Saga warszawska (#8). Miłość i zbrodnia. Saga warszawska, tom 8 - Katarzyna Maludy

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W tej powieści, miła Czytelniczko i drogi Czytelniku, bohaterowie są jak kameleony. Najpierw przybierają barwy ochronne, wtapiają się w tło, a ich prawdziwa natura wychodzi na jaw dopiero w miarę rozwoju akcji. Oto oni w kolejności, w jakiej pojawiają się na kartach tej książki:

 

- Odetta Demelówna - kobieta z przeszłością, która budzi się z odrętwienia

- Joanna z Demelów Suchecka - siostra Odetty

- Emilia Walewska - ciotka Odetty i Joanny, chluba rodziny, pisarka, która bała się życia

- Urszulka Demelówna - córka Odetty i jej ukochanego i tragicznie zmarłego Maksa Szeptyckiego, wychowywana przez Joannę i jej męża Stefana

- Stanisław Walewski - mąż Emilii, bohater wojny polsko-bolszewickiej, zwolennik Piłsudskiego

- Mieczysław Żarski - notariusz, człowiek solidny, wokół którego toczą się rzeczy przechodzące ludzkie pojęcie

- generał Włodzimierz Kącki - postać nad wyraz tajemnicza

- podkomisarz Jan Rulski - policjant prowadzący bardzo trudne śledztwo

- Geniuś Kania - młody policjant wywiadowca, podwładny Rulskiego

- Maria Żarska - matka Mieczysława, niby zajęta wyłącznie miłością do syna, ale...

- Andzia Świergotówna - śliczna szwaczka, która całymi dniami szyje jedwabne majtki

- Bronek Frelak - trup

- Zdzicho Waciak - zdawałoby się, że to stroiciel fortepianów, ale nie tylko...

- Czarna Mańka - królowa szemranego, warszawskiego półświatka

- Romcio Sowa - dawny kolega Kani z bidula

- Hrabinia Mielszyńska - burdelmama

- Halinka Piotrowiczowa - ideał sekretarki

- Sara Rulska - kochająca żona podkomisarza Rulskiego; Żydówka, co miało swoje drobne, przykre konsekwencje

- Maniek Dudzik - klawisznik prima sort

- Jean Monrou - człowiek widmo, parę razy był widziany, a potem zniknął

- Grzegorz Grau - komisarz policji, znajomy Jana Rulskiego

- Antonina Gillain - mieszkanka Wilna, potomkini napoleońskiego oficera

- Żanna Waciakowa - na pierwszy rzut oka podstarzała prostytutka

- Ignacy Drążewski, Marcin Garłacz, major Albert Wende - eskorta, która miała przypilnować, by generał Kącki stawił się na rozmowie z Józefem Piłsudskim w Belwederze; jakie było ich prawdziwe zadanie, nikt nie wie

 

 

 

 

 

 

 

1

 

Odetta Demelówna obudziła się później, niż miała to w zwyczaju, w niezwykłym nastroju. Przez niedokładnie zasłonięte story wpadał do jej pokoju jasny promyk słońca. Na materii zasłony widać było cień sosnowej gałęzi. Za oknem musiał wiać lekki wiatr, bo gałąź się poruszała i delikatnie pukała w szybę, jakby chciała wywabić ją z domu. Kobieta chwilę przyglądała się temu i zastanawiała, co z tym zaproszeniem zrobić?

Przypomniała sobie, co śniło się jej tej nocy. To był piękny sen.

Stała przed jakimiś wysokimi dwuskrzydłowymi drzwiami. Zrobiono je ze szlachetnego drewna, może to był dąb, a może raczej drewno owocowe - orzech czy czereśnia. Widziała je wyraźnie. Obydwa skrzydła podzielone były na kwatery jak słynne Drzwi Gnieźnieńskie i w każdej kwaterze wyrzeźbiono wizerunek drzewa. Raz była to wyniosła sosna, raz brzoza z wiotkimi gałązeczkami, gdzie indziej dąb rozkładał szeroko swoje konary, a w kwaterze obok z klonu spadały liście.

