Rozdział drugi
Mira podjechała pod mój blok równo o dziesiątej. Dobrze wiedziała, że punktualność to mój bzik. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby czekała na pobliskim parkingu od kilku minut, żeby podjechać idealnie o czasie.
Wrzuciłam torbę do bagażnika, a plecak, z którym nigdy się nie rozstawałam, wylądował na tylnym siedzeniu. Wsiadłam, zbiłam z siostrą żółwika i zapięłam pasy. Zawsze przestrzegałyśmy zasad bezpieczeństwa.
- Jak twoja zemsta na złodzieju jogurtów? - zagaiłam, kiedy Mira ruszyła i płynnie włączyła się do ruchu. Doskonale wiedziała, gdzie jechać, a miałyśmy przed sobą prawie dwie i pół godziny drogi.
- Nawet się nie spodziewasz, ile z tym problemów. Nie chcę niczego dodawać, żeby nikt mnie nie złapał, sama rozumiesz. - Zerknęła na mnie, a ja przytaknęłam. - Dlatego prowadzę eksperymenty. Staram się doprowadzić jogurt do takiego stanu, żeby szybko spowodował rzadką zemstę, ale jednocześnie nie wzbudzał podejrzeń konsystencją czy zapachem. Po ostatnim razie musiałam myć ściany, bo wieczko wystrzeliło i skiśnięta malina zakończyła jedno podejście.
Zaśmiałam się, choć czasami mnie dziwiło, że wciąż wychodziło ze mnie coś więcej niż cyniczne uwagi.
- Nigdy nie próbowałam nikogo otruć, więc chyba ci nie pomogę.
Gwałtownie pokręciła głową i wystawiła palec wskazujący, akcentując swoją następną wypowiedź.
- Nie mam zamiaru nikogo otruć! Uważaj na słowa, bo nigdy nie wiesz, kto słucha. Nie moja wina, że ktoś zje coś przeznaczonego dla mnie, prawda?
Odsunęłam do tyłu fotel i umościłam się wygodniej. Blizny ciągnęły, gdy siedziałam w nieodpowiedni sposób. Mira to zauważyła, lecz nie skomentowała. Rozumiała wiele, może nie tak jak Sylwek, ale robiła to, co pomagało mi najbardziej - po prostu była obok, bez zadawania natrętnych pytań.
- Powiedz lepiej, co z mamą. Obraziła się za niedzielny obiad? - zagadnęłam, a usta siostry rozciągnęły się w krzywym uśmiechu.
- Pytasz, czy obraziła się za twoją nieobecność w jakże ważnym dla niej zwykłym dniu każdego tygodnia? No gdzie tam! Graliśmy w scrabble, piliśmy wino, a ojciec nawet dał mamie buziaka. - Zerknęła na mnie z miną pełną przygany. - Dorośnij w końcu, E. Nie wiem, ile jeszcze ojciec to wytrzyma. Zostawisz mnie tam ponownie na któryś obiad i sama mu polecę jakiegoś prawnika od rozwodów. - Wyprzedziła płynnie dwa samochody, nieco przekraczając prędkość. Lubiła jeździć szybko, aczkolwiek trzeba przyznać, że robiła to rozsądnie.
- Nie wiem, po co dalej ze sobą żyją. Przecież od dawna wiadomo, że kobiety z naszej rodziny nie potrafią utrzymać związku.
Mira wzruszyła ramionami. Zgadzała się ze mną, zresztą z czym tu się nie zgadzać? Historia naszej familii mówiła sama za siebie: małżeństwa bez miłości, niespełnione pragnienia, a do tego rodziły się same kobiety. Niezależnie od tego, z którą linią genetyczną się spowinowaciły, efekt był ten sam. Dlatego ja i Mira niespecjalnie się nastawiałyśmy na związki. Żyłyśmy już przy nieszczęśliwej parze, po co nam więcej?
- Wiesz, jak to mówią. Możesz zmienić żonę, ale to i tak nic nie zmieni. Znane zło lepsze od nowego. Trzymaj wroga bliżej niż przyjaciela. Długo by wymieniać. Zresztą na pewno słyszałaś historię z ogłoszeniem. - Ustawiła tempomat i złapała kierownicę jedną ręką. - Gościu dodał ogłoszenie, że szuka żony. Większość zgłoszeń była od innych mężczyzn i zawierała tylko trzy słowa: "weź pan moją"!
