Saptariszi - Semi Raj

-
Proszę czekać

Magdalena

Od naj­młod­szych lat uwiel­bia­ła czy­tać. Od kie­dy opa­no­wa­ła tę sztu­kę, książ­ki sta­ły się dla niej dru­gim ży­ciem i fa­scy­nu­ją­cym świa­tem, rów­no­le­głym do tego, któ­ry był praw­dzi­wy. Ra­do­ścią był też kon­takt z przy­ro­dą, z tym, co ist­nia­ło poza ro­dzin­nym do­mem. Jako małe dziec­ko za­chwy­ca­ła się "świa­tem do góry no­ga­mi". Mo­gła tak go­dzi­na­mi zwi­sać na pło­cie z gło­wą w dół i po­dzi­wiać sto­ją­ce na gło­wie drze­wa i wzgó­rza, a tak­że pły­ną­ce po nie­bie ob­ło­ki.

Tego po­po­łu­dnia pa­sła pod la­sem sie­dem krów. Była dwa ki­lo­me­try od domu na trzy­hek­ta­ro­wej łące z dala od za­bu­do­wań i lu­dzi. Z dwóch stron tra­wia­sta prze­strzeń oto­czo­na była mie­sza­ny­mi la­sa­mi i wy­sta­ją­cą z nich ska­łą, trze­cią stro­nę po­ra­sta­ły same świer­ki, a od za­cho­du roz­cią­ga­ły się upraw­ne pola są­sia­da. Po­śród ścier­nisk ro­sła so­czy­sta czer­wo­na ko­ni­czy­na przy­cią­ga­ją­ca swo­im sma­kiem i za­pa­chem nie tyl­ko roje owa­dów, lecz tak­że ro­ga­te kro­wy, któ­re ją uwiel­bia­ły. Zwie­rzę­ta re­zy­gno­wa­ły z je­dze­nia zwy­kłej tra­wy dla tego pach­ną­ce­go sma­ko­ły­ku. Kie­dy pierw­sza z nich zde­cy­do­wa­ła się iść w szko­dę, ko­lej­ne do­łą­cza­ły do niej w za­trwa­ża­ją­co szyb­kim tem­pie i trud­no je było od­go­nić. Je­śli pil­nu­ją­ca stad­ko Mag­da­le­na nie za­uwa­ży­ła tego w porę, zwie­rzę­ta w krót­kim cza­sie mo­gły stra­to­wać po­kaź­ny ka­wał po­let­ka, nie­na­le­żą­ce­go do ro­dzi­ców dziew­czyn­ki. Mada mu­sia­ła mieć oczy sze­ro­ko otwar­te i bacz­nie pil­no­wać sied­miu kra­sul. Są­siad bar­dzo się gnie­wał, kie­dy nie da­wa­ła so­bie rady. Tego dnia mia­ła ze sobą lek­tu­rę i z ogrom­ną cie­ka­wo­ścią po­chła­nia­ła ko­lej­ne roz­dzia­ły, zer­ka­jąc od cza­su do cza­su na ży­wi­ciel­ki. Kie­dy po­ło­ży­ła się na tra­wie i mia­ła przed sobą bie­gną­ce rzę­dem li­te­ry, za­po­mnia­ła o bo­żym świe­cie. Za­nu­rzy­ła się w nich i ock­nę­ła do­pie­ro wte­dy, gdy usły­sza­ła ryk mo­to­ru ja­dą­ce­go w kie­run­ku lasu. Są­siad, wi­dząc kro­wy w swo­jej ko­ni­czy­nie, pę­dził co sił na miej­sce zda­rze­nia. Kie­dy Mada usły­sza­ła ja­dą­cą WSK-ę, po­de­rwa­ła się na rów­ne nogi i po­bie­gła wy­pę­dzać zwie­rzę­ta. Zde­ner­wo­wa­ny są­siad obej­rzał szko­dy i po­wie­dział:

- Zno­wu te be­stie stra­to­wa­ły naj­lep­szy ka­wa­łek mo­jej ko­ni­czy­ny, jak ja to wy­ko­szę? Jadę do two­je­go ojca, niech on prze­trze­pie ci skó­rę!

Mag­da­le­na bła­gal­nym wzro­kiem po­pro­si­ła go o wy­ba­cze­nie. Na­stą­pi­ła chwi­la ci­szy, kie­dy ten obcy dla niej czło­wiek spoj­rzał na le­żą­cą na zie­mi lek­tu­rę Kto mi dał skrzy­dła i uśmie­cha­jąc się, od­po­wie­dział:

- Oj, dziec­ko, gdy­byś mia­ła skrzy­dła, two­je kro­wy nie we­szły­by w moją ko­ni­czy­nę. Pil­nuj ich, a ja nie pój­dę do two­je­go ojca ze skar­gą.

Mała, chu­da dziew­czyn­ka sta­ła obok ro­słe­go męż­czy­zny i mia­ła wra­że­nie, że jest o całe nie­bo od nie­go wyż­sza. Pa­trzy­ła na nie­go z góry, a on wy­da­wał jej się taki ma­ciup­ki. Nie mógł na­wet przy­pusz­czać, że już od daw­na po­tra­fi­ła la­tać i w tam­tym mo­men­cie też bu­ja­ła w ob­ło­kach, chro­nio­na przez bab­cię Ma­rię. Od naj­młod­szych lat czu­ła tę rękę opatrz­no­ści, choć wte­dy zu­peł­nie nie wie­dzia­ła, że za po­dob­ne prze­wi­nie­nie mama jej taty, żona uko­cha­ne­go dziad­ka, stra­ci­ła ży­cie.

