Prolog
25 marca 1941 roku
- Nigdy nie widziałam tylu ludzi w jednym miejscu - powiedziała z lękiem w głosie Krysia Budzkowa do Felki, zagniatając po południu ciasto drożdżowe w kuchni Żmudzkich. - Tatulo kazał mi odwrócić głowę. Ale ich tam szło... może stu mężczyzn, dwustu... Niemcy ich prowadzili, żaden z naszych...
- Naszych? - Stara kucharka parsknęła, karcąco spoglądając na dziewczynę. - Odkąd to "nasi" Niemcy? Dziewucho, przestań głupoty opowiadać. Matko Najświętsza, brakuje, abyś po wsi tak rozpowiadała.
- Ja... przepraszam... panienko Rozalio - pisnęła Krysia, odwracając się do okna.
Na krześle przy stole siedziała Rozalia Żmudzka, zaczytana w "Kurierze Warszawskim" przy słabym świetle wpadającym zza firanki. Zagłębiając się w rubrykę dla gospodyń, zakreślała przepisy i dobre rady. Pochłonięta lekturą gazety, która dotarła dzisiaj z opóźnieniem, nie wsłuchiwała się w kłótnię Felki i Krysi. Kucharka spojrzała na jej notatki w starym zeszycie i zaśmiała się, oznajmiając:
- Dziecko, ty nie dawaj wiary we wszystko, co panie z miasta tam piszą.
- A co piszą? - zapytała zaciekawiona Krysia.
Rozalia podniosła głowę i z dezaprobatą przyjrzała się dziewczynie.
- Krysia, ty masz się nauczyć czytać. Widziałam, jak z modlitewnika nic nie mogłaś zrozumieć.
- Panienko, bo tam druczkiem małym... takim jakby kto ziarenek maku rozsypał na kartkach. - Dziewczyna się spłoniła.
Felka, formując strucle z ciasta drożdżowego, pokręciła tylko głową.
- Na pamięć to znać powinnaś. Włóż ciasto do pieca i zabierajmy się do naleśników ziemniaczanych.
- A tu o ziemniakach akurat piszą, pani Felciu. - Rozalia wskazała stronę w gazecie. - Żeby zapobiec ich gniciu, najlepiej z kiełków obrać i w kotle z wrzącą wodą pięć sekund trzymać. Wysuszyć i rozrzucić w piwnicy, to do maja podobno wytrzymają.
- Aż w gazecie o tym musieli napisać? - zapytała zaskoczona Felka. - Już mi to mamusia mówiła, kiedy pięć lat miałam.
- Piszą również, że jak kartofle zaczynają kiełkować, nie należy ich w łupinach gotować. Zielone kiełki poza gorzkim smakiem mają w sobie truciznę szkodliwą dla zdrowia.
- O matulu, a my świniom sypiemy w łupinach gotowane! - jęknęła Krysia.
- Głupia! - Felka krzyknęła na nią, bo mąka sypnęła się jej na fartuch. - Piszą to kobiety, co nigdy na wsi nie były. Ludzie już by się wytruli, jakby to prawdą było.
Rozalia zmarszczyła brwi i się zamyśliła.
- Co masz na myśli, mówiąc, że na wsi nie były? Kłamstwa piszą?
- Gospodynie we wsi swoje wiedzą. Te w miastach to tylko pojęcie mają, jak ładnie do stołów podawać. O gotowaniu to już mniej. Jeno kucharki ze wsi zatrudniają i one swoimi tajemnicami się dzielą - odrzekła. - Krysia, mąkę do spiżarki odnieś. Tylko nie rozsypuj. Stoły trzeba też już przygotować. Toć zaraz oficery wrócą.
Krysia porwała worek z mąką i popędziła w stronę drzwi. Felka zajrzała do chleba, a na jej ustach błąkał się uśmiech.
- Nie powinna jej Felka straszyć - stwierdziła Rozalia i odłożyła gazetę na parapet. - Ucieknie i będziemy szukać nowej pomocy.
- Nie ucieknie. Całą rodzinę z pensji wyżywia. Ukryje się w spiżarni, bo oficerów się boi. Pogonić to kijem do roboty, a i tak za leniwe - mruknęła pod nosem.
