Samotny husky - Hannah Gold

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (35,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszyNoc polarna

April Wood stała wraz z rodziną w centrum Longyearbyen i obserwowała ostatni tego roku zachód słońca. Temperatura wynosiła minus dwadzieścia cztery stopnie, a przenikliwy wiatr sprawiał, że wydawała się jeszcze niższa. Tego wieczoru miała rozpocząć się ciemna pora roku, gdy noc zamieni się w dzień, a dzień w noc i tylko wskazówki zegarka pozwolą April odróżnić jedno od drugiego.

- Noc polarna - wyszeptała.

Longyearbyen było stolicą Svalbardu - grupy wysp położonych w pobliżu bieguna północnego, krainy ostatnich granic, niewyobrażalnych przygód, jednego z niewielu miejsc na Ziemi, w których wciąż można znaleźć czystą, nieskrępowaną dziką przyrodę - a także domem April.

Nie zawsze tak było. Zaledwie pół roku wcześniej April prowadziła zupełnie zwyczajne życie z dala od Arktyki. Mieszkała w małym, czerwonym, ceglanym domu, chodziła do lokalnej szkoły i uczyła się standardowych przedmiotów. To zwyczajne życie trudno nazwać pociągającym. Życie w Arktyce z kolei zdecydowanie nie było zwyczajne. W końcu gdzie indziej na świecie można doświadczyć w zimie całodobowej ciemności? Aby uczcić tę okazję, dwa tysiące mieszkańców Longyearbyen - prawie cała populacja Svalbardu - ustawiło się wzdłuż głównej ulicy, by mieć jak najlepszy widok na przebieg Uroczystości Nocy Polarnej.

Wydarzenie to odbywało się tradycyjnie w połowie listopada, a że dla April była to pierwsza prawdziwa zima na Svalbardzie, nigdy wcześniej nie miała okazji go oglądać.

Ubrana w najcieplejszy płaszcz zimowy, niebieską czapkę z pomponem, rękawiczki i tęczowe śniegowce, stała wciśnięta pomiędzy ojca a jego dziewczynę Marię. W teorii powinna się czuć bardzo przytulnie, ale tato pałaszował swoje ulubione anyżkowe cukierki i April słyszała wyłącznie głośne chrupanie. Zawsze miała wrażliwy słuch - znacznie czulszy niż u przeciętnej dziewczynki - a ostatnio jeszcze się wyostrzył.

- Zaczyna się. - Maria wyciągnęła szyję, żeby lepiej widzieć.

Jak na zawołanie jedyny w mieście kościół otworzył swoje drewniane podwoje i wyszedł z niego chłopiec, na oko dziewięcio- czy dziesięcioletni, niosący wysoko nad głową płonącą pochodnię.

- Pochodnia to oczywiście symbol światła. - Ojciec April położył dłoń w rękawiczce na ramieniu córki. Na szczęście skończył już jeść, więc mogła się skupić na tym, co mówił. - A ta prosta procesja symbolizuje ostatnie przejście słońca po niebie, zanim zniknie nam z oczu.

- I pojawi się dopiero w marcu - dodała z podziwem April.

- Taka długa ciemność!

Maria zadrżała i jeszcze mocniej opatuliła szyję ręcznie robionym szalikiem. Pochodziła z Hiszpanii i choć zaskakująco łatwo przystosowała się do życia na Svalbardzie, nadal niepokoiła ją perspektywa nocy trwającej całą zimę.

- Nie bylibyśmy ludźmi - rzekł z uspokajającym uśmiechem tato - gdybyśmy nie lękali się ciemności. Ale nie ma się czego bać. Noc polarna to jedynie efekt nachylenia osi Ziemi. W istocie, z naukowego punktu widzenia, uważamy, że...

- Edmundzie! Nie rozumiem, jakim cudem zawsze umiesz odebrać radość z każdej okazji. - Maria żartobliwie wywróciła oczami, zerkając porozumiewawczo na April. - To nie tylko nauka. To...

