Jommy zmarszczył czoło.
Skulony pod pałatką rozciągniętą naprędce na patykach, aby chroniła ich przed siekącym bezlitośnie deszczem, przyciągnął kolana pod brodę i wymamrotał:
– Jednego tylko nie rozumiem. Dlaczego?
Servan, który siedział tuż obok młodego oficera, odrzekł:
– Nie zadajemy pytań. Wykonujemy rozkazy.
Znajdowali się na zboczu z widokiem na odległą zatoczkę. Dzięki temu nikt nie mógł się pojawić na jej wodach niezauważony. Problem polegał na tym, że deszcz zmniejszył widoczność do tego stopnia, że żaden człowiek nie był w stanie wypatrzyć niczego, co znajdowało się dalej niż jego wyciągnięta ręka – z tego powodu, jeśli chcieli trzymać się razem, musieli niemal dosłownie siedzieć sobie na głowie. Tak się złożyło, że w tej parze znaleźli się Jommy i Servan.
Młody oficer obrzucił kompana spojrzeniem. Pociągła twarz Servana i jego ciemne włosy, teraz klejące się do czoła z wilgoci, postarzały się znacznie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Trudne życie w ciągłym marszu, dnie spędzane na palącym słońcu i noce przesypiane na kamienistej ziemi sprawiły, że stracił parę funtów wagi, nabrał żylastości, a skóra mu stwardniała i pociemniała. Wychowany w dworskich luksusach szlachetnie urodzony młodzik, którego Jommy poznał, zamienił się w młodego weterana biorącego udział w trzeciej kampanii w ciągu takiej samej liczby miesięcy.
Choć nigdy się nie zaprzyjaźnili, ci dwaj – wraz z pozostałą czwórką, na którą składali się Tad, Zane, Grandy i Godfrey – zaczęli się darzyć szacunkiem i polegać na sobie bez zastrzeżeń. W stosunkowo krótkim czasie, odkąd zostali bezceremonialnie zabrani z uniwersytetu w Roldemie i wcieleni do armii, odebrali intensywne szkolenie z zakresu realiów życia w wojsku. Ku nieskończonej irytacji Jommy’ego jego towarzysz został mianowany dowódcą w tej kampanii, co oznaczało, że Jommy musi bez szemrania wykonywać jego rozkazy. Jak na razie obeszło się bez choćby śladu rewanżu za sposób, w jaki Jommy traktował Servana podczas poprzedniej kampanii, kiedy to on był dowódcą, jednakże Jommy nie łudził się, że ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie.
Dwaj młodzi oficerowie zostali przed tygodniem skierowani do podnóża wzgórz w regionie zwanym Szczytami Quorów, nieregularnym górzystym półwyspie strzelającym na północ ze wschodniego wybrzeża Wielkiego Keshu. Wraz z nimi znalazło się tam dwustu innych żołnierzy, którzy tak jak Jommy wiedzieli tylko, że od tej strony spodziewana jest inwazja – czyja, tego już im nie powiedziano. Jommy domyślał się jednak, że kimkolwiek będzie przeciwnik, można spodziewać się po nim wyłącznie wrogości.
Jommy również dojrzał w armii, chociaż jako chłopak ze wsi i pomocnik karawaniarza był przyzwyczajony do niewygód, które były nowością dla jego towarzysza, i dzięki temu jego wygląd zmienił się mniej drastycznie. Za to jego zarozumiałe zuchwalstwo przeszło w wyważoną pewność siebie, a ponadto czas spędzony z innymi młodymi oficerami, niegdysiejszymi studentami uniwersytetu w Roldemie, nauczył go skutecznie pokory – każdy z chłopców bowiem był w czymś lepszy od niego. Wszakże pewna cecha jego natury nie uległa zmianie: nadal potrafił dopatrzyć się dobrych stron w praktycznie każdej sytuacji. Dopiero gdy trafił tutaj, przekonał się, że nie wszystko można obrócić w żart. Ulewa trwała nieprzerwanie już od czterech dni. Jedynym dostępnym im źródłem ciepła było ognisko płonące w pieczarze znajdującej się milę wyżej. A wróg, którego wypatrywali, uparcie się nie pojawiał.
– Nie zrozumiałeś mnie – odezwał się Jommy po chwili. – Nie chodziło mi o to, dlaczego właśnie my znaleźliśmy się tutaj, tylko o to, dlaczego znaleźliśmy się właśnie tutaj.
– Spałeś na odprawie? – rozległ się jakiś głos za nimi.
Jommy odwrócił się do postaci, która podeszła ich niespodzianie.
– Wolałbym, abyś tego nie robił – stwierdził.
Mężczyzna usiadł obok niego, nie przejmując się, że połowa jego ciała wystaje spod pałatki i dalej moknie.
– Nie byłbym godzien miana złodzieja, gdybym nie potrafił się do was podkraść w rwącej ulewie – rzekł.
Obydwaj młodzi oficerowie przyjrzeli mu się z niechęcią. Był tylko o parę lat starszy od nich, lecz jego twarz nosiła oznaki przedwczesnej starości, między innymi raczej nieoczekiwane błyski siwizny w poza tym czarnych wąsach i brodzie, schludnie przystrzyżonych, co świadczyło o pewnej próżności tej poza tym zaniedbanej, by nie rzec niechlujnej, postaci. Wzrostem dorównywał Jommy’emu i choć nie był równie krępy jak on, poruszał się ze zwinnością i stanowczością, które mówiły o tym, że nie byłby łatwym przeciwnikiem w równej walce.
Servan przywitał nowo przybyłego skinieniem głowy.
– Serwus, Jim.
Młody złodziej jakimś cudem zdołał się wplątać w intrygę, która sprowadziła Servana i Jommy’ego w to zapomniane przez ludzi miejsce na obrzeżach Wielkiego Keshu. Przybył przed tygodniem na statku wiozącym zapasy dla tej, jak nazywał ją Jommy, „przeklętej ekspedycji”.
Servan i Jommy służyli obecnie w armii Roldemu, mimo że ten drugi pochodził z zupełnie innego kontynentu, a ten pierwszy zaliczał się do arystokracji, ba, nawet królewskiego rodu, i zajmował miejsce w kolejce do tronu, na wypadek gdyby parunastu jego krewnych niespodziewanie zeszło z tego świata. Tymczasem obaj brali udział w czymś, co przy dużej dozie dobrej woli można było nazwać niezwykłą kampanią i w czym uczestniczyli także żołnierze z Roldemu, Królestwa Wysp, Wielkiego Keshu, a nawet oddział górników i saperów z Dorginu, miasta krasnoludów, pod dowództwem Kaspara z Olasko, byłego księcia krainy, która zdążyła stać się prowincją Roldemu. Kaspar z Olasko, niegdyś ścigany przez prawo za sowitą nagrodą, w ostatnich latach zdążył oczyścić swoje imię i obecnie cieszył się szczególnym statusem zarówno w Roldemie, jak i w Wielkim Keshu. Jego adiutantem był Stefan, roldemski kapitan, a przy tym kuzyn Servana, co czyniło go także dalekim krewnym króla Roldemu.
