Sama Rozmowy o samotnym macierzyństwie. Rozmowy o samotnym macierzyństwie - Anita Sobczak

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ana­to­mia de­cy­zji

Pau­lina Fi­li­po­wicz

Dzien­ni­karka, re­dak­torka, współ­au­torka bloga "Nad czym się tu roz­wo­dzić - roz­mowy ma­tek po roz­sta­niach". Ma dwoje dzieci. Mieszka w War­sza­wie.

Ode­szła pani od ojca swo­ich dzieci. One miały wtedy trzy i sześć lat. Pod­jęła pani de­cy­zję nie tylko za sie­bie, ale rów­nież za swoje dzieci. Czy pa­mięta pani, kiedy pierw­szy raz po­my­ślała, że już dłu­żej w do­tych­cza­so­wym ukła­dzie nie może pani funk­cjo­no­wać?

Wcho­dzi­łam w ro­dzi­ciel­stwo z prze­ko­na­niem, że na­sza re­la­cja bę­dzie do­mem miesz­czą­cym i dzieci, i nas, że to my bę­dziemy pod­stawą wszyst­kiego. Szybko prze­ko­na­łam się, że je­ste­śmy tylko ro­dzi­cami, a nie parą, że nie umiemy roz­ma­wiać i dbać o sie­bie. Mie­rze­nie się z rze­czy­wi­sto­ścią z ma­łymi dziećmi ro­dziło w mo­jej gło­wie wiele py­tań. Nie mia­łam part­nera w po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi, nie miał mnie kto wy­słu­chać, choć czę­sto to wy­star­cza. Za­czę­łam się orien­to­wać, że je­stem bar­dzo sama.

Jak roz­kła­dam swoją de­cy­zję na czyn­niki pierw­sze, to wi­dzę, że naj­waż­niej­sze było uwol­nie­nie się od sa­mot­no­ści we dwoje - nie chcia­łam jej, ona mnie po­woli za­bi­jała i po­wo­do­wała, że dzień za dniem by­łam co­raz bar­dziej nie­szczę­śliwa. Uświa­do­mie­nie so­bie, że sa­mot­ność wno­siła do ży­cia osoba, z którą ży­łam, było jak pęk­nię­cie.

Co to zna­czy, że była pani sa­motna?

Bra­ko­wało mi zu­peł­nie ba­zo­wej kwe­stii - roz­mowy. Mój part­ner po pro­stu ze mną nie roz­ma­wiał. Oczy­wi­ście coś do sie­bie mó­wi­li­śmy, to nie był ci­chy dom, na­to­miast nie było żad­nej praw­dzi­wej roz­mowy. A ja po­trze­buję tego jak po­wie­trza. Bez niej czu­łam się nie­szczę­śliwa, w pew­nym sen­sie rów­nież uniesz­czę­śli­wia­łam tę drugą osobę. Do tego pod ko­niec na­szego związku oka­zało się, że mój part­ner ma pro­blem z uza­leż­nie­niem od al­ko­holu. I to była kro­pla, która prze­lała czarę go­ry­czy.

Nie wi­działa pani tego wcze­śniej?

Nie, przez lata tego nie wi­dzia­łam, a jak już uświa­do­mi­łam to so­bie, zro­zu­mia­łam, że to bu­du­lec na­szej sa­mot­no­ści. W ciągu ty­go­dnia do­świad­czy­łam sy­tu­acji, które mi po­ka­zały, czym bę­dzie moje ży­cie, je­śli z nim zo­stanę. Od na­słu­chi­wa­nia, jak otwiera ko­lejne piwo, kiedy już leżę w łóżku, po zna­le­zie­nie bu­telki scho­wa­nej na klatce scho­do­wej. To mnie prze­ra­ziło, nie chcia­łam tego ani dla sie­bie, ani dla mo­ich dzieci. By­łam w te­ra­pii, zna­łam swój rys, wie­dzia­łam, że dźwi­ga­nie czy­je­goś uza­leż­nie­nia bę­dzie w moim wy­da­niu współ­uza­leż­nie­niem. Wtedy po­sta­no­wi­łam, że się ura­tuję.

Za­trzy­majmy się na chwilę przy tym mo­men­cie. Usły­szała pani kie­dyś, że po­winna z nim zo­stać dla do­bra dzieci?

Ja w pew­nym mo­men­cie po­czu­łam - i w tym po­mo­gła mi te­ra­pia - że mu­szę się wy­ab­stra­ho­wać z mo­jego ma­cie­rzyń­stwa, żeby prze­żyć. Mój part­ner był czu­łym, opie­kuń­czym oj­cem, w miarę swo­ich moż­li­wo­ści za­an­ga­żo­wa­nym. Miał bar­dzo do­brą re­la­cję z dziećmi, zaj­mo­wał się nimi. Więc de­cy­zja o odej­ściu była trudna - wie­dzia­łam, że jest do­brym tatą, ale też wie­dzia­łam, że nie jest do­brym part­ne­rem dla mnie.

Z per­spek­tywy czasu wi­dzę, że przy­go­to­wy­wa­łam się do mo­mentu odej­ścia. Zga­dzam się z tezą, że ko­biety po­dej­mują de­cy­zję o roz­sta­niu znacz­nie przed tym, za­nim do niego de facto doj­dzie. Od­cho­dzimy po­woli, bez trza­ska­nia drzwiami, bez ner­wo­wych ru­chów. Po czę­ści wy­nika to pew­nie z od­po­wie­dzial­no­ści - za dzieci wła­śnie. To nie są im­pul­sywne de­cy­zje i moja de­cy­zja nie była im­pul­sem. To nie jest tak, że mi się coś od­wi­działo. Moja de­cy­zja wy­ni­kała z głę­bo­kiego po­czu­cia, że umrę, je­śli po­zo­stanę w tym związku. Po pro­stu zniknę, także dla mo­ich dzieci.

Po­my­ślała pani kie­dyś o tym, że to jest ego­izm?

Nie. My­ślę, że ra­to­wa­nie sie­bie ni­gdy nie jest ego­izmem. To jest ludz­kie. Nie wolno nam się nie ra­to­wać.

Im wię­cej czasu mija, tym wię­cej wi­dzę. Wyj­ście sie­dem lat temu ze związku po­zwo­liło mi doj­rzeć, do­ro­snąć, zo­ba­czyć, kim je­stem. W nie­ła­twych wa­run­kach. Bo by­cie po roz­sta­niu z dwójką ma­łych dzieci to nie są kom­for­towe wa­runki do roz­woju. Ale je­śli so­bie za­ufasz i przede wszyst­kim je­śli nie na­rzu­cisz so­bie kol­cza­stego, ra­nią­cego, po­twor­nego po­czu­cia winy, że ro­bisz coś prze­ciwko swoim dzie­ciom, to je­steś w sta­nie na­prawdę za­cząć wszystko od po­czątku, kon­struk­tyw­nie, rów­nież dla nich.

Jak to zro­bić? W tym wszyst­kim są dzieci, na któ­rych ży­ciu de­cy­zja o roz­sta­niu od­ci­ska się czę­sto dra­ma­tycz­nie. Tracą dom.

To prawda. Tracą dom. Nie można jed­nak nie za­dać py­ta­nia, jaki on był. Prze­cież nikt nie wy­cho­dzi ze swo­jego domu dla­tego, że jest mu tam do­brze. Nikt nie wy­wraca dzie­ciom ży­cia do góry no­gami z bła­hego po­wodu. Wiem, że dla dzieci to bar­dzo trudne, je­stem córką roz­wie­dzio­nych ro­dzi­ców. Mama była stale, a tata przy­jeż­dżał raz w ty­go­dniu i za­bie­rał nas na wa­ka­cje. I to była dla mnie sy­tu­acja nor­malna, co nie zna­czy, że nie fan­ta­zjo­wa­łam o peł­nym domu.

Gdy oka­zało się, że moje dzieci do­świad­czą po­dob­nej sy­tu­acji, że będę je mu­siała prze­pro­wa­dzić przez te trudne mo­menty po roz­sta­niu, by­łam przy­tło­czona. Chcia­łam zro­bić wszystko, żeby im to uła­twić. Kon­sul­to­wa­łam wszel­kie kroki z psy­cho­lo­giem dzie­cię­cym; je­stem dzien­ni­karką, ro­bi­łam wy­wiady o roz­sta­niach w kon­tek­ście dzieci. Szu­ka­łam po­mocy. Nie po­trze­bo­wa­łam po­twier­dze­nia, czy ro­bię do­brze. Ja to wie­dzia­łam. Chcia­łam tylko unik­nąć błę­dów. I tu się­gnę­łam do swo­jego do­świad­cze­nia dziecka ro­dzi­ców ży­ją­cych od­dziel­nie - wie­dzia­łam, że ja nie chcę być umę­czoną co­dzien­no­ścią matką i spro­wa­dzać ich ojca do roli wujka od faj­nych week­en­dów. Wła­śnie to by­łoby dla nich krzyw­dzące.

Za­pro­po­no­wała pani opiekę na­prze­mienną, pół na pół.

Pod­ję­łam de­cy­zję o tym, że w ja­kimś sen­sie je stracę. Zresztą ich oj­ciec też je w ja­kimś sen­sie stra­cił. Dziś to wi­dzę wy­raź­niej. Wtedy nie mia­łam tego peł­nej świa­do­mo­ści. Te po­czątki po roz­sta­niu były bar­dzo trudne - mu­sia­łam się wy­ry­czeć, wy­sprzą­tać dom, wszystko wy­prać - i do­słow­nie, i w prze­no­śni. Mu­sia­łam zo­ba­czyć, co się ze mną dzieje, spró­bo­wać się ja­koś po­skła­dać. Prze­pić mo­rze wina, wy­pła­kać mo­rze łez. To mo­ment, w któ­rym ni­gdy nie by­łam, nie wie­dzia­łam, co działa, co nie działa. Sie­dem lat póź­niej je­stem so­bie za tę de­cy­zję o odej­ściu bar­dzo, bar­dzo wdzięczna. Ta po­myłka w mi­ło­ści, ten nie­udany zwią­zek ma dwie kon­se­kwen­cje. Jedna jest piękna - i to jest dwójka dzieci. A druga jest taka, że nie mo­żemy się od sie­bie uwol­nić, póki są pod na­szą opieką.

Przy­go­to­wy­wa­łam się do roz­sta­nia nie tylko emo­cjo­nal­nie, ale - gdy już pod­ję­łam de­cy­zję - też or­ga­ni­za­cyj­nie. Żeby za­osz­czę­dzić dzie­ciom szoku, usta­li­li­śmy, że przez pe­wien czas dzie­ciaki będą się co­dzien­nie wi­działy z każ­dym z nas. Ich tata co­dzien­nie rano od­wo­ził je do przed­szkola, nie­za­leż­nie od tego, w któ­rym domu aku­rat były - miesz­ka­li­śmy od sie­bie w od­le­gło­ści 200 me­trów, więc to było ła­twe. By­li­śmy oby­dwoje prze­stra­szeni, we­szli­śmy na sa­mym po­czątku w bez­dy­sku­syjną ko­ope­ra­cję ro­dzi­ciel­ską. Bez pod­jaz­dów, bez wo­jen. Po pro­stu dzia­ła­li­śmy wspól­nie w ra­mach planu, tak żeby dzie­ciom było jak naj­ła­twiej.

Jak one na to za­re­ago­wały?

Nie były w złym sta­nie. Było prze­wi­dy­wal­nie, było wia­domo, kto, kiedy, za kogo jest od­po­wie­dzialny. I dzieci w to we­szły. Dziś my­ślę, że wtedy uru­cho­mił mi się ja­kiś me­cha­nizm obronny, żeby nie do­pusz­czać pew­nych my­śli do głowy. Nie my­śla­łam wtedy na przy­kład, że moja córka miała trzy lata, ona wła­ści­wie nie mó­wiła, a ja nie do końca mo­głam mieć pew­ność, co się z nią dzieje. A zda­rzało się, że jej tata dzwo­nił do mnie wie­czo­rem, że już usnęła, ale bar­dzo pła­kała, bo za mną tę­skni.

Co wtedy pani czuła?

To są mo­menty, kiedy ży­cie daje pię­ścią w twarz tak, że za­le­wasz się krwią. Sie­dzisz sama w po­koju i nie wiesz, co masz ze sobą zro­bić. Ta­kich mo­men­tów było mnó­stwo.

Jak so­bie z tym pani ra­dziła?

Po­go­dzi­łam się z tym, że to jest do­świad­cze­nie, przez które mu­szę przejść, że to jest mój ból, który mu­szę udźwi­gnąć. Bo moje dzieci so­bie osta­tecz­nie i tak po­ra­dzą. To do­świad­cze­nie ich nie za­bije, są bez­pieczne, my je bar­dzo ko­chamy, po­mo­żemy im przez to przejść. Więc te­raz to ja mu­szę so­bie po­ra­dzić z wła­snym bó­lem. Bo je­żeli ja się roz­trza­skam, to nie po­mogę moim dzie­ciom. I to był mój cel. Więc da­łam so­bie tyle prze­strzeni na hi­ste­rię, ile po­trze­bo­wa­łam, nie pa­mię­tam, ile to trwało. Ale tam był i strach, i my­śli, że może po­win­nam do niego wró­cić.

Jak sy­tu­acja się tro­chę uspo­kaja, a ty je­steś ze swoim by­łym part­ne­rem w ko­mi­ty­wie dla do­bra dzieci, to jest mo­ment, kiedy puka do cie­bie po­czu­cie winy i mówi: słu­chaj, ale wła­ści­wie to zo­bacz, do­ga­du­je­cie się prze­cież, to może prze­stań. A ta­kie my­śli czy na­wet próby zej­ścia się są ob­cią­ża­jące. Bo kiedy po­dej­mu­jesz de­cy­zję o roz­sta­niu, to zwy­kle ona jest już w to­bie zbu­do­wana. Tylko po­tem ogar­nia cię strach, który cię wy­wraca i każe ci się cof­nąć o trzy kroki, ale osta­tecz­nie znowu do­cho­dzisz do tego sa­mego miej­sca.

Mó­wi­łam już o tym - przy­go­to­wy­wa­łam się do roz­sta­nia. Nie­świa­do­mie, ale i świa­do­mie. Kiedy już wie­dzia­łam, że to zro­bię, tylko po­trze­buję jesz­cze odro­biny czasu na pod­ję­cie de­cy­zji, we­szłam w in­ten­sywny pro­ces te­ra­pii. Naj­pierw za­dba­łam o sie­bie, wie­dzia­łam, że roz­sta­nie bę­dzie trudne, wie­dzia­łam, że będę po­trze­bo­wać ogromu siły, bo to ja po­dej­muję de­cy­zję. Spo­dzie­wa­łam się, że druga strona może być za­sko­czona, przez co bar­dziej roz­sy­pana niż ja. W kon­tek­ście jego na­łogu bar­dzo się tego ba­łam.

Zy­ski­wała pani pew­ność, że chce odejść, przez ko­lejne ty­go­dnie. Aż wresz­cie na­stą­pił mo­ment, w któ­rym po­czuła się pani go­towa. Kiedy się to dzieje? Ja­kie to są emo­cje? Co się z pa­nią dzieje? Co się dzieje z dziećmi?

To było już kilka lat temu, te dni się we mnie za­tarły. Od nie­dawna po­zwa­lam so­bie na za­po­mi­na­nie tam­tego czasu. Ale oczy­wi­ście pa­mię­tam ten mo­ment, kiedy mó­wimy dzie­ciom, że nie bę­dziemy już ra­zem miesz­kać i że świat, który znają, wła­śnie prze­staje ist­nieć. Moje dzieci twier­dzą, że też pa­mię­tają tę roz­mowę. Uło­żyły ją so­bie już w ja­kieś wspo­mnie­nie, bo cią­gle opo­wia­dają ją tymi sa­mymi zda­niami. To było bar­dzo trudne. Zgod­nie z radą psy­cho­lożki dzie­cię­cej szli­śmy w tej roz­mo­wie za dziećmi. Udało nam się ich nie prze­stra­szyć ani nad­mier­nie nie ob­cią­żyć. I one nas po­pro­wa­dziły w nie­ocze­ki­wa­nym kie­runku. To było bar­dzo dzie­cięce i spon­ta­niczne i po­zwo­liło nam nie umrzeć w tej kuchni - na­sze dzieci po pro­stu chciały zo­ba­czyć swój nowy po­kój w dru­gim miesz­ka­niu. I po­szły tam z tatą. Same pod­jęły de­cy­zję, że ja tam już nie idę.

Choć plan był inny, nie wró­ciły tego wie­czoru do mnie. Chciały zo­stać u taty, miały tam pię­trowe łóżko.

A pani? Jak się pani po tym wszyst­kim czuła?

Po­czu­łam ogromną ulgę, że tak się to wszystko uło­żyło. I że dzieci po­zwo­liły nam przez ten mo­ment po pro­stu przejść. Na­to­miast wie­dzia­łam, że to nie ko­niec, że ma­łym dzie­ciom czę­sto trud­niej jest póź­niej. Kiedy ani nowy po­kój, ani nowa or­ga­ni­za­cja ży­cia nie są już atrak­cyjne. Kiedy to za­czyna być mę­czące, kiedy po­ja­wia się tę­sk­nota za tym, co było; ocze­ki­wa­nie, żeby mieć ro­dzi­ców w jed­nym domu. U mo­jej córki bunt po­ja­wił się kilka lat póź­niej. Syn, w mo­men­cie roz­sta­nia sze­ścio­la­tek, trzy mie­siące póź­niej za­czął pła­kać; py­tał, dla­czego tak się stało, czy nie mo­żemy tego zmie­nić.

To było trudne?

Mia­łam wtedy serce za­wią­zane na su­pe­łek. By­łam wo­bec niego bez­względ­nie uczciwa. Mó­wi­łam: nie, synku, to się już ni­gdy nie zmieni. Ni­gdy nie wrócę do taty i ni­gdy nie bę­dziemy miesz­kać ra­zem.

Py­ta­łam sama sie­bie, czy ja mogę mó­wić moim dzie­ciom ta­kie rze­czy. Czu­łam, że je­stem uczciwa, że nie chcę syna skrzyw­dzić, że nie chcę mu ro­bić jesz­cze więk­szego cha­osu w ży­ciu. Więc uzna­łam, że moją od­po­wie­dzial­no­ścią jest zmie­rze­nie się z jego bó­lem. I nie mogę roz­paść się tylko dla­tego, że moje dziecko za­daje py­ta­nia.

Przy dzie­ciach nie po­zwa­la­łam so­bie na trudne emo­cje. One ze mnie wy­pły­wały, gdy dzieci były u taty. Wtedy mia­łam prze­strzeń na roz­pacz - krzy­cza­łam jak dzi­kie zwie­rzę; nie mia­łam siły wstać z łóżka, nie ja­dłam. By­łam wo­bec sie­bie okrutna.

Kiedy dzieci wra­cały do domu, ba­łam się, że stracę nad sobą kon­trolę. Wtedy od­czu­łam brak ich ojca, dru­giej do­ro­słej osoby do opieki. Gdy je­steś sama z dziećmi, to ist­nieje ry­zyko, że nikt cię nie za­trzyma, że za­re­agu­jesz nad­mia­rowo i nikt nie przy­woła cię do po­rządku. A nie by­łam w do­brej for­mie. Mu­sia­łam prze­sta­wiać so­bie głowę na czas, kiedy dzieci ze mną były, oraz na te chwile, kiedy by­łam sama.

Dzia­łała pani w dwóch try­bach - przy dzie­ciach zbie­rała pani wszyst­kie siły i za­soby; gdy zni­kały, po­zwa­lała so­bie pani po­grą­żać się w roz­pa­czy. To mu­siało być emo­cjo­nal­nie wy­czer­pu­jące, taka prze­ry­wana ża­łoba.

Nie­rzadko przej­ście z jed­nego stanu w drugi trwało tyle, ile moje dzieci szły po scho­dach do miesz­ka­nia. Dzwo­nił do­mo­fon i wie­dzia­łam, że mam kilka chwil na ogar­nię­cie się. Ich po­ja­wie­nie się wy­ma­gało wej­ścia w skraj­nie inną sy­tu­ację. Ry­czysz, a na­gle mu­sisz uśmiech­nięta ba­wić się w berka. Ale ich po­wrót po­zwa­lał też wy­do­stać się z roz­pacz­li­wej pustki, wraz z dziećmi przy­cho­dziła mi­łość. I to było ko­jące.

Mówi to pani to z per­spek­tywy osoby, która pod­jęła de­cy­zję o roz­sta­niu. Emo­cje dru­giej strony mo­gły być jesz­cze trud­niej­sze. Czuła się pani od­po­wie­dzialna za to, jak dzieci czują się u taty?

Nie, to był ich tata, były z nim tak samo bez­pieczne jak ze mną.

Od sied­miu lat dzia­ła­cie w opiece na­prze­mien­nej.

Pro­szę po­słu­chać, jak to brzmi.

Na prze­mian, czyli każdy po swo­jemu, nie ra­zem.

Też to tak czuję. Ja do­staję torbę z rze­czami mo­ich dzieci. Nie do­staję in­for­ma­cji, z czym wra­cają, tracę je z oczu na ty­dzień; chcia­ła­bym wie­dzieć, co się działo, z ja­kimi emo­cjami się mie­rzyły w tym cza­sie, z czego one wy­ni­kają. Sporo czasu zaj­muje nam do­tar­cie do tych wszyst­kich in­for­ma­cji, a one za chwilę znowu zni­kają. To bar­dzo mę­czące. Nie­dawno dzieci były u mnie przez dwa ty­go­dnie, ich tata nie był w sta­nie się nimi zaj­mo­wać. Spę­dzi­li­śmy ten czas bez po­śpie­chu, nie mu­sia­łam wszyst­kiego zmie­ścić w ciągu sied­miu dni.

Chcę im dużo dać, ale nie da się upchnąć wszyst­kiego w ty­dzień. Mam wra­że­nie, że i ja, i dzieci czę­sto czu­jemy, że ze sobą by­wamy, a nie, że ze sobą je­ste­śmy. To bar­dzo stre­su­jące. Mu­sisz szyb­ciej roz­strzy­gać kon­flikty, mu­sisz szyb­ciej prze­pro­sić, szyb­ciej coś za­ob­ser­wo­wać. Mam ta­kie po­czu­cie, że nie je­stem matką, tylko że je­stem matką na ty­dzień. Ja ten czas bez nich oczy­wi­ście po­tra­fię wy­ko­rzy­stać, za­jąć się sobą. Ale nie mam pew­no­ści, jak oni się w tym bu­dują jako lu­dzie, kim się staną. Czuję, że coś tra­cimy. Po sied­miu la­tach je­stem tą formą opieki bar­dzo zmę­czona.

Nie da­li­śmy rady z oj­cem mo­ich dzieci zbu­do­wać po roz­sta­niu do­brej ro­dzi­ciel­skiej re­la­cji, która jest nie­odzowna, żeby tę opiekę spra­wo­wać efek­tyw­nie. Brak współ­pracy, by­cie non stop w ja­kimś kon­flik­cie po­wo­duje, że tra­cimy czas na rze­czy nie­istotne, a nie zaj­mu­jemy się tymi waż­nymi. Coś ze spraw na­szych dzieci, z ich punktu wi­dze­nia waż­nych rze­czy, nam ucieka. Je­stem o tym prze­ko­nana.

Czy to jest ten mo­ment, w któ­rym pu­kają wy­rzuty su­mie­nia?

Tu nie ma miej­sca na wy­rzuty su­mie­nia, tylko na mi­łość. W tych prze­dziw­nych wa­run­kach bu­duję z dziećmi taką re­la­cję, że mo­żemy po­roz­ma­wiać o wszyst­kim. Po­zo­sta­jąc w uczci­wo­ści z nimi, cią­gle szu­kam w so­bie de­li­kat­no­ści. I uczę się, że by­cie matką to nie mo­no­log. Tylko by­cie w dia­logu z nimi po­wo­duje, że czuję się do­brą matką. Na­wet je­żeli cza­sami jest ner­wowo, je­śli cza­sem krzyknę, to moje dzieci ni­gdy nie zni­kają mi z pola wi­dze­nia. W tym wszyst­kim te co­ty­go­dniowe roz­łąki by­wają cięż­kie.