Przedmowa
Są takie powieści, które od pierwszych stron obiecują czytelnikowi skandal, a potem okazują się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym: prawdą o ludziach. Sailor należy właśnie do tej rzadkiej kategorii książek, które korzystają z materii namiętności, zdrady, rodzinnego pęknięcia i moralnego niepokoju nie po to, by jedynie prowokować, lecz po to, by wydobyć na światło dzienne to, co najczęściej ukrywamy pod językiem codzienności, przyzwoitości i społecznych ról. To książka odważna, ale jej odwaga nie polega na przekraczaniu granic dla samego efektu. Polega na tym, że autor patrzy swoim bohaterom prosto w oczy i nie odwraca wzroku wtedy, gdy ich pragnienia stają się sprzeczne z ich sumieniem.
Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że to historia intymna, kameralna, rozgrywająca się w ograniczonej przestrzeni kilku domów, kilku ulic i kilku jezior. W istocie jednak skala tej opowieści jest znacznie większa. Pod powierzchnią prywatnego dramatu pulsuje wielki temat samotności we współczesnej Polsce prowincjonalnej, temat kobiecości i męskości poddanych presji wieku, pamięci, oczekiwań rodzinnych i społecznych, a także temat miłości rozumianej nie jako pocztówkowa obietnica szczęścia, lecz jako siła, która potrafi zarówno ocalić człowieka, jak i doprowadzić go do zguby. To właśnie czyni tę książkę tak przekonującą. Autor nie pyta bowiem wyłącznie o to, kto zawinił. Pyta głębiej: czego człowiekowi naprawdę brakuje, kiedy zaczyna ryzykować wszystko.
Warto podkreślić, jak istotną rolę odgrywa tu miejsce. Konin i okolice nie są wyłącznie tłem. Nie są dekoracją, którą można by łatwo wymienić na inne miasto, inne jezioro czy inny dom. Ta przestrzeń żyje, oddycha, pamięta. Jej pejzaż - jednocześnie piękny i naruszony przez przemysł, naturalny i przetworzony, spokojny i podszyty ukrytą przemocą - staje się doskonałym odpowiednikiem świata wewnętrznego bohaterów. Jeziora, kanały, przystanie, ciepło nienaturalnej wody, zmieniające się światło, szum elektrowni, ciężar codziennych rytuałów, zwyczajność kuchni i niezwyczajność milczenia przy stole - wszystko to składa się na rzadko spotykaną w polskiej prozie spójność psychologiczną i symboliczną. Tu geografia nie ilustruje fabuły. Ona ją współtworzy.
Siłą Sailora jest także język. Jest w nim jednocześnie prostota i gęstość. Prostota, bo autor nie ucieka w wydumaną ornamentykę, nie zasłania emocji pustą efektownością, nie chce błyszczeć ponad bohaterami. Gęstość, bo pod każdym zdaniem czuje się napięcie, pod każdą rozmową pracuje drugie dno, a każda wymiana słów niesie coś więcej niż literalne znaczenie. Ta książka świetnie rozumie, że najważniejsze dramaty rozgrywają się nie w wielkich deklaracjach, lecz w półsłówkach, zawahaniach, zmianach tonu, chwilach, kiedy człowiek mówi jedno, a jego ciało, pamięć i spojrzenie mówią coś zupełnie innego. Autor znakomicie wykorzystuje dialog jako formę obnażania psychiki. Dzięki temu czytelnik nie tyle obserwuje bohaterów, ile przebywa z nimi w jednym pomieszczeniu, słyszy ich oddech, widzi ich nerwowość, doświadcza ich wahań.
To także książka wyjątkowo przenikliwa socjologicznie. Pokazuje, jak silnie ludzkie wybory są osadzone w strukturze codzienności: w modelu rodziny, w doświadczeniu pokoleniowym, w pamięci po zmarłych, w ekonomii małego miasta, w marzeniu o awansie, stabilizacji i "normalnym życiu". Autor bardzo dobrze rozumie, że pragnienie nie rodzi się w próżni. Ono rośnie tam, gdzie przez lata tłumiono głód bliskości, gdzie kobieta została zredukowana do roli matki i strażniczki domu, gdzie mężczyzna nauczył się myśleć o sobie przez pryzmat sprawczości i ruchu, a młodość wierzy jeszcze, że miłość wystarczy, by uporządkować świat. W tym sensie Sailor jest czymś więcej niż historią trojga ludzi. To opowieść o pęknięciu między tym, co społeczne, a tym, co cielesne. Między normą a potrzebą. Między rolą a prawdą.
