ROZDZIAŁ I. DAREDEVILS, CZYLI ŚMIAŁKOWIE
ROZDZIAŁ I DAREDEVILS,
CZYLI ŚMIAŁKOWIE
DEPRESJA IMPERIUM
Klęska wojsk alianckich w Europie w 1940 roku spadła na Wielką Brytanię nieoczekiwanie i boleśnie. Jeszcze na początku kwietnia 1940 roku nawet najbardziej pesymistyczni politycy zachodni nie przypuszczali, że w ciągu niespełna trzech miesięcy zjednoczona potęga wojskowa Francji i Wielkiej Brytanii zostanie tak szybko i dotkliwie pokonana. W tym czasie w rękach narodowosocjalistycznych Niemiec znalazły się: Dania, Norwegia, Belgia, Holandia, Luksemburg i praktycznie cała Francja, gdyż powstałe 1 lipca 1940 roku quasi-państwo marszałka Pétaina było całkowicie na łasce Hitlera. Pozostająca niemieckim protektoratem Francja Vichy posiadała niewielką
armię lądową, ale to nie ona spędzała sen z powiek premiera Churchilla.
Francuska Marynarka Wojenna (fr. Marine Nationale) poniosła w 1940 roku
stosunkowo niewielkie straty i stanowiła nadal dużą siłę bojową z ośmioma pancernikami, 19 krążownikami i kilkudziesięcioma
niszczycielami. Wprawdzie Niemcy zarzekali się, że nie tkną francuskiej
floty, ale obietnicom dyplomatów Trzeciej Rzeszy wierzył już mało kto, a na pewno nie uzależnieni od morskich dostaw i walczący samotnie
Brytyjczycy1.
Francusko-niemiecki rozejm podpisany w Compi?gne 22 czerwca 1940 roku
został potraktowany przez rząd brytyjski wręcz jako zdrada, a potężna
Marine Nationale, będąca dla wroga na wyciągnięcie ręki, wymagałaby
działań blokadowych i utrzymania na Morzu Śródziemnym dużo większych sił
morskich, które były potrzebne do obrony metropolii, osłony konwojów
atlantyckich i służby w koloniach. Sytuacja zmusiła więc Brytyjczyków do
działań bez skrupułów i sentymentów.
Nocą 3 lipca 1940 roku rozpoczęła się trzymana w ścisłym sekrecie
operacja "Catapult" (pol. katapulta). Wszystkie okręty francuskie
cumujące w portach Zjednoczonego Królestwa i jego kolonii oraz
protektoratów zostały przejęte przez Brytyjczyków siłą i bez
ostrzeżenia. Najczęściej zaskoczone, zdemoralizowane lub sprzyjające
Anglikom załogi francuskie nie stawiały oporu, ale w Portsmouth polała
się krew niedawnych sojuszników - na zajmowanym okręcie podwodnym
"Surcouf" zginęli trzej Brytyjczycy i jeden Francuz. Tego samego dnia po
południu potężny zespół okrętów Royal Navy (pol. Królewska Marynarka
Wojenna) zablokował bazę marynarki w Mers el-Kébir, niedaleko Oranu we
francuskiej Algierii, a w niej cztery pancerniki, pięć niszczycieli i wiele mniejszych jednostek. W tym samym czasie podobne zdarzenie miało
miejsce w Dakarze, gdzie cumował nowoczesny pancernik "Richelieu".
Ultimatum przekazane francuskiemu admirałowi Gensoulowi nie pozostawiało
dużego wyboru - przejście "algierskiej" eskadry do Wielkiej Brytanii i walka w siłach Wolnej Francji, internowanie samych okrętów w portach
brytyjskich lub bezczynne pozostawanie do końca wojny we francuskich
koloniach dalekowschodnich. Alternatywą było zniszczenie zespołu. Po
upływie wyznaczonego terminu, wobec braku porozumienia rozpoczął się
atak, w którym pancernik "Bretagne" został zatopiony, tracąc większość
załogi. Trzy kolejne pancerniki i cztery niszczyciele wyłączono z walki
przez zniszczenia i uszkodzenia różnego stopnia; 1297 marynarzy
francuskich poległo, przy stracie zaledwie dwóch lotników po stronie
brytyjskiej. W egipskiej Aleksandrii francuska eskadra złożona z jednego
pancernika i czterech krążowników, na mocy porozumienia z Brytyjczykami,
pozwoliła się rozbroić i internować w porcie do końca działań wojennych.
Wieczorem 3 lipca trzon francuskiej floty przestał stanowić poważniejsze
zagrożenie.
Operacja "Catapult" była brzemienna w skutki, nie tylko dlatego że
Francja Vichy zaczęła od tej pory traktować Wielką Brytanię jako państwo
nieprzychylne - i to delikatnie mówiąc. Władze Wolnej Francji i mieszkańcy kanadyjskiej prowincji Quebec również nie byli zadowoleni z tak znacznego rozlewu bratniej krwi2. Anglofobia wśród przeciętnych
Francuzów pogłębiła się, a rekrutacja do wojsk Wolnej Francji walczących
u boku Brytyjczyków wcale nie przebiegała po myśli generała de Gaulle'a.
Między innymi dlatego partyzantka francuska dowodzona z Londynu nigdy
nie stała się tak masowo wspieranym ruchem podziemnym przeciw Niemcom,
jak miało to miejsce w Polsce czy na Bałkanach, a jej rola
niejednokrotnie była przeceniana przez późniejszych autorów książek i reżyserów filmowych. Wielka Brytania zrobiła to, czego wymagała racja
stanu, ale przez to stała się jeszcze bardziej samotna...
