Sami Swoi: trylogia - Andrzej Mularczyk

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (34,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8

To, co kiedyś staje się treścią ballad czy legend, w chwili gdy się dzieje, śmierdzi zazwyczaj przaśną codziennością.

Wnętrze towarowego wagonu, którym tłukła się w nieznane rodzina Pawlaków, przypominało stajenkę betlejemską. Po jednej stronie stała kobyła ze smętnie zwieszoną głową, po drugiej w koszu wiklinowym gnieździły się trzy kury, a na pryczy Witolda i Kaźmierza tkwił przywiązany za nogę kogut. Babcia Leonia podsypywała kurom ziarna, licząc, że odwzajemnią się jej jajkami. Kogut, jakby zgłupiał w trakcie tej nie kończącej się drogi na zachód, piał o niezwykłych porach, najczęściej w środku nocy, gdy pociąg stawał w polu na długie godziny. Na żelaznym łóżku w kącie wagonu ciężko wzdychała Marynia, trzymając na kopule ciężarnego brzucha złożone dłonie, jakby chciała ochronić szykującego się na ten powojenny świat kolejnego przedstawiciela rodziny Pawlaków od wszelakiego niebezpieczeństwa. Spoglądała często na przeciwległą ścianę, gdzie Kaźmierz umieścił nad żłobem kobyły poczerniały oleodruk ze Świętą Rodziną: jeśli pan Jezus mógł się urodzić w stajence - pocieszała się Marynia - to czyż ona ma prawo się skarżyć, jeśli przyjdzie jej rodzić w towarowym wagonie? Wydawało się, że spędzą w tym transporcie więcej czasu, niż Noe musiał przetrwać w swojej arce. Na nowej granicy stali trzy dni i trzy noce. Radzieccy żołnierze trzy razy dziennie obchodzili wagony, sprawdzając, czy się zgadza liczba ludzi i inwentarza, a ponieważ wciąż im się z wykazami nie zgadzało, maszyniści wygasili ogień pod kotłem lokomotywy. Wykazy zgodziły się momentalnie, gdy każda rodzina dostarczyła dostateczną ilość spirytusu. Nie dojechali zbyt daleko, gdy znów dwa dni zatrzymano ich transport na bocznicy; tym razem była to decyzja naczelnika leżącej przed Sanokiem stacji: kara za to, że przesiedleńcy z transportu oberwali mu jabłka w sadzie i ukradli kury. Staliby tak może i do zimy, gdyby nie zebrali z każdego wagonu po dwie kury i nie dostarczyli tego gdaczącego okupu żonie naczelnika. Po drodze nasłuchali się od kolejarzy różnych opowieści o tym, co dzieje się na Ziemiach Odzyskanych: gwałcą, piją i rabują! Kolejarze, posmakowawszy zabużańskiego bimbru, śpiewali chórem posłyszaną na zachodnich rubieżach balladę o szabrownikach:

"Na dzikim zachodzie

Wszelkie są cuda

Dziewczynki na co dzień

Wór złota i wóda".

Tak, spirytus był wtedy czymś w rodzaju pieniądza. Kiedy zaczęło brakować siana dla wiezionych krów i koni, prosili maszynistów, by stawali przy łanach koniczyny, przy nie skoszonych łąkach. Wystarczyło obiecać litr spirytusu dla maszynisty i pół dla jego pomocnika, by pociąg stawał wśród pól. Z wagonów wysypywali się przesiedleńcy z kosami i sierpami w rękach. Pociąg buchał parą, flagi na wagonach zwisały smętnie, a oni kosili to, czego sami nie zasiali. Na trzykrotny gwizd lokomotywy taskali koniczynę do wagonów. I tak płynęli w tej arce na szynach przez bezmierny ocean nie skoszonych pól. Im bardziej zbliżali się ku zachodowi, tym bardziej ten świat stawał się im obcy. Zniknęły z zasięgu wzroku swojskie strzechy, na ich miejsce pojawiły się czerwone dachówki poniemieckich wsi o obcych nazwach. Kaźmierz robił się coraz bardziej milczący, spirtu coraz mniej, paszy dla kobyły mniej i nadziei mniej, że gdzieś uda się spotkać swojaków.

Byli skazani tylko na siebie. Cała wieś wyjechała już wcześniej, ale dokąd - tego nikt nie wiedział. Nawet Polski Urząd Repatriacyjny nie miał pojęcia, gdzie skierowano pociągi z mieszkańcami wsi Krużewniki...

Każde stuknięcie szyn oddalało ich od ojcowizny. W rytm kół pociągu babcia Leonia zasuszonymi wargami szeptała różaniec - dziesięć razy po piętnaście tajemnic. Łokcie oparte miała na owym woreczku z ziemią. Marynia pilnowała worka z kaszą, Kaźmierz zaś worka z sucharami, którymi ukradkiem podkarmiał kobyłę.

Kaźmierz, widząc, jak kobyła wyciera chrapami pusty żłób, westchnął ciężko: jak zaczynać gdzieś nowe życie, jeśli koń padnie? I gdzie je zaczynać, skoro wszystko tu nie takie, jak w okolicy Krużewników? Wszystkie nazwy obce. Obcy ludzie patrzyli na nich z peronów mijanych stacyjek. Z początku Kaźmierz nie mógł pojąć, dlaczego ci ludzie, siedzący na wyładowanych walizach, są tak dziwnie ubrani: mimo sierpniowego upału mężczyźni mieli na sobie zimowe palta z bobrowymi kołnierzami, a kobietom często zwisały z szyi lisy. Kierownik transportu wyjaśnił mu, że to Niemcy, których też czeka droga na zachód, za Odrę i Łabę...

- Dlaczego ich wywożą? - spytał ojca Witia, przyglądając się ciekawie traktorowi, z którego jakaś niemiecka rodzina wyładowywała na peron swoje bagaże.

- Bo wojnę przegrali - rzucił Kaźmierz w odpowiedzi.

- Myśmy wygrali i też musieliśmy oddać swoje - stwierdził rzeczowo Witia, nie mogąc się pogodzić z dziwną logiką historii. - Tata, a my kiedyś wrócimy na swoje?

- Ty oczadział?! Mało ci było tej wojny?! - ofuknął syna Kaźmierz i nasunął na oczy daszek maciejówki. - Ty lepiej patrz, gdzie tu wreszcie nogę na ten ląd postawić...

Witia godzinami patrzył ciekawie na przesuwające się pejzaże. Nie widział dotąd strzelistych konstrukcji linii wysokiego napięcia, które biegły przez pola od horyzontu do horyzontu. Nie spotkał dotąd elewatorów zbożowych, które wyrastały wśród oceanu przejrzystego, sierpniowego zboża. Sylabizował pod nosem teksty niemieckich szyldów, o jakie zahaczył okiem w trakcie przejazdu przez miasteczka. Z okien niektórych domów zwisały smętnie białe szmaty. Tak Niemcy manifestowali gotowość poddania się. Wojna już się skończyła, a szmaty jeszcze gdzieniegdzie wisiały.

- O, jest polska flaga - Witia pokazywał widoczny na skraju miasteczka dom, ozdobiony biało-czerwoną flagą.

- Znaczy, że zajęty - stwierdził Kaźmierz.

- To może nam tu wysiąść? - zajęczała ze swego żelaznego łóżka Marynia. - Może by w sąsiedztwie osiąść?

- A kto jego wie, czy to nie pierekiniec jakiś? - Kaźmierz gładził za uszami kobyłę. - Może on być od Poznania czy od Łodzi i co? Chcesz ty za sąsiada cudzego mieć?!

- Zawsze to Polak - wystękała Marynia. - Taż pokąd nam tak jechać i jechać?

- Tata - obejrzał się przez ramię Witia, słysząc jęk matki. - Ile Noe był na wodzie ze swoją arką?

- Krócej jak my - zdecydowanie odpowiedział Kaźmierz, z niepokojem zerkając na brzemienną żonę. - Ale wtenczas kolei żelaznej żaden czort jeszcze nie wymyślił.

- A gdzie się ta kolej kończy?

- Jak już szyn zabraknie.

Witia westchnął, bo wydało mu się, że szyn nigdy nie zabraknie i będą tak płynąć w tej drewnianej skrzyni na kołach przez bezmiar wysuszonych zbóż. Żyto było ku ziemi przygięte, sypiąc wysuszonym ziarnem, i Witia pomyślał sobie, że gdyby tak jego dziadek Kacper zobaczył to marnotrawstwo, to by chyba drugi raz z samego smutku umarł.

Wokół była pustka, jakby Pan Bóg zwołał wszystkich ludzi na Sąd Ostateczny i zapomniał tylko o tych z pociągu. Nic więc dziwnego, że kiedy Witia dostrzegł na polnej drodze człowieka na rowerze, krzyknął. - "O, człowiek! Człowiek!" -jak marynarz ze statku Kolumba krzyknął: "Ziemia, ziemia!"

Kaźmierz oderwał się od czyszczenia zgrzebłem kobyły i stanął obok syna w drzwiach wagonu.

- Gdzie? - Widząc jadącego na rowerze mężczyznę machnął lekceważąco ręką. - Eee, gdzie tam człowiek. Pewnie tutejszy. Nasze na tym cudactwie nie umieją jeździć.

Z głębi wagonu dobiegł jęk Maryni. Witia przysunął się do ojca.

- Tato, a zdążymy wysiąść, zanim nas przybędzie?

- Ot, dureń kostropaty - zeźliła Kazimierza dociekliwość syna. - Żeb' my zdążyli wysiąść, zanim ziarna dla kobyły zabraknie!

- Skąd tu święconej wody wziąć, żeb' pogaństwa w narodzie nie było - babcia Leonia nie wypuszczając z palców różańca patrzyła z troską na wykrzywioną bólem twarz synowej.

Kaźmierz jednak bardziej był przejęty brakiem paszy niż święconej wody. Zajrzał ukradkiem do wora z sianem i wytrzepął z niego garsteczkę śmiecia. Sięgnął do wora i podsunął klaczce na dłoni suchara.

- Kaźmierz, sam jedz - jękliwie napomniała go Marynia.

- Musi siłę mieć. Robota czeka. Taż wojna skończywszy sia, czas orać.

- Na czyjej ty ziemi siać chcesz? - martwiła się Marynia. - Czy ty takim chlebem aby nie udławisz sia?

Kaźmierz wzruszył tylko ramionami, jakby dając tym do zrozumienia, że nie on odpowiada za wyroki historii. Babcia Leonia przysłuchiwała się tej wymianie zdań. Wzniosła oczy do nieba, a z jej bezzębnych ust wyrwało się westchnienie:

- Aj, człowiecze, na coś ty się na ten świat narodził, jak on dla ciebie za wielki? Taż mnie udało sia życie przeżyć, ani razu koleją nie jechawszy. Gdzie mnie teraz tak badziać sia...

- Oj, mamo, na co te teremedie... - zniecierpliwił się Kaźmierz, niczym kapitan okrętu, którego załoga zaczyna się buntować. - Taż nie ja to wymyślił, tylko Stalin z Rooseveltem...

- Trzeba mi było Kacpra się trzymać i w tamtej ziemi zostać - Leonia patrzyła w prostokąt obcego nieba, widoczny w drzwiach wagonu. - A teraz gdzie my się z nim najdziem, jak tu i niebo inne?

- Tu i tak raj dla nas - mruknął Kaźmierz, szukając jakiegoś pocieszenia dla matki. - Bo za miedzą tego łapciucha Kargula nie będzie! Przez to jedno wojna dla nas wygrana! A po tej wędrówce ludów wszyscy my i tak na najlepsze niebo zasłużyli.

Chciał pocieszyć rodzinę, jakąś nadzieję na życie doczesne i wieczne w niej obudzić, ale Marynia tylko jedno miała w głowie: żeby w "tiepłuszce" nie rodzić, bo to ani dom, ani stajnia, choć żłóbek był, bo kobyła żreć musiała.

- Ot tobie na! - sarknął Kaźmierz - A o stajence w Betlejem słyszała?

Nim Marynia zdążyła odpowiedzieć, pierwszy wyrwał się Witia, - Nad Betlejem inna gwiazda świeciła, nie ta czerwona, pięcioramienna.

- I trzej królowie nie zajdą, co najwyżej milicjanty po spirt - poparła Witię matka.

Wyciągnęła rękę do męża, przyzywając go do swego posłania. Przysiadł Kaźmierz na sienniku, a wówczas usłyszał szept Maryni, który brzmiał jak ostatnia wola:

- Kaźmierz, taż musi być koniec tej mitręgi. Tam ziemia nasza, gdzie cień nasz padnie. Jak tylko pociąg stanie - odczepiamy.

- Aj, Mania, taż jak nam tu żyć, jak wokoło wszystko po niemiecku napisane?

I wtedy właśnie coś szarpnęło wagonem, aż się Kaźmierz o sterczący brzuch Maryni zaparł. Pociąg stanął wśród bezmiaru pól. Parowóz buchał parą. Kaźmierz wyskoczył z wagonu. W przekrzywionej maciejówce z pękniętym daszkiem, w kraciastej kamizeli i wpuszczonych w pomarszczone cholewy cajgowych portkach wkroczył w sucho szeleszczący łan zboża. Przejrzałe kłosy, wysypawszy ziarno, zwisły smętnie ku ziemi. Oset wysoki jak pszenica, siał biały puch prosto w jego twarz. Westchnął Kaźmierz nad zmarnowanym chlebem. Popatrzył na wagony, przystrojone biało-czerwonymi flagami, popstrzone wapnem wymalowanymi napisami, sławiącymi powrót Polski na prastare ziemie słowiańskie. Nie wiedział, ani gdzie jest, ani dokąd właściwie chce dotrzeć. I wtedy nagle usłyszał krzyk syna.

- Są nasi! Tato! Nasi są!!

Witia wdrapał się na dach budki ostatniego wagonu niczym na maszt okrętu i stał tam, wskazując coś ręką. Kaźmierz jak podcięty batem przeskoczył rów i wdrapał się po żelaznych schodkach, wytykając głowę ponad budkę. Przysłonił oczy daszkiem maciejówki, bo słońce wisiało już nisko. Zobaczył tuż za łanem zboża trzy krowy na łące. Tam właśnie Witia wbił wytrzeszczone oczy i darł się, że widzi swoich.

- Ot, pomorek - Kaźmierz trzepnął syna po łbie. - Taż to bydło zwykłe.

- Mówię wam, tato, że swoi!

- Ty zbiesiał sia czy jak?!

- Widzicie tę łaciatą, co ma pół rogu obłamane? - Witia aż trząsł się z podniecienia, wskazując krowę, co się odbiła trochę od trzech pozostałych i skubała trawę przy rosochatej wierzbie.

- Ano krowa jak krowa.

- To swojskie krowy, tatko - Witia aż zapiał przejęty odkryciem. - Takich drugich nigdzie na świecie nie ma, tylko w Krużewnikach. Ta z obłamanym rogiem to "Mućka" Kargulowa. Kargule tu są!!

- Ten bandyta?! - zaskoczony Kaźmierz zareagował odruchowo, lecz nagle na jego twarzy zagościł wyraz ulgi.- Aj, Bożeńciu, taż znaczy sia, znaleźli my swoje miejsce na ziemi - omal nie zleciał z żelaznej drabinki, bo pociąg w tej samej chwili szarpnął i zaczął się toczyć w nieznane. - Stóóój! Stóójjj!! - machał zerwaną z głowy czapką. - Odczepiamy!!

4

Ostatnia wielka w życiu podróż to nieunikniony powrót do czasów dzieciństwa. Nie jedziesz, by spotkać nowych ludzi, odkryć nowe pejzaże: jedziesz, by spotkać się z sobą samym - takim, jakim pamiętają cię bliscy z tamtych dziecinnych lat.

Stoi na zalanym słońcem peronie, patrząc w ślad za oddalającym się ostatnim wagonem. Rozgrzane upałem szyny wydają się falować w powietrzu. Rozgląda się naokoło: czerwony, schludny budyneczek stacyjki Rudniki zupełnie mu nie przypomina stacji w Trembowli. Wokół żywopłot bzów, dalej szare dachy wsi. Więc tu jechał na spotkanie swojej młodości. Przebył morza, by załatwić ostatnią ważną sprawę życia. A tą sprawą nie jest bynajmniej chrzest wnuczki jego brata...

Stoi obok stosu bagaży, złożonych na końcu peronu. Na głowie ma słomkowy kapelusz z barwną wstążką. Twarz sucha, wygolona, pod grdyką muszka na gumce. Kraciasta marynarka z płótna gryzie się z fioletowymi spodniami, ale najbardziej rzucają się w oczy jego sztuczne szczęki, które odsłania w szerokim uśmiechu na widok wbiegającej na peron grupy.

Kaźmierz, ujrzawszy samotną postać na peronie, przysłania oczy dłonią i sapie, zmęczony po biegu:

- Oj, chiba że to on.

Chce ruszyć ku przyjezdnemu, ale słyszy za plecami szept Maryni:

- Kaźmierz, nogawki...

