Rozdział pierwszy
Odbicie w lustrze popukało się w czoło. Kalina zerknęła raz jeszcze, żeby się upewnić, czy dobrze zobaczyła, ale o żadnej pomyłce nie mogło być mowy. Chciała zignorować ten widok, ale wiedziała, że nie powinna. Czasami zdarzało jej się rozmawiać z lustrem, czy może raczej uprawiać pantomimę, bo przecież z jej ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Po prostu patrzyła przed siebie, podświadomie oczekując, że własne odbicie będzie z nią grało fair. Teraz jednak wzruszyła ramionami, chociaż wiedziała, że lustro miało rację. To był głupi pomysł. W pewnym wieku i po pewnych życiowych przejściach nie trzeba więcej na siebie patrzeć.
Kalina miała pięćdziesiąt cztery lata i czuła się dokładnie jak ktoś, kto zaliczył już pierwszą połowę swojego życia, a może nawet znacznie więcej, i teraz ma już tylko z górki. Po prostu turla się prosto do trumny lub urny, jeśli planuje być skremowany. Pewnie nie było to zbyt optymistyczne myślenie, ale na inne chwilowo nie mogła sobie pozwolić. Poza tym trzeba naprawdę bardzo się wysilić, żeby znaleźć coś pozytywnego w fakcie, że została nam "mniejsza połowa", jak to mawiała Helena, jej ośmioletnia córka. Za każdym razem, kiedy kroiły jabłko albo brzoskwinię na pół, mała dokładnie oglądała obie części i twierdziła, że mimo szczerych chęci jedna połowa jest większa od drugiej. Kalina oczywiście próbowała wyjaśnić jej, że połowy zawsze są identyczne, ale racjonalne argumenty rzadko kiedy trafiają do dzieci, zwłaszcza tak pewnych siebie, stanowczych i przekonanych o własnej racji, jak Helena.
Kalina wyszła z łazienki, gasząc za sobą światło. Konfrontacja z lustrzanym odbiciem wcale jej nie pomogła, a już na pewno nie poprawiła humoru. Ostatecznie po raz kolejny dowiedziała się tego, co nie było dla niej żadną tajemnicą. Ciągle była pięćdziesięcioczteroletnią kobietą, którą zdradził ukochany mężczyzna.
Kosma.
Gdyby ktoś powiedział jej kilka lat temu, że tak właśnie potoczy się jej życie, czy zdecydowałaby się na nie, mimo wszystko? A może nie odpowiedziałaby wówczas na jego ogłoszenie w gazecie, na ten absurdalny anons, że poszukuje kogoś do zwiedzania świata, kogoś, kto nie tylko zabierze go w podróż, ale również za nią zapłaci? Jak to było?
Zamknęła oczy.
Czterdziestodwulatek, słabo uposażony finansowo, lekko depresyjny i odrobinę schorowany (choć zdecydowanie mniej niż podejrzewał lekarz), szuka kobiety, która zabierze go w podróż po świecie. Nie posiadam telefonu, ale w najbliższą sobotę będę czekał o godzinie 17.00 w ogrodzie botanicznym, pod miłorzębem japońskim...
Wtedy wydawało jej się to z jednej strony absurdalne, z drugiej intrygujące i pewnie dlatego spotkała się z nim pod tym miłorzębem, tak jak sobie zażyczył w ogłoszeniu, a potem wszystko nagle stanęło na głowie. Pojechała z nim w podróż i nawet jeżeli nie zwiedzili całego świata, tylko mały kawałeczek Europy, to i tak zapamiętała to jako jedną z najpiękniejszych przygód w swoim życiu. Jako przygodę, która zakończyła się poczęciem Heleny, odnalezieniem ojca, wyprowadzką z domu matki, a potem wspólnym życiem z mężczyzną, który potrafił ją rozśmieszać każdego dnia.
Ale nie ma mężczyzn idealnych. Dwa lata temu wydarzyło się coś, co tylko potwierdziło tę regułę. Kalina nie lubiła wracać myślami do tamtych chwil, tyle że to było niemożliwe. Nie dało się wymazać z pamięci czegoś, co rozerwało duszę na pół. Człowiek ma wrodzoną zdolność do przywoływania smutnych wspomnień, katowania się nimi, a potem rozkręcania myśli w taki sposób, że na końcu pozostaje tylko czarna rozpacz, pociąganie nosem, ocieranie łez i próba schowania się w najciemniejszym kącie.
- Dobrze, ale teraz muszę ugotować obiad, dlatego nie zacznę rozklejać się nad sobą, bo przecież zrobiłam to już dzisiaj rano i chyba na jakiś czas wystarczy - mruknęła do siebie.
Doskonale wiedziała, że jedna negatywna myśl błyskawicznie przyciąga kolejną, a ta następną, i następną, aż w pewnym momencie człowiek nawet nie wie, kiedy odechciewa mu się wszystkiego, zwłaszcza wykonywania rutynowych czynności, które tylko doprowadzają go do szału. Bo czy naprawdę, kiedy zostaje się skopanym po dupie, trzeba skrobać marchewkę? Myć zlew? Rozwieszać pranie? Sprzątać kuchnię?
Tyle że w tej kuchni siedziała właśnie Helena. Sprytna, mądra i cudowna ośmiolatka, której na pewno też brakowało ojca, chociaż starała się nie dać tego po sobie poznać.
Po zdradzie Kosmy zostały same. Co prawda Konstancja, matka Kaliny, natychmiast zaproponowała jej, by przeprowadziły się z powrotem do rodzinnego domu, ale ta stanowczo odmówiła. Stanowczości zresztą również nauczyła się od Kosmy, chociaż wydawało jej się, że w tym wieku zmiana przyzwyczajeń jest praktycznie niemożliwa. Ale to on pokazał jej, że zawsze można powiedzieć nie, niezależnie od tego, ile ma się lat. Jak on to wtedy powiedział: "Nie musisz być taka jak twoja matka, nie wszystko przecież jest dziedziczne. Coś tam w nas przenika i pozostaje, ale za wiele wyborów w naszym życiu sami jesteśmy odpowiedzialni. I zawsze możemy się zmienić".
Po sześciu miesiącach od odejścia Kosmy, do Kaliny wprowadziła się Kira, starsza córka, dzisiaj trzydziestodwuletnia, dorosła kobieta. Zrobiła to bez pytania. Po prostu pewnego dnia zjawiła się z dwoma dużymi walizkami i informacją, że przez jakiś czas tutaj zostanie.
- Ale ja nie potrzebuję żadnej pomocy - rozryczała się natychmiast Kalina, wskutek czego Kira tylko pokiwała ze zrozumieniem głową, a następnie wpakowała się do mniejszego pokoju i zaczęła układać rzeczy w szafie. Zamówiła też duże łóżko i nową komodę.
- Tak, też tak uważam, ale pozwolisz, że cię nie posłucham. Ostatecznie nigdy tego nie robiłam, prawda? - Puściła do niej oko.
Kalina nie odpowiedziała. Wydawało jej się, że woli być sama, a jednak poczuła wdzięczność, że ktoś miał ochotę się nią zaopiekować. Nawet jeżeli była to jej własna córka. Nie potrafiła się pozbierać po tej zdradzie, po tym, jak Kosma z dnia na dzień tak bardzo ją zranił, oszukał i przekreślił wszystko, co było między nimi.
- Nie mów tak - powtarzała za każdym razem Kira. - Wspominaj raczej to, co dobre, nie udawaj, że nie było waszego wyjazdu do Amsterdamu, że nie spędziliście czasu nad morzem, że nie kąpałaś się nago, że nie zaliczyłaś plaży nudystów i nie popiłaś śledzi mlekiem - przypomniała jej listę, którą kilka lat temu Kalina zabrała ze sobą w podróż.
Gdyby można było cofnąć czas...
Tylko co by wtedy zrobiła? Zostałaby w domu matki i dalej egzystowała, udając posłuszną córkę, która nie ma własnego zdania? Jadła ciasto z zawsze tego samego talerzyka, rozwiązywała krzyżówki i wzdychała do świata za oknem? Czy jednak zaryzykowałaby przynajmniej tych kilka dobrych lat, kiedy to czuła się wreszcie szczęśliwa i spełniona?
- No, sama widzisz. - Kira wzruszyła ramionami. - Poza tym, gdybyś postąpiła inaczej, nie miałabyś dziś Heleny. A ona jest zdecydowanie warta każdych łez, bólu, nieprzespanych nocy, a także odrostów na głowie, o których już więcej nie wspomnę, bo mam w sobie jakieś pokłady litości - dodała jeszcze, zerkając na głowę swojej matki, której włosy faktycznie wołały o pomstę do nieba.
Tyle że Kalina nie miała na nic ani ochoty, ani siły. Nie interesowało jej to, że jej jasny blond dawno się wypłukał, a włosy odrosły, podobnie jak te na nogach i pod pachami, że dawno nie depilowała brwi i że tak naprawdę nie pamiętała, kiedy ostatnio użyła kremu do twarzy. Nagle wydało jej się to tak bardzo nieistotne, głupie i niepotrzebne, że nie chciała zawracać sobie tym głowy. Gdyby nie Kira, pewnie wyglądałaby wkrótce gorzej niż własna matka, ale na szczęście córka jej na to nie pozwoliła. To ona, w końcu, zaprowadziła ją do fryzjera, siłą posadziła na krześle i kazała fryzjerce wyczarować ze zniszczonych włosów coś, to znowu przypominałoby dawną Kalinę. Wzięła ją też do kosmetyczki, na zakupy i na manicure. Chciała nawet zafundować jej masaż, ale tu matka zaoponowała. Kiedy jednak spojrzała wieczorem w lustro, poczuła się trochę lepiej, zwłaszcza że jej własne odbicie próbowało się odrobinę uśmiechnąć. Nie zareagowała na to, nie odpowiedziała tym samym, ale poczuła ciepło, które dotknęło jej pękniętego serca i powoli, naprawdę bardzo powoli, zaczęło je sklejać.
Oczywiście następnego dnia to serce pękło po raz kolejny. Ale ludzie tak właśnie przeżywają rozstania.
- Mamo, co myślisz o tym, żeby na obiad zrobić mi naleśniki z dżemem malinowym? - Helena podeszła do niej i dotknęła jej ramienia, wytrącając tym samym ze wspomnień. - Oczywiście mogłabym to zrobić sama, ale chyba nie umiem - dodała z uśmiechem i bezradnie rozłożyła ręce.
Kalina nie przepadała za gotowaniem, chociaż musiała przyznać, że przygotowując potrawy, zapominała o sobie. Tego też nauczyła się od Kosmy. On zawsze lubił gotować i robił z tego prawdziwą ceremonię. Gadał przy tym jak najęty, wymyślał całe historie, wyciągał na światło dzienne jakieś ciekawostki, o których nie miała wcześniej pojęcia, i zawsze tak doprawiał całość humorem, że choćby ugotował zwykłe jajko na twardo, to smakowało po prostu wybitnie.
Skrzywiła się.
Nie powinna za każdym razem przywoływać w myślach Kosmy. To nie ma najmniejszego sensu, bo on już dla niej nie istnieje. Zdradził ją, oszukał i skazał na bycie samotną matką. To była jego decyzja i dlatego Kalina powinna przestać katować się wspomnieniami i oglądać za siebie. Problem polegał na tym, że bardzo łatwo coś sobie powiedzieć, ale jeszcze łatwiej o tym zapomnieć. Głowa nie słucha serca, i na odwrót.
- Może zrobimy je razem? - zaproponowała. - Ja będę ci mówiła, co i jak masz przygotować, a ty po prostu będziesz to wykonywać. Jeśli zauważę jakieś zagrożenie związane z poparzeniem lub doprowadzeniem kuchni do ruiny, oczywiście zareaguję. - Spojrzała pytająco na córkę.
Dziewczynka się roześmiała.
- Powiedziałaś to teraz jak tata - zawołała, zupełnie nieświadoma, że właśnie wbiła nóż w serce Kaliny, na nowo rozdrapując zaledwie częściowo zagojoną ranę.
Ale przecież to nie była wina Heleny, ośmioletniego dziecka, które kochało Kosmę całym sobą i które zupełnie nie rozumiało tego, co się wydarzyło. Albo rozumiało, ale inaczej niż matka. Mniej boleśnie i z mniejszymi pretensjami.
- To wyjmij miskę, mikser i wszystkie składniki, które będą nam potrzebne - odezwała się po chwili Kalina trochę beznamiętnie, chociaż próbowała wykrzesać z siebie odrobinę energii.
- Jajka też?
Skinęła głową.
- Dodać cukru do ciasta?
- Nie, bo konfitura z malin, którą zrobiła babcia, jest wystarczająco słodka - wyjaśniła córce, chociaż wydawało jej się, że te słowa są jakoś oddzielone od myśli, że mówi cokolwiek, byle tylko zagłuszyć swoją złość wymieszaną ze smutkiem.
Niespodziewanie Helena podeszła do niej i mocno ją przytuliła.
- Kocham cię mamo, wiesz? - mruknęła pod nosem, zupełnie jakby świetnie wiedziała, co w tym momencie powinna powiedzieć.
Zadziałało.
Dzieci mają wrodzoną umiejętność leczenia ran dorosłych. Nawet jeżeli robią to nieświadomie. Albo być może właśnie dlatego.
*
Kira usiadła na niewielkim balkonie w mieszkaniu matki, zapaliła papierosa i zaciągnęła się. Ile to już razy obiecywała sobie, że rzuci palenie, ale potem wydarzało się coś, co nie pozwalało jej tego zrobić. Dziwne, bo miała silną wolę i tak naprawdę to ona decydowała o wszystkim, co jej dotyczyło. A jednak w tym przypadku silna wola okazała się niewystarczająca. Z drugiej strony, mogło być też tak, że robiła trochę na przekór obecnym trendom, aby nie palić, nie jeść mięsa, nie nosić skórzanych butów, zdrowo się odżywiać, a nawet przestać golić włosy pod pachami i na nogach, bo przecież najważniejsza jest naturalność, a nie uleganie modom. Problem polegał jednak na tym, że właśnie w ten sposób rodził się kolejny trend i człowiek wpadał w pułapkę paradoksów.
Matki nie było w domu - wyszła z Heleną do pobliskiego parku, bo małej przypomniało się, że musi zebrać do szkoły kolorowe kwiaty i je opisać.
Kira się zamyśliła.
Kiedy wprowadziła się tutaj dwa lata temu, krótko po numerze, jaki wywinął Kosma, nie planowała, że zostanie tak długo. A jednak życie, jak zwykle, miało swoje plany i kompletnie nie przejmowało się tym, czego oczekiwała od niego Kira. Tak naprawdę nie przeniosła się tutaj po to, żeby wesprzeć Kalinę, chociaż, niejako automatycznie, tak to właśnie zadziałało.
W rzeczywistości uciekła przed kolejną porażką.
Problem polegał na tym, że wszystkie kobiety w jej rodzinie prędzej czy później pakowały się w jakieś problemy z mężczyznami. To była klątwa, cholerne przekleństwo, które zaczęło się nie wiadomo kiedy i dlaczego. Czy zapoczątkowała je Kwiryna vel Luiza, prababka Kiry, która przed wojną weszła w dorosłe życie jako kobieta lekkich obyczajów? Która umawiała się z mężczyznami tylko w konkretnym celu, a kiedy już poznała tego, w którym tak naprawdę się zakochała, okazało się, że jest on mężem jej własnej córki? To była niezwykle skomplikowana i zawiła historia i gdyby Kira próbowała ją komuś opowiedzieć, znudzony słuchacz zapewne uznałby, że to streszczenie jakiejś słabej brazylijskiej opery mydlanej, na dodatek napisanej przez grafomana. Tymczasem to była historia jej rodziny. Czy to właśnie z tego powodu wszystko, co wydarzyło się potem, nie miało dobrego zakończenia?
Kwiryna nie znalazła szczęścia w miłości, podobnie jak jej córka, Konstancja, bowiem gdy wreszcie ucichły echa rodzinnej afery, inne sprawy stanęły pomiędzy nią a Józefem, jej mężem. Sprawy na tyle poważne, że nawet próbowała wyrzucić go z domu, tyle że się nie dał. Jej dziadkowie byli jak ogień i woda, całe życie w kontrze. Potem przyszła kolej na Kalinę. Kiedy poznała Kosmę, przez jakiś czas wydawało się, że w końcu los się do niej uśmiechnął, ale potem znowu dostała bezwzględnego kopniaka prosto w splot słoneczny. No i wreszcie ona, Kira. Kobieta, w której teoretycznie podkochiwali się niemal wszyscy mężczyźni, na których dłużej zawiesiła oko. To, że była atrakcyjna i że przyciągała płeć przeciwną, było oczywiste, tylko dlaczego nie potrafiła stworzyć żadnego udanego związku? Dlaczego, kiedy naprawdę się zakochiwała, nagle okazywało się, że nic z tego nie będzie?
Kiedy dowiedziała się, czym zajmowała się jej prababka, pomyślała, że jest do niej podobna. W całych tych damsko-męskich układach chodziło jej przecież tylko o to, żeby kogoś zdobyć, mieć nad nim przewagę i by czerpać z tego korzyści. Tyle że na dłuższą metę było to potwornie smutne. Prawie jak melancholijna opowieść o ćmie wykonującej swój śmiertelny lot w stronę światła.
Kiedy Kira wprowadziła się do matki, gdzie zajęła mniejszy pokój oraz szafę, która wcześniej częściowo należała do Kosmy, poukładała na półkach nie tylko swoje ciuchy, ale też żal, złość i jednocześnie nadzieję, że może za jakiś czas wszystko się ułoży, a ona pozna miłość swojego życia. Czasem była zła na siebie, że tak bardzo zaprzątała sobie głowę podobnymi myślami. W końcu, czy kobieta ma prawo czuć się spełniona tylko wtedy, kiedy pozna swoją drugą połowę? Czy nie może być szczęśliwa ot tak, po prostu? Bo czuje się dobrze sama ze sobą, bo ma ciekawą pracę, bo może robić, co chce, bo nie musi nikogo pytać o zdanie, bo może żyć na własnych warunkach? Dlaczego w takim razie, co jakiś czas, powracały te natrętne myśli i pragnienie, żeby z kimś być? By dzielić z kimś czas wolny, zainteresowania, by jeść razem kolację, a rano wspólnie pić kawę? Brzmiało to banalnie i mało feministycznie, a jednak Kira podświadomie za tym tęskniła.
- Moja emancypacja śmieje mi się prosto w twarz - przyznawała sama przed sobą.
Męczył ją również fakt, że chyba nie do końca udało jej się pomóc własnej matce, która nadal mocno przeżywała to, co wydarzyło się dwa lata temu, chociaż robiła dobrą minę do złej gry. Dobrze, że miała Helenę, która była niczym radar i doskonale wyczuwała, kiedy rodzicielka wpadała w gorszy nastrój. Ośmiolatka. Mała dziewczynka z kręconymi włosami i zadartym noskiem. To właśnie ona próbowała rozśmieszać Kalinę albo wymyślać zadania, dzięki którym matka nie mogła skupiać się wyłącznie na sobie, tylko zmuszona była przerzucić środek ciężkości na inne tory. Kto wie, może ten nagły wypad po kolorowe kwiaty do ogrodu botanicznego również był jednym z podstępnych pomysłów jej małej siostry, która zauważyła, że Kalina stacza się właśnie w ciemny dół rozpaczy?
To nie powinno być zadaniem ośmioletniego dziecka.
Usłyszała, jak dziewczyny wchodzą do mieszkania, dlatego czym prędzej zgasiła papierosa i wyrzuciła go przez balkon. Matka nie znosiła, kiedy Kira paliła i za każdym razem próbowała robić jej na ten temat wykład. Oczywiście bezskutecznie, i zupełnie bezsensownie.
- Mam kwiaty - poinformowała ją już przy progu Helena. - Ale wydaje mi się, że nie są tak kolorowe, jak to sobie wyobrażałam. Myślisz, że mogę je pomalować farbkami?
Kira zastanowiła się przez chwilę.
- To wszystko zależy, do czego ich potrzebujesz. Jeżeli chodziło o to, żeby zebrać kwiaty i pokazać je takimi, jakie są, to pomalowanie ich będzie czymś w rodzaju oszustwa, nie sądzisz? - Zmarszczyła czoło i puściła do małej oko.
Helena spoważniała.
- Nie wiem, czy oszustwo nie wydarzyło się już trochę wcześniej, kiedy pani powiedziała nam, że lato to bardzo barwna pora roku i że na pewno znajdziemy kwiaty prawie we wszystkich kolorach. Bo zobacz, ja mam przewagę żółtych i one jeszcze nawet mi się podobają, ale pozostałe są po prostu białe. A biały to nie kolor. - Założyła rękę na rękę i wydęła usta. - Lubisz biały?
Kira uśmiechnęła się do niej.
- Chyba najbardziej lubię niebieski, a potem czarny. Ale biały w sumie też - dodała. - Nie powinnaś się tak przejmować, w końcu co innego białe ubrania, a co innego kwiaty.
- Nie do końca. Bo płatki to też jakby rodzaj sukienki. Myślałam, że będą czerwone, pomarańczowe, może nawet niebieskie. Szukałam, ale nic z tego. Mama mówi, że niektóre po prostu już przekwitły.
Kira spojrzała na dziewczynkę z rozczuleniem, a potem przeniosła wzrok na matkę. Kalina stała pośrodku pokoju i przysłuchiwała się tej rozmowie, albo przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Bo wzrok miała raczej nieobecny. Pewnie przypomniało jej się, jak kiedyś z Kosmą chodzili po parku i zbierali liście, a on opowiadał im rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszały. Kosma miał niezwykłą zdolność do zapamiętywania ciekawostek, na które zwykły człowiek nie zwracał większej uwagi. Kochał się we wszelkiego rodzaju historyjkach, którymi potem zachwycał swoich słuchaczy. Były to drobnostki, rzeczy, których większość ludzi nawet nie próbowała kodować w swojej pamięci - w przeciwieństwie do ojca Heleny. Na przykład, że na świecie jest około sześćdziesiąt razy więcej drzew niż ludzi. Że koty nie mają obojczyków. I że odcisk zębów jest tak samo unikatowy jak linie papilarne.
- Zrobić ci kawę? - spytała Kira, patrząc na matkę.
- Tak, nie - padła odpowiedź, co było dosyć absurdalne, bowiem zawierało w sobie zdecydowaną sprzeczność i nie pozwalało osobie pytającej wykonać żadnego ruchu.
- Ale bardziej tak, czy bardziej nie? - zaryzykowała Kira.
Kalina tylko machnęła ręką, a potem zamknęła się w łazience.
Helena podeszła do swojej starszej siostry i szturchnęła ją lekko.
- W ogrodzie botanicznym był pies. Myślę, że to dlatego mama jest smutna.
Kira uniosła ze zdumieniem brwi.
- Ze względu na psa? Jesteś pewna?
- Pies miał na imię Kosma- odparła ponuro dziewczynka.
Kira się skrzywiła.
No tak. To miało prawo zaboleć, tym bardziej że imię nie należało do zbyt popularnych. Swoją drogą to trochę dziwne, żeby tak nazwać psa, z drugiej strony, ostatnio natknęła się na suczkę o imieniu Katarzyna. I za każdym razem, kiedy słyszała jej imię, była przekonana, że ktoś zwraca się do przedstawiciela homo sapiens, a nie do psa.
Katarzyno, idziemy!
Najwyraźniej jednak pojawiła się kolejna moda, polegająca na nadawaniu zwierzakom ludzkich imion. Nawet babcia jej uległa. Wcześniej miała kota Patrycjusza, teraz Mieczysława.
- Masz jakiś plan? - spytała nagle Helena, patrząc wyczekująco na Kirę.
- Możemy w coś zagrać. Albo wspólnie upiec ciasto. Albo pójść do kina - rzucała po kolei dziewczyna, ale jej młodsza siostra tylko przecząco kręciła głową.
- Mama z każdej z tych rzeczy się wykręci. Powie, że boli ją głowa, albo że już była na spacerze i teraz chce się położyć. To musi być coś wyjątkowego, żeby nie mogła odmówić.
Łatwo powiedzieć. Tak naprawdę Kalina mogła odrzucić każdą propozycję, bo miała świetną wymówkę. Była nieszczęśliwa, porzucona, a każdy psycholog powiedziałby jej, że ma prawo przeżywać to po swojemu.
Nagle Kira podniosła głowę i pstryknęła palcami.
- Wiesz co, to na pewno jest głupi pomysł, ale z głupich pomysłów czasem rodzą się dobre zakończenia. Właśnie na to wpadłam, kiedy powiedziałaś mi o psie. Pies!
- Ale co z nim? - zapytała zdziwiona Helena.
- Musimy kupić naszej mamie psa - szepnęła Kira, zerkając w stronę łazienki.
- O tak! - zawołała uradowana dziewczynka. - To jest najbardziej cudowny pomysł, na jaki mogłaś wpaść. Oczywiście, że musimy kupić psa. Dużego, włochatego psa, który będzie się mamą opiekował. Będzie lizał ją po buzi i wchodził jej na kolana.
- Może jednak niekoniecznie dużego, bo warunki mieszkaniowe mamy dość ograniczone, ale średniej wielkości piesek z całą pewnością będzie się tutaj dobrze czuł.
- Tylko że mama nigdy się na to nie zgodzi - zauważyła, całkiem słusznie, Helena.
- Oczywiście że nie, dlatego musimy zrobić wszystko, żeby uznała, że to jej pomysł.
- Ale jak? - zainteresowała się dziewczynka. Na jej twarzy malowały się coraz większe wypieki. Oczyma wyobraźni widziała już pewnie cudownego, puszystego czworonoga, leżącego na kanapie lub pod stołem, w oczekiwaniu, aż na podłogę spadnie mimochodem jakiś smakołyk.
- Daj mi szansę, a na pewno coś wymyślę. - Kira uniosła w górę kciuk.
Pomysł był beznadziejny i dlatego miał prawo się udać.