Przybycie Jima ujawniło jeszcze jeden dziwny aspekt tej ekspedycji. Jim zaliczał się do pół tuzina mężczyzn, którzy w żadnym razie nie byli żołnierzami, a mimo to mieszkali z żołnierzami, udawali się na misje z żołnierzami i musieli słuchać rozkazów, jakby byli żołnierzami. Mimo że zdeklarowanemu złodziejowi nie zamykała się jadaczka, Jommy’emu i Servanowi udało się odeń dowiedzieć tylko tyle, że jest on członkiem specjalnej grupy „ochotników”, którzy szkolą się w oddziale łączącym siły Roldemu, Wielkiego Keshu, Królestwa Wysp oraz Wschodnich Królestw.
Z natury dociekliwy Jommy wychodził z siebie, aby odkryć, o co tak naprawdę chodzi, lecz nauczony doświadczeniami ostatnich miesięcy przyjął strategię „siedzieć cicho i słuchać”, nieodmiennie sprawdzającą się zwłaszcza w wypadku młodego oficera. Servan zazwyczaj siedział cicho i słuchał, więc nie miał w tej sytuacji większego problemu.
Ciekawość Jommy’ego jednak była nieposkromiona, toteż przy każdej okazji próbował on innych taktyk, żeby odkryć prawdę.
– Jim, pochodzisz z Królestwa Wysp, zgadza się?
– Tak – odpowiedział złodziej. – Urodziłem się w Krondorze i mieszkałem tam jeszcze do niedawna.
– Twierdzisz, że jesteś złodziejem... – kontynuował ostrożnie Jommy.
Jim poruszył się niespokojnie, delikatnie muskając siedzącego obok Jommy’ego, po czym z szerokim uśmiechem podrzucił w dłoni jego sakiewkę.
– Twoja własność, jak mi się zdaje?
Servan z wielkim trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, gdy Jommy jedną ręką gwałtownie porwał sakiewkę, a drugą obmacywał miejsce pod tuniką, gdzie powinna być.
– Świetnie – burknął. – A zatem faktycznie jesteś złodziejem.
– Bardzo dobrym złodziejem.
– Bardzo dobrym złodziejem. – Jommy zgodnie przystał na tę poprawkę, po czym zapytał: – A co bardzo dobry złodziej z Krondoru robi na tym zadupiu?
– To długa historia – odparł Jim. – Sporo podróżowałem, wiecie.
– Serio? – podchwycił Servan, ciesząc się, że w tym nużącym deszczu nareszcie zapowiada się coś ciekawego.
– Aha – potaknął złodziej. – Byłem w paru naprawdę dziwnych miejscach. – Kiedy się uśmiechnął, odmłodniał o całe lata, nabierając niemal chłopięcego wyglądu. – Pewnego razu musiałem szukać na oddalonej od świata wyspie schronienia w jaskini przed nie mniej ulewnym deszczem niż tutaj.
Jommy i Servan wymienili spojrzenia, uśmiechem dając sobie wzajemnie do zrozumienia, że ani jedno słowo, które zaraz padnie, nie będzie miało pokrycia w rzeczywistości, ale przynajmniej opowieść będzie zajmująca.
– Wyjechałem na jakiś czas z Krondoru.
– W interesach? – spytał Servan.
– Z powodów zdrowotnych – odrzekł Jim, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Pobyt poza granicami Krondoru wydawał się w tamtym czasie najlepszym pomysłem.
Jommy stłumił śmiech.
– A udałeś się do...?
– Wsiadłem na statek płynący z Krondoru ku Odległemu Brzegowi, a potem w Carsie natknąłem się na bandę chłopaków, którzy podobno zajmowali się... pewną robotą zapewniającą dostatni żywot.
– Piraci – powiedzieli unisono Jommy i Servan.
– Korsarze, z Freeport na Wyspach Zachodzącego Słońca – potaknął Jim. – Podówczas jednak kapitan utrzymywał, że pływa pod listem kaperskim Korony, aczkolwiek nigdy go nie widziałem. Jako naiwny młodzieniec uwierzyłem mu.
Jommy miał poważne wątpliwości, czy Jim kiedykolwiek w swoim życiu był „naiwnym młodzieńcem”, niemniej nie wyraził ich na głos.
– No więc jestem na tej wyspie, w tamtej jaskini, z tą elfką...
– Zaraz, zaraz, zdaje się, że coś opuściłeś? – wtrącił Servan.
– Och, i to niemało, ale przecież miałem opowiadać o miejscach, w jakich byłem!
– Pozwól mu mówić – poprosił Jommy kompana, nie kryjąc wesołości.
– W każdym razie moi towarzysze zaczęli mnie szukać, kiedy już zorientowałem się w ich mało honorowych zamiarach dotyczących mojego udziału w skarbie...
– W skarbie? – przerwał znowu Servan, lecz Jommy uciszył go gestem. Bardzo chciał poznać ciąg dalszy tej historii.
– No tak, ale to należy do innej części mojej opowieści – wzruszył ramionami Jim. – Tak jak mówiłem, ukrywałem się w jaskini, gdzie spotkałem tę elfkę imieniem Jazebel...
– Jazebel – powtórzył jak echo Jommy.
– Jazebel – potaknął Jim. – No i ona opowiedziała mi, skąd się wzięła w tej jaskini. Próbowała umknąć przed śmiercią z łap niedźwiedzi, tyle że to nie były niedźwiedzie, a raczej wielkie futrzaste sowy.
– Wielkie futrzaste sowy – powtórzył Servan z wyrazem jawnego niedowierzania na twarzy. Jommy ledwie nad sobą panował, całkiem zapomniawszy na jakiś czas o wilgoci i zimnie.
– No bo jak wspomniałem, to było dziwne miejsce, na samym krańcu Wysp Zachodzącego Słońca. Jazebel zbierała jajka potrzebne jej do jakichś elfich czarów. Grunt, że zdołaliśmy bronić się przed tymi istotami do czasu, aż moi żądni krwi kompani minęli jaskinię, po czym mogliśmy się stamtąd wymknąć i przenieść w bezpieczniejsze miejsce.
