2
Doktor Joanna Demelówna,
Warszawa, 11 listopada 1918 roku
11 listopada 1918 roku Joanna Demelówna siedziała w swoim pokoju i przeglądała wycinki prasowe dotyczące epidemii dziwnej choroby panoszącej się wśród żołnierzy w Północnej Ameryce. Przebiegała ona stosunkowo łagodnie, ale Joannę niepokoiła łatwość, z jaką się rozprzestrzeniała.
W domu panowała cisza, choć mieli sporo gości, a pora była przedobiednia. Wszyscy jednak, nawet dziadkowie, wyszli na balkon. W skupieniu nad pracą przeszkadzał jej jedynie harmider za oknem, ale tym razem nie mogła mieć pretensji do ludzi hałasujących na ulicy. Uśmiechnęła się leciutko, choć nie zdarzało jej się to zbyt często. Nastroje euforii zdawały się przenikać przez szyby okien i docierać aż tu, i nawet osoba tak zdyscyplinowana i surowa dla siebie jak ona musiała przyznać, że poddaje się im, że pozwala tej atmosferze, która ogarnęła całą Warszawę, ba! cały kraj, zaburzać swój rytm pracy.
Okna pokoju Joanny wychodziły na ulicę Moniuszki. Naprzeciwko znajdował się pensjonat prowadzony przez Wandę Romanówną, a u niej od wczoraj zamieszkał na drugim piętrze w specjalnie przygotowanym apartamencie Józef Piłsudski. Zjechał niespodzianie. Co prawda już od kilku dni krążyły wieści o tym, że został zwolniony z twierdzy w Magdeburgu, że lada dzień dotrze do Warszawy. Nawet codziennie wokół Dworca Głównego stojącego przy skrzyżowaniu najważniejszych warszawskich ulic, Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, gromadziły się tłumy. Ale on przyjechał w niedzielę o siódmej rano, kiedy całe miasto spało jeszcze, wypoczywając po szaleństwach jednych z ostatnich przedadwentowych bali, dansingów, fajfów czy gdzie tam kto bywał.
Joanna oczywiście nie bywała.
Pochyliła się znowu nad papierami. Wyciągnęła z nich notatki dotyczące pojawiających się także w Europie przypadków tej dziwnej infekcji. Te miały już znacznie cięższy przebieg. Choroba atakowała płuca, rozprzestrzeniała się gwałtownie w organizmie, często ze skutkiem śmiertelnym. Jej przebieg przypominał dżumę płucną, najgroźniejszą postać choroby, która dziesiątkowała ludzkość od średniowiecza, ale jak na dżumę odznaczała się bardzo małą śmiertelnością. Gdyby mieli do czynienia z grypą lub, jak ją inaczej nazywano, influenzą, to musiałaby być to jakaś szczególnie zjadliwa jej odmiana.
Sprawa tej dziwnej choroby zainteresowała doktor Demel, bo coraz więcej takich przypadków odnotowywano w Warszawie, a wczoraj na jej oddziale w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc zmarł pacjent z gwałtownymi grypowymi objawami. Joanna trudno się godziła ze śmiercią któregoś ze swoich podopiecznych. Koledzy mówili, że to sprawa jej płci i ta nadmierna, jak twierdzili, wrażliwość uniemożliwi jej wykonywanie zawodu, który z takim trudem zdobyła.
- Niedoczekanie! - mruknęła pod nosem i znowu zagłębiła się w pracy.
Upór, konsekwencja i pracowitość! To były jej wytyczne w życiu. Stanowiły broń przed izolacją, bezsensem istnienia i upokarzającą świadomością, że jedynym uczuciem, jakie może wzbudzać taki ktoś jak ona, jest litość. Na to Joanna nigdy nie pozwoli!
Za oknem wybuchł nagle harmider okrzyków, z których doktor Demelówna nie była w stanie wyłowić żadnych sensownych słów, a potem głosy połączyły się.
- Jeszcze Polska nie zginęła! - huknęło.
Z wysiłkiem wstała zza biurka. Nie sięgnęła po laskę, tylko opierając się o stojącą niedaleko komodę i półki z książkami, dokuśtykała do okna.
Cała przestrzeń wąskiej uliczki wypełniona była ludźmi. Stali głowa przy głowie, a każda zadarta, każda wpatrująca się w górę na udekorowany narodowymi barwami balkon na drugim piętrze.
Pojawił się na nim wąsaty człowiek. Uniósł ręce do góry i gestem poprosił o ciszę. Gwar zamarł. Tylko gdzieś z dala, z placyku koło filharmonii i jeszcze dalej, gdzie także stał tłum, dobiegał szmer. Tam już nikt nie miał szans na usłyszenie tego, co powie Piłsudski.
Ale Joanna miała.
Otworzyła okno. Chłód i wilgotne powietrze wdarły się do środka. Poczuła na twarzy drobniusieńkie kropelki mżawki.
- Obywatele! - zawołał Piłsudski, a jego silny głos poniósł się nad głowami. - Bardzo gorąco dziękuję Wam za to przyjęcie tak serdeczne, któreście mi zgotowali. Po raz już trzeci wita mnie Warszawa, a wita mnie jako tego, który krew i życie swoje każdej chwili ojczyźnie i ludowi polskiemu oddać gotów![3]
Słuchała tych słów z rezerwą. Tak, jej też udzielił się nastrój powszechnego entuzjazmu, ale rozsądek nie pozwalał zapomnieć, przed jak wielkimi trudnościami staje zmartwychwstająca Polska. Przecież przez jej tereny przetoczył się wojenny walec. Rosjanie, nie chcąc zostawiać niczego wartościowego w rękach wypierających ich z naszych terenów Niemców, niszczyli wszystko, co tylko się dało. Ziemia leżała odłogiem, wsie popalono, miasta zrujnowano, a wszystkie fabryki, zakłady ograbiono. Granice nieustalone, a w Rosji i w Niemczech po władzę sięgała bolszewicka zaraza, której Joannę nauczono się bać. Wymizerowani latami wojny ludzie teraz będą się domagać, by nowe państwo załatwiło ich wszystkie potrzeby. A tak się nie da. Gdzie się zwrócą po pomoc? Może właśnie do tej idei, która nakazuje wszystko grabić, a budować sama nie potrafi?
Joanna nie była optymistką, ale w ten jeden dzień postanowiła się cieszyć.
Dziewczyna wychyliła się nieco z okna i spojrzała w lewo. Tam znajdował się balkon, na który można było wyjść z salonu ich mieszkania. Stali na nim wszyscy domownicy, nawet dziadkowie. Państwo Sucheccy byli już bardzo starzy. Dziadek Piotr przekroczył osiemdziesiątkę, a babcia Aurelia, choć sporo młodsza od niego, nie wyglądała dobrze. Coś jej doskwierało. Joanna powinna się nią zająć, ale starsza pani jak ognia bała się lekarzy, nawet jeśli tym lekarzem była jej własna wnuczka.
I pomyśleć, że to właśnie przez nią panna Demelówna uparła się zdobyć wykształcenie. Opowieści babci o tym, jak z dalekiego Omska pojechała do Petersburga, by tam studiować medycynę na kursach bestużewskich, a potem jej te kursy zamknęli i dlatego wyszła za mąż za dziadka Piotra, były tak pełne tęsknoty za niezrealizowanym marzeniem, że Joanna się tymi marzeniami zaraziła. Choć wykłady na kursach w kilka lat potem wznowiono i dziewczyna mogła pójść drogą babci, to jednak nie miała już zaufania do petersburskiej uczelni. Wybrała Kraków.
Tuż za babcią stał tatko i otulał swoją teściową karakułowym futrem. Robiło się zimno i tylko patrzeć, kiedy mżawka zamieni się w śnieg.
Tatko to inżynier Wacław Demel, jeden z najlepszych specjalistów od elektryczności, człowiek, którego Joanna najbardziej na świecie szanowała. Wyglądał nobliwie: wysoki, o żołnierskiej postawie, ubrany w paltot, w cylindrze i okularach w złotych oprawkach na nosie. Zwykle opanowany, teraz uśmiechał się radośnie i Joanna miała wrażenie, że w jego oczach błysnęły łzy. Ale może to tylko ta mżawka?
Jej równie dystyngowana mama, Krystyna, Krysiulka, jak mawiał tatko, poprawiała biało-czerwoną szarfę, którą kazała ozdobić balkon. Niższa od ojca, ale także postawna i elegancka, w niewielkim kapelusiku na ciemnych, już lekko przetykanych siwizną włosach, wpatrywała się z entuzjazmem w balkon stojącej naprzeciwko kamienicy.
Była tam także jej siostra Odetta, zwana w rodzinie Otusią, która oryginalne imię zawdzięczała miłości ojca do Czajkowskiego. Otusia jak zwykle zachowywała się zupełnie niepoważnie. Machała trzymanymi w rękach małymi chorągiewkami, przesyłała całusy komuś stojącemu pod ich balkonem, śmiała się głośno. Aż ojciec musiał ją trochę mitygować, bo zagłuszała słowa Piłsudskiego, ale uczynił to jak zwykle ciepło i łagodnie.
