Salamandra. Historia o niedojrzałej dojrzałości - Natasza Socha

Kup ebooka

44.99 zł
36.89 zł (22,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział drugi

Jó­zef Ko­sza­łka miał osiem­dzie­si­ąt czte­ry lata, ale wy­da­wa­ło mu się, że jest znacz­nie młod­szy, bo­wiem przy ży­ciu utrzy­my­wa­ły go nie­ko­ńczące się kłót­nie z żoną, Kon­stan­cją. Gdy­by kie­dy­kol­wiek ogło­szo­no kon­kurs na naj­bar­dziej burz­li­wy zwi­ązek, z pew­no­ścią wy­gra­li­by w przed­bie­gach. Ich hi­sto­ria była tak skom­pli­ko­wa­na, za­gma­twa­na, a jed­no­cze­śnie ab­sur­dal­na, że cza­sem sam za­sta­na­wiał się, jak to mo­żli­we, że tyle rze­czy mo­gło spot­kać dwo­je lu­dzi. Inni wie­dli nud­ną eg­zy­sten­cję, w któ­rej naj­wi­ęk­szym sza­le­ństwem był za­kup no­wej me­blo­ścian­ki, oni tym­cza­sem roz­bi­li bank z ży­cio­wy­mi non­sen­sa­mi.

Za­częło się bar­dzo tra­dy­cyj­nie. Mło­da i ślicz­na Kon­stan­cja po­ja­wi­ła się w ga­bi­ne­cie we­te­ry­na­ryj­nym, w któ­ry pra­co­wał Jó­zef, i bła­gal­nym to­nem po­pro­si­ła go o ura­to­wa­nie kota. Nie było to zbyt skom­pli­ko­wa­ne, bo tak na­praw­dę wy­star­czy­ło zwie­rza­ka od­ro­ba­czyć, ale dzi­ęki temu Jó­zef po­znał Kon­stan­cję, a ich zna­jo­mo­ść szyb­ko za­owo­co­wa­ła ślu­bem. To był do­bry krok ze stro­ny mło­de­go Ko­sza­łki, któ­ry le­czył rany po nie­szczęśli­wym za­uro­cze­niu nie­ja­ką Lu­izą. Tyle że po­tem wszyst­ko się po­mie­sza­ło. Jego ma­łże­ństwo z Kon­stan­cją nie na­le­ża­ło do zbyt uda­nych, może dla­te­go, że Kost­ka ni­g­dy nie spra­wia­ła wra­że­nia szczęśli­wej, za to wiecz­nie z cze­goś nie­za­do­wo­lo­nej. A Jó­zek po la­tach prób i pod­cho­dów zno­wu spo­tkał na swo­jej dro­dze Lu­izę i prze­pa­dł po raz dru­gi. Pech chciał, że była ona nie tyl­ko ko­bie­tą lek­kich oby­cza­jów (na imię mia­ła Kwi­ry­na, a nie Lu­iza), ale jed­no­cze­śnie mat­ką Kon­stan­cji, o czym oczy­wi­ście wcze­śniej nie miał zie­lo­ne­go po­jęcia. Kie­dy Kon­stan­cja się o tym do­wie­dzia­ła, nie chcia­ła już mieć z Jó­ze­fem nic wspól­ne­go. Ze swo­ją mat­ką rów­nież. Była jed­nak w ci­ąży i mu­sia­ła to wszyst­ko ja­koś ogar­nąć.

Jej po­my­sł był pro­sty, choć okrut­ny. Jó­ze­fo­wi oznaj­mi­ła, że dziec­ko zma­rło przy po­ro­dzie, a za­tem w tej sy­tu­acji nic ich już nie łączy. Po­pro­si­ła go, żeby ni­g­dy się z nią nie kon­tak­to­wał, w prze­ciw­nym ra­zie po­pe­łni sa­mo­bój­stwo. Jó­zef do­sze­dł do wnio­sku, że po­wi­nien tę pro­śbę spe­łnić, bez względu na to, jak bar­dzo bo­la­ło go ser­ce. Wy­je­chał, nie wie­dząc, że ich dziec­ko żyje.

Tym dziec­kiem była Ka­li­na - dziew­czyn­ka, któ­ra wy­cho­wy­wa­ła się bez ojca. Kie­dy w wie­ku trzech lat po raz pierw­szy o nie­go spy­ta­ła, mat­ka wy­ja­śni­ła jej, że tata uma­rł. I praw­do­po­dob­nie wszyst­ko uda­ło­by się utrzy­mać w ta­jem­ni­cy, aż do śmier­ci (fak­tycz­nej śmier­ci) głów­nych za­in­te­re­so­wa­nych, tyle że Ka­li­na zu­pe­łnie nie­ocze­ki­wa­nie od­kry­ła praw­dę. Po­mó­gł jej w tym Ko­sma oraz ich wspól­na pod­róż po Eu­ro­pie. To wte­dy Ka­li­na stwo­rzy­ła li­stę rze­czy do zro­bie­nia, na któ­rej zna­la­zł się punkt, aby od­wie­dzić grób ojca. Tyle że za­miast gro­bu spo­tka­ła sa­me­go Jó­ze­fa, z krwi i ko­ści, ży­we­go, i bar­dzo zdu­mio­ne­go fak­tem, że jego cór­ka rów­nież żyje.

Kie­dy w ko­ńcu do­ta­rło do nich oboj­ga, że mogą się na­wza­jem do­tknąć, pa­dli so­bie w ob­jęcia i pró­bo­wa­li nad­ro­bić stra­co­ne lata.

Osta­tecz­nie Jó­zef wy­brał się do Po­zna­nia, by za­py­tać swo­ją żonę, z któ­rą zresz­tą na­dal nie miał roz­wo­du, ja­kim cu­dem i z ja­kie­go po­wo­du uśmier­ci­ła go przed wła­sną cór­ką. I na od­wrót. Kon­stan­cja nie czu­ła się zo­bo­wi­ąza­na, żeby mu co­kol­wiek tłu­ma­czyć - na­dal le­czy­ła zra­nio­ną du­szę. Tym ra­zem jed­nak Jó­zef był upar­ty i po­sta­no­wił, że nie wró­ci do ro­dzin­nych Roz­ło­gów, tyl­ko zo­sta­nie w Po­zna­niu bez względu na wszyst­ko. Kon­stan­cja pró­bo­wa­ła opo­no­wać, ale jej nie po­słu­chał.

- A je­śli cię otru­ję? - spy­ta­ła kie­dyś, pa­trząc na nie­go mało przy­chyl­nym wzro­kiem. - Co, je­śli upie­kę cia­sto i wsy­pię do nie­go coś, co bar­dzo ci za­szko­dzi albo spo­wo­du­je, że w ko­ńcu zej­dziesz z tego świa­ta?

Jó­zef odro­bi­nę się wzdry­gnął, ale nie dał po so­bie nic po­znać.

- Za­ry­zy­ku­ję - stwier­dził od­wa­żnie, jak na mężczy­znę przy­sta­ło. - Poza tym dzi­siej­sze ba­da­nia tok­sy­ko­lo­gicz­ne są bar­dzo za­awan­so­wa­ne i po­li­cja szyb­ko od­kry­ła­by, co było przy­czy­ną mo­jej śmier­ci. Chy­ba nie chcia­ła­byś na sta­re lata wy­lądo­wać w wi­ęzie­niu, praw­da? - zer­k­nął na nią py­ta­jąco.

Kon­stan­cja wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Je­że­li to mia­ła­by być cena za mój spo­kój, to po­wa­żnie się nad tym za­sta­no­wię - od­po­wie­dzia­ła.

Jó­zef jed­nak za­ry­zy­ko­wał. Wy­na­jął ma­le­ńkie miesz­kan­ko w po­bli­żu wil­li, w któ­rej miesz­ka­ła, i nie­mal ka­żde­go dnia ją od­wie­dzał, pró­bu­jąc na nowo zdo­być jej względy. No i miał czas dla Ka­li­ny, któ­rą mógł wresz­cie le­piej po­znać. Je­śli cho­dzi o jego żonę, to po raz ko­lej­ny po­mó­gł mu kot, cho­ciaż nie ten sam, co kil­ka­dzie­si­ąt lat temu. Tym ra­zem był to łysy Pa­try­cjusz, któ­ry się czy­mś za­krztu­sił i któ­re­mu Jó­zef ura­to­wał ży­cie. To zmi­ęk­czy­ło odro­bi­nę ka­mien­ne ser­ce Kon­stan­cji, cho­ciaż nie na tyle, by za­pro­po­no­wa­ła mu wspól­ne miesz­ka­nie i ewen­tu­al­nie od­wo­ła­ła gro­źbę otru­cia. Spra­wy jed­nak po­su­wa­ły się do przo­du, na­wet je­że­li po­wo­li. Kon­stan­cja dwa razy dała się na­mó­wić na spa­cer, raz do kina, aż w ko­ńcu Jó­zef za­pro­po­no­wał jej wspól­ny wy­pad do Kro­ścien­ka, do któ­re­go pla­no­wał za­brać ją już wie­ki temu.

Jak się oka­za­ło, nie był to naj­lep­szy po­my­sł, ale wte­dy nie mógł o tym wie­dzieć.

Kon­stan­cja zgo­dzi­ła się na wy­jazd pod wa­run­kiem, że nie będzie się do niej od­zy­wał, a on po­sze­dł na taki układ. Na szczęście sama o owym wa­run­ku za­po­mnia­ła i na­wet dwa razy za­py­ta­ła go o coś pod­czas pod­ró­ży po­ci­ągiem. Jó­zef po­czuł za­pach na­dziei.