– Ale jak dostałeś się do domu? – zainteresował się Jommy.
Jim pokazał zęby w uśmiechu.
– Jazebel miała magiczny kamień i jak już mogła odprawić elfie czary, przeniosła nas do Elvandaru.
– Do Elvandaru? Tego leżącego w pobliżu Krainy Chmur? – dociekał Servan, wymieniając nazwę zaczarowanej krainy pojawiającej się w bajeczkach dla dzieci.
Jommy rzekł na to:
– Elvandar istnieje naprawdę, Servanie. Znam ludzi, którzy tam byli.
– Zaraz od ciebie usłyszę, że widziałeś elfy.
Jommy uśmiechnął się.
– Na własne oczy nie, ale znam ludzi, którzy je widzieli.
– No więc – ciągnął niespeszony Jim – po tym, jak już pomogłem tej elfce i w ogóle, królowa i jej mąż podjęli mnie kolacją, podziękowali wylewnie i powiedzieli, że będę mile widziany następnym razem, nawet bez zaproszenia. Potem pomogli mi się przedostać do Jonrilu – tego w Crydee, nie w Wielkim Keshu, które tylko wzięło od niego nazwę – skąd wróciłem do Krondoru.
– Niesamowite – skwitował Jommy.
– Więcej niż niesamowite – skomentował Servan, wzdrygając się znów z zimna. – Nie do wiary.
Jim sięgnął pod tunikę i wyciągnął rzemyk, który nosił na szyi, z dyndającą na końcu pięknie rzeźbioną błyskotką.
– Dostałem to od królowej – rzekł. – Powiedziała mi, że każdy elf to rozpozna i potraktuje mnie jak przyjaciela.
Obydwaj, Jommy i Servan, pochylili się, aby przyjrzeć się błyskotce. Był to kawałek zwykłej kości rzeźbionej w wymyślne węzły, lecz coś w ich kształcie i wzorze świadczyło, że nie wyszły spod ludzkiej ręki.
Poważniejąc nagle, Jim dodał:
– Wiele można o mnie powiedzieć, chłopcy. Jestem oszustem, poszukiwaczem przygód, złodziejem, a jak zajdzie potrzeba, to nawet bezlitosnym mordercą, ale nikt nigdy nie nazwał Jimmy’ego Rąki kłamcą.
– Jimmy’ego Rąki? – zdziwił się Jommy.
– To mój... profesjonalny przydomek. Po pewnym słynnym złodzieju z dawnych czasów, który zwał się Jimmy Rączka. Niektórzy powiadają, że jestem jego prawnukiem, ale myślę, że to historyjka wymyślona przez moją mamę, która chciała, żebym zaczął w siebie wierzyć. Dlatego od maleńkości mówiłem na siebie „Jimmy Rąka”, bo wtedy nie umiałem jeszcze wymówić „cz”. No i przezwisko do mnie przylgnęło. Naprawdę nazywam się Jim Tłuczek.
W czasach gdy mieszkał z Calebem i jego rodziną na Wyspie Czarnoksiężnika, Jommy nasłuchał się niemało opowieści, jak to „drzewiej” bywało, z których całkiem znaczna część dotyczyła przesławnego Jimmy’ego Rączki – złodzieja, a następnie, jeśli wierzyć legendzie, szpiega księcia Krondoru i szlachcica z nadania, na koniec zaś księcia Rillanon i Krondoru, co stanowiło najwyższą pozycję w Królestwie Wysp zaraz po królu.
Jommy przyjrzał się złodziejowi uważniej. Choć prawie nie znał Jima, uważał go za miłego kompana, a opowiadane przezeń historie za przyjemną odmianę w dni spędzane na wypatrywaniu wroga, który mógł się nigdy nie pojawić. Nie wątpił, że Jim jest tak groźny, za jakiego pragnie uchodzić, ale też dostrzegał w nim zalety czające się pod powierzchnią, które nauczył się rozpoznawać w młodym wieku, snując się sam po świecie, co rozwinęło się w instynkt podpowiadający mu, komu może zaufać, a komu nie powinien. Teraz pokiwał do siebie głową, po czym powiedział:
– Jim, nie nazwę cię kłamcą, dopóki nie przyłapię cię na kłamstwie.
Złodziej gapił się na niego przez dłuższą chwilę, lecz w końcu wyszczerzył się w uśmiechu.
– Uczciwie stawiasz sprawę.
Servan tymczasem skupił uwagę na odległej plaży, którą kazano im obserwować.
– Ile to jeszcze potrwa?
– Potrwa tyle, ile trzeba – mruknął Jommy.
– Czyli nie tak znów długo – rzucił Jim, wyciągając rękę w mrok. – Nadpływa jakaś łódź.
– Jakim cudem... – zaczął Servan, ale zaraz urwał, bo sam wypatrzył malutki czarny punkcik, który rósł z każdą chwilą w miarę zbliżania się łodzi do brzegu.
– Może dostali przepustkę ze swojego statku – ocenił Jommy.
– Zawiadomię kapitana – podjął decyzję Servan, wynurzając się spod pałatki. – Ty nie spuszczaj łodzi z oka.
Jommy także wygramolił się na zewnątrz.
– Podejdźmy bliżej – zaproponował.
Jim złapał go za ramię.
– Czekaj. Nadpływa kolejna łódź...
Po chwili Jommy też dojrzał drugą łódź wynurzającą się z ciemności i płynącą paręnaście jardów za pierwszą.
– No i – szepnął Jim, mimo że znajdowali się zbyt daleko, aby ktokolwiek mógł ich usłyszeć – co o tym sądzicie?
Jommy odparł:
– Wygląda na to, że informacje, którymi dysponował kapitan, jednak okazały się prawdziwe.
– Tylko w odniesieniu do pierwszej łodzi – zauważył Jim.
– Czepiasz się – burknął Jommy.
Gdy obie łodzie przybiły do brzegu, wyskoczyli z nich jacyś ludzie i zaraz wciągnęli swoje jednostki na piach, po czym przywiązali je do wbitych naprędce palików.
– Szykują się na dłuższy pobyt – skomentował głośno Jommy.
– A co to takiego? – zainteresował się Jim, wskazując na drugą z łodzi.