- Magia - dokończyła April.

- Technicznie rzecz biorąc, to nie magia - poprawił tato.

Lecz zarówno Maria, jak i April zatkały uszy palcami i w końcu nawet on wybuchnął śmiechem.

- Uroczystość - pisnęła April. - Patrzcie!

Chłopiec niosący płonącą pochodnię dotarł do końca głównej ulicy i stanął twarzą w twarz z gubernatorem Svalbardu, wysokim, barczystym mężczyzną, który czekał przed dużą drewnianą beczką wypełnioną wodą.

Gubernator przemówił do tłumu po norwesku. Był to oficjalny język Svalbardu. April nauczyła się go całkiem nieźle - w każdym razie lepiej niż jej tato, który należał do osób nieprzyswajających języków obcych. Potrafił co najwyżej zamówić filiżankę kawy, ale dość często zamiast niej dostawał herbatę (a raz nawet miskę psich ciastek).

- Co powiedział? - spytał teraz niecierpliwie.

- Coś o tym, że nadszedł czas - przetłumaczyła April. - Że chociaż jesteśmy wdzięczni za słońce, jesteśmy też wdzięczni za ciemność. Ponieważ ciemność przynosi swój własny rodzaj światła. Światło wspólnoty... i... tej części nie zrozumiałam. Ale myślę, że mówi, że ciemność pozwala ludziom bardziej się zbliżyć, zadbać o siebie nawzajem i o siebie samych.

- To jak naładowanie akumulatorów. - Maria z aprobatą pokiwała głową. - Naładowanie akumulatorów duszy. Mogę to zrobić.

Gdy gubernator skończył przemowę, tłum zaczął klaskać i wiwatować. Wtórowało mu wycie psów i kilka podekscytowanych szczeknięć. Na wyspie, na której nie wolno było trzymać kotów, by nie szkodziły miejscowej faunie, większość mieszkańców miała co najmniej jednego psa. Zazwyczaj były to emerytowane husky, ale zdarzały się też inne rasy. Czasami April podejrzewała, że jest tu więcej psów niż ludzi. Nie żeby jej to przeszkadzało. I tak zazwyczaj wolała zwierzęta.

W końcu tłum ucichł.

Po tym, jak gubernator odliczył do dziesięciu, chłopiec uniósł pochodnię, a następnie, po dramatycznej przerwie, zanurzył w beczce z wodą. Płomień rozbłysł jasno, niczym ostatnie promienie słońca, które zniknęło za szczytami otaczających ich gór, a potem zgasł. April wstrzymała oddech. Atmosfera miała w sobie coś dziwnego, niemal uświęconego. Uczucie, które trudno zidentyfikować - wiedziała tylko, że oznacza zmianę.

Rozpoczęła się noc polarna.

- No dobra - powiedział tato, wrzucając do ust kolejnego cukierka. - To może wróćmy do domu?

* * *

Tak się składało, że ich domem był hotel.

Niektórzy mogą uznać mieszkanie w hotelu za dziwaczny pomysł. Ale April i jej rodzinie pobyt w Zajeździe Arktycznym wydawał się czymś najnaturalniejszym na świecie.

Wszystko zaczęło się w lutym, kiedy April i jej ojciec wybrali się na Svalbard w poszukiwaniu jej najlepszego przyjaciela. Fakt, że ten przyjaciel był dzikim niedźwiedziem polarnym, to zupełnie inna historia, ale dla April przyjaźń z Niedźwiedziem stanowiła najprawdziwszą rzecz w jej życiu. I nic, absolutnie nic nie mogło tego zmienić. Na szczęście właściciel hotelu, Jurgen, człowiek otwarty i pełen niezłomnego entuzjazmu, okazał się chętny do pomocy. W trakcie tej ryzykownej przygody April udało się odnaleźć Niedźwiedzia i uratować jego dziecko, małego Orzeszka.

