Rumunia
Dwa dni w drodze i w końcu przekraczam granice swojego marzenia. Rumunia. Tylko skąd wziął się ten lekki strach? Pewnie ze stereotypów i ludzkiego gadania. A może to ostrożność, która nieraz niepotrzebnie uczepia się człowieka? Mogłaby jeszcze trochę poczekać, albo w ogóle dać sobie spokój. Powinnam z nią ponegocjować, żeby póki co zajęła się kimś innym. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, dokąd mam jechać i w którym miejscu szukać noclegu. Na przystanku autobusowym poruszenie. Kilkunastoletni chłopak podchodzi do mnie i zaczyna chodzić wokół GS-a. Odruchowo wyciągam kluczyki. Jego mała dłoń sięga do nawigacji. A to co? Włączam ekran, nie zdejmując już z niego ręki. Po cholerę to wożę, skoro i tak rzadko korzystam... W międzyczasie robię szybki przegląd elementów łatwo dostępnych i szybko odczepialnych. Tak na wszelki wypadek. Bliżej - dalej, manipuluję obrazem, wyświetlając mapę okolicznych ulic. Duże - małe. Oczy chłopaka ze zdziwieniem patrzą na zmieniający się obraz. Małe ręce sprytnie znajdują miejsce dla siebie, odsuwając na bok moje. Przystankowa publiczność śledząca całą sytuację ożywia się. Jeden z kibicujących seniorów wchodzi na nasz uliczny ring. Uchyla kapelusza i staje obok. Przygląda się motocyklowi i elektronicznej mapie. Przystanek krzyczy, wskazując na wyłaniający się zza zakrętu autobus. Młody macha na pożegnanie ręką, która jeszcze przed chwilą ściskała nawigację, stary elegancko uchyla kapelusza. Biegną do autobusu. Z okien macha już cała rodzina. Zaraz spokojnie będę mogła zobaczyć, czego nie mam... Jakoś podświadomie źródła ich radości dopatruję w swojej stracie. Muszę ponegocjować nie tylko z ostrożnością, ale i zaufaniem do ludzi. Ostatnio jakby trochę się zawiesiło.
Hotel Aurora. Przed Aurorą stoi portier. Ile za noc? Według cennika jedynka 40 euro, ale dla "pojedynczych ladies" jest zniżka - tylko 25 euro. Skoro już na początku za sam fakt bycia kobietą dostaję rabat, to może wynegocjuję coś jeszcze. Jest dobrze: korzystanie z hotelowego peceta wystawionego w korytarzu wliczone w cenę. - Jak długo lady chce, do oporu. Please. - Z tym "plisowaniem" mu nawet do twarzy. Za nim dwa dziesięciolecia pracy w najbardziej stylowym hotelu w mieście. Na styl nie było popytu, więc dwa lata temu musiał zmienić miejsce pracy na bardziej oldskulowe.
W recepcyjnej gablocie artykuły pierwszej potrzeby - pasta do zębów, mapy i wino. W nieoświetlone korytarze Aurory rozwożą hotelowych gości dwie windy - wyłożone wykładziną drewniane skrzynki z lustrem. W jednej informacja techniczna: "4 osoby lub 300 kg". W drugiej: "3 osoby lub 225 kg". Traktuję to jako ostrzeżenie. Dobrze, że na schodach póki co nie wprowadzono ograniczeń.
W mieście niewiele się dzieje, a jeżeli już się dzieje, to przy głównym placu. Wokół niego krążą motocykliści. Jeden, na potężnym chopperze, jeździ sam. Raz po raz dogania go piątka na ścigaczach, niemal wjeżdżając w tył maszyny i jej początkującego właściciela. Przez chwilę się z nim drażnią, po czym wyprzedzają, aby nadal mógł kręcić swoje ósemki. Oglądam się za nim, bo wygląda groteskowo, jakby tu trafił z innej rzeczywistości. To znaczy, jak na motocyklistę wygląda idealnie i zgodnie ze standardami bezpieczeństwa. Może dlatego ekipa bezkaskowców w krótkich spodenkach tak go nie lubi. Kilka razy mignął mi chłopak na stylowym skuterze z kanapą w kratę typu burberry i okularach Ray Ban. Chwilową pustkę na placu wypełnia orszak ślubny: państwo młodzi w karocy. Biały koń, frędzel, kokarda. Z tyłu sznur przyozdobionych audi, beemek, fordów scorpio. W otwartych szyberdachach głowy weselników: wylakierowane loki, brokaty i tiule. Samochody trąbią, a młoda para królewskim gestem pozdrawia przechodniów. W połowie drugiego okrążenia na placu znowu pojawiają się motocykliści. Odpuszczają sobie kolegę na chopperze i dołączają do kolorowej kawalkady. Zdominowane przez hałas ulice po kilku minutach wracają do zwyczajnego porządku, a gapie do niedokończonych obiadów i przerwanych rozmów. Na swój taboret wstawiony między chłodziarkę z lodami a białą budkę z fast foodem wraca pracująca na dwóch etatach kobieta i kończy niedzielną prasówkę.