Mag­da­le­na mia­ła te­raz inny kło­pot - oba­wia­ła się re­ak­cji wła­sne­go ojca. Po po­wro­cie do domu nie wie­dzia­ła, jak go za­gad­nąć, aby się nie zde­ner­wo­wał. Jak przy­znać się do wła­snej nie­uwa­gi? On pierw­szy przy­wo­łał ją do sie­bie.

- Zno­wu kro­wy na­ro­bi­ły szko­dy? - za­py­tał i nie cze­ka­jąc na tłu­ma­cze­nie, do­dał: - A szu­ka­łaś czte­ro­list­nej ko­ni­czyn­ki?

Mag­da­le­na, zbi­ta z tro­pu, spoj­rza­ła na ro­dzi­ca tak, jak­by zo­ba­czy­ła go pierw­szy raz. Mu­sia­ła mieć dziw­ną minę, ale on, jak­by tego nie wi­dząc, mó­wił da­lej:

- Wiesz, że w Bi­blii czte­ro­list­na ko­ni­czyn­ka ozna­cza szczę­ście? We­dług le­gen­dy Adam i Ewa po wy­gna­niu z raju za­bra­li ze sobą na pa­miąt­kę wła­śnie taką ko­ni­czy­nę. Po­wiem ci, co ozna­cza­ją ko­le­je jej płat­ki. - Uśmiech­nął się i za­raz po­pra­wił: - Chy­ba jed­nak list­ki. Pierw­szy to na­dzie­ja, dru­gi to wia­ra, trze­ci ozna­cza mi­łość, a czwar­ty to szczę­ście. Na­stęp­nym ra­zem znajdź taką z czte­re­ma list­ka­mi, a otrzy­masz te dary.

Spoj­rzał na nią ze zro­zu­mie­niem.

- I jesz­cze jed­no, nie mu­sisz się mnie bać, je­stem two­im oj­cem i ko­cham cię. Są­sia­do­wi wy­ko­szę całe pole ko­ni­czy­ny za to, że na­sze kro­wy znisz­czy­ły ten ka­wa­łek przy dro­dze. Nie po­wi­nien się gnie­wać. A ty się nie bój, strach nie jest po­trzeb­ny. Ogra­ni­cza każ­de­go, kto się boi. - Uśmiech­nął się i do­rzu­cił: - A kro­wy po tej ko­ni­czy­nie będą mia­ły tłust­sze mle­ko. - Mru­gnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

Mag­da­le­na od za­wsze czu­ła, że oj­ciec trak­tu­je ją wy­jąt­ko­wo, jak małą księż­nicz­kę. Ileż razy za­słu­ży­ła na karę, zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę. Nie była ide­al­nym dziec­kiem, choć lu­bi­ła się uczyć.

Tato za każ­dym ra­zem, na­wet wte­dy, gdy roz­bi­ła pięk­ny wa­zon, pre­zent ślub­ny ro­dzi­ców, umiał pa­trzeć na nią z mi­ło­ścią.

- Ten wa­zon, na­wet je­śli go po­skle­jasz, ni­g­dy już nie bę­dzie cały. Po­zmia­taj ostroż­nie szkło i wrzuć do osob­ne­go gara na śmie­ci.

Ta­kie i inne po­dob­ne sy­tu­acje Mag­da­le­na za­cho­wa­ła we wspo­mnie­niach i za­pa­mię­ta­ła jako naj­cen­niej­szą lek­cję ży­cia. Tam z wy­so­ka czu­wa­ła nad nią bab­cia Ma­ria.

Stefania

Ste­fa­nia ni­g­dy wię­cej nie za­sia­dła do pia­ni­na. Ro­dzi­ce pro­si­li i obie­cy­wa­li nowe za­baw­ki, ale na próż­no. Ona po­zo­sta­ła nie­ugię­ta. Do­pie­ro cał­kiem przy­pad­kiem w wie­ku sied­miu lat za­czę­ła swo­ją przy­go­dę z ry­sun­kiem. Za po­mo­cą ołów­ka wy­cza­ro­wy­wa­ła twa­rze pięk­nych ko­biet. Pre­cy­zyj­ną kre­ską pod­kre­śla­ła ich re­gu­lar­ne rysy, duże oczy, kształt­ne usta. Na swo­ich ob­raz­kach przed­sta­wia­ła Su­zan­ne i inne za­pa­mię­ta­ne ob­li­cza. Wszyst­kie two­rzy­ły cykl por­tre­tów, na któ­rych wid­nia­ły rów­nież ko­bie­ce dło­nie. Wśród nich był je­den ry­su­nek, któ­ry wzbu­dził uwa­gę mat­ki. Przed­sta­wiał nie­zwy­kłej uro­dy bru­net­kę, któ­ra po­ka­zy­wa­ła pra­wą dłoń z sze­ścio­ma pal­ca­mi. Sta­ni­sła­wa do­strze­gła sub­tel­ne po­do­bień­stwo jej twa­rzy do buzi wła­snej cór­ki.