Drzwi były piękne, a ona stała przed nimi z mocno bijącym sercem, bo wiedziała, że jeśli tylko je otworzy, to stanie się coś niewiadomego i niespodziewanego, co wprawiało ją w pełne nadziei drżenie. Sięgnęła klamki znajdującej się naprzeciw twarzy i nacisnęła ją. Drzwi najpierw lekko się uchyliły, a potem wypadający spoza nich blask otworzył je szeroko i Odetta stanęła w nim oślepiona. Nie widziała nic oprócz jasności, ale ona niosła ze sobą taką radość i szczęście, że musiała się obudzić.

To przeżycie nie miało w sobie religijnego mistycyzmu. Wydawało jej się, że niesie ze sobą ludzkie, ziemskie szczęście.

- To nieprawdopodobne! - westchnęła i powinna posmutnieć, ale ta dziwna euforia jej nie opuszczała.

Wstała z łóżka. Było ciepło, więc nie narzuciła na siebie szlafroka. Trochę szurając kapciami po podłodze, poszła do pracowni. Na ścianach pozawieszała tu kilka już wykończonych prac, a na sztaludze wisiał obraz, nad którym dopiero pracowała. Wyglądały nieco inaczej niż zwykle. Jedne, te w szarej tonacji, nabrały srebrzystej jasności, w innych, choć miały przygnębiać burymi brązami, na krawędziach grubszych warstw farby zapalały się rdzawe, wesołe iskierki.

- Co może słońce? - mruknęła do siebie zaskoczona i sama niedowierzała tonowi, z jakim wypowiedziała te słowa, bo słychać w nim było uśmiech.

Jej obrazy. Ostatnio malowała cykl, który inspirowany był wierszem Leopolda Staffa Deszcz jesienny. Rzeczywistość przedstawiona na nich widziana była jak przez mokrą szybę. Sposób, w jaki malowała ściekające krople, zyskał sobie wielkie uznanie krytyki. Pisano, że wynalazła nowy kolor nazywany czasem przezroczystym, a czasem deszczowym. Mówiono o świecie widzianym przez łzy, o wielkiej wrażliwości i pięknie smutku. Nieczęsto się zdarza, by zachwyty krytyków szły w parze z zachwytami publiczności i klienteli, a jednak obrazy Odetty łatwo znajdowały nabywców, a cena ich systematycznie rosła, zapewniając jej dostatnie, żeby nie powiedzieć luksusowe życie.

Nie bardzo ją to obchodziło. Nie miała dużych wymagań. Wystarczyło jej niewielkie mieszkanko na piętrze drewnianej willi w Otwocku i przylegająca do niego spora, dobrze oświetlona pracownia. Rzadko opuszczała swój dom. To był jej azyl, miejsce, w którym nie musiała kryć się z cierpieniem i smutkiem.

Skurczyła się w sobie, bo zawsze, kiedy tylko zbliżyła się myślą do tamtych tragicznych wydarzeń sprzed lat[1], czuła, jakby wpadała w piekielny wir czarnej rozpaczy. Zwijała się wtedy w kłębek, nie wychodziła z łóżka przez kilka dni, nie odbierała telefonu, aż zaniepokojone mama albo siostra wpadały lub choćby przysyłały Władeczkę, zaprzyjaźnioną pielęgniarkę, i podejmowały akcję reanimacyjną, stawiającą ją na nogi. Akcja polegała na tym, że podawano jej kilka pigułek i ktoś wyciągał ją z jej samotni.

Musiała przyznać, że coraz składniej im to szło. Odetta uśmiechnęła się na wspomnienie, jak Joanna, jej siostra, przeglądając zawartość szafy przy okazji takiego wyjścia, łamała ręce nad jej zawartością.

- To już zupełnie niemodne! - wykrzykiwała, wyciągając suknię po sukni.