Siódma rano zmienia oblicze miasta: na ulicach kwitnie handel i legalny hazard - SuperBingo i Loteria Nationala - w sam raz dla szukających szczęścia w poniedziałkowy poranek. Przed kolorowym wózkiem z napisem "American Hot-Dog" kolejka. Z aplikatorów o rozmiarach krowich wymion sprzedawca wyciska musztardę, keczup i majo. Od rana zaprasza Fiori z wieńcami pogrzebowymi i sklep Zaraza z półkami pełnymi kryształów i lokalną ceramiką. Nawet ściana miejscowej autogary jest pokryta mozaiką.
Nieudolnie próbuję dopasować swój styl jazdy do miejscowych. W końcu za trzecim razem udaje mi się wreszcie opuścić rondo. To kwestia wprawy i czasu. Ale miasto zaczyna mnie męczyć. Wkrótce przekraczam wrota krainy Marmarosz. Wioski-skanseny, drewniane zagrody. Nawet wiejski Magazin ABC prezentuje się zacnie ze swoją rzeźbioną fasadą zalepioną plakatami z reklamami piwa Ursus. Osady wyglądają na senne, ale za rzeźbionymi bramami chowają się tętniące życiem zagrody. Na polach wieśniacy koszą trawę. Machają, gdy robię im zdjęcia. Jedna z kobiet wygraża mi drewnianymi "nożycami" - na szczęście po chwili zaczyna się śmiać. Dwie babcie rozłożyły swój grzybiarski kramik pod drzewem, naprzeciw świeżych pstrągów. Pyszne ryby przyciągają uwagę głodnych kierowców, zmuszając ich do zatrzymania się. A kiedy już przystaną, nie mogą przecież zignorować świeżych kurek rozłożonych na kolorowych foliach. Grzyby można kupić lub sfotografować. - Foto? Bon bon. - Babcie z uroczym szczerbatym uśmiechem upominają się o stosowne wynagrodzenie za udostępnienie wizerunku. Za płotem widać uschnięte drzewo z garnkami na gałęziach. Ponieważ w zagrodzie pusto, wyjaśnienia zjawiska szukam u wujka Google. Hasło "garnki na drzewach" w którejś tam kolejności doprowadza mnie do Złotego przewodnika po roślinach halucynogennych. Cholera, a może mi się tylko wydawało?
Nie tylko gruszki na wierzbie...
- Syhot Marmaroski
Kontuar, na kontuarze dzwonek, za kontuarem pusto. Chłopak z recepcji akurat wychodzi na papierosa. Wypali, wróci, to pogadamy. Przynajmniej mam chwilę na zastanowienie się, czy aby na pewno chcę tu zostać. - Motocykl, bar, ty, restaurant - po powrocie żartobliwie objaśnia procedurę meldunku.
Moje imię wyraźnie wpada w ucho kelnerowi zniszczonemu przez łatwy dostęp do restauracyjnych alkoholi. Przez kilka minut nie odstępuje mnie na krok. - Och, Ana, Ana! - Idąc po motocykl, słyszę jego lekko już nietrzeźwe zachwyty. GS-a przeprowadzam pod barowe drzewo na tyłach hotelu, ponoć najbezpieczniejsze miejsce w okolicy. Bar to enklawa miejscowych - mocno zasiedzianych i lekko podpitych. Wejście od tyłu, przez furtkę, albo krętym korytarzem. Kuchnia przekąskowa, alkohole mocne. Wycieczka w zaklęte rewiry Complexu Hotelier Coroana odkrywa przede mną tajemnice, które dla lepszego samopoczucia gości tajemnicami powinny pozostać. Recepcjonista, prowadząc mnie przez ten ukryty za nieszczelnymi drzwiami syf, nieświadomie robi mi przysługę. Do restauracji idę już tylko kurtuazyjnie i z ciekawości, wiedząc, że najbezpieczniej będzie tylko popatrzeć. Lustra, atłasy, kandelabry, świeczniki. Lokal przyprószony starością, stylizowany na elegancki, idealnie pasuje do kuchennej filozofii powtórnego wykorzystywania resztek. - Z którego roku? - pytam, wskazując na wnętrze. - Na naklejonym na ozdobne lustro zakazie palenia mój adorator zapisuje długopisem datę: 1851. Oczywiście rzeczony zakaz nie dotyczy wszystkich. Hotelowa restauracja to miejsce dla miejscowych notabli i przypadkowych przyjezdnych, którzy chcąc nie chcąc, notablami się stają. Ale taki już urok miast leżących na uboczu.