Parsknęłam śmiechem i z zadowoleniem obserwowałam krajobraz zmieniający się za oknem. Gdy wróciłam po ostatniej misji, Mira - choć wielokrotnie ją odtrącałam - co wieczór przychodziła z kocem, poduszką i dmuchanym materacem, który dzielnie pompowała, by spędzać ze mną czas i nie pozwolić mi się pogrążyć w byciu dupkiem. Zadziałało, mimo że dałam jej w kość. Kochałam siostrę i to, jak dobrze się przy niej czułam.
- Tak czy siak - zaczęłam nowy temat - może nam tam zejść do dwóch tygodni. Wszystko zależy od tego, ile czasu teściowa Sylwka postanowi u niego siedzieć. Powtarzamy akcję z Wielkanocy, tylko tym razem ze mną w roli głównej.
Dmuchnęła w przydługą grzywkę i puściła mi oko. Jej zupełnie siwe włosy tworzyły niesamowite połączenie z błękitem oczu. Tak, to kolejna klątwa kobiet w naszej rodzinie. Zaczynałyśmy siwieć od pierwszego dnia, kiedy dostawałyśmy okresu. Nie chciałam się z tym zgodzić i nawet na misje zabierałam farby do włosów. Wolałam siebie w rudym odcieniu.
- Na kolejne święta mogłabyś mnie uwzględnić w swoich planach dezercji. Atmosfera bywa tam wystarczająco ciężka i bez uciekającej ciebie, wiesz? - W głosie Miry pojawił się pewien wyrzut, ale wiedziałam, że tak naprawdę podziwia moje planowanie.
- Na razie w ramach przeprosin dostajesz rozpiskę, jak podlewać moje kwiatki. Każda doniczka ma naklejoną kolorową kropkę, a tu... - Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni poskładaną kartkę. - Masz legendę. Dasz sobie radę. - Otworzyłam schowek i wsunęłam tam świstek. Z tęsknotą zlustrowałam kolbę pistoletu, który tu trzymała.
- Tak w ogóle to mnie nie prowokuj, bo jeszcze jeden taki numer, a ściągnę matkę do twojego mieszkania i dam jej klucze. - Dźgnęła mnie palcem między żebrami, ale tak delikatnie, że ledwie to zarejestrowałam. - Jasne?
- Tak jest! - Zasalutowałabym jej, gdybym stała. Uśmiechnęła się usatysfakcjonowana.
- A teraz drugi temat. Zostawić cię z tym pistoletem sam na sam? Tylko załóż na niego prezerwatywę i jak skończysz, umyj go dobrze, zgoda? - Uśmiechnęła się i zwinnie zmieniła pas na ten potencjalnie szybszy.
- Nie zapominaj, że jestem starsza. To ja cię uczyłam, jak się całować, i kupowałam dla ciebie gumki.
- Właśnie... Dlaczego przestałaś je kupować? Co jeśli kiedyś o nich zapomnę? Zostaniesz ciocią, będziesz musiała czytać bajki o kotach, a dzieciak zeżre ci pewnie połowę kwiatów. Jesteś nieodpowiedzialna.
Pokręciłam głową, a na moją twarz momentalnie wpełzł brzydki grymas.
- Nie. To za dużo. Włączam radio i kończę temat twojej prokreacji, zanim w ogóle się zaczął.
- Jestem jak słońce. Nie dasz rady tego wyłączyć - stwierdziła i zaczęła śpiewać coś pod nosem. Nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, że byłyśmy tak podobne i różne jednocześnie.
Zgodnie z zapowiedzią włączyłam radio i ustawiłam jakąś popularną stację. Moja zła passa trwała, bo zamiast na fajną muzykę trafiłam na jakąś dyskusję.
- Właśnie o tym mówię, panie redaktorze. Świat nauki cyklicznie obwieszcza sukces i pokazuje nowe znaleziska archeologiczne, które rzekomo potwierdzają istnienie naszej cywilizacji już od tysięcy lat, jednakowoż nie możemy potwierdzić ich faktycznego wieku. Nawet datowanie węglowe, które wydawało się najdokładniejszą metodą badań, nie daje prawidłowych i zadowalających odczytów, gdyż każde z nich jasno wskazuje, że świat, który znamy, nie istnieje dłużej niż od czterystu dziewięćdziesięciu trzech lat. Mało tego! Drzewa genealogiczne, które próbowano tworzyć dla wielu rodzin, także królewskich, właśnie na tej dacie wstecz się kończyły. Zostały tylko niejasne historie bez pokrycia przekazywane z pokolenia na pokolenie i mgliste wrażenie o dawnych czasach, pełne legend i niezrozumiałych bajań. Jakże więc mamy uwierzyć, że nie zostaliśmy stworzeni z pewnym bagażem, zarówno emocjonalnym, jak i technologicznym? Kreacjonizm jest jedyną odpowiednią ścieżką, co wiemy już od dawna, jednakże nie narodziliśmy się jako nieidealne istoty czy nawet bakterie. W pewnym momencie ktoś zdecydował się stworzyć nas na swoje podobieństwo i powstaliśmy niczym Feniks z popiołów: silni, całkowicie ukształtowani i z ogromną wiedzą, którą nam podarowano razem z życiem.