Joanna uważała, że rodzice za bardzo rozpieszczają Otusię, ale sama też często ulegała urokowi siostry.
Znajomi mówili, że tak w zasadzie są do siebie podobne. Że nawet Joanna byłaby od Otusi piękniejsza, gdyby nie to, co się stało prawie dwadzieścia lat temu. Obie miały ciemne, wijące się włosy, tylko u Joanny zwykle były spięte w gładki kok, z którego jednak wymykały się czasem jakieś drobne skręcone loczki, a u Otusi opadały na kark ledwie ujęte wstążką. Obie miały wyraziste oczy koloru dobrze wypieczonego piernika, tylko u Joanny patrzące poważnie i ze skupieniem, a u Otusi rozfiglowane. Obie też cerę miały mleczną, zaróżowioną delikatnym rumieńcem. Usta u Otusi skore były do swawolnych uśmiechów, a u Joanny pełne, trochę niepasujące do reszty, bo zmysłowe, stworzone do pocałunków. Ale to chyba na ironię, bo Joanna nie pozwalała sobie na tak niestosowne oczekiwania czy marzenia.
Za Otusią stał jeszcze jakiś ich krewny, także Suchecki, którego Joanna widziała po raz pierwszy w życiu. Przyciągnęła go tu ze sobą pani Maria Suchecka, zaprzyjaźniona z ciotką Joanny, czyli przyrodnią siostrą mamy, Emilią Walewską.
Pani Maria zwracała uwagę niezwykłą elegancją i strojem zgodnym z najnowszymi trendami mody. Miała niezbyt ładną, trochę nieregularną twarz i wspaniałe, pszeniczne, grube włosy krótko obcięte na modnego w Paryżu boba. W Warszawie jeszcze niewiele kobiet odważało się skrócić włosy. Ubrana była w garsonkę, której krój nawiązywał do wojskowego munduru, i w niewielki, głęboko nasunięty na oczy kapelusik.
Pani Emilia za to epatowała artystycznym wyglądem. Zwiewna, luźna sukienka sięgająca do pół łydki połyskiwała seledynem podkreślonym bajecznie kolorowym szyfonowym szalem. Trzymała pod pachą swoją książkę, wydaną niedawno przez panów Trzaskę, Everta i Michalskiego, którzy szykowali się do otworzenia dużego domu wydawniczego. Pani Emilia była bowiem pisarką, ciągle jeszcze mało znaną, ale ona i jej mąż wierzyli, że ten stan rzeczy wkrótce się zmieni.
Piłsudski skończył przemawiać. Stał jeszcze chwilę, przyglądając się tłumowi, a potem zniknął za szklanymi drzwiami balkonu. Tłum jednak się nie rozchodził. Czekał nie wiadomo na co.
To zirytowało Joannę. Już przecież czwartego listopada działająca przy Radzie Regencyjnej komisja zdrowia wydała stosowne zalecenia. Należało zasłaniać usta i nos, częściej myć ręce, unikać dużych skupisk ludzi, nie wolno było spluwać na ulicach. Całe miasto obwieszone było plakatami ostrzegającymi przed zagrożeniem epidemiologicznym. I co? I nic. Ludzie nie przejmowali się tym zagrożeniem. Tak spowszedniała im śmierć w czasie ledwie zakończonej wojny? Tak potaniało ludzkie życie? Przyjazd Piłsudskiego był dla nich ważniejszą sprawą, nadchodząca wolność tym bardziej.
Joanna to wszystko rozumiała, tylko...
Westchnęła ciężko pod wpływem tej myśli, sięgnęła po laskę i wyszła ze swojego pokoju. Z jadalni dobiegał dźwięk dzwonka wzywającego na posiłek.
Pokój Joanny, salon i jadalnia miały okna wychodzące na Moniuszki. Reszta pomieszczeń wielkiego, siedmiopokojowego mieszkania na pierwszym piętrze, które zajmował inżynier Demel z rodziną, miały okna skierowane na podwórze.
- Będzie nam bardzo miło gościć państwa na obiedzie - dobiegł Joannę głos jej ojca.
W jadalni zastała całą liczną rodzinę. Młody, nieznany jej Suchecki krygował się i wymawiał od zaproszenia niezręcznie i nieszczerze. Zachwyconym wzrokiem zerkał co chwila na Otusię i widać było, że chciałby spędzić w jej towarzystwie jeszcze trochę czasu.