Dostaję pokój z widokiem, ale bez słuchawki prysznicowej. Na korytarzu zamieszanie. Włoscy pielgrzymi chyba nie sądzili, że warunki noclegowe na pielgrzymce mogą być aż tak ascetyczne. Wykorzystuję zamieszanie do szybkich przenosin, wchodząc w układ ze sprzątaczką. Dostaję klucze do innego pokoju, co pozwala uniknąć ponownej konfrontacji z recepcjonistą, lekko wstawionym kierownikiem i "Och, Ana, Ana!" kelnerem. Królowa pierwszego piętra całą biurokrację załatwi z nimi na swój sposób.
W pokoju obok nie brakuje ani słuchawki prysznicowej, ani widoku. Mogę zaznaczać terytorium. Białe ściany, pomalowana szarą olejną farbą szafa w przedsionku. Pod ścianami bardzo pojedyncze łóżka. Stylizację domyka jaskrawy pomarańcz sztywnego koca i zapach wykrochmalonej pościeli. Przypominają mi się kolonijne kombinacje: jak zrobić siku w trakcie leżakowania, aby dyżurująca wychowawczyni nie zauważyła. Bo przecież nie wolno im było przeszkadzać w popołudniowym odpoczynku. Standard pokoju podnoszą kieliszki, efektownie ustawione na srebrnej tacy. W toalecie - różowy papier, klasa szorstka. Cały zestaw toaletowy - papier, szklanka, mydło, czepek kąpielowy i plastikowe klapki - na tle sypiących się kafelków i rudobrązowej wanny wygląda na jakiś żart. W tej rzeczywistości wcale nie kiepski. Adekwatny.
Siedzę w recepcji, próbując opanować hotelowy komputer. Klawiatura oblepiona popiołem z papierosów i codziennym brudem lekko sprężynuje. Na szczęście nie jest obłożona folią, tak jak wetknięte w przegródki obok kluczy piloty do telewizorów. Przydział na każdy pokój. Recepcjonista zauważa, że mój nadal leży na swoim miejscu, więc wyjmuje go i kładzie obok mnie na stole. - Ti-wu - precyzuje. - Fenkju - odpowiadam, wkładając go na miejsce.
Procesor (tudzież wentylator) wysłużonego peceta pracuje na najwyższych obrotach. Ilość ikon i pootwieranych aplikacji świadczy o tym, że recepcjonista opanował komputer w stopniu co najmniej średnio zaawansowanym, przynajmniej w kwestii Skype'a, Facebooka, You Tube'a i kilku czatów jednocześnie. Korzystając z okazji, podglądam recepcyjny porządek od tyłu. Gazety, paczki papierosów, a między stertami dokumentów i zapisanych papierów worek z rolkami różowego papieru. Akurat ta wiedza może się okazać przydatna... Recepcjonista siada obok mnie i zapala papierosa. - Cigarete? - pyta, przysuwając do siebie popielniczkę. Cigarete to raczej nie - pokazuję mu na drzwi. Z wyraźną niechęcią domyśla się, o co mi chodzi, i wychodzi na zewnątrz. - Ana, Ana, wino! - Zza kontuaru wychyla się mój stale nietrzeźwy adorator, stawiając przede mną restauracyjny kryształ. - Romania? - pytam, ciekawa bukietu lokalnych trunków. - Romania - odpowiada, a na jego twarzy pojawia się błogość. Zamiast wysłać go do wszystkich diabłów, łamię się. Bez sensu. Moja ciekawość od razu wywołuje natarczywość. - Och, Ana, Ana! - Co chwila podbiega, klepiąc się w okolicy serca. Póki trafiał w swoje, było nawet zabawnie. Za którymś razem jednak próbował trafić w moje, i tu nie znaleźliśmy porozumienia.
