Sanatorium cudów - Izabella Agaczewska
25.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Nazywam się Aleksander i mam 9 lat. Niektórzy mówią na mnie Aleks albo Olek, ale nie lubię, gdy ktoś mnie tak nazywa. Wolę Aleksander, to takie dostojne i piękne imię. Nosił je jeden z najwybitniejszych władców świata. Tak mówi moja mama. Chciałbym być taki jak on i dokonać czegoś niezwykłego. Być jak Aleksander Wielki...
Niestety, na razie mogę tylko o tym pomarzyć... zresztą, co mogę tu innego robić? "Tu" - to twierdza, z której z całych sił pragnę się wydostać. Nienawidzę tego "koszmarniastego" i nudnego miejsca. Gdyby nie prośba mamy, nigdy bym tu nie został. Muszę jednak być dzielny. Obiecałem. I choć nocami moje łzy strumieniami zatapiają poduszkę i tak bardzo chciałbym wtulić się w ramiona mamy, to się nie poddam. W końcu imię zobowiązuje...
Wiem, że mama przywiozła mnie "Tu" dla mojego dobra, żebym wyzdrowiał. W naszej małej miejscowości nikt nie potrafił mi pomóc. Ani mądry lekarz, ani miła pielęgniarka, ani psycholog z ogromnymi okularami, ani nauczycielka, ani bibliotekarka, którą bardzo lubiłem, ani sklepowa, co o różnych chorobach słyszała, ani znachorka lecząca świecami. Ani nawet pani dyrektor, która znana jest z tego, że każdy jej wszystko wyśpiewa, gdy weźmie go w krzyżowy ogień pytań. Jednak niczego nie wyśpiewałem, chociaż bardzo chciałem.
Ja po prostu zaniemówiłem. Nagle. Mutyzm - orzekł profesor w szpitalu i bezradnie rozłożył ręce. Zalecił dużo spokoju i nakazał wyjazd do sanatorium. I tak znalazłem się w tym ogromniastym, przytłaczającym domiszczu, pośród pustkowia, na całkowitym odludziu. I jak nie mówiłem, tak nadal nie mówię. Choć stosują tu różne metody, żeby zmusić mnie do wydobycia choć jednego słówka, milczę jak zaklęty.
Może byłoby inaczej, gdybym trafił do części dla Normalsów. Oni mają całkiem fajnie, mogą wychodzić do ogrodu, grać w piłkę, biegać, bawić się... A ja jestem w grupie "Dziwolągów"; tak wszyscy o nas mówią. Jest nas czworo i każdy to "EWENEMENT" - to trudne słowo, jest ulubionym powiedzeniem naszej opiekunki, pani Niecierpek (tak naprawdę ma na nazwisko Cierpielewska, ale wymyśliłem przezwisko, które bardziej do niej pasuje). Swym znudzonym i skrzeczącym głosem wychowawczyni potrafi uprzykrzyć nam każdą chwilę. Na szczęście często zamyka nas na klucz, a sama oddala się do pokoju wychowawców, za co jestem jej ogromnie wdzięczny, bo mamy chwilę wytchnienia.
Naszą drugą opiekunką jest pani Cukiereczek (przyznaję się bez bicia, ten pseudonim to moje dzieło). Co prawda pani Zosia jest bardzo miła i przynosi nam całe stosy cukierków, ale wciąż się nad nami użala i nazywa swoimi "biedactwami" albo "nieboraczkami" (nie wiem, które gorsze), czochrając nas przy tym po włosach lub, o zgrozo, całując w policzek. Fuj, to nie do wytrzymania.
Koniec darmowego fragmentu