- Panie profesorze, to wszystko do mnie przemawia i jak sądzę, do naszych słuchaczy również. Mam tylko jedno pytanie: gdzie się znajduje ta siła, która nas stworzyła? Wysłane w kosmos sondy i statki badawcze jasno potwierdziły, że poza Układem Słonecznym niczego nie ma, a Ziemia to jedyna planeta, na której istnieje życie. Gdzież więc jest ten, którego powinniśmy czcić? Która religia odpowiada za to stworzenie?
- Ma pan rację, dokładnie takie wnioski zostały wysnute...
Nie dałam rady dłużej słuchać tego bełkotu. Wyłączyłam radio i zerknęłam na Mirę.
- Dobra, śpiewaj. Wolę już to od tych teorii spiskowych.
- Się wie! - zawołała radośnie, zaraz jednak ułożyła usta w dzióbek i popukała się w nie palcem wskazującym. - Tylko co o tym sądzisz? Gdzie jest ta siła, która nas stworzyła później, niż wszyscy myślą? Czy jesteśmy obciążeni błędami naszych przodków, którzy przodkami nie są? Co się stanie niedługo ze światem?
Przewróciłam oczami i potarłam bliznę, która zaczęła mnie bardziej ciągnąć. Miałam takie objawy, kiedy poziom głupoty otoczenia wzrastał.
- Dobrze wiem, że żartujesz, ale proszę, skończ. Inaczej ja skończę to za ciebie w tamtym rowie. - Machnęłam ręką i wskazałam pobocze.
Mira jak zawsze się zaśmiała.
- Mam ci podlewać kwiatki i kryć cię przed matką. Muszę coś z tego mieć.
***
Ciepło buchało od kominka, w którym rozpaliłyśmy, a suche drwa cicho trzaskały. Siedziałyśmy ramię w ramię, dzierżąc długie metalowe szpikulce z nabitymi na nie kilkoma piankami i trzymałyśmy je nad ogniem. Mira pomogła mi ogarnąć w chatce i zrobić zakupy w okolicznym sklepie, a teraz postanowiłyśmy odpocząć, chociaż wiedziałam, że ten odpoczynek wkrótce zamieni się w serię pytań. Nie pomyliłam się.
- Nie myślałaś nad dołączeniem do policji? Przestępcy na widok twojej miny sami by się zakuwali w kajdanki, a jeszcze byś mi pomogła w jogurtowej krucjacie. - Mira przysunęła sobie pianki pod nos i zaczęła na nie dmuchać.
- Ta jogurtowa krucjata prawie mnie przekonała, ale jakoś nie widzę siebie nad rzeką, gdy wyławiają dwutygodniowe zwłoki. Chyba mam za dużą wrażliwość na to. - Zrobiłam to samo co ona i ostrożnie skubnęłam pierwszy cukierek.
Mira prychnęła i wpakowała od razu całą piankę do ust, a po chwili musiała oddychać przez nie szybko, by ochłodzić ich wnętrze.
- Wciąż masz nadzieję, co? Nie oceniam, kumam. - Pożarła kolejną sztukę i mówiła dalej. - Sama bym pewnie tak robiła. Nie wyobrażam sobie życia bez swojej pracy, co chyba jest normalne, skoro nie mamy innej pasji. Tylko znalezienie czegoś na chwilę nie oznacza rezygnacji z tego, co kochasz.
Pokręciłam głową, bo kompletnie się z nią nie zgadzałam.
- Bzdura. To tak jak z matką i ojcem. Oboje związali się ze sobą na chwilę, ale nie chciało im się szukać czegoś nowego, bo znana bieda jest lepsza od nowej, więc tkwią tak w bezsensie od lat. Kiedy nie masz nic, będziesz z całych sił walczyć o powrót do tego, czego pragniesz.