- Do tego ojciec Lucki od zimy chory. To może być gruźlica, dlatego Lucka na razie nie przychodzi - powiedziała smutno Rozalia, wyjmując z kredensu zabytkowe talerze. - Miodu im dałam, ale po lekarza zdałoby się pojechać. Najbliższy za Wisłą, w Annopolu. Posłałabym po niego pana Irka, ale boję się, że go na łapance zgarną i nie wróci.
Stara kobieta westchnęła, przytakując ruchem głowy.
- Takich wojaży lepiej unikać. Starej Zającowej zdałoby się o coś na płuca zapytać. Mądra to kobieta.
- Mama pana Zająca? - zapytała zaskoczona Rozalia.
- Tak. Ludzie o niej same potwarze rozpowiadają. A ona nic złego nikomu nie zrobiła. - Felka, myjąc dłonie w metalowej misce, kontynuowała: - Do kościoła chodzi, a że za drzwiami stoi, komu to przeszkadza? Biedna, butów nawet nie ma. Zawsze chłopom przeszkadza. A przed Bogiem wszyscy równi. Irek dobry chłopak, wiele razy mojemu Januszkowi w polu pomógł. Zaorał, zasiał, a i przy żniwach to go zaraz chłopy wołają, bo robotny jak mało kto.
Rozalia się zamyśliła. Irek Zając od zawsze był we dworze, jej tatusiowi pomagał przy koniach i obrządku, ale też doglądał trzody i pracował na polu z parobkami. Gdy służba uciekła, tylko on i Felka jej zostali. Zawsze bała się tego małomównego mężczyzny z blizną na górnej wardze, która zniekształcała jego oblicze. Nigdy nie powiedział złego słowa, jedynie jego oszpecona twarz ją odstraszała. Potrząsnęła głową, układając zastawę na tacy.
- Dzisiaj dzień Zwiastowania Najświętszej Panienki. Modlitwę trzeba odmówić za urodzajne plony. - Głos Felki rozniósł się po kuchni. - Ksiądz na kazaniu mówił, że patronat dziś wypada na Ireneusza. Pewnie i nasz Irek ma dziś imieniny. Kawałek ciasta mu zaniosę.
Rozalia się uśmiechnęła. Ta starsza kobieta dla każdego miała dobre serce. Jedynie Niemców się bała, ale zachowywała się poprawnie i w ciszy odmawiała swoje modlitwy.
- I co jeszcze w prasie wyczytałaś? - Felka zaczęła szykować resztki z przygotowanego posiłku kurom i świniom. - Piszą tam, jak wykarmić wojsko i tych, co we wsiach głodują, bo im żywność z domów zabierają?
- Nie. Ale czytałam... o oszustach, co mąkę sprzedawali w Warszawie. Na wierzch mąkę sypali, a pod spodem gips był.
- A widzisz, dziecko, tyle złego zewsząd, bo za mało ludzie na kazaniach księdza słuchają. Nie miłują bliźnich i Boskich przykazań nie znają.
- Pani Felko, czytam, aby wiedzieć. Tatuś zawsze powtarzał, że mało prawdy piszą. Ale wiedzieć trzeba, ażeby móc w towarzystwie tematem znanym się podzielić - stwierdziła Rozalia i ustawiła na tacy filiżanki, po czym wyjrzała na korytarz i zawołała: - Krysia! Zacznij stół w jadalni szykować!
Ze spiżarni nie doszedł nawet szmer. Rozalia miała obawy, że dziewczyna zaczęła podskubywać suszące się tam boczki i mięsiwa.
- Twój tatuś mądry i miło się słuchało, gdy listy od przyjaciół nam czytał. - Felka odłożyła na stół foremki z ciastem do wystygnięcia. - A gdy twoje przychodziły, to zaraz wielkie poruszenie we dworze robił. Mamusia twoja siadała w ogrodzie na ławce, a twój tatuś ze łzami w oczach czytał każde słowo. Przybiegał potem do kuchni przeczytać nam list jeszcze raz. Bo my tu wszyscy za tobą tęskniliśmy.
Wielkie łzy zaszkliły się w oczach Rozalii, aby je ukryć, sięgnęła do mankietu bluzki po chusteczkę.
- Nie bój się, dziecko. - Felka uśmiechnęła się do niej smutno. - Bóg nad nimi czuwa.
- Modlę się za nich w wieczornym pacierzu. Zmawiam zdrowaśki, aby bezpiecznie dotarli do Wilna. Kuzyn Joachim również nie odpisał, a to już tyle miesięcy...