- Kto to? - za­py­ta­ła.

- To pani ze snu - od­po­wie­dzia­ła Ste­fa.

Za­in­te­re­so­wa­na tym mat­ka za­dzwo­ni­ła do cio­ci Su­zan­ne.

Na dnie szu­fla­dy...Hi­sto­ria ro­dzin­na opo­wie­dzia­na Sa­ni­sła­wieprzez Su­zan­ne

Daw­no temu we Fran­cji żyła so­bie mała dziew­czyn­ka, któ­ra nie lu­bi­ła swo­jej rącz­ki. Emma mia­ła sześć pa­lusz­ków za­miast pię­ciu.

Dziew­czyn­ka po­sia­da­ła ta­lent ma­lar­ski. Umia­ła łą­czyć ze sobą ko­lo­ry i od­zwier­cie­dlać rze­czy­wi­stość - da­wa­ło jej to prze­wa­gę nad ró­wie­śni­ka­mi. W swo­ich ma­lun­kach przed­sta­wia­ła świat ota­cza­ją­cej ją przy­ro­dy. W wie­ku szkol­nym po­tra­fi­ła ma­lo­wać tak pięk­nie, że jej pej­za­że za­chwy­ca­ły oglą­da­ją­cych.

Ale Em­mie prze­szka­dzał do­dat­ko­wy kciuk, któ­rym za­ma­zy­wa­ła ma­lo­wa­ne ob­raz­ki. To on stał się jej utra­pie­niem. Zło­ści­ła się, de­ner­wo­wa­ła i dar­ła swo­je pra­ce na ka­wał­ki. Ro­dzi­ce, wi­dząc na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój cór­ki, po­sta­no­wi­li jej po­móc.

Usu­nię­to zby­tecz­ny pa­lec. Za­bieg był pro­sty, gdyż szó­sty pa­lu­szek po­wstał z fał­du skór­no-mię­śnio­we­go, i dziew­czyn­ka szyb­ko wró­ci­ła do zdro­wia. Ale sta­ła się rzecz nie­by­wa­ła.

Wraz z am­pu­to­wa­nym kciu­kiem znik­nął jej nie­zwy­kły dar. Nie na­ma­lo­wa­ła wię­cej żad­ne­go ob­ra­zu... Te, któ­re zo­sta­ły z dzie­ciń­stwa, da­lej leżą w szu­fla­dzie. Nie uj­rza­ły ni­g­dy świa­tła dnia.

- Emma była mamą na­szej mamy, czy­li bab­cią moją i Ga­brie­la. Pra­bab­cią wa­szej Stef­ci. Ni­g­dy ci tego nie mó­wi­łam, ale Ste­fa­nia jest do niej bar­dzo po­dob­na.

Anna

Na­ta­lia była młod­szą sio­strą Anny. Wię­zi je łą­czą­ce były tak sil­ne i bez­wa­run­ko­we, jak moc­na po­tra­fi być sio­strza­na mi­łość. Anka od dziec­ka ota­cza­ła Natę au­re­olą czu­ło­ści, tro­ski i zro­zu­mie­nia. O trzy­na­ście lat star­sza, była dla młod­szej mat­ką, sio­strą i przy­ja­ciół­ką. Za­wsze znaj­do­wa­ła dla niej czas i nie po­tra­fi­ła ni­cze­go od­mó­wić. Ania uwiel­bia­ła Na­tal­kę, a Na­tka z dzie­cię­cym od­da­niem ufa­ła An­nie.

Gdy Na­ta­lia na­uczy­ła się mó­wić i słod­ko pro­sić, Anna mimo wie­lu szkol­nych za­jęć nie ską­pi­ła jej za­ba­wy. Czy­ta­ła z nią książ­ki, wspól­nie fi­glo­wa­ły, oglą­da­ły baj­ki, ba­wi­ły się lal­ka­mi. To Ania na­uczy­ła ją jaz­dy ro­wer­kiem bez bocz­nych kó­łek.

Świat, któ­ry ota­czał małą Na­tkę, był świa­tem lu­dzi do­ro­słych. Ona sama czu­ła się jak do­ro­sła i za­da­wa­ła wie­le za­ska­ku­ją­cych py­tań. Gdy zaś od­po­wia­da­ła na py­ta­nia, ro­bi­ła to szcze­rze i nad wy­raz re­zo­lut­nie. W przed­szko­lu, w pia­skow­ni­cy czy na po­dwór­ku oznaj­mia­ła ró­wie­śni­kom:

- A ja mam dwie mamy!

I dzie­ci przy­zna­wa­ły jej ra­cję.

*

Ro­bert ocza­ro­wa­ny był Anną od chwi­li, gdy po raz pierw­szy za­tań­czył z nią na balu kar­na­wa­ło­wym. Był w siód­mej kla­sie, ona cho­dzi­ła do ósmej. Ma­rzył o niej przez lata, ale żył zu­peł­nie w jej cie­niu. Nie zwra­ca­ła na nie­go uwa­gi. A kie­dy sta­wał na­prze­ciw­ko - pa­trzy­ła jak na zwy­kłe­go ko­le­gę.