Podwinięte nad kostki nogawki jeszcze bardziej skracają postać Pawlaka. Przykryty kapeluszem przypomina teraz wyglądający z mchu grzyb. Nie spuszczając oczu z uśmiechającego się niepewnie mężczyzny, odwija nogawki, podskakując na jednej nodze, wierzchem dłoni ociera pot cieknący po skroniach spod kapelusza i rusza powoli ku przybyszowi. Za nim tyralierą posuwa się reszta delegacji. Na dwa kroki przed przyjezdnym zatrzymuje się. Patrzy na brata, a twarz mu drga, jakby walczył ze sobą, czy ma się śmiać z radości, czy też z radości płakać.

I tak oto stoi naprzeciw siebie dwóch Pawlaków.

Jeden jest stąd, a drugi stamtąd.

Jeden jest Kaźmierz - a drugi John.

Pierwszy wyszedł witać drugiego i nie wie o tym, że ten drugi właściwie przyjechał się żegnać.

Przyjezdny uchyla konwencjonalnym gestem słomkowego kapelusza, odsłaniając na moment opaloną łysinę.

- Jestem John Pawlak - mówi twardą, obco brzmiącą polszczyzną. - Czy ty mój brat?

- Tak, to ja - rzuca w odpowiedzi Kaźmierz, a choć stara się być spokojny, to broda mu drży, a grdyka w obręczy kołnierzyka wędruje w górę i w dół. Stoją tak przez chwilę, jakby rozdzielała ich jakaś niewidoczna bariera. Patrzą na siebie z odległości kilku metrów, jakby każdy z nich chciał się najpierw oswoić z tym, że żaden nie odpowiada obrazowi, jaki każdy z nich stworzył w swojej wyobraźni. Widzieli się ostatni raz, kiedy jeszcze wszystko było przed nimi. Kiedy Marynia nie była żoną Kaźmierza, a Jaśko nie marzył nawet, że będzie miał kiedyś plastikowe zęby, piękniejsze niż prawdziwe. Może to te nieskazitelnie białe zęby onieśmieliły z początku Kaźmierza? Może ten słomkowy kapelusz, jaki przed wojną nosił notariusz w Trembowli? Albo ten aparat fotograficzny na szyi? Kaźmierz pierwszy nie wytrzymuje konwencji oficjalnego powitania i rzuca się w ramiona wyższego od siebie brata.

- Oj, Jaśku, wreszcie jesteś! - prawie szlocha, wbity twarzą w obojczyk starszego brata. Zwierają się w kurczowym uścisku. Kaźmierz nie zwraca uwagi, że swymi ubabranymi w bagnistej łące butami włazi na białe pantofle Amerykańca i depcze po nich, jakby to były szczeble drabiny.

Marynia trzyma przy oczach chusteczkę; Pawełek przytomnym okiem lustruje bagaże nieznanego stryja; w drugim szeregu ramię w ramię stoją Jadźka i Witold, razem podtrzymując becik z córeczką.

- A gdzie Mania? - pyta Jaśko i wówczas Kaźmierz przyciąga żonę za rękę.

- Nie poznał? No coż ty zrobisz, troszku ona podupadła...

- Poznał, poznał - Jaśko całuje teraz bratową, a już w kolejce do powitania czeka Witold. Kaźmierz wypycha go do przodu.

- To Witia, co w rok po twojej emigracji na świat przyszedł. A to Pawełek. On już tu chrzczony. A to wnuczka moja, Ania - odbiera z rąk Jadźki becik z Anią, która właśnie otworzyła niebieskie oczka, i pokazuje ją bratu. - Cacusiany szprync. Prosto cud!

Jaśko wciska swój paluch w rączynę niemowlaka i w szerokim uśmiechu odsłania swój garnitur sztucznych zębów. Mała reaguje tak, jakby nad nią kłapnęła paszcza krokodyla, i zanosi się rozpaczliwym łkaniem. Kaźmierz oddaje becik Witoldowi, równocześnie przypominając mu kuksańcem, co miał w chwili uroczystego powitania powiedzieć od siebie.

- Dziękuję stryjowi, że zgodził się być dla mojej Ani ojcem chrzestnym. Specjalnie na przyjazd stryja tyle miesięcy my z chrztem czekali.

- A gdzie matka małej? - pada pytanie Jaśka. Kaźmierz, jak sprawny dyrygent, gestem daje znać Jadźce, że teraz nadeszła kolej na jej solówkę. Jadźka niepewnie wyciąga rękę, niepewnie się uśmiecha, niepewnie zerka na Kaźmierza, jak na dyrygenta. Kaźmierz patrzy czujnie na tę scenę, bo Jaśko zmarszczył brwi i przez chwilę patrzy na twarz Jadźki, jakby usiłując w niej odczytać czyjeś znane sobie rysy. Jadźka teraz nerwowo zerka w stronę męża. Co robić, jeśli gość spyta, czyja ona z domu? Witold przenosi spojrzenie na ojca. Kaźmierz w napięciu przestępuje z nogi na nogę, jakby deptał kapustę w beczce. Czy aby już w tej chwili karty nie zostaną odkryte?

- A ona skąd? - pyta Jaśko, nie przestając wpatrywać się bacznie w twarz Jadźki. - Czyja?

- Po sąsiedzku - rzuca szybko Kaźmierz, jakby w obawie, żeby ktoś przed nim nie zdążył się wyrwać z jakimś niepotrzebnym słowem. - Też zza Buga. Swojaczka!

- I see - mruknął Jaśko i uspokojony tym wyjaśnieniem, przyciąga Jadźkę do piersi, okraszając ten serdeczny gest kolejną prezentacją plastykowych zębów.

Ceremonię powitania można było uznać za dopełnioną. Kaźmierz poleca Pawłowi i Witii zabrać bagaże gościa. Kiedy wychodzą przed stacyjkę, właśnie z jękiem klaksonu zajeżdża dychawiczna taksówka "warszawiaka". Budzyński wyskakuje zza kierownicy. Na powitanie Amerykańca zdjął nawet beret i zapraszającym gestem wskazuje otwarte drzwi taksówki.

John omiata wzrokiem samochód, jakby z niego chciał wyczytać życiowy standard brata.

- Ja mam w Chicago wielką karę.

- A co ty narobił, że ci taką karę dali?! - niepokoi się Kaźmierz.

- Kara to po naszemu... auto - wyjaśnia John, obchodząc wołgę. - U nas na raty można wziąć.

-Ja by takiego nawet darmo nie wziął - Kaźmierz odsuwa z drogi kierowcę, który już chce upychać Johna w samochodzie.

- Pomieścimy się - zapewnia Budzyński. Za wszelką cenę pragnie się zrehabilitować.

- A po jaką zarazę mamy ryzykować - Kaźmierz gromi spojrzeniem Budzyńskiego. - Ot, ruski chłam! Stanął czort na drodze i przez to my na czas nie dali rady przykołdybać sia. Żeb' to był amerykański samochód, to on by nie zbiesił sia...

Kaźmierz nigdy nie tracił okazji by wyrazić dezaprobatę wszystkiemu, co pochodziło ze Związku Radzieckiego.

- Można spokojnie siadać - zapewnia Budzyński, żebrząc nieomal przyjezdnego o danie mu szansy.

John rozgląda się naokoło, jakby próbując ustalić, skąd słońce wstaje i gdzie zachodzi. W oślepiającym blasku słońca wśród zieleni sadów widać czerwone i szare dachy stodół, domów, budynków.

- Daleko tu do was - stwierdza John.

- W tamte strone dalej ty miał.

- Why? - gość nie zrozumiał aluzji. - Czego dalej?

- Bo od domu.

- Każdy ma tam swój dom, gdzie wraca.

- A ty myślisz, Jaśku, że jakby ja mógł, to ja by do naszej chaty nie wrócił? Taż w jednej chwili. Na kolanach! Ale coż ty zrobisz, człowiecze, jak tobie los aby bilet w jedną stronę dał?

Wszyscy, stojąc kołem, przysłuchują się tej pierwszej wymianie zdań. W pewnej chwili Jaśko smętnie kiwa głową, zagarnia ramieniem Kaźmierza i ku widocznej rozpaczy "warszawiaka" rusza w stronę wsi.

- My iść. Zobaczymy, na co ty zamienił nasze Kruszewniki.

- Krużewniki - poprawia go swoim śpiewnym akcentem Kaźmierz.

- Why... dlaczego ty to miejsce wybrał?

- Pamiętasz ty, Jaśku, jak nasz tato mówili? "Jak cię coś silniejszego od ciebie od korzeni odetnie, omiń ty największe miasta, a w mniejszym zamieszkaj z samego skraja, żeb' ciebie wędrowcy o wójta pytali, a nie wójta o ciebie".

- Yes, tak tato mówili. Ale tato zostali tam, w Kruszewnikach.

- W Krużewnikach - poprawia go znowu Kaźmierz. - Ale pamiętaj też o tym, Jaśku, że chłop tam ma dom, gdzie sieje i gdzie zbiera.

- Sure... Thirty three... Trzydzieści trzy lata ja tam nie był, a widzę wszystko jak wczoraj - wzdycha nagle, jakby nie mógł ukryć nagłego rozczarowania, że po tak długiej podróży przez góry i morza nie trafił tam, gdzie wciąż żyły jego sny, lecz do zupełnie obcej ziemi, w którą nigdy ani jedna kropla jego potu nie wsiąkła.

Idą obok siebie jak źle dobrana para koni: John Pawlak, suchy jak wiór, wysoki, sprężysty - choć już na emeryturze; Kaźmierz drepcze przy nim na swych krótkich nogach, co chwila zachodząc mu drogę, jakby chciał bez przerwy kontrolować spojrzenie gościa. A ten rozgląda się wokoło bez specjalnego zainteresowania, jak człowiek, który dobrze wie, że jest tu tylko przejazdem.

W ślad za nimi idzie reszta delegacji rodzinnej, za którą toczy się wyładowana bagażami taksówka.

Właśnie odezwały się dzwony dalekiego kościoła. Kaźmierz wskazuje ręką wieżę kościoła, która strzela w górę z zielonej kipieli liści.

- Słyszy? Kiedym tu nastał, one milczały.

- W naszym kościółku drzewianym śpiewniejsze były.

To stwierdzenie brata jakby nieco rozdrażniło Kaźmierza.

- Aj, człowiecze, aleś butów nie miał, żeb' do niego zaglądać. A do nieba z każdego miejsca jednaka droga. A tam nasz dom - wskazał dachy obejścia.

- Nasz?

- Co moje, to i twoje, Jaśku.

- Okay... Dobrze, że ty tak rzekł. Bo ja tu przyjechał tylko jedną sprawę załatwić.

- Jaką, Jaśku? - Kaźmierza niepokoi wyraźnie ta dziwna zapowiedź.

- Przyjdzie czas zrobić ostatni między nami rozrachunek.

Zabrzmiało to jakoś złowieszczo i Kaźmierz pomyślał, czy aby przypadkiem jego starszy brat nie przyjechał rozliczyć się z tego wszystkiego, co on, Kaźmierz, chciał zwalić na karb historii. Ale wówczas chyba nie zgodziłby się być ojcem chrzestnym dla Ani, która wszak była nieuchronnym dowodem tego, co dziś łączyło rodziny Pawlaków i Karguli. Czego więc mógł chcieć Jaśko, po tych trzydziestu trzech latach, jakie każdy z nich spędził w innej części świata?

Za ich plecami rozlega się klakson. Wołga z bagażami Johna przemyka obok, bo Budzyński chce z fasonem podjechać pod obejście Pawlaków. Welon kurzu, jaki po sobie zostawia samochód, łagodnie niczym muślin opada na ciemne ubranie Kaźmierza i słomkowy kapelusz jego brata, na ufryzowaną głowę Jadźki i becik z jej córką, który niesie uroczyście Witold Pawlak. A cały ten pochód obserwują zza firanek i płotów mieszkańcy Rudnik, żaden bowiem do tej pory nie widział prawdziwego Amerykańca.

- Musi on bogaty - stwierdza Wieczorkowa, czając się za firanką. - No bo jak na nogach idzie, a taksówce każe za sobą jechać!

- Ale żeś ty głupia - Wieczorek rozpłaszcza nos na drugiej szybie. - Głowę dam, że to specjalnie Kaźmierz wymyślił, żeby każdy mógł se lepiej jego brata obejrzeć.

- A co tu oglądać? - wzrusza ramionami Wieczorkowa - człowiek jak człowiek. Ważne, co w walizkach przywiózł. Tej małej Ani Pawlaczce to się poszczęściło: takiego ojca chrzestnego mieć to jak los na loterii wygrać. Jeszcze kiedy do Ameryki pojedzie.

Tymczasem Tadeusz Budzyński zajeżdża z fasonem pod bramę obejścia Pawlaków i trąbi donośnie. Na ten sygnał całą rodzinę Karguli jakby trąba powietrzna zdmuchnęła z podwórza: wszyscy chowają się w domu, zerkając tylko przez firanki. Ale z taksówki nikt nie wysiada. "Warszawiak" wydobywa bagaże gościa i niesie je w stronę ganku domu Pawlaków.

- Tyle kufrów, jakby on tu na zawsze zostać chciał...

Kargul zza firanki obserwuje bramę sąsiada. Zaraz ukaże się tam ten, który omal nie pozbawił go kiedyś życia, a który teraz pewnie jeszcze nie wie, że obaj należą do wspólnej rodziny.

- Władyś - szepce za jego plecami Aniela - a może by tak jego wyjść powitać chlebem i solą?

- Ot, koczerbicha jedna - mruczy Kargul, przygarbiony przy niskim oknie. - Zapomniała, że Kaźmierz ma nam dać znak, kiedy pora na naszą kolaborację przyjdzie?

W bramie ukazuje się człowiek w słomkowym kapeluszu. Obok drepcze Kaźmierz. Kargul odruchowo cofa się od okna, jakby w obawie, że spojrzenie gościa przeszyje go na wylot niczym kula z colta.

7

... "Boś Ty ją stworzył, nam ją we władanie przeznaczywszy" - Jaśko uroczyście powtarza teraz w pełnym brzmieniu tekst przysięgi, jaką złożył przed tym samym świętym obrazem równe trzydzieści trzy lata temu, a w jego twarzy tyle jest świętego uniesienia, że po krzyżu wszystkich obecnych przebiegły mrówki. Te oczy, zaciśnięte pięści, mięśnie drgające pod skórą policzków świadczą, że owa kosa, co przebiła pierś Kargula, jest dla Johna Pawlaka czymś w rodzaju miecza ognistego w ręku archanioła Gabriela.

Można zapomnieć, jak miała na imię pierwsza dziewczyna, którą się całowało, można zapomnieć smak lipcowego miodu, ale nie zapomina się sytuacji ani słów, od których nasze życie zamieniło się w los. A los zaczyna się na tym skrzyżowaniu dróg, z którego już zawrócić nie możesz. Czasem zdarza się, że owo skrzyżowanie leży na miedzy...

Te oczy Świętej Rodziny z obrazu, patrzące na niego ze zrozumieniem, mokre od łez oczy matki i pełen żaru głos ojca, który na klęcząco zawierał kontrakt z Panem Bogiem, zamawiający, wołający o zesłanie na całe Kargulowe plemię wszystkich plag egipskich - wszystko to niósł Jaśko przez cały czas swojej trudnej wędrówki po świecie, jak inni dźwigają ze sobą bagaże. Ten jeden zamach kosą, która przeszyła płuco Władka Kargula, choć uczynił z Jaśka wygnańca, to jednak na zawsze związał go z ziemią. Musiał ją opuścić, lecz nie mógł jej odtąd zapomnieć. Jej to wszak bronił, a Pan Bóg sprawiedliwy nie mógł mieć do niego żalu. Dostrzegł niechybnie ze swego tronu, jak ten zachłanny Kargul odciął lemieszem kęs na szerokość pudełka zapałek, a na długość pięciu końskich ogonów. Czy nie miał więc prawa uważać się za ramię Bożej sprawiedliwości? I kiedy tak patrzy teraz na obraz w poczerniałych ramach, czuje wyraźnie, że w jego żyłach i w żyłach brata krąży krew Pawlaków. Z satysfakcją odbiera słowa Kaźmierza, który to wspomnienie ostatniej Jaśkowej nocy w Krużewnikach tak podsumował:

- A czegoś ty, Jaśku, wtedy bronił, jak żeś się na Kargula kosą zamierzył? Miedzy ty bronił, bo ją Kargulowy pług odkroił nie więcej jak na pudełko zapałek i za to Kargul od tych pór po twojej kosie jednym płucem dychał...

Jaśko nieomal czule spogląda na brata: po tylu latach wreszcie ktoś głośno rację mu przyznaje, nadaje sens wszystkim jego cierpieniom i przejściom. Czuje w tej chwili nieodwracalną wspólnotę ich losu: on, Jaśko, musiał opuścić rodzime Krużewniki przez znienawidzonego sąsiada. Kaźmierzowi też był pisany los wygnańca, tyle że z wyroków historii. Tak więc obaj po tylu latach spotykają się jakby w podobnej sytuacji ludzi wyzutych ze swojej ojcowizny. John Pawlak jako ofiara Kargulowej pazerności, praw Bożych nie uznającej - i Kaźmierz, ofiara umów jałtańskich, których jedynym pozytywnym skutkiem był fakt, że z życia Pawlaków zniknął na zawsze ten śmiertelny wróg zza płotu.

- A Władek Kargul długo się po twojej kosie leczył - Kaźmierz, czując na sobie spojrzenie synowej, ostrożnie podejmuje wątek ofiary Jaśka, licząc w cichości ducha na obudzenie wyrzutów sumienia. - Aj, Bożeńciu, jaki wtenczas lament był! Już i księdza Paralatę do Władka z olejami sprowadzili, ale on bezlitośnie był do tego życia przywiązany...

Jadźka, tuląc Anię w ramionach, gorliwie gestem głowy przytakuje tym słowom.

- Co zrobić - wzdycha z prawdziwym żalem Jaśko - Pan Bóg czasem głuchy na oba uszy. Bo ja już na okręcie, jakem z Hamburga odbijał, modliłem się o śmierć dla niego - rozkłada bezradnie ręce, dając tym gestem do zrozumienia, że nie wszystkie wyroki boskie można pojąć ludzkim rozumem. - Czy w stalowni ja robił w Detroit, czy na farmie Wisconsin, czy jako varnisher .... znaczy lakiernik w Chicago, nie zacząłem dnia bez wzdychnięcia: "Bądź miłościwy, dobry Boże, i wytnij z tej ziemi Karguli jak chwast".

- Aj, człowiecze, taż nie ma pszenicy bez kąkolu - Kaźmierz okrężnymi drogami zmierza do obudzenia u Jaśka chrześcijańskiej zasady wybaczenia, Jaśko jednak trwa przy swoim.

- Przez Kargula kraj ja stracił.

- Taż ty na powrót do Polski przykołdybał sia...

- Ani ta Polska taka, jaka była, ani ta ziemia nasza.

- Aj, człowiecze - wzdycha Kaźmierz. - Co ty o niej wiesz?

- Wiem, że chcę ja od ciebie tamtej krużewnickiej ziemi, co ty ją w woreczku przywiózł. Choć w Chicago, ale w swojej ziemi będę leżał...

- Ot pomorek - Kaźmierz demonstracyjnie rozkłada ręce. - Taż on ledwie przyjechawszy, a o śmierci gada, że tylko siadłszy - płacz!

- Masz ty dla mnie, Kaźmierz, te ziemie w woreczku? - upewnia się Jaśko. Kaźmierz nerwowo wciska się w oparcie wersalki. Toczy wzrokiem po twarzach zebranej rodziny, jakby brał ich na świadka, że ciężko jest się normalnemu człowiekowi dogadać z Amerykańcem.

- Czego jak czego, ale ziemi tu nam nie brak.

- Ale mnie o tamtą ziemię idzie. Naszą...

- Ta nasza, w którą pot nasz wsiąka...

- Ja tu nie gospodarz.

- Posłuchaj, Jaśku - w głosie Kaźmierza pojawia się znowu podniosła intonacja, ale też i akcent pewnej urazy wobec postawy Johna. - Jak gościem się czujesz, to ja cię jak gościa po swoim oprowadzę. Pokażę ja tobie, jak żyję i gdzie mnie śmierć znajdzie...

Bierze brata pod ramię, żeby go wyprowadzić z izby na podwórze, ale Jaśka zatrzymuje drobna rączka Ani, sięgająca do jego muszki. Ania ukazuje w uśmiechu bezzębne dziąsła. Jaśko, wzruszony, bierze ją z rąk Jadźki i przytula do piersi.

- Przytomna - komentuje półgłosem Pawełek. - Wie, że ojciec chrzestny z Ameryki to nie to, co tutejszy.

Huśtając Anię w ramionach, Jaśko w ślad za bratem wychodzi na podwórze. Za nimi, niczym procesja za biskupem, ciągnie rzędem cała rodzina Pawlaków.

Słońce smagnęło ich po oczach. Jaśko huśtając w ramionach uśmiechniętą Anię, rozgląda się naokoło. Wciąga głęboko powietrze, jakby chciał sprawdzić, czy odkryje w nim zapach krużewnickiego obejścia - niepowtarzalny aromat gnoju, kurzu, mleka, kurzego łajna i wiatru, co zwykle w lipcu niósł od pól niewidoczną mgiełkę pyłu dojrzałej pszenicy.

- Very nice - przenosi wzrok z murowanego domu na budynki obejścia. - Stodół murowany... I stajnia. - Pochyla się nad Anią, jakby dla niej była przeznaczona ta konkluzja: - Ale u tata powietrze inaczej pachniało.

- Awo, wymyślił - Kaźmierz niecierpliwie wzrusza ramionami. - Można odkryć gnojownik i będzie jak u tata.

- Gorąco dziś - Jaśko przenosi się z Anią w cień ganku.

- Słońce to samo jak u tata.

Kaźmierz niespokojnie patrzy przez płot w stronę domu Karguli. Nie daj Bóg, żeby swoim przedwczesnym pojawieniem zniweczyli całą jego misterną koncepcję obłaskawienia Johna Pawlaka z sytuacją, która na razie była dla tamtego równie nie do przyjęcia, jak fakt, że te poniemieckie ziemie miałby uważać za swoje.

Jaśko rozgląda się naokoło. Zapewne w swojej wyobraźni dokonuje porównania tego, co widzi, z tym, co zapamiętał z Krużewników. Nagle jego wzrok zatrzymuje się na ścianie stodoły. Pod okapem wisi na gwoździu stary sierp. Jego ostrze od wieloletniego ostrzenia osełką jest tak już cieniutkie jak anielski włos, którym przyozdabia się choinkę na Boże Narodzenie.

- Poznaje? - pyta Kaźmierz z nadzieją.

- Sierp - mówi Jaśko. - Taki sam jak u tata.

- Ten sam - z naciskiem podkreśla Kaźmierz. - Tylko to zostało.

- A żarna masz?

- Taż żarna to bezlitosny przeżytek.

- W Chicago w muzeum można zobaczyć.

- Życie to nie museum.

- To coś ty jeszcze, Kaźmierz, z Kruszewników przywiózł?

- Z Krużewników - poprawia Kaźmierz wymowę brata. - Tylem wziął, co się w jeden wagon pomieściło: konia, matkę, Marynię, co w brzuchu wiozła tego oto tu następcę - gestem głowy wskazuje Pawełka - trzy worki sucharów, Witię, święty obraz, coś ty przed nim przysięgę składał, ten sierp, a także samo bezlitosne zdumienie, że Pan Bóg pozwolił tym, co nas od Hitlera wyzwolili, wyzwolić nas od naszej ziemi. Bo tylem ja jej tylko wziął, ile się w worku zmieściło, żeb' było czym w razie co grób posypać.

- A trąby ty nie wziął?

- Jakiej trąby? - pyta Pawełek, przysłuchujący się z boku tej rozmowie.

- Bas "B", co trzydzieści dwa dolary kosztował - mówi John, a Kaźmierz kiwa potakująco głową: takiej trąby nie miała żadna orkiestra strażacka w całej gminie. Bas ufundował John, żeby o nim w Krużewnikach nie zapomniano. Kiedy otrzymał w Detroit list od Kaźmierza, że ksiądz Paralata tworzy straż pożarną, a przy tej straży ma być orkiestra - John wysłał na ręce księdza odpowiednią sumkę, żeby ten kupił instrument. Postawił tylko jeden warunek: ksiądz miał ogłosić wszystkim z ambony, że Jan Pawlak z Ameryki ufundował nie tylko świeczniki do kościoła, ale i dla straży ogniowej bas "B". Ten dar serca stał się przyczyną dalszych zatargów z rodziną Karguli. W pół roku po zakupie trąby zmarło się Wojciechowi Kargulowi. Ponieważ Kargul zawsze w Boże Ciało nosił za księdzem feretron - ksiądz Paralata postanowił w rewanżu odprowadzić zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku przy dźwiękach strażackiej orkiestry. Pogrzeb dotarł do mostku na strumieniu, kiedy drogę zastawił Kacper Pawlak. Rozłożył ramiona przed kroczącym z krzyżem kościelnym: "Nie będzie mi ten Herod Kargul wkraczał do królestwa niebieskiego przy trąbie, co ją mój Jaśko ufundował!". Ksiądz Paralata usiłował powstrzymać starego Pawlaka, przemówić do jego chrześcijańskiego sumienia, ale ten rozepchnąl orkiestrę, dopadł kulawego Denderysa, co szedł na końcu, owinięty potężnym basem "B", mimo oporu wyrwał mu trąbę i uniósł ją w ramionach do swojej chałupy. Od tej pory Kacper miał napięte stosunki z księdzem, - a poprzez niego z samym Panem Bogiem: kiedy z ambony padały słowa o tych, co krzyżem się żegnają, a wybaczenia w sercu nie mają - wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Zaniósł kiedyś trąbę Kacper na plebanię, ale ksiądz mu ją odesłał przez kościelnego. I tak wisiała trąba na ścianie chaty Pawlaków, aż kotka zaniosła tam jakieś szmaty i w jej tubie powiła kocięta. Kiedy John w 39 w sierpniu otrzymał list opisujący koleje basa "B" - odpisał Kaźmierzowi, że "tato był w prawie tak postąpić, bo ja tu nie po to jem czarny chleb, żeby Kargulowi orkiestry grały". Ale ten list nigdy do Krużewników nie dotarł.

- Dlaczego ty nie wziął trąby ze sobą? - pyta teraz John.

- Bo się ruskim za bardzo spodobała - wyjaśnia Kaźmierz. - Jak w październiku 39 wybory urządzali, to ktoś im doniósł, że u mnie wisi nowiuteńka trąba.

- Jak mogli zabrać, kiedy to prywatna własność była? - dziwi się John.

- Aj, Jaśku, ty gadasz jak dzieciuk. Taż ja im gadał, że to moje, a oni na to: "Nie chcesz, żeb' naród wesoły szedł do wyborów? Znaczy, że ty "przeciw ludowi pracującemu miast i wsi jesteś!" A kto był przeciw, ten pierwszy na białe niedźwiedzie jechał. No i musiał ja z radością te trąbe sowieckiej władzy ofiarować. Tylko kto im o tej trąbie powiedział?

- Pewnie te Kargule zemścić się chcieli - John nie ma wątpliwości, że podłość tego rodu mogła go pchnąć nawet do kolaboracji z bolszewikami. - A co się z tymi Herodami stało?

Każmierz nie ma wątpliwości, że "Herody" to Kargule. Wymienia spojrzenie z Marynią: co na to odpowiedzieć? Jeszcze grunt nie jest dostatecznie przygotowany, by rzucić weń ziarno wybaczenia. Mówi więc pospiesznie, połykając słowa, że "Kargule transportem pojechali". Widać Jaśko zrozumiał z tego, że ten transport wywiózł Karguli gdzieś na Syberię czy do Kazachstanu, bo przyjął to jak dobrą nowinę.

- Choć w tym nam Stalin poszedł na rękę - mówi to do maleńkiej Ani, jakby udzielał jej lekcji historii. - A jak teraz twoje sąsiady?

Patrzy John wokoło, a Kaźmierz czuje, jak po kręgosłupie spływa mu strużka potu.

- Ano, sąsiadów mam tyle, co świat ma stron - celuje paluchem w czerwony dach domu po drugiej stronie drogi. - Ten tu fornalem był pod Poznaniem...

- Porządny, choć nie zza Buga - dopowiada spiesznie Marynia.

- Tamten dym z komina widzi? - Kaźmierz popycha lekko brata ku bramie. - Tam żyje człowiek, co tędy z armii od Andersa wracał i jak przespał jedną nockę u wdowy po wywiezionym na Syberię leśniczym, tak oni do dziś jedną pierzyną przykrywają sia...

Przekazując te informacje, Kaźmierz cały czas śledzi czujnie wzrokiem, czy ktoś aby nie wyjdzie przedwcześnie na sąsiednie podwórze. Ale tam za płotem jakby pomór jakiś przeszedł: ani człowieka, ani kury na podwórzu, nawet pies nie zaszczeka. Może właśnie ta martwa cisza zwraca uwagę Jaśka, bo patrząc na wymarłe podwórze, brodą wskazuje dom Kargula.

- A ten tu?

Kaźmierz nerwowo przestępuje z nogi na nogę, przełyka ślinę i patrzy na brata, jakby on był sędzią, a Kaźmierz oskarżonym.

- My tu w Rudnikach byli pierwsi, ale on jeszcze przed nami. Nasze życie złączone, jakby nas jedna matka rodziła.

- Znaczy, że to good man ... Dobry człowiek - upewnia się Jaśko, huśtając w ramionach przysypiającą w słońcu wnuczkę brata.

- Samo-swój - Kaźmierz mówi to z wyraźnym naciskiem i dodaje uroczyście: - Od niego się tu Polska zaczęła.

- Polska? - Jaśko patrzy przez płot i nagle zdziwiony dostrzega w prześwitującym między domem a stodołą sadku przykryte białymi obrusami stoły. Stoją pod jabłonkami, których obciążone zielonymi jabłkami gałęzie chylą się ku ustawionym tam półmiskom, karafkom i kieliszkom.

- A co on tam naszykował? Wesele może mają?

- Ano, chrzciny nie gorzej jak wesele trza pokropić. Dla niego to także samo bezlitośnie radosna okazja jak dla mnie, że ty nam tu objawił sia....

- A co on ma ze mną wspólnego?

Jaśko znów omiata spojrzeniem puste podwórze sąsiada. Jakiś instynkt podpowiada mu, że coś czai się za tą ciszą. Jakieś zagrożenie wisi w powietrzu. Może zaraz zjawi się milicja i zacznie sprawdzać jego paszport? Tyle się przecież nasłuchał w Chicago przed wyjazdem do Polski, że może to być podróż tylko w jedną stronę, bo komuniści mogą go wpuścić, ale niekoniecznie potem pozwolą mu wrócić.

Kaźmierz wyczuwa niepokój brata. Jeśli Jaśko ma zrozumieć jego los, musi usłyszeć, jak zegar historii wybił godzinę, od której zaczęła się wędrówka ludów. Zaczyna uroczystym głosem, który Jaśkowi przypomina swoją tonacją głos ich ojca - Kacpra, dyktującego mu słowa pamiętnej przysięgi.

- Posłuchaj, Jaśku, co mam ci do powiedzenia. Nawet ślepy wie, kiedy przyjdzie jego godzina. A mnie ona wybiła w Krużewnikach nad samym uchem i wiedział ja, że nie ma co z zegarem historii nawet o pięć minut targować sia, bo on nie dla mnie jednego czas wyznaczył - oczy Kaźmierza wilgotnieją na wspomnienie tamtych chwil. - "Przyszedł czas się żegnać", rzekłszy ja do siebie, na tatowym polu stojący i żem zapłakał, choć bez łez...

Kaźmierz sięga raptem po kapelusz i mnąc go kurczowo w palcach ściąga z głowy, jakby w tej właśnie chwili stał na polu Kacpra Pawlaka i żegnał się na zawsze z tymi wygonami, z miedzą i kępą olszyn, co trzymała straż przy kapliczce ze świętym Florianem.

- W to pole tatowy pot wsiąkał. I twój, i mój - Kaźmierz wbija spojrzenie w twarz brata; chyba nawet po tylu latach na obcej ziemi jest w stanie pojąć uczucia, które wówczas bezlitośnie rozszarpywały serce i wątrobę Pawlaka.

- Sure - Jaśko kiwa poważnie głową. - Na tym samym polu ja naszej miedzy broniłem. Kargul mnie życie przeinaczył...

- A mnie Stalin - w głosie Kaźmierza daje się słyszeć odcień zniecierpliwienia: On mu tu mówi o okrutnych wyrokach historii, a tamten w kółko w Kargulu widzi przyczynę wszystkich nieszczęść. Opuścił Krużewniki jesienną nocą 1927 roku, unosząc w sercu i pod powiekami obraz rodzinnej wsi. Nie było go w niej, kiedy we wrześniu 1939 przegalopował przez wieś na małych konikach patrol czerwonoarmiejców; nie widział, jak zaczął się dusić wójt Taranienko, któremu kazano zjeść portret prezydenta Mościckiego; nie widział na własne oczy tych sań, co wiozły na stację leśniczego Kedaja, któremu nie pomogła delegacja księdza, hurtownika i Marcysi od Szałajów. Jak mu opowiedzieć te noce, przesiedziane w lesie z ostatnim kabanem, którego chciał uchronić przed niemieckim kolczykowaniem? Jak mu opisać chwile, gdy dowiedzieli się, że przyjdzie im zostawić swoje ziemie i groby, by wyruszyć na wędrówkę ludów? Chyba ten, co przysłał Marcysi historie biblijne do kolorowania, najłatwiej pojmie sens tych wydarzeń, kiedy Kaźmierz odwoła się do biblijnych scen.

- Posłuchaj, Jaśku, o arce Noego, co na szynach płynęła przez ten potop okrutny - znowu w głosie Kaźmierza pojawia się dziwna muzyczna rytmiczność, jakby to nie relacja była, tylko ballada o wygnańcach. - Szarpnęło, gwizdnęło i się potoczyło...

Ale zanim koła wagonów potoczyły się na zachód, ile to dni musieli razem z dobytkiem koczować na trembowelskiej stacji, ile nocy czuwać, żeby im nocą złodzieje czemodanów spod głowy nie wyciągnęli; opuszczali Krużewniki jako ostatni, bo Kaźmierz, wyznaczony przez "siel-sowiet" na sołtysa, mógł opuścić wieś dopiero po przejęciu terenu i obiektów przez komisję. Wszyscy już wyjechali, chaty puste stały, żadna krowina nie zaryczała - a jego wciąż trzymali niczym zakładnika. Kiedy wreszcie podstawiono wagon i dla nich - Kaźmierz kazał Maryni uklęknąć i podziękować Bogu, że wyprowadza ich oto z domu niewoli, jak kiedyś Żydów z ziemi egipskiej. Jeszcze kłopoty były z tym workiem, wypełnionym ziemią z pola Pawlaków i grobu Kacpra. Leonia trzymała go kurczowo przy sobie jak największy skarb. NKWD-zista, podejrzewając, że tkwią w nim jakieś skarby, kazał wysypać zawartość worka na peron. Kaźmierz wykupił się dwoma litrami bimbru i wtaskał woreczek do wagonu, umieszczając go pod pryczą matki.

Nie opowiada teraz tych wszystkich szczegółów, bo chce skrócić drogę, która go właśnie na to, a nie inne podwórze przywiodła. A to był czas, kiedy nie historia zależała od człowieka, tylko człowiek od historii. Ale czy ktoś, kto przeżył wojnę w Ameryce, może to wszystko pojąć?

- I tak my przed siebie ruszywszy, nawet nie wiedzieli, gdzie nam wysiąść przyjdzie. I tak się ta wędrówka ludów zaczęła: dzień jedziesz, dwa dni stoisz, tydzień ma dni siedem, w miesiącu jest tygodni cztery, a w pociągu jest wagonów czterdzieści i osiem - Kaźmierz słyszy, jak Marynia westchnieniem potwierdza jego relację. - A szyn przed parowozem nie ubywa, za to sucharów z wora ubywa. A wiózł ja, prócz klaczy i rodziny, trochę tej Polski w worku z ziemią z naszego spłachetka i tatowego grobu, no i w brzuchu mojej Maryni, co się nieuchronnie do wydania tego oto Pawełka na świat szykowała...

3

Taksówka rusza spod bramy obejścia Pawlaków. Kiedy sunie w zalewającym świat lipcowym upale ulicą wsi Rudniki, zza otwartych okien, zza płotów i bram odprowadzają wołgę spojrzenia mieszkańców wsi. Dla wszystkich przyjazd gościa z Ameryki jest niewątpliwie wydarzeniem ważniejszym od znalezienia w sklepie GS-u w sztok pijanego złodzieja, który leżał wśród opróżnionych butelek wina w towarzystwie równie pijanego stróża nocnego.

Pawlak w obroży kołnierzyka non-ironowej koszuli siedzi sztywny, spocony i napięty. Buła krawata, który na jego życzenie zawiązał mu Pawełek, ściska mu grdykę, tak że przełyka ślinę, jak tuczona gęś przełyka kluski. Upał jest tak wielki, że w taksówce nie ma czym oddychać, ale Budzyński nie pozwolił otwierać okien, żeby mu ucha nie zawiało.

Ujechali może kilometr, kiedy na wysokości olszynowego zagajnika silnik wołgi prychnął trzy razy niczym kot pojony szampanem. Coś wstrząsnęło samochodem, zarzęziło pod maską. Wóz toczy się kilkanaście metrów siłą rozpędu, a w oczach "warszawiaka" pojawia się bezdenne zaskoczenie. Stoją na skraju łąki, ściśnięci jak sardynki w pudełku. Budzyński daremnie przekręca kluczyk w stacyjce. Starter rzęzi, prawa noga kierowcy naciska pedał gazu, ale silnik ani rusz nie chce zaskoczyć. Kaźmierz nerwowo spogląda na kierowcę, który rozpaczliwie ściska kierownicę.

- Ki czort? Taż miał maszynę narychtować.

- Wczoraj przeglądałem, panie Pawlak.

- To pewnie gaźnik - Pawełek, który wszystko umie naprawić, nawet ze starej łuski przeciwlotniczego pocisku potrafi zmajstrować zapalniczkę, czuje się w prawie służyć radą. - Trzeba żychlerek przedmuchać. Pan otworzy maskę...

- Sam pojedzie - upiera się Budzyński, urażony w swojej zawodowej ambicji. - To ruska marka, wszystko co ruskie gniotsia nie łamiotsia.

- Niech no mnie pan Budzyński za ruskimi nie agituje, bo mnie raz-dwa szlag może trafić i rodzonego brata w osobistej swej postaci nie zobaczę...

- Spóźnim się, Kaźmierz - Marynia wierci się, ściśnięta między synem a synową.

Pawlak rusza wąsikami jak zawsze, kiedy coś idzie nie po jego myśli. Wyciąga z kieszeni kamizelki cebulasty zegarek na dewizce i piorunuje wzrokiem kierowcę.

- Żeb' jego wilcy z tą ruską techniką - chowa zegarek i podejmuje decyzję: - Do czorta z taką jazdą. Wysiadać! Na skróty dawaj!

Nie oglądając się na resztę rodzinnej delegacji, Pawlak ostro rusza przez podmokłą łąkę ku widocznej za nasypem stacji kolejowej. Przebiera żwawo krótkimi nogami, jedną ręką przytrzymując kapelusz, a drugą ocierając wierzchem dłoni pot z czoła. Za nim rzędem, niczym pochód gęsi, rusza rodzina. Szpilki Jadźki zapadają się w podmokłą darń. Oddaje poduszkę z Anią mężowi, sama jednym ruchem ściąga z nóg pantofle, potem pończochy i klapiąc bosą stopą o trawę, rusza w ślad za teściem.

Pawlak czuje, jak nogi mu grzęzną w podmokłym dywanie łąki.

- Ot, pomorek - mruczy do siebie i ogląda się z wściekłością na drogę, gdzie pod uniesioną maskę wołgi nurkuje "warszawiak". - Koniem by na czas przykołdybał sia!

Chciał koniem po Jaśka wyjechać: niechby poczuł się swojsko, jak w czasach, kiedy do Trembowli ich ojciec wiózł na jarmark kopę jaj; przecież Jaśko sam pisał, że w takim Chicago konia to można tylko w muzeum przyrodniczym obejrzeć i w kinie. Miałby więc na samym wstępie dowód, że jednak Polska ma pewną przewagę nad Ameryką, bo tu wystarczy w niedzielę na sumę się wybrać, żeby zobaczyć zaprzęgnięte do wozów i kare, i siwki. A swojego kasztana Kaźmierz nie musiał się wstydzić. Ale zakrzyczeli go wszyscy, że marnie wypadną w oczach gościa, jeśli go samochodem nie przywiozą. A teraz masz: samochód stoi jak trzeźwy na weselu, ani z niego pożytku, ani szyku, a on musi brnąć na skróty i własnymi nogami nadrabiać braki radzieckiej techniki.

- Kaźmierz! - dobiega go wołanie Maryni, która stawiając wysoko niczym bocian nogi kroczy w ślad za nim. - Nogawki portków podwiń, bo tam podmokło.

- Ale my przez tę taksówkę w kałabanię wpadli - sapie Kaźmierz podwijając nogawki. - A mówiłem, że mogli my w konia wyjechać.

- Eeee, tato gada jak niedzisiejszy - sprzeciwia się Witold, taszcząc śpiącą w beciku córeczkę. - Jakże to, po Amerykańca furmanką?

- Najsampierw on Pawlak, a dopiero potem Amerykaniec - poucza go Kaźmierz.

W tym momencie słychać przeciągły gwizd lokomotywy. Nad linią zielonych bzów, majaczących w oddali za łąką, ukazuje się pióropusz dymu. Wszyscy przyspieszają, jakby ktoś puścił szybciej taśmę filmową: Pawlak, podwinąwszy nogawki, tak przebiera nogami, że prawie fruwa nad łąką, gestami nakłaniając pozostałą część rodziny do wyścigu z nadjeżdżającym pociągiem.

Z drogi "warszawiak" widzi tyralierę Pawlaków na łące. Załamany zdziera z głowy beret i rzuca go w przydrożny oset.

2

Życie to nie symfonia, którą możesz odegrać z nut i nawet ani o jeden ton się nie pomylić.

Kaźmierz, niczym wielki dyrygent, postanowił odbyć próbę sceny, do której musiało niebawem dojść. Ubrany już w swój odświętny, granatowy garnitur, z kapeluszem w ręku zdecydowanym krokiem przeszedł na sąsiednie podwórze. Nie zdążył nawet zapukać w okno domu Kargula, a ten już stanął w drzwiach, jakby tkwił za nimi, oczekując wezwania. Czekało ich wspólne zadanie, choć każdy miał wystąpić w innej roli.

Ogromny, zwalisty Kargul patrzy teraz w dół na twarz Kaźmierza, oczekując ostatnich instrukcji. Nie raz już omówili szczegóły, ale Pawlak chce mieć absolutną pewność, że jakiś nieopatrzny krok sąsiada nie utrudni sytuacji.

Muska wąsy, rozgląda się naokoło, jakby sprawdzał, czy wszystkie rekwizyty są należycie przygotowane do sceny konfrontacji, do której musiało nieuchronnie dojść.

- Władyś, jak my taksówką ze stacji przyjedziem, tak ty nawet i nosa na podwórze nie wyściubiaj, póki ja znaku tobie nie dam - mówi konspiracyjnym szeptem, patrząc równocześnie z dezaprobatą na brak krawata przy kołnierzyku Kargula.

- A krawatka u ciebie gdzie? - pyta z wyraźną pretensją w głosie, a oczkami mruga, jakby gołą babę w kąpieli zobaczył. - To niepolitycznie!

- Taż ty dobrze wiesz, że kawaleryjski koń chomąta nie lubiący - tłumaczy się śpiewnie Kargul. - Jak ja na wybory bez krawata chodził, tak i dziś mogę być.

- Ot, bambaryła z ciebie! - niecierpliwi się Kaźmierz i przestępuje z nogi na nogę, jak ogier rwący się do galopu. -Wybory i bez ciebie zawsze były wygrane, a dzisiejszy dzień różnie może zakończyć sia. Załóż krawatkę, boś nie Witos!

- Ot tobie na! Myśli, że jak wąsy zapuścił, to on rozkazywać może jak Piłsudski - mruczy niechętnie Kargul i rozpina kołnierzyk koszuli. - Jak ja na weselu naszych dzieci bez tego postronka na szyi był, to chyba ostatnia okazja dla mnie jego założyć do trumny będzie.

Kaźmierz zerka na niego spod oka, jakby brał w tej chwili miarę na tę trumnę, o której tak nie w porę wspomniał Kargul.

- Aj, Bożeńciu, żeb' ty w złą godzinę nie powiedział, bo jak mój Jaśko przy swoim charakterze ostał sia, to może i pogrzebem skończyć sia!

- Myślisz, Kaźmierz, że jego serce spotkania z tobą nie wytrzyma? - Kargul całkiem opacznie zrozumiał intencję Pawlaka.

- Ot, murmyło - Kaźmierz kipi jak czajnik na wolnym ogniu. - Nie o Jaśka pogrzebie ja myślał, tylko o twoim. Już tyle lat temu Jaśko ci obiecał, że czyjaś głowa spadnie, a sam wiesz, że u Pawlaków słowo droższe pieniędzy.

Kargul sapie niechętnie: znów ten konus mu nauki daje. A jeszcze wczoraj, gdy ustalali scenariusz wydarzeń, to obaj się czuli wspólnikami. Ostatecznie stanowią przecież rodzinę. Czekająca na chrzciny Ania jest ich wspólną wnuczką. Wydawać się mogło, że więcej Kaźmierza łączy z sąsiadem niż z rodzonym bratem.

- Kiedy ty jemu, Kaźmierz, prawdę roztłumaczysz?

- Do prawdy jak do wesela, każdy musi dojrzeć - rzuca refleksyjnie Pawlak. - Ty miej tylko oczy szeroko otwarte, żeb' ty mi nie wszedł jak Piłat w credo.

- Nie boj sia, ja w gotowości w sąsieku będę siedział, jak my to umówili...

Pawlak kiwa potakująco głową, ale w tej chwili dostrzega Anielę, która wystawiła przez okno głowę w lokówkach, i mówi ostrzegawczo do Kargula:

- Ale żeb' twoja baba na widok za prędko nie wylazła, bo ona zawsze przed księdzem podniesienie robi.

- Taż ona nie kołowata. Każdemu zależy, żeb' w rodzinie Amerykańca mieć. Wszystkie wyjdziem gościa powitać, jak ty już jemu wszystko podrobno roztłumaczysz, żeb' żadnych teremedii nie było.

Pawlak kiwa głową jak wódz przyjmujący meldunek. Przylizuje włosy dłonią, nakłada na głowę nowy kapelusz, obciąga odruchowo marynarkę, omiata spojrzeniem podwórze Kargulów i widoczny stąd swój dom.

Podwórza były zamiecione, żółty piasek przykrył kurze łajno i słał się pod nogi niczym miękki dywan. Obejście było przygotowane jak na przyjazd kroniki filmowej: wszystko, co jeszcze przed tą niedzielą leżało w rogu podwórza - stare ramy od rowerów, puszki po konserwach, połamane rozwory od wozu, dziurawe miednice i obłupane z polewy garnki - wywieźli razem z Kargulem do starych kamieniołomów i wysypali do zalanych wodą wykrotów, nie bacząc na tablicę, zakazującą zwałki śmieci. Płot dzielący ich siedliska, dotąd pełen dziur i zardzewiałych gwoździ, teraz jaśniał świeżą sośniną sztachetek, które w ten upalny lipcowy dzień emanowały żywicznym zapachem. Umyte przez Marynię i Jadźkę szyby odbijały słońce; na pokrytym kwadratowymi płytkami dachu znać było jaśniejsze smugi zaprawy cementowej; świnie, które zwykle gospodarowały pośrodku podwórza, miały od środy wykonany przez Witolda i Pawła wybieg za oborą. Obejścia Pawlaków i Karguli, niczym scena teatru, przygotowane były do odegrania premierowego spektaklu.

Tylko w kinie wypadki rozgrywają się tak, jak zostały nakręcone. Życie, zanim zasłuży na to, by je utrwalić w filmie, potrafi zaskoczyć i uczestników, i widzów.

W scenariuszu Kaźmierza Pawlaka przewidziany był udział taksówki - i oto przed bramą jego obejścia zjawia się czarna wołga z napisem "Taksówka nr 1 ". Jej kierowca, Tadeusz Budzyński, nazywany przez mieszkańców Rudnik i okolic "warszawiakiem", zamiast wyszmelcowanej bluzy na cześć gościa z Ameryki włożył kraciastą marynarkę. Nie zrezygnował tylko z granatowego beretu. Nosił go w każdej porze roku, twierdził bowiem, że ktoś, kto prowadzi samochód bez nakrycia głowy, będzie z powodu przeciągów szybko łysy. Doświadczenie zawodowych kierowców utrwaliło w nim przekonanie, że kto łysieje, ten traci zainteresowanie dla kobiet, tego zaś "warszawiak" wyrzec się nie miał zamiaru. Tak więc wysiada ze swej wołgi w kraciastej marynarce i w berecie, spod którego w lipcowe południe ściekają wielkie krople potu. Ktoś, kto by widział, jak serdecznie pozdrawia z daleka machaniem ręki Pawlaka, nie uwierzyłby zapewne, że kiedy pierwszy raz spotkał Kaźmierza - wymierzył w jego pierś dubeltówkę. Było to wówczas, gdy Pawlak szukał nocą doktora lub położnej dla rodzącej Maryni, "warszawiak" zaś chciał zdobyć konia, żeby dowieźć pozyskanego w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym weterynarza: rzekomy weterynarz okazał się być pijanym młynarzem, ale kto miał wtedy głowę do takich szczegółów. Wystarczyło mieć dubeltówkę, żeby mieć argumenty, komu się należy i fachowiec, i koń. Ponieważ Kaźmierz miał wówczas karabin, więc przeważył dyskusję na swoją korzyść, ocalając konia i zyskując dla wsi młynarza. Ale "warszawiak" - zaprawiony w bojach w powstaniu warszawskim - nie zrezygnował łatwo ze swojej zdobyczy i w pewien czas później usiłował odbić młynarza Kokeszkę i porwać go jako łup dla innej wsi. A oto teraz młynarz Kokeszko wraz z rodziną ma być gościem na chrzcinach wnuczki Pawlaka, a "warszawiak", zamiast zgodnie z tradycją rodzinną uprawiać zawód taksiarza w stolicy, jest właścicielem jedynej w gminie taksówki.

- Zawsze lepiej być pierwszym w gminie niż ostatnim w stolicy - mawiał Budzyński, wożąc do kościoła wszystkie pary, które chciały mieć ślub na miarę nadchodzących lat sześćdziesiątych.

Budzyński obchodzi wołgę, rękawem marynarki wyciera z lakieru resztkę gołębiego łajna, które w ostatniej chwili ugarnirowało jego taksówkę. Jedyny inwentarz, jaki "warszawiak" trzymał, to były właśnie gołębie-brajtszwance. Patrzy na zegarek i naciska klakson: jeśli ma przewieźć na stację całą delegację rodzinną, to będzie musiał dwa razy obracać. Nie ma co czekać.

- Czego on kury płoszy - ruga go Aniela Kargulowa. - Taż przez niego przestaną się nieść!

- Pani Kargulowa, jak macie jechać na stację po gościa z Ameryki, to nie ma co się na jedno jajko oglądać. Chyba żeby ono było złote!

- Jak powiedział? - wtrąca się do wymiany zdań Pawlak. - Kargule na stacji potrzebne jak zającowi dzwonek.

Kargul wzdycha i kiwa potakująco głową: nie dla każdego na zegarku ta sama godzina.

- Myślałem, panie Pawlak, że jak on na chrzciny waszej wspólnej wnuczki przyjeżdża, to całą rodziną będziecie go witać.

- Aj, Bożeńciu - Pawlak wznosi ku niebu pełne zgrozy spojrzenie, przewidując przebieg takiego powitania. - Taż to by było tak, jakby kto gołego prosto w przerębel wygnał!

Kargul unosi kapelusz, przeczesuje widlastą łapą rzednące włosy i zwraca się do kierowcy jak do dziecka, któremu trzeba przemówić do wyobraźni, by pojęło skomplikowaną naturę życia.

- Panie Budzyński, pan brał udział w powstaniu warszawskim, to pan wie, że jak się za wcześnie łeb zza barykady wystawi, tak może być po łbie.

- Ot, mądrego przyjemnie posłuchać - Pawlak klepie Kargula po ramieniu, zadowolony z jego postawy.

Klakson wywołuje na ganek delegację rodu Pawlaków. Pierwsza sunie sztywno Marynia w uroczystej taftowej sukni z białym kołnierzykiem, ozdobionym obfitym haftem. Oczy ma wytrzeszczone, bo szuka wzrokiem miejsca, gdzie ma postawić stopę w niewygodnym lakierku na obcasie, co zaraz zarył się w wysypane piachem podwórze. W ręku ściska lśniącą w słońcu plastykową torebkę, którą jako szczyt amerykańskiej mody pożyczyła od Bruzdowej, królowej bufetu w GS-ie. Marynia ubrana w nylonowe pończochy czuje się w ten upał jak kura w piekarniku.

Za nią pojawia się synowa z ufarbowanymi na siwo włosami, utapirowanymi tak kunsztownie, że wydaje się, jakby niosła na głowie miniaturę Pałacu Kultury i Nauki; kwiecistą sukienkę ma przepasaną lśniącym nylonowym paskiem, zegarek też się trzyma na nylonowej plecionce, a skarpetki na nogach też są oczywiście nylonowe. Żeby tak godnie wyglądać, musiała Jadźka pojechać aż do komisu we Wrocławiu. Przy każdym kroku w stronę wołgi Jadźka szeleści, bo pod sukienką ma halkę, także nylonową, która nie przepuszcza powietrza. Idzie właściwie tyłem, cały czas bowiem obserwuje męża, niosącego na rękach poduszkę, z maleńką Anią. Poduszka Ani też oczywiście ma powłoczkę nylonową, jak non-ironowa koszula Witolda. Mała śpi nie przypuszczając nawet, że jej chrzest będzie dla rodziny Pawlaków wielką próbą. A to właśnie jej ojciec wymyślił, żeby na tę okazję zaprosić gościa z Ameryki. Do 1956 roku John Pawlak nie krył w listach obawy przed przyjazdem do kraju.

Nawet gdy nastał październik i władzę objął Władysław Gomułka - John nie kwapił się z przyjazdem. Kiedy Ania przyszła na świat, Witold napisał list do nie znanego sobie stryja, że będą czekać z chrzcinami na jego przybycie, bo on innego ojca chrzestnego dla swej pierworodnej córki, co nosi nazwisko Pawlaków, nawet sobie wyobrazić nie może. Do listu załączył zdjęcie ślubne, na którym stykały się czule ze sobą czoła jego i Jadźki. Wówczas nie miał jeszcze wąsików, które teraz zdobiły jego smagłą twarz.

Kaźmierz miał wąsy. Witold miał wąsiki. Ojciec miał do syna pretensje: "Wąsy obowiązkowo mają być jak u marszałka Piłsudskiego - mawiał, muskając swoje wiechcie. - A ty co, upstrzone masz pod nosem jak kiedyś ten Judasz Bierut". Witold, choć nauczony był słuchać ojca, od czasu, jak raz złamał jego zakaz i zapatrzył się w Kargulową córkę, w sprawie wąsów nie ustąpił: "Jadźce się takie podobają" - odpowiadał.

Muska teraz tymi wąsikami spocone czółko Ani, sam pocąc się w granatowym ubraniu z czystej wełny. Kiedy wciska się na tylne siedzenie - spada mu z głowy kapelusz, zakrywa twarz Ani. Mała zaczyna płakać. Jadźka wyrywa mu dziecko, Marynia czuje, jak obcas synowej drze jej pończochy. W rozgrzanym samochodzie zatyka oddechy zapach lakieru, na jakim trzyma się kunsztowna fryzura Jadźki. Pan Budzyński, zlany obficie spływającym spod beretu potem, już sadowi się za kierownicą. Zapuszcza silnik.

- A Kaźmierz gdzie? - denerwuje się Marynia, wytrzeszczając oczy. Pawlak daje jeszcze ostatnie taktyczne wskazówki Kargulowi i jego rodzinie. Zajmując miejsce obok kierowcy, ukradkiem robi znak krzyża, jak przed podróżą w nieznane. Skinieniem głowy daje kierowcy znak, że mogą ruszać. W tej chwili dopada jeszcze taksówki Pawełek i wciska się na tylne siedzenie, wnosząc swojski zapach rozdeptanego po drodze kurzego łajna.

Kargul stoi na podwórzu i patrzy za oddalającą się wołgą.

- Ciekawość, jaki on prezent przywiezie na chrzciny naszej wnusi - mówi Aniela z babską pożądliwością.

- Żeb' on wiedział, że to nasza wspólna wnusia, to on by jej muchomora zadał, a nie prezenty przywoził - dudni Kargul.

Dostrzega kosę opartą o ścianę stodoły. Na wszelki wypadek, jakby tknięty jakimś złym przeczuciem, chowa ją za wierzeje stodoły.

5

Koniec podróży jakże często jest dopiero początkiem drogi. Byli już w domu Pawlaka, ale wędrówka Johna jakby wciąż trwała: patrząc przez okno na podwórze, nie widział obejścia swego brata, Kaźmierza, tylko tamto podwórze przy krużewnickiej chacie; kiedy spostrzegł, że lep na muchy przywieszony jest do złoconej lampy o czterech niezgrabnych kryształowych kinkietach - przypomniał sobie naftową lampę, którą ze względu na oszczędność nafty zapalało się tylko w wielkie święta; widząc stół i kredens zastawiony puszkami sardynek, soków owocowych, półmiskami pełnymi kiełbasy i własnej roboty salcesonem, zobaczył tamten stół w Krużewnikach, gdzie do jednej michy z żurem sięgało sześć drewnianych łych. Tak, ta podróż, choć w przestrzeni dla niego się skończyła, to w czasie jakby trwała nadal.

- Może głodny? - pyta Marynia, przez nieśmiałość zwracając się do męża, a nie do Jaśka, który teraz przygląda się, jak Jadźka przewija płaczącą córeczkę.

- Awo, taż przecie jest czym zakąszać - rzuca przez ramię Kaźmierz, zajęty odbijaniem butelki z wódką. Marynia wskazuje na zgromadzone na cześć gościa specjały. Jaśko rzuca okiem na tę wystawę bez zbytniego zainteresowania. Nagle wzdycha, jakby mu się przypomniało coś tak pięknego jak sen ułana.

- Ja mieć smak na mamałygę ze szpyrką.

Na wspomnienie tej potrawy coś od wewnątrz rozjaśnia jego twarz. Marynia stropiona patrzy na Kaźmierza: skąd ona teraz ma wziąć mamałygę? Starali się przewidzieć życzenia gościa, ale nikomu nie przyszło do głowy, że człowiek z tamtego świata będzie sobie życzył takiego byle jakiego dania.

- Ot, pomorek - Kaźmierz szepcze półgębkiem do Maryni i popycha ku drzwiom Pawełka. - Galopem ty leć do Jarmolinów, może u nich ta mamałyga znajdzie sia.

Żeby odwrócić uwagę brata od zamieszania, jakie spowodowało jego gastronomiczne pragnienie, pochyla się nad małą Anią i wskazując Jaśka, pyta z pełną powagą:

- A wiesz ty, kto to jest? Twój chrzestny.

Witold unosi małą w poduszce. Ania wyciąga ciekawe paluszki do kolorowej muszki przy kołnierzyku gościa, potem wtyka paluszek między jego rozchylone w uśmiechu szczęki. Rozćwierkała się śmiechem, widząc, jak John porusza muszką na gumce. Wzruszony tym John bierze z rąk bratanka becik i podrzuca Anię w górę.

- Co ona taka duża?- dziwi się.

- Osiem miesięcy czekała na przyjazd stryja - wyjaśnia Witold. Trzymając małą na ręku, Jaśko wpatruje się w zdjęcie ślubne, na którym Witold ze sztywnym uśmiechem wbija wzrok w obiektyw fotografa, bodąc czołem loki otulonej muślinem Jadźki.

- Do kogo ty podobna? - zastanawia się głośno, przenosząc wzrok z buzi maleństwa na twarze z fotografii ślubnej. - Te oczy to po matce. Ale skąd ja je znam?

Witold wymienia błyskawiczne spojrzenie z Jadźką. Ta cofa się w głąb pokoju, jakby chcąc się na wszelki wypadek usunąć z pola widzenia. Kaźmierz pospiesznie napełnia wódką dwa kieliszki i żeby przerwać tę niebezpieczną próbę identyfikacji, gestem głowy nakazuje Maryni odebrać z rąk gościa becik z Anią. W wolną rękę brata wtyka wypełniony po brzegi rżnięty kieliszek. Nabiera powietrza, jakby szykował się do skoku w głęboką wodę. Kiedy zaczyna mówić, jego śpiewny głos brzmi niczym początek jakiejś ballady.

- Posłuchaj, Jaśku, co ja, brat twój, w osobistej swej postaci przed tobą stojący, mam ci do powiedzenia, i wybaczenie mi daj, żeś ty dla mnie nie żaden "John", tylko ten sam Jaśko, co w kropiwnianych portkach w Krużewnikach dwa ogony na wygon gnał, a było to jeszcze za Franza Josepha, co to później o nim śpiewka taka była: "Kiedy żył Franz-Joseph, miałeś chociaż kozę, kiedy rządzi nasz prezydent, masz ty chłopie tylko bidę"...

Uśmiecha się Jaśko na tę przemowę, na to wspomnienie kropiwnianych portek i Franza Josepha, ale zaraz uśmiech powściągnął, bo zrozumiał, że dopiero w tej właśnie chwili zaczyna się między nimi prawdziwa rozmowa, choć jeden mówi, a drugi tylko milczy.

- Posłuchaj więc, Jaśku, co mam ci do powiedzenia, a mam ja do powiedzenia dużo i w te najważniejsze słowa zacznę: "Ano, Jaśku, bój się Boga, wreszcie jesteś!" - na moment wzruszenie odbiera mu głos, ale wnet się opanował. Stoi przed starszym bratem, trzyma wciąż pełny kieliszek w drżącej ręce, bo przyszło mu złożyć jakby raport z całego życia. Wszyscy obecni zastygli w bezruchu, czując, że nadeszła historyczna chwila. Kaźmierz zerka nerwowo w stronę lepu na muchy, gdzie bzycząc walczy o życie świeżo przylepiony owad.

- To powiedziawszy, do mniej ważnych rzeczy chcę przystąpić i po gospodarsku chcę się wyrazić, że co moje, to i twoje - trąca zamaszyście swoim rżniętym kieliszkiem o kieliszek Jaśka i przechylając głowę do tyłu, jakby chciął sprawdzić, czy owa mucha jeszcze żyje, gładko wlewa sobie jego zawartość do gardła. Jaśko próbuje pójść w jego ślady, ale wieloletni brak praktyki daje znać o sobie. Krztusi się, aż oczy wychodzą mu z orbit, ręką usta zasłania, jakby w obawie, że może wypluć szczęki. Witold musi grzmotnąć go swoją krzepką łapą w plecy, żeby gość odzyskał równowagę. Kaźmierz ujął Jaśka pod łokieć niczym biskupa w trakcie procesji i oprowadza po domu, jakby chciał go przekonać, że to, co zyskał na skutek historycznych wydarzeń, nie jest gorsze od tego, co stracił.

- Ano patrzaj, Jaśku: dom ten jest murowany, podpiwniczony - przeszli z pokoju przez sień do drugiej izby. - Na podmurówce kamiennej on stojący, kryty nie żadną tam strzechą, jak u tata naszego, tylko eternitem, jak się należy według rozumu i przepisów przeciwpożarowych. Ani grzybów, ani długów na nim nie ma, bo tylko durny w kieszeni otwarty scyzoryk nosi, a że durnego brata ty nie masz, na to ci się klnę w osobistej swej postaci tu stojący...

Jaśko prześlizgnął się wzrokiem po szafie na wysoki połysk, po pudle jeszcze poniemieckiego radioodbiornika "Telefunken", ale utkwił spojrzenie przy wielkim lustrze. Za jego ramą widnieje wetknięty wachlarz kolorowych pocztówek z Ameryki: Fabryka Forda w Detroit, drapacze chmur w down-town Chicago, rozwidlające się jak węże nitki autostrad. Barwny pasjans Ameryki, która dla niego - Johna Pawlaka z Chicago - nie jest z bliska aż tak kolorowa jak wysyłane przez niego kartki.

- Tu we wojnę ja robił - Jaśko-John stuka paznokciem w widoczek fabryki Forda w Detroit, następnie wskazuje drapacze chmur chicagowskiego down-town. - A tu żyję. I tu umrę.

- Niech on wypluje to słowo - protestuje szczerze Kaźmierz. - Jak my się odnaleźli, to nam czas dopiero pożyć, a nie umierać.

- Sure, ale na każdego jego pora przychodzi.

- Taż ty na chrzciny przyjechał, Jaśku, a nie na pogrzeb. Jak ty zobaczysz, że wokół są sami swoi, tak tobie bezlitośnie żyć się dopiero zachce. Taż ty tam przecie wśród obcych żył!

- W Chicago więcej Polaków jak w waszej Łodzi - informuje John.

- Ale Pawlaków nie ma!

- I Pawlaków znajdziesz. Wystarczy książkę telefoniczną otworzyć. A książka tam taka gruba, jak nasz proboszcz Paralata.

- Patrzaj jego - cieszy się Marynia. - Taż on jeszcze naszego proboszcza z Krużewmków pamięta!

- Yes... Wszystko pamiętam. Nawet jak te dzwony naszego kościółka gadały sobie z dzwonami z cerkiewki: ba-bam-bim, ba-bam-bim...

Pamięć to był jedyny skarb, jaki zabrał ze sobą na tę wędrówkę za ocean; pamięć była jego kompasem, który mu nie pozwolił się zagubić w tym morzu różnych narodów i ras. Pracując z "Ajryszami", "Talianami" czy Grekami, był nie tylko Polakiem, ale Pawlakiem ze wsi Krużewniki, starostwo Trembowla, województwo tarnopolskie. Stamtąd musiał uciekać, ale tam miał zamiar wrócić. Czy robił na "overtimy" jako tragarz w porcie nowojorskim, czy był lakiernikiem w fabryce Forda, czy już jako "foreman" kierował brygadą przy budowie mostów w Chicago - każdy z początku odłożony dolar był przeznaczony na powrotną drogę do Polski. Polska to była właśnie krużewnicka chata, zapach ziemi po pierwszej wiosennej orce czy krakanie wron na rżysku. Nie zapomniał też księdza Paralaty, który go kiedyś chrzcił, potem udzielał sakramentu pierwszej komunii. Kiedy tylko został "foremanem" i zaczął lepiej zarabiać, wysłał mu dolary na zakup dwóch świeczników przed główny ołtarz. Masywne świeczniki pyszniły się w skromnym, wiejskim kościółku jako dowód na to, że Jaśko Pawlak nie zapomniał, gdzie go namaszczono i wodą pokropiono.

Oprócz świeczników John ufundował jeszcze trąbę basową dla strażackiej orkiestry. Ufundował ją John Pawlak, żeby o Jaśku Pawlaku nie zapomniano. I jeszcze jeden prezent przysłał wybranej osobie. Marcysia od Szałajów dostała od niego wydane przez "The Saalfield Publishing Company" historie biblijne do kolorowania. Przysłał je, by Marcysia wiedziała, że on wciąż o niej myśli, do niej tęskni i z inną się żenić nie zamierza. Jak Marcysia zobaczyła te "Bible pictures to color", to się nadziwić nie mogła tym żyrafom, kangurom i pingwinom, co po potopie schodziły z arki Noego na ląd. Ale nie napisała do Johna listu z podziękowaniem nie tylko dlatego, że nie umiała za bardzo pisać, ale i dlatego, iż właśnie nadszedł wrzesień 1939 roku i kolejny potop zalał ziemię. Od tej pory John-Jaśko nic nie wiedział o losach Marcysi od Szałajów, w której się kiedyś zachwycił i na narzeczoną upatrzył. Tak właśnie powiedział matce: "Zachwyciłem się w niej. Albo ta, albo żadna!" I tak wyszło, że żadna. Snując się po różnych miastach Ameryki, poznając różne kobiety - Irlandki, Włoszki, Greczynki - w żadnej się tak zachwycić nie potrafił jak właśnie w Marcysi od Szałajów.

- Mówią, że w Ameryce wszystko znajdziesz, a ty żony nie znalazł? - dziwi się Marynia.

- Sure, za dolary ty wszystko dostaniesz, ale nie love... nie serce. Marcysia to była dobra dziewczyna. I co z nią?

Ach, John-Jaśko nawet nie wie, w jak kłopotliwej sytuacji stawia swego brata. Kaźmierz zerka na Marynię: opowiedzieć bratu dzieje jego narzeczonej czy raczej okryć je milczeniem?

Jaśko chce jednak wiedzieć, jak potoczyło się życie tej wybranej, o której zapomnieć nie mógł i której na dowód pamięci wysłał przed samą wojną historie biblijne do kolorowania. Kaźmierz, jak wiejski kowal, co się bierze do rwania zęba obcęgami, daje mu najpierw kieliszek wódki na znieczulenie.

- Jeden jest sposób urodzenia, a tysiąc zginienia - zaczyna dyplomatycznie opowieść o Marcysi. Kiedy była jeszcze narzeczoną Jaśka, to chodziła na plebanię doić krowy księdza Paralaty. Potem rodzice jej umarli i poszła do Trembowli na służącą do hurtownika Langnera. I tam jej właśnie Kaźmierz woził listy od Jaśka, tam też dostarczył ową biblię do kolorowania. Ale Marcysia już tej biblii nie chciała...

- Why? Dlaczego ona nie chciała? Miała innego narzeczonego?

Nie chciała już biblii, bo miała innego Pana Boga: rewolucję! Marcysia dość miała panów, którym służyła, i kiedy po 17 września wkroczyła do Trembowli wyzwolicielska Armia Czerwona, ona pierwsza zaczęła występować na wiecach, wyrażając radość z oswobodzenia ludu spod ucisku sanacyjnej Polski. Tak się zakochała w rewolucji, że została kochanką majora Bobywańca z NKWD. Pili co noc, a jak sporo wypili, to Bobywaniec strzelał z nagana do portretów Rydza Śmigłego i Mościckiego, a Marcysia tańczyła na balkonie w nocnej koszuli.

- Sumienie sprzedała - John jest załamany relacją o bujnym życiu Marcysi od Szałajów, która najwyraźniej nie skorzystała nic z biblijnych historii do kolorowania i została Judaszem w nocnej koszuli.

- Ale serce to ona zawsze miała dobre - Marynia usiłuje ocalić prawo gościa do dobrych wspomnień. - Sierotom węgiel na zimę zdobywała, nauczycielce muzyki fortepian od porąbania przez komsomolców ocaliła. Na to serce liczyli ci, co chcieli ocalić od wywózki leśniczego Kedaja. Bo kiedy przyszła pierwsza lutowa wywózka 1940 roku, leśniczy Kedaj znalazł się na liście przeznaczonych do transportu. I wówczas ksiądz Paralata i hurtownik Langner zwrócili się do Marcysi, żeby się za leśniczym Kedajem u majora Bobywańca wstawiła, choćby przez pamięć na to, że leśniczy, przyłapawszy ojca Marcysi na kłusownictwie, nie wysłał go do więzienia, tylko odebrał od niego przysięgę, że więcej on po dworskich lasach kłusował nie będzie. I Marcysia obiecała w imię pamięci Szałaja-kłusownika wstawić się u majora Bobywańca. Żeby nadać sprawie poważny charakter, uznała, że powinni wszyscy troje - ona, ksiądz Paralata i hurtownik Langner -jako reprezentacja społeczeństwa udać się przed oblicze majora Bobywańca. Bobywaniec przyjął swoją kochankę i resztę delegacji leżąc w skarpetkach na kanapie i celując z nagana w zegar z kukułką. Na wstępie uspokoił ich, że broń jest nie nabita, ale rychło okazało się to kłamstwem. Wystarczyło bowiem, by wysłuchał opinii o leśniczym Kedaju - że choć był na służbie państwowej, to miał zrozumienie dla ludu pracującego i nawet złodziejom i kłusownikom szedł na rękę - kiedy wypalił z nagana prosto w wahadełko zegara. Zerwał się z tapczanu i wrzasnął: "I kto tu przychodzi wstawiać się za tym polskim panem? Klecha, burżuj i kurwa! Pojedzie ten Kedaj na białe niedźwiedzie, a wy z nim!" Jak major Bobywaniec obiecał, tak i zrobił: wszyscy następnym transportem pojechali na wschód. I tak ślad zaginął po księdzu Paralacie, hurtowniku Langnerze i Marcysi, która zbyt dosłownie potraktowała hasła, że Armia Czerwona przyniosła ludowi na swych bagnetach wolność. Wszyscy trafili do łagrów Kazachstanu.

- I see. Terrible... To nie mogli oni wziąć adwokata? - pyta teraz zaskoczony John. Nie bardzo chce mu się pomieścić w głowie, że można kogoś niewinnie skazać na wywózkę, na obóz.

Kaźmierz patrzy na Marynię, jakby u niej szukał poratowania: jak wytłumaczyć bratu, że przybywa on z innego świata? Bierze go pod łokieć i prowadzi do drugiej izby. Wisi tam stary oleodruk przedstawiający Świętą Rodzinę.

- Patrzaj, Jaśku - Kaźmierz wskazuje postacie, popstrzone przez muchy, przydymione przez czas - dla tych, co żyli pod Hitlerem i Stalinem Pan Bóg to był jedyny adwokat. Jak on ciebie nie wybronił, tak ty bezlitośnie ofiarą historii stawał sia.

Jaśko przybliża twarz do obrazu, bada go wzrokiem, a potem rozjaśnia się cały jakimś wewnętrznym światłem.

- Ten sam - mówi w zachwyceniu. - Yes. Ten sam, przed którym składałem przysięgę.

- On razem z naszą kobyłą tu przyjechawszy-potwierdza Marynia.

I przed nim teraz możemy uklęknąć, żeb' podziękować panu Bogu, że my znów razem w jednym domu. - Kaźmierz postanawia chytrze wykorzystać wzruszenie brata.

- To nie mój dom.

- On taki sam mój, jak i twój.

Jaśko kręci głową przecząco, chce coś wytłumaczyć bratu, że on swój dom ma w Chicago, ale ten nie daje mu dojść do słowa: jeśli swój zamysł ma doprowadzić do szczęśliwego finału, musi Jaśko uwierzyć, że jest wśród samych swoich. Nalewa kolejny kieliszek, unosi go w górę, w stronę obrazu, jakby całą Świętą Rodzinę brał na świadka, że teraz wreszcie zostanie powiedziane to, co powiedziane być musiało.

- Przysięgał ty naszemu tatowi, że jak już groźbę od ciebie los odwróci, na swoje ty się przykołdybiesz, żeb' kości nasze nie szukały sia po świecie. - Z satysfakcją obserwuje, że te uroczyste słowa robią wrażenie na przybyszu. Oczy Jaśka jakby zwilgotniały, a głowa potakuje śpiewnym zdaniom inwokacji.

- Nu tak, i wrócił ty i tak prosto powiedziawszy, od dzisiaj dom ten jest także samo mój, jak i twój. I twoje jest siedlisko, na którym on stoi, twoja też ziemia, co moim potem nasiąknąwszy...

Trzyma kieliszek i czeka, że Jaśko swoim go trąci i w ten sposób uzna wspólnotę ich korzeni i losu.

John przez chwilę szuka słów, które wiózł ze sobą przez ocean i które wyjaśnić miały rodzinie, że do szczęścia nie trzeba mu wcale tego, co mu przed chwilą ofiarował jego brat, lecz czegoś zupełnie innego, co w garści można zmieścić.

- I see... Thank you... Ale posłuchaj, Kaźmierz, co ja powiem - z trudem stara się przełamać sztywność dawno nie używanego języka. - To nie jest mój dom, bo ja się w nim nie rodził, ja w nim nie płakał ani się nie śmiał, you understand? Ta ziemia też nie moja, bom boso po niej nie latał, anim ziarna w nią nie kładł, ani ojców w niej nie pochował. Mam ja roków fifty and eight i za odpocznieniem się oglądam. Przyjechał ja żegnać się z wami. A ziemię, sure, chcę ja od ciebie wziąć, ale tę ziemię z naszych Kruszewników, żeby mój grób w Chicago nią posypali.

Przerywa, widząc porozumiewawcze spojrzenie, jakie Kaźmierz wymienił z żoną. Czyżby nie wiedzieli, o czym mówi?

- Pisałeś, Kaźmierz, żeś przywiózł na te poniemieckie tereny worek tej ziemi, co ją tato co wiosna swoimi krokami odmierzał, czy mu aby kto kusoczka nie odkroił. O tamtą ziemię mi idzie, you understand?

- Aj, człowiecze, taż tej ziemi ledwie że półmorgowy spłachetek był, a gąb w chacie do żywienia jedenaście. Przez tamtą ziemię musiał ty o "schifkartę" się starać i do Ameryki uciekać.

- Nie przez ziemię, a przez Kargula! - twardo ucina Jaśko i teraz już nikt nie może mieć wątpliwości, że przybysz niczego przez te lata nie zapomniał. Minęły rządy, przewaliła się wojna jak potop, miliony ludzi zmieniło miejsce zamieszkania, a on wciąż niósł przez ten czas w pamięci tamtą sprawę. Kiedy z ust Jaśka padło nazwisko - "Kargul" -jakby ktoś podpalił lont. Teraz wszyscy obecni czują, że iskra nieuchronnie zbliża się do beczki z prochem. Jadźka, jakby wiedziona złym przeczuciem, chwyta w ramiona poduszkę ze śpiącą Anią; Marynia nerwowo zerka przez okno na sąsiednie podwórze, czy aby przypadkiem nie snuje się po nim ten, w którym do dziś Jaśko upatruje przyczynę wszystkich dramatów swego emigracyjnego losu. Ale podwórze Karguli jest puste.

Kaźmierz potoczył niespokojnym okiem po twarzach obecnych. Wszyscy sprawiali wrażenie ludzi, oczekujących wybuchu odbezpieczonego granatu. Jaśko czuje to dziwne napięcie, ale nie zna jego przyczyn.

- Aj, Bożeńciu, taż kiedy to było, jak my z Kargulem wojnę toczyli. - Kaźmierz lekceważącym gestem chce wyrazić swój stosunek do sprawy. - Przez ten czas zdrowy koń zdążyłby trzy razy zdechnąć, a prosty chłop zgarbacieć...

Patrzy czujnie spod oka, czy Jaśko da się przekonać, że pewne sprawy należą do swego czasu i ten, co się tylko do tyłu ogląda, sam się pcha Lucyferowi na widły.

- Kargulowi ja nigdy tego nie zapomnę - w ustach Jaśka brzmi to jak przysięga, od której mu odstąpić nie wolno. Kaźmierz nerwowo rusza wąsikami, wierci się niespokojnie na kanapie, cały czas starając się nadać twarzy wyraz niewymuszonej pogody i serdeczności.

- A czegoż on tak na Kargula naburdasił sia? - zaczyna ostrożnie, przepraszając wzrokiem synową za słowa, które dotyczą jej ojca. - Taż może i był z niego hardabas, ale przecie nie taki znów najgorszy...

- Nie najgorszy? - Jaśko patrzy podejrzliwie, jakby chciał sprawdzić, czy aby brat za bardzo się nie upił. Kaźmierz czuje, że ma ostatnią szansę dyplomatycznego rozegrania sprawy. Śmieje się ze sztuczną beztroską, jakby zobaczył w tej chwili gołego Kargula w pokrzywach. Klepie się dłońmi w uda.

- Oj, dali my jemu popalić...

- A czego on taki wesół?

- Awo, Jaśku, przypomnij ty sobie, co było, jak nasz tatko Kargulową krowę na polu zdybał...

- Taki był początek - mruknął Jaśko.

- A tyś koniec zrobił! A świadka mam w tym obrazie, przed którym ty klęczał - Kaźmierz znów patetycznym gestem wskazuje na obraz Świętej Rodziny.

- Dla rodziny to zrobiłem.

- Bo ziemia i rodzina to jedyna rzecz, co ciebie nie zdradzi - skwapliwie podejmuje Kaźmierz ten wątek. - Pamięta, jak się z Kargulami zaczęło?

9

Jak to powiadają, nie opuszcza się starych przyjaciół dla nowych. A jak jest z wrogami?

O tym właśnie rozmyślał Pawlak, stojąc na ciężarówce Studebacker i patrząc przed siebie na widoczne w dolinie kolorowe dachy wsi. Ciężarówka zataczała się od rowu do rowu, jakby to ona była w sztok pijana, a nie jej kierowca. Perkatonosy "starszyna" w furażerce miał oczy białe od przepicia, ale nie przeszkadzało mu to prowadzić samochodu jedną ręką, drugą zaś robić skręta z kawałka gazety. Obok niego siedział kruczowłosy Ormianin o nosie przypominającym pogrzebacz i nie przestawał śpiewać w kółko ulubionej widać czastuszki:

"Boga niet, caria nie nada, gubiernatora ubijom

Podatiej nie budiem płatit i w sołdaty nie pajdiom"...

Nie od razu znalazł Pawlak ten środek transportu. Musiał najpierw pokazać obu żołnierzom pełną bańkę, a nawet nalać z niej po dobrej miarce, zanim skłonił ich do podwiezienia jego rodziny w stronę, w której widzieli od toru pasące się krowy.

Załadowali na wierzch ciężarówki cały dobytek Pawlaków. Teraz Marynia leżała skulona na wygniecionym sienniku, babcia Leonia przy każdym skręcie kiwała się z boku na bok, studebacker zataczał się, jakby wciąż nie mógł się zdecydować, w którym rowie chce dokończyć jazdę. Pawlak pełen lęku popatrzył na prawo: mijali właśnie ponure wykroty jakichś starych kamieniołomów. Ich strome ściany, widoczne od szosy poprzez rzadkie drzewka, zapowiadały przepastne głębie. Warkot studebackera odbijał się echem od tych ścian i Kaźmierz ze zgrozą pomyślał, że udało mu się przeżyć wojnę, podwójne wyzwolenie - raz od bolszewików, drugi od Hitlera - by oto na kilometr przed końcem wielkiej wędrówki wylądować wraz z przedstawicielami wyzwolicielskiej Armii Czerwonej na dnie jakichś wykrotów jak na dnie piekła.

Ciężarówka niebezpiecznie zbliżała się do rowu, ale jakby w ostatniej chwili przestraszyła się widoku kamieniołomów, bo wtoczyła się na powrót na szosę. Do uszu Pawlaka przez otwarte okno szoferki dobiegły słowa innej piosenki, która, widać tak jak poprzednia, wyrażała stan duszy Ormianina:

"Ech, centralka ty odesska

Ja twój pierwyj ariestant ..."

Pawlak raz tylko obejrzał się za siebie: czy Witia, który gnał wierzchem na kobyle w ślad za samochodem, nie został za bardzo w tyle. Napotkał w tym momencie pełne bolesnego wyrzutu spojrzenie Maryni i zatroskane oczy babci Leonii. Obie nie mogły wręcz pojąć, jak to się stało, że Kaźmierz, który jeszcze przed godziną dziękował Bogu, że choć naraził ich na wędrówkę ludów, to pozbawił raz na zawsze sąsiedztwa przeklętego Kargula - teraz sam szuka nieszczęścia. Musiało w tym być jakieś przekleństwo losu, że szybkie oczy Witii wypatrzyły Kargulową "Mućkę", ale wszak człowiek nie powinien uzależniać swego losu od krowy z obłamanym rogiem.

Nie musiały nic mówić, Kaźmierz dobrze wiedział, co jest powodem zaciętego milczenia obu kobiet. W głębi duszy sam nie był pewien, czy pojawienie się na horyzoncie "Mućki" było ze strony losu wielką dla nich szansą, czy też prowokacją. Ale kiedy wjechali na rynek opustoszałego miasteczka, utwierdził się w przekonaniu, że postąpił słusznie: wszystko tu wokół było obce - napisy, pomniki, latarnie - wszystko z wyjątkiem "Mućki"...

Balansujący od chodnika do chodnika studebacker najechał na leżącą pośrodku jezdni pierzynę. Rozległ się głuchy huk, nastąpiła nagła eksplozja pierza, którego chmura ogarnęła ciężarówkę. Witia, bodąc obutymi w kamaszki piętami chude boki kobyły, wyprzedził ciężarówkę i zniknął w wąskich uliczkach miasteczka. Klaskanie kopyt odbijało się echem od zamkniętych okien. Kobyła, która przez miesiąc nie opuszczała właściwie wagonu, spieniła się w tym galopie, ale ryk podążającej tuż za jej ogonem ciężarówki dopingował ją do biegu. Kaźmierz kiedy indziej by go zrugał za to, że zajeżdża konia na śmierć, ale teraz ważniejsza od kobyły była cała ich przyszłość. Wiedział, że matka i żona chcą usłyszeć odpowiedź na nieme pytanie: dlaczego akurat w tym miejscu, gdzie Witia wypatrzył Kargulową "Mućkę", mają zaczynać nowe życie?

- No cóż tak nosy pozwieszali, a? - powiedział zaczepnie. - Jak tu swoi żyją, to i nam tu żyć.

- Swoi? - babcia ze zgrozą popatrzyła na Marynię, jakby biorąc ją na świadka, że Maryni mąż a jej syn stracił ostatecznie resztkę instynktu samozachowawczego. - Taż Kargul to wróg najgorszy!

- Wróg! - skwapliwie przytaknął Kaźmierz, jakby to w ogóle nie podlegało jakiejkolwiek dyskusji. - Ale może ktoś rzec, że nie swój wróg? - obejrzał się przez ramię, chcąc sprawdzić, czy jego przewrotna argumentacja zyskała jakieś zrozumienie. - Mój wróg - łomotnął się pieścią w kamizelę na wysokości serca, aż zadudniło. - Nasz własny! Na naszej krwi wyhodowany!

- Kaźmierz - jęknęła z żelaznego łóżka Marynia. - Trzeba nam było aż na te ziemie zachodnie przykołdybać sia, żeb' na Karguli trafić?

- Lepszy Niemiec za somsiada by był, jak Kargul - dorzuciła od siebie Leonia.

- Aj, człowiecze, trzeba ci szukać nowych nieprzyjaciół, jak ty starych znalazł? Taż to by było prosto nie po bożemu!

Arka Noego w postaci studebackera płynęła teraz przez wyludnione uliczki miasteczka Lutomyśl. Z okien domów zwisały kawałki prześcieradeł. Tylko gdzieniegdzie widać było przyczepioną do szczotki biało-czerwoną chorągiew.

Studebacker, zataczając się, wspiął się na kościelną górę. Z tej wysokości Kaźmierz dostrzegł wydobywającą się z jednego jedynego komina smużkę dymu. Odwrócił się i wskazał obu kobietom ten dom.

Od chwili, kiedy dostrzegł ten ślad życia, nie spuszczał już z niego wzroku. Nie obejrzał się nawet na wrak spalonego czołgu, który mijali przy rozstaju dróg, ani na krzywy napis "Min niet" na mijanej szkole. Ormianin w szoferce przestał śpiewać. Kazał kierowcy zatrzymać się przy stojącym na skraju wsi pięknym budynku, ale Pawlak nawet się na to gospodarstwo nie obejrzał. Wskazał widoczny stąd strumyczek dymu, bijący z komina w pogodne niebo: to miejsce wskazał mu najwyraźniej palec boży.

Witia pierwszy wpadł na podwórze, sąsiadujące z zajętym przez kogoś domem. Zeskoczył z kobyły i rozejrzał się. Wokół panowała cisza. Z komina sączył się w wieczorne niebo dym. Przy okapie dachu przytwierdzona była na kiju od szczotki biało-czerwona chorągiew.

Przez szeroko otwartą bramę wtoczył się studebacker, zahaczył błotnikiem o studnię i utknął pyskiem wśród zwiędłych kwiatów przydomowego ogródka.

Pawlak zarył nosem w dach szoferki, aż zadudniło. Babcia Leonia podała worek z ziemią Witii. Ormianin, nie przestając śpiewać, zsadził ją ze skrzyni ciężarówki. Potem wyciągnął ręce do Maryni.

Cała rodzina Pawlaków patrzyła teraz nie na biały domek, przy którym stała ciężarówka, lecz na podwórze po przeciwnej stronie płotu.

- Witia - powiedział przyduszonym głosem Kaźmierz, jakby sam bał się głośno wypowiedzieć te słowa w złą godzinę - A może ty pomylił sia?

Na sąsiednim podwórzu panowała cisza. Po tej stronie rozlegał się radosny śpiew Ormianina, który z rozmachem zrzucał z ciężarówki cały dobytek Pawlaków. I nagle ten śpiew zagłuszył tęskny ryk krowy i wówczas na twarzy Kaźmierza pojawił się wyraz ulgi: w otwartych wrotach obory ukazała się krowa z obłamanym rogiem. Teraz już nikt z nich nie mógł mieć wątpliwości, że ludzkim losem rządzi przeznaczenie. To była Kargulowa "Mućka", ta sama, której boki nieraz Kaźmierz złomotał kijem.

Żołnierze, pomagając ściągać z ciężarówki przywiezione graty Pawlaka, patrzyli wokoło, zdziwieni jego decyzją.

- Poczemu ty bieriosz eto chadziajstwo, jak w dierewni łutszyje? Eto wsio twoje!

- Mnie lepszego nie potrzeba - Kaźmierz cały czas lustrował wzrokiem sąsiednie podwórze. - Tylko swojego.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

1

Ta opowieść to komedia, której bohaterowie wcale nie wiedzą, że są śmieszni. Nie wiedzą, bo nie dotarła do ich świadomości definicja, że tragedia, która trwa zbyt długo, staje się komedią, i że wystarczy spojrzeć przez odwrotną stronę lornetki, by to, co wielkie, stało się małe. Wówczas nawet wymachujący mieczem biblijny Goliat przypomina pajaca na sznurku...

Przyjrzyjmy się więc bohaterom tej komedii, zanim nieuchronnie zaczną się toczyć wypadki, których już powstrzymać nie można, jak nie można namówić bohaterów gotowego filmu, by inaczej zagrali swoje role.

Kaźmierz Pawlak uważał, że żyje nie tylko na ziemi, ale i dla ziemi, i chyba dlatego od tej ziemi zbytnio nie odrósł. Złośliwi się śmiali, że nie musiał się schylać, żeby przejść pod brzuchem konia. Był przysadzisty jak sąg drew, za to twardy jak kowadło w kuźni: uderzysz w niego młotkiem, a on odskoczy. Póki nowych gwoździ dwucalowych nie można było dostać w GS-ie, Kaźmierz stare prostował na paznokciu. Szybki był w języku, z każdym gotów się dogadać, byle tylko ten ktoś nie miał innego zdania niż on. W skrytości uważał, że Pan Bóg po to jest w niebie, żeby on, Kaźmierz, miał tam sojusznika, bo przecież jak ktoś tak niepozornego wzrostu, a za to z przeogromnym zaufaniem zwraca się do najwyższej instancji - to jak mu odmówić pomocy i nie zesłać plag na jego wrogów?

Gdy stawał przy płocie naprzeciw Kargula, to on był na pozór łagodnym pasterzem Dawidem, co to nawet słynnej procy przez zapomnienie nie ma przy sobie - tamten zaś potężnym Goliatem, który co postawi stopę, to rozgniata przeciwników...

Władysław Kargul nie szedł, tylko kroczył, nie mówił, tylko dudnił jak listopadowy deszcz w zardzewiałej rynnie. Gdy wycierał nos, to chustka omal nie pękała na pół. Weterynarz Jaskóła nie mógł się nadziwić, jak taki niespotykanie spokojny w ruchach człowiek jednym uderzeniem pięści powala na ziemię bukata. Gdy Kargul nie miał pod ręką klucza ani obcęgów, potrafił zębami odkręcić mutrę przy sieczkarni, a jak go nawet po tym wyczynie szczęki trochę bolały, wystarczyło mu wypić do snu pół litra brymuchy i budził się zdrowy jak własny trzonowy ząb. Póki elektryki po wojnie w Rudnikach nie było, jednym dmuchnięciem gasił stojącą na stole naftową lampę, nie ruszając się spod pieca.

Jeden był szybki jak lot jaskółki, drugi powolny jak żuk.

Pawlak kochał konie jak własne dzieci i ożenił się z Marynią, gdyż jej ojciec miał dwa konie i jednego obiecał córce w posagu.

Kargul ożenił się ze swoją Anielcią, bo poborowym jeszcze będąc, założył się z innymi parobkami, że ją podniesie jedną ręką do powały. Zakład wygrał, bo podniósł Anielcię z takim impetem, że ta wyrżnęła głową w sufit i zemdlała, a Władyś, cucąc ją potem, tak ją długo w ramionach trzymał, że się od żeniaczki wymigać nie mógł...

O Pawlaku wszyscy mówili, że prędzej mówi, niż myśli.

O Kargulu, że myśli wolniej od konia. Ale czy to właściwie wiadomo, jak i co myśli sobie koń?

Pawlak nosił maciejówkę, bo kiedyś podobną czapkę nosił Józef Piłsudski. Dla niego Marszałek to wzór: mało że dokonał w 1920 roku cudu nad Wisłą, to jeszcze był to jedyny człowiek, po którego śmierci ojciec Kaźmierza zapłakał.

Kargul nosił obwisły kapelusz i nigdy nie wkładał krawata, bo tak mu się utrwalił w pamięci Wincenty Witos.

Pawlak - to drożdże. Kargul - to mąka. A piec chlebowy jeden.

Życie staje się komedią, gdy dwóch ludzi, którzy nie powinni się spotkać, nie może uniknąć spotkania. A tu jeszcze - na domiar złego - miał się zjawić ktoś trzeci, kto nie spodziewał się wcale, że weźmie udział w tej komedii.

Kiedy wybierasz się na spotkanie kogoś, kogo nie widziałeś tyle lat, że przez ten czas i rączy źrebak zdążyłby zmienić się w starą chabetę, a może nawet i zdechnąć, musisz się liczyć z tym, że wychodzisz wprost na skrzyżowanie, gdzie przecinają się dwa losy. Bo po takim czasie już nie z samym człowiekiem tylko się spotkasz, a właśnie z jego losem, zwanym przez niektórych dolą. Tak więc spotkanie dwóch kiedyś bliskich sobie ludzi przypomina niekiedy skrzyżowanie dwóch dróg, a chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak niebezpieczne są wszelkie skrzyżowania.

Szykujesz się na takie spotkanie radosny, niczym gość zaproszony na cudze wesele, a raptem okazuje się, że ta radosna okazja zmienia się w coś na kształt stypy.

Kaźmierz już od kilku tygodni szykował się na ten dzień. Obejście wyporządził, oborę wybielił, bramę żelazną kazał Pawłowi na zielono pomalować. Nawet lepy na muchy pozawieszał przy każdej lampie, żeby tylko oczekiwanemu gościowi zapewnić jak najbardziej cywilizowane warunki, odpowiadające amerykańskiemu standardowi. Dwa razy wybierał się do Lutomyśla, żeby sobie odpowiednio uroczysty garnitur sprawić i na wszystkie okna nowe firanki dobrać; Marynię zmusił, żeby wprawiła sobie cztery brakujące zęby, bo jakby przyszło jej się uśmiechnąć na powitanie Johna, to nie będzie musiała ust dłonią osłaniać. Niby wszystko było przygotowane na ten ważny dzień, a jednak im bliżej była ta data, tym bardziej Kaźmierz zamiast radości odczuwał jakiś niepokój. Kiedy od stacyjki w Rudnikach dobiegł go czasem przeciągły gwizd pociągu, którym niebawem miał przybyć gość, Pawlak odruchowo popatrywał na dom sąsiada i wzdychał ciężko, jakby przywalił go młyński kamień. Jednak przed nikim, nawet przed swoją Marynią, nie zdradził tego niepokoju, co ściskał mu wątrobę i nerwy napinał do tego stopnia, że w przeddzień przyjazdu gościa musiał na noc odmierzyć dwadzieścia kropli waleriany i popić to setką "strażackiej" z czerwoną kartką, by nie myśleć w kółko o tym, czy człowiek odpowiada za historię, czy też odwrotnie - historia za człowieka. Bo wszak i miejsce, w którym przyszło mu żyć, i ludzie, wśród których toczyło się życie, wybrane zostało wyrokiem historii. Ale czy ten, którego powita po tak wielu latach, zrozumie, że można wybrać sobie żonę, można wybrać konia, a nawet samego Pana Boga, ale nie wybiera się czasów, w których przyszło nam żyć?

Kiedy wreszcie nadszedł ten dzień, w którym miał przybyć dawno zapowiadany gość z Ameryki, Pawlak zaraz po obudzeniu ukląkł przy łóżku i złożywszy dłonie w stronę obrazu Świętej Rodziny, wyszeptał błagalnie, zaciągając śpiewnie: "Dobry Boże, spraw, żeb' Jaśko mnie za zdrajcę nie uważał, taż ja przecie nie żaden pierekiniec, tylko prosto bezlitosna ofiara Stalina, Roosevelta i Churchilla, co mnie nasze Krużewniki na poniemiecką wioskę zamienić kazali. A że ja z tym hardabasem Kargulem w sąsiedztwo popadł, to już chyba z Twojej woli, bom się dzięki temu w porę dowiedział, że kto chce drugiemu muchomora zadać, sam on tym jadem zatruty będzie. I spraw, dobry Panie Boże, żeb' brat mój, Jaśko, ode mnie głupszy politycznie nie okazał sia"...

- A cóż ty, choreńki, czy jak? - krzyczy Marynia, widząc Kaźmierza klęczącego przy łóżku w długiej koszuli.

- Człek w niebie poratowania szuka, a ta koczerbicha naprzykrza sia - ofuknął żonę Pawlak.

- Taż on przed tym obrazem ostatni raz klęczał, jak nam ta jakaś zaraza parsiuki wytłukła. A czegóż on dzisiaj Panu Bogu głowę durzy, a?

Patrzy na niego podejrzliwie, zachodząc z boku. Kaźmierz ma minę uczniaka, przyłapanego na zrywaniu jabłek w sadzie przy plebanii.

- A cóż jej oczy tak dęba stanęli, a? - zaatakował Marynię z impetem. - Mam ja swoje sprawy z niebem do załatwienia. Ty się o skacinę martw. Krowy podoiła? Tak niech odzienie na sobie poładzi, bo czas nam na stację zbierać sia!

Marynia cofa się do kuchni, gdzie piętnastoletni Paweł, pogwizdując przez zęby, usiłuje naprawić stary radioodbiornik "Telefunken". Wciska głębiej w gniazdko zakurzoną lampę i nagle kuchnię zalewają monotonne jak kapanie jesiennego deszczu deklaracje Władysława Gomułki, przemawiającego z okazji święta 22 Lipca. Mówca, mlaskając, rozpoczął właśnie zdanie, że trud i historyczny wysiłek przodującej siły narodu przyniósł naszemu społeczeństwu pokój i dobrobyt, kiedy Marynia jednym szarpnięciem wyrywa z gniazdka sznur od radia, urywając w pół słowa wywód o wyższości demokracji ludowej nad ustrojem bezlitosnego wyzysku. Widzi zaskoczone spojrzenie syna.

- Tato, nie daj Bóg, nerwowy dziś taki, ze tylko z oczu uciekać, a ty mu jeszcze Gomułkę puszczasz? - wskazuje na drzwi, za którymi ubiera się Kaźmierz. - Zapomniał, że on jak jego słyszy, to czkawki dostaje, jakby zbuka połknąwszy?

- Ale tato się martwił, że jak stryjko przyjedzie, to my marnie bez radia wypadniemy w jego oczach - wyjaśnia Paweł, przejęty wizytą gościa z Ameryki, którego nigdy na oczy nie widział.

Marynia wzrusza ramionami i oglądając się za siebie na drzwi od izby, mówi z przejęciem:

- Co tam radio. Gorzej, że my przez tego Kargula bezlitośnie przepaść możemy.

Patrzy przez okno kuchni na podwórze sąsiadów. Właśnie w tej chwili zwalisty Kargul w białej koszuli posypuje je z wiadra żółciutkim piaskiem, jakby szykując się na Zielone Świątki, a nie na wizytę swego śmiertelnego wroga.

- To ojciec nic nie napisał stryjowi o Kargulach?

- Taż czy on durny, czy jak? - Marynia wzrusza ramionami nad naiwnością syna. Paweł kręci głową, jakby nie mogąc się pogodzić z tym, że nie tylko radio kłamie, ale także i własna rodzina.

- Znaczy, że stryjo prawdy nie zna. A komu nie mówi się prawdy, tego się okłamuje!

- Ot, filozof, co ledwo koszulę z zębów wypuścił. Jakie to kłamstwo! - Marynia chcąc nie chcąc musi bronić taktycznej koncepcji i moralnej postawy ojca rodziny. - Taż to tylko dyplomacja. Przyjdzie pora, wszystkiego Jaśku dowie sia.