Po tym wszystkim ojciec April zdał sobie sprawę, że jego córka należy do Arktyki i, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, postanowił, że przeniosą się na Svalbard. A gdzie indziej mogli zamieszkać, jeśli nie w hotelu Jurgena? Tato pracował teraz jako naukowiec w Instytucie Polarnym, a Maria uczyła w jedynej szkole podstawowej na Svalbardzie. I chociaż cała trójka mieszkała w jednym z najzimniejszych miejsc na Ziemi, tato nigdy nie uśmiechał się tak ciepło. Jeśli April nie siedziała w szkole ani nie pomagała swojej przyjaciółce Heddzie przy hodowli husky, kiedy tylko mogła, starała się spotykać z Niedźwiedziem - choć biorąc pod uwagę fakt, że był on niedźwiedziem polarnym, nie zdarzało się to zbyt często. Ale wystarczało. Wystarczało, by wiedzieć, że jest blisko i w zasięgu węchu.

Gdy wspinali się na wzgórze w stronę hotelu, w którego oknach radośnie migotały światła, ojciec April objął córkę ramieniem. Była zbyt duża, żeby ją podnieść, tak jak to robił przed laty, ale i tak przyciągnął ją do siebie.

- Jak brzmiała ta piosenka, którą kiedyś śpiewałaś? - spytał. - Coś o krokodylach?

- Och! - April parsknęła śmiechem, rumieniąc się pod czapką z pomponem. - Nie śpiewałam jej od wieków!

- Ale jak to szło? - naciskał tato. - Coś jakby... Jestem szczęśliwa, szczęśliwa, szczęśliwa...

- Taka, taka, taka szczęśliwa - podjęła April, ponieważ tato patrzył na nią wyczekująco. - W takie radosne, wesołe chwile niestraszne nawet mi krokodyle!

Tato się roześmiał. Był to głośny, dudniący śmiech, który sprawił, że April musiała podnieść głos. Nawet Maria dołączyła do nich i cała trójka ile sił w płucach wywrzaskiwała piosenkę z dzieciństwa April.

- Jestem taka szczęśliwa, szczęśliwa, SZCZĘŚLIWA - śpiewali wszyscy. W przypadku April nieco fałszywie, bo jeśli istniało coś, czego nie potrafiła robić szczególnie dobrze, to było to właśnie śpiewanie. Ale jakie znaczenie miało parę fałszywych nut, skoro jej serce wypełniała radość? Przecież poza miesiącami spędzonymi parę lat wcześniej na Wyspie Niedźwiedziej, gdzie po raz pierwszy spotkała Niedźwiedzia, ostatnie pół roku na Svalbardzie było najszczęśliwszym i najpiękniejszym okresem w życiu April.

I nie chciała, aby cokolwiek to zmieniło.

Rozdział drugiNowy dom

Zajazd Arktyczny składał się z trzech połączonych ze sobą kontenerów transportowych, ustawionych na szczycie wzgórza, z którego rozciągał się widok na całe Longyearbyen. Kiedy April i jej ojciec po raz pierwszy odwiedzili to miejsce na początku roku, hotel był podniszczony i zaniedbany, przez co odwiedzało go bardzo niewielu gości. Od tego czasu tato pomógł Jurgenowi przeprowadzić remont, dzięki czemu zajazd wyglądał o wiele bardziej zachęcająco.

Gdy April, tato i Maria podeszli bliżej, przy świeżo odmalowanym wejściu kręciła się czteroosobowa rodzina, a młoda para wyruszała na skuterach śnieżnych na wycieczkę poza miasto. Hotel obsługiwał głównie urlopowiczów, tych na tyle odważnych (lub lekkomyślnych), by wyruszyć w podróż do Arktyki, choć Jurgen miał w planach goszczenie grup uczniów na wycieczkach ekologicznych. April przywykła do przyjazdów i wyjazdów gości hotelowych i chociaż czasami brakowało jej ciszy i spokoju, nie miała nic przeciwko ciągłemu ruchowi. Zupełnie jakby hotel miał własną energię - i wciąż czekał na kogoś, kto tchnie w niego życie.