Po pod­sta­wów­ce wy­bra­ła li­ceum i kla­sę z roz­sze­rzo­nym an­giel­skim. On tak bar­dzo chciał być bli­żej niej, że w na­stęp­nym roku szkol­nym za­si­lił gro­no uczniów tej sa­mej szko­ły. Mógł ukrad­kiem przy­glą­dać się jej, za­chwy­cać i cze­kać na jej mi­łość, jak mło­dy lew cze­ka na spoj­rze­nie lwi­cy.

Wszyst­ko za­czę­ło się na stud­niów­ce. Ona przy­szła ze swo­im chło­pa­kiem, on z ko­le­żan­ką z jej kla­sy. Kie­dy po­pro­sił Annę do tań­ca, a ona nie od­mó­wi­ła, wie­dział, że nad­szedł jego czas... Od daw­na była pa­nią jego snów.

Or­kie­stra za­gra­ła I Will Al­ways Love You Whit­ney Ho­uston, gdy ob­jął ją szczu­płym ra­mie­niem. Po­da­ła mu swo­je kru­che, de­li­kat­ne pal­ce wy­peł­nia­ją­ce ide­al­nie jego dłoń. Przy­tu­lił ją moc­niej. Drgnę­ła i przy­bli­ży­ła się o mi­li­metr, wtu­la­jąc gło­wę w jego tors. Czuł jej ener­gię. Przy­warł usta­mi do jej wło­sów i w świe­tle re­flek­to­rów uj­rzał w nich ko­lo­ro­we iskry. Pach­nia­ła świe­żą nutą po­ma­rań­czy. Sub­tel­nie, zmy­sło­wo. Uru­cho­mi­ło to w nim in­stynkt zdo­byw­cy. Chciał wię­cej, ale oba­wiał, że ją spło­szy. Su­nę­li tak ra­zem nad par­kie­tem - do­świad­cza­jąc wy­jąt­ko­wo­ści chwi­li. Dźwię­ki mu­zy­ki prze­szy­ły go na wskroś. Obo­je to po­czu­li... jed­no­cze­śnie. Zna­leź­li się w jed­nym świe­cie. Ra­zem go do­tknę­li. On pra­gnął za­trzy­mać czas. Na za­wsze.

Dzie­siąt­ki oczu były zwró­co­ne w ich stro­nę. Na­sta­ła ci­sza i tyl­ko oni tań­czy­li w ryt­mie ro­dzą­ce­go się w nich uczu­cia - bi­cia swo­ich serc.

*

Cho­ciaż jego ma­rze­niem było wy­je­chać do Gdy­ni i pra­co­wać w stocz­ni, zre­zy­gno­wał ze swo­ich pla­nów i zo­stał w Zie­lo­nej Gó­rze. Uczy­nił to dla niej, gdyż tak pod­po­wia­da­ła mu jego in­tu­icja. Sta­li się nie­bem i zie­mią.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Anna

Jej sio­stra. Jej Na­ta­lia. Ta, dla któ­rej była nie tyl­ko przy­ja­ciół­ką, ale rów­nież przez wie­le lat mat­ką - oka­za­ła się zwy­kłą wy­ra­cho­wa­ną zdraj­czy­nią.

Jak mo­gła? Po tym wszyst­kim, co dla niej zro­bi­ła?

Ży­cie Anny w jed­nej chwi­li za­mie­ni­ło się w kosz­mar. Prze­cież za­wsze się sta­ra­ła, aby jej mała sio­strzycz­ka wy­ro­sła na mą­drą, ko­cha­ją­cą, wraż­li­wą ko­bie­tę. Na czło­wie­ka, któ­ry nie skrzyw­dzi dru­gie­go dla swo­jej za­chcian­ki.

To ona wy­sta­wi­ła Annę na taką pró­bę! Jak mo­gła??

*

- Zro­bi­li­śmy wszyst­ko, co w na­szej mocy... Jest nie­przy­tom­na. Odłam­ki zła­ma­nych że­ber prze­bi­ły na­rzą­dy we­wnętrz­ne. Roz­le­gły wy­lew za­jął całą jamę brzusz­ną. Na szczę­ście uda­ło się nam ura­to­wać dziec­ko.

Taką wia­do­mość prze­ka­zał or­dy­na­tor. Jego od­dech był płyt­ki, czuć było, że nosi w so­bie brze­mię cu­dze­go koń­ca.

Anna nie ro­zu­mia­ła jego słów, one nie­mal­że od­bi­ły się od niej. We­szła do środ­ka. Pa­trząc na za­sty­głą z bólu twarz sio­stry, wy­czu­ła, że Na­ta­lia pra­gnie otwo­rzyć oczy i za wszel­ką cenę coś jej prze­ka­zać. Cia­ło jej było bez­wład­ne, jak­by już daw­no ule­ciał z nie­go duch. Nie po­tra­fi­ła wy­ko­nać naj­mniej­sze­go ru­chu. To pra­gnie­nie Na­ta­lii Anna ode­bra­ła po­przez nie­wi­dzial­ną nić po­ro­zu­mie­nia, któ­ra daw­no temu po­łą­czy­ła je ze sobą. To nie zmy­sły ka­za­ły jej po­dejść bli­żej. To drże­nie ser­ca ro­dzą­ce się z praw­dzi­wej mi­ło­ści dusz. Sio­strza­ne wię­zy spra­wi­ły, że wzrok doj­rzał to, cze­go nie po­tra­fi­ło do­strzec ludz­kie oko. Ser­ce pod­po­wia­da­ło, aby zbli­ży­ła się do łóż­ka umie­ra­ją­cej. Anka mu­sia­ła usły­szeć jej ostat­nią wolę.