Załogi obydwóch łodzi wyglądały na zwyczajnych marynarzy, aczkolwiek wszyscy mieli głowy omotane czarnym materiałem związanym nad lewym uchem. Większość była boso i tylko nieliczni nosili ciężkie buty, dzięki czemu dało się rozróżnić prostych marynarzy i ich przełożonych. Jednakże ostatni mężczyzna, który wysiadł z drugiej łodzi, miał na sobie ciemnopomarańczowe szaty wykończone czarną lamówką. Jego twarz skrywał kaptur, a mimo to wszyscy okazywali mu uniżoność graniczącą ze strachem. Nikt nie pomógł mu opuścić pokładu, za to wszyscy odsunęli się na stosowną odległość, gdy wkraczał na piasek.
– Mag – domyślił się Jim, praktycznie wypluwając to słowo. – Jak ja nie cierpię magów.
– A ja znam paru, którzy dadzą się lubić – zareagował cicho Jommy.
– Cóż, mnie to szczęście ominęło. A raz nieomal straciłem głowę przez jednego na Darindusie, gdzie raczył zmontować pułapkę. Jestem w stanie rozwikłać każdą pułapkę zmontowaną ręką śmiertelnika, jeśli mam wystarczająco dużo czasu, ale pułapka skonstruowana przez maga to zupełnie co innego...
– Hm – bąknął niezobowiązująco Jommy i powtórzył: – Znam paru magów, którzy dadzą się lubić.
Jim nie kontynuował tematu, ponieważ marynarze właśnie rozciągnęli się tyralierą, najwyraźniej sprawdzając teren i wystawiając czujki. Jommy i Jim równocześnie sięgnęli w górę i w ciszy rozmontowali prowizoryczny namiot, po czym ukryli pałatkę za drzewem, a następnie sami przesunęli się za gęstszą kępę krzaków po prawej. Bez słowa pomyśleli to samo: za parę minut oddział zbrojnych, dwukrotnie przewyższający liczbą najeźdźców, pojawi się za ich plecami, ale do tego czasu lepiej się nie wychylać.
Nagle Jommy poczuł uścisk dłoni Jima na swoim ramieniu. Kiedy spojrzał na kompana, ten pokazał palcem na niego i siebie, a następnie na szczyt wzgórza. Jommy z kolei pokazał na niewielki występ znajdujący się jakieś sto stóp w dół szlaku i Jim skinął głową. Zaczęli przedzierać się przez ścianę deszczu, który osłabł tylko trochę, co sprawiło, że Jommy zaklął pod nosem. Marzyła mu się lepsza ochrona, nie gorsza, a pogoda jakby im na złość wybrała sobie akurat ten moment, aby przestać ich karać za nie wiadomo jakie grzechy.
Dotarli do występu i obydwaj położyli się płasko, nie zwracając uwagi na błoto. Marynarze tymczasem zdążyli zabezpieczyć teren, rozstawiając straże na okręgu, po czym zabrali się do wyładowywania – jak się zdaje – zapasów.
– Szykują się na dłuższy pobyt – powtórzył Jommy cicho.
– Trzecia łódź! – syknął w tej samej chwili Jim.
Trzecia łódź przybiła kawałek na prawo od poprzednich dwóch i wyskoczyli z niej kolejni marynarze, którzy też zaciągnęli swoją jednostkę na piasek i prędko zaczęli wyładowywać zapasy. Skrzynie sprawnie przechodziły z rąk do rąk.
– Być może to wredni mordercy, ale trzeba im przyznać, że są zorganizowani – zauważył Jim.
Jommy przyglądał się sprawnemu działaniu wroga bez komentarzy.
Po chwili Jim szepnął do niego:
– Te zawoje na głowie... Widziałem coś takiego na trupach na południowych Wyspach Zachodzącego Słońca, jakiś tydzień żeglugi od Freeport.
– Kto je nosi?
– Skąd mam to wiedzieć? Nigdy wcześniej nie widziałem w nich nikogo żywego. Natknęliśmy się na dymiący kadłub, wypalony do linii zanurzenia, sterczący pośrodku plaży na wyspie, której nikt nawet nie nadał nazwy. Mój kapitan znał tę jednostkę, ale trupów w zawojach na głowie nikt z załogi wcześniej nie widział na oczy. Tajemnicza sprawa, jako że nie przeżył ani jeden człowiek, który mógłby nam opowiedzieć, co właściwie tam się stało. Można się tylko domyślać, że ci, co przeżyli jatkę, zostali uprowadzeni jako niewolnicy.
Jakiś odgłos za ich plecami kazał im się gwałtownie obrócić. Z góry schodzili przyczajeni książę Kaspar i kapitan Stefan. Inne dźwięki, a raczej szelesty w poszyciu dowodziły, że pozostali żołnierze z oddziału przygotowują się do okrążenia najeźdźców.
– Ilu ich jest? – zapytał Kaspar, omiatając wzrokiem zatoczkę.
– Około trzydziestu – udzielił odpowiedzi Jommy. – Jest wśród nich jakiś zaklinacz. Widać, że załoga czuje przed nim respekt.
Jim dodał:
– Wyglądają mi na piratów z Wysp Zachodzącego Słońca, generale.
– Skąd się tu wzięli? – wymamrotał Kaspar.
Jim odpowiedział mu szeptem:
– Jeśli z Wysp Zachodzącego Słońca popłynie się prosto na zachód...
– Trafi się na Morze Królestw – dokończył za niego Kaspar. – Tyle to sam wiem. Mnie interesuje, co ich tutaj sprowadza. – Odwracając się do kapitana Stefana, polecił: – Proszę przekazać dalej. Potrzebni mi jeńcy. Pojmać zwłaszcza tego maga, jeśli się uda.
– Magowie! – prychnął Jim, jakby rzucał przekleństwo.
Jommy i Kaspar wymienili spojrzenia.
– Mówiłem przecież, że znam paru, którzy dadzą się lubić.
Kaspar uśmiechnął się ponuro.
– A mnie zdarzyło się spotkać kilka istnych bestii. Kapitanie?
– Słucham, generale.
– Czy ludzie są na wyznaczonych stanowiskach?
Kapitan odwrócił się i uczynił nieznaczny gest. Jommy nie wypatrzył żadnej odpowiedzi, mimo że bardzo się starał, kapitan Stefan jednak odparł:
– Wszyscy na stanowiskach, generale.
Kaspar skinął głową.
– Kapitanie, jak tylko będzie pan gotów...
– A to co znowu? – wpadł mu w słowo Jim, pokazując ręką.
Pozostali nawet nie musieli pytać, o co mu chodzi, ponieważ sami już „to” widzieli. Mag trzymał różdżkę nad głową, a wokół niego pojawiała się świetlista kolumna sięgająca aż do chmur. Głuchy głos, przemawiający w języku, którego nie znał żaden z obserwatorów, zdawał się odzywać w powietrzu otaczającym maga.
