3
- Może bezpieczniej będzie, jeśli panią odprowadzę? - zaproponował Julian, kiedy razem z Madzią wyszli z apteki. Dorożka odwożąca pannę Tańską już nikła we mgle. Głos mu lekko drżał, nerwowo zaciskał dłonie. Magdalena dostrzegła to i straszliwe podejrzenie eksplodowało w jej głowie! A tak w zasadzie, to skąd się wziął tak nagle tuż obok? Czy to możliwe, żeby to właśnie on popchnął pannę Tańską? Spojrzała na jego wiotką wysoką postać, na jasną twarz ozdobioną nieśmiałym uśmiechem. Nie uspokoiło jej to.
Złoczyńcy nie mają na fizjognomii wypisanych swoich podłych zamiarów - myślała i czuła, jak nogi już gotują się do ucieczki.
- Ja dziękuję, to niedaleko - odpowiedziała i nie czekając na jego reakcję, puściła się biegiem Lesznem w kierunku placu Bankowego. Chyba jej nie gonił, bo nie słyszała jego kroków za sobą. Ale kto wie? Może to ta mgła tak tłumiła wszystkie dźwięki? Może niknęły w odgłosach kroków innych przechodniów? Tu już było ich więcej. Śpieszyli gdzieś panowie w paltotach i cylindrach, pewnie urzędnicy pobliskiego banku albo Komisji Rządowej Przychodu i Skarbu mieszczącej się we wspaniałym, klasycystycznym gmachu wzniesionym niedawno według projektu najmodniejszego w ostatnich latach architekta Warszawy, Antonia Corazziego. Truchtem przebiegali posłańcy w liberiach. Szybkim krokiem szła też jakaś dama w skromnym paltociku, sama, z głową okrytą zniszczonym, niemodnym kapeluszem. Magda przemknęła między nimi. Obejrzała się za siebie dopiero wtedy, kiedy potwornie zdyszana dopadła bramy swojej kamienicy. Mgła tu była już rzadsza, a cały plac Bankowy oświetlały latarnie. Nie widziała tego groźnego Sucheckiego. Chyba jednak jej nie gonił. Stała przez chwilę, przyciskając dłonie do piersi, w której tłukło się rozszalałe serce. Nie chciała tak zdenerwowana pokazywać się w domu. Odpoczęła odrobinę, a potem weszła na górę krętymi kuchennymi schodami prowadzącymi do spiżarni i ciemnym korytarzem dotarła do swojego pokoju.
Magdusia mieszkała w dawnej służbówce przynależnej do wielkiego mieszkania wynajmowanego na spółkę przez Żarskich i Walewskich. Rodziny spowinowacone były ze sobą już od dwóch pokoleń i do tej pory żyły w swoich majątkach na wsi. Teraz mieszkanie w Warszawie, dla oszczędności wspólne, stało się koniecznością, bo Feliś Żarski i Maryś Walewski skończyli już dziesięć lat i rodzice, by hartować ich od młodości i zaprawiać w życiu społecznym, postanowili zrezygnować z domowej nauki i posłać do państwowego liceum.
Były w Warszawie dwa typy szkół. Jedne, czteroletnie, zwane wydziałowymi, przeznaczono dla uboższej młodzieży; drugie, departamentowe - dla młodzieńców z lepszych rodzin. Nauka trwała tam sześć lat, jeśli nie liczyć dwóch klas elementarnych. Właśnie do klasy elementarnej zostali zapisani Feliś i Maryś i codziennie dreptali do pałacu Kazimierzowskiego[6], który mieścił się przy Krakowskim Przedmieściu, by razem z setką innych chłopców nadrabiać zaległości domowej edukacji. Dreptali pod opieką kamienicznego dozorcy, właściciela chyba najbardziej rozwichrzonych siwych wąsów, Wojciecha Sobonia, który z tej okazji odkładał miotłę, odpasywał wielki fartuch, brał od chłopaków kajety spięte skórzanym paskiem i puszczał się niemal truchtem za wisusami. Co on z nimi miał! Chłopaczyska uciekały mu, jak tylko potrafiły, w słusznym przekonaniu, że takie towarzystwo kompromituje ich boleśnie. Był przecież widomym dowodem ich siusiumajstwa, niesamodzielności niegodnej prawdziwego mężczyzny i przynależności do klasy elementarnej, w której o mazgaja, maminsynka popłakującego w kącie i fajtłapę nietrudno. Obaj już po miesiącu nauki mieli tę swoją klasę w głębokiej pogardzie, więc uczyli się jak szaleni, by jak najszybciej zdać wszystkie potrzebne egzaminy i zacząć wreszcie naukę w poważnym liceum. Jeśli ktoś jednak myślał, że robili to w ciszy i skupieniu, to mylił się okrutnie. Dom chodził w posadach od wywrzaskiwanych deklinacji łacińskich, podstawowych dat historycznych czy dzikich awantur, które wybuchały nieodmiennie, kiedy wyniki działań matematycznych w kajetach obu chłopców okazywały się różne. Wszystkiemu temu przyglądała się młodsza siostra jednego z nich, Olusia Żarska, z wielką zazdrością w sercu, kibicując z piskiem w bitkach i braterskich przepychankach raz jednemu, raz drugiemu z chłopców.
Teraz jednak panowała cisza. Magdusia już zaczynała się niepokoić, czy przypadkiem chłopakom nie stało się coś złego, kiedy z salonu dobiegł ją szmer rozmów. Uchyliła lekko drzwi i nastawiła ucha. Ach, to zjechali obaj ojcowie! Hrabia Hieronim Żarski niechętnie opuszczał swój majątek, bo sprawy gospodarowania pochłaniały go całkowicie, hrabia Aleksander Walewski przyjeżdżał do Warszawy znacznie częściej, bo gnała go tęsknota do żony i sprawy publiczne. Teraz byli tu obaj, chociaż... No tak, wśród głosów Madzia rozpoznała też głos starszego pana Walewskiego, hrabiego Kazimierza. Coś się stało, że zjechali tutaj wszyscy?
Zaciekawiona weszła do salonu. Tematem rozmów były dwie sprawy. Pierwsza z nich to powołanie Banku Polskiego z inicjatywy księcia Franciszka Druckiego-Lubeckiego[7], co za niezwykle istotne uważali wszyscy zgromadzeni w salonie panowie, bo ten bank to możliwość uzyskiwania kredytów, wzmożenie robót publicznych. Ale nade wszystko rumieńce na twarzach wzbudzał projekt otworzenia giełdy, co oznaczało, że w Warszawie, tak jak dajmy na to w Londynie czy Paryżu, będzie można obracać papierami wartościowymi i przy pewnej ostrożności i zorientowaniu w życiu gospodarczym ciągnąć z nich całkiem niezłe dochody. Wybierali się więc panowie Walewscy razem z hrabią Żarskim całkiem niedaleko, bo na drugi koniec placu do siedziby banku, by pozakładać tam konta i rozejrzeć się już na miejscu w konkretnych możliwościach.
Drugą sprawą, która rozpalała umysły, była wojna rosyjsko-turecka, a szczególnie ostatnie działania generała Iwana Paskiewicza na Kaukazie. To także zainteresowało Magdalenę. Była dzieckiem, kiedy pan Aleksander uciekł z Kaukazu, gdzie zawleczono go pod przymusem, dostał się bowiem do niewoli rosyjskiej podczas napoleońskiej wojny. Jak przez mgłę pamiętała to, że wróciwszy do kraju, młodszy pan Walewski jeszcze długo musiał się ukrywać. Zainteresowanie tym tematem wzmagała w Magdalenie także ostatnia lektura. Właśnie przeczytała śliczną powieść poetycką modnego już od kilkunastu lat twórcy, George'a Byrona, Giaur. Trudno opowiedzieć, jak bardzo rozpaliła ona wyobraźnię panny Magdaleny. Te miasta ze strzelistymi minaretami, zamki ozdobne kamiennymi koronkami i zamknięte tam w haremach kobiety o zasłoniętych twarzach. Tajemnica, wielka miłość i jeszcze większe cierpienie. Wreszcie zemsta! Och, czyż może być coś bardziej emocjonującego?
Panowie jednak główną uwagę skupili na tym, że na ich oczach działy się wielkie rzeczy. Turcja, od setek lat panująca nad wieloma narodami, ta, która zgarnęła władzę nad całą południowo-wschodnią Europą, teraz się rozpadała, a nad jej ciągle jeszcze żyjącym cielskiem jak sępy czyhały Rosja, Wielka Brytania i Francja. Każde z tych państw marzyło o panowaniu nad ogromnymi połaciami Azji, a wstępem do tego miało być podporządkowanie sobie tych ziem, które pozostaną po Turcji. Jeśli już padnie, co nie było jednak do końca pewne.
- A mnie najbardziej interesuje los Grecji - włączyła się do dyskusji pani Florentyna. - To straszne, że kolebka naszej cywilizacji już od wielu setek lat znajduje się pod panowaniem muzułmańskim. Grecy mają za sobą chyba kilkanaście, sama nie wiem ile, powstań, ciągle walczą o niepodległość.
- Słyszałam - dodała przejęta pani Helena - że Greczynki, by nie dostać się w ręce oddziałów tureckich, skaczą z dziećmi w przepaść!
Rozmowa na te frapujące tematy jednak się nie rozwinęła. Interesy nie mogły czekać, panowie już się zbierali.
- Jak się masz, Magdalenko! - Hrabia Żarski, jej daleki krewny i dobroczyńca, żartobliwie uszczypnął ją w policzek na powitanie i pożegnanie jednocześnie. Wyjście panów ostudziło nieco emocje.
Magda padła na szezlong. Musiała porozmawiać z kimś o wypadku, którego była świadkiem, i o swoich podejrzeniach.
- Może zajrzyj do kuchni. Dziś na obiad mieliśmy pyszną cielęcinę - zaproponowała pani Florentyna. - Co tam w Instytucie?
- Dziękuję. Nie jestem głodna.
To wyznanie podziałało elektryzująco. Jak to? Ta Madzia, która zwykle po powrocie z miasta zjadłaby konia z kopytami, mówi teraz, że nie jest głodna? Hrabina Żarska, która z racji wieku już powinna statecznie zasiadać na kanapie z monoklem w oku i w czarnym czepeczku na włosach, które uparcie nie chciały być siwe, poderwała się z młodzieńczą werwą, by nalać Magdalenie trochę limoniady z dzbanka stojącego na stoliku. Wlepiła w nią bystry wzrok, nie wspomagając się monoklem, bo też do niczego nie był jej jeszcze potrzebny. Zamiast czarnego czepeczka na czubku głowy miała misterny koczek i loki puszczone po bokach. Natychmiast przy Madzi znalazła się także Helenka Walewska. Stała nad nią z talerzykiem z marengami[8] i troską w oczach.
- Stało się coś?
- Wyobraźcie sobie... - zaczęła Magdusia i opowiedziała im o mgle, koniach, które poniosły, pannie Tańskiej i tajemniczym, groźnym Julianie. Powiedziała to wszystko niemal szeptem, by broń Panie Boże nic nie doszło do uszu dwóch urwisów, Felisia i Marysia, bo po pierwsze to nie były rzeczy dla nich odpowiednie, a po drugie, i ważniejsze, nigdy nie wiadomo, co oni z taką wiedzą mogli zrobić. Ale ta ostrożność była zupełnie niepotrzebna. Obaj siedzieli właśnie pod stolikiem do kawy osłoniętym obrusem haftowanym w piękne chryzantemy i sięgającym aż do ziemi. Słyszeli wszystko, o czym się mówiło, niezależnie od tego, czy było to powiedziane głośno czy szeptem.
Kiedy późnym wieczorem obaj chłopcy znaleźli się wreszcie w łóżkach, przystąpili do omówienia sytuacji. Wnioski były następujące. Po pierwsze trzeba pozbyć się zbyt krępującego towarzystwa durnego Sobonia. Po drugie w związku z otwieraniem konta w banku, co świadczyło o tym, że ich ojcowie mają zbyt dużo pieniędzy, trzeba obmyślić akcję, której skutkiem będzie zakup dla każdego z nich porządnego, dobrze ujeżdżonego konia. Kuców mieli już serdecznie dosyć. I wreszcie po trzecie należy zacząć śledztwo w sprawie panny Tańskiej, bo dorośli sobie z tym nie poradzą, a już panna Magdalena to na pewno. Pokrzepieni świetlanymi widokami na przyszłość zasnęli.
Madzia za to zasnąć nie mogła. Całe życie stanęło jej przed oczami i zdała sobie sprawę, jak daleką drogę przeszła od zasmarkanego dziecka z biednego dworu w Bednarach do panny, która jest damą klasową w najlepszej szkole dla dziewcząt w Warszawie i właśnie zarobiła swoje pierwsze pieniądze. Przypominała sobie, jak to jej babcia uprosiła swojego krewnego, hrabiego Hieronima, by ją wziął na wychowanie, jak wysłano ją na pensję panny Wilczyńskiej i jak tam po raz pierwszy zobaczyła pannę Tańską. To było nadzwyczajne przeżycie.
Było tak: pewnego razu do sali weszła ich dama klasowa, panna Serafina Zającówna, z pakietem jakichś pism pod pachą. Rozdała je swoim uczennicom. Pismo nosiło tytuł: Rozrywki dla Dzieci i bardzo się Madzi podobało! Budujące, pełne miłości do ojczyzny. Czego tam nie było! I opowieści narodowe bardzo piękne o panu Kościuszce, który na rynku w Krakowie przysięgał bronić ojczyzny, o księciu Józefie, który zginął w wodach Elstery, były fragmenty przecudnej książeczki panny Tańskiej pod tytułem: Pamiątka o dobrej matce, którą Madzia już znała, bo czytały ją sobie głośno z panią Florentyną, a nawet kawałki nowej powieści, Dziennik Franciszki Krasińskiej. Tej książki Magdalena jeszcze wtedy nie czytała, bo wyszła drukiem dopiero niedawno, a teraz leżała na stoliczku w jej pokoju z nieporozcinanymi kartkami i czekała na swoją kolej. Panna Zającówna opowiadała im, jak wspaniałą osobą jest Klementyna Tańska z takim zapałem, że aż ślina zbierała jej się w kącikach ust i Madzia z Zinaidą Lewczuk ze Lwowa, swoją najlepszą przyjaciółką, śmiały się z tego w kułak. Panna Zającówna to oczywiście zauważyła, ale zamiast zwrócić im uwagę, jak zwykle tonem nieco znużonym, ale obojętnym, rzekła:
- Panna Żarska na pewno chętnie zadeklamuje naszemu gościowi fragment Śpiewów historycznych pana Juliana Ursyna Niemcewicza, a panna Lewczukówna fragmenty ze sztuki Jadwiga, królowa polska[9].
Tego się nie spodziewały! Blady strach padł na nie, bo z relacji ich wychowawczyni wynikało, że ta panna Tańska jest osobą nadzwyczajną. Do tej pory wizytować szkoły dla dziewcząt mogli tylko mężczyźni, a teraz pojawiła się ona, kobieta! Musiała być niezwykle groźna i obie z Zinoczką opowiadały sobie, jaka to też mogła być ta panna inspektorka. No, taka jak dotychczasowi wizytatorzy, a w zasadzie jeszcze groźniejsza. Co prawda nie mogła mieć brody, ale musiała przypominać którąś z Gorgon[10]. Trudno opowiedzieć, w jakim przerażeniu przeżyła Magdusia następne dni, a przecież musiała się jeszcze wyuczyć na pamięć stosownego fragmentu Niemcewicza. Starała się. Nawet nauczyła. Ale cóż z tego, kiedy była święcie przekonana, że wystarczy jedno spojrzenie tej panny Tańskiej, a ona, jeśli nie zamieni się w kamień, to na pewno zapomni całego nauczonego tekstu. Aż przyszedł ten dzień. Kiedy obudziła się w sypialni pełnej dziewcząt, zerknęła na łóżko Zinaidy. Było puste. Gdzie była? Uciekła? Och, matusiu, co z nieba spoglądasz na swoją córkę, ześlij ratunek! W towarzystwie Zinoczki dzisiejszy dzień zapowiadał się okropnie, ale bez niej?! Bez niej zupełnie nie do przeżycia! Madzia poderwała się i zobaczyła, jak jedna z zajmujących się nimi panien prowadzi przyjaciółkę słaniającą się z osłabienia, tak bladą, że cera jej nabrała zielonkawego odcienia.