Od­cho­dzi­ła ta, któ­rą ko­cha­ła i któ­rej za­ra­zem nie­na­wi­dzi­ła. Ta, dla któ­rej jesz­cze osiem­na­ście mie­się­cy temu Anna go­to­wa była rzu­cić się w ogień. A te­raz?

Śmierć wi­sia­ła w po­wie­trzu, a ona tra­ci­ła ją na za­wsze.

Czym oka­za­ła się jej wła­sna mi­łość? Co zna­czy­ła dla niej ta, któ­ra za mo­ment mia­ła prze­stać od­dy­chać i zo­sta­wić wła­sne dziec­ko? We­wnętrz­na siła do­da­ła jej od­wa­gi. Wy­ko­na­ła ma­chi­nal­nie krok w przód i zbli­ży­ła się do łóż­ka.

Do­ty­ka­jąc zim­nej jak lód dło­ni Naty, po­czu­ła w so­bie pło­ną­cy żar, któ­ry wy­peł­nił jej cia­ło. Anna pło­nę­ła te­raz ży­wym ogniem, któ­ry ga­si­ły łzy bez­wied­nie pły­ną­ce po jej po­licz­kach. Mi­łość mo­co­wa­ła się w niej z nie­na­wi­ścią, przy­gnia­tał ją ogrom bólu i cier­pie­nia. Wie­dzia­ła, że mimo prze­ra­ża­ją­ce­go uczu­cia pust­ki obie sio­stry ze­spa­la po­nadziem­ska więź. Sil­niej­sza niż ży­cie i śmierć.

- Je­stem przy to­bie, je­stem... - wy­szep­ta­ła, nie mo­gąc wy­do­być z gar­dła in­nych dźwię­ków, gdyż daw­ne wspo­mnie­nia nią za­wład­nę­ły.

Roz­pacz i ura­za wy­peł­ni­ły du­szę, aby za chwi­lę wal­czyć z uczu­ciem tro­ski i mi­ło­ści. I cho­ciaż w tej chwi­li nie­na­wi­ści było wię­cej, po­chy­li­ła gło­wę nad spierzch­nię­ty­mi usta­mi Na­ta­lii, któ­ra wy­da­jąc ostat­nie tchnie­nie ży­cia, wy­ar­ty­ku­ło­wa­ła:

- Za... o... pie... kuj się ma­łym Ro... ber... tem. Pro... szę.

Czas prze­stał ist­nieć.

To jed­no imię roz­szar­pa­ło Annę od środ­ka.

Ro­bert. Imię jej męża. Imię dziec­ka Na­ta­lii. Imię ich dziec­ka.

Co dzia­ło się w ser­cu Anny? Proś­ba była nie do przy­ję­cia. Krę­ci­ło się jej w gło­wie. Po raz ko­lej­ny do­sta­ła cios od wła­snej sio­stry. Cho­ciaż był śro­dek dnia, zo­ba­czy­ła gwiaz­dy. Zo­sta­ła po­sta­wio­na pod prę­gie­rzem, bez wspar­cia i po­mo­cy in­nych osób. Sła­ba i bez­bron­na. Tłu­ką­ce się w jej gło­wie my­śli wi­ro­wa­ły.

"Nie" - wyła z roz­pa­czy jej du­sza.

"Nie­ee" - roz­dar­te na ka­wał­ki ser­ce krwa­wi­ło.

Anna była bez­sil­na. Po­sta­wio­na przed nie­moż­li­wym, nie po­tra­fi­ła speł­nić tej proś­by.

Po raz ko­lej­ny za­bo­la­ły rany za­da­ne jej przez tych, któ­rych ko­cha­ła. Ty­sią­ce ran. Ser­ce jej było strza­ska­ne, lecz naj­bar­dziej cier­pia­ła ura­żo­na god­ność prze­gra­nej ko­bie­ty. Anna nie czu­ła się ko­bie­tą...

Dziś raz jesz­cze po­czu­ła strasz­li­wy ból w środ­ko­wej czę­ści klat­ki pier­sio­wej. Ser­ce wy­rwa­ła jej wła­sna sio­stra. Prze­spa­ła się z jej mę­żem.

Anna w po­to­kach łez opu­ści­ła OIOM, prze­bie­gła ko­ry­tarz i zna­la­zła się na szpi­tal­nym par­kin­gu. Czar­ne chmu­ry po­ja­wi­ły się zni­kąd i pierw­sze kro­ple desz­czu po­łą­czy­ły się ze sło­ny­mi stru­ga­mi łez. Spły­wa­ły ra­zem po roz­pa­lo­nych po­licz­kach Anny.

Wszyst­ko w niej krzy­cza­ło... Pra­daw­ny in­stynkt prze­trwa­nia pod­po­wia­dał: "ucie­kaj". Nie wie­dzia­ła, któ­ry sa­mo­chód jest jej. Po­de­szła do naj­bliż­sze­go. Po­cią­gnę­ła klam­kę. Uru­cho­mi­ła sil­nik, a może był już uru­cho­mio­ny.

Już nie my­śla­ła, my­śle­nie było dla tych, któ­rzy chcie­li żyć...