Wyznając to, Rozalia posmutniała. Obiecała sobie przecież, że nie będzie więcej płakać, a skoro martwiła się również wojną, żołnierzami we dworze i wykarmieniem domowników, musiała pozostać silna. Przez chwilę pragnęła być egoistką i poprosić Richarda Händla, dowódcę mieszkających pod jej dachem Niemców, aby napisał do swoich przyjaciół i pomógł jej odnaleźć rodziców. Wierzyła, że nadal byli wśród żywych, bo bez tej myśli czułaby się zupełnie zagubiona, a pan Händel zawsze był dla niej miły. Grywał z nią w szachy, grał na fortepianie, przywoził płyty gramofonowe i książki. Prowadzili długie rozmowy o podróżach, pięknych miejscach, które chcieliby zobaczyć, i wtedy przez moment czuła, jakby wojny nie było. Wzbraniała się jednak przed poproszeniem go o przysługę, ciągle gdzieś z tyłu głowy mając świadomość, że przecież jest Niemcem.
Westchnęła ciężko, by zapanować nad targającymi nią emocjami. Wiedziała, że została jej już tylko nadzieja, ale musiała się skupić na tym, co jest tu i teraz.
Do rzeczywistości szybko przywrócił ją głos Felki.
- Gdzież to dziewczę? - burknęła rozeźlona kobieta i ruszyła do drzwi kuchni, po czym gromko krzyknęła: - Kryśka! Wyjdź, bo jak cię znajdę objadającą się słoniną, to mnie popamiętasz! Ręce ci osmolę!
Rozalia uśmiechnęła się pod nosem i chwyciła czajnik, aby napełnić go wodą.
- Wszystko będzie dobrze, serce moje - powiedziała do niej łagodnie Felka. - Twoje wrodzone zdolności poprowadzą cię przez ten czas. A twoja przenikliwość pomoże.
- Dziękuję za miłe słowa. Ale trzeba mi czegoś więcej niż wiara - odrzekła cicho Rozalia.
- Pomoc z zaświatów też dostaniesz. Moja babcia zawsze powtarzała, że nasi bliscy czuwają. - Felka westchnęła, spoglądając na drzwi. - Krycha! Jak Boga kocham, kolacji ty dzisiaj nie dostaniesz!
- Idę! - Z korytarza dobiegł przerażony głos. - Sprzątałam tylko. Mąka się rozsypała.
- Kłamczucha. - Niezadowolona Felka pokręciła głową. - Jużci sprzątała. Chyba skwarki albo ogórki kiszone z gara.
Rozalia się zaśmiała i aby rozproszyć poważny nastrój, stwierdziła z rozbawieniem:
- O naszej Krysi powinnyśmy żarty pisać do gazety. Zarobiłybyśmy, a i ludzie by mieli zabawę.
- Co panienka mówiła? Słyszałam swoje imię?
Krysia strzepała mąkę z fartucha, aby mogły jej uwierzyć w zapewnienie o sprzątaniu. Na ustach jednak zostały skrawki łoju. Kiedy Felka to dostrzegła, zaraz pogoniła dziewczynę ścierką.
- Do roboty się weź! A nie tylko kradniesz. Zaraz ci wrzątkiem ręce poleję. - Pogroziła jej palcem.
- Ja nic nie zrobiłam! Nic. Przyrzekam na tatula.
- Jeszcze kłamie. Bardzo mądrze! - krzyknęła oburzona Felka, podchodząc do dziewczyny. - Do pracy się zabieraj, ale już! I niech ja tylko plamę na obrusie zobaczę! Sama będziesz to wszystko prała.
Rozalia usłyszała warkot silników, więc pospieszyła Krysię i pobiegła korytarzem w stronę wejścia. Otarła palce w chusteczkę i wsunęła ją za mankiet bluzki, po czym stanęła sztywno, jak na dziedziczkę przystało. Po chwili drzwi się otworzyły i do holu wszedł Händel w asyście pięciu zakwaterowanych we dworze oficerów.
Odczekała, aż skończą rozmawiać i grzecznie się uśmiechnęła, robiąc wszystko, by wyglądało to szczerze.
- Obiad zostanie za chwilę podany w jadalni.
Ku jej wielkiemu rozczarowaniu Händel nie ukłonił się, jedynie zmierzył ją wzrokiem i skinął głową.
