, w której z paleniska buchał ogień. Jedyne okno było otwarte, a i tak zmieszana woń zgnilizny, suszonych ziół i kiszonej kapusty przedzierała się do jej nozdrzy. Nic dziwnego, że Rozalia z ulgą przyjmowała każdy, choćby najsłabszy powiew wiatru z zewnątrz. W garze wrzała woda, a gotowane w nim pokrzywy również wydzielały nieprzyjemny zapach. Za oknem znów świeciło słońce, przedzierając się z trudem przez chmury, a promienie padały na ogród strzępionymi cieniami.
Za płotem, na skraju ścieżki prowadzącej do drogi, siedział "Zajęcza Warga", oparty o koło wozu. Ireneusz Zając w szerokiej płóciennej koszuli i słomkowym kapeluszu trzymał w ustach źdźbło trawy, śledząc bacznie klaczkę przypiętą do wozu, pasącą się tuż obok niego. Zajęcza Warga nasłuchiwał czujnie odgłosów dochodzących z lasu otaczającego jego dom rodzinny. Tylko on znał przejście przez bagna i potrafił bezpiecznie dotrzeć do chaty, nie tracąc ani wozu, ani konia. Jego szerokie stopy nikły w trawie i tylko dziurawe buty wystawały wyżej, postawione na pieńku do wyschnięcia po przedzieraniu się przez namokłą drogę.
Odkąd pamiętała, Zajęcza Warga pomagał we dworze jej ojcu i innym chłopom. Dzisiaj został jej tylko on. W ciężkich dniach dziękowała Bogu, że nie odszedł. Był krzepki, znał się na uprawie ziemi, był pomocny przy żniwach, umiał polować i zająć się gospodarstwem. Nie był zbyt rozmowny. A może znał mało słów i po prostu wstydził się odezwać w jej towarzystwie? Nie potrafił pisać ani czytać, ale znał na pamięć wszystkie modlitwy.
W okolicy wszyscy drżeli ze strachu, bo z rana rozeszła się pogłoska o pacyfikacji kolejnych wsi, a mieszkańcy nadal pamiętali spalenie Szczecyna, Wólki Szczeckiej i Borowa. Niemcy byli niespokojni, wyczuwała ich nastroje, a w ostatnich dniach byli wyjątkowo cisi i godzinami oczekiwali na informacje z Berlina. Po doświadczeniach z początku roku na każdy dom padało coraz więcej strachu. Rozalia podejrzewała, że i jej przyjdzie słono zapłacić za ufność i zdradę. Nie spała od kilku nocy, obawiając się, że zbliżająca się zima będzie jej ostatnią. Brakowało im żywności, kończyły się talony i opał. Zgromadziła w piwnicy zapasy na czarną godzinę, ale i one skończą się szybko, jeśli nadal będzie pozwalała oficerom mieszkać u siebie za marne grosze. A przy żniwach nie mogła znaleźć pomocy, bo każdy bał się dla niej pracować.
Coraz częściej powtarzano plotkę, że hitlerowskie oddziały wycofywały się z Białorusi i Ukrainy. Sowieci przeszli już przez Prusy i kierowali się ku Wiśle. Widziała strach na twarzach oficerów. Albert von Hoffen mówił mało, ale wyglądał przez okna za każdym razem, gdy słychać było nadlatujące myśliwce. Bał się bombardowania. Niemcy ostrzegali mieszkańców, że każdy, kto wyściubi nos za próg, może być w niebezpieczeństwie. Ale we wsi chłopi myśleli tylko o żniwach, czy żyta i pszenicy wystarczy, aby przetrwać zimę. Rozalia martwiła się też o dwie schorowane krowy, które zaczęły nagle dawać kwaśne mleko. Kiedy już wydawało jej się, że nie może być gorzej, okazywało się jednak, że się myliła...
Otarła spocone czoło lnianą chustką i przymknęła powieki. Niepokoiła się o wyrobnice, które zostały we dworze. Były zbyt młode i tylko zabawy im były w głowie, a oficerowie stale wodzili za nimi oczami, co mogło doprowadzić do kolejnego nieszczęścia. Powinna je odesłać, i to jak najprędzej, ale wtedy trudno jej będzie wykarmić dwunastu oficerów. Rozruchy we wsi również ją niepokoiły. Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie czaiły się w każdym zagajniku. Janek mówił, że czekali na okazję, ale to mogło źle się skończyć dla całej wsi. Odwet Niemców byłby nieunikniony.
Rozalia oderwała wzrok od przesuwających się za oknem chmur i spojrzała na Zającową, wchodzącą do izby z glinianym garem w dłoniach. Stara kobieta w brudnej sukience i drewniakach szła ostrożnie po klepisku, kulejąc na lewą nogę. Kiedy ich oczy się spotkały, na popękanych ustach Zającowej pojawił się tajemniczy, a przy tym nieco kpiący uśmiech. To ona zawsze powtarzała Rozalii, że piękną córkę miał dziedzic Żmudzki, piękną jedynaczkę, i za mąż wydać ją zapomniał. Fakt, gdyby miała kogoś u swego boku, pewnie teraz byłoby jej łatwiej, a tak została z tym wszystkim kompletnie sama. Gdyby ojciec dalej zarządzał majątkiem, pewnie zdołałby uniknąć wielu błędów, które ona popełniła. Kuzyn Joachim twierdził, że jej rodzice nigdy nie dojechali do Wiednia, ale Rozalia w głębi duszy wierzyła, że żyli i tylko się ukrywali. Nie miała teraz siły, by pogrążyć się w żałobie...
Zającowa przygładziła dłonią kruczoczarne włosy wijące się nad czołem, po czym postawiła na stole naczynie i zajrzała pod brunatną szmatkę.
- Podobno będzie pani wiedzieć, czemu krowy chorują w oborze? - zapytała Rozalia drżącym głosem.
Zającowa nie odpowiedziała. Zniżyła głowę do gara i powąchała, ocierając brzegi naczynia umorusanymi sadzą palcami. Rozalia spojrzała na ogródek za oknem, gdzie pszczoły delikatnie unosiły się nad kwiatami. Próbowała się uspokoić, a ten sielski obrazek otulonych promieniami roślin pomagał jej w tym.
- A po wschodzie słońca mleko sprzedajesz i sery? - zapytała w końcu Zającowa.
- Nie sprzedaję nikomu - zapewniła. - Ledwo nam starcza do wyżywienia wszystkich.
- Po zachodzie słońca mleka się nie sprzedaje. Może krowy co zjadły na łące?
Rozalia pokręciła głową, patrząc, jak Zającowa mieszała drewnianą chochlą mętną żółtawą miksturę, na której powierzchni pływały zielone owoce. Była taka niespokojna, że jej nogi nerwowo uderzyły o róg stołu z ciosanego drewna. Zajęcza Warga wystrugał podobny do dworu.
- To może ludzie krowy zaczarowali? - ciągnęła Zającowa. Warząchwą uważnie zbierała owoce i liście pływające w miksturze, przerzucając je do gara z uszczerbionym uchem. - Niemców mlekiem karmisz, a oni ludziom zło wyrządzają. To się nie dziw, że cię złośliwością obrzucają.
Rozalia nerwowo szarpała za broszkę zdobiącą suknię. Czuła niepokój, który dawał o sobie znać lekkim skurczem żołądka.
- Nic im nie zrobiłam, aby mi ludzie truli krowy. Miodu chciałam kupić i kawy, ale nikt mi sprzedać nie chciał. Pieniędzy też nie chcą ode mnie. A ja je zarobiłam uczciwie - jęknęła, czując bolesne ukłucie w okolicy serca.
Zającowa przyglądała jej się uważnie, a po chwili wybuchła śmiechem, obnażając poczerniałe zęby. Jakby nie dość już było wokół okropnych widoków.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia osiem, proszę pani - szepnęła, znów czując mdłości.
Zającowa kilkakrotnie zamrugała, a potem jej pomarszczona twarz zamarła w zdumieniu. Otarła dłonie o fartuch i podeszła do paleniska, aby zamieszać w garze z zupą.
- Za mąż pójść powinnaś. Stary dziedzic męża ci znaleźć powinien, a nie samą zostawiać na gospodarce w czasie wojny.
Rozalia nie mówiła nikomu o planowanym niegdyś małżeństwie. Dała się przekonać niedoszłemu narzeczonemu, że to nie są dobre czasy na wkraczanie na nową drogę życia. Wojna rzeczywiście zniweczyła jej marzenia o zamążpójściu. Teraz, kiedy tajemnica została już zapomniana, a państwo Żmudzcy nie poczynili przed wyjazdem do Wiednia starań o oddanie ręki jedynaczki Carlowi, było za późno, by się zastanawiać, czy zrobiła dobrze czy źle. To oni kazali jej uciekać do Saksonii, gdy tylko wojna się rozpoczęła. Możliwe, iż nadal sądzili, że wyruszyła tam zaraz po nich. Oczywiście nie dotrzymała wielu obietnic. Ojciec zapewne wyraziłby swoje niezadowolenie z powodu jej zwlekania z opuszczeniem Czarnowa i wyjazdem do Drezna. A ciotka Celina szalenie się tam denerwowała. Jej ostatni list przyszedł trzy lata temu i błagała w nim, aby Rozalia przedostała się przez front i dotarła do Dolnego Śląska, gdzie ciotka miała znajomych, rodzinę Jauchów, którzy pomogą jej w bezpiecznej podróży do Drezna. Kuzyn Franciszek i cała rodzina czekali na nią, ale na pewne kroki było już chyba teraz za późno...
Po chwili Zającowa podała jej cynowy kubek i nalała do niego trochę wywaru z gara stojącego na stole.
- Wypij to.
- Żartuje pani? To śmierdzi - powiedziała, krzywiąc się na samą myśl, że miałaby wziąć do ust tę ohydną miksturę. - Dziękuję, ale nie jestem spragniona.
- Urodę masz piękną, ale to krów twoich nie uratuje.
Nie była pewna, czy to żart. Spojrzała na mętny płyn i powąchała go.
- To serwatka?
- Nie, to nalewka z orzecha - powiedziała Zającowa, podtrzymując kubek. - Wzmocni cię. Lato w tym roku gorące, a ty blada jesteś i spocona. Jakbyś się słoniną nasmarowała.
Rozalia wzięła garnuszek, zwlekając z napiciem się.
- Kaszaka mam - rzuciła Zającowa. - Chcesz?
- Nie, dziękuję - odparła grzecznie i, starając się nie wąchać cierpkiego aromatu, upiła łyk nalewki. Niemal ją wypluła, czując ohydny posmak. - Co to takiego?
Zającowa się zaśmiała, owijając szmatą garnek.
- Pij. Na zdrowie. Bóg da, to i więcej tego zrobię.
Rozalia zmarszczyła czoło i patrzyła przez chwilę na kobietę.
- Kwaśne, ale miód czuję - powiedziała w końcu.
- Bo miód tam jest - zapewniła Zającowa, obwiązując sznurkiem szmatę przykrywającą gar. - Zdrowy rozsądek nie kazał ci z rodzicami uciekać? Niemcy we wsi już lata siedzą i może złego tu nie czynią, ale kto wie, ilu zabili, jak za wsią są. Przecież Żydów stąd zabrali.
Wiedziała o tym, ale nie chciała zaczynać tej rozmowy, więc siedziała w milczeniu. Napiła się wywaru kolejny raz, znów się krzywiąc. Zającowa z trudem się opanowała, by nie wybuchnąć śmiechem.
- Tak, panienko... Zabili ich wszystkich te oficery. Mogą mieć serce, ale rozkaz dostają i wykonać go muszą - powiedziała łagodnie. - A teraz posłuchaj uważnie. Wrócisz do dworu i kilka gałązek z brzozy, co za domem rośnie, urwiesz. Zapalisz je na progu obory, trzy kroki zrobisz do tyłu i za ramię lewe się obejrzysz. Zapamiętaj to dobrze. A gdy ogień buchnie, tym wywarem zalejesz, co ci tu w garze dam. Odrobinę. Krowy przestaną chorować. Ty nalewkę co wieczór po kolacji na sen pij. Po kieliszku.
- I to pomoże? - spytała Rozalia, z powątpiewaniem potrząsając głową. - Nie mogę uwierzyć... A co jak oborę spalę?
- To syn mój niech cię dogląda. Ale sama to zrobić musisz. Ty jesteś panią dworu i na ciebie ludzie złorzeczą - powiedziała twardo. - Syna mojego przyślij, to gar zabierze.
Rozalia pomyślała, że powinna powstrzymać Zajęczą Wargę od przywiezienia jej tutaj. A jednak słuchała wiedźmy zza rzeki i miała zamiar zastosować się do jej rad. Podziękowała za pomoc, pożegnała się i wyszła.
Lato było upalne. Wśród dzikich kwiatów i traw trudno było dostrzec chatę Zająców, a jednak tu była. Przystanęła jeszcze w drzwiach i obejrzała się na Zającową, gdy ta obrywała z gałęzi brzóz liście, siedząc na zydlu pod ścianą.
- Dziękuję, mleka i mięsa syn pani przywiezie wieczorem. I garnek odda - zapewniła.
- Tylko niech ostrożny będzie, wracając - poprosiła cicho staruszka.
Rozalia skinęła głową.
- Do widzenia. O krowach dam znać, czy poskutkowało.
- Poskutkuje. I dziecko twoje ochroni od złego.
- Dziecko? - zapytała zatrwożona. - Na Boga, przecież ja nie mam męża, to skąd...
- Obawiam się, że jest już za późno i brzemienna jesteś. Dziecko bliżej Zmartwychwstania Pańskiego przybędzie na świat. - Zającowa uśmiechnęła się krzywo.
- To nie może być prawda! Jak to pani poznała?
- Mam ja swoje sposoby. Pamiętaj, panienko, już za późno. A jeśli będziesz upierać się przy tym, że brzemienna nie jesteś, to ciężkie dni cię czekają.
Rozalia nie wydusiła z siebie ani słowa, tylko czerwona na twarzy spuściła pokornie głowę.
Kiedy dotarła do wozu, przypomniała sobie o garnku z wywarem, po który posłała Zajęczą Wargę. Była bliska płaczu. Mocno, aż do bólu, zaciskała dłonie, patrząc na nie spod przymkniętych powiek. Nie mogła uwierzyć w to, co powiedziała Zającowa. Dziecko nie powinno rodzić się w tych czasach pełnych łez i strachu.
Gdy Zajęcza Warga wrócił, wzuł buty, siadł na koźle i zerknął na Rozalię.
- Mama mówi, żeby panienka nie płakała. Krowy wydobrzeją - zapewnił.
- Myślisz, że spalone gałęzie brzozy pomogą? Ale czy pomogą na inne złe wróżby? - zapytała z lękiem, ocierając twarz chusteczką.
Zajęcza Warga się nie odezwał, popędzając konia. Siedząc obok niego, Rozalia czuła się bezpieczniej, bo we wsi nikt nie ośmieliłby się go zaczepić. Wszyscy wierzyli, że jego matka potrafiła poradzić sobie z zawistnymi ludźmi. Nie wiedziała, ile miał lat. Wydawał się dużo starszy od niej, być może ze względu na ogorzałą twarz i zdeformowaną szczękę, którą rozszarpało jakieś dzikie zwierzę. Właściwie niewiele o nim wiedziała, ale z jakiegoś powodu pomyślała, że cieszy się z jego obecności, szczególnie teraz, kiedy rośnie w niej nowe życie. Była przerażona, najstraszniejsze obrazy roiły się w jej wyobraźni, zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie postradała zmysłów, skoro chce urodzić to dziecko. Bo taką właśnie podjęła decyzję...
Czasy były niespokojne, ale najbardziej bała się brutalności Carla. Musiała ukryć swój sekret, bo inaczej on ją zabije, a przede wszystkim mogła być pewna, że wraz z jego wizytą na Ogrodowej umrą jej nadzieje...
Szczelnie owinęła twarz chustą, aby ukryć łzy. Skandal wywołany ciążą pozamałżeńską będzie niczym w porównaniu z tym, gdy ludzie się o tym dowiedzą i wezmą ją na języki jako esesmańską dziwkę. "Boże, pomóż mi" - pomyślała w przypływie rozpaczy, ale zaraz przywołała się do porządku. Nie, nie wolno jej polegać na Bogu. Bóg rzadko wspierał tych, którzy zawinili, będąc za bardzo pewnymi siebie i lekkomyślnymi. Została ukarana, a teraz tylko strach trzymał ją we dworku. Plany wyjazdu z Czarnowa zniweczył jej prześladowca, zapewniając, że znajdzie ją, gdziekolwiek by uciekła. A, niestety, wiedział o cioteczce w Dreźnie i Franciszku.
Schyliła się i wyjęła kosz spod kozła. Był pełen bochenków chleba i placków jaglanych, kupionych w Wólce Błockiej. Wzięła jeden i przełamała go, większą część podając Zajęczej Wardze.
- Weź... Do obiadu nam daleko.
Zawahał się, ale przyjął poczęstunek i zsunął z czoła słomiany kapelusz, ukazując przerzedzone ciemne włosy. Przeżegnał się przed wzięciem pierwszego kęsa i zaczął jeść z zapałem. Rozalia skubała swój kawałek placka, głęboko zamyślona. Nie było odwrotu - musiała znieść wszystko, co przyniesie jej los, a płacz na pewno nie pomagał. Starała się cieszyć, że jeszcze żyła, nie musiała ukrywać się w lasach i modlić co noc o ocalenie, skoro oficerowie zapewniali ją, że jest bezpieczna, póki wynajmują dwór.
Wysokie drzewa rzucały przyjemny cień na jej rozpaloną twarz. Lekki chłód wkradł się pod żakardową sukienkę, a dłonie mniej drżały, gdy skubała placek. Chciała mieć dzieci, męża i zachować dwór, wrócić do rodziców, znów cieszyć się muzyką i starymi przyśpiewkami mamy. Pragnęła wyjechać do Drezna, chodzić do teatru i na spotkania klubów literackich i tańczyć do utworów wielkich mistrzów. Świat wcale nie kończy się na Czarnowie, choć chwilowo trudno było jej uwierzyć, że faktycznie mogłaby się znaleźć gdziekolwiek indziej.
- Jestem bardzo wdzięczna za twoją pomoc i za to, że zawiozłeś mnie do mamy - odezwała się, żeby przerwać ciszę. - Mogę mówić ci po imieniu? Znam cię przecież od małego.
Uchwyciła jego speszone, ostrożne spojrzenie i uśmiechnęła się.
- Dobrze, panienko - burknął nieśmiało.
- Irek, dziękuję za pomoc. Twoja mamusia jest mądrą kobietą.
- Mądrą... - Podrapał się po głowie. - Ludzie się jej boją. Zabobonni są, a teraz jeszcze bardziej. Nie musi jej panienka wierzyć i czynić, jak mówiła.
Chciała tylko powiedzieć coś miłego. Postanowiła jednak milczeć, zjadając placek. Zaczęła myśleć, gdzie dokupić jaja, skoro piętnaście kur we dworze mogło szybko zniknąć. Gotowanie rosołu i ciągłe przyrządzanie potrawek uszczuplało zapasy. Nie miała ludzi do pracy, więc wykopki przeciągną się w tym roku, a musiała mieć ziemniaki, jeśli mieli przetrwać.
Z zamyślenia wyrwała ją pojedyncza seria z karabinu. Rozalia z przerażeniem przycisnęła dłoń do ust. Zajęcza Warga gwałtownie zatrzymał wóz, doskoczył do klaczki i próbował ją uspokoić, poklepując po pysku. Po lesie rozchodziło się echo nawoływań, coraz bliżej było słychać tętent kopyt. Rozległ się jakiś krzyk...
- Proszę wejść na wóz i schować się w lucernie - wyszeptał Irek.
Rzuciła kosz pod siedzisko, a sama szybko wsunęła się w kopiec lucerny i trawy. Zagrzebywała się coraz głębiej i poczuła tylko, że wóz powoli ruszył. Gwałtownie łapała powietrze, krew dudniła jej w skroniach, zaczynała ją ogarniać panika. Ufając Zajęczej Wardze, zaczęła się modlić o życie - nie dla siebie, a dla małej istoty, która rosła pod jej sercem.