Je­cha­ła nie swo­im sa­mo­cho­dem we łzach pła­czą­ce­go nie­ba. Byle naj­da­lej od tych, któ­rzy zdra­dzi­li ją i znisz­czy­li cały jej świat.

Anastazja

Kie­dy pierw­szy raz sta­nę­ła na tej ob­cej dla niej zie­mi, mia­ła je­de­na­ście lat. Ro­zej­rza­ła się wo­kół i po­my­śla­ła: "Bę­dzie cięż­ko, nie po­do­ba mi się tu". Spoj­rza­ła w nie­bo i wes­tchnę­ła bez­gło­śnie: "Ja­kie bę­dzie te­raz to moje ży­cie?".

"Po­ra­dzisz so­bie, to nie ko­niec świa­ta" - usły­sza­ła radę i pa­trząc na za­cho­dzą­ce nad wierz­choł­kiem góry słoń­ce, do­zna­ła tak po­trzeb­ne­go jej w tym mo­men­cie po­cie­sze­nia.

Bli­skość wznie­sie­nia do­da­ła jej od­wa­gi i dziw­ny spo­kój wy­peł­nił jej ser­ce. Dzia­ła­ła na nią jak ma­gnez. Stoż­ko­wy kształt gó­ru­ją­cy nad oko­li­cą do­da­wał jej po­wa­bu. Po­krze­pia­ją­ce cie­pło wy­peł­ni­ło ją od stóp do głów. Za­chwy­ca­jąc się uro­kli­wym pięk­nem nie­zwy­kłe­go wznie­sie­nia, po­czu­ła w so­bie ogrom­ną siłę i chęć zmie­rze­nia się z prze­ciw­no­ścia­mi. Ta góra spra­wi­ła, że od­dy­cha­ła ina­czej, że od­kry­ła w so­bie nowe po­kła­dy ener­gii.

W peł­nej kra­sie uśpio­nych pro­mie­ni nek uka­zy­wał cały swój ma­je­stat. Był do­mi­nan­tą oko­li­cy i po­śród ła­god­ne­go kra­jo­bra­zu sku­piał na so­bie całą jej dziew­czę­cą uwa­gę. Ana­sta­zja spoj­rza­ła na wznie­sie­nie po raz ko­lej­ny i już wie­dzia­ła, że da radę, że ten nowy dla niej i jej ro­dzi­ny świat jest przy­ja­zny i znaj­dą tu szczę­ście. Po­my­śla­ła: "Nie pod­dam się, ju­tro zno­wu za­świe­ci słoń­ce, to tyl­ko ko­lej­ny etap mo­je­go ży­cia... na­sze­go" - po­pra­wi­ła się w du­chu.

Zni­ka­ją­ce za ho­ry­zon­tem słoń­ce szep­nę­ło: "Wła­śnie tu­taj od­kry­jesz to, cze­go szu­kasz, do­świad­czysz cze­goś nie­zwy­kłe­go, no­we­go, ale też in­ne­go niż do­tych­czas. Od­naj­dziesz spo­kój".

- Oby sta­ło się tak, jak obie­cu­jesz - od­po­wie­dzia­ła i po­szła roz­pa­ko­wać ku­fe­rek.

Do Pro­bosz­czo­wa przy­by­ła z bab­cią, ro­dzi­ca­mi i star­szym bra­tem. Był 1946 rok. Przy­wieź­li kro­wę, któ­ra była ich je­dy­ną ży­wi­ciel­ką. Dzię­ki tej kro­wie, któ­rą na­zy­wa­li Pie­ścio­cha, oprócz świe­że­go mle­ka bab­cia Ro­za­lia ze zbie­ra­nej śmie­tan­ki wy­ra­bia­ła ma­sło i ma­ślan­kę, a z kwa­śne­go mle­ka - sery i ser­wat­kę. Ro­za­lia zaj­mo­wa­ła się mi­ni­pro­duk­cją mlecz­nych pysz­no­ści i czę­sto u są­sia­dów wy­mie­nia­ła je na inne pro­duk­ty. Ro­dzi­ce Ana­sta­zji ob­ję­li go­spo­dar­stwo, któ­re póź­niej prze­ję­ła ona z mę­żem An­to­nim.

Stefania

Ro­dzi­ce jej po­zna­li się w Pa­ry­żu. Sta­ni­sła­wa, mat­ka Ste­fa­nii, była Po­lką, a oj­ciec, Ga­briel - Fran­cu­zem. Dziew­czyn­ka od naj­młod­szych lat była dziec­kiem nie­zwy­kłym. Oprócz swo­jej wraż­li­wo­ści w sto­sun­ku do mu­zy­ki mia­ła ślicz­ną bu­zię, była de­li­kat­na, a jej pra­wa rącz­ka skry­wa­ła pe­wien se­kret. Ste­fa­nia mia­ła sześć pa­lusz­ków. Wszyst­kie spraw­ne i bar­dzo ru­chli­we, choć ten naj­mniej­szy obok kciu­ka był zu­peł­nie ma­lut­ki.