To, co nastąpiło później, było już wielokrotnie opisywane i uratowało
Albion - w wyniku wielu starć powietrznych Royal Air Force (RAF, pol.
Królewskie Siły Powietrzne) oraz ogromnego wysiłku obrony cywilnej i przeciwlotniczej, zwanych bitwą o Anglię, uniemożliwiono Niemcom
dokonanie inwazji na Wyspy Brytyjskie. Niemały w tym był wkład
obcokrajowców - Polaków, Czechów, Kanadyjczyków i innych poddanych króla
angielskiego ze wszystkich stron świata. Zagrożenie odsunięto, ale go w pełni nie zażegnano. Dość powszechne było przekonanie, że Niemcy wyliżą
się z ran i ponownie zaatakują. Maszyny Luftwaffe nadal przeprowadzały
bombowe rajdy na obiekty wojskowe i miasta brytyjskie. Niemieckie
U-Booty i bombowce nadal topiły ogromne ilości statków z zaopatrzeniem
dla osamotnionych wysp i z każdym miesiącem straty na morzu były coraz
większe. Pod koniec 1940 roku, poza niedobitkami Armii Brytyjskiej
rozbitej we Francji, oddziałami z kolonii i dominiów, a także
emigracyjnymi wojskami państw podbitych przez Niemcy, niewielu było
chętnych, by bronić brytyjską metropolię. Stany Zjednoczone były
przychylnie neutralne, ale niewiele ponadto. Przyszły sojusznik, Związek
Sowiecki, aż do czerwca 1941 roku był traktowany jako potencjalny wróg,
który współpracuje z niemieckim najeźdźcą. Co więcej, na Dalekim
Wschodzie Japonia wyraźnie dążyła do konfrontacji militarnej z USA i osłabionymi państwami kolonialnymi. Sytuacja imperium brytyjskiego była
więc daleka od dobrej czy choćby stabilnej.
Po klęsce aliantów i ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego z Francji oraz wielkich stratach ludzkich i materialnych podczas bitwy o Anglię społeczeństwo brytyjskie domagało się nie tylko skutecznej
obrony, ale i zdecydowanego odwetu. Royal Navy była zbyt zajęta ochroną
bezcennych morskich linii zaopatrzeniowych na Wyspy i obroną odległych
terytoriów imperium, takich jak Gibraltar i Malta. Siły powietrzne nadal
głównie broniły kraju, lecz w międzyczasie odbudowywały się po stratach
z 1940 roku i z każdym miesiącem zwiększały intensywność bombardowań
niemieckich obiektów. Na tym tle brytyjskie siły lądowe nie popisywały
się działaniami, które według opinii publicznej można by nazwać realnie
nękającymi Niemców i osłabiającymi ich potencjał militarny. Po klęsce we
Francji najważniejsze były: przegrupowanie, reorganizacja i dozbrojenie
wojsk lądowych, przy jednoczesnym obsadzeniu obrony wybrzeża oddziałami
formowanymi ad hoc. Pewne sukcesy w walce z Włochami w odległej Afryce
nie miały aż takiego wydźwięku propagandowego, jakiego oczekiwano.
Politycy i generalicja rozumieli potrzebę wypracowania nowych metod
walki z silniejszym przeciwnikiem. Nie musieli daleko szukać, w końcu
przez poprzednie stulecie to oni byli przeciwnikiem mającym przewagę i znaleźli szybko inspirację w dorobku formacji skutecznie spędzających
niegdyś sen z powiek żołnierzom i dowódcom Armii Brytyjskiej - burskich
Kommando.
Za datę powstania współczesnych komandosów należy uznać 4 czerwca 1940
roku, kiedy premier Churchill zadał listownie szefom sztabów sił
zbrojnych pytanie retoryczne, dlaczego wobec groźby niemieckiej inwazji
miałoby być niemożliwe, by takie same działania przeprowadzić w przeciwnym kierunku. Wieczorem tego dnia oficer sztabowy Ministerstwa
Wojny, ppłk Dudley Clarke, nakreślił swoją wizję stworzenia sił zdolnych
wykonać zadanie zlecone przez premiera. Oficer urodził się w Afryce
Południowej i tworząc koncepcję małych i elitarnych formacji, czerpał z metod i spuścizny burskich Kommandos. Brytyjczycy paradoksalnie oddali
więc hołd dawnym przeciwnikom, uznając ich wyższość w nowym rodzaju
wojny. Taki wybór sposobu działań i nazwy docenił Winston Churchill,
który za młodu brał udział w drugiej wojnie burskiej i na własne oczy
widział, jak niewielkie, świetnie wyszkolone oddziały działały
miesiącami bez zaopatrzenia z zewnątrz, angażując wielokrotnie
liczniejsze jednostki regularnego wojska brytyjskiego.
Formacją, która miała przenieść wojnę za kanału La Manche, miały być
niewielkie oddziały, których wysokie morale oraz jakość wyszkolenia i wyposażenia zrównoważyłyby ilościową przewagę wojsk niemieckich
chroniących okupowane wybrzeże i ważne obiekty. Miała to być elita w każdym tego słowa znaczeniu. Taktyka hit and run, szybkich uderzeń i wycofywania się niezwłocznie po wykonaniu zadania, nie tylko zadawała
straty, ale i zasiewała w żołnierzach przeciwnika stałe poczucie
niepokoju. Poza aspektem militarnym twórcom Commando (do oficjalnego
użytku weszła zangielszczona wersja słowa kommandos z języka
Afrikaans) chodziło właśnie o ten podwójny efekt psychologiczny -
niewielkie, udane rajdy miałyby duży wydźwięk propagandowy przy
potencjalnie niewielkich stratach, a także utrzymywały niemieckie
garnizony okupacyjne w stałej gotowości bojowej, obniżając ich morale.