Wtem przed zaklinaczem wykwitła jakaś postać, cień sylwetki spowitej w dym. Nawet przez nieustający szum deszczu słyszeli, jak powietrze trzeszczy od nagromadzonej energii; rozlegały się syki, jakby iskry tańczyły na powierzchni metalu. Ponownie przemówił głuchy głos wypowiadający obce słowa. Mag odpowiedział w tym samym niezrozumiałym języku, po czym postać rozejrzała się, badając okolicę.
Włoski na karku Jommy’ego stanęły dęba, gdy istota skrzyżowała z nim spojrzenia. Zaczęła nabierać ludzkich kształtów i rosnąć, aż osiągnęła wzrost co najmniej siedmiu stóp. Barki miała niesłychanie szerokie i jakby brakowało jej szyi. Jej „skóra”, ciemnosina i na oko bez żadnych skaz, pulsowała i przelewała się, co wyglądało tak, jakby woda przepływała pod luźno rzuconym jedwabiem. Twarz istoty pozbawiona była wszelkich rysów i cech szczególnych, jeśli nie liczyć dwóch płomieni w miejscach, gdzie powinny być oczy. Jej skóra stwardniała nagle i jęła przypominać litą czarną skałę.
– Kapitanie, teraz – rzucił Kaspar, nie podnosząc głosu.
Kapitan Stefan podniósł się na nogi, trzymając kawałek białej tkaniny, i wykonał jedną ręką gwałtowny ruch, jakby rąbał drewno.
Rozpętało się pandemonium.
Ze wzniesienia za nimi dobiegły krzyki, podczas gdy nad ich głowami poszybowały strzały, sięgając kilku mężczyzn znajdujących się na plaży. Kiedy Jommy dobył miecza, równocześnie wydarzyły się trzy rzeczy. Ludzie na plaży ustawili się w idealnym szyku, tworząc wachlarz, i bynajmniej nie spanikowali ani nie stracili zdolności trzeźwego myślenia, o czym świadczyło to, że jęli metodycznie kryć się za każdą dostępną przeszkodą dla nadlatującej śmierci – za burtami łodzi, za wałami piasku, a nawet za większymi stertami drewna wyrzuconego przez morze. Paru łuczników spośród marynarzy odpowiedziało gradem strzał, lecz strzelali na oślep w gęstwinę porastającą zbocze, podczas gdy ich przeciwnicy mieli cel jak na dłoni.
Żołnierze ubrani w tabardy Wielkiego Keshu i Królestwa Wysp pędem minęli stanowisko Jommy’ego, który zerwał się wtedy na równe nogi, wołając:
– Jim, chodź!
Wyczarowana istota zaryczała. Przybrała wyzywającą pozycję, z ramionami rozpostartymi na boki i lekko opuszczonymi, jak gdyby przymierzała się do odparcia ataku bądź rzucenia się na wroga. Nacierający na nią mężczyźni czuli fale ciepła emanujące rytmicznie do wtóru kłębów dymu wypuszczanych z czarnej, przypominającej skałę skóry.
Ludzie zawahali się na ten widok, co ośmieliło tych, którzy do tej pory szykowali się na rzeź. Jommy na poły biegł, na poły turlał się na dół, mijając paru żołnierzy powstrzymanych przez demoniczny ryk. W pewnej chwili uświadomił sobie, że wyprzedził awangardę i przed sobą ma już tylko broń przygotowaną, by go ciąć, kłuć i dźgać, oraz jakąś bestię z najgorszego koszmaru.
Zaczął się cofać, lecz jeden z najeźdźców rzucił się w jego stronę, nie zwracając uwagi na strzały, którymi wciąż szyli łucznicy ukryci na wzniesieniu. Atakujący zrobił kolejny krok i został trafiony grubym drzewcem, które aż odgięło go do tyłu. Jommy przykucnął, czekając, aż pozostali się z nim zrównają. Kiedy się obejrzał, zobaczył, że żołnierze albo stoją bez ruchu, albo uciekają.
Już po sekundzie zrozumiał dlaczego. Wyczarowana bestia nadal rosła! Była znów o dwie stopy wyższa i jeszcze szersza w barkach czy co tam w ich miejsce miała. Ramiona stały się jeszcze muskularniejsze, a zdobiło je coś, co przypominało metalowe obręcze, tyle że płonące – wyginające się koła z metalu emanowały takim ciepłem, że Jommy czuł je pomimo padającego wciąż deszczu. Tymczasem w litej czarnej „skórze” istoty zaczęły się pojawiać pęknięcia, z których wydobywały się płomienie!
– Jim! – zawołał Jommy. – Zabierajmy się st... – Rozejrzał się i stwierdził, że Jima Tłuczka nie ma nigdzie w pobliżu. – Cholera! – zaklął, wycofując się czym prędzej. – Albo jest wielkim tchórzem, albo ma o wiele więcej rozumu niż ja – dodał pod nosem.
Jeden z piratów rzucił się na Jommy’ego i zamachnął się nań ciężkim kordelasem – cios ten miał albo złamać miecz Jommy’ego, albo rozpłatać młodzieńca na dwoje od barków do podbrzusza. Szkolenie i doświadczenie kazały chłopakowi wyrzucić miecz daleko w prawo, samemu zaś zrobić unik w przeciwną stronę, dzięki czemu uniknął miażdżącego uderzenia. Piasek pod nogami był zdradliwy, toteż Jommy zwalczył chęć dokonania obrotu i złamania przeciwnikowi kręgosłupa i zamiast tego wymierzył mu prawym łokciem potężny cios w szczękę. Ból poczuł aż w łopatce, gdy doszło do zetknięcia z ciałem wroga, ale piratowi zaszkliły się oczy. Zrobiwszy krok w tył, Jommy smagnął ostrzem i poderżnął nieprzytomnemu gardło. Krew trysnęła strumieniem, ale Jommy wciąż się cofał. Nie potrafił tylko oderwać wzroku od potworności, która rozgrywała się na jego oczach.
Wtem głos Kaspara przeciął powietrze:
– Na nich, żywo!
Żołnierze byli świetnie wyszkoleni, toteż pomimo strachu przed wyczarowaną istotą, pnącą się teraz na co najmniej dziewięć stóp, zaatakowali. Ci na plaży byli wyraźnie pełni poświęcenia, może nawet fanatyzmu, ale zawiodła ich technika. Lewe skrzydło obrony załamało się pierwsze.