Cio­cia Su­zan­ne, wiel­bi­ciel­ka mu­zy­ki lat sześć­dzie­sią­tych, od dzie­ciń­stwa uczy­ła Stef­cię gry na pia­ni­nie. Pod­czas za­ba­wy wpa­ja­ła jej mi­łość do mu­zy­ki i cier­pli­wie na­ucza­ła po­ru­sza­nia je­de­na­sto­ma pa­lusz­ka­mi po bia­ło-czar­nych kla­wi­szach. Dziew­czyn­ka mia­ła nie­zwy­kły dar - wy­cza­ro­wy­wa­ła naj­sub­tel­niej­sze dźwię­ki. Ciot­ka za­chwy­ca­ła się jej osią­gnię­cia­mi i wró­ży­ła mu­zycz­ną ka­rie­rę. Czte­ro­let­nia Stef­cia po­tra­fi­ła bez­błęd­nie za­grać kil­ka po­pu­lar­nych me­lo­dii. Naj­pięk­niej wy­ko­ny­wa­ła Ne me qu­it­te pas Ja­cqu­es'a Bre­la - utwór uwiel­bia­ny przez Su­zan­ne. Na ro­dzin­nych spo­tka­niach z dumą opo­wia­da­ła o swo­jej uta­len­to­wa­nej bra­ta­ni­cy, któ­ra była jej oczkiem w gło­wie.

Mała Stef­cia czę­sto przed za­śnię­ciem, kie­dy mama opo­wia­da­ła jej baj­ki, przy­glą­da­ła się swo­im dło­niom. Po­ru­sza­ła pa­lusz­ka­mi i te drga­nia prze­no­si­ły ją do słu­cha­nych opo­wie­ści.

*

Kie­dy mia­ła pięć lat, ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się do Zie­lo­nej Góry, gdzie cze­ka­ło na nich wy­god­ne miesz­ka­nie po bab­ci Sta­ni­sła­wy. Kon­takt z cio­cią Su­zan­ne ogra­ni­czył się do spo­ra­dycz­nych roz­mów te­le­fo­nicz­nych. Po wa­ka­cjach mała Ste­fa­nia tra­fi­ła do gru­py w miej­skim przed­szko­lu w Zie­lo­nej Gó­rze. Od sa­me­go po­cząt­ku zna­la­zła się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia swo­ich ró­wie­śni­ków. Nie tyl­ko dla­te­go, że kie­dy się de­ner­wo­wa­ła, mó­wi­ła w dwóch ję­zy­kach, ale rów­nież przez umie­jęt­ność gry na pia­ni­nie. Ten cza­ro­dziej­ski przed­miot słu­żył ma­lu­chom pod­czas za­jęć mu­zycz­no-ryt­micz­nych pro­wa­dzo­nych przez pa­nią Irmę. Gdy jed­na z ko­le­ża­nek zła­pa­ła Ste­fę za pra­wą dłoń, zo­rien­to­wa­ła się, że dziew­czyn­ka ma sześć pa­lusz­ków, i od­sko­czy­ła jak opa­rzo­na. Od tej pory dzie­ci omi­ja­ły ją w kole i nie chcia­ły się z nią ba­wić. Dla nich była inna.

Ste­fa­nia dłu­go pła­ka­ła i krzy­cza­ła po fran­cu­sku. Wy­cho­waw­czy­ni po­cie­sza­ła ją, przy­tu­la­ła i gła­ska­ła po głów­ce. Tłu­ma­czy­ła, że Ste­fa jest taka jak oni. Dzie­ci nie słu­cha­ły jej, a je­den z chłop­ców na­zy­wał ją "sze­ścio­pal­cza­stą".

Ja­kiś czas póź­niej do przed­szko­la za­wi­ta­ła gru­pa mu­zy­ków. Ste­fa po raz pierw­szy mia­ła za­grać swo­ją ulu­bio­ną pio­sen­kę dla szer­sze­go gro­na. Wy­stęp miał się od­być przed całą ka­drą wy­cho­waw­czyń oraz przy­by­ły­mi ar­ty­sta­mi. Dziew­czyn­ka bar­dzo prze­ży­wa­ła swój de­biut poza do­mem. Ale utwór Fr?re Ja­cqu­es za­gra­ła zna­ko­mi­cie i do­sta­ła ol­brzy­mie bra­wa. Na bis wy­ko­na­ła ją jesz­cze raz. Wszyst­kie dzie­ci śpie­wa­ły w ję­zy­ku pol­skim lu­bia­ną przez nich pio­sen­kę Pa­nie Ja­nie.

- Jaka wspa­nia­ła dziew­czyn­ka! - Go­ście ki­wa­li gło­wa­mi z uzna­niem. - Ślicz­na i uta­len­to­wa­na.

- Je­steś bar­dzo zdol­na, Stef­ciu - gra­tu­lo­wa­ły pa­nie z przed­szko­la.

Dzie­ciom po­do­ba­ły się jej pio­sen­ki, ale zwy­czaj­nie nie ak­cep­to­wa­ły jej sa­mej, a szcze­gól­nie jej in­no­ści.

Wte­dy je­den z ró­wie­śni­ków po­wie­dział:

- My wie­my, dla­cze­go ona tak gra! Dla­te­go, że ma sześć pal­ców.

Ste­fa­nia roz­pła­ka­ła się tak gło­śno, że mu­sia­no we­zwać mamę, z któ­rą wró­ci­ła do domu.