Pech chciał jed­nak, że do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie do Kro­ścien­ka wy­bra­ła się Kwi­ry­na vel Lu­iza, któ­ra przy­je­cha­ła tu ze swo­jej ma­le­ńkiej miej­sco­wo­ści Gi­gon­das na po­łud­niu Fran­cji, w któ­rej za­miesz­ka­ła za­raz po tym, jak wy­dał się jej ro­mans z Jó­ze­fem. Od tam­te­go cza­su słuch po niej za­gi­nął, a przy­naj­mniej Jó­zef ni­g­dy wi­ęcej o niej nie sły­szał, ani ni­g­dy wi­ęcej jej nie zo­ba­czył, nie miał na­wet po­jęcia, czy jesz­cze żyje. Ale po­nie­waż los bywa zło­śli­wy i chęt­nie pa­ku­je lu­dzi w dziw­ne sy­tu­acje, wy­słał do Kroś­cien­ka Kwi­ry­nę oraz Kon­stan­cję i Jó­ze­fa do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie.

Czy do­szło do cu­dow­ne­go po­go­dze­nia, do wy­ba­cze­nia so­bie na­wza­jem, do wy­ja­śnie­nia za­le­głych spraw i ule­cze­nia daw­nych ran? Nic z tych rze­czy. Bo nie był to ani ro­man­tycz­ny film, ani pro­gram te­le­wi­zyj­ny, w któ­rym wszy­scy pa­da­ją so­bie w ra­mio­na, tyl­ko po­nu­ra rze­czy­wi­sto­ść, w któ­rej głów­ną rolę od­gry­wa­ła trój­ka zra­nio­nych lu­dzi - i to zra­nio­nych tak bar­dzo, że o ja­kim­kol­wiek wy­ba­cze­niu nie mo­gło być mowy. Naj­gor­sze zaś było to, że Kon­stan­cja nie chcia­ła uwie­rzyć Jó­ze­fo­wi w przy­pad­ko­we spo­tka­nie. Była nie­mal prze­ko­na­na, że wie­dział o przy­je­ździe jej mat­ki i wszyst­ko do­kład­nie ukar­to­wał.

- Ni­g­dy w ży­ciu nie za­ry­zy­ko­wa­łbym cze­goś ta­kie­go - bro­nił się za­cie­kle. - Gdy­bym to zro­bił, mia­ła­byś ab­so­lut­ne pra­wo mnie nie tyl­ko otruć, ale na­wet po­sie­kać sie­kie­rą - pró­bo­wał ob­ró­cić wszyst­ko w żart, ale Kon­stan­cja pa­trzy­ła na nie­go mor­der­czym wzro­kiem, a na jej ustach nie po­ja­wił się cho­ćby cień uśmie­chu.

- Dla­cze­go moja mat­ka tu przy­je­cha­ła? Dla­cze­go wła­śnie te­raz?

Wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­na­mi.

- Nie mam zie­lo­ne­go po­jęcia. I wierz mi, że gdy­bym o tym wie­dział, za­pro­po­no­wa­łbym ci po­byt na dru­gim kra­ńcu Pol­ski.

Przez mo­ment wpraw­dzie za­świ­ta­ła mu myśl, że może war­to by­ło­by po­roz­ma­wiać we trój­kę, ale szyb­ko ją prze­pędził. Wy­star­czy­ło to jed­no spo­tka­nie na gór­skim szla­ku. Po­cząt­ko­wo Jó­zef my­ślał, że uj­rzał wid­mo, ale po­tem do­ta­rło do nie­go, że wid­ma po­ja­wia­ją się za­zwy­czaj w nocy i z całą pew­no­ścią nie są ubra­ne w ja­sno­po­pie­la­te dre­sy i wy­god­ne buty, nie mają też wło­sów upi­ętych w kok ani krwi­sto­czer­wo­nych ust, któ­re przy­ci­ąga­ją wzrok z od­leg­ło­ści kil­ku ki­lo­me­trów. Kwi­ry­na vel Lu­iza mia­ła wte­dy dzie­wi­ęćdzie­si­ąt pięć lat, ale w dal­szym ci­ągu wy­gląda­ła za­chwy­ca­jąco. Na­wet z sia­tecz­ką de­li­kat­nych zmarsz­czek, któ­re po­kry­wa­ły jej twarz, w grun­cie rze­czy do­da­jących jej tyl­ko ja­kie­goś roz­czu­la­jące­go uro­ku. Nie osła­bła też siła jej spoj­rze­nia - jej cha­rak­te­ry­stycz­ne tęczów­ki, jed­na nie­bie­ska, dru­ga nie­bie­sko-brązo­wa, od za­wsze cza­ro­wa­ły mężczyzn. Kon­stan­cja na wi­dok mat­ki sta­nęła jak wry­ta, a po­tem z ca­łej siły uszczyp­nęła ra­mię Jó­ze­fa, co chy­ba było nie­kon­tro­lo­wa­nym od­ru­chem. Choć bo­le­snym.

- Auć! - wy­rwa­ło mu się, ale wte­dy uszczyp­ni­ęcie tyl­ko przy­bra­ło na sile. Zro­zu­miał, że zna­la­zł się w kla­sycz­nej pu­łap­ce, mi­ędzy przy­sło­wio­wym mło­tem a ko­wa­dłem, i zu­pe­łnie nie wie­dział, jak się za­cho­wać.

Wy­jścia miał dwa - albo chwy­cić Kon­stan­cję, prze­rzu­cić ją przez ra­mię i zwie­wać w dru­gą stro­nę, albo po­de­jść do Kwi­ry­ny i się z nią przy­wi­tać. Jed­no i dru­gie wy­da­wa­ło mu się jed­nak nie na miej­scu, dla­te­go stał jak słup soli, mru­ga­jąc tyl­ko ocza­mi i ma­jąc na­dzie­ję, że ja­kiś dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści po­zwo­li mu wy­rwać się z tej dzi­wacz­nej sy­tu­acji. Bu­rza z pio­ru­na­mi. Trzęsie­nie zie­mi. Albo cho­ciaż nie­wiel­kie tor­na­do.

Ale nic na to nie wska­zy­wa­ło. Nie­bo było po­god­ne, nie za­no­si­ło się na bu­rzę, w po­bli­żu nie po­ja­wił się na­gle nie­dźwie­dź, któ­ry mó­głby ich prze­pło­szyć, nie było też żad­nych in­nych tu­ry­stów. Tyl­ko oni sami, we trój­kę.

- Kon­stan­cja. - Pierw­sza ode­zwa­ła się Kwi­ry­na. Po­ru­szy­ła się lek­ko. Przez mo­ment wy­da­wa­ło się, że chcia­ła po­de­jść do cór­ki, ale w po­ło­wie dro­gi jak­by się cze­goś wy­stra­szy­ła i zno­wu przy­sta­nęła.

Kon­stan­cja nie od­po­wie­dzia­ła, do­brze cho­ciaż, że pu­ści­ła rękę Jó­ze­fa, moc­no za­czer­wie­nio­ną już od upo­rczy­we­go pod­szczy­py­wa­nia.

- Czy mo­żesz mi to ja­koś wy­ja­śnić? - zwró­ci­ła się w ko­ńcu do męża chłod­nym to­nem, cho­ciaż pew­nie właś­ciw­sze by­ło­by okre­śle­nie lo­do­wa­tym jak woda w prze­ręblu.

- Kost­ka... ja zu­pe­łnie... ja nie wiem... O Boże... chy­ba... - Z ust Jó­ze­fa za­częły wy­do­by­wać się do­syć nie­skład­ne frag­men­ty zdań, któ­re w ża­den spo­sób nie chcia­ły po­łączyć się w ca­ło­ść. Tak na­praw­dę było to coś w ro­dza­ju be­łko­tu, któ­ry ni­cze­go nie wy­ja­śniał, ani w ni­czym nie po­ma­gał.

- Ro­zu­miem - ode­zwa­ła się Kon­stan­cja, cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie było to kłam­stwo. - Zo­sta­wię was sa­mych, z pew­no­ścią ma­cie so­bie dużo do po­wie­dze­nia, a ja wró­cę do ho­te­lu po swo­je rze­czy i jesz­cze dzi­siaj opusz­czę to miej­sce. Ode­chcia­ło mi się gór, wy­cie­czek, spa­ce­rów i w ogó­le cze­go­kol­wiek, co ma z tobą ja­ki­kol­wiek zwi­ązek.

Po­cząt­ko­wo chciał ją za­trzy­mać, cho­ciaż do­sko­na­le wie­dział, że nie ma na to żad­nych szans. Na­praw­dę trud­no było wy­tłu­ma­czyć to, co wła­śnie się wy­da­rzy­ło, i świet­nie ro­zu­miał, że Kon­stan­cja po raz ko­lej­ny po­czu­ła się zra­nio­na. Z jed­nej stro­ny, był zły na Kwi­ry­nę, że po­ja­wi­ła się w ich ży­ciu wła­śnie te­raz, wła­śnie w tym mo­men­cie, kie­dy po­now­nie za­czy­nał bu­do­wać tę wie­żę z kloc­ków, z dru­giej, ucie­szył się, że żyje, że do­brze wy­gląda i że mógł raz jesz­cze ją zo­ba­czyć.