Nagle ciszę przerywa krzyk. - Intruzo, intruzo! - wydzierają się energiczne Włoszki z pielgrzymki. Średnia wieku dosyć wysoka, adekwatna do temperamentów. - Pracujesz tutaj? - Pytanie jednej z nich przebija się przez jazgot pozostałych. Teoretycznie nie. Ale właśnie się urządzam. Zmieniam panujące tu zwyczaje i ustawiam granice relacji. Czyli poniekąd zaczynam wpisywać się w przestrzeń recepcji. - Spróbuję pomóc - deklaruję. Skoro wiem, gdzie trzymają papier toaletowy, to już wiem naprawdę dużo. W pozostałych kwestiach mogę przecież improwizować. Tym bardziej, że nikogo oprócz mnie po tej stronie kontuaru nie ma. Recepcjonista pojawił się w przelocie, wrzucając do popielniczki dymiącego papierosa, po czym uciekł. - Był tam! - mówi liderka grupy ścigającej intruzo. - Uciekł tamtędy! Tylnymi drzwiami! - Z jej relacji potrafię wywnioskować tylko tyle, że nic nie ukradł, ale chciał. Czaił się w korytarzu, gdzie wszedł przez otwarte drzwi, które powinny być zamknięte. - Zamknijcie je! - wydziera się, na szczęście bezosobowo, starsza kobieta. - Zaraz pójdziemy po naszego księdza! - straszy recepcjonistę, który właśnie przypomniał sobie o pozostawionym papierosie i pojawił się na stanowisku pracy. - Yes madame, yes madame - przytakuje. Brzmi wiarygodnie, bo Włoszki powoli zaczynają się rozchodzić. - Za dużo grappy - kwituje całe zamieszanie jedna z pątniczek, uśmiechając się do mnie porozumiewawczo.
Targ w Syhocie Marmaroskim
W środku nocy okazuje się, że moja radość z posiadania słuchawki prysznicowej była przedwczesna. Obecność słuchawki nie gwarantuje obecności wody. Rankiem nikt mnie nie żegna. Pielgrzymka o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie wsiadła do autokaru i odjechała. Widziałam tylko, jak wychodzą ze śniadania (jednak ktoś się zdecydował...). Ani recepcjonista, ani kelner nie byli już tak przyjaźnie nastawieni. Może za bardzo się rządziłam?
- Săpân?a
Parkuję GS-a pod bramą cmentarza w wiosce Săpânţa - krok od świętości i tamtego świata. Bliżej tam już tylko dziadkom siedzącym na drewnianej ławce pod ogrodzeniem. Poczucie humoru, z jakim potraktowano tutaj zmarłych, wystawia na próbę moją śmiertelną w tej kwestii powagę. Portret każdego nieboszczyka i rzeźbione epitafium wiernie oddają jego charakter i postawę życiową. I to bez względu na to, czy była bardziej, czy też mniej chwalebna. Jaki był zmarły, można wywnioskować z osobistych i szczerych komentarzy bliskich: "Tu leży moja teściowa, gdyby pożyła rok dłużej, leżałbym tu ja". Nie ma czarowania, że o nieżyjących mówi się tylko dobrze, albo nie mówi się wcale. Zostaje po nich prawda. Światu doczesnemu mogą posłużyć jedynie za przestrogę: " Kto pije dużo wódki, podzieli mój los. Lubiłem wódkę i z butelką w dłoni odszedłem w śmierć". Położna, spawacz, elektrotechnik, milicjant. Profesje mieszkańców nietrudno odgadnąć. Jeździł traktorem? Damy mu traktor, niech pojedzie nim na tamten świat! Miał słabość do mocnych trunków? Niech wreszcie w spokoju i radości się napije! W końcu niebieski kolor dębiny, z której zrobiono krzyże, ma nieść zmarłym nadzieję i wolność. Po cmentarzu obowiązkowa runda po stoiskach z souvenirami. Upychając w torbie kicz nad kiczami wartości kilku lei, orientuję się, że nie mam kluczyków od GS-a! W głowie pojawia się charakterystyczne pulsowanie i uderzenie gorąca. Mam lalki, nie mam kluczyków. Nerwowy ucisk przenosi się na skronie. Walczę, aby nie rozprzestrzenił się na resztę głowy, bo od tego do paniki już blisko. Muszę ponownie zrobić rundkę po okolicy - tym razem na wstecznym. Próbuję odtworzyć szlak między stoiskami i kolorowymi pomnikami. Nawet wyrzeźbiona na nagrobku półnaga kobieta w czerwonych majtkach i z anielskimi skrzydłami nie przyciąga na dłużej mojej uwagi. "Zawód czy ulubione zajęcie?" - przemyka mi przez myśl, ale nie zatrzymuję się, biegnę dalej. Ku rozczarowaniu sprzedawców, nie w głowie mi ani bukowińskie jaja, ani dywany, ani nawet koronki. Liczba zwiedzających rośnie, a tym samym prawdopodobieństwo odnalezienia kluczyków maleje. Sama nie wiem, czy patrzeć na ziemię, czy ludziom na ręce. Nieoczekiwanie znów stoję przy motocyklu. W stacyjce nie ma. Na ziemi nie ma. Są w...
(fragment)...
.
.
.
Całość dostępna w wersji pełnej