Westchnęła ciężko, lecz nic więcej nie dodała w tym temacie. Mówiła prawdę, poniekąd mnie rozumiała, bo jej praca dla niej również była wszystkim.
- E? - zagaiła, a ja na nią spojrzałam. - Nigdy nie opowiadałaś, co tam się dokładnie wydarzyło. Znam pewne elementy, ale nie na to się nastawiałam... Wiesz, brak nogi, bo wlazłaś na minę czy postrzał, jasne. Ale oparzenia chemiczne?
Odetchnęłam głęboko i ponownie zwróciłam twarz w stronę ognia. Mira faktycznie znała tylko podstawy. Do tej pory nie chciałam o tym rozmawiać, a ona to wyczuwała. Jeżeli jednak pragnęłam wrócić do wojska, musiałam się zmierzyć z problemami.
- Separatyści przejęli starą fabrykę farb pod swoją działalność. Spodziewaliśmy się produkcji bomb i to się zgadzało, ale wywiad dał dupy i nie wiedzieliśmy, że w środku są cywile zmuszani do pracy. Próbowaliśmy ich wyciągnąć i prawie się udało. Ogólnie byłam już przy wyjściu ze swoją grupą, ale coś mnie tknęło. Nasze pieprzone przeczucie.
Siostra się skrzywiła. Doskonale wiedziała, o czym mówię. To kolejne przekleństwo kobiet z naszej rodziny zaraz obok siwych włosów. Każda była obarczona dziwnymi przeczuciami, które zawsze się sprawdzały. Nie zawsze jednak działało to na naszą korzyść.
Odrzuciłam pręt, bo odechciało mi się pianek, i kontynuowałam:
- Wróciłam. I w sumie dobrze, bo dwóch moich ludzi razem z trojgiem cywili zostało osaczonych. Nie mieli drogi odwrotu. Ktoś rozwalił gdzieś rury, wszędzie wylewała się chemia. Nie było czasu, więc zareagowałam instynktownie. Umożliwiłam im odwrót, ale przy starciu z jednym z separatystów wpadłam tam, gdzie nie powinnam. To gówno oblało cały mój bok i przeżerało mundur. Uratowała mnie trochę kamizelka. Od tamtego momentu niewiele kojarzę. Mój człowiek oberwał, więc go wyniosłam. Uwolniliśmy cywilów. I wtedy padłam.
Milczałam, a Mira przysunęła się i mnie objęła.
- Pojebane... Chociaż nasze przeczucia nie zawsze prowadzą nas w dobre miejsce, gdyby nie one, zginęłoby pięcioro ludzi. Chujowe pocieszenie, ale zawsze jakieś.
Uśmiechnęłam się smutno, opierając głowę o jej ramię. Wolałam nie dodawać, że mam awersję do zapachu chemii nie z powodu tamtego miejsca. Wtedy nosiłam maskę i niewiele czułam. Kiedy mnie ratowali, wszystko mi zdjęli i odór własnego gotującego się ciała w połączeniu z całym gównem, jakie na sobie miałam, tak wżarł mi się w umysł, że czułam go nawet w śpiączce. Pamiętałam to tak jak pełne przerażenia rozmowy ludzi wokół.
- Dowodziłam tą misją. Ważniejsi ode mnie byli ci, którzy zaufali mojemu osądowi. Byłoby gorzej, gdyby to oni zginęli zamiast... Niż żebym nie miała tych ran.
Nie skomentowała mojego zająknięcia. Obie wiedziałyśmy, co miałam na myśli i jak durne było takie podejście.
- Mają mi przydzielić nowego partnera - powiedziała Mira, zmieniając temat, za co byłam jej wdzięczna. Życie toczyło się dalej, mimo że bez mojego aktywnego udziału.
- Może tym razem od razu go nie wystrasz...
- Pff! Nie moja wina, że przysyłają mi idiotów! Jak można wleźć w zwłoki, co? No jak?!
Jej czyste oburzenie sprawiło, że aż się zaśmiałam.
Mira została do wieczora, bawiąc mnie swoimi opowiastkami. Potrafiła odgonić ponure myśli zaprzątające moją głowę z równą upartością, jak brudne ubrania zawalały podłogę w jej łazience. Oczywiście nie same z siebie. Siostra nie lubiła sprzątać.
Odprowadziłam ją do samochodu, planując jeszcze spacer pod osłoną nocy.