Kon­stan­cja do­trzy­ma­ła sło­wa i fak­tycz­nie jesz­cze tego sa­me­go dnia wy­je­cha­ła. Jó­zef chciał zro­bić to samo, ale po­my­ślał, że może war­to dać jej tro­chę cza­su. Spo­tkał się też z Kwi­ry­ną, bo prze­cież nie mógł tak tego zo­sta­wić. W ko­ńcu kie­dyś była jego mi­ło­ścią, kimś, dla kogo chcia­ło mu się rano wsta­wać, dla kogo chcia­ło mu się śpie­wać, a na­wet ta­ńczyć w desz­czu. Nie mógł wy­je­chać bez po­że­gna­nia, bez tej ostat­niej roz­mo­wy lub cho­ćby paru py­tań, któ­re przez tyle lat go męczy­ły.

Nie roz­ma­wia­li zbyt dłu­go. Lu­iza vel Kwi­ry­na nie chcia­ła opo­wia­dać o so­bie, o tym, co robi, gdzie miesz­ka, ani ja­kie ma pla­ny na przy­szło­ść.

- Nic mi nie po­wiesz? - spy­tał Jó­zef.

Uśmiech­nęła się do nie­go, a po­tem do­tknęła jego ręki.

- Jak­by czas się cof­nął - ode­zwa­ła się na­gle. - Ni­g­dy nie przy­pusz­cza­łam, że mo­żna do­tknąć prze­szło­ści, a jed­nak mi się uda­ło. I je­stem te­raz szczęśli­wa.

Do Po­zna­nia wró­cił po dwóch dniach. Oczy­wi­ście nie było na­wet mowy, by Kon­stan­cja chcia­ła go wi­dzieć. Raz przy­nió­sł jej na­ręcze róż, tak wiel­kie, że sam le­d­wo je dźwi­gał, i na­wet ucie­szył się, kie­dy otwo­rzy­ła mu drzwi, ale chwi­lę pó­źniej zro­zu­miał, że jego ra­do­ść była przed­wcze­sna. Kon­stan­cja bo­wiem chwy­ci­ła z we­rwą za bu­kiet, a po­tem zdzie­li­ła go nim z ca­łej siły. Jó­zef za­chwiał się, upa­dł, a na jego cia­ło spa­dło pi­ęćdzie­si­ąt do­rod­nych, czer­wo­nych róż, któ­re nie­mal ca­łko­wi­cie go przy­kry­ły.

- Je­że­li po­ja­wisz się tu­taj raz jesz­cze, rzu­cę w cie­bie no­ża­mi - za­gro­zi­ła mu, a on po­my­ślał, że może mó­wić praw­dę.

Kon­stan­cja zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wa­ła wi­ęcej cza­su i bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nych prze­pro­sin. Po­sta­no­wił, że będzie o nią wal­czył, bo mimo wszyst­ko ją rów­nież na swój spo­sób ko­chał i ni­g­dy nie prze­stał o niej my­śleć. Cza­sem w ży­ciu tak jest, że mo­żna ko­chać dwie oso­by jed­no­cze­śnie. I w ża­den spo­sób nie da się tego ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć.

*

Obec­nie sy­tu­acja wy­gląda­ła nie­co le­piej niż jesz­cze parę lat temu, cho­ciaż oczy­wi­ście da­le­ka była od ide­ału. Po dłu­gim cza­sie prze­pra­sza­nia Kon­stan­cji, za­bie­ga­nia o jej względy i tłu­ma­cze­nia, że wy­pad do Kro­ścien­ka był ab­so­lut­nym zbie­giem oko­licz­no­ści, je­śli cho­dzi o spo­tka­nie z Kwi­ry­ną, Jó­zef Ko­sza­łka do­stąpił za­szczy­tu spo­tka­nia się ze swo­ją żoną w ka­wiar­ni i omó­wie­nia wspól­nej przy­szło­ści. To był gi­gan­tycz­ny po­stęp w ich re­la­cjach i on do­sko­na­le zda­wał so­bie z tego spra­wę. Dla przy­pad­ko­wych osób, któ­re w tym sa­mym cza­sie zna­la­zły się w knajp­ce, mo­gło to jed­nak wy­glądać dość dzi­wacz­nie, bo­wiem przez pierw­sze dwa­dzie­ścia mi­nut Jó­zef i Kon­stan­cja nie od­zy­wa­li się do sie­bie, tyl­ko wy­mie­nia­li się spoj­rze­nia­mi. Jó­zef pa­trzył na swo­ją żonę ła­god­nie, prze­pra­sza­jąco i z wiel­ką na­dzie­ją, ona zaś ci­ska­ła pio­ru­na­mi. Kie­dy otwie­rał usta, żeby coś po­wie­dzieć, na­tych­miast za­sznu­ro­wy­wa­ła swo­je i gro­źnie marsz­czy­ła czo­ło, da­jąc mu tym sa­mym do zro­zu­mie­nia, żeby się nie od­zy­wał. Kie­dy przy ich sto­le po­ja­wi­ła się kel­ner­ka, któ­ra chcia­ła przy­jąć za­mó­wie­nie, obo­je nie­mal jed­no­cze­śnie krzyk­nęli:

- Wody!

A po­tem zno­wu wró­ci­li do pa­trze­nia na sie­bie.

Na szczęście po upły­ni­ęciu wspo­mnia­nych dwu­dzie­stu mi­nut Jó­ze­fo­wi uda­ło się od­chrząk­nąć, a na­stęp­nie wtrącić je­den je­dy­ny wy­raz.

- Prze­pra­szam.

Kon­stan­cja za­ci­snęła pi­ęści, ale do niej chy­ba też do­ta­rło, że ta­kie sie­dze­nie nie ma naj­mniej­sze­go sen­su, że trze­ba w ko­ńcu coś po­wie­dzieć.

- Zu­pe­łnie nie ro­zu­miem, po co to wszyst­ko. Chy­ba wy­star­cza­jąco często da­wa­łam ci do zro­zu­mie­nia, że nie chcę mieć z tobą już nic wspól­ne­go. Na­sze ma­łże­ństwo od sa­me­go po­cząt­ku było nie­uda­ne, dla­te­go nie wi­dzę po­wo­dów, dla któ­rych mie­li­by­śmy je ra­to­wać - ode­zwa­ła się w ko­ńcu i było to jed­no z dłu­ższych zdań, ja­kie Jó­zef od niej usły­szał od cza­su fe­ral­ne­go wy­pa­du do Kro­ścien­ka.

Mógł oczy­wi­ście wspi­ąć się na wy­ży­ny ro­man­ty­zmu i wro­dzo­nej elo­kwen­cji, może na­wet uro­nić łzę wzru­sze­nia, a wszyst­ko po to, by prze­ko­nać Kon­stan­cję, że na­dal ją ko­cha i że nie wy­obra­ża so­bie bez niej ży­cia. Ale za­miast tego po pro­stu chwy­cił ją za rękę i spo­koj­nie po­wie­dział:

- Gdy­by nie było war­to, to­bym nie pró­bo­wał.

Być może było to zda­nie wy­po­wie­dzia­ne w porę, być może było do­kład­nie tym, co ko­bie­ta chcia­ła usły­szeć, bo­wiem dwa ty­go­dnie pó­źniej Jó­zef Ko­sza­łka mógł się wpro­wa­dzić do sta­rej wil­li, cho­ciaż oczy­wi­ście za­miesz­kał w osob­nym po­ko­ju. Kon­stan­cja orze­kła rów­nież, że nie obie­cu­je mu, iż ka­żde­go dnia będą wspól­nie pili kawę, je­dli obiad i gra­li w scrab­ble, a wszel­kie pró­by na­ci­sku są po pro­stu bez­sen­sow­ne. Jó­zef po­ki­wał tyl­ko ze zro­zu­mie­niem gło­wą - do­sko­na­le wie­dział, że to, co za­ofe­ro­wa­ła mu jego żona, i tak było Mo­unt Eve­re­stem jej mo­żli­wo­ści.

- Dzi­ęku­ję - uśmiech­nął się za­tem i pró­bo­wał ją przy­tu­lić, ale od­bił się od muru chło­du i dy­stan­su.

Spo­koj­nie. Na wszyst­ko przyj­dzie czas, na­wet je­śli obo­je byli już gru­bo po osiem­dzie­si­ąt­ce.

Tym, co ich do sie­bie zbli­ży­ło, co ka­za­ło im trzy­mać się ra­zem i często spon­ta­nicz­nie się uśmie­chać, była ich mała dziew­czyn­ka, ich cu­dow­na wnucz­ka He­le­na, na wi­dok któ­rej obo­je do­słow­nie roz­ta­pia­li się ni­czym kost­ka ma­sła po­zo­sta­wio­na na sło­ńcu. A ja­kiś czas temu po­łączy­ło ich coś jesz­cze - strach o cór­kę, któ­ra znów zo­sta­ła sama, i któ­rej świat znów roz­sy­pał się na ka­wa­łki.

- Ty­po­wy fa­cet - wy­sy­cza­ła przez zęby Kon­stan­cja, kie­dy Ka­li­na po­wie­dzia­ła im, co za­szło. - Za­wró­cić w gło­wie, do­pro­wa­dzić do tego, że ko­bie­ta mu za­ufa, odda całą sie­bie, ra­zem z wła­sny­mi ma­rze­nia­mi, po to, by na ko­ńcu ją zo­sta­wić, zu­pe­łnie jak­by to go już nic nie ob­cho­dzi­ło.

Jó­zef pró­bo­wał coś wtrącić, ja­koś wy­tłu­ma­czyć Kos­mę, ale wie­dział, że to stra­ta cza­su. Kon­stan­cja mia­ła swo­je po­wo­dy, żeby tak mó­wić, dla­te­go do­sze­dł do wnios­ku, że tym ra­zem za­cho­wa mil­cze­nie. Było mu cho­ler­nie żal cór­ki, któ­ra po raz ko­lej­ny do­sta­ła od losu prztycz­ka w nos i po któ­rej wi­dać było, że so­bie z tym zu­pe­łnie nie ra­dzi.