Premier Churchill wyraził wręcz główny cel komandosów jako
"zaprowadzenie rządów terroru wzdłuż wrogich wybrzeży".
Po zaaprobowaniu planu Clarke został awansowany do stopnia pułkownika i postawiony na czele nowo utworzonej sekcji w sekretariacie Operacji
Wojskowych (ang. Military Operations - MO9). Zadaniem komórki było
przygotowanie rajdu na drugi brzeg kanału La Manche tak szybko, jak to
możliwe. Sprawę ułatwiało posiadanie już wstępnie wyselekcjonowanych
kandydatów do nowej formacji, ochotników ze sformowanych w kwietniu 1940
roku dziesięciu Samodzielnych Kompanii (ang. Independent Companies).
SAMODZIELNE KOMPANIE
Independent Companies nawiązywały tradycjami do jednostek o tej samej
nazwie formowanych do XVIII wieku w celu obsadzenia mniejszych
garnizonów i wykonywania niebezpiecznych operacji w koloniach
brytyjskich. Ich dwudziestowieczne odpowiedniki powstały do prowadzenia
nieregularnych działań w trudnych warunkach norweskich. Stworzono je z ochotników z dywizji Armii Terytorialnej (ang. Territorial Army), które
nie brały udziału w walkach we Francji. Były to:
1. Samodzielna Kompania (ang. No. 1 Independent Company) - 52. Dywizja
Piechoty (Lowland3);
2. SK - 53. Dywizja Piechoty (Welsh);
3. SK - 54. Dywizja Piechoty (East Anglian);
4. SK - 55. Dywizja Zmotoryzowana (West Lancashire);
5. SK - 1. Dywizja Zmotoryzowana (London)
6. SK - 9. Dywizja Piechoty (Highland);
7. SK - 15. Dywizja Piechoty (Scottish);
8. SK - 18. Dywizja Piechoty (East Anglian);
9. SK - 38. Dywizja Piechoty (Welsh);
10. SK - 66. Dywizja Piechoty.
Każda z kompanii składała się etatowo z 21 oficerów oraz 268 podoficerów
i szeregowców zorganizowanych w trzy plutony bojowe po trzy sekcje
każdy. Do dowództwa kompanii byli dołączani także: saperzy,
łącznościowcy i wykwalifikowani medycy wojskowi (przeszkoleni lepiej niż
zwykli wojskowi sanitariusze). Założenia dużej mobilności i działań w charakterze lekkiej piechoty warunkowały uzbrojenie jednostek w lekką
broń maszynową (rkm Bren), przeciwpancerną (karabiny przeciwpancerne
Boys) oraz wsparcia (dwucalowe moździerze). Do tego dochodziło
ewentualne wyposażenie specjalne (np. ładunki wybuchowe). Przewidywany
rejon działań - górzysta Norwegia - sprawił, że istotne stało się
przeszkolenie kadry Samodzielnych Kompanii w taktyce wysokogórskiej. W tym celu sprowadzono 20 wyselekcjonowanych oficerów Brytyjskiej Armii
Indyjskiej, którzy zdobyli doświadczenie w Himalajach podczas służby na
północnym pograniczu Indii. Przybyli oni do Anglii długodystansowym
lotem łodzi latającej zmilitaryzowanych linii lotniczych Imperial
Airways, a później część z nich wzięła udział w kampanii norweskiej.
Mimo wyjątkowego doboru nie były to jednak jednostki intensywnie
szkolone do działań specjalnych, bardziej elitarna piechota regularnych
sił lądowych. Był to jednak niezły początek jak na trudne warunki
prowadzenia jednocześnie dwóch kampanii ekspedycyjnych i relatywnie
krótki czas na przygotowanie ludzi.
W kampanii norweskiej udział wzięły tylko kompanie: 1., 3., 4. i 5.,
tworząc związek taktyczny nazwany Scissorsforce (pol. "Siły Nożycowe"
lub w luźnym tłumaczeniu "tnące łatwo jak nożyczki"). Dowodził nim ppłk
Colin Gubbins - twórca Independent Companies, zainteresowany od dawna
nieszablonową taktyką, energiczny oficer z piękna kartą dokonań bojowych
podczas pierwszej wojny światowej, interwencji zbrojnej przeciwko
bolszewikom w Rosji oraz zwalczaniu IRA w Irlandii. Od 2 maja 1940 roku
zgrupowanie miało zapobiec zajęciu przez Wehrmacht rejonu miejscowości:
Bod?, Mo oraz Mosj?en. 10 maja 4. i 5. kompania zdołały zaskoczyć
nacierających Niemców pod Mosj?en, zadając im pewne straty. Następnego
dnia jednak musiały się wycofać pod ogniem z powietrza i wobec
nacierających gebirgsjägers (pol. strzelcy górscy). W tym czasie w środku pozycji zajmowanych przez Scissorsforce, w Hemnesberget,
wylądowało z morza ok. 300 niemieckich strzelców górskich, a kolejni
przybywali na przyczółek drogą lotniczą. Odwrót z zagrożonych pozycji
zapewniła zażarta obrona osłaniającego plutonu A z 1. SK wspartego
norweskimi rezerwistami - gdy dalsza walka była niemożliwa, wycofali się
na łodziach. Scissorsforce następnie przeniesiono do Bod?. Tam ppłk
Gubbins przejął dowodzenie także nad tymczasowo "osieroconą" 24. Brygadą
Gwardii, której dowódca - brygadier William Fraser - musiał wrócić do
Wielkiej Brytanii wraz z wiozącym go do Norwegii niszczycielem HMS
"Somali", gdy okręt uszkodziły niemieckie bomby lotnicze. Wkrótce do
Bod? dotarła też 2. SK, ale tak jak reszta zgrupowania, mogła już wziąć
udział jedynie w potyczkach z Niemcami i działaniach osłonowych na
korzyść jednostek brytyjskich i norweskich wycofujących się z rejonu Mo.