Mówiąc te uspokajające słowa, Marynia równocześnie odwraca się od syna i czyni na wszelki wypadek ukradkiem na piersiach znak krzyża, bo nie wiadomo, co przyniesie to spotkanie. Zrobili wszystko, co można, żeby godnie przyjąć gościa: Kaźmierz brymuchy napędził, na wszelki wypadek Witia państwowej wódki dokupił, Jadźka u fryzjera w mieście była, a Ania, na której chrzciny zaprosili gościa, dostała poduszkę z zagranicznymi koronkami. Ale bywa i tak, że orkiestra gra weselnego marsza, a do ślubu nie dochodzi...

Podchodzi Marynia do lustra i sprawdza, jak ona sama w tym dniu wygląda: zęby ma nowe, ale i zmarszczki nowe. Ciekawe, czy ją sobie przypomni starszy brat męża. Raz z nią nawet kiedyś tańczył na weselu córki organisty. Jeszcze raz unosi wargi i sprawdza swoje nowe zęby. No cóż, nawet jakby gość pogniewał się i wyjechał - to zęby zostaną. Kiedy tak się delektuje swoją inwestycją, dostrzega zatknięte za lustro kolorowe pocztówki z Ameryki.

- Paweł, leć po Budzyńskiego, niech taksówkę szykuje! - Marynia rzuca polecenie, nerwowo zerkając na jeszcze poniemiecki budzik.

- A po co samochód, jak na stację dziesięć minut!

- Ot, durny! Taż on z Ameryki i musi wiedzieć, że my sroce spod ogona nie wypadli.

6

Kiedy dwóch ludzi wspomina te same wydarzenia, na pewno każdy widzi co innego.

Nie to jednak jest ważne, czy Jaśko, zanurzając się we wspomnienia, ujrzał krzywe okienka krużewnickiej chatynki i zapadłą przy kominie strzechę, Kaźmierz zaś wychudłą krowinę, ugarnirowaną plackami suchego łajna, która pasła się za kapliczką. Ważne jest to, że jakikolwiek obraz podsunęłaby im pamięć - zawsze musiałaby się w nich pojawić postać znienawidzonego sąsiada. Całe ich życie było nieustanną wojną sąsiedzką: jeśli obsypana ulęgałkami Kargulowa dzika grusza jedną gałęzią zwisała za płot na stronę Pawlaków - należało tę gałąź urżnąć; wystarczyło, by Pawlakowa kura przeszła na podwórze sąsiada, a kończyła życie w garnku Karguli. Niechby Kargulowa krowa przekroczyła miedzę i kilka razy ruszyła pyskiem koniczynę Pawlaków - a już wyruszała karna ekspedycja z rosochatymi kijami w garści; wyschła studnia Pawlaków - niech biorą koromysła i noszą wodę od strugi, bo Kargul im swojej studni nie użyczy; zapaliły się od pioruna stogi Kargula - żaden z Pawlaków nie wyszedł gasić. Jak wojna, to wojna! Za ciasno im było na tej ziemi. Za dużo gąb miały obie rodziny do wykarmienia, by nie liczył się każdy kłos, każde jajko. "Za dużo krwawicy mnie ta ziemia kosztowała, żeb' ja pozwalał ją obcemu deptać" - powtarzał zawsze synom Kacper Pawlak. Uczył ich, że kto swojego bronić nie potrafi, ten widać się na chłopa nie urodził, na ziemi się nie utrzyma.

Strzecha się zapadła, płot wyglądał jak przewrócona na bok drabina, jedyna krowa taplała się w gnoju, ale Kacper nie miał głowy ani czasu zająć się tym wszystkim, bo bez przerwy czuwał, czy aby jego miedzy nie przekracza inwentarz sąsiada. Po jego minie można było poznać, czy stoczył tego dnia jakąś zwycięską potyczkę z Kargulami. A okazja trafiała się co i raz. Wyszedł sobie Kacper za swoją potrzebą, właśnie obsikał róg dziurawej stodółki, kiedy dostrzegł chudy niczym flet grzbiet Kargulowej krowiny w swoim łubinie. Nie dopinając portek porwał złamany orczyk i dopadł krowy, łomocząc orczykiem po jej oblepionych gnojem bokach. Jego przekleństwa niosły się aż do kapliczki przy przepuście.

- A żeb' tobie moja krzywda bokiem wylazła! - tym słowom towarzyszył werbel orczyka po krowim grzbiecie. - Żeb' ty zdechła, skacino przeklęta!

Krowa zrejterowała z Pawlakowego wygonu, ale na skraju obejrzała się jeszcze i zgarnęła pyskiem porcję łubinu, Kacper schylił się po kamień i zarechotał radośnie, kiedy udało mu się trafić krowinę w zad. No, dał tym razem nauczkę Kargulowemu bydełku. Może z tego strachu mleko się w niej zwarzy. Kacper wracał dumny z orczykiem na ramieniu, nie przeczuwając, że Wojciech Kargul już w tej chwili planuje surowy odwet na inwentarzu sąsiada. Dostrzegł właśnie, że koń Kacpra przełożył niebacznie ogon na stronę podwórza Karguli. Długa kita zwieszała się między wyszczerbionymi deskami płotu. Kargul sięgnął po sierp, wiszący na bielonej ścianie chaty, i ukrywając go za plecami, zbliżył się ukradkiem do ogona kasztana. Cały czas zerkał z ukosa na Kacpra, który zajęty był wraz z Jasiem piłowaniem suchej olszyny. Kargul był w długiej sukmanie, bo właśnie wybierał się do księdza Paralaty omówić sprawy związane z planowanym weselem swego syna, Władka, z Anielą od Hańczarów. Kiedy tak kroczył w wyszywanej sukmanie z sierpem w garści, zobaczyła go żona i zamarła z przerażenia.

- Z sierpem na plebanię? Ty oczadział?! - wystękała, ale zamilkła natychmiast, gdy Wojciech pogroził jej kułakiem. Bić to on potrafił. Zastygła z otwartymi ustami i patrzyła, jak sierp unosi się w górę nad zadem Pawlakowego kasztana, jak druga ręka Wojciecha chwyta jego ogon i rzępoli go krzywym ostrzem sierpa przy samej nasadzie. Kasztan przysiadł, ale Kargul nie puścił ogona, póki go do końca nie urżnął. Trzymając go za plecami, zawołał w stronę piłujących drzewo sąsiadów:

- Ty, Pawlak! Podejdź no do płota!

- A po jaką zarazę? - Kacper patrzył nieufnie spod długiej piastowskiej grzywy. Jaśko stanął przy ojcu i obaj ramię w ramię przyglądali się teraz czujnie Kargulowi.

- Podejdź, jako i ja podchodzę - Kargul, trzymając ogon za plecami, zbliżył się do samego płotu. Pawlak mięsił przez chwilę trociny bosymi paluchami nóg, jakby nie mógł się zdecydować na podjęcie wyzwania.

- A na co mnie podchodzić, jak ja nie mam do niego interesa?

- Chcę ja tobie odpłacić za przysługę, żeś moją krowę ze szkody wygnał.

- On sam ją pewnie w mój łubin pognał, a teraz chachmąci.

- Sama polazła. Aleś ty ją kijem wyłomotał.

- I dalej będę łomotał, bo to nie krowa, tylko chwost złodziejski! Należało jej się!

- Ano to masz za to zapłatę - Kargul zamachnął się i rzucił prosto w twarz Kacpra ucięty ogon. Widząc ogłupiałą minę Pawlaka, potężny Kargul aż zarżał ze śmiechu.

- A cóż jemu tak oczy dęba stanęli jak u czerepachy, a?

- Żeb' jego wilcy, no! - wystękał Kacper, nie mogąc uwierzyć w podłość sąsiada. Przeniósł wzrok z rozradowanej twarzy Kargula na pozbawionego ogona kasztana; stał teraz bez ogona, ośmieszony, kręcąc się w koło, bo gzy cięły go bezlitośnie. Kacper zamarł. Nie mógł wydobyć z siebie nic więcej niż powtarzane w kółko przekleństwo: "Ty koniosraju jeden! Żeb' tobie muchomora kto zadał! A Kargul w sukmanie podparł się tylko pod boki i rżał radośnie, udając ogiera. Kacper obejrzał się na syna, trzymanym w ręku ogonem kobyły wskazał na wbitą w pieniek siekierę. Chłopcu nie trzeba było żadnych więcej instrukcji. Porwał siekierę i wystartował do płotu, starając się sięgnąć Kargula obuchem. Wojciech, plącząc się w połach sukmany, dopadł drzwi chaty i zasunął skobel. Ostrze siekiery odłupało tylko kawał futryny.

Od tej pory otwarta wojna między Kargulami a Pawlakami toczyła się ze zmiennym szczęściem. Brały w niej udział całe rodziny, ale także był zaangażowany cały żywy inwentarz. Każde pianie koguta było jak dźwięk trąbki wzywającej do boju. Każde zniesione jajko stać się mogło zarzewiem kolejnej potyczki. Każdy chwyt był dobry, by wywieść przeciwnika w pole, by złapać go w zasadzkę. Kto pierwszy otrząsnął nocą dziką gruszę z niedojrzałych ulęgałek - ten był lepszy. Pękła rozwora od Pawlakowego wozu - był to dla Kargulów powód do radości. Przejechał samochód starosty Kargulowego parsiuka przy kapliczce - dobrze im tak!

Leonia specjalnie wysypywała na zapolu stodoły ziarno, żeby przywabić tam Kargulowe kury. Zamykała je tam na tak długo, aż zniosły jajko. Taskała kiedyś w fartuchu swój łup, kiedy zza płotu wyciągnęła się potężna łapa Kargula:

- A on czego tu łapę pcha?

- Oddajcie jajko, Leonia.

- Ot tobie na. Zbiesił sia czy jak?

- Nasza kura, nasze jajko.

- On do cała kołowaty chyba: taż ja te jajko w naszej stodole naszła.

- Boście moje kury w sąsieku zamknęli.

- Po naszej stronie znalazła, a wszystko, co po tej stronie płota, to nasze.

- Ot, gadzina - huknął Kargul. - Dziermoli jak jaka rozdziawa! Przyjdzie wam się za wszystko na Sądzie Ostatecznym tłumaczyć!

- A on niech niebem nie straszy - odcięła się Leonia, kurczowo chowając w fartuchu zdobyte podstępem jajko. - Bo takie Herody jak Kargulowe plemie to prosto Lucyferu na rogi spadają.

Ta wymiana poglądów miała swój dalszy ciąg: żeby odwrócić łaskę nieba od Pawlaków, Kargul z synem Władysławem obrócili obliczem ku swojemu siedlisku starą figurę świętego Floriana, która miała strzec obie chałupy przed ogniem. Liczyli, że Florian, stojąc tyłem do obejścia Pawlaków, nie uchroni ich domostwa od pierwszego pioruna, który jako kara boża powinien rychło spaść na głowy sąsiadów. Ale zanim przyszła pierwsza burza, stało się coś takiego, co na zawsze określiło wzajemne stosunki sąsiadów i zdeterminowało całe życie Jana Pawlaka. Było to jesienią 1927 roku, wtedy to Kaźmierz po raz ostatni widział swego starszego brata. Właśnie wrócili od żniw. Kosa stała oparta o oborę. Zachodzące słońce odbijało się w jej ostrzu dziwnie krwawą łuną. Czy ktoś z nich mógł przewidzieć, że za chwilę to ostrze spłynie prawdziwą krwią?

Kacper poszedł za stodołę za swoją potrzebą i wtedy właśnie stał się świadkiem czegoś, czego w żaden sposób płazem puścić nie mógł: oto pług, którym syn Kargula orał swoje pole, podciął lemieszem spory kęs miedzy dzielącej ich pola. Coś zawrzało w piersi Kacpra. Podciągając portki ruszył w ślad za pługiem. Doszedł do miejsca, gdzie lemiesz odkroił zachwaszczoną miedzę. Przyklęknął, przyłożył paluchy do ziemi i aż się zatrząsł: tak, dobrze widział spod swojej stodoły! Pług Kargulów odkroił pasek ziemi szeroki co najmniej na dwa palce. Dwa paluchy jego bosej stopy! Jak rękę przyłożyć - to i na trzy palce wyjdzie!

- Stój, ty koniosraju jeden! Ty łapciuchu! Bambaryło! - wykrzykiwał Kacper, idąc w ślad za oddalającym się oraczem. - Ty ziemię mnie będziesz kradł? Pałką ja tobie po łbie i zaraz ty przykucniesz, hamanie jeden!!

- Pilnuj ty swoich gnid na głowie - odkrzyknął Władek Kargul, co się właśnie do ślubu z Anielcią od Hańczarów sposobił. Odgryzając się tak przez ramię, znowu zajechał pługiem kawałek miedzy na szerokość pudełka zapałek. Tego już Kacper wytrzymać nie mógł.

- Jaśkuuu!! - zawołał, składając dłonie przy ustach. - Bierz kosę i galopem leć!!

I od tej chwili wszystko potoczyło się z taką szybkością, że żaden święty Florian ani inny święty nie byłby w stanie interweniować: gdy Jaśko zobaczył, jaką krzywdę wyrządził im Kargulowy pług, wystarczył jeden zamach. Błysnęła kosa, rozległ się straszny krzyk padającego oracza...

A potem zapadła noc. W chacie Pawlaków paliła się naftowa lampa - widomy znak, że dzieją się tam rzeczy ważne i nikt już nawet nie myśli, żeby na nafcie oszczędzać. W blasku migotliwego światła pobłyskiwała stojąca groźnie w rogu kosa. To Kacper kazał ją tu postawić, żeby w razie czego można się było bronić przed odwetem Karguli.

W chacie Karguli też paliła się lampa, bo ksiądz Paralata przybył do Władka z ostatnim namaszczeniem.

A między jednym a drugim obejściem leżała miedza, odkrojona lemieszem na trzy palce. A na tej miedzy stała niezgrabna figura św. Floriana, odwrócona plecami do zagrody Pawlaków. Na siłę chciał Kargul pozyskać dla siebie opiekę nieba, ale na razie padł ofiarą ludzkiej sprawiedliwości, której bezlitosnym ramieniem okazał się Jaśko Pawlak. Swoim czynem wykazał, że ziemię szanuje, a że ziemia dla chłopa rzecz święta - tak więc i grzechu żadnego wedle Kacpra syn jego nie popełnił.

Matka wkładała do parcianego worka skromny dobytek Jasia, szykując go do drogi, której końca wówczas nikt nie mógł przewidzieć. Ojciec wyciągnął kuferek, wyjął z niego buty z cholewami i kazał je włożyć synowi. Były to buty, w których Kacper wrócił z różnych frontów wojny światowej i wkładał je tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Teraz miały służyć synowi, by oddany boskiej opiece mógł w nich ujść przed niesprawiedliwością ludzkiego prawa, co w obrońcy ziemi każe widzieć zbója.

Młodsze rodzeństwo Jaśka stało rzędem, a on gładził je po płowych główkach. Na końcu uścisnął Kazika.

- Ot, kłopot serdeczny - powiedział wówczas do brata. - Myślał ja, że będziesz ty drużbą na moim weselu z Marcysią, a Bóg wie, czy my się kiedy jeszcze obaczym.

Leonia chlipnęła po babsku, lecz Kacper nie pozwolił się roztkliwiać. Uważał, że Bóg i sprawiedliwość jest po ich stronie. Najlepszy dowód, że Święta Rodzina z wiszącego nad łóżkiem obrazu patrzyła tak ciepło na Jaśka, który klęcząc przed obrazem, powtarzał po ojcu:

- Dziękuję ci, Panie, żeś moją ręką pokarał Kargula...

- Nie wiadomo, może on i dycha jeszcze - odezwał się Kazik, ale ojciec syknięciem uciszył go, wskazując na klęczącego Jaśka.

- Człowiek z niebem dogaduje sia, a ten wtarabania sia .... - klęknął przy starszym synu i trącił go łokciem. - Ano powtarzaj za mną przysięgę: Przysięgam na wszystko, co ma moc nade mną, że drogi do domu nie zaślepię i na ojcowiznę wrócę, żeb' nasze kości nie szukały się po świecie. - Kacper przekrzywił głowę, wpatrzony błagalnie w oblicza na starym obrazie, i szeptał rotę przysięgi, jakby ustalał punkty umowy, którą w tej chwili zawierał z Panem Bogiem. - A na Kargulowe plemię i pola spuść, dobry Panie Boże, wszystkie plagi egipskie - zerknął na Jaśka, odczekał, aż powtórzy słowo w słowo, po czym jeszcze wyżej wzniósł złożone modlitewnie dłonie: - Tylko się nie pomyl i Kargulowych sąsiadów, czyli nas, Pawlaków, niczym złym nie doświadczaj, bo my się praw Bożych i swojej miedzy trzymamy. A ziemi naszej bronić w prawie jesteśmy, boś Ty ją stworzył, nam ją we władanie przeznaczywszy...