Ten stan trwał do­kład­nie dwa­dzie­ścia trzy mie­si­ące.

Na tę chwi­lę Jó­zef Ko­sza­łka miał dwa zmar­twie­nia. Pierw­sze zwi­ąza­ne było z jego cór­ką, któ­rej za wszel­ką cenę pró­bo­wał po­móc, tyle że nie miał po­my­słu, jak to zro­bić, dru­gie zaś do­ty­czy­ło jego ko­lej­nej kłót­ni z Kon­stan­cją, po któ­rej to żona ka­za­ła mu się wy­no­sić z domu. Co praw­da ta­kie sło­wa pa­da­ły z jej ust dość często, a on ni­g­dy się tym nie przej­mo­wał, ale te­raz było ja­koś ina­czej. Pech chciał, że w ich ży­cie zno­wu nie­ja­ko wmie­sza­ła się Kwi­ry­na, a wła­ści­wie jej duch, bo mat­ka Kon­stan­cji od roku nie żyła. Swo­ją dro­gą, to i tak było nie­sa­mo­wi­te, że do­bie­gła set­ki, i to po­dob­no w świet­nych kon­dy­cji i zdro­wiu. O jej śmier­ci do­wie­dzie­li się od mera mias­tecz­ka Gi­gon­das, gdzie miesz­ka­ła aż do sa­me­go ko­ńca i gdzie jesz­cze rok temu ta­ńczy­ła na we­se­lu cór­ki mera. Po­dob­no Kwi­ry­na po­pro­si­ła go o to, by w ra­zie na­de­jścia jej ostat­niej go­dzi­ny, po­wia­do­mił jej naj­bli­ższą ro­dzi­nę, ale do­pie­ro mie­si­ąc po jej śmier­ci, żeby, broń Boże, nie przy­szło im do gło­wy po­ja­wiać się na po­grze­bie. Obie­cał jej to, ma­jąc jed­nak na­dzie­ję, że ta chwi­la to bar­dzo od­le­gła przy­szło­ść.

A jed­nak na­de­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Lu­iza vel Kwi­ry­na pew­ne­go ma­jo­we­go wie­czo­ru za­snęła w fo­te­lu, a kie­dy zna­le­zio­no ją ran­kiem, w ręku wci­ąż trzy­ma­ła ksi­ążkę, gło­wę mia­ła opar­tą o za­głó­wek i lek­ko od­chy­lo­ną do tyłu, a na jej twa­rzy błąkał się uśmiech. Mer na­pi­sał do Kon­stan­cji i Jó­ze­fa, że była to pi­ęk­na śmie­rć, je­że­li wol­no mu użyć ta­kich słów. Jó­zef od­czy­tał ten list na głos, ale Kon­stan­cja nie ode­zwa­ła się sło­wem. Wy­słu­cha­ła go do ko­ńca, a po­tem po pro­stu wy­szła z kuch­ni, ubra­ła się i ru­szy­ła na dłu­gi spa­cer. Wie­dział, że nie po­wi­nien jej szu­kać, że ona nie chce te­raz jego to­wa­rzy­stwa - naj­wy­ra­źniej mu­sia­ła być z tym sama i na swój spo­sób po­że­gnać się z mat­ką, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do nie­od­wra­cal­nych za­wi­ro­wań w ży­ciu wie­lu lu­dzi.

Mie­si­ąc temu otrzy­ma­li ko­lej­ny list, tym ra­zem od ad­wo­ka­ta Lu­izy vel Kwi­ry­ny, któ­ry po­in­for­mo­wał ich, iż zgod­nie z ży­cze­niem jego klient­ki, rok po jej śmier­ci, Jó­zef Ko­sza­łka zo­sta­je spad­ko­bier­cą jej ma­jąt­ku. Dla­cze­go rok, tego ad­wo­kat nie wie­dział, po­dob­nie zresz­tą jak Jó­zef. W te­sta­men­cie wy­ra­źnie sta­ło, że wszyst­kie do­bra, któ­re Kwi­ry­na po­sia­da­ła, naj­chęt­niej za­pi­sa­ła­by ona swo­jej cór­ce Kon­stan­cji, ale po­nie­waż zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że jej ży­cze­nie zo­sta­ło­by od­rzu­co­ne, dla­te­go na wszel­ki wy­pa­dek prze­pi­sa­ła ca­ło­ść na swo­je­go zi­ęcia, któ­ry "z całą pew­no­ścią będzie wie­dział, jak do­brze wy­ko­rzy­stać ten dar".

- Mowy nie ma - ode­zwa­ła się Kon­stan­cja, pa­trząc po­nu­ro na Jó­ze­fa, któ­ry prze­ka­zał jej te in­for­ma­cje. - Je­że­li na­dal chcesz ze mną miesz­kać, nie przyj­miesz tego te­sta­men­tu.

- Kost­ka, ale to nie musi być dla nas. Mo­że­my te pie­ni­ądze po­da­ro­wać Ka­li­nie, Ki­rze, no, w ogó­le zro­bić z nimi coś do­bre­go. Chy­ba to wła­śnie mia­ła na my­śli Lu­iza.

Ko­bie­ta po­kręci­ła prze­cząco gło­wą.

- Nie, bo to ozna­cza­ło­by, że w ja­ki­mś sen­sie wy­ba­czy­łam swo­jej mat­ce, a to nie jest praw­da.

- Dla­te­go też wszyst­ko za­pi­sa­ła mnie - za­uwa­żył słusz­nie Jó­zef. - Wie­dzia­ła, że spra­wy tak się po­to­czą, dla­te­go wo­la­ła nie ry­zy­ko­wać.

Jego żona wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Być może za­pi­sa­ła ma­jątek to­bie, bo na­dal cię ko­cha­ła - wy­ce­dzi­ła przez zęby. - Bo ni­g­dy nie mo­gła o to­bie za­po­mnieć, o swo­jej wiel­kiej mi­ło­ści, któ­ra zu­pe­łnie przy­pad­kiem była mężem jej wła­snej cór­ki - do­da­ła jesz­cze, jak­by o tym nie pa­mi­ętał.

Jó­zef przy­gry­zł war­gę. Nie po­trze­bo­wał tych pie­ni­ędzy, ro­zu­miał też mo­ty­wa­cję Kon­stan­cji, a jed­nak w głębi du­szy czuł, że mó­głby te środ­ki do­brze spo­żyt­ko­wać. I że Kwi­ry­nie bar­dzo na tym za­le­ża­ło.

- Nie po­do­ba mi się twój wy­raz twa­rzy - oznaj­mi­ła Kon­stan­cja, bacz­nie mu się przy­gląda­jąc. - Wiem, co za­mie­rzasz, dla­te­go raz jesz­cze się temu sprze­ci­wiam. Albo pa­kuj swo­je wa­liz­ki. - Na po­twier­dze­nie swo­ich słów tup­nęła nogą, a po­tem wy­szła z kuch­ni, trza­ska­jąc drzwia­mi, co zresz­tą było jej ulu­bio­nym pod­kre­śle­niem nie­za­do­wo­le­nia, zło­ści i obu­rze­nia.

Jó­zef tym­cza­sem usia­dł na krze­śle, si­ęgnął po ja­błko i za­czął je po­wo­li obie­rać.

Był w krop­ce. Nie chciał po raz ko­lej­ny na­ra­żać się żo­nie, ale nie chciał też od­rzu­cać pre­zen­tu, któ­ry tak nie­ocze­ki­wa­nie do­stał.

I co tu zro­bić?

Zer­k­nął na kota Mie­czy­sła­wa (na­stęp­cę Pa­try­cju­sza, tyle że nie ły­se­go, a wy­le­nia­łe­go), któ­ry wła­śnie wsze­dł do kuch­ni z pod­nie­sio­nym ogo­nem i sta­nął przy no­dze Jó­ze­fa, do­ma­ga­jąc się skór­ki od ja­błka. Wy­ar­ty­ku­ło­wał to gło­śnym miauk­ni­ęciem oraz zmru­że­niem śle­pi.

- Po­mo­żesz mi pod­jąć de­cy­zję?

Kot nie od­po­wie­dział.

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Od­bi­cie w lu­strze po­pu­ka­ło się w czo­ło. Ka­li­na zer­k­nęła raz jesz­cze, żeby się upew­nić, czy do­brze zo­ba­czy­ła, ale o żad­nej po­my­łce nie mo­gło być mowy. Chcia­ła zi­gno­ro­wać ten wi­dok, ale wie­dzia­ła, że nie po­win­na. Cza­sa­mi zda­rza­ło jej się roz­ma­wiać z lu­strem, czy może ra­czej upra­wiać pan­to­mi­mę, bo prze­cież z jej ust nie wy­do­by­wał się ża­den dźwi­ęk. Po pro­stu pa­trzy­ła przed sie­bie, podświa­do­mie ocze­ku­jąc, że wła­sne od­bi­cie będzie z nią gra­ło fair. Te­raz jed­nak wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, cho­ciaż wie­dzia­ła, że lu­stro mia­ło ra­cję. To był głu­pi po­my­sł. W pew­nym wie­ku i po pew­nych ży­cio­wych prze­jściach nie trze­ba wi­ęcej na sie­bie pa­trzeć.