Ostatecznie, wobec zarzucenia dalszej obrony Norwegii przez
Brytyjczyków, drogą morską wycofano przetrzebione Samodzielne Kompanie z Bod? do Wielkiej Brytanii rankiem 1 czerwca.
Jakość wyszkolenia i morale w Kompaniach, choć wyższe niż w zwykłej
piechocie, to i tak pozostawiało sporo do życzenia. Niemcy mieli ogromną
przewagę dzięki umiejętnemu użyciu elitarnych, mobilnych jednostek
lądowych, przystosowanych do terenu wysokogórskiego i działających
agresywnie, gdy przeciwnicy ociągali się z niektórymi decyzjami i zajmowali nieodpowiednio przygotowane pozycje obronne. Dawały też o sobie znać braki współdziałania z oddziałami alianckimi i ubogie środki
łączności na poziomie jednostek wielkości kompanii czy plutonu
porozrzucanych na dużym terenie, przez co czasami panował chaos,
zwłaszcza podczas zmian pozycji i wycofywania się. Poza tym akcje
niemieckich wojsk lądowych były aktywnie wspierane i skoordynowane z działaniami samolotów Luftwaffe i okrętów Kriegsmarine, a alianckiego
lotnictwa praktycznie nie było wtedy nad fiordami. Były to dla
Brytyjczyków kolejne istotne lekcje, które należało odrobić, tworząc
własne jednostki specjalne i szkoląc wspólnie z nimi ich wsparcie
powietrzne oraz morskie.
Po powrocie z Norwegii rozformowano Samodzielne Kompanie, a ich
żołnierzy odesłano do jednostek macierzystych poza tymi, którzy zgłosili
się na ochotnika do dalszego treningu w działaniach nieregularnych. Z nich utworzono 14 czerwca 1940 roku No. 11 Independent Company (pol.
Samodzielną Kompanię nr 11), zalążek Commando z prawdziwego zdarzenia.
SK nr 11 liczyła 25 oficerów i 350 żołnierzy, zachowując lekkie
wyposażenie typowe dla Samodzielnych Kompanii. Ludzie ci byli dobrze
zmotywowani i bardzo sprawni fizycznie, nie przeszli też traumy
ewakuacji z Dunkierki, za to "ostrzelali" się w większości podczas walk
w Norwegii. To im wkrótce wyznaczono zadanie przeprowadzenia pierwszego
rajdu do okupowanej Francji, opatrzonego kryptonimem "Collar" (pol.
"Obroża").
Umiejętności dowódcze i organizacyjne dowódcy Scissorsforce zostały
docenione pomimo ostatecznej porażki misji norweskiej. Podpułkownik
Gubbins już w listopadzie tego samego roku otrzymał stopień brygadiera i został zastępcą4 szefa nowo
utworzonego Special Operations Executive (pol. Kierownictwo Operacji
Specjalnych), które miało prowadzić tajną wojnę na całym świecie, stając
się aż do stycznia 1946 roku matecznikiem najlepszych agentów
powojennego wywiadu brytyjskiego. Churchill miał nawet przewrotnie
nazwać SOE "Ministerstwem Niedżentelmeńskiej Wojny".
PIERWSZE KROKI
Operacja "Collar", czyli pierwszy rajd na pozycje wroga we Francji, był
organizowany naprędce, co nigdy nie wróżyło zbyt dobrze. 11. Samodzielną
Kompanię sformowano 14 czerwca, a dzień "D"5 wyznaczono na 24 czerwca.
Korzystnie dla Brytyjczyków, Niemcy dopiero co zdobyli francuskie
wybrzeża i nie byli odpowiednio przygotowani na przeciwnika
nadchodzącego tą drogą - w końcu to oni szykowali się do inwazji na
Brytanię, a nie odwrotnie. Żołnierzy 11. SK wyposażono m.in. w amerykańskie pistolety maszynowe Thompson M1928 i wysłano ze zgrupowania
w Szkocji do portu Southampton, gdzie na brzegach rzeki Hamble
przeprowadzili kilka pozorowanych lądowań z regularnymi piechurami jako
przeciwnikami. Szybko okazało się, że łodzie motorowe przydzielone do
wykonania rajdu nie nadają się do bezpiecznego przekroczenia kanału La
Manche. Ostatecznie jako środki transportowe miały posłużyć cztery
niewielkie ścigacze ratunkowe podległe Royal Air Force, używane do
wyławiania zestrzelonych lotników. Operacją dowodził major Ronald Tod, a wspomniany szef MO9 płk Clarke wziął w niej udział w charakterze
obserwatora; 115 żołnierzy podzielono na cztery grupy, które miały
lądować na piaszczystych plażach w okolicach miejscowości:
Neufchâtel-Hardelot, Stella Plage, Berck oraz Le Touquet w departamencie
Pas-de-Calais leżącym najbliżej wybrzeży brytyjskich. Ich zadaniem było
rozpoznanie sił niemieckich broniących wybrzeża oraz, w miarę
możliwości, wzięcie jeńców i przewiezienie ich do Anglii. Czy to ze
względu na tajność misji, czy przez niedopatrzenie, nie powiadomiono o niej lotnictwa i podczas przejścia przez kanał La Manche samolot
patrolowy RAF-u zszedł bardzo nisko nad mały konwój, by sprawdzić jego
pochodzenie, ale na szczęście nie otworzył ognia.