Do tej pory Odetta przyjmowała to z obojętnością. Nie obchodziły ją jej ubiory ani emocje Joanny, dziś jednak poczuła miłe ciepło w okolicy serca. Bo któż by przypuszczał, że jej mądra siostra, ceniona przez pacjentów i kolegów po fachu jako lekarz specjalista chorób płuc, będzie się przejmowała stanem jej garderoby? Jeszcze kilka lat temu pewnie nie zwróciłaby na to uwagi. Joanna zawsze była do bólu solidna i obowiązkowa, w ubiorze ascetyczna. Kobiecej kokieterii nie było w niej za grosz.

Odetta wiedziała, że przyczyną tego była ciężka choroba, którą Joanna przeszła w dzieciństwie. Polio, inaczej zwane chorobą Heinego-Medina zbierało żniwo wśród dzieci. Zarazić się nim było łatwo. W większości przypadków zakażenie przebiegało łagodnie, ale czasem porażało mięśnie, czego konsekwencją było kalectwo albo nawet śmierć, jeśli zaatakowane zostały te, które były odpowiedzialne za oddychanie. Joanna utykała na prawą nogę i stąd jej ascetyczny stosunek do życia. Zmienił się on jednak za sprawą kolegi z pracy, doktora Stefana Sucheckiego. Dziś nikt by nie rozpoznał w pani o figlarnych oczach dawnej smętnej Joanny.

Dopiero po chwili Odetta zdała sobie sprawę, że już od dłuższego czasu myśli o siostrze. W swoim dawnym życiu kochała ją, a później jak ognia unikała każdego wspomnienia o niej. Te wspomnienia nieuchronnie prowadziły do powrotu obrazów najtragiczniejszego momentu, który złamał jej życie. A teraz myślała o Joannie i nic. Żaden skurcz żołądka nie zapowiadał nadejścia gwałtownej rozpaczy, która zwykle zmuszała ją do krzyku. Musiała się z tym kryć, gryzła w bólu poduszkę. Zawsze miała ją pod ręką, by tłumić płacz. Nie chciała, by usłyszeli ją gospodarze mieszkający na parterze willi ani sympatyczna para starszych ludzi zajmujących mniejsze mieszkanko obok, na piętrze.

Tym razem nic nie zapowiadało gwałtownego ataku rozpaczy, Odetta więc nieśmiało zerknęła myślą w stronę Urszulki, swojej córeczki. Ta mała prawdopodobnie uratowała jej życie. Pewnie wzorem zhańbionych kucharek połknęłaby strychninę dostępną w pierwszym lepszym sklepie jako trutka na szczury albo zrobiła cokolwiek innego, równie okropnego. Nie mogła znieść wspomnienia chwili, kiedy samolot jej ukochanego Maksa pikował w dół, ciągnąc za sobą smugę czarnego dymu. Do szaleństwa doprowadzał ją słup ognia, który wybuchł nagle w tej samej sekundzie, kiedy aeroplan dotknął ziemi. Ale wtedy, kiedy to zobaczyła, jednocześnie poczuła w dole brzucha rozwijające się w niej życie. Pomyślała, że to Maks, że to on odrodzi się w niej, choć właśnie stracił życie. Jakby możliwe było przeskoczenie z płonącego samolotu do jej wnętrza.

Sądziła, że urodzi jej się syn, który będzie patrzył na nią oczyma Maksa. A tymczasem urodziła się Urszulka nic a nic niepodobna do jej ukochanego. Odetta miała o to do niej pretensje, jakby ta maleńka dziewuszka nie wypełniła nałożonego na nią obowiązku. Przecież była córką Maksa, dlaczego więc tak zupełnie go nie przypominała?

Ale teraz ten żal też jakoś wypłowiał i mogła wspomnieć wieczór wigilijny spędzony u Sucheckich. Wszyscy byli tacy pogodni. Joanna i jej mąż stali koło fortepianu w salonie. Dumni i uszczęśliwieni patrzyli, jak Urszulka, którą traktowali jak swoją córkę, ze sporą, zaskakującą u pięciolatki wprawą gra kolędę. A potem wszyscy się do niej dołączyli ze śpiewem i tylko mama spoglądała na Odettę ze smutkiem i niepokojem. Odetta siedziała bowiem w kącie jak nastroszona wrona i nie otwierała ust, gdyż mogło się z nich wydobyć co najwyżej ochrypłe krakanie. Nie była w stanie cieszyć się z wysoko pod sufit sięgającej choinki z zapalonymi świeczkami ani wspaniałym aromatem piernika. Nie czuła dumy z córki, która tak pięknie i radośnie grała coraz to inne świąteczne melodie na specjalnie dla niej kupionym fortepianie marki Steinway.