Ka­li­na mia­ła pi­ęćdzie­si­ąt czte­ry lata i czu­ła się do­kład­nie jak ktoś, kto za­li­czył już pierw­szą po­ło­wę swo­je­go ży­cia, a może na­wet znacz­nie wi­ęcej, i te­raz ma już tyl­ko z gór­ki. Po pro­stu tur­la się pro­sto do trum­ny lub urny, je­śli pla­nu­je być skre­mo­wa­ny. Pew­nie nie było to zbyt opty­mi­stycz­ne my­śle­nie, ale na inne chwi­lo­wo nie mo­gła so­bie po­zwo­lić. Poza tym trze­ba na­praw­dę bar­dzo się wy­si­lić, żeby zna­le­źć coś po­zy­tyw­ne­go w fak­cie, że zo­sta­ła nam "mniej­sza po­ło­wa", jak to ma­wia­ła He­le­na, jej ośmio­let­nia cór­ka. Za ka­żdym ra­zem, kie­dy kro­iły ja­błko albo brzo­skwi­nię na pół, mała do­kład­nie ogląda­ła obie części i twier­dzi­ła, że mimo szcze­rych chęci jed­na po­ło­wa jest wi­ęk­sza od dru­giej. Ka­li­na oczy­wi­ście pró­bo­wa­ła wy­ja­śnić jej, że po­ło­wy za­wsze są iden­tycz­ne, ale ra­cjo­nal­ne ar­gu­men­ty rzad­ko kie­dy tra­fia­ją do dzie­ci, zwłasz­cza tak pew­nych sie­bie, sta­now­czych i prze­ko­na­nych o wła­snej ra­cji, jak He­le­na.

Ka­li­na wy­szła z ła­zien­ki, ga­sząc za sobą świa­tło. Kon­fron­ta­cja z lu­strza­nym od­bi­ciem wca­le jej nie po­mo­gła, a już na pew­no nie po­pra­wi­ła hu­mo­ru. Osta­tecz­nie po raz ko­lej­ny do­wie­dzia­ła się tego, co nie było dla niej żad­ną ta­jem­ni­cą. Ci­ągle była pi­ęćdzie­si­ęciocz­te­ro­let­nią ko­bie­tą, któ­rą zdra­dził uko­cha­ny mężczy­zna.

Ko­sma.

Gdy­by ktoś po­wie­dział jej kil­ka lat temu, że tak wła­śnie po­to­czy się jej ży­cie, czy zde­cy­do­wa­ła­by się na nie, mimo wszyst­ko? A może nie od­po­wie­dzia­ła­by wów­czas na jego ogło­sze­nie w ga­ze­cie, na ten ab­sur­dal­ny anons, że po­szu­ku­je ko­goś do zwie­dza­nia świa­ta, ko­goś, kto nie tyl­ko za­bie­rze go w pod­róż, ale rów­nież za nią za­pła­ci? Jak to było?

Za­mknęła oczy.

 

Czter­dzie­sto­dwu­la­tek, sła­bo upo­sa­żo­ny fi­nan­so­wo, lek­ko de­pre­syj­ny i odro­bi­nę scho­ro­wa­ny (choć zde­cy­do­wa­nie mniej niż po­dej­rze­wał le­karz), szu­ka ko­bie­ty, któ­ra za­bie­rze go w pod­róż po świe­cie. Nie po­sia­dam te­le­fo­nu, ale w naj­bli­ższą so­bo­tę będę cze­kał o go­dzi­nie 17.00 w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym, pod mi­ło­rzębem ja­po­ńskim...

 

Wte­dy wy­da­wa­ło jej się to z jed­nej stro­ny ab­sur­dal­ne, z dru­giej in­try­gu­jące i pew­nie dla­te­go spo­tka­ła się z nim pod tym mi­ło­rzębem, tak jak so­bie za­ży­czył w ogło­sze­niu, a po­tem wszyst­ko na­gle sta­nęło na gło­wie. Po­je­cha­ła z nim w pod­róż i na­wet je­że­li nie zwie­dzi­li ca­łe­go świa­ta, tyl­ko mały ka­wa­łe­czek Eu­ro­py, to i tak za­pa­mi­ęta­ła to jako jed­ną z naj­pi­ęk­niej­szych przy­gód w swo­im ży­ciu. Jako przy­go­dę, któ­ra za­ko­ńczy­ła się po­częciem He­le­ny, od­na­le­zie­niem ojca, wy­pro­wadz­ką z domu mat­ki, a po­tem wspól­nym ży­ciem z mężczy­zną, któ­ry po­tra­fił ją roz­śmie­szać ka­żde­go dnia.

Ale nie ma mężczyzn ide­al­nych. Dwa lata temu wy­da­rzy­ło się coś, co tyl­ko po­twier­dzi­ło tę re­gu­łę. Ka­li­na nie lu­bi­ła wra­cać my­śla­mi do tam­tych chwil, tyle że to było nie­mo­żli­we. Nie dało się wy­ma­zać z pa­mi­ęci cze­goś, co ro­ze­rwa­ło du­szę na pół. Czło­wiek ma wro­dzo­ną zdol­no­ść do przy­wo­ły­wa­nia smut­nych wspo­mnień, ka­to­wa­nia się nimi, a po­tem roz­kręca­nia my­śli w taki spo­sób, że na ko­ńcu po­zo­sta­je tyl­ko czar­na roz­pacz, po­ci­ąga­nie no­sem, ocie­ra­nie łez i pró­ba scho­wa­nia się w naj­ciem­niej­szym kącie.

- Do­brze, ale te­raz mu­szę ugo­to­wać obiad, dla­te­go nie za­cznę roz­kle­jać się nad sobą, bo prze­cież zro­bi­łam to już dzi­siaj rano i chy­ba na ja­kiś czas wy­star­czy - mruk­nęła do sie­bie.

Do­sko­na­le wie­dzia­ła, że jed­na ne­ga­tyw­na myśl błys­ka­wicz­nie przy­ci­ąga ko­lej­ną, a ta na­stęp­ną, i na­stęp­ną, aż w pew­nym mo­men­cie czło­wiek na­wet nie wie, kie­dy ode­chcie­wa mu się wszyst­kie­go, zwłasz­cza wy­ko­ny­wa­nia ru­ty­no­wych czyn­no­ści, któ­re tyl­ko do­pro­wa­dza­ją go do sza­łu. Bo czy na­praw­dę, kie­dy zo­sta­je się sko­pa­nym po du­pie, trze­ba skro­bać mar­chew­kę? Myć zlew? Roz­wie­szać pra­nie? Sprzątać kuch­nię?

Tyle że w tej kuch­ni sie­dzia­ła wła­śnie He­le­na. Spryt­na, mądra i cu­dow­na ośmio­lat­ka, któ­rej na pew­no też bra­ko­wa­ło ojca, cho­ciaż sta­ra­ła się nie dać tego po so­bie po­znać.

Po zdra­dzie Ko­smy zo­sta­ły same. Co praw­da Kon­stan­cja, mat­ka Ka­li­ny, na­tych­miast za­pro­po­no­wa­ła jej, by prze­pro­wa­dzi­ły się z po­wro­tem do ro­dzin­ne­go domu, ale ta sta­now­czo od­mó­wi­ła. Sta­now­czo­ści zresz­tą rów­nież na­uczy­ła się od Ko­smy, cho­ciaż wy­da­wa­ło jej się, że w tym wie­ku zmia­na przy­zwy­cza­jeń jest prak­tycz­nie nie­mo­żli­wa. Ale to on po­ka­zał jej, że za­wsze mo­żna po­wie­dzieć nie, nie­za­le­żnie od tego, ile ma się lat. Jak on to wte­dy po­wie­dział: "Nie mu­sisz być taka jak two­ja mat­ka, nie wszyst­ko prze­cież jest dzie­dzicz­ne. Coś tam w nas prze­ni­ka i po­zo­sta­je, ale za wie­le wy­bo­rów w na­szym ży­ciu sami je­ste­śmy od­po­wie­dzial­ni. I za­wsze mo­że­my się zmie­nić".

Po sze­ściu mie­si­ącach od ode­jścia Ko­smy, do Ka­li­ny wpro­wa­dzi­ła się Kira, star­sza cór­ka, dzi­siaj trzy­dzie­sto­dwu­let­nia, do­ro­sła ko­bie­ta. Zro­bi­ła to bez py­ta­nia. Po pro­stu pew­ne­go dnia zja­wi­ła się z dwo­ma du­ży­mi wa­liz­ka­mi i in­for­ma­cją, że przez ja­kiś czas tu­taj zo­sta­nie.

- Ale ja nie po­trze­bu­ję żad­nej po­mo­cy - roz­ry­cza­ła się na­tych­miast Ka­li­na, wsku­tek cze­go Kira tyl­ko po­ki­wa­ła ze zro­zu­mie­niem gło­wą, a na­stęp­nie wpa­ko­wa­ła się do mniej­sze­go po­ko­ju i za­częła ukła­dać rze­czy w sza­fie. Za­mó­wi­ła też duże łó­żko i nową ko­mo­dę.

- Tak, też tak uwa­żam, ale po­zwo­lisz, że cię nie po­słu­cham. Osta­tecz­nie ni­g­dy tego nie ro­bi­łam, praw­da? - Pu­ści­ła do niej oko.

Ka­li­na nie od­po­wie­dzia­ła. Wy­da­wa­ło jej się, że woli być sama, a jed­nak po­czu­ła wdzi­ęcz­no­ść, że ktoś miał ocho­tę się nią za­opie­ko­wać. Na­wet je­że­li była to jej wła­sna cór­ka. Nie po­tra­fi­ła się po­zbie­rać po tej zdra­dzie, po tym, jak Ko­sma z dnia na dzień tak bar­dzo ją zra­nił, oszu­kał i prze­kre­ślił wszyst­ko, co było mi­ędzy nimi.

- Nie mów tak - po­wta­rza­ła za ka­żdym ra­zem Kira. - Wspo­mi­naj ra­czej to, co do­bre, nie uda­waj, że nie było wa­sze­go wy­jaz­du do Am­ster­da­mu, że nie spędzi­li­ście cza­su nad mo­rzem, że nie kąpa­łaś się nago, że nie za­li­czy­łaś pla­ży nu­dy­stów i nie po­pi­łaś śle­dzi mle­kiem - przy­po­mnia­ła jej li­stę, któ­rą kil­ka lat temu Ka­li­na za­bra­ła ze sobą w pod­róż.

Gdy­by mo­żna było cof­nąć czas...

Tyl­ko co by wte­dy zro­bi­ła? Zo­sta­ła­by w domu mat­ki i da­lej eg­zy­sto­wa­ła, uda­jąc po­słusz­ną cór­kę, któ­ra nie ma wła­sne­go zda­nia? Ja­dła cia­sto z za­wsze tego sa­me­go ta­le­rzy­ka, roz­wi­ązy­wa­ła krzy­żów­ki i wzdy­cha­ła do świa­ta za oknem? Czy jed­nak za­ry­zy­ko­wa­ła­by przy­naj­mniej tych kil­ka do­brych lat, kie­dy to czu­ła się wresz­cie szczęśli­wa i spe­łnio­na?

- No, sama wi­dzisz. - Kira wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Poza tym, gdy­byś po­stąpi­ła ina­czej, nie mia­ła­byś dziś He­le­ny. A ona jest zde­cy­do­wa­nie war­ta ka­żdych łez, bólu, nie­prze­spa­nych nocy, a ta­kże od­ro­stów na gło­wie, o któ­rych już wi­ęcej nie wspom­nę, bo mam w so­bie ja­kieś po­kła­dy li­to­ści - do­da­ła jesz­cze, zer­ka­jąc na gło­wę swo­jej mat­ki, któ­rej wło­sy fak­tycz­nie wo­ła­ły o po­mstę do nie­ba.

Tyle że Ka­li­na nie mia­ła na nic ani ocho­ty, ani siły. Nie in­te­re­so­wa­ło jej to, że jej ja­sny blond daw­no się wy­płu­kał, a wło­sy od­ro­sły, po­dob­nie jak te na no­gach i pod pa­cha­mi, że daw­no nie de­pi­lo­wa­ła brwi i że tak na­praw­dę nie pa­mi­ęta­ła, kie­dy ostat­nio uży­ła kre­mu do twa­rzy. Na­gle wy­da­ło jej się to tak bar­dzo nie­istot­ne, głu­pie i nie­po­trzeb­ne, że nie chcia­ła za­wra­cać so­bie tym gło­wy. Gdy­by nie Kira, pew­nie wy­gląda­ła­by wkrót­ce go­rzej niż wła­sna mat­ka, ale na szczęście cór­ka jej na to nie po­zwo­li­ła. To ona, w ko­ńcu, za­pro­wa­dzi­ła ją do fry­zje­ra, siłą po­sa­dzi­ła na krze­śle i ka­za­ła fry­zjer­ce wy­cza­ro­wać ze znisz­czo­nych wło­sów coś, to zno­wu przy­po­mi­na­ło­by daw­ną Ka­li­nę. Wzi­ęła ją też do ko­sme­tycz­ki, na za­ku­py i na ma­ni­cu­re. Chcia­ła na­wet za­fun­do­wać jej ma­saż, ale tu mat­ka za­opo­no­wa­ła. Kie­dy jed­nak spoj­rza­ła wie­czo­rem w lu­stro, po­czu­ła się tro­chę le­piej, zwłasz­cza że jej wła­sne od­bi­cie pró­bo­wa­ło się odro­bi­nę uśmiech­nąć. Nie za­re­ago­wa­ła na to, nie od­po­wie­dzia­ła tym sa­mym, ale po­czu­ła cie­pło, któ­re do­tknęło jej pęk­ni­ęte­go ser­ca i po­wo­li, na­praw­dę bar­dzo po­wo­li, za­częło je skle­jać.

Oczy­wi­ście na­stęp­ne­go dnia to ser­ce pękło po raz ko­lej­ny. Ale lu­dzie tak wła­śnie prze­ży­wa­ją roz­sta­nia.

- Mamo, co my­ślisz o tym, żeby na obiad zro­bić mi na­le­śni­ki z dże­mem ma­li­no­wym? - He­le­na po­de­szła do niej i do­tknęła jej ra­mie­nia, wy­trąca­jąc tym sa­mym ze wspo­mnień. - Oczy­wi­ście mo­gła­bym to zro­bić sama, ale chy­ba nie umiem - do­da­ła z uśmie­chem i bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce.

Ka­li­na nie prze­pa­da­ła za go­to­wa­niem, cho­ciaż mu­sia­ła przy­znać, że przy­go­to­wu­jąc po­tra­wy, za­po­mi­na­ła o so­bie. Tego też na­uczy­ła się od Ko­smy. On za­wsze lu­bił go­to­wać i ro­bił z tego praw­dzi­wą ce­re­mo­nię. Ga­dał przy tym jak najęty, wy­my­ślał całe hi­sto­rie, wy­ci­ągał na świa­tło dzien­ne ja­kieś cie­ka­wost­ki, o któ­rych nie mia­ła wcze­śniej po­jęcia, i za­wsze tak do­pra­wiał ca­ło­ść hu­mo­rem, że cho­ćby ugo­to­wał zwy­kłe jaj­ko na twar­do, to sma­ko­wa­ło po pro­stu wy­bit­nie.

Skrzy­wi­ła się.

Nie po­win­na za ka­żdym ra­zem przy­wo­ły­wać w my­ślach Ko­smy. To nie ma naj­mniej­sze­go sen­su, bo on już dla niej nie ist­nie­je. Zdra­dził ją, oszu­kał i ska­zał na by­cie sa­mot­ną mat­ką. To była jego de­cy­zja i dla­te­go Ka­li­na po­win­na prze­stać ka­to­wać się wspo­mnie­nia­mi i oglądać za sie­bie. Pro­blem po­le­gał na tym, że bar­dzo ła­two coś so­bie po­wie­dzieć, ale jesz­cze ła­twiej o tym za­po­mnieć. Gło­wa nie słu­cha ser­ca, i na od­wrót.

- Może zro­bi­my je ra­zem? - za­pro­po­no­wa­ła. - Ja będę ci mó­wi­ła, co i jak masz przy­go­to­wać, a ty po pro­stu będziesz to wy­ko­ny­wać. Je­śli za­uwa­żę ja­kieś za­gro­że­nie zwi­ąza­ne z po­pa­rze­niem lub do­pro­wa­dze­niem kuch­ni do ru­iny, oczy­wi­ście za­re­agu­ję. - Spoj­rza­ła py­ta­jąco na cór­kę.

Dziew­czyn­ka się ro­ze­śmia­ła.

- Po­wie­dzia­łaś to te­raz jak tata - za­wo­ła­ła, zu­pe­łnie nie­świa­do­ma, że wła­śnie wbi­ła nóż w ser­ce Ka­li­ny, na nowo roz­dra­pu­jąc za­le­d­wie częścio­wo za­go­jo­ną ranę.

Ale prze­cież to nie była wina He­le­ny, ośmio­let­nie­go dziec­ka, któ­re ko­cha­ło Ko­smę ca­łym sobą i któ­re zu­pe­łnie nie ro­zu­mia­ło tego, co się wy­da­rzy­ło. Albo ro­zu­mia­ło, ale ina­czej niż mat­ka. Mniej bo­le­śnie i z mniej­szy­mi pre­ten­sja­mi.

- To wyj­mij mi­skę, mik­ser i wszyst­kie skład­ni­ki, któ­re będą nam po­trzeb­ne - ode­zwa­ła się po chwi­li Ka­li­na tro­chę bez­na­mi­ęt­nie, cho­ciaż pró­bo­wa­ła wy­krze­sać z sie­bie odro­bi­nę ener­gii.

- Jaj­ka też?

Ski­nęła gło­wą.

- Do­dać cu­kru do cia­sta?

- Nie, bo kon­fi­tu­ra z ma­lin, któ­rą zro­bi­ła bab­cia, jest wy­star­cza­jąco słod­ka - wy­ja­śni­ła cór­ce, cho­ciaż wy­da­wa­ło jej się, że te sło­wa są ja­koś od­dzie­lo­ne od my­śli, że mówi co­kol­wiek, byle tyl­ko za­głu­szyć swo­ją zło­ść wy­mie­sza­ną ze smut­kiem.

Nie­spo­dzie­wa­nie He­le­na po­de­szła do niej i moc­no ją przy­tu­li­ła.

- Ko­cham cię mamo, wiesz? - mruk­nęła pod no­sem, zu­pe­łnie jak­by świet­nie wie­dzia­ła, co w tym mo­men­cie po­win­na po­wie­dzieć.

Za­dzia­ła­ło.

Dzie­ci mają wro­dzo­ną umie­jęt­no­ść le­cze­nia ran do­ros­łych. Na­wet je­że­li ro­bią to nie­świa­do­mie. Albo być może wła­śnie dla­te­go.

*

Kira usia­dła na nie­wiel­kim bal­ko­nie w miesz­ka­niu mat­ki, za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa i za­ci­ągnęła się. Ile to już razy obie­cy­wa­ła so­bie, że rzu­ci pa­le­nie, ale po­tem wy­da­rza­ło się coś, co nie po­zwa­la­ło jej tego zro­bić. Dziw­ne, bo mia­ła sil­ną wolę i tak na­praw­dę to ona de­cy­do­wa­ła o wszyst­kim, co jej do­ty­czy­ło. A jed­nak w tym przy­pad­ku sil­na wola oka­za­ła się nie­wy­star­cza­jąca. Z dru­giej stro­ny, mo­gło być też tak, że ro­bi­ła tro­chę na prze­kór obec­nym tren­dom, aby nie pa­lić, nie jeść mi­ęsa, nie no­sić skó­rza­nych bu­tów, zdro­wo się odży­wiać, a na­wet prze­stać go­lić wło­sy pod pa­cha­mi i na no­gach, bo prze­cież naj­wa­żniej­sza jest na­tu­ral­no­ść, a nie ule­ga­nie mo­dom. Pro­blem po­le­gał jed­nak na tym, że wła­śnie w ten spo­sób ro­dził się ko­lej­ny trend i czło­wiek wpa­dał w pu­łap­kę pa­ra­dok­sów.

Mat­ki nie było w domu - wy­szła z He­le­ną do po­blis­kie­go par­ku, bo ma­łej przy­po­mnia­ło się, że musi ze­brać do szko­ły ko­lo­ro­we kwia­ty i je opi­sać.

Kira się za­my­śli­ła.

Kie­dy wpro­wa­dzi­ła się tu­taj dwa lata temu, krót­ko po nu­me­rze, jaki wy­wi­nął Ko­sma, nie pla­no­wa­ła, że zo­sta­nie tak dłu­go. A jed­nak ży­cie, jak zwy­kle, mia­ło swo­je pla­ny i kom­plet­nie nie przej­mo­wa­ło się tym, cze­go ocze­ki­wa­ła od nie­go Kira. Tak na­praw­dę nie prze­nio­sła się tu­taj po to, żeby wes­przeć Ka­li­nę, cho­ciaż, nie­ja­ko au­to­ma­tycz­nie, tak to wła­śnie za­dzia­ła­ło.

W rze­czy­wi­sto­ści ucie­kła przed ko­lej­ną po­ra­żką.

Pro­blem po­le­gał na tym, że wszyst­kie ko­bie­ty w jej ro­dzi­nie prędzej czy pó­źniej pa­ko­wa­ły się w ja­kieś pro­ble­my z mężczy­zna­mi. To była klątwa, cho­ler­ne prze­kle­ństwo, któ­re za­częło się nie wia­do­mo kie­dy i dla­cze­go. Czy za­po­cząt­ko­wa­ła je Kwi­ry­na vel Lu­iza, pra­bab­ka Kiry, któ­ra przed woj­ną we­szła w do­ro­słe ży­cie jako ko­bie­ta lek­kich oby­cza­jów? Któ­ra uma­wia­ła się z mężczy­zna­mi tyl­ko w kon­kret­nym celu, a kie­dy już po­zna­ła tego, w któ­rym tak na­praw­dę się za­ko­cha­ła, oka­za­ło się, że jest on mężem jej wła­snej cór­ki? To była nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­na i za­wi­ła hi­sto­ria i gdy­by Kira pró­bo­wa­ła ją ko­muś opo­wie­dzieć, znu­dzo­ny słu­chacz za­pew­ne uzna­łby, że to stresz­cze­nie ja­kie­jś sła­bej bra­zy­lij­skiej ope­ry my­dla­nej, na do­da­tek na­pi­sa­nej przez gra­fo­ma­na. Tym­cza­sem to była hi­sto­ria jej ro­dzi­ny. Czy to wła­śnie z tego po­wo­du wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się po­tem, nie mia­ło do­bre­go za­ko­ńcze­nia?

Kwi­ry­na nie zna­la­zła szczęścia w mi­ło­ści, po­dob­nie jak jej cór­ka, Kon­stan­cja, bo­wiem gdy wresz­cie uci­chły echa ro­dzin­nej afe­ry, inne spra­wy sta­nęły po­mi­ędzy nią a Jó­ze­fem, jej mężem. Spra­wy na tyle po­wa­żne, że na­wet pró­bo­wa­ła wy­rzu­cić go z domu, tyle że się nie dał. Jej dziad­ko­wie byli jak ogień i woda, całe ży­cie w kontrze. Po­tem przy­szła ko­lej na Ka­li­nę. Kie­dy po­zna­ła Ko­smę, przez ja­kiś czas wy­da­wa­ło się, że w ko­ńcu los się do niej uśmiech­nął, ale po­tem zno­wu do­sta­ła bez­względ­ne­go kop­nia­ka pro­sto w splot sło­necz­ny. No i wresz­cie ona, Kira. Ko­bie­ta, w któ­rej teo­re­tycz­nie pod­ko­chi­wa­li się nie­mal wszy­scy mężczy­źni, na któ­rych dłu­żej za­wie­si­ła oko. To, że była atrak­cyj­na i że przy­ci­ąga­ła płeć prze­ciw­ną, było oczy­wi­ste, tyl­ko dla­cze­go nie po­tra­fi­ła stwo­rzyć żad­ne­go uda­ne­go zwi­ąz­ku? Dla­cze­go, kie­dy na­praw­dę się za­ko­chi­wa­ła, na­gle oka­zy­wa­ło się, że nic z tego nie będzie?

Kie­dy do­wie­dzia­ła się, czym zaj­mo­wa­ła się jej pra­bab­ka, po­my­śla­ła, że jest do niej po­dob­na. W ca­łych tych dam­sko-męskich ukła­dach cho­dzi­ło jej prze­cież tyl­ko o to, żeby ko­goś zdo­być, mieć nad nim prze­wa­gę i by czer­pać z tego ko­rzy­ści. Tyle że na dłu­ższą metę było to po­twor­nie smut­ne. Pra­wie jak me­lan­cho­lij­na opo­wie­ść o ćmie wy­ko­nu­jącej swój śmier­tel­ny lot w stro­nę świa­tła.

Kie­dy Kira wpro­wa­dzi­ła się do mat­ki, gdzie za­jęła mniej­szy po­kój oraz sza­fę, któ­ra wcze­śniej częścio­wo na­le­ża­ła do Ko­smy, po­ukła­da­ła na pó­łkach nie tyl­ko swo­je ciu­chy, ale też żal, zło­ść i jed­no­cze­śnie na­dzie­ję, że może za ja­kiś czas wszyst­ko się uło­ży, a ona po­zna mi­ło­ść swo­je­go ży­cia. Cza­sem była zła na sie­bie, że tak bar­dzo za­prząta­ła so­bie gło­wę po­dob­ny­mi my­śla­mi. W ko­ńcu, czy ko­bie­ta ma pra­wo czuć się spe­łnio­na tyl­ko wte­dy, kie­dy po­zna swo­ją dru­gą po­ło­wę? Czy nie może być szczęśli­wa ot tak, po pro­stu? Bo czu­je się do­brze sama ze sobą, bo ma cie­ka­wą pra­cę, bo może ro­bić, co chce, bo nie musi ni­ko­go py­tać o zda­nie, bo może żyć na wła­snych wa­run­kach? Dla­cze­go w ta­kim ra­zie, co ja­kiś czas, po­wra­ca­ły te na­tręt­ne my­śli i pra­gnie­nie, żeby z kimś być? By dzie­lić z kimś czas wol­ny, za­in­te­re­so­wa­nia, by jeść ra­zem ko­la­cję, a rano wspól­nie pić kawę? Brzmia­ło to ba­nal­nie i mało fe­mi­ni­stycz­nie, a jed­nak Kira podświa­do­mie za tym tęsk­ni­ła.

- Moja eman­cy­pa­cja śmie­je mi się pro­sto w twarz - przy­zna­wa­ła sama przed sobą.

Męczył ją rów­nież fakt, że chy­ba nie do ko­ńca uda­ło jej się po­móc wła­snej mat­ce, któ­ra na­dal moc­no prze­ży­wa­ła to, co wy­da­rzy­ło się dwa lata temu, cho­ciaż ro­bi­ła do­brą minę do złej gry. Do­brze, że mia­ła He­le­nę, któ­ra była ni­czym ra­dar i do­sko­na­le wy­czu­wa­ła, kie­dy ro­dzi­ciel­ka wpa­da­ła w gor­szy na­strój. Ośmio­lat­ka. Mała dziew­czyn­ka z kręco­ny­mi wło­sa­mi i za­dar­tym no­skiem. To wła­śnie ona pró­bo­wa­ła roz­śmie­szać Ka­li­nę albo wy­my­ślać za­da­nia, dzi­ęki któ­rym mat­ka nie mo­gła sku­piać się wy­łącz­nie na so­bie, tyl­ko zmu­szo­na była prze­rzu­cić śro­dek ci­ężko­ści na inne tory. Kto wie, może ten na­gły wy­pad po ko­lo­ro­we kwia­ty do ogro­du bo­ta­nicz­ne­go rów­nież był jed­nym z pod­stęp­nych po­my­słów jej ma­łej sio­stry, któ­ra za­uwa­ży­ła, że Ka­li­na sta­cza się wła­śnie w ciem­ny dół roz­pa­czy?

To nie po­win­no być za­da­niem ośmio­let­nie­go dziec­ka.

Usły­sza­ła, jak dziew­czy­ny wcho­dzą do miesz­ka­nia, dla­te­go czym prędzej zga­si­ła pa­pie­ro­sa i wy­rzu­ci­ła go przez bal­kon. Mat­ka nie zno­si­ła, kie­dy Kira pa­li­ła i za ka­żdym ra­zem pró­bo­wa­ła ro­bić jej na ten te­mat wy­kład. Oczy­wi­ście bez­sku­tecz­nie, i zu­pe­łnie bez­sen­sow­nie.

