2
Kryształowe żyrandole żarzyły się setkami świec, choć głównym oświetleniem były zawieszone na ścianach lampy gazowe. Wygodne sofy czekały ustawione w niszach pod lożami. Po wielkiej balowej sali przechadzały się grupki ludzi. Dookoła pani Filipiny Hersowej zebrał się wianuszek pań zainteresowanych akcją wspierania szwaczek, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej. Hersowie chcieli urządzić charytatywną loterię fantową. Ze swojej strony ofiarowywali piękny zimowy kostium obszywany futrem popielic i komplet złożony z rękawiczek, ciepłego kapelusza i mufki. Teraz pani Filipina przy każdej okazji szukała chętnych, którzy zechcieliby ofiarować jakieś fanty na tę loterię.
Zofia zgodziła się zaprojektować strój dopasowany do urody pani, która złoży największy datek na biedne szwaczki. Potem rozejrzała się i zwróciła baczniejszą uwagę na swojego szefa. On jeden w sali pełnej poruszonych wspaniałością tego wieczoru ludzi wydawał jej się gnębiony jakimś niepokojem. Czyżby tak samo jak ona miał niedobre przeczucia?
- Coś cię gryzie? - spytała.
- Nie czas i nie miejsce o tym mówić - burknął prawie niegrzecznie, ale potem zreflektował się, a może po prostu koniecznie musiał podzielić się z kimś swoim kłopotem, bo dodał: - Ona ciągle nie zapłaciła za to futro.
Pani Zofia doskonale wiedziała, o czym mówi. Firma Bogusława Hersego stawała się coraz bardziej znana w Warszawie. Sama pani Lucyna Ćwierczakiewiczowa[9] w wielu swoich cotygodniowych felietonach, jakie pisała do "Bluszcza"[10], polecała ich kreacje, a była ona absolutnym warszawskim autorytetem we wszystkich sprawach dotyczących prowadzenia domu i świata kobiet. Sklep i szwalnia rozwijały się świetnie, a mimo to zawisło nad nim niebezpieczeństwo. Futro było niezwykle kosztowne. Tak kosztowne, że Hersów nie było stać na jego kupno. Wypożyczyli je tylko z Wiednia i wystawili w swoim sklepie. Pech chciał, że odwiedziła ich wtedy żona warszawskiego generała-gubernatora Piotra Albedyńskiego[11], księżniczka Aleksandra Dołgoruka. Kazała sobie przysłać to futro do pałacu i do tej pory nie zapłaciła za nie ani grosza.
- Sama rozumiesz, że nie mogłem jej odmówić. To groziło zsyłką na Sybir.
- Tak, tak - przytakiwała mu trochę bezwiednie, wspominając swoje zesłanie do Omska[12]. W zasadzie nie było jej tam źle. Może to błąd, że wrócili? Tam, w Omsku, jej Felicjan nigdy nie spotkałby...
- Może masz ochotę się czegoś napić? Obawiam się, że wyglądamy jak dwa ponure gawrony w tym rozbawionym towarzystwie.
- Masz rację. Lampka wina dobrze mi zrobi - zgodziła się pani Zofia.
- Medam et mesje! - pokrzykiwał fatalną francuszczyzną wodzirej i ustawiał długi korowód tancerzy do poloneza.
Bal się rozpoczynał. Haneczka stała w jednej z dalszych par z głównym krojczym firmy, Stanisławem Hoplickim, człowiekiem na tyle poważnym, że jej matka poczuła się zwolniona na chwilę od bacznego śledzenia poczynań córki.
- Więc co zrobisz? - wróciła do tematu nieszczęsnego futra.
Utkwił w niej wzrok, ale pani Zofia miała wrażenie, że jej nie widzi. Patrzył raczej w głąb siebie i to, co tam zobaczył, chyba nie napawało go optymizmem.
- Twoje zdrowie - powiedział, stukając się z nią kieliszkiem pełnym koniaku i ignorując jej pytanie.
Tymczasem Haneczka kroczyła majestatycznie w polonezowym rytmie i pilnie rozglądała się wokół. Nigdy w życiu nie czuła się tak wspaniale. Ten blask, ten szum, ten zapach! Wszystko to ją upajało i wprawiało w ekstazę. Właśnie pary łączyły się w czwórki zgodnie z wykrzykiwanymi przez wodzireja poleceniami. Miała podać rękę jakiemuś młodzianowi, który tanecznym krokiem nadchodził z drugiego końca sali, prowadząc swoją partnerkę. Wyciągnął do niej dłoń w białej rękawiczce. Podała swoją, spojrzała na niego oczami pełnymi euforii i uśmiechnęła się promiennie. Zrobiło to na młodym człowieku wrażenie. Haneczka zauważyła jego lekki rumieniec i błysk zainteresowania w oku. Ach, jak lekka była, jak płynęła w tańcu, jak muzyka podpowiadała jej każdy gest, każde skinienie głowy! Ach, jakie piękne było życie!