Zgodnie z lokalnym zwyczajem tuż za drzwiami zdjęła śniegowce i włożyła parę wygodnych kapci. Na recepcji Jurgen był zajęty demonstrowaniem nowemu pracownikowi, jak obsługiwać system komputerowy, który skonfigurował w celu rejestrowania gości.

- Witajcie, przyjaciele! - zawołał radośnie. - Wróciliście.

Jurgen był Niemcem, ale mieszkał na Svalbardzie od ponad dziesięciu lat. Tylko odrobinę starszy od taty, lubił eleganckie zegarki kieszonkowe (jeden z nich dumnie eksponował na swojej marynarce), filmy, które wzruszały go do łez, oraz ogromne kubki herbaty z mlekiem. Miał serce wielkie jak łoś i był jedną z osób, które April najbardziej lubiła.

- Oficjalnie rozpoczęła się noc polarna, więc mam nadzieję, że jesteście gotowi na erę ciemności! - Jurgen lubił też śmiać się z własnych żartów, więc zachichotał. - Przygotowałem gulasz i nie martw się, April, nie ma w nim ani śladu renifera - dodał, nawiązując do jej wegetarianizmu.

Jednak pomimo tego, że burczało jej w brzuchu, April nie miała czasu na lunch.

- Nie mogę - odparła, zerkając na zegarek. - Muszę załatwić coś bardzo ważnego.

I, co istotniejsze, zobaczyć się z kimś bardzo ważnym.

Z Niedźwiedziem.

Miała ostatnią szansę, żeby spędzić z nim trochę czasu przed zimą, kiedy to, podobnie jak inne niedźwiedzie polarne, wyruszy na wędrówkę po lodowych arktycznych pustkowiach w poszukiwaniu pożywienia. Był to główny sezon żerowania i niedźwiedzie polarne często pokonywały ogromne odległości w poszukiwaniu fok. April nie miała pojęcia, dokąd uda się Niedźwiedź. Zimą pak lodowy otaczający północny kraniec Svalbardu rozciągał się daleko w kierunku bieguna północnego. Wiedziała tylko, że desperacko pragnie zobaczyć przyjaciela, zanim wyruszy w drogę.

Tato zmarszczył brwi.

- Nie wiem, czemu w ogóle się na to zgodziłem - mruknął. - Jaki ojciec pozwala swojej córce zaprzyjaźnić się z niebezpiecznym zwierzęciem?

- Niedźwiedź nie jest niebezpieczny! - zaprotestowała April. - Wiesz, że nigdy by mnie nie skrzywdził.

- Hmmm. - Tato nie wydawał się przekonany.

- Umówiliśmy się, pamiętasz?

April spojrzała na jego zatroskaną twarz i zacisnęła palce. "Proszę, niech teraz nie zmieni zdania" - pomyślała. Tylko ogromnym wysiłkiem zdołała go skłonić, aby w ogóle rozważył zgodę na te spotkania. Od czasu gdy zgubiła się na Svalbardzie i o mało nie zginęła, tato - co zrozumiałe - sprzeciwiał się wszelkim niebezpiecznym pomysłom April.

- Edmundzie, zgodziłeś się na ostatnią wizytę przed nastaniem zimy - przypomniała łagodnie Maria. - Jestem pewna, że April będzie ostrożna. Udowodniła, że potrafi sobie poradzić, nie sądzisz? Poza tym nie jest już dzieckiem.