- Mam kwia­ty - po­in­for­mo­wa­ła ją już przy pro­gu He­le­na. - Ale wy­da­je mi się, że nie są tak ko­lo­ro­we, jak to so­bie wy­obra­ża­łam. My­ślisz, że mogę je po­ma­lo­wać farb­ka­mi?

Kira za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę.

- To wszyst­ko za­le­ży, do cze­go ich po­trze­bu­jesz. Je­że­li cho­dzi­ło o to, żeby ze­brać kwia­ty i po­ka­zać je ta­ki­mi, ja­kie są, to po­ma­lo­wa­nie ich będzie czy­mś w ro­dza­ju oszu­stwa, nie sądzisz? - Zmarsz­czy­ła czo­ło i pu­ści­ła do ma­łej oko.

He­le­na spo­wa­żnia­ła.

- Nie wiem, czy oszu­stwo nie wy­da­rzy­ło się już tro­chę wcze­śniej, kie­dy pani po­wie­dzia­ła nam, że lato to bar­dzo barw­na pora roku i że na pew­no znaj­dzie­my kwia­ty pra­wie we wszyst­kich ko­lo­rach. Bo zo­bacz, ja mam prze­wa­gę żó­łtych i one jesz­cze na­wet mi się po­do­ba­ją, ale po­zo­sta­łe są po pro­stu bia­łe. A bia­ły to nie ko­lor. - Za­ło­ży­ła rękę na rękę i wy­dęła usta. - Lu­bisz bia­ły?

Kira uśmiech­nęła się do niej.

- Chy­ba naj­bar­dziej lu­bię nie­bie­ski, a po­tem czar­ny. Ale bia­ły w su­mie też - do­da­ła. - Nie po­win­naś się tak przej­mo­wać, w ko­ńcu co in­ne­go bia­łe ubra­nia, a co in­ne­go kwia­ty.

- Nie do ko­ńca. Bo płat­ki to też jak­by ro­dzaj su­kien­ki. My­śla­łam, że będą czer­wo­ne, po­ma­ra­ńczo­we, może na­wet nie­bie­skie. Szu­ka­łam, ale nic z tego. Mama mówi, że nie­któ­re po pro­stu już prze­kwi­tły.

Kira spoj­rza­ła na dziew­czyn­kę z roz­czu­le­niem, a po­tem prze­nio­sła wzrok na mat­kę. Ka­li­na sta­ła po­środ­ku po­ko­ju i przy­słu­chi­wa­ła się tej roz­mo­wie, albo przy­naj­mniej ta­kie spra­wia­ła wra­że­nie. Bo wzrok mia­ła ra­czej nie­obec­ny. Pew­nie przy­po­mnia­ło jej się, jak kie­dyś z Kos­mą cho­dzi­li po par­ku i zbie­ra­li li­ście, a on opo­wia­dał im rze­czy, o któ­rych ni­g­dy wcze­śniej nie sły­sza­ły. Ko­sma miał nie­zwy­kłą zdol­no­ść do za­pa­mi­ęty­wa­nia cie­ka­wo­stek, na któ­re zwy­kły czło­wiek nie zwra­cał wi­ęk­szej uwa­gi. Ko­chał się we wszel­kie­go ro­dza­ju hi­sto­ryj­kach, któ­ry­mi po­tem za­chwy­cał swo­ich słu­cha­czy. Były to drob­nost­ki, rze­czy, któ­rych wi­ęk­szo­ść lu­dzi na­wet nie pró­bo­wa­ła ko­do­wać w swo­jej pa­mi­ęci - w prze­ci­wie­ństwie do ojca He­le­ny. Na przy­kład, że na świe­cie jest oko­ło sze­śćdzie­si­ąt razy wi­ęcej drzew niż lu­dzi. Że koty nie mają oboj­czy­ków. I że od­cisk zębów jest tak samo uni­ka­to­wy jak li­nie pa­pi­lar­ne.

- Zro­bić ci kawę? - spy­ta­ła Kira, pa­trząc na mat­kę.

- Tak, nie - pa­dła od­po­wie­dź, co było do­syć ab­sur­dal­ne, bo­wiem za­wie­ra­ło w so­bie zde­cy­do­wa­ną sprzecz­no­ść i nie po­zwa­la­ło oso­bie py­ta­jącej wy­ko­nać żad­ne­go ru­chu.

- Ale bar­dziej tak, czy bar­dziej nie? - za­ry­zy­ko­wa­ła Kira.

Ka­li­na tyl­ko mach­nęła ręką, a po­tem za­mknęła się w ła­zien­ce.

He­le­na po­de­szła do swo­jej star­szej sio­stry i szturch­nęła ją lek­ko.

- W ogro­dzie bo­ta­nicz­nym był pies. My­ślę, że to dla­te­go mama jest smut­na.

Kira unio­sła ze zdu­mie­niem brwi.

- Ze względu na psa? Je­steś pew­na?

- Pies miał na imię Ko­sma- od­pa­rła po­nu­ro dziew­czyn­ka.

Kira się skrzy­wi­ła.

No tak. To mia­ło pra­wo za­bo­leć, tym bar­dziej że imię nie na­le­ża­ło do zbyt po­pu­lar­nych. Swo­ją dro­gą to tro­chę dziw­ne, żeby tak na­zwać psa, z dru­giej stro­ny, ostat­nio na­tknęła się na sucz­kę o imie­niu Ka­ta­rzy­na. I za ka­żdym ra­zem, kie­dy sły­sza­ła jej imię, była prze­ko­na­na, że ktoś zwra­ca się do przed­sta­wi­cie­la homo sa­piens, a nie do psa.

Ka­ta­rzy­no, idzie­my!

Naj­wy­ra­źniej jed­nak po­ja­wi­ła się ko­lej­na moda, po­le­ga­jąca na nada­wa­niu zwie­rza­kom ludz­kich imion. Na­wet bab­cia jej ule­gła. Wcze­śniej mia­ła kota Pa­try­cju­sza, te­raz Mie­czy­sła­wa.

- Masz ja­kiś plan? - spy­ta­ła na­gle He­le­na, pa­trząc wy­cze­ku­jąco na Kirę.

- Mo­że­my w coś za­grać. Albo wspól­nie upiec cia­sto. Albo pó­jść do kina - rzu­ca­ła po ko­lei dziew­czy­na, ale jej młod­sza sio­stra tyl­ko prze­cząco kręci­ła gło­wą.

- Mama z ka­żdej z tych rze­czy się wy­kręci. Po­wie, że boli ją gło­wa, albo że już była na spa­ce­rze i te­raz chce się po­ło­żyć. To musi być coś wy­jąt­ko­we­go, żeby nie mo­gła od­mó­wić.

Ła­two po­wie­dzieć. Tak na­praw­dę Ka­li­na mo­gła od­rzu­cić ka­żdą pro­po­zy­cję, bo mia­ła świet­ną wy­mów­kę. Była nie­szczęśli­wa, po­rzu­co­na, a ka­żdy psy­cho­log po­wie­dzia­łby jej, że ma pra­wo prze­ży­wać to po swo­je­mu.

Na­gle Kira pod­nio­sła gło­wę i pstryk­nęła pal­ca­mi.

- Wiesz co, to na pew­no jest głu­pi po­my­sł, ale z głu­pich po­my­słów cza­sem ro­dzą się do­bre za­ko­ńcze­nia. Wła­śnie na to wpa­dłam, kie­dy po­wie­dzia­łaś mi o psie. Pies!

- Ale co z nim? - za­py­ta­ła zdzi­wio­na He­le­na.

- Mu­si­my ku­pić na­szej ma­mie psa - szep­nęła Kira, zer­ka­jąc w stro­nę ła­zien­ki.

- O tak! - za­wo­ła­ła ura­do­wa­na dziew­czyn­ka. - To jest naj­bar­dziej cu­dow­ny po­my­sł, na jaki mo­głaś wpa­ść. Oczy­wi­ście, że mu­si­my ku­pić psa. Du­że­go, wło­cha­te­go psa, któ­ry będzie się mamą opie­ko­wał. Będzie li­zał ją po buzi i wcho­dził jej na ko­la­na.

- Może jed­nak nie­ko­niecz­nie du­że­go, bo wa­run­ki miesz­ka­nio­we mamy dość ogra­ni­czo­ne, ale śred­niej wiel­ko­ści pie­sek z całą pew­no­ścią będzie się tu­taj do­brze czuł.

- Tyl­ko że mama ni­g­dy się na to nie zgo­dzi - za­uwa­ży­ła, ca­łkiem słusz­nie, He­le­na.

- Oczy­wi­ście że nie, dla­te­go mu­si­my zro­bić wszyst­ko, żeby uzna­ła, że to jej po­my­sł.

- Ale jak? - za­in­te­re­so­wa­ła się dziew­czyn­ka. Na jej twa­rzy ma­lo­wa­ły się co­raz wi­ęk­sze wy­pie­ki. Oczy­ma wy­obra­źni wi­dzia­ła już pew­nie cu­dow­ne­go, pu­szy­ste­go czwo­ro­no­ga, le­żące­go na ka­na­pie lub pod sto­łem, w ocze­ki­wa­niu, aż na podło­gę spad­nie mi­mo­cho­dem ja­kiś sma­ko­łyk.

- Daj mi szan­sę, a na pew­no coś wy­my­ślę. - Kira unios­ła w górę kciuk.

Po­my­sł był bez­na­dziej­ny i dla­te­go miał pra­wo się udać.