Mecenas Florian Walewski nie był takim młodzieniaszkiem, jakim wydał się na pierwszy rzut oka Haneczce Żarskiej. Trafił na bal w Resursie Kupieckiej trochę przez przypadek, przyciągnięty tu przez inżyniera Tadeusza Majewskiego. Tadeusz był człowiekiem poważnym, zajmującym wysokie stanowisko w dyrekcji Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej. Florian współpracował z nim, bo stan prawny wszelkich inwestycji w kolejnictwie był szalenie skomplikowany. Całe przedsięwzięcie było spółką opartą na prywatnym kapitale, ale miało tak ważne znaczenie dla rozwoju, a nawet obronności kraju, że musiało podlegać państwowemu nadzorowi.
Pani Tadeuszowa była znacznie młodsza od męża i zapatrzona w niego jak w obrazek. Florian już zdążył na tym balu z nią porozmawiać i usłyszał, że jej mąż jest nie tylko doskonałym fachowcem, ale także człowiekiem niezwykle mądrym, znającym się na historii, filozofii, literaturze, geografii itede, itepe. Mecenas doskonale o tym wiedział. Znał i cenił Tadeusza od lat. Teraz, kiedy w polonezie zetknął się z pełnym radości spojrzeniem Haneczki, kiedy się do niego uśmiechnęła, pomyślał sobie, że taka dziewczyna jest zdolna do zachwytu, i nagle ni z tego, ni z owego zapragnął być jego przyczyną. Zamarzyło mu się, by ktoś o nim opowiadał z taką miłością i dumą, z jaką przed chwilą o swoim mężu mówiła młoda pani Majewska.
Narcyz - zganił siebie w duchu, ale krążąc po sali, wypatrywał ciemnych włosów ozdobionych kwiatami irysów. Gdzieś mu zniknęła wśród tego tłumu różnobarwnych falbanek, kokardek i koronek przetykanego czarnymi smokingami. Wreszcie ją zauważył. Rozmawiała z kimś z klanu Hersów. Tę rodzinę znały wszystkie warszawianki. Panowie raczej mieli z nią styczność tylko wtedy, kiedy przychodziło płacić całkiem niemałe rachunki. Jemu, choć nie miał żony ani córki, to nazwisko nie było obce za sprawą afery z futrem. Florian nie orientował się dokładnie, o co chodzi, ale wiedział, że sprawa mocno śmierdzi i będzie miała bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Znana wiedeńska firma poprosiła go o zorientowanie się, jakie są szanse na uzyskanie zapłaty za drogocenne okrycie. Miał się tym zająć jutro.
Na razie jednak stał za filarem podtrzymującym lożę dla orkiestry i patrzył z rosnącym zachwytem na tę panienkę, która teraz z pociemniałymi od skupienia oczami z uwagą słuchała wywodów jakiejś starszej matrony. To też wydało mu się niezwykłe. Panienki w jej wieku są zwykle lekkomyślne, puste, zajęte tylko strojami i pozbawionymi znaczenia ploteczkami. Nie słuchają nikogo z takim zaciekawieniem. Znowu zapragnął, żeby ta dziewczyna tak głęboko i gruntownie była zainteresowana tym, co on do niej mówi, by jej oczy zmieniały się ze świetlistofiołkowych w niemal granatowe.
- No, narcyz - szepnął sobie po cichutku, by skuteczniej się zganić. Ale nic to nie dało. Coraz bardziej pragnął, by ta śliczna panienka zwróciła na niego uwagę.
Kiedy tak stał i na nią patrzył, ona na moment podniosła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Ukłonił się z daleka, a potem zebrał na odwagę, by podejść i zapytać, czy ma jeszcze jakiś wolny taniec. Miała. Na dodatek walca.
- Mecenas Florian Walewski - przedstawił się przy okazji ubranej na czarno starszej damie. Sądząc po podobieństwie, musiała to być matka dziewczyny.
- Walewski? - uśmiechnęła się trochę zdziwiona. - Zofia Felicjanowa Żarska.
Spojrzał na nią z lekka skonfundowany, bo gdzieś z tyłu głowy tłukła mu się myśl, że to nazwisko jest mu znane, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd.
- Czyżbyśmy byli spokrewnieni? - spytała. - Pan z Francji?
Wkrótce oboje pogrążyli się w rodzinnych zawiłościach genealogicznych. Tak, niedawno przyjechał z Francji i jest wnukiem Heleny z Żarskich Walewskiej. A ona z kolei wywodzi się z drugiego małżeństwa hrabiego Hieronima Żarskiego z Florentyną z domu Glińską, a raczej jej mąż się wywodził, niestety już nieżyjący. Z matką tej dziewczyny, Haneczki, rozmawiało się Florianowi bardzo dobrze i zbaczali co chwila na inny temat. A to mówili, że Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych strasznie gniecie się w Hotelu Europejskim i najwyższy czas, by znalazło własną siedzibę, a to że Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi pana Jules'a Verne'a to niesamowicie ciekawa książka, a to szeptali o zamachach na życie cara Aleksandra II.