Teraz chyba po raz pierwszy od urodzenia dziewczynki pomyślała o niej z odrobiną czułości i z czymś na kształt wyrzutów sumienia. Nie była w stanie być dla niej prawdziwą matką - zresztą nie zamierzała tego robić Joannie i Stefanowi, którzy darzyli małą rodzicielską miłością - ale była jej ciekawa. Miała ochotę z nią porozmawiać i dlatego postanowiła wybrać się do Warszawy.

Odetta, Otusia - po raz pierwszy od długiego czasu zdarzyło się jej pomyśleć o sobie z sympatią - miała jedną namiętność: samochód. Maks z taką samą serdecznością mówił o swoim samolocie: mój aparat. Teraz ona też myślała o swoim Fiacie model 501: moja maszyna. Kupiła ją niedawno, za pierwsze cztery obrazy z serii "Deszcz jesienny". Odtąd codzienne przejażdżki tym cudem były jedynymi jaśniejszymi chwilami w jej życiu. Jechała tam, gdzie mogła być sama - do Karczewa, Józefowa, Glinianki - wszędzie, gdzie prowadziły wybrukowane albo bite, ale w przyzwoitym stanie drogi. Do Warszawy zajeżdżała tylko w sprawach służbowych. Z umiejętności prowadzenia samochodu była tak samo dumna jak ze swoich obrazów.

Wszędzie wzbudzała sensację - kobieta za kierownicą. Uważano to za wybitnie męską domenę. A niesłusznie. Odetta podczas pobytu w Baden-Baden[2] miała okazję poznać panią Berthę Benz, pionierkę motoryzacji. Ta kobieta pracowała wraz ze swoim mężem nad konstrukcją coraz to nowych typów samochodów. W zasadzie była nie mniej zdolnym od niego inżynierem i wiele jej pomysłów wykorzystano w budowie aut. To ona wybrała się na pierwszą jazdę próbną modelem Motorwagen Benz numer 3. Opowiadała o tym z takim humorem, że nawet Odetta się uśmiechnęła.

A teraz temu wspomnieniu towarzyszyło westchnienie nad błyskawicznie zmieniającym się światem. Pani Bertha wybrała się na tę wyprawę bez pozwolenia męża ani władz, a jedno i drugie było wtedy wymagane. Pojazd, którym jechała, przypominał dwukołową bryczkę, tylko zamiast konia miał jeszcze trzecie koło. A dziś? Odetta nie wyobrażała sobie, by miała starać się o jakiekolwiek pozwolenia na swoje przejażdżki, a jej Fiat był o niebo wygodniejszy i jego prowadzenie nie sprawiało aż tak wielu kłopotów jak kiedyś. A przecież od czasu wyprawy pani Berthy nie upłynęło nawet czterdzieści lat.

Ale dziś wszystko toczyło się w zwolnionym tempie. Otusia miała wrażenie, że żegna się z jakimś etapem swojego życia, bo czeka ją nowy, radośniejszy. Zerkała za okno. Na sosnowych gałązkach pojawiły się już tegoroczne przyrosty oblepione lepką żywicą i wydzielające orzeźwiający zapach. Na dole w ogrodzie Marianka Ostapczukowa, krewna właścicielki domu, pieliła rabatki z mnóstwem rozkwitłych narcyzów, tulipanów i hiacyntów. Kolorowe i wesołe były kwiaty, kolorowa sukienka Marianki.