Szczególne uznanie należy się sposobowi, w jaki autor buduje postacie kobiet. Rzadko spotyka się w prozie popularnej tak wielowymiarowe portrety kobiece, wolne od schematu i łatwego moralizmu. Nie ma tu prostych podziałów na niewinność i winę, na ofiarę i sprawczynię, na młodość jako dobro i dojrzałość jako zagrożenie. Są za to kobiety z krwi i kości: każda ze swoim głodem, lękiem, dumą, wstydem i własną definicją miłości. To sprawia, że czytelnik nie może pozostać bezpiecznie na zewnątrz. Musi zająć stanowisko, a chwilę później zrewidować własny osąd. Musi przyznać, że serce człowieka nie działa według zasad, które tak chętnie zapisujemy innym.
Nie mniej interesujący jest męski bohater tej opowieści. Autor nie czyni z niego ani cynicznego uwodziciela, ani wyłącznie słabego człowieka rzucanego przez okoliczności. To postać skomplikowana, wewnętrznie pęknięta, rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością a pożądaniem, pomiędzy tym, co wybrał świadomie, a tym, co wyłoniło się w nim z mroku, kiedy przestał sobie ufać. Dzięki temu Sailor nie jest prostą historią o winie mężczyzny i cierpieniu kobiet ani odwrotnie. To opowieść o tym, że każdy człowiek nosi w sobie potencjał do zdrady własnych deklaracji, jeśli spotka w życiu uczucie, które dotknie miejsca wcześniej nieuświadomionego.
To, co szczególnie cenne, to brak taniej jednoznaczności. Autor nie osądza swoich bohaterów z pozycji wyższości. Nie rozgrzesza ich również. Pozwala im być ludźmi do końca, a więc istotami zdolnymi jednocześnie do miłości i egoizmu, do czułości i okrucieństwa, do odwagi i tchórzostwa. W świecie tej powieści nie ma czystych rąk, ale nie ma też postaci płaskich. Każda niesie swój ciężar. Każda ma swoje racje. Każda o coś walczy. I każda płaci.
Czyta się tę książkę z narastającym napięciem nie tylko dlatego, że opowiada o uczuciu zakazanym i o granicach, których przekroczenie musi przynieść konsekwencje. Czyta się ją przede wszystkim dlatego, że autor świetnie rozumie mechanikę psychicznego osuwania się człowieka. Tutaj nic nie dzieje się nagle. Najpierw jest spojrzenie, potem drobne przesunięcie akcentu, potem usprawiedliwienie, potem milczenie, potem gest, który można jeszcze uznać za przypadek, potem kolejne przesunięcie granicy. Właśnie ta wiarygodność procesu robi największe wrażenie. Czytelnik widzi, jak rodzi się katastrofa, i wie, że powinna zostać zatrzymana. Ale jednocześnie rozumie, dlaczego nikt jej nie zatrzymuje. To bardzo trudna sztuka pisarska - sprawić, by odbiorca jednocześnie osądzał i współodczuwał. W Sailorze ta sztuka została opanowana znakomicie.
Ta książka ma też rzadką dziś cechę: zostaje z czytelnikiem po lekturze. Nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Wraca później - w myśleniu o rodzinie, o własnych relacjach, o słowach, których się nie wypowiedziało, i o tych, które wypowiedziało się za późno. Wraca jako pytanie o to, czy naprawdę znamy ludzi najbliższych. Czy naprawdę znamy samych siebie. Czy wiemy, jak zachowalibyśmy się na ich miejscu, dopóki nie staniemy na tej samej krawędzi.
Jeśli więc sięgają Państwo po Sailora z przekonaniem, że dostaną jedynie historię namiętnego skandalu osadzonego nad jeziorami Wielkopolski, będą Państwo zaskoczeni. Otrzymają coś więcej: przejmującą, inteligentną, gęstą emocjonalnie powieść o pragnieniu, które rozsadza porządek codzienności, o rodzinie, która okazuje się bardziej krucha, niż chciałaby wierzyć, oraz o miłości, która bywa nie tyle spełnieniem, ile próbą charakteru. To książka odważna, dojrzała i bardzo ludzka. A nade wszystko - prawdziwa w tym sensie, w jakim prawdziwa bywa literatura, która nie boi się zajrzeć pod powierzchnię spokojnej wody.