Ojciec spojrzał na córkę, niemal zaskoczony odkryciem, że nie jest już małą dziewczynką. Jej kości policzkowe stały się wydatniejsze, a spojrzenie bardziej bezpośrednie. Arktyka sprawiała, że każdy wydawał się starszy niż w rzeczywistości - jakby same trudy życia tutaj w jakiś sposób postarzały ludzi.

- Nie pójdę dalej niż do chatki Heddy. - April musnęła palcami jego ramię. - Obietnica niedźwiedzia polarnego. A jak wszyscy wiedzą, to najmocniejsza obietnica ze wszystkich.

- Zgoda - powiedział tato po długiej chwili. - Ale musisz wrócić najpóźniej o osiemnastej. Ani chwili później.

* * *

Sypialnia April mieściła się na tyłach hotelu. Było oczywiste, że to jej pokój, ponieważ na drzwiach wisiała tabliczka z napisem:

Sypialnia April

A na wypadek gdyby ktoś nie zrozumiał aluzji, poniżej dopisała:

POMIESZCZENIE PRYWATNE

Ten pokój był jedyną oazą ciszy w hotelu. Żaden z gości nie mógł jej przeszkadzać i April wolała, żeby tak zostało.

Spojrzała na ścienny zegar i przełknęła ślinę. Ojej. Było już po południu! Szybko przebrała się w najcieplejsze wełniane ubranie, a następnie założyła polar i parę wodoodpornych spodni. Przed wyjściem chwyciła torbę, którą przygotowała wcześniej. Znajdowało się w niej wszystko, czego potrzebowała na wyprawę do tundry - rozległego obszaru Svalbardu, leżącego poza bezpieczną strefą małego miasteczka.

April nigdy nie opuszczała miasta bez tej torby. Miała w niej pistolet sygnałowy, telefon satelitarny, paczki suszonego jedzenia, małą przenośną kuchenkę gazową, gwizdek na psy, latarkę, baterie, zapałki, zapasowe ubrania, śpiwór i, co najważniejsze - przynajmniej dzisiaj - słoik masła orzechowego.

Nawet w zimowej kurtce skrzywiła się z zimna, gdy tylko przekroczyła próg. Od końca lata nie spadło dużo śniegu, ale wystarczyło, by pokryć ziemię i posypać góry.

Wskoczyła na skuter śnieżny i wycofała go z parkingu. Technicznie rzecz biorąc, nie był to jej skuter, ale Jurgen pozwolił April z niego korzystać, ponieważ większość czasu spędzał zamknięty w hotelu, dbając o to, by wszystko działało jak w zegarku.

April szybko wykonała kilka obliczeń. Trzeba było trzech godzin, żeby dotrzeć do wiejskiej chaty Heddy, w której nocowała podczas pobytu w tundrze. Dodając trzy godziny na powrót, zostawała jej niecała godzina.

To bardzo mało czasu.

Nie miała też żadnej gwarancji, że Niedźwiedź się pojawi. W końcu był dzikim zwierzęciem i nie przestrzegał ludzkich harmonogramów. April zrobiło się niedobrze. A co, jeśli wyruszył już w swoją zimową wędrówkę? Co, jeśli nie uda jej się go ostatni raz przytulić? Wtulić nosa w ciepłe futro i poczuć na twarzy szorstki język?

April odrzuciła wątpliwości - musiała przynajmniej spróbować.

Przekręciła manetkę gazu i ruszyła.

Rozdział trzeciNiedźwiedź

Ponieważ Longyearbyen było małe, April szybko dotarła do obrzeży miasta. Pochyliła się do przodu, dodała gazu i wkrótce jechała już drogą wiodącą do tundry. Chociaż określenie "droga" nie było do końca trafne: szlak zasługiwał najwyżej na miano ścieżki. Nie ustawiono przy nim żadnych znaków - nic podobnego do tych z jej dawnego życia. W istocie jedyne oznakowanie stanowił trójkąt ostrzegający przed niedźwiedziami polarnymi, który wyznaczał granicę cywilizacji. Za tym punktem każdy musiał nosić strzelbę, aby odstraszać niedźwiedzie. (Na szczęście ze względu na swój wiek April była zwolniona z tego obowiązku, ale tato nadal nalegał, aby zabrała pistolet sygnałowy).

Za tym punktem mieszkało bardzo niewiele osób. Z wyjątkiem tych najodważniejszych.

* * *

Jeszcze zanim April zobaczyła podwórko Heddy, usłyszała husky. Kakofonia szczekania, wycia i skomlenia odbijała się echem od pobliskich gór. Dźwięk ten brzmiał tak znajomo, że nie mogła powstrzymać uśmiechu.

Husky albo wyczuły jej zapach, albo rozpoznały niski warkot skutera śnieżnego. Prawdopodobnie jedno i drugie. W końcu April odwiedzała Heddę co najmniej trzy razy w tygodniu, aby pomóc, a w sezonie turystycznym nawet częściej. Poza Niedźwiedziem Hedda była najbliższą przyjaciółką April na Svalbardzie. Zrzędliwa, małomówna i szorstka, z początku nie budziła zaufania. Ale gdy April lepiej ją poznała, szybko zdała sobie sprawę, że pod oschłą powierzchownością starszej kobiety kryje się czułe i życzliwe serce. Podobnie jak u psów Heddy, które mogły głośno szczekać, ale tak naprawdę uwielbiały wystawiać brzuchy do głaskania.

- Cześć, husky! - zawołała głośno April. - Dziś nie mogę zajrzeć, ale słowo, wkrótce was odwiedzę!

Ponieważ była pora lunchu, Hedda wyjechała saniami. Od czasu pojawienia się informacji o tym, że zostanie zorganizowany Wyścig Polarny, pierwszy w historii Svalbardu długodystansowy wyścig psich zaprzęgów, prawie codziennie trenowała ze swoimi psami. Hedda prowadziła hodowlę husky i była maszerką - osobą prowadzącą sanie. W przeszłości odniosła zaskakująco wiele sukcesów w wyścigach psich zaprzęgów, i to pomimo faktu, że startowało w nich wówczas bardzo mało kobiet. Teraz, choć dobiegała siedemdziesiątki, bardzo chciała udowodnić, że nadal ma w sobie to coś, czego trzeba, aby wygrać.

Mimo że wyścig miał się odbyć dopiero w marcu przyszłego roku (za całe cztery miesiące!), już teraz ogromna większość mieszkańców Longyearbyen z podnieceniem odliczała kolejne dni. Jednak April nie mogła sobie wyobrazić nic gorszego niż długodystansowy wyścig psich zaprzęgów. Tak, uwielbiała psy. Podobały jej się ich cechy indywidualne i to, jak biegły razem, tworząc zgrany zespół. Lubiła nawet zabierać jedne z mniejszych sań na krótką przejażdżkę dookoła zagrody Heddy. Ale kontrolowanie zaprzęgu ośmiu lub więcej psów wymagało ogromnej siły i energii, bez dwóch zdań. Kiedy April po raz pierwszy spróbowała swoich sił jako maszerka, powożąca dużą grupą psów, zgubiła się w śnieżycy i omal nie zginęła.

Jazda na niedźwiedziu polarnym była o wiele łatwiejsza.

* * *

April odwiedzała już kilkakrotnie wiejską chatę Heddy i droga do niej - nawet jedynie w blasku reflektorów skutera śnieżnego i czołówki - była stosunkowo łatwa. April docierała na miejsce w ciągu niecałych trzech godzin. Chata - prosta, dwupokojowa drewniana konstrukcja - stała w sercu zacisznej doliny w otoczeniu śnieżnych pól odwiedzanych od czasu do czasu przez renifery. W dawnych czasach służyła traperom - mieszkali w niej myśliwi zimujący na Svalbardzie. Obecnie należała wyłącznie do Heddy.