Odetta podeszła do szafy. Na co dzień ubierała się tak samo - w szerokie spodnie i w wiązaną w talii długą bluzkę o kroju kimona, a wszystko w szarawych brązach oddających jej zwykły nastrój. Na wieszakach wisiało kilka sukienek. Niektóre pamiętały jeszcze bale we Lwowie. Na jednym z nich poznała Maksa, tam zakwitła ich miłość. Otusia pieszczotliwym ruchem pogłaskała je, ale sięgnęła po codzienną suknię z cienkiej wełenki. Była dosyć krótka, miała kształt worka z paskiem na linii bioder. Dziś już nikt takiego fasonu nie nosił. Dziś modne były suknie dłuższe, podkreślające talię i smukłą linię ciała.

- Będę musiała wstąpić do Hersego[3] - szepnęła cicho do siebie i ta perspektywa ją ucieszyła.

Nie, sukienka nie nadawała się już do noszenia, wybrała więc spodnie, do których dodała tylko trochę bardziej elegancką bluzkę. Przejrzała się w lustrze szafy.

- Ekstrawagancko - powiedziała do siebie. Była ze swojego wyglądu zadowolona. Szczupła, giętka, trochę zaniedbana, ale to się da nadrobić.

Przypomniała sobie, jak jeszcze podczas studiów w Szkole Sztuk Pięknych[4] głośno mówiła, że to ona sama jest dziełem sztuki, które zamierza kreować, dlatego tak wielką wagę przykładała do ubioru. Wtedy chciała po prostu zbulwersować koleżeństwo, ale teraz, bez dawnej buty, musiała przyznać, że to może być niezła zabawa.

Kiedy tak krygowała się przed lustrem, uświadomiła sobie, że powinna uprzedzić Joannę o tym, że zamierza ją odwiedzić. Zbiegła po schodach do holu, gdzie na niewielkim stoliku stał telefon dostępny dla wszystkich mieszkańców. Podniosła słuchawkę i przyłożyła ją do ucha. Coś było nie w porządku. W telefonie panowała głucha cisza.

- Ki diabeł? - szepnęła zdziwiona, odłożyła słuchawkę i ruszyła do samochodu.

 

 

 

[1] Są one tematem poprzedniego tomu pt. Dwie siostry.

[2] Miasto uzdrowiskowe położone w południowych Niemczech.

[3] Dom Mody Bogusław Herse - najbardziej elegancki sklep z odzieżą w Warszawie.

[4] Ta uczelnia w 1932 r. została przekształcona w Akademię Sztuk Pięknych.

 

 

 

 

 

 

 

2

 

Z Otwocka do Warszawy prowadziła bita droga ciągnąca się wzdłuż brzegu Wisły. Jezdnia wymagała remontu i zwykle Odetta klęła szpetnie, wymijając wyboje ze lśniącymi w nich kałużami czy drobne, wybite kołami wozów dołki, po których jechało się jak po tarze. Już od dawna mówiono, że trzeba tę drogę wybrukować granitową kostką, ale młoda ojczyzna miała takie mnóstwo potrzeb, że remont drogi z Warszawy do Otwocka, a potem dalej aż do Puław ciągle nie mógł się doczekać realizacji. Zresztą większość dróg w Polsce wyglądała jeszcze gorzej.

Panna Demelówna jechała wolno i spokojnie, z radością rozglądając się wokół. Wał odgradzający szosę od rzeki porastały chaszcze dzikich bzów. Białe baldachy jego kwiatów pachniały miodem, przekwitające krzaki tarniny i ałyczy zaczynały się zielenić, w trawach żółciło się mnóstwo kwiatów mleczy, a stokrotki błyskały jasnymi oczkami. Po drugiej stronie drogi rósł rzadki las, a w nim schowały się domy mieszkańców Józefowa i Świdra. Było sielsko. Słońce świeciło, ptaki śpiewały - normalny majowy dzień.

Odetta prowadziła samochód, wymijając od czasu do czasu konne furmanki, i zastanawiała się nad tym, co w zasadzie chce zmienić w swoim życiu? Bo coś zdecydowanie zmieniło się w niej. Jakby ktoś tam z góry powiedział: koniec żałoby. Nie widziała w tym boskiej ingerencji. To raczej Maks z zaświatów nakazywał jej, by znowu żyła. Niemal czuła jego obecność, widziała jego uśmiech. Ogarniała ją wdzięczność za to zezwolenie. Rana się zagoiła.