Nie mając dokąd uciekać, bronili się zaciekle, lecz w ciągu paru chwil podwładni Kaspara usiekli pół tuzina, zmuszając resztę do poszukania wątpliwego schronienia na pokładzie zaciągniętych na piasek łodzi. Jommy napotkał zajadlejszy opór, gdy wraz z żołnierzami Królestwa Wysp, Roldemu i Wielkiego Keshu przypuścił atak na środek szyku, zaledwie jardy od straszliwej bestii.
Najeźdźcy walczyli jak opętani – zupełnie jakby się bardziej bali wycofać tam, gdzie czekała na nich puszczająca dym bestia, aniżeli stawić czoło śmiertelnikom. Wtem bestia postąpiła naprzód i mężczyzna walczący u boku Jommy’ego zawył przeraźliwie, gdy piekielna istota poderwała go z ziemi, chwytając za szyję. Skwierczenie przypiekanego mięsa zastąpiło urwany w połowie krzyk, po czym bestia odrzuciła żołnierza niczym zepsutą zabawkę. Na oczach Jommy’ego z dłoni istoty wystrzeliły płomienie, a ona sama zaczęła się znów zmieniać, emanując fale ciepła, które docierały aż do niego. Czarną skórę przecinały teraz pulsujące czerwone szczeliny, przypominające roztopioną lawę przewalającą się pod warstwą skały. Gdy padały na nie krople deszczu, rozlegał się syk i unosiły obłoczki pary.
Jommy odskoczył do tyłu i nieomal wywalił się jak długi, ponieważ wpadł na żołnierza, który właśnie nadbiegł.
– Sir! – zawołał mężczyzna prosto do jego ucha. – Dwie następne łodzie przybiły kawałek na północ i kolejne skurczybyki nacierają na naszą prawą flankę!
Jommy nie odpowiadał, aż zdał sobie sprawę, że żołnierz czeka na jego reakcję, ponieważ tutaj to on był dowodzącym oficerem – albo przynajmniej za takiego uważali go walczący wokół ludzie. Jeżeli nie ma dojść do totalnej klęski, trzeba coś zrobić, i to szybko.
– Do mnie! – wrzasnął. – Wszyscy do mnie!
Żołnierze pośpiesznie skupili się dokoła niego, podczas gdy płonący już żywym ogniem potwór pochwycił kolejnego nieszczęśnika i oderwał mu jedno ramię, równocześnie podpalając korpus.
– Utworzyć okrąg! – krzyczał Jommy, a otaczający go mężczyźni posłusznie zbili się w ciasną grupkę wokół niego. Odwrócił się do żołnierza, który przyniósł mu ostrzeżenie o posiłkach wroga, i rozkazał: – Znajdź generała i każ wszystkim innym skupić się przy nim! My ich powstrzymamy! Ruszaj!
Goniec okręcił się na pięcie i popędził przed siebie.
– Utworzyć mur z tarcz! – padł kolejny rozkaz, na co dobrze wyszkoleni żołnierze zwarli tarcze i nagle Jommy i jeszcze dwaj żołnierze z Krondoru znaleźli się wewnątrz fortecy, której murami były tarcze.
Jommy nie robił sobie większych nadziei. Wiedział, że jeśli bestia zaatakuje, paru żołnierzy chowających się za tarczami spłonie, niwecząc jego plan obrony. Nic innego jednak nie przyszło mu do głowy, a musiał kupić cenne minuty tym, którzy właśnie wycofywali się w stronę pozycji Kaspara, gdziekolwiek ów był.
Bestia zamarła w bezruchu na moment, zaklinacz zaś wymierzył różdżkę w ludzi stłoczonych wokół Jommy’ego i zakrzyknął coś w obcym języku. Na to bestia rzuciła się w przód, a Jommy zawołał:
– Utrzymać szyk!
Bestia znowu się zatrzymała i uniosła pięść wysoko nad nimi.
– Żółw! – rozkazał Jommy.
Upuścił miecz i klapnął ciężko na ziemię, pociągając za sobą dwóch pozostałych mężczyzn, by ochronić ich od obrażeń.
Żołnierze zakryli głowy tarczami, przybierając pozycję taką, jak do obrony przed gradem strzał. Płonąca piącha bestii, wielka jak kowadło, runęła z góry na dwie sczepione tarcze, zmuszając jednego z ludzi do opadnięcia na klęczki, drugiego zaś powalając całkowicie.
– Cholewka! – sapnął jeden z towarzyszy Jommy’ego, robiąc wielkie oczy.
– Rozproszyć się! – Jommy uznał, że tylko chaos może ocalić życie jego podwładnym.
Dwaj żołnierze z Krondoru odpełzli na bok, natomiast reszta uczyniła to, czego ich uczono: każdy pobiegł w inną stroną, w jak najkrótszym czasie jak najbardziej zwiększając dystans między sobą i kompanami. Ci z przodu cofnęli się, obrócili i natychmiast czmychnęli.
Łucznicy Kaspara nadal próbowali unieszkodliwić bestię, lecz ich strzały nie wywierały na diabolicznej istocie żadnego wrażenia – żelazne groty odbijały się od jej kamiennej powłoki, a promienie natychmiast stawały w ogniu. Kolejne fale ciepła uderzały w Jommy’ego, jakby stał przy otwartym piecu.
Wymachując ramionami o długości dzidy, bestia roztrącała ludzi, jakby miała do czynienia z dziećmi. Czegokolwiek dotknęła, stawało w płomieniach. Wszędzie leżeli poparzeni żołnierze, wrzeszczący z bólu i umierający.
Kiedy Jommy zaczął się wycofywać, bestia dostrzegła go i ruszyła w jego stronę. Jommy spiął się wewnętrznie, przekonany, że za moment zostanie albo zmiażdżony, albo spalony na popiół. Ale gdy uniósł miecz w obronnym geście, dojrzał, jak z fal za plecami potwora wyłania się jakaś postać. Z ociekającą twarzą i przemoczonym do suchej nitki odzieniem Jim Tłuczek pojawił się zgoła znikąd i prostując się z kucek, stanął tuż za magiem. Ruchem tak szybkim, że Jommy ledwie go zauważył, Krondorczyk zarzucił coś na głowę zaklinaczowi, który szarpnął się jeszcze w tył, kiedy złodziej dodatkowo wraził mu kolano w plecy. Nawet przez szum fal i dudnienie deszczu, nawet przez krzyki i jęki umierających ludzi Jommy usłyszał charakterystyczny trzask pękającego kręgosłupa. Krew trysnęła z karku maga, który zamachał bezładnie rękami, zanim zwiotczał zupełnie.