Tymczasem bal trwał. Zagrali mazura. Florian przyglądał się stającym do niego parom z przyjemnością. Sam raczej nie lubił tańczyć. A tu najpierw każda z par po kolei w podskokach wbiegała na środek sali. Partner prowadził swoją panią przodem, sam zostając trochę z tyłu, jakby chciał ją chronić. Potem ona zataczała kręgi wokół niego w takt ludowego rytmu, do którego chciałoby się huknąć: już dziś, dziś! Ten taniec bardziej pasował do chłopskiej karczmy czy ziemiańskiego dworu w zapadłej wsi niż do eleganckiej sali balowej. Kontrastowały z nim niemożebnie zdobne w koronki, falbanki i riuszki suknie panien i sztywne fraki panów. Ten i ów, chcąc się popisać tanecznym kunsztem, próbował wywinąć hołubca, co pasowało do chłopskich butów pod kolana, lnianych portków i haftowanych sukman, ale na salonach wyglądało śmiesznie. Przynajmniej zdaniem Floriana.
Wreszcie doczekał się na Haneczkę. Wbiegła ze swoim partnerem. Raczej wfrunęła. Leciutko na paluszkach okrążyła swojego tancerza i oboje zatrzymali się w oczekiwaniu na innych. Potem buchnął mazur! Furczały ozdobne spódnice, drobiły kroczki nóżki w pantofelkach do tańca raz po raz wychylające się spod zwojów materii, pląsały ramiona pań i panien, a obok nich ruchami zadziornego koguta tańczyli panowie.
W końcu nadszedł walc. Florian skłonił się przed Haneczką, zastanawiając się, czy już jest zakochany, czy to tylko odurzenie tym wieczorem, zapachem perfum, jej urodą i wdziękiem. Ruszyli do tańca. Raz, dwa, trzy - liczył sobie w myślach, by nie zgubić rytmu, ale oszołomienie narastało. Czuł przez rękawiczkę ciepło jej dłoni, położył rękę na jej plecach i kontemplował to doznanie, bo wiedział, że w żadnej innej okazji nie będzie mu wolno tego zrobić. Pachniała delikatnie jaśminem i to wydawało mu się cudownym znakiem, bo jaśmin!... ach jaśmin!... Pachniał mu każdej wiosny pod oknem sypialni w rodzinnym domu niedaleko Lyonu u stóp Alp.
Krzewy jaśminu zakwitające wiosną tysiącem słodko pachnących śnieżnobiałych gwiazdek rosły w wielkich donicach. Kiedy wiał mistral[13], służba wnosiła je do sieni, by nie zmarzły. Ta dziewczyna też taka była. Cudowna, delikatna, a jednak silna i odurzająca jak zapach kwiatów tego krzewu. Wymagająca ochrony przed zimnym wiatrem. W tej chwili Florian gotów był poświęcić życie, by o nią dbać, by jej bronić.
Pod wpływem tych myśli miał ochotę przycisnąć ją do piersi i walcować do utraty tchu, lecz dobre wychowanie nakazywało mu zachować przyzwoitą odległość i nie psuć szyku w tańcu. Raz, dwa, trzy - odliczał w myślach raczej dla uspokojenia wyobraźni niż dla zachowania rytmu. Może to tylko wino - próbował się nie dać temu zawrotowi głowy i szaleństwu serca, ale pojęcia nie miał, na ile jego wysiłki będą skuteczne.
- Medam et mesje! - krzyczał swoje wodzirej, bo walc niestety się kończył.
A Haneczka? Haneczka tak była odurzona wspaniałością tego wieczoru, tak rozkochana w tańcu i muzyce, tak szczęśliwa, że wszyscy wokół zamienili jej się w jeden pełen szczęścia majak. Gdyby następnego dnia spotkała Floriana na ulicy, nie poznałaby go i jego ukłon mocno by ją zdziwił. Dziś kochała wszystkich. Wróciła, odprowadzana przez partnera, do mateczki i zerknęła do karnetu przypiętego do paska sukni, by sprawdzić, jaki czeka ją następny taniec i kto będzie jej w nim towarzyszył.
Nie zdążyła odczytać. Miły gwar, jaki ją dotychczas otaczał, ucichł. W niezwykłej jak na bal martwocie słychać było tylko twarde kroki po wywoskowanym parkiecie. Ręka jej matki znalazła jej dłoń i ścisnęła mocno, bardzo mocno. Ból współgrał z rosnącym niepokojem.
- Wasin - usłyszały szept. - Pułkownik Jegor Wasin.
[9] Autorka najsławniejszej XIX-wiecznej książki kucharskiej pt.: 365 obiadów.
[10] Ilustrowany tygodnik kobiecy.
[11] Piotr Pawłowicz Albedyński - w latach 1880-1883 generał-gubernator Królestwa Polskiego i dowódca wojsk Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Przez warszawiaków wspominany stosunkowo dobrze, ale zdarzały mu się wpadki, bo historia z futrem jest autentyczna.
[12] Opowiadam o tym w tomie pt. "Małżeńskie więzi".
[13] Suchy, zimny, porywisty wiatr wiejący w południowej Francji.