Dziew­czyn­ka mil­cza­ła całe po­po­łu­dnie. Do­pie­ro wie­czo­rem w łóż­ku, kie­dy mat­ka za­py­ta­ła, co mo­gła­by dla niej zro­bić, rze­kła:

- Po­wiedz mi, ma­mu­siu, dla­cze­go wszyst­kie dzie­ci w przed­szko­lu mają pięć pa­lusz­ków u pra­wej rącz­ki, a ja mam sześć.

- A chcia­ła­byś mieć pięć, tak jak two­je ko­le­żan­ki i ko­le­dzy?

- Tak, ma­mu­siu, by­ła­bym taka jak oni. Nie­któ­rzy śmie­ją się i mó­wią do mnie "sze­ścio­pal­cza­sta". Chcę mieć pięć pa­lusz­ków. Pro­szę cię.

- Pa­mię­taj, że je­steś wy­jąt­ko­wa i bar­dzo cię ko­cham. Po­roz­ma­wiam z ta­tu­siem i po­je­dzie­my do pana dok­to­ra.

- Pro­szę cię, ma­mu­siu! Tak nie lu­bię tego szó­ste­go pa­lusz­ka... - za­czę­ła łkać i po­trzą­sa­ła rącz­ką, pró­bu­jąc ode­rwać zby­tecz­ny pa­lec.

- Zro­bi­my z ta­tu­siem wszyst­ko, abyś była szczę­śli­wa.

Za­nim za­snę­ła, po­wta­rza­ła so­bie:

- Nie będę sze­ścio­pal­cza­sta, nie, nie będę...

Po raz pierw­szy zu­peł­nie świa­do­mie w gło­wie Sta­ni­sła­wy za­kieł­ko­wa­ło zwąt­pie­nie i po­ja­wi­ło się py­ta­nie, czy ten ma­lut­ki pa­lu­szek jest po­trzeb­ny jej je­dy­nacz­ce. Ni­g­dy wcze­śniej nie my­śla­ła, że po­sia­da­nie go przy­nie­sie jej ma­łej có­recz­ce tyle zmar­twień.

Na­stęp­ne­go dnia Ste­fa­nia do­sta­ła tak wy­so­kiej go­rącz­ki, że nie po­szła do przed­szko­la. Mat­ka ro­bi­ła jej chłod­ne okła­dy i dziew­czyn­ka prze­sy­pia­ła całe dnie. Bu­dzi­ła się na krót­ko, aby zwil­żyć usta wodą. Nic nie ja­dła i pić też nie chcia­ła. Gdy po trzech dniach wy­so­ka tem­pe­ra­tu­ra spa­dła, Ste­fa obu­dzi­ła się peł­na ener­gii i za­czę­ła z wiel­kim prze­ję­ciem opo­wia­dać swój sen:

- Ma­mu­siu, ma­mu­siu, wiesz, co mi się śni­ło?

- Co ta­kie­go, ko­cha­nie? - za­py­ta­ła za­in­try­go­wa­na mat­ka.

- Wi­dzia­łam pana dok­to­ra, któ­ry ode­rwał mi pa­lu­szek. On był anio­łem i miał pięk­ne świe­cą­ce bia­łe skrzy­dła. Uśmie­chał się do mnie i mó­wił, że nic nie bę­dzie mnie bo­la­ło. Że w koń­cu będę szczę­śli­wa.

- Moja kru­szyn­ko, pan dok­tor nie ode­rwie ci pa­lusz­ka, tyl­ko wy­ko­na za­bieg. Nic cię nie bę­dzie bo­la­ło. Ro­zu­miesz?

- Tak, ma­mu­siu, Po­wiedz to panu ze skrzy­dła­mi. Czy on już o tym wie, że zro­bi mi ten za...

- Za­bieg, ko­cha­nie.

- Tak, za­bieg, czy on już wie?

- Jesz­cze nie, ale go po­wia­do­mię - obie­ca­ła Sta­ni­sła­wa i we­szła do holu, po czym wy­krę­ci­ła nu­mer do szpi­ta­la w Po­zna­niu.

Na­stęp­ny te­le­fon wy­ko­na­ła do Su­zan­ne, któ­ra nie była za­do­wo­lo­na. Pró­bo­wa­ła prze­ko­nać szwa­gier­kę, że ta­jem­ni­ca wy­jąt­ko­wo­ści dziew­czyn­ki i jej mu­zycz­nych zdol­no­ści kry­je się w do­dat­ko­wym "dru­gim kciu­ku".

- To dzię­ki nie­mu gra tak pięk­nie. Wiem, że tak jest. To praw­da. Mu­si­cie to za­ak­cep­to­wać - ar­gu­men­to­wa­ła.

Ro­dzi­ce mie­li inne zda­nie. Oni już pod­ję­li de­cy­zję. Umó­wi­li się z chi­rur­giem na roz­mo­wę.

Anastazja

Obu­dzi­ła się na­stęp­ne­go ran­ka. Pierw­szy raz od da­wien daw­na uj­rza­ła, jak bu­dzi się ży­cie. W kro­plach rosy od­bi­ja­ły się pro­mie­nie wscho­dzą­cej kuli świa­tła. Spoj­rza­ła w stro­nę góry i znów po­czu­ła ten otu­la­ją­cy jej cia­ło stan. Do­zna­ła wiel­kiej otu­chy. Ta­jem­ni­czy sto­żek spra­wiał, że już nie czu­ła się tak obco. Zie­mia - choć jesz­