Z chwilą śmierci maga bestia straciła pewność siebie, zawahała się i zatrzymała, jakby oczekując dalszych poleceń. Zawyła bezradnie, kalecząc uszy Jommy’ego i wzbudzając ciarki na jego ciele. A potem cisnęła się na oślep to w jedną, to w drugą stronę, sprawiając, że kto żyw jął uciekać – nie wyłączając tych w czarnych zawojach na głowie, którzy najwyraźniej byli bardziej zainteresowani oddaleniem się od potwora aniżeli kontynuowaniem walki. Jommy musiał uskoczyć, aby uniknąć kolejnego niekontrolowanego ruchu bestii. Przetoczył się kawałek po piasku i z mieczem w garści przyczaił się w pozycji kucznej.
Wtedy ujrzał Servana, który gnał w jego stronę i krzyczał coś, czego Jommy nie mógł usłyszeć, choć widział, że towarzysz pokazuje prosto na niego. Niemal w tej samej chwili Jommy wyczuł za plecami czyjąś obecność i domyślił się, że Servan wcale nie pokazywał na niego, tylko na coś za nim. Uskoczył w lewo, przetoczył się znów i błyskawicznie obrócił, kątem oka dostrzegając błysk miecza, który odciąłby mu głowę, gdyby nie ostrzeżenie Servana.
Jommy nawet nie próbował podnieść się na nogi, tylko od razu zaatakował, tnąc napastnika w stopę i uszkadzając ścięgno. Mężczyzna wrzasnął i runął na ziemię, nieomal przygniatając Jommy’ego. Młodzieniec skorzystał z okazji i wraził ostrze w pachę napastnika. Krew pociekła wartkim strumieniem po boku mężczyzny, gdy w próbie odpowiedzi na atak chciał odrąbać Jommy’emu ramię.
Jommy jeszcze raz się przeturlał i usłyszał, jak miecz trafia w piasek. Przez moment leżał na wznak, ale że to raczej kiepska pozycja do walki, poturlał się dalej, aż wreszcie zobaczył lepiej przeciwnika. Tymczasem ktoś go minął i opuszczając swój miecz, zakończył życie najeźdźcy.
Servan schylił się, pomagając Jommy’emu wstać.
– Musimy uciekać! – powiedział młody wielmoża. – Ten stwór nadal kładzie trupem każdego, kto znajdzie się w pobliżu, i z każdą chwilą staje się coraz gorętszy.
Jommy’emu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać; nawet tutaj czuł fale gorąca bijącego od bestii. Obłoki pary unosiły się z każdego odcisku wielkiej stopy, którą postawiła na wilgotnym piasku. Ludzie wciąż walczyli ze sobą, lecz była to bezładna bijatyka. Jommy, widząc to, zrozumiał, że nie może być mowy o zorganizowaniu kontrataku ani nawet uporządkowanym wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje.
– Musimy wszyscy schronić się za tamtą wielką skałą! – krzyknął, wskazując mieczem.
Servan skinął głową.
– Nie wiem, gdzie jest generał i kapitan...
Przez moment rozglądali się w milczeniu po zatoczce i plaży. Servan zawołał:
– Tam, w górze!
Jommy powiódł spojrzeniem za ręką kompana i także dostrzegł Kaspara i Stefana opierających się szóstce piratów, którzy otoczyli ich jakieś dwadzieścia jardów od dołu zbocza.
– Co robimy? – zapytał.
Chociaż dobrze sobie radził w polu i miał opanowane podstawy taktyki, to jednak Servan był urodzonym przywódcą, doskonałym strategiem, a co najważniejsze – nie brakowało mu wyczucia i intuicji.
– Ta wielka skała to nasz punkt zborny. Ja postaram się ich podejść ...
Jommy zerknął znów na stawiających opór najeźdźcom Kaspara i Stefana i nieoczekiwanie zobaczył Jima Tłuczka, który znów pojawił się jakby znikąd, wyrastając tuż za plecami dwóch przeciwników nacierających na generała. Trzymając po sztylecie w każdej dłoni, dźgnął obydwóch w kark i powalił ich na ziemię w okamgnieniu. I nagle nie walczyło już sześciu przeciwko dwóm, tylko czterech przeciwko trzem, a kiedy jeden z najeźdźców obejrzał się, aby sprawdzić, gdzie są jego towarzysze, Kaspar przebił go na wylot, poprawiając wynik jeszcze bardziej. Teraz szanse były wyrównane.
Jommy zakrzyknął:
– Ja idę tędy, ty tamtędy, pogoń wszystkich, których napotkasz po drodze, i daj znać generałowi, gdzie mamy punkt zborny.
Servan skinął głową i odbiegł, klucząc tak, aby nie wpaść na kolumnę ognia, która miotała się na wszystkie strony. Jommy skierował się na plażę, gdzie garstka jego ludzi walczyła z równymi siłami wroga. Zarówno żołnierze, jak i piraci najwyraźniej bardziej chcieli się wyplątać z kabały, zamiast nawzajem pozabijać.
– Do mnie!
Jego ludzie przerwali walkę i skupili się wokół niego, po czym już po paru chwilach odbywał się w miarę uporządkowany odwrót. Jommy pokazywał na wyróżniającą się skałę, mówiąc:
– To nasza kryjówka! Rozglądajcie się za generałem!
Właśnie w tym momencie wyczarowana bestia, płonąca najjaśniejszym płomieniem, jaki Jommy kiedykolwiek widział, obróciła się w ich stronę.
– Uważajcie! – ostrzegł podwładnych i gestem nakazał, by zamiast iść prosto, kluczyli, zanim dojdą do skały.
Ledwie udało im się oddalić od rozpłomienionego stwora, ktoś krzyknął, że nadpływa kolejna łódź.
– Sprawy zaczynają się wymykać spod kontroli – mruknął do siebie Jommy.
Podczas gdy on się rozglądał, aby sprawdzić, jakie pozycje zajmą nowi piraci, napastnicy wzięli go w dwa ognie. Jeśli postąpi nierozważnie, przeciwnicy, którzy zostali z tyłu, wykorzystają jego ludzi jako osłonę i dostaną się na tyły niczego się nie spodziewającego Kaspara.
– Ty, ty i ty – Jommy wskazał trzech stojących najbliżej żołnierzy, dwóch z Roldemu i jednego z Wielkiego Keshu – za mną!
Wydał mrożący krew w żyłach okrzyk bojowy i rzucił się na pierwszego z brzegu najeźdźcę.