Około godziny 2.00 w nocy 25 czerwca oddziały Toda dotarły na brzeg.
Okręty odpłynęły od brzegu i miały wrócić po ludzi po 80 minutach. Celem
grupy pod Le Touquet był hotel nadmorski, w którym mieli stacjonować
niemieccy żołnierze. Po dotarciu na miejsce okazało się, że hotel jest
opuszczony. Bez innego sensownego celu Brytyjczycy wrócili na brzeg dużo
szybciej i musieli poczekać na ścigacz. Wtedy z ciemności wyłonili się
dwaj niemieccy żołnierze patrolujący wydmy. Nim zdążyli kogokolwiek
zaalarmować, zostali zaskoczeni i zabici bagnetami. Niedługo potem w zasięgu wzroku pojawiły się okręty, ale także kolejny niemiecki patrol.
Nie chcąc ryzykować strzelaniny i utknięcia na plaży, grupa porzuciła
broń i podpłynęła wpław do ścigacza. Inny zespół, pod
Neufchâtel-Hardelot, w ogóle nie napotkał przeciwnika i po wejściu
kilkuset metrów w głąb lądu wrócił na plażę. Wysadzeni pod Stella Plage
Brytyjczycy zauważyli przy brzegu hydroplan, lecz liczba Niemców wokół
niego była zbyt duża, by podjąć skuteczną walkę, i wycofano się.
Ostatnia z grup, z mjr. Todem na czele, napotkała patrol niemiecki i po
krótkiej wymianie ognia wycofała się na okręt ze stratą jednego lekko
rannego. Tym rannym był sam płk Clarke z uchem rozciętym przez kulę, ale
zostało ono zszyte przez medyka jeszcze podczas rejsu przez kanał.
Powrót odbył się bez działań ze strony nieprzyjaciela, a w jego trakcie
żołnierze świętowali powrót w pełnym składzie m.in. przy szklankach
rumu. Przez to niektórzy schodzili z pokładu w porcie z pieśnią na
ustach i chwiejnym krokiem, co ściągnęło na nich uwagę bojowo
nastawionych żandarmów. Wzięli oni rozweseloną ekipę za bandę żołnierzy
samowolnie przedłużających przepustki, ale nieporozumienie szybko
wyjaśnili dowódcy. Następnego dnia brytyjskie media podały, że wojska
lądowe współdziałające z RAF przeprowadziły zakończone sukcesem
rozpoznanie w kilku miejscach francuskiego wybrzeża, uzyskując kontakt z nieprzyjacielem. Niemcom zadano straty, nie poniesiono własnych, ponadto
uzyskano istotne informacje. Propaganda szybko przeistoczyła niewielki i niezbyt owocny wypad w wielki cios dla Niemców. Biorących udział w rajdzie okrzyknięto mianem bohaterów i nawet porównywano do zuchwałych
angielskich korsarzy, którzy śmiałymi atakami nękali hiszpańską Wielką
Armadę w XVI wieku. Natychmiast też zaczęto planować kolejne operacje i formalnie tworzyć jednostki Commando.
Jeszcze przed operacją "Collar" utworzono centrum szkoleniowe dla
komandosów w Lochailort. Miejscowość na północno-zachodnim wybrzeżu
Szkocji zapewniała trudny dostęp dla osób z zewnątrz, a jednoczesna
bliskość morza i stosunkowo wysokich gór pozwalała prowadzić szkolenia o zróżnicowanym charakterze. Twórcą i pierwszym dowódcą bazy szkoleniowej
został ppłk Hugh Stockwell, poprzednio dowodzący 2. Samodzielną Kompanią
i zastępujący ppłk. Gubbinsa w Scissorsforce, gdy w Norwegii
powierzono mu także 24. Brygadę. Mimo młodego wieku (ur. w 1903 roku) i braku doświadczenia bojowego Stockwell wsławił się podczas kampanii
norweskiej, gdy naprędce zorganizował skuteczną obronę dwóch
Samodzielnych Kompanii i batalionu Gwardii Irlandzkiej, co pozwoliło
reszcie wojsk wycofać się bez strat i w sposób zorganizowany. Gdy Niemcy
zagrażali bronionemu odcinkowi i sprawnej ewakuacji, zebrał dwa plutony
i na ich czele poprowadził zuchwały kontratak. Dzięki powodzeniu tego
wybiegu jego podkomendni wycofali się jako ostatni. Za tę akcję
odznaczono Stockwella Distinguished Service Order. Był to zdecydowanie
właściwy człowiek na właściwym miejscu. Zresztą od początku starano się
dobierać do Commando oficerów stosunkowo młodych, nieszablonowo
myślących, w miarę możliwości zaprawionych w boju i wykazujących dużo
inicjatywy, a czasem wręcz "awanturników" nieprzystosowanych do ścisłej
hierarchii koszarowej.