Joanna to zauważyła i poczuła lekką przykrość, ale zaraz stłumiła to uczucie. Z jakiego niby powodu miałoby być jej przykro? Przecież to, czy jakiś mężczyzna zwróci na nią uwagę, spojrzy choćby z nikłym zainteresowaniem, to sprawa jej niedotycząca, więc powinna znaleźć się poza myślą, poza emocją, poza marzeniem. Dawno tak postanowiła.
A ten człowiek zwracał na siebie uwagę jakąś prowincjonalną niezręcznością i wypomadowaną fryzurą z przedziałkiem pośrodku, co tchnęło minionym już dosyć dawno dziewiętnastym stuleciem.
Wszyscy zajęli miejsca przy stole, czekali tylko na nią.
- Doktor Stefan Suchecki - ojciec przedstawił gościa - przyjechał do stolicy z Pułtuska. Czym pan chce się tutaj zajmować?
Młody człowiek już ochłonął, bo ukłonił się z miłym uśmiechem.
- Dostałem od swojego promotora propozycję przyjęcia posady w Szpitalu Świętego Ducha połączonej z pracą naukową dotyczącą rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Teraz, po tak wyniszczającej wojnie, to okazuje się już bardzo poważnym problemem.
Joanna chętnie porozmawiałaby na ten temat, ale nie było okazji, bo Adela, poczciwa kobieta od wielu lat pełniąca funkcję kucharki w domu inżynierostwa, postawiła na stole salaterkę z sałatką kartoflaną, a na osobnych półmiskach pasztet i rybę w galarecie, wreszcie na koniec rogaliki ze śliwkowymi powidłami i dzbanek z kwasem chlebowym dla chętnych. Potrawy były niewykwintne, ale ciągle mimo zakończonej wojny dawały się odczuć braki w zaopatrzeniu.
- Pisał mi mój brat z Krakowa, że Galicja już cała jest wolna od wojsk austriackich, a pierwsze były Tarnów i Kraków - zagaiła rozmowę pani Krystyna, nalewając z samowara herbatę do delikatnych filiżanek.
- W Warszawie tak samo już niedługo będzie. Dni Rady Regencyjnej[4] są policzone, zwłaszcza po przyjeździe Piłsudskiego - dopowiedział jej mąż.
- Bardzo wdzięczny jestem państwu za to zaproszenie. To, co się teraz dzieje tu, na tej ulicy, ma historyczne znaczenie, a mogłem na to wszystko patrzeć z państwa balkonu.
Suchecki niby zwracał się do obojga Demelów, ale ciągle zerkał na Otusię, a ta zachowywała się karygodnie. Joanna dziwiła się rodzicom, że tego nie widzą. To wpatrywała się w młodego lekarza, to spuszczała oczy i tylko z ukosa zza rzęs rzucała mu niby ukradkowe spojrzenia, to uśmiechała się do niego figlarnie, to udawała, że popada w zadumę.
Joanna dobrze znała swoją młodszą siostrę i doskonale wiedziała, co to znaczy. Mała próbowała na poważnym człowieku siły swojego uroku. Bo Otusia nie mogła znieść w swoim otoczeniu młodego mężczyzny, który nie poddałby się jej wdziękowi, nie biegł na każde wezwanie, nie wzdychał i nie słał zachwyconych spojrzeń. Joanna widziała, że zabiegi jej siostry odnoszą skutek, że doktorowi Sucheckiemu coraz trudniej było oderwać oczy od tych wszystkich minek. Żal się jej go zrobiło, bo doskonale wiedziała, że na drugi dzień Odetta zajmie się następnym nieszczęśnikiem, a o doktorze nie będzie już pamiętać.
- Co pan sądzi o tej nowej chorobie, która pokazała się już w Galicji? - spytała, by ochronić go przed dalszymi zabiegami Otusi. - Społeczeństwo warszawskie mało to obchodzi, a ja dziś miałam na swoim oddziale w szpitalu jej pierwszą śmiertelną ofiarę.
- Chyba za bardzo się tym przejmujesz, córeczko, to nie cholera albo tyfus - odpowiedział za Stefana ojciec. - Moja córka ma obsesję na temat grypy. Zbiera wszystkie doniesienia dotyczące tego.
- Słyszałem o pani doktor - Suchecki uniósł się lekko znad krzesła, by jej się ukłonić - ale byłem przekonany, że zajmuje się pani pediatrią, to choć trochę bardziej kobiece.