Wielu mieszkańców Svalbardu miało oprócz głównego miejsca zamieszkania w mieście drugie, bardziej oddalone lokum. Ponieważ Hedda oferowała różne wycieczki saniami, ta chata stanowiła idealną bazę wypadową dla wszelkich wypraw turystycznych wymagających noclegu, w tym imprez z klientami korporacyjnymi, organizowanych, by podnosić świadomość zmian klimatycznych w Arktyce.

Jednak dla April, ze względu na oddalenie od cywilizacji, chata stała się idealnym miejscem spotkań z Niedźwiedziem. Tu nie musieli się obawiać, że ktoś ich zobaczy. Jak pokazały wydarzenia z początku tego roku, kiedy jej przyjaciel został postrzelony, niedźwiedzie polarne nie mogły się bezpiecznie zbliżać do ludzkich siedlisk. Nie ma mowy, żeby April znów zaryzykowała.

W ciągu sześciu miesięcy spędzonych na Svalbardzie trzykrotnie widziała się z Niedźwiedziem. Raz tuż po tym, jak się tu przeprowadziła, a potem jeszcze dwa razy latem. Te spotkania były raczej przypadkowe. Oczywiście trudno się umówić z niedźwiedziem polarnym na konkretny termin spotkania (ach, gdyby to było takie proste!). Zamiast tego April musiała polegać na niesamowitym węchu Niedźwiedzia, jego wyostrzonym słuchu i niezwykłym instynkcie, który pozwalał mu jakoś znaleźć April, niezależnie od tego, gdzie się znajdowała.

- Trzymaj łapy, Niedźwiedziu - mruknęła, schodząc ze skutera. - Wyczujesz, że tu jestem.

Modliła się również, aby otwarty słoik masła orzechowego zadziałał (zostawiła go na ganku Heddy kilka dni temu jako dość nietypową wizytówkę). Bo jeśli istniało na świecie coś, co Niedźwiedź kochał najbardziej (oprócz April), to było to właśnie masło orzechowe. Oczywiście chrupiące. Niedźwiedź potrafił wyczuć je z odległości wielu kilometrów.

April potarła dłonie w rękawiczkach i pchnęła drzwi. Hedda nigdy nie zamykała chaty na klucz, na wypadek gdyby jakikolwiek podróżnik potrzebował awaryjnego schronienia. Wewnątrz mieściła się kuchnia z piecem i rustykalnym wyposażeniem, a za kolejnymi drzwiami sypialnia. April rozpaliła ogień i nastawiła czajnik. Skoro i tak czekała, równie dobrze mogła się ogrzać.

Trzymając kubek w dłoniach, stanęła w otwartych drzwiach, wyglądając na zewnątrz. Minęła już trzecia, a niebo było czarne jak smoła, usiane gwiazdami, pośród których lśnił srebrny półksiężyc. Nad jej głową niczym kosmiczna balerina wirowała delikatnie nikła zorza polarna. Powietrze pachniało ostro nieskażoną wonią Arktyki - czystą i mroźną.

Z ust April uleciało westchnienie.

- Tak bardzo kocham to miejsce - szepnęła. - Nawet jeśli się nie zjawisz, Niedźwiedziu, i tak cudownie jest po prostu na to patrzeć. Ale nie zrozum mnie źle. Mam nadzieję, że przyjdziesz.

April kilkoma haustami opróżniła kubek gorącej czekolady, odstawiła go i oparła się o framugę. Była tu już od dziesięciu minut, a Niedźwiedź nadal się nie pokazał. Ale zamiast się niecierpliwić, wyostrzyła słuch. Nauczyła się otwierać na dźwięki. Nie słuchała tylko uszami, słuchała całą sobą. W tym stanie słyszała odległe krzyki mew, odgłosy przesuwającego się lodu, a nawet trzeszczenie gramofonu taty.