Usłyszał, jak biegnący za nim jeden z żołnierzy z Roldemu pyta:
– Czyś ty zupełnie oszalał?
– Nie, ale nie zaszkodzi, żeby wróg tak myślał! – odkrzyknął przez ramię Jommy.
Pozostali wzięli z niego przykład i wkrótce z Jommym na czele pędzili prosto na piratów, którzy na widok nacierających przeciwników zaczęli przygotowywać się do odparcia ataku. Jardy przed tym, zanim doszło do starcia, Jommy wydał rozkaz:
– W nogi!
Równocześnie zawrócił w miejscu i pognał przez plażę ku wzniesieniu, gdzie Kaspar i Stefan szykowali się do obrony. Spojrzenie rzucone przez ramię powiedziało Jommy’emu, że wszystkie ich wysiłki nie na wiele się zdadzą, jako że bestia z każdą chwilą szalała coraz bardziej, rzucając się na każdego, kto pozostawał w jej zasięgu. Jedyna korzyść z tego była taka, że najeźdźcy musieli w równym stopniu liczyć się z szalejącym potworem co z przeciwnikiem. Kaspar miał nad wrogiem i tę przewagę, że mógł zaprowadzić ład wśród swoich ludzi i w razie konieczności skierować uformowany oddział w górę zbocza, do obozu na występie skalnym jakąś milę stąd. Najeźdźcy w najlepszym razie mogli salwować się ucieczką łodziami, ale dwie z nich płonęły już od dotyku potwora i jakoś nikt się nie kwapił z próbą przedostania do pozostałych. Niektórzy piraci z pewnością spróbują dotrzeć do czwartej, najbardziej oddalonej łodzi, lecz Jommy wątpił, aby uniosła ona cało wszystkich chętnych.
– Wkrótce tu będą! – zawołał. – Dołączcie do generała i zajmijcie pozycje!
Wykończeni krótką, lecz zaciekłą walką żołnierze zdobyli się na ostatni wysiłek i pobiegli w górę zbocza przez błoto, a wtedy Jommy zorientował się, że odgłosy bitwy za nim umilkły. Słyszał jedynie ryki potwora, deszcz spływający potokami z zalesionego wzniesienia i ciężkie dyszenie mężczyzn prących ku kryjówce.
Na miejscu zastali podwładnych generała okopujących się za pomocą mieczy i sztyletów i z wykorzystaniem głazów i kolczastych gałęzi. Tymczasem łucznicy robili, co mogli, aby utrzymać cięciwy w suchości gwarantującej celność strzałów ich broni, na wypadek gdyby za wycofującymi się towarzyszami nadciągnęła kolejna fala najeźdźców.
– Oto oni! – wykrzyknął Kaspar.
Jommy, dotarłszy do pierwszej linii obrońców, obejrzał się za siebie. W dole ścieżki ujrzał grupkę piratów przygotowujących się do natarcia. Bardziej na północ inny oddział w te pędy kierował się do niespalonej łodzi. Jakby czytając mu w myślach, Kaspar powiedział:
– Jeśli nam się uda, poślę tam oddział, żeby przechwycił maruderów.
– Dlaczego miałoby się nam nie udać, generale? – zapytał zdyszany Servan.
– Atakują pod górę, a my jesteśmy gotowi – poparł go Jommy.
– Nie martwią mnie te rzezimieszki – rzekł Kaspar. – Martwi mnie ta bestia, która za nimi podąża. Wprawdzie przestała rosnąć, ale za to podpala wszystko, co stanie jej na drodze.
– A my znajdujemy się na zboczu – dodał kapitan Stefan.
– Może więc powinniśmy się wycofać i zająć pozycje na występie skalnym? – podrzucił Jommy.
– Nie mamy na to czasu – stwierdził Kaspar i zaraz zawołał: – Łucznicy!
Kilka strzał przeleciało im nad głowami i atakujący rozpierzchli się, jednakże groty nie poczyniły wśród nich żadnych szkód.
– Przeklęty deszcz – skwitował Servan.
Mężczyźni wdrapujący się na zbocze obrzucili spojrzeniem tych, którzy na nich czekali w górze, lecz nie zaprzestali wspinaczki. Jommy ugiął nogi w kolanach i złapał pewniej miecz, gotując się na odparcie ciosu, i wtem coś sobie uświadomił. Wszystkie dobiegające go okrzyki bojowe wyrywały się z gardeł żołnierzy; ci, którzy na nich nacierali, sapali ciężko, nieledwie tracąc oddech podczas wspinaczki, i żaden nie był w stanie zakrzyknąć czy choćby powiedzieć coś głośniej. Na twarzach wszystkich malowało się ponure zniechęcenie. Nadal byli zdeterminowani, ale Jommy nie dostrzegał w ich oczach szaleństwa, na jakie napatrzył się w trakcie innych bitew. Najeźdźcy wiedzieli, że nie przeżyją natarcia.
Jommy wspiął się jeszcze kawałek, aby stanąć u boku Kaspara.
– Generale, ci ludzie pozwolą się nam wyrżnąć.
Niegdysiejszy książę Olasko pokiwał głową.
– Na to wygląda, prawda? – Odwrócił się i zawołał: – Brać jeńców! – Potem, nie spuszczając wzroku z bestii za ostatnim szeregiem nacierających, dodał: – Na wypadek gdyby któremuś z nas udało się przeżyć...
Do tej pory bestia kręciła się bez celu, niszcząc wszystko, co stanęło na jej drodze, teraz jednak zdawała się skupiać całą uwagę na zboczu.
– Chyba nas widzi – zauważył Jommy.
– Nie jestem pewien, czy w ogóle ma oczy – odparł Kaspar – ale dajmy z siebie wszystko, bo najwyraźniej lezie w naszą stronę.
Pierwsza szóstka najeźdźców rzuciła się na obrońców z maniacką zajadłością. Kilku ludzi Kaspara odniosło rany, lecz wszyscy napastnicy zginęli. Jommy czekał w gotowości, gdyż nikt nie zaatakował go bezpośrednio. Stał powyżej miejsca, w którym leżał z tuzin ciał, a z dołu popatrywała na niego grupka może dwunastu przeciwników. Jeden coś powiedział, a reszta pokiwała głowami, po czym wszyscy ruszyli naprzód i wtedy Jommy usłyszał zawołania bojowe i okrzyki. Nie znał tego języka, ale przesłanie było dlań całkowicie czytelne: wrogowie chcieli położyć trupem tylu ludzi Kaspara, ilu zdołają, zanim sami oddadzą życie.