- Musimy porozmawiać. Proszę za mną.
Rozalia zamarła, widząc sztywną postawę pana Händla, po czym na miękkich nogach ruszyła za nim do salonu. Powodem, dla którego tak lubiła tego oficera, było to, że odnosił się do niej z szacunkiem i starał się umilić jej czas, który spędzali razem. Rozalia była mu za to dozgonnie wdzięczna. Teraz jednak odczuwała niepokój, bo nigdy nie był taki zasadniczy...
Słyszała zza drzwi głośne rozkazy: kazano sprzątać kwatery oraz przygotować główną sypialnię i wynosić wszystko, co nie kojarzyło się z Niemcami.
- Proszę usiąść, panno Rozalio. - Händel wskazał na sofę obok pianina.
- Dobrze... Obiad gotowy - odezwała się cicho, nie wiedząc, jak zareagować na jego chłodne zachowanie.
- Poczeka... Posiłek poczeka, proszę zawołać służbę, musimy wysprzątać każdy kąt. Od piwnicy po strych - zarządził, przechadzając się z rękoma założonymi za plecami. - Będziemy mieli gościa. Dostałem telefon od moich dowódców. Wczoraj w Lublinie z rozkazu gubernatora Zörnera utworzono getto dla Żydów. Przybyło wielu gości z Rzeszy i jednym z nich jest Obersturmführer von Freytag-Loringhoven.
- Carl? - pisnęła dziewczyna lekko drżącym głosem.
- Nie - odrzekł stanowczo Händel. - Obersturmführer Alexander von Freytag-Loringhoven.
- Brat mojego narzeczonego?
- Tak, i radzę pani przygotować posiłek ze szczególną dbałością. Obersturmführer zapowiedział swoją wizytację w drodze powrotnej do Rzeszy.
- Będzie na kolacji? - Wstała pośpiesznie z sofy. - Zawiadomię kucharkę i... na pewno coś znajdziemy w spiżarni. Gulasz wieprzowy?
Händel w zamyśleniu pokręcił głową i zbliżył się do kominka, wpatrując się z napięciem w ogień. Rozalia sama zaczęła się bać.
Po chwili milczenia w końcu powiedział:
- Bądźcie ostrożni i odeślij młodszą służącą. Wezwij inną. Tę drugą dziewczynę...
- Lucynę?
- Tak. - Skinął głową. - Żadnych rozmów. Żadnych. Jeśli się odezwą przy stole, będą ukarane. Uznam, że o tym nie wiedzieliście, teraz jednak już wiecie i musicie tego przestrzegać...
Rozalia szybko mu przerwała:
- Lucyna ma starego i bardzo chorego ojca. Ona nie może od razu ruszyć w drogę. Krysia zostanie i napomnę ją, aby zachowywała się stosownie.
- Nie! - warknął. - Dla jej dobra proszę ją odesłać.
Rozalia zrobiła krok w tył i zamarła.
- Dobrze, poślę po Lucynę - powiedziała drżącym głosem.
Nawet nie odwrócił się w jej stronę. Ze zmarszczonymi srogo brwiami patrzył na ogień w kominku, ale gdy w końcu podniósł głowę i na nią spojrzał, zauważyła, że Händel jest bardzo poważny. Rozalia nie odwróciła wzroku, dostrzegając w jego oczach napięcie.
- Proszę, niech pani uważa i uczuli służbę. Milczenie będzie jedyną rozsądną radą, którą mogę ofiarować. I proszę podać to francuskie wino, które przywiozłem w zeszłym tygodniu.
- Zostało jeszcze trochę koniaku w barku ojca.
- Przyniosę więcej z piwnicy - rzucił krótko i skinął głową, dając tym samym sygnał, że rozmowę uważa za zakończoną.
Rozalia szybkim krokiem wyszła z pokoju. W korytarzu narzuciła na siebie płaszcz, a włosy obwiązała chustą. Musiała znaleźć Irka i prosić, aby pojechał do wsi. Próbowała sama siebie przekonać, że nie było powodu do zmartwienia. Ona w końcu przywykła do obecności oficerów, którzy wychodzili rano i wracali zmęczeni późnym popołudniem. Wystarczyło jednak spojrzeć na Händla, aby odczuć jego napięcie.
Pobiegła przez podwórze w stronę budynków gospodarczych i zajrzała do obory, po czym zawołała:
- Panie Zając! Panie Zając!
Wiadro uderzyło o klepisko i z półmroku obory wyłonił się mężczyzna ubrany w pobrudzone spodnie z szarego płótna, a spod jego szarego swetra wystawała lekko podarta koszula. W dłoniach miętosił czapkę. Jego twarz pokrywał lekki zarost, a brązowe włosy opadły mu na czoło.
Była nieco zaskoczona, gdy usłyszała jego głęboki głos:
- Wołała panienka.
- Tak... ja... - zaczęła się jąkać.
- Co się stało?
Skąd o tym wiedział? No tak, dotarło do niej, że Irek zawsze zakładał, iż coś się stało, gdy go szukała. I zazwyczaj miał rację.
- Zaprzęgnij konie i przyszykuj wóz. Jedź po Lucynę, potrzebujemy jej pomocy. Krysia będzie ci pomagać i nie pozwól jej wrócić do dworu na kolację, ma się trzymać od niego z daleka - mówiła szybko, niemal dostając zadyszki. - Będziemy mieli gościa. I wszyscy mają schodzić mu z drogi. Potrzebujemy nowych posłań i drewna do pieców w izbach.
- Powoli, bo się panienka zatchnie.
- Przepraszam - wymamrotała i zakaszlała. - Przepraszam... Przepiórki? Potrzebujemy przepiórek albo jaj przepiórczych. Moja mama przyrządzała je gościom z zagranicy.
- Przepiórki? Mam iść na polowanie?
Przytaknęła, wpatrując się w niego niemal błagalnie. Mężczyzna podrapał się po głowie.
- To zajmie trochę czasu - zasugerował ostrożnie.
- Nie możemy kupić od kogoś ze wsi?
- To niełatwe, panienko, ale popytam. Polowań zabronili, więc nikt nie powie, że bażanta czy kuropatwę ubił.
- Prawda, prawda... - jęknęła Rozalia. - Nikt nie ośmieli się przyznać, że polują nocami, ale potrzebujemy wykwintnego posiłku. Znalazłam przepisy na przepiórkę w starych zeszytach mamy, ale może wymyślę coś innego. I jutro zrobię potrawkę z królika w śmietanie. Zabijesz królika?
Gdy ich oczy się spotkały, od razu zamilkła. Potem się zarumieniła i spuściła wzrok, jakby czuła się winna. Może nie chciał robić niczego tak okrutnego.
- Tak. Ale najpierw zaprzęgnę konie.
- Tak... tak... Przepraszam - bąknęła, trzęsąc się z zimna, bo jej płaszcz nie był zbyt ciepły.
Irek tylko skinął głową, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku stajni.
Rozalia westchnęła i zeszła do piwnicy. Potrzebowała warzyw. Sięgnęła po kosz, aby nabrać z kopca ziemniaków, kapusty i marchwi. W pomieszczeniu było przenikliwie zimno, co tylko potęgowało wewnętrzny chłód, który odczuwała od momentu rozmowy z Händlem. Obładowana wyszła na zewnątrz, ani przez chwilę nie myśląc, że powinna o to poprosić Krysię. Nie miała czasu zaprzątać sobie tym głowy.
Szum pojazdów wjeżdżających na dzieciniec tak ją przestraszył, że porzuciła kosz. Ruszyła w pośpiechu do dworu. Na dziedzińcu dostrzegła dwa samochody i dwie ciężarówki, zaparkowane przed wejściem. Nagle zaroiło się od niemieckich oficerów w ciemnych płaszczach, którzy śmiali się, jakby ruszali do kawiarni. Drzwi dworu otworzyły się i wyszedł przez nie Händel, witając się donośnie znienawidzonym pozdrowieniem. W końcu nie mogła już dłużej znieść tego napięcia, ważyły się przecież jej losy. Chciała przywitać towarzystwo i podejść do Händla, ale nagle jeden z oficerów odwrócił się i spojrzał na nią. Ruszył szybko w jej stronę, a na jego twarzy malowały się determinacja, nieustępliwość i coś w rodzaju groźby, a to nie wróżyło niczego dobrego.