W pewnej chwili Odetta musiała gwałtownie zahamować, bo wjechała na wyjątkowo nieprzyjemny fragment drogi. Zaraz potem została niemal zepchnięta w las. Drogą pędziła kolumna wojska. Kawaleria. Dudniło od końskich kopyt. Poczuła ostry odór zwierzęcego potu i zapach skóry. Zaniepokoiła się. Dzieje się coś? Ten wyłączony telefon, oddziały wojska na drodze - to było niepokojące. Miała nadzieję, że wojskowi skręcą gdzieś, ale nie, jechali prosto na Warszawę.

Wjeżdżała do miasta ulicą Ostrobramską, która wiodła po wysokim nasypie wśród bagien i podmokłych mizernych lasków. Zaraz za nimi zaczynała się biedna, drewniana zabudowa Pragi. Ale Odetta nie zwracała na nią uwagi. Zorientowała się, że spotkany za Józefowem oddział kawalerii nie był jedynym, który podążał w stronę stolicy. Natykała się też na prowizoryczne wojskowe posterunki, które kierowały ruchem. Usuwały z drogi jadące furmanki, jej jednak nikt nie kazał zjechać na bok czy zawrócić. Przeciwnie, jeden z pełniących straż żołnierzy nawet wyprężył się przed nią na baczność i zasalutował. Domyśliła się, że oddał honory nie jej, ale samochodowi, bo pewnie pomyślał, że w aucie musi siedzieć ktoś ważny.

Udało jej się przejechać po moście Poniatowskiego na lewą stronę Wisły. Śródmieście także było zapchane wojskiem.

Matko Boska! Co się dzieje? - myślała z coraz większym niepokojem.

Już widziała wieżę Dworca Wiedeńskiego zwanego po wojnie Głównym. Dojeżdżała Alejami Jerozolimskimi do skrzyżowania z Marszałkowską i musiała być ostrożna, bo z głośnym dzwonieniem w jedną i w drugą stronę po szynach ułożonych na środku ulicy sunęły tramwaje.

Marszałkowską nadjeżdżał następny oddział kawalerii.

Wojna domowa? Teraz? - pomyślała z niepokojem i przyszło jej do głowy, że jest to całkiem możliwe. Pół roku temu zawarto traktat w Locarno, w którym Niemcy zgodziły się respektować granicę z Francją i Belgią, a granica Polski takiej gwarancji nie dostała. Międzynarodowa sytuacja nie była więc stabilna. Do tego dochodziły strajki i manifestacje robotnicze związane z trudnościami gospodarczymi, a premier Witos ani prezydent Wojciechowski najwyraźniej nie zdołali zapanować nad tymi problemami. Chaos wewnątrz kraju w połączeniu z międzynarodową niepewnością wydawał się niezwykle groźny.

Odetta zatrzymała się przed chyba najpiękniejszą kamienicą na ulicy Mokotowskiej. Często mówiono na nią kamienica Krakowiacy i Górale, ponieważ jeden z balkonów podtrzymywali dwaj atlanci[5] w polskich strojach ludowych. Pospiesznym krokiem weszła w bramę. Jej kroki zadudniły głucho, bo przejazd prowadzący na podwórze wyłożono drewnianą kostką. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro - to tutaj mieszkali Joanna i Stefan Sucheccy. Zanim nacisnęła dzwonek, z wnętrza mieszkania dobiegły ją odgłosy pospiesznej krzątaniny.

- Otusiu, jak dobrze, że jesteś! - Joanna wychyliła się zza pleców otwierającej jej drzwi pokojówki. - Nie mamy czasu, ogłoszono nagły dyżur w szpitalu. Jedziemy razem ze Stefanem. Coś się dzieje! Jakbyś mogła wziąć Urszulkę i pojechać do Emilii. Ona tam pewnie szaleje z niepokoju. Nawet Staszka wezwali!