Już 14 lipca przeprowadzono kolejny rajd, operację o kryptonimie
"Ambassador". Celem była wyspa Guernsey w archipelagu Wysp Normandzkich,
jedynego terytorium Wielkiej Brytanii okupowanego przez Trzecią Rzeszę,
głównie z racji ich niewielkiej odległości od Francji (ok. 20 km, wobec
ok. 100 km od Anglii). Ponownie dowódcą stu ludzi z 11. SK był mjr Tod,
a czterdziestu komandosów z właśnie powstałego Commando nr 3 (ang. No. 3
Commando) ppłk John Dunford-Slater, w późniejszym okresie "człowiek
legenda" Commando. Trzeba jednak zaznaczyć, że komandosi pochodzili z rekrutacji zakończonej na początku lipca i mieli na przygotowanie się do
nowej roli nieco ponad tydzień - o odpowiednim wyszkoleniu, z jakiego
byli później znani, nie było oczywiście mowy. Celem rajdu 11. SK były
lotnisko i zniszczenie stacjonujących na nim samolotów, a dla komandosów
dokonanie zniszczeń oraz pojmanie lub zabicie jak największej liczby
żołnierzy niemieckich stacjonujących od niedawna na wyspie. Nocą z 7 na
8 lipca przeprowadzono rozpoznanie - pochodzący z Guernsey por. Hubert
Nicolle z Hampshire Regiment został wysadzony na brzeg z leciwego okrętu
podwodnego HMS H43. Odebrano go trzy dni później - według niego garnizon
Wehrmachtu stanowiło 469 ludzi uzbrojonych głównie w karabiny maszynowe,
skupionych wokół miasta St. Peter Port. Posiłki z garnizonu miały być
gotowe do wsparcia posterunków rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża w ciągu
ok. 20 min. od ogłoszenia alarmu. Później okazało się jednak, że tuż
przed atakiem brytyjskim Niemcy wzmocnili swe oddziały na wyspie, przez
co operację przesunięto o 48 godzin.
Oddziały zaokrętowano o 17.45 w porcie Dartmouth na niszczyciele HMS
"Scimitar" oraz HMS "Saladin", wspierane przez sześć ścigaczy
ratowniczych RAF-u, których używano w poprzednim rajdzie. Ścigacze miały
przerzucić żołnierzy z okrętów na brzeg, ale ich głośne silniki mogły
zdradzić nieprzyjacielowi podejście, wobec czego dwusilnikowe samoloty
Avro Anson RAF-u miały dokonywać przelotów nad wyspą, zagłuszając
ścigacze i odwracając od morza uwagę obrony. Jednakże przez krążące
samoloty niemieccy żołnierze mogli być już na stanowiskach bojowych
podczas desantu. Zresztą od początku Brytyjczykom nie szło najlepiej.
Jeden z pododdziałów 11. SK przez wadliwy kompas wylądował na
niewłaściwej wyspie, tj. niewielkiej Sark, i nie znalazł tam ani jednego
Niemca. Ścigacz wiozący kolejną część rzutu 11. SK wszedł na podwodne
skały, a pozostałe dwa uległy awariom, więc odesłano je w stronę
niszczycieli. Jedynie komponent z 3. Commando wylądował planowo na plaży
w zatoce Telegraph Bay ok. godz. 0.50, choć i im dały się we znaki
problemy z kompasem. Komandosi natrafili na opuszczone stanowisko
karabinu maszynowego i barak. Jedynego napotkanego cywila musiano
ogłuszyć, by nie zdradził pozycji lądujących - nie mógł podać
umiejscowienia aktualnych pozycji niemieckich, gdyż... miał wadę wymowy.
Zablokowano jedną z dróg gruzem ze zniszczonego muru, przecięto kilka
kabli telefonicznych i wycofano się na plaże bez żadnej reakcji Niemców.
Tam, ok. godz. 3.00 w nocy okazało się, że z powodu przypływu do
ścigaczy trzeba dopłynąć przez 90 metrów głębokiej wody. Tu dały o sobie
znać niedostatki wyszkolenia, ale też umiejętności, jakich należało
wymagać od rekrutów, gdyż trzech komandosów nie umiało pływać i trzeba
było ich zostawić na plaży z zapasem jedzenia i pieniędzy. Część broni
także utracono po wywrotce jednej z tratw, którymi przewożono ją na
pokłady ścigaczy. Jeden z żołnierzy został uznany za martwego, gdy wpadł
do wody i nie wypłynął, ale udało mu się dotrzeć do brzegu i został
jeńcem. Dunford-Slater chciał, by po trzech pozostawionych na Guernsey
komandosów wrócił okręt podwodny i podjął ich z brzegu pontonem, lecz
Admiralicja uznała taką misję za zbyt ryzykowną i mężczyźni dostali się
ostatecznie do niewoli.
Operację uznano za całkowite fiasko, a jej przebieg nawet za absurdalny.
Uznawano, że sianie zniszczenia na skalę strategiczną nie może się
sprowadzać do posyłania za kanał kilku "podżynaczy gardeł"; wręcz
podnoszono to jako niegodne imperium brytyjskiego. Rząd podobno rozważał
nawet rozformowanie jednostek Commando. Postanowiono jednak
kontynuować operacje specjalne, ale popełnione błędy były niewybaczalne
i w przyszłości przygotowanie każdego rajdu miało być poprzedzone dużo
lepszym doborem ludzi, szkoleniem oraz uzyskaniem lub stworzeniem dla
nich niezawodnego sprzętu. Postawiono na dwutorowość działań specjalnych
- 17 lipca powołano do życia wspomniane wcześniej SOE, by to im
powierzyć funkcję imperialnych "podżynaczy gardeł". Tego samego dnia
utworzono Combined Operations Headquarters (pol. Dowództwo Operacji
Połączonych) - podlegli mu komandosi oraz delegowane do pomocy siły
morskie i lotnicze, mieli się skupić na akcjach o charakterze czysto
militarnym, choć nie zawsze na dużą skalę. W końcu poza skrytobójcami
Brytanii byli potrzebni także "rycerze walczący z otwartymi
przyłbicami", których bohaterstwo mogły sławić czołówki gazet.