Wstrzymała oddech i zamarła. Wszyscy mężczyźni wokół niej także patrzyli na Obersturmführera Alexandra von Freytaga-Loringhovena. Nigdy nie spotkała brata Carla, widziała go tylko na fotografiach. Był podobny do swojego ojca, miał jego postawę, mocną budowę ciała i orli nos. Pod oficerską czapką dostrzegła jasne włosy. Mężczyzna wydał jej się nadzwyczaj przystojny, zachwycił ją na zdjęciach rodzinnych von Freytag-Loringhovenów, a nadto Rozalia, zauważywszy, w jaki sposób wydawał rozkazy, wiedziała, że był kimś ważnym. Spodziewała się swojego onieśmielenia, ale nie do tego stopnia, że zabrakło jej odwagi na przywitanie się czy wyduszenie pojedynczego słowa.
Alexander, stojąc na środku dziedzińca, oznajmił bardzo spokojnie:
- Panowie, musicie wybaczyć madame Rozalii. Mam z nią do pomówienia na osobności.
Oficerowie natychmiast się odwrócili i zniknęli we wnętrzu dworu. Rozalia ruszyła powoli w kierunku Alexandra, skłaniając grzecznie głowę.
- Dzień dobry, Obersturmführer von Freytag-Loringhoven. Miło mi powitać pana w Czarnowie.
- Panienka Rozalia von der Goltz. Uroda pani przyćmiewa wszystko, co słyszałem od mojej mamy i brata. Nie zaprzeczę, że przyjechałem tu tylko z ciekawości.
Była zbyt wstrząśnięta, aby zaprotestować, co nie znaczy, że nie miała ochoty się zarumienić. Alexander na chwilę zatrzymał się przy niej po to, by powiedzieć:
- Chciałbym prosić o gościnę. Słyszałem o tym pięknym dworze w Polsce same komplementy.
- Dziękuję panu, proszę... kazałam przygotować obiad. Podano w jadalni. Niestety zbyt późno dowiedziałam się o pana wizycie, więc nie będzie zbyt wystawny, ale kolację postaramy się przygotować już bardziej elegancką. Pokój również naszykowano... nie wiem, czy będzie odpowiedni...
- Jestem o to absolutnie spokojny. Proszę mnie zaprowadzić.
Rozalia schyliła się po kosz i ruszyła w kierunku wejścia. Gdy byli blisko drzwi, Alexander powiedział:
- Proszę poczekać. Zapomniałbym o prezencie. Przyjechał tu z Lublina. Pomyślałem, że skoro goszczą tu oficerowie naszej Rzeszy, przyda się pomoc.
Podszedł do jednej z dwóch ciężarówek i otworzył tylną klapę.
- Raz! Wychodzić! Szybko!
Rozalia milczała, nerwowo zaciskając palce na uchwytach kosza. Zza samochodu powoli wyszły dwie dziewczyny w prostych czarnych sukienkach i lekkich płaszczach. Na ramionach miały opaski z gwiazdą Dawida.
- Pomoc do kuchni - powiedział Alexander do zaskoczonej Rozalii.
- Przepraszam, ale mam pomoc. Gdy kogoś potrzebuję, zatrudniam dziewczyny ze wsi - wyjaśniła ostrożnie.
- Rzeczywiście, wspomniano mi o tym. Jakże to rozsądne zatrudniać zaufanych ludzi, aby cię nie otruli.
Ton jego głosu, zbyt ironiczny jak na jej skołatane nerwy, sprawił, że odparła cicho:
- Na pewno znajdą pracę w większym mieście. Może w Kraśniku? Można popytać...
Dziewczyny stały przy ciężarówce, kurczowo trzymając maleńkie walizki. Nawet na chwilę nie podniosły wzroku.
- O pracę dla Żydówek? - mruknął Alexander.
- Tak. Każda para rąk przydaje się w gospodarstwach.
Alexander wspiął się na schody i podszedł do niej, lekko się uśmiechając, co złagodziło jego oblicze.
- Carl wspominał o pani dobroduszności i zaradności.
Ta prosta wypowiedź sprawiła, że Rozalia nieco się rozluźniła, choć nie całkiem uspokoiła. Nie zamierzała go pytać, czy chodzi o to, że zrobiła z siebie głupią. Zamiast tego podsunęła rozsądnie:
- Porozmawiajmy z panem Händlem, on najlepiej będzie wiedział, kto je zatrudni. A dzisiaj mogą przenocować w kuchni.
Sięgnęła do klamki, jednak zamyślony Aleksander spoglądał na nią, nie ruszając się z miejsca.
- Zapraszam - powiedziała. - Jestem pewna, że kucharka naszykowała już ciepły posiłek.