- Mam coś dla ciebie, skoro twierdzisz, że wszystko jest w porządku. - Sięgnęła do bagażnika, wyjęła z niego niewielką skrzyneczkę i mi podała.
Przyjęłam ją i przysunęłam sobie do ucha, a ona prychnęła.
- Nie tyka, więc chyba mogę otworzyć - mruknęłam i powoli jak saper uniosłam wieko. Na wyłożonym aksamitem styropianie spoczywał piękny pistolet, a obok niego lśnił zapasowy magazynek.
- Jest na mnie, więc nie zrób niczego głupiego.
Uśmiechnęłam się szeroko, lecz nie w reakcji na jej ostatnie słowa. Mira wiedziała, jak istotna jest dla mnie broń. Choć nie miałam z niej gdzie strzelać, czułam się bez niej jak bez ręki.
- Dokładnie tego modelu używałam na ostatniej misji... - To jedyne, na co mogłam się zdobyć. Problem nie leżał w tym, że nie potrafiłam dziękować. Ten gest był dla mnie zbyt ważny i zwyczajnie mnie zatkało. Siostra mi ufała, a co najważniejsze, musiała zobaczyć poprawę. Inaczej nigdy nie dałaby mi swojej spluwy.
Chyba wyczuła moje emocje, bo mnie przytuliła, nie zważając na pudełko, które wciąż trzymałam.
- Nic nie mów, ja wiem. Daj znać, jak trzeba będzie cię stąd odebrać. Ach! I pomóż mi w jogurtowej zemście. - Dała mi buziaka w policzek i odsunęła się jak gdyby nigdy nic. Skinęłam jej głową i pomachałam jak wtedy, gdy żegnała mnie przed wyjazdem na każdą misję.
Kiedy pojechała, zapakowałam skrzyneczkę do plecaka, w którym miałam najpotrzebniejsze rzeczy, choć dla niektórych taszczenie wojskowej apteczki, manierki z wodą czy parodniowego zapasu batonów energetycznych to idiotyzm. Jasne, zdawałam sobie sprawę z absurdu, jakim było noszenie tego typu sprzętu przy sobie w czasie pokoju, ale pewnych nawyków nie zmieni się od razu. To był mój most do dawnego życia i zamierzałam się go trzymać.
Podążyłam w znanym sobie kierunku, w końcu nie pierwszy raz się tu zatrzymywałam, a cudowny zapach leśnego poszycia zawładnął moimi zmysłami. Uwielbiałam naturę. Przyjazd tutaj był genialnym pomysłem. Muszę za to podziękować Sylwkowi.
Zabrałam latarkę, lecz na razie jej nie zapalałam. Księżyc w pełni - na dodatek jakiś kwiatowy, czy cokolwiek dzisiaj miało się dziać na niebie - wystarczająco oświetlał mi ścieżkę. Nie chciałam psuć sztucznym światłem tego połączenia z przyrodą.
Gdzieś w oddali pohukiwała sowa, a obok ucha bzyczał mi jakiś owad. Czułam się wspaniale, wolna od rzeczy, które wyzwalały we mnie trudne wspomnienia.
Nagle wszystko ucichło, a ja zatrzymałam się w pół kroku. Nie miałam pod ręką pistoletu, ale powoli sięgnęłam do rękojeści dużego noża, który ze sobą zabrałam. Jeszcze go nie dobyłam. Rozglądałam się w napięciu.
Coś zaszumiało w koronach drzew, a potem kapnęło na moją głowę. Raz i drugi. Wyciągnęłam dłoń i poczekałam, aż to coś wyląduje mi na skórze. Wyglądało zwyczajnie, a pachniało jak nic. Czyżby zaczęło padać?
Odwróciłam się bezszelestnie i postanowiłam wracać. Czułam, że przyspiesza mi puls, głupi umysł myślał, że znowu jest na misji. Cóż, nie powiem, było to przyjemne doznanie.
Huk rozdarł ciszę, a ja z przyzwyczajenia przypadłam do ziemi i zakryłam głowę rękoma. Noga zastrajkowała, ale ją zignorowałam. Miałam większy problem. Coś rozjaśniło świat tak, jakby koło mnie walnęła atomówka. Fala uderzeniowa odrzuciła mnie kawałek dalej. Przywaliłam plecami o pień i straciłam oddech.
Biel wypaliła mi plamy przed oczami i nawet pochłaniająca mnie ciemność nie była w stanie z nią wygrać.
Major Elżbieta "Elektra" Zakrzewska odmeldowuje się ze służby.