Emilia Walewska, najmłodsza siostra matki Joanny i Odetty, a przez to niewiele od swoich siostrzenic starsza, była chlubą całej rodziny. Była pisarką. Jej książki przedstawiające ciężką dolę kobiet z nizin społecznych i będące ważnym głosem polskiego feminizmu po wielu latach znalazły wreszcie uznanie krytyków i publiczności. Joanna traktowała ją jako osobę przewrażliwioną i wymagającą specjalnej troski, Odetta jednak rozumiała Emilkę doskonale.

Rzeczywistość była trudna do zniesienia. Nasilające się konflikty społeczne, trudności gospodarcze, niejasna sytuacja międzynarodowa powodowały, że coraz więcej ludzi z tęsknotą wypatrywało mocnego autorytetu, który uchwyci rządy silną ręką i pokieruje państwem ku bezpieczniejszym rejonom. Wielu widziało kogoś takiego w Józefie Piłsudskim, ale ten zamknął się w swoim domu w Sulejówku i tylko od czasu do czasu pomstował na rządzących w mało wybrednych słowach. Mąż Emilii, Stanisław, oficer pracujący w tajnych służbach, był zagorzałym zwolennikiem Marszałka i święcie wierzył, że gdy sytuacja będzie już krytyczna, to Piłsudski z Sulejówka wróci i zajmie należne mu miejsce w Belwederze.

Może to już? - przemknęło przez głowę Odetty.

- Co się dzieje?! - Wreszcie miała kogo zapytać.

- Nie wiem, nie wiem! - odkrzyknęła jej siostra i utykając, pognała w głąb mieszkania. - Urszulko, mama przyjechała, pójdziecie obie do cioci Emilki. - Jeszcze dobiegł do niej stamtąd głos Joanny.

- A wy? - W głosie jej córki nie było ani krzty zainteresowania matką, za to mnóstwo niepokoju o opiekunów.

Odetta weszła do pokoju.

- Chodź, kochanie. Założymy płaszczyk i kapelusik.

Wzięła te rzeczy z rąk pokojówki i ubrała małą, choć ta już dawno sama by sobie z tym poradziła. Przyjrzała się córce. Dwa krótkie warkoczyki przewiązane granatowymi kokardami, okrągła buzia, piękne, ciemne oczy tak podobne do jej własnych. Córka Maksa. Nie widziała w niej żadnych rysów, które mogłyby przypominać ukochanego, ale i tak ogarnęła ją czułość i przytuliła dziewczynkę. Od tak dawna, w zasadzie od początku, miała do niej zupełnie nierozsądną pretensję, że nie jest podobnym do ojca synkiem. Dziś ta pretensja wyblakła.

- Nie bój się, oni oboje ratują ludzi, są lekarzami. Takich się zawsze chroni.

- A ciebie? A mnie? - dopytywała mała.

- Ja obronię ciebie - odpowiedziała i nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ogarnęło ją wielkie wzruszenie.

Objęła córeczkę ramieniem i ruszyły do drzwi.

- Idziemy! - krzyknęła jeszcze do szamocących się w pośpiechu Sucheckich i wyszły.

Odetta zostawiła samochód na podwórzu kamienicy siostry. Do mieszkania Emilii było niedaleko. Mocniej chwyciła rączkę córeczki i szybkim krokiem pomaszerowały w kierunku Placu Zbawiciela, gdzie mieszkali Walewscy.

Na ulicy czuć było nastrój niepokoju. Wszyscy, tak jak one, gdzieś się śpieszyli, jakby koniecznie chcieli się schować przed niewiadomym zagrożeniem. Woźnice poganiali konie ciągnące a to zakryte wozy dowożące chleb, a to furmanki z bańkami mleka, a to platformy ze skrzynkami po owocach i warzywach. Jakiś samochód, trąbiąc głośno, jechał w kierunku Placu Trzech Krzyży. Za nim zaraz autobus z długim ryjem marki Benz-Gaggenau majestatycznie lawirował wśród tych pojazdów. Z daleka widziały inny, marki Saurer, piętrowy, z zadaszonym imperiałem[6], który stał na przystanku już przy Placu Zbawiciela.