- Zaskakujące, że nie spodziewała się mnie pani tutaj i nie uprzedziłem o moim przyjeździe, a jednak nadal mogę liczyć na miejsce przy stole i pokój. Ma pani w sobie jej ducha, madame von der Goltz. I jej krew.
- Tak, moja babcia była wyjątkową kobietą...
Nim zdążyła się odwrócić, mężczyzna wyjął z kabury pistolet i rozległy się dwa strzały, jeden po drugim. Huk niemal ją ogłuszył, a nogi zadrżały tak silnie, że straciła równowagę i z impetem wpadła na drzwi. Nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku, była zbyt przerażona, zaciskając ze strachu powieki. W końcu powoli otworzyła oczy i nagle je zobaczyła. Dwa ciała leżące na dziedzińcu, a obok nich porzucone walizki i krew barwiącą błoto. Wyglądały jak kukły w teatrze i tak to sobie wytłumaczyła. Nie była w stanie nawet zareagować, jakby to się w ogóle nie wydarzyło. Ogrom tego okrucieństwa kompletnie do niej nie docierał.
- Ucher! Posprzątaj to! - krzyknął Alexander. - Przepraszam, na czym skończyliśmy? Ach tak, pani babcia. Widziałem grób Carin. Bardzo mi przykro, proszę przyjąć moje kondolencje, Rozalio. Współczuję.
- Niepotrzebnie. Przyszedł jej czas, pańska mama przekazała mi w liście, że spoczywa w rodzinnym grobowcu, na pięknej polanie z widokiem na jezioro.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, co się przed chwilą stało. Na jej czoło wystąpiły kropelki potu, a kiedy zdejmowała płaszcz, starała się stać do Alexandra plecami, aby nie odkrył paniki w jej oczach.
Na korytarzu pojawiło się kilku niemieckich żołnierzy, którzy skierowali się na dziedziniec. Zerknęła w stronę salonu i dostrzegła pana Händla, który towarzyszył pozostałym oficerom ze świty Alexandra.
Rozalia trzęsącymi się dłońmi próbowała odwiesić okrycie, gdy jak przez mgłę usłyszała głos oprawcy:
- Gdzie moje maniery? W wojsku wiele się zapomina. Proszę pozwolić, że wezmę pani płaszcz - zaproponował. - Jest pani do niej podobna... do swojej kuzynki. Ten sam blond...
- Dziękuję - odpowiedziała, starając się zapanować nad drżeniem głosu. - Nasza babcia również tak uważała. Nie mogę jednak opłakiwać jej bez końca.
Odwiesił swój oficerski płaszcz i zsunął z głowy czapkę.
- Zostawię od pani kwiaty na jej grobie.
- Dziękuję, to miły gest. Proszę... zaprowadzę, pana do pokoju. Pragnie pan odpocząć czy dołączyć do towarzystwa w salonie? Rozpalono w kominku.
Spojrzała na niego ostrożnie. Możliwe, że ujrzał jej strach, ale nie skomentował tego.
- Nie, pani towarzystwo mi w zupełności wystarczy. Dołączy pani do mnie przy obiedzie? Słyszałem od Carla, że bywa pani bardzo zabawna. To jedna z atrakcji, na jakie liczyłem, odwiedzając Czarnów.
Nigdy nie doświadczyła na własnej skórze czegoś tak wstrząsającego, ale nie chciała o tym mówić ani myśleć, dodała tylko:
- Najwyraźniej mój narzeczony zdołał już dużo opowiedzieć. Zapraszam zatem do jadalni, a ja postaram się o ciepły posiłek dla nas. Napije się pan francuskiego wina?
- Tak, bardzo chętnie. Dawno nie piłem wina. Zwłaszcza francuskiego. Z piwnic żydowskich?
Te zwykłe słowa sprawiły, że jej serce znów zaczęło walić.
- Nie. Pan Händel je przywiózł.
Zaprowadziła go do jadalni, mając nadzieję, że stół był już przygotowany. W powietrzu unosił się apetyczny zapach drożdżowego ciasta.
Wiedziała, że dużo ryzykuje, ale nie mogła powstrzymać się od mówienia; pragnęła ukoić swoje rozszalałe nerwy. On je zabił na jej dziedzińcu! Jak psy, które mu przeszkadzały. Te dwie nieznajome dziewczyny zostały zamordowane z zimną krwią z jej winy. Mogła je zatrudnić. Mogła pozwolić im zostać. W spojrzeniu Alexandra malowało się okrucieństwo, gdy bacznie ją śledził i obserwował każdy jej ruch.