- Połóż się, wezwiemy lekarza - powiedziała i odeszła.
- Zinoczka, co ci?
- Chyba tego nie przeżyję - jęknęła dziewczynka.
- Tak bardzo się boisz? - Magdusia na samą myśl o strachu koleżanki zaczęła się bać jeszcze bardziej, choć wydawało jej się to absolutnie niemożliwe.
- Tak - odpowiedziała i zaraz dodała: - zjadłam dwa surowe ziemniaki.
- Och! - jęknęła teraz z kolei Madzia i nic więcej nie była w stanie z siebie wydusić, bo nie wiedziała, czy bardziej ją boli to, że koleżanka postanowiła zostawić ją w tym nieszczęściu samą, czy to, że jej też nie przyszedł do głowy tak oczywisty koncept, czy wreszcie to, że teraz zaraz stanie przed panną Tańską sama samiuteńka, zapomni oczywiście tekstu, a ta straszna Meduza spojrzy na nią z wysoka... Oczywiście musi ona przypominać oprócz Gorgony jeszcze jakąś olbrzymkę, która, wchodząc do klasy, będzie się musiała zgiąć w pół, bo inaczej nie zmieści się w drzwiach. Więc ta panna Tańska spojrzy na nią z wysoka i ryknie tak, jak ryczeć może tylko potwór morski Lewiatan, o którym w Biblii przeczytała słowa, jakich nie da się zapomnieć: "z ust mu płomienie buchają, sypią się iskry ogniste. Dym wydobywa się z nozdrzy, jak z kotła pełnego wrzątku"[11].
Jakim cudem Magdusia przeżyła poranek, tego nawet ona sama nie była w stanie pojąć. Aż nastąpił ten moment. Drzwi się otworzyły, do sali weszła przełożona szkoły, panna Wilczyńska, osoba starsza już, spowita w brązową suknię i tak dystyngowana, że jedyne, co można było w jej obecności zrobić, to dygnąć głęboko i tak w tym ukłonie trwać. A za nią... A za nią... Magdusia tak jak inne panienki wstała na wejście tych dostojnych gości, ale nie śmiała podnieść na nich wzroku.
- Dzień dobry, panienki - usłyszała głos delikatny, melodyjny, anielski niemalże, a jednocześnie taki jakiś arystokratyczny, z wyższych sfer. Z wyższymi sferami Madzia była za pan brat, bo do pałacu w Kiernozi, w którym spędziła część swojego dzieciństwa, to nawet sam generał Krasiński potrafił zjechać, ale takiego głosu,jeszcze nie słyszała. Podniosła więc oczy i zobaczyła młodą kobietę, którą trudno było nazwać piękną, bo jej figurę zniekształcała trochę zbyt do góry wysunięta łopatka, ale elegancką, życzliwie się uśmiechającą i przyglądającą się im bacznie. Za nic do dziś nie mogła sobie przypomnieć, co było dalej. Ktoś coś mówił, ktoś mu odpowiadał, aż padły słowa panny Zającówny:
- Dla uczczenia naszego gościa panna Magdalena Żarska przygotowała deklamację.
- Och, posłucham z przyjemnością - odpowiedziała zachwycająca wizytatorka, a Madzia już wiedziała, że dołoży wszystkich sił, byle tylko jej deklamacja spodobała się pannie Tańskiej.
I tak było. Nie zapomniała ani słowa.
[6] Najstarszy z budynków Uniwersytetu Warszawskiego, wybudowany dla króla Władysława IV jako prywatny pałacyk Wazów.
[7] Minister skarbu Królestwa Polskiego.
[9] Opera Karola Kurpińskiego ze słowami Niemcewicza.
[10] W mitologii greckiej groźne siostry o przerażającym wyglądzie z ostrymi kłami i włosami z wijących się węży. Spojrzenie jednej z nich, Meduzy, zamieniało człowieka w kamień.
[11] Biblia, Księga Hioba.