Przechodziły właśnie koło kamienicy, w której znajdowało się Państwowe Gimnazjum Żeńskie imienia Narcyzy Żmichowskiej[7], kiedy Odetta zwróciła uwagę na dziwnego człowieka. Wyłonił się on z bramy sąsiedniego domu. W tym całym rozgardiaszu, pośpiechu, wśród pewnej gorączki znamionującej nadciągającą burzę, ten człowiek szedł leniwie, z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy. Nie pasował do tej ekskluzywnej ulicy. Miał wygląd warszawskiego cwaniaczka z Pragi. Szedł z rękami w kieszeniach, w znoszonej marynarce zapiętej na jeden guzik i w starej czapce z daszkiem, którą co poniektórzy nazywali oprychówką.

Odetta przyjrzała mu się bardzo dobrze. Miał interesującą twarz nie ze względu na rysy, bo te były pospolite. Malowały się na tym obliczu fałszywa wesołość i beztroska. To mogłaby być twarz drobnego złodziejaszka, urwisa, kogoś, kto życie bierze lekko i niczym się nie przejmuje, ale bystre malarskie oko Odetty wychwyciło także jakiś rys groźnego okrucieństwa w tym pozornie niefrasobliwym uśmiechu. Może zapomniałaby tę twarz, jak nie pamięta się ludzi mijanych na ulicy, choćby przez moment przykuli naszą uwagę, ale kogoś takiego jednocześnie beztroskiego i okrutnego brakowało jej na obrazie, nad którym teraz pracowała. Zapamiętała więc bardzo dobrze tego ni to młodego mężczyznę, ni to jeszcze chłopaka.

Przyspieszyła kroku.

- Nie nadążę za tobą, mamo! - poskarżyła się Urszulka i Odetta zwolniła.

Kiedy znalazły się na placu, z Nowowiejskiej zza kościoła Zbawiciela wyszła następna kolumna wojska, ale one już dotarły do bramy kamienicy Metodystów.

Urszulka uwielbiała tu przychodzić. Dom był niewiarygodnie wysoki. Miał aż osiem pięter, ale najważniejsze było to, że na najwyższej kondygnacji znajdowało się całe oszklone filmowe atelier Sfinks. Chociaż Urszulka miała niedługo skończyć sześć lat, już doskonale wiedziała, kim będzie w przyszłości. Chciała zostać aktorką jak Jadwiga Smosarska[8]. Czasem oglądała gazety gromadzone przez Jadźkę, ich pokojówkę. Smosarska była piękna i elegancka. Kiedyś, kiedy Urszulka z rodzicami szła do cioci Emilii, zobaczyła ją, jak czekała na windę właśnie w domu, w którym mieszkała ciotka.

To przeżycie było tak silne, że dziewczynka nie mogła spać przez parę dni, chodziła smętna i z podkrążonymi oczami i ani mama, ani tata nie mogli dociec, co się z nią stało. Zwołali nawet konsylium, by lekarze orzekli, co jest przyczyną tej bezsenności, ale ona po paru nieprzespanych nocach była tak zmęczona, że pewnego wieczoru zasnęła twardo i zdrowo, a później już spała normalnie. Od tej pory jednak zawsze, kiedy wchodzili do tej kamienicy, Urszulce mocno biło serce.

Nigdy potem nie spotkała tu ani pani Smosarskiej, ani żadnego innego aktora.

 

 

 

 

 

[5] Element architektoniczny, podpora balkonu, gzymsu itd. wyrzeźbiona w kształcie męskich postaci. Żeńskim odpowiednikiem atlantów były kariatydy.

[6] Tańsze miejsca na dachu pojazdu. Z czasem zostały zakryte i w ten sposób powstały piętrowe autobusy.

[7] W latach międzywojennych ta sławna szkoła miała swoją siedzibę na ul. Mokotowskiej 61.

[8] Jedna z największych gwiazd polskiego kina lat międzywojennych.