ELITARNI
Niepowodzenia operacji "Collar" i "Ambassador" spowodowały, że przez
prawie osiem miesięcy żołnierze Commando nie prowadzili akcji bojowych.
Był to okres intensywnej reorganizacji i szkolenia. Na czele Dowództwa
Operacji Połączonych stanął admirał sir Roger Keyes, bohater wojen
kolonialnych, w czasie pierwszej wojny ekspedycji na Gallipoli oraz
rajdów na Zeebrugge i Ostendę. Ten 68-letni oficer zapewnił komandosom
dużo samodzielności w prowadzeniu szkoleń, tworzył i aprobował plany
nowego sprzętu i pierwszych operacji na rok 1941. Pod jego dowództwem
powstawały kolejne Commando, rozważano też przyszłe cele jednocześnie
efektowne dla mediów, a przy tym cenne militarnie. Trzeba przyznać
Keysowi, że pomimo "twardej ręki" do podległych mu oficerów i szorstkiej
natury oddał komandosom duże usługi. Znał dość dobrze Churchilla i wiedział, że jako polityczny kozioł ofiarny nieudanej operacji na
półwyspie Gallipoli w 1915 roku premier był ostrożny wobec wszelkich
ryzykownych desantów. Admirał umiał jednak przekonać go o słuszności
wybranej koncepcji sił specjalnych, a kolejne sukcesy komandosów tylko
poprawiły ich dobre notowania u szefa rządu.
W listopadzie 1940 roku stworzono centralną jednostkę dla dalszego
rozwoju Commando, tj. Special Service Brigade (pol. Brygada Sił
Specjalnych) pod dowództwem brygadiera Josepha C. Haydona. W skład
jednostki wchodziło pięć Batalionów Służby Specjalnej, w każdym z nich
były dwie kompanie w sile ok. 500 ludzi każda. Wkrótce potem każdy z batalionów przeformowano na dwa Commando ze wspólnym sztabem.
Ostatecznie w marcu 1941 roku struktura batalionowa została uznana za
nieefektywną i Brygadę Sił Specjalnych podzielono na 11 samodzielnych
Commando. Nazwa Special Service nigdy nie była lubiana przez żołnierzy z racji złowieszczego skrótu SS, kojarzonego jednoznacznie z Niemcami,
dlatego od początku powszechnie używano terminów Commando i Operacje
Połączone.
Etat Commando składał się z sześciu plutonów, określanych po angielsku
Troop, liczących trzech oficerów i 62 żołnierzy6. Liczba ta nie była przypadkowa,
chodziło przede wszystkim o to, by jeden Troop można było zaokrętować do
dwóch barek desantowych ALC (ang. Assault Landing Craft, pol. Szturmowa
Barka Desantowa, określana od 1942 roku dla uproszczenia nomenklatury
różnych nowych typów barek desantowych jako Landing Craft Assault -
LCA). Ta płaskodenna barka o drewniano-stalowej konstrukcji, obsługiwana
przez czterech członków załogi, miała być jednym z głównych środków
transportu komandosów podczas planowanych desantów morskich na większą
skalę niż małe grupki dywersantów wysyłane do tej pory.
Szkolenie żołnierzy Commando miało być takie samo dla nowo przybyłych
ochotników z różnych jednostek Armii Terytorialnej, jak i dla tych z dawnych Samodzielnych Kompanii. Początkowo każde Commando miało swój
program treningowy, zależny głównie od wizji dowódcy oraz dostępnej bazy
szkoleniowej. Szybko jednak ujednolicono standardy, odbiegając dość
daleko nie tylko od szkolenia bojowego zwykłej piechoty, ale także
typowych armijnych standardów bytowych oraz logistycznych.