- Zapraszam do stołu, Obersturmführer. Polecę, by podano obiad.
- Proszę usiąść, Rozalio. Porozmawiajmy o pani powinnościach względem mojego młodszego brata.
Poczuła się, jakby dostała obuchem. Nawet nie przyszło jej na myśl, że usłyszy coś podobnego. Przez chwilę miała mętlik w głowie.
- Powinnościach? - powtórzyła niepewnie.
- Mam pieniądze od mojej rodziny dla ciebie. Obiecałem mamie zaopiekować się tobą - powiedział rzeczowym tonem. - Na pewno masz coś jeszcze do przekazania Carlowi. Jest teraz w Kolonii. Dostarczę mu twój list i pozdrowienia.
Przesunął po niej wzrokiem od stóp do głów, nie pozostawiając wątpliwości co do tego, czego od niej oczekuje. Jego spojrzenie było bardzo niepokojące. Uśmiechnęła się lekko, choć miała wrażenie, że za chwilę wybuchnie.
- Oczywiście. Napiszę list zaraz po kolacji. Czy Carl pozostaje w dobrym zdrowiu?
Alexander usiadł na krześle, odkładając na stół czapkę.
- W doskonałym - przerwał gwałtownie i zaśmiał się w głos. - Często przebywa w Domu Żołnierza.
- Domu Żołnierza?
- Mogę tu zapalić? - Alexander zmienił temat, wyjął z marynarki munduru paczkę papierosów i zapalniczkę.
- Tak, oczywiście. Przyniosę z kuchni popielniczkę. Proszę się tymczasem poczęstować ciastem. - Wskazała na talerz na środku stołu.
Rozalia szybko umknęła do drzwi, chcąc znaleźć się jak najdalej od jego "brudnego" spojrzenia. Jej ciało drżało jak w febrze, a gdy wpadła do kuchni, ujrzała Felkę klęczącą na podłodze i obejmującą Krysię. Dziewczyna wyrywała się, ale kucharka mocno trzymała dłoń na jej ustach. Łzy wielkie jak grochy toczyły się po bladych policzkach. Cóż, to było zrozumiałe, że dziewczyna się wystraszyła, sama nadal była w szoku i w duchu modliła się, by nie musieć tam wracać. Felka obejrzała się przez ramię.
- Zabiją nas... Zastrzelą wszystkich...
Rozalia podbiegła do Krysi i uderzyła ją w twarz.
- Cicho bądź, głupia! - warknęła, choć i jej podobne myśli krążyły po głowie. - Wstawaj i zacznij myśleć, masz być cicho, albo na nas wszystkich sprowadzisz nieszczęście.
Krysia wstała i zszokowana patrzyła na Rozalię wielkimi oczami.
- Słyszeliśmy strzały. Myślałam, że panienkę zastrzelili.
- Nie. I nie chcę, abyś się tu kręciła. Pan Irek odwiezie cię do domu, tylko bądź teraz cicho. - Rozalia spojrzała na Felkę smutno i wzięła z kredensu popielniczkę. - Zacznij podawać obiad, prędko. Irek pojechał już po Lucynę.
- To niesprawiedliwe - pisnęła zachrypła od płaczu Krysia.
- Życie jest niesprawiedliwe - powiedziała Rozalia i podeszła bliżej, przyglądając się jej ze smutkiem.
Zanim wyszła, musiała wziąć głęboki oddech. Nie mogła pokazać, że strach pozbawił ją dobrych manier. Nic już nie będzie takie jak dawniej. On myślał, że była Rozalią von der Goltz, nie poprawiła go, wyraźnie nalegał, aby używała niemieckiego nazwiska babki. To ona powtarzała, że w ludziach drzemały silne pragnienia panowania nad życiem innych. Bogowie i idioci byli radykalni, wierzyli w to, co im wmawiano.
Dotknęła złotego krzyżyka pod bluzką, czerpiąc siłę z wiary. Ten drobny gest ugasił w Rozalii płomień paniki. Zapomniała o wszystkim, z wyjątkiem mężczyzny, który mógł ją zastrzelić w każdej chwili. Jak te biedne dziewczyny.