I właśnie dlatego warto ją przeczytać. Nie po to, by znaleźć łatwy osąd. Po to, by usłyszeć to, co szumi pod spodem.
Rozdział 5: Dzieci, których jeszcze nie ma
Wieczór przyszedł nad ulicę Kolską tak, jak wieczory przychodzą we wrześniu w Wielkopolsce - powoli, niechętnie, jakby lato nie chciało oddać miejsca jesieni i negocjowało z ciemnością każdą minutę światła. Niebo za oknem salonu przechodziło przez wszystkie odcienie różu i fioletu, a kominy elektrowni na horyzoncie rysowały się jak dwa ciemne palce wzniesione ku niebu w geście, który mógł oznaczać ostrzeżenie albo błogosławieństwo, zależnie od nastroju patrzącego.
Barbara rozpaliła w kominku. Nie dlatego, że było zimno - wrzesień był jeszcze łagodny, a dom na Kolskiej trzymał ciepło jak termos - ale dlatego, że ogień w kominku zmieniał pokój. Zmieniał światło, zmieniał cienie, zmieniał ludzi. Przy kominku twarze stawały się cieplejsze, głosy cichsze, rozmowy głębsze, jakby ogień miał tę właściwość, której nie mają żarówki ani świece - właściwość cofania ludzi do jakiegoś pierwotnego stanu, kiedy siedzenie przy ogniu było jedynym sposobem na przetrwanie nocy i kiedy rozmowa nie była rozrywką, lecz koniecznością.
Siedzieli we trójkę w salonie - Michał na kanapie, Aneta obok niego z nogami podciągniętymi pod siebie i głową opartą o jego ramię, Barbara w fotelu naprzeciwko, z kieliszkiem wina, którego nie piła, a raczej trzymała jak rekwizyt, jak coś, co zajmuje ręce i daje im powód, żeby nie robić nic innego. Resztki kolacji - zimna szynka, pomidory, chleb, ser - leżały na stoliku kawowym obok albumu ze zdjęciami, który wciąż był zamknięty, grzbietem do góry, strażnik przeszłości pilnujący wejścia do wspomnień.
Ogień trzaskał. Iskry strzelały w górę jak małe, pomarańczowe ryby wyskakujące z wody. Michał patrzył w płomienie i myślał, że ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż ludzie sądzą - oba żywioły są piękne, oba są niebezpieczne, oba dają życie i oba je zabierają, i oba hipnotyzują, jeśli patrzysz na nie wystarczająco długo.
- Michał - odezwała się Aneta, nie podnosząc głowy z jego ramienia, tonem kogoś, kto myślał o czymś od dłuższego czasu i wreszcie znalazł moment, żeby to powiedzieć. - Chcę mieć troje dzieci.
Michał nie zareagował natychmiast. Wziął oddech, wypuścił go powoli i poczuł, jak mięśnie w jego ramieniu - tym, na którym leżała głowa Anety - lekko się napinają, jakby ciało zareagowało szybciej niż umysł, jakby mięśnie wiedziały coś, czego rozum jeszcze nie przetworzył.
- Troje - powtórzył.
- Troje. Dwóch chłopców i dziewczynkę. Chłopcy pierwsi, żeby chronili siostrę. Dziewczynka ostatnia, żeby miała dwóch starszych braci, którzy będą ją rozpieszczać i jednocześnie odstraszać chłopaków w liceum.
- Masz to już zaplanowane.
- Mam to zaplanowane od czternastego roku życia. Wtedy narysowałam swój pierwszy dom i narysowałam w nim pięć pokoi - jeden dla nas, jeden dla gości i trzy dla dzieci. Małe pokoje, bo dzieci nie potrzebują dużych pokoi. Dzieci potrzebują ścian, żeby wieszać rysunki, i podłogi, żeby budować zamki z klocków. Do tego wystarczy osiem metrów kwadratowych.
- Osiem metrów kwadratowych - powiedział Michał z uśmiechem, w którym było tyle czułości, ile mieści się w uśmiechu mężczyzny, który kocha kobietę za rzeczy, o których ona nie wie, że je robi. - Architektka planuje pokoje dziecięce co do metra.
- Co do centymetra. Okno na wschód, żeby budziło porannym światłem. Łóżko pod ścianą zachodnią, żeby wieczorne słońce nie raziło w oczy. Biurko pod oknem. Półka na książki przy drzwiach. Wszystko przemyślane. Wszystko na swoim miejscu.
- A co, jeśli dziecko będzie chciało łóżko pod oknem?
- To przestawimy. Ale zaczniemy od planu. Ludzie bez planu dryfują. A ja nie chcę dryfować.
- Żeglarze czasem dryfują - odezwała się Barbara z fotela, a jej głos w blasku kominka brzmiał inaczej niż w kuchni, inaczej niż przy stole - cieplej, głębiej, jakby ogień podgrzewał nie tylko powietrze, ale i ton, i znaczenie słów. - Żeglarze dryfują, kiedy nie ma wiatru. I czasem właśnie wtedy odkrywają miejsca, do których nigdy by nie dopłynęli, gdyby trzymali się kursu.
- Mamo, dryfowanie z dziećmi to nie przygoda. To katastrofa.
- Nie mówię o dryfowaniu z dziećmi. Mówię o dryfowaniu z planami. Możesz zaplanować troje dzieci, pięć pokoi i okna na wschód. A potem życie da ci jedno dziecko, trzy pokoje i okna na północ. I będziesz musiała zdecydować, czy to jest porażka, czy po prostu inna wersja szczęścia.
Aneta uniosła głowę z ramienia Michała i spojrzała na matkę. Ogień z kominka tańczył w jej bursztynowych oczach, nadając im kolor płynnego złota - kolor, który Michał widywał na wodzie Pątnowa o zachodzie słońca, kiedy powierzchnia jeziora zamieniała się w lustro odbijające niebo i nie wiadomo było, gdzie kończy się woda, a gdzie zaczyna powietrze.
- Mamo, czy ty próbujesz mi powiedzieć, że nie chciałaś mnie?
- Co? Nie. Boże, nie. Chciałam cię bardziej niż czegokolwiek na świecie. Ale nie planowałam cię. Nie narysowałam pokoju z oknem na wschód i biurkiem pod oknem. Zaszłam w ciążę, bo życie tak zdecydowało, i urodziłam cię, bo to było jedyne, co chciałam zrobić, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście. A potem stawiałam łóżeczko tam, gdzie się mieściło, i wieszałam zasłonki tam, gdzie było okno, i nie pytałam, na jaką stronę świata wychodzi, bo miałam noworodka, który płakał co dwie godziny, i męża, który zamiast pomagać, szedł naprawiać łódkę, bo "łódka przecieka, Basiu, a jak łódka przecieka, to nie poczekam do wiosny".
Barbara urwała. Wzięła łyk wina - pierwszy od kwadransa, duży, nieostrożny, jakby wino było lekarstwem, a nie napojem. Ogień w kominku strzelił iskrą, która wylądowała na ceglanym obramowaniu i zgasła natychmiast, mały pomarańczowy żywot trwający ułamek sekundy.
- Przepraszam - powiedziała Barbara po chwili, ciszej. - Nie powinnam mówić tak o twoim ojcu. Ryszard pomagał. Na swój sposób. Na sposób mężczyzny, który wyraża miłość czynieniem, nie byciem. Naprawiał, budował, wkręcał, przybijał. Każdy gwóźdź, który wbił w ścianę tego domu, był aktem miłości. Każda deska, którą wymienił, była listem miłosnym. On tak kochał. Rękami, nie słowami. I ja to akceptowałam. Przez piętnaście lat akceptowałam, bo miałam ciebie, i ty byłaś wystarczającym powodem, żeby akceptować wszystko.
Michał siedział nieruchomo, z wrażeniem, że jest świadkiem czegoś, w czym nie powinien uczestniczyć - intymnej rozmowy matki z córką, w której każde zdanie niesie ciężar lat niewypowiedzianych prawd. Czuł się jak żeglarz, który przypadkiem wpłynął na wody oznaczone na mapie jako "rejon zamknięty" - nie dlatego, że jest niebezpiecznie, ale dlatego, że to, co tam leży na dnie, jest zbyt prywatne, zbyt kruche, zbyt ważne, żeby narażać je na obce spojrzenia.