Cała sympatia, jaką wzbudził w Joannie do tej pory ten człowiek, zniknęła jak sen złoty. Następny, który będzie dowodził, że medycyna jest zbyt poważną sprawą, by zajmowały się nią kobiety. Ostatecznie, jak widać, mogły się zajmować chorymi dziećmi, ale niczym więcej.
- A co do tej choroby, to jej śmiertelność wydaje się nikła. W porównaniu do cholery, na którą umiera co drugi zarażony, czy tyfusu. Naprawdę nie ma się czym przejmować, droga pani.
Ton, jakim to powiedział, do żywego dotknął Joannę, bo pod gładką uprzejmością tliło się lekceważenie. Zdążyła się już do tego przez lata studiów przyzwyczaić, ale bolało ją to stale tak samo.
- Myślę, że nie ma pan racji. Tu wiele zależy od skali zachorowań. Jeśli nawet umrze co setny zarażony, a ich będą miliony, to mamy setki tysięcy śmierci. Cholera czy tyfus zwykle grasują na ograniczonym terytorium, a ta choroba objęła cały świat. W Ameryce...
- To daleko, córko! - ojciec przerwał jej stanowczo.
Wspierał ją zawsze w dążeniu do wiedzy, opłacił drogie studia, ale nie lubił, kiedy w ferworze dyskusji przekraczała pewne granice, które Joanna w myślach złośliwie nazywała granicami niewieściej skromności w pokazywaniu, że się ma rozum.
Jednak jej zdaniem te granice przekraczać należało. Wszelkie granice zniewalające kobiety. Zresztą już były przekraczane, choćby w ubiorze. Suknie zaczęły odsłaniać kostkę, a czasem nawet i pół łydki. Rzecz do niedawna niebywała! Kobiety odgrywały coraz większą rolę, szczególnie podczas kończącej się wojny. Organizowały nowe szpitale dla rannych, zastępowały mężczyzn w życiu gospodarczym, gdy ci ruszyli na front. Ba! Nawet same uczestniczyły w walkach. Jednak pan Wacław Demel, choć taki światły i postępowy, w kwestii kobiet zatrzymał się jakby w pół kroku. Rozumiał ich pęd do wiedzy, ale to nie znaczyło jego zdaniem, że trzeba od razu burzyć cały porządek społeczny! Dla Joanny też głos ojca był święty i zawsze się przed jego nakazami uginała.
- A w tym liście jest też dodatek dla ciebie, Joasiu - powiedziała pani Krystyna, nie przejmując się słowami męża, po czym przyniosła grubą szarą kopertę.
Były w niej prasowe wycinki i kilka kartek zapisanych równym, starannym pismem. Ciekawość była zbyt wielka. Joanna zerknęła na wycinki i zaczęła czytać:
- "Głos Narodu" z dwudziestego drugiego października pisze: całe gminy leżą w ogromnej gorączce, wielu chorym bucha krew z ust i nosa. Kto się zaziębi, umiera. Nie ma kto...
- Asieńko, nie przy kolacji - Otusia przerwała jej rozkapryszonym tonem, ale w jej oczach pojawił się strach. To, o czym czytała Joanna, było okropne! - I co sobie o nas pomyśli pan Suchecki?
- Pan Suchecki dopiero teraz czuje, że je kolację z rodziną, której nie obce są problemy współczesności - młody lekarz odpowiedział jej z uśmiechem - ale ma pani rację, to nie jest temat na rozmowy przy stole.
By potwierdzić szczerość skruchy wyrażanej w imieniu Joanny, solidnie ucałował dłoń pani Krystyny niejako w zastępstwie, bo wolałby, by to była rączka Otusi.
- Wcześniej czy później ta grypa nas dopadnie i nie będzie już tylko tematem niestosownej rozmowy przy kolacji - powiedziała jeszcze Joanna, czując narastającą odrazę do całego świata, i zamilkła.
Razem z nią zamilkła cała reszta, nawet Otusia zaprzestała uprawiania swoich czarów na Sucheckim. Trzeba było nie lada kunsztu, by znowu rozniecić już bardziej stosowną rozmowę i pani Krystyna się tym kunsztem wykazała.
[3] Autentyczne przemówienie Piłsudskiego z balkonu pensjonatu Wandy Romanówny, cyt. za: L. Wyszczelski, Warszawa. Listopad 1918, Warszawa 2008, s. 190.
[4] Aktem 5 listopada 1916 r. Niemcy i Austro-Węgry powołały na okupowanych przez siebie terenach uzależnione od nich Królestwo Polskie, którym w zastępstwie niepowołanego króla miała rządzić Rada Regencyjna.