Podpułkownik Augustus C. Newman, dowódca Commando nr 2 i główny bohater
opisanych dalej wydarzeń w Saint-Nazaire, stworzył swego czasu
"katechizm komandosa". Były to zasady, jakimi kierowano się podczas
szkolenia wszystkich żołnierzy tej formacji i standardy, które mieli
spełniać wyszkoleni komandosi. Nie powtarzając wspomnianych wyżej
założeń, takich jak świetna kondycja fizyczna, inicjatywa, elastyczne
reagowanie na zmieniające się warunki etc., główny nacisk kładziono na
osiągnięcie zdolności fizycznych pozwalających na: bieganie w pełnym
ekwipunku na dystanse od 5 do 7 mil (ok. 8-11 km), wspinaczkę
wysokogórską, w tym z wykorzystaniem technik linowych, pływanie za dnia
i w nocy. Oprócz tego wymagano od komandosów zdolności praktycznych:
orientacji w terenie - czytania map, zapamiętywania trasy i obsługi
podstawowych urządzeń nawigacyjnych, umiejętności odczytywania alfabetu
Morse'a i obsługi radia, wiedzy na temat prowadzenia działań w terenie
zurbanizowanym; wysokiego poziomu wyszkolenia w walce wręcz z użyciem
siły fizycznej i broni białej, doskonałej znajomości oraz wyrobionej
instynktownej obsługi broni palnej, zarówno własnej, jak i przeciwnika,
znajomości materiałów wybuchowych i urządzeń sabotażowych, umiejętności
jazdy samochodem i motocyklem. Dobrze widziano także: sterowanie
łodziami i kajakami, udzielanie pierwszej pomocy medycznej na polu
walki, wiedzę o technikach przetrwania, w tym wykorzystania przygodnej
roślinności i zwierząt do przygotowywania posiłków. Zasady te dotyczyły
wszystkich członków danego Commando, w tym oficerów. Nie trzeba dodawać,
że szkolenie było dużo bardziej niebezpieczne niż w zwykłej piechocie,
żołnierze niejednokrotnie ginęli lub zostawali ranni podczas wspinaczki,
szkolenia pirotechnicznego czy skoków ze spadochronem. Inną różnicą
względem armii regularnej było zakwaterowanie komandosów w kwaterach
prywatnych i przyznanie im środków na opłacenie lokalu oraz jedzenia
jako dodatku do żołdu - miało to uczyć samodzielności i odsiewało
malkontentów przyzwyczajonych do tego, że wojsko zapewnia im wszystkie
niezbędne warunki, a wręcz "myśli za nich". Ciekawostką było, że w większości przypadków młodsi oficerowie przechodzący do Commando z innych jednostek, byli kierowani na etaty podporuczników, nawet będąc
kapitanami - tworzyło to zdrowe współzawodnictwo i zapobiegało
wprowadzaniu kogokolwiek "po znajomości" na wyższe szczeble dowódcze
wśród dobrze opłacanych komandosów. Niekonwencjonalne podejście do wielu
sfer życia wojskowego i hierarchii stworzyło komandosom wielu wrogów
wśród niektórych twardogłowych oficerów ze szczytów dowództwa armii i marynarki, ale wobec entuzjazmu Churchilla nie mogli oni zahamować
rozwoju sił specjalnych.
TOOLS OF TRADE
Nim przejdziemy do historii rajdów, a później tytułowych operacji,
konieczne jest opisanie broni, umundurowania, ekwipunku oraz wyposażenia
specjalnego, unikatowych dla jednostek Commando. Standardowym mundurem
były łączone w pasie guzikami zestawy spodni i krótkich bluz
battledress, wprowadzone w 1937 roku i w 1940 roku uproszczone nieco w kroju. Występowały w odmianach wełnianej i drelichowej - zwłaszcza ta
druga była preferowana przez komandosów jako lżejsza i lepiej nadająca
się do operacji desantowych, zaś wełniana z naszywkami była traktowana
jako mundur służbowy i wyjściowy. Częstą praktyką było łączenie do
działań polowych spodni drelichowych z bluzą wełnianą. Spodnie dla
Commando miały także w późniejszym okresie wojny dodatkowe zapięcia z lewej strony do przypięcia pochewki ze sztyletem F-S, o którym będzie
nieco dalej. Najbardziej charakterystycznymi elementami umundurowania,
które na pierwszy rzut oka odróżniały komandosów od innych żołnierzy,
były ciemnozielone berety oraz naszywki z białym lub czerwonym napisem
COMMANDO na ciemnym tle, noszone na górze obu ramion bluzy. Zależnie od
jednostki do napisu dodawano numer jej numer lub godło. W późniejszym
okresie wojny ustandaryzowano naszywki w granatowe łuczki z pełną nazwą
danego Commando oraz jego numerem haftowanym lub drukowanym w kolorze
czerwonym. Komandosi od 1942 roku nosili także poniżej łuczków naszywki
z godłem operacji połączonych, tj. haftowaną lub drukowaną czerwoną
nicią kotwicę, lecącego ptaka i stylizowany pistolet maszynowy na
granatowym tle, co oddawało charakter działań specjalnych. Na beretach
noszono cały asortyment brytyjskich odznak wojskowych, gdyż każdy
ochotnik początkowo nosił godło jednostki macierzystej, a wielu
pozostało przy tych odznakach już po przejściu selekcji. Niektóre
Commando, jak choćby nr 6 i 11 zwane "Scottish Commando", nie nosiły
beretów przez dłuższy czas, mając za nakrycie głowy charakterystyczny
szkocki Tam o' Shanter, tj. beret z pomponem, przypominający nieco
kaszkiet bez daszka. Był on w kolorze khaki, czasem z niedużym czarnym
pióropuszem pod odznaką. Pióropusze w kolorze żółtym nosiło też pod
odznaką Commando nr 5. Nakryciem głowy preferowanym podczas walki
pozostawała jednak kominiarka, którą każdy komandos miał na wyposażeniu.
W czasie niektórych operacji zakładano także charakterystyczne
brytyjskie hełmy stalowe Mk II, choć wielu żołnierzy i oficerów
krytykowało je za zbyt duży ciężar, niestabilność na głowie podczas
walki wręcz i łatwość rozpoznania podczas skrytych działań na terenie
przeciwnika. Komandosi otrzymywali także inne obuwie od standardowych
armijnych "Ammo Boots", czarnych, sznurowanych nad kostką, z metalowymi
okuciami podeszwy. Wydawane im buty były na pierwszy rzut oka
identyczne, ale podeszwę wykonywano z twardej gumy odlanej we wzorze
bieżnika, który potem wszedł do powszechnego użycia w obuwiu i do dziś
możemy go oglądać w cywilnych wysokich butach skórzanych, tzw. glanach.
Taki materiał zapewniał butom dużo lepszą przyczepność na skałach czy
pokładach okrętów, a przy tym pozwalał na zdecydowanie cichsze podejście
po twardej powierzchni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki