Prolog
Ewa Jabłońska śniła o rzece. Ciemna otchłań wciągała ją coraz głębiej i głębiej. Woda była gęsta, zawiesista, jakby nurt chciał ją pochwycić w pułapkę bez wyjścia, nie pozwalając unieść się ku powierzchni. Ewa dusiła się, gorączkowo próbując nabrać powietrza, chciała krzyczeć, wezwać pomocy, ale nie potrafiła. Zaczynała wpadać w panikę, gdy nagle przypomniała sobie słowa instruktora z basenu: "Lepiej unosić się bezwładnie na powierzchni, a nurt poniesie nasze ciało". Nie ruszać się... nie ruszać!
Nie chciała utonąć, ale opadała z sił... Modliła się o życie, o przetrwanie, jednak nurt był coraz silniejszy, rzeka za wszelką cenę chciała zatrzymać swoją ofiarę. Ewa czuła ostre palenie w płucach, jakby za chwilę miały eksplodować. W panice zaczęła gwałtownie machać rękami i nogami, niczym bezwolna marionetka, byle tylko wydostać się z tej oblepiającej ciemności. Potrafiła to zrobić, musiała walczyć.
Sen się nagle zmienił. Ewa była teraz małą dziewczynką kucającą nad brzegiem tej samej rzeki, ale w miejscu, w którym woda ledwo sięgała jej do kolan. Dziewczynka rysowała patykiem dom na błotnistej ziemi przy brzegu. Robiło się już ciemno, cienie wiekowych drzew pogrążały to miejsce w półmroku.
- Nie powinnaś siedzieć tak blisko wody - powiedział ktoś obok niej.
Ewa się rozejrzała i dojrzała dziewczynkę siedzącą na drewnianej kładce. Opierała się rękoma o dolną belkę, uśmiechała szeroko, a jej nogi dyndały nad powierzchnią wody. Miała jasnoniebieskie oczy, delikatną twarz i długie jasne włosy spięte w kucyk.
- Nic mi się nie stanie - zapewniła ją Ewa.
- Tata mówi, że rzeczka jest tu płytka, ale i tak może nas złapać skurcz, kiedy do niej wejdziemy. I woda nas porwie - powiedziała dziewczynka przemądrzałym głosikiem.
- Jestem na brzegu. - Ewa dorysowała kilka motyli w błocie. - Nie powinnaś być w domu?
- Tata mówi, że nie powinniśmy być wieczorem nad rzeką.
- Nie jest wieczór, dopiero osiemnasta.
Nie do końca tak było. Niebo za drzewami już purpurowiało, a ich wydłużające się cienie przy rzece potęgowały uczucie strachu. Ewa ledwo widziała, co rysuje, ale bardzo nie chciała podnosić głowy, aby dziewczynka nie ujrzała łez w jej oczach. Była ciekawską skarżypytą i Ewa nie chciała, by doniosła rodzicom, że ją tu widziała. Łzy zamazywały jej wzrok, gdy pogłębiała w błocie zarys swojego wymarzonego domu: z dwoma oknami na parterze, dużym balkonem na piętrze i dymem ulatującym z komina. Rysunek wydawał się jej ledwo widoczny, ale przecież i tak zaraz zmyje go woda. Ewa wrzuciła patyk do rzeki i patrzyła, jak płynie porwany przez nurt.
Spojrzała na dziewczynkę siedzącą na kładce między drzewami. Nadal się uśmiechała; zawsze się uśmiechała i Ewę to irytowało. Słodka dziewczynka w nowej bluzie i ślicznych tenisówkach z kolorowymi sznurowadłami. Dojrzała złoty wisiorek z Matką Boską, który mała dostała na komunię. Ewa w tym dniu nie dostała żadnego wisiorka ani kolczyków, tylko walkmana od chrzestnej, a pieniądze zabrała jej mama. Iza miała wszystko: walkmana, nowy rower i chwaliła się, że na zbliżające się urodziny dostanie od taty kucyka. Ewa czasem jej nienawidziła.
- Dlaczego płaczesz? - zapytała nagle Iza.
Ewa pociągnęła nosem i otarła łzy, rozmazując brud na twarzy.
- Nie płaczę - mruknęła i odwróciła głowę. - Idź do domu, Iza. Tata i mama będą cię szukać.
Mała z uśmiechem pokiwała głową. Nagle zamyśliła się, spojrzała uważnie na Ewę i zapytała:
- A ciebie nie będą szukać?
- Nie. Idź do domu - powiedziała zirytowana. - Ja jeszcze trochę tu zostanę.
Ewa rozejrzała się i z przerażeniem odkryła, że dziewczynki nie było już na kładce. W oddali słyszała jedynie szczekającego psa, którego rozpoznałaby wszędzie. Krokodyl. Jak często z nią tu siedział? Czasem jego sierść łaskotała ją w nos, gdy się do niego mocno przytulała. Ewa była pewna, że niedługo tu przybiegnie, że wykopie dziurę przy płocie albo przejdzie przez stodołę sąsiadów i ją znajdzie. Miała taką nadzieję. Potwory kryły się w cieniach między drzewami, które szumiały, jakby chciały ją ostrzec. Nagle usłyszała czyjeś kroki.
- Mamo? - zapytała cicho z przestrachem. - Mamo, to ty? Mamo...
Ewa obudziła się przerażona, gwałtownie łapiąc powietrze. Serce jej dudniło, a strużka zimnego potu ciekła po plecach pod cienką piżamą. Zdezorientowana usiadła na łóżku, starając się przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. Powoli otworzyła oczy i dojrzała delikatną poświatę bijącą zza okna - światła Inverness. Była w domu. Była w swoim domu.
Uspokoić oddech... zapanować nad galopującym biciem serca... uwolnić się od koszmaru, od którego ciągle nie potrafiła uciec...
Drzwi się otworzyły, a do pokoju wpadła smuga światła z korytarza. Szymon Rachoń, jej były mąż, wbiegł do środka przestraszony.
- Ewka?! Ewa, co się stało? - dopytywał, siadając na jej łóżku.
- Przepraszam - wydyszała, chowając twarz w dłoniach. - To sen... To tylko sen.
- Myślałem, że twoje koszmary już minęły? - Patrzył na nią z troską. - Masz swoje tabletki? - Szymon pochylił się i pogłaskał ją po ramieniu.
- Tak, zaraz wezmę.
- Paul... - Zawahał się. - Paul przyjedzie dopiero rano, po szóstej.
- Wiem, Szymek. Nic mi nie jest.
Położyła się na poduszce, a przyjemny chłód satyny powoli uspokajał jej skołatane nerwy.
- Przynieść ci coś do picia? - zapytał.
- Nie, mam sok.
Ewa ciągle nie mogła się uspokoić, ale nie chciała bardziej denerwować Szymona. Otuliła się szczelnie kołdrą i zapatrzyła w okno.
- Nic mi nie jest, Szymek. Idź spać.
- Właśnie się goliłem. - Pokazał trzymaną w dłoni maszynkę. - Przecież zaraz ruszam do pracy.
- Nigdy nie lubiłeś się golić - stwierdziła, próbując oderwać myśli od koszmaru nadal czającego się w jej umyśle.
- Bo nie lubię. Paul może być nieogolony, ale ja nie mam wyjścia, w pracy wymagają ode mnie dobrej prezencji. - Wzruszył ramionami, ale nadal wpatrywał się w nią z troską.
Ewa spojrzała na zegarek pod telewizorem, było po północy. Musiała się wyspać, jeśli miała wstać rano i jakoś funkcjonować w pracy.
- Hm... może podgrzeję ci mleko?- zaproponował Szymon. - Na pewno mamy jakieś w lodówce, co?
Uśmiechnęła się, była mu wdzięczna za ten żart. W ostatnich tygodniach każde z nich kupowało mleko: Ewa odłuszczone, Szymon to najbardziej tłuste, a Paul migdałowe, więc było w czym wybierać.
- Zrobię ci miks - ciągnął Szymon. - I z miodem... A nie, to chyba na ból gardła? Boli cię gardło, słonko?
To był sympatyczny gest. W trakcie ich małżeństwa, trwającego zaledwie pięć lat, rzadko budziły go jej krzyki. Dopiero po rozwodzie zaczął się nią naprawdę interesować i to było niesprawiedliwe. Szymona poznała tak naprawdę dopiero wtedy, gdy zostali sublokatorami.
- To jak, Ewa? Ciepłe mleko? - powtórzył.
- Nie - rzuciła szybko. - Dziękuję, skarbie. Muszę wstać rano.
- Zostać z tobą?
- To miłe, ale nie - westchnęła Ewa i zerknęła na niego.
Przystojny chłopiec z Przemyśla, który wyjechał za pracą zaraz po studiach. Zabrał ją ze sobą, obiecywał jej złote góry, a ona wierzyła, że ten jeden raz w życiu uda jej się pokochać kogoś z wzajemnością. Ale nawet to było niemożliwością.
- Będziesz żałować - zażartował. - Robię świetnie miksy.
- Wiem. - Zdobyła się na słaby uśmiech. - Piłam twój shake bananowy.
- Jezu. - Parsknął śmiechem. - Dodałem tylko trochę curry. Nie wiem, o co się tak piekliliście.
- Paliło jak diabli.
- Troszkę. - Wstał z łóżka i ruszył w stronę drzwi. - Ale przynajmniej był rozgrzewający. Goodnight - rzucił cicho.
- Dobranoc - odparła, czekając, aż wyjdzie z jej pokoju.
Drzwi zamknęły się cicho. Ewa próbowała wyregulować oddech. Tak długo był spokój... Ale ten koszmar znowu powrócił. Sięgnęła do szafki przy łóżku, na której stała szklanka z sokiem i cała bateria leków. Na samą myśl, że musi je zażyć, poczuła gorycz porażki. Sześć miesięcy bez ani jednej dawki, a od kilku nocy nie potrafiła się bez nich obejść. Cipralex, xanax, fevarin, zaleplon - cała lista farmaceutyków, które brała przez lata, znowu stała się dla niej niezbędna.
Większość mogła już być przeterminowana, ale to nie miało znaczenia. Wzięła xanax, który Paul nazywał dawką kolorowych snów, popiła tabletkę sokiem pomarańczowym i położyła się. Wtuliła nos w pościel, czując zapach lawendy. Musiała pomyśleć o czymś przyjemnym. O mleku z czekoladą i rozpuszczoną karmelową krówką, jabłkowym puddingu i jej ulubionych czwartkowych spotkaniach w klubie hotelowym nad rzeką, z dziewczynami poznanymi na uniwersytecie, z którymi odbywała praktyki w szpitalu Raigmore.
Głęboki wdech.
Zaczęła odliczanie do dziesięciu. Zawsze powoli.
Jeden. Wydech.
Dwa. Wydech.
Trzy. Wydech.
Cztery...
Paul wróci rano, będzie mogła opowiedzieć mu o koszmarze. Uspokajało ją porządkowanie myśli i obrazów, które pojawiały się w snach, a współlokator był znakomitym słuchaczem. Rozmowy z nim dawały lepsze efekty niż wizyty u psychoterapeuty.
Jeszcze raz zaczęła odliczanie i w końcu poczuła, że oddycha swobodnie. Uśmiechnęła się lekko, otworzyła zamknięte dotąd oczy i dotknęła złotego krzyżyka na szyi. Chciała się pomodlić, ale w tej chwili zbyt wiele myśli przebiegało przez jej głowę. Ten koszmar... Tak długo żyła bez stanów lękowych...
Zwinęła się w kłębek i zamknęła powieki. "Myśl o czymś przyjemnym" - nakazywał rozum.
- Jedna gwiazdka na niebie, świeci tylko dla ciebie. To ja... To ja... - zanuciła szeptem starą polską kołysankę, przymykając powieki.
Jutro nadejdzie nowy dzień - kolejny, który być może sprawi, że w monotonii życia jej sen się rozmyje. A ona zapomni. Zapomni, czego tak bardzo się bała... Teraz nuciła melodię, którą dawno temu śpiewała pewna kobieta tuląca do piersi swoją córkę. Ewa słuchała jej długo, bo chciała, by to była jej własna matka. Ale nią nie była. Dziewczynka skulona za betonową studnią była złodziejką, która kradła chwile należące do innej osoby. Także dźwięk głosu matki, która kochała swoje dziecko.
Jedna gwiazdka na niebie, świecie tylko dla ciebie. To ja... To ja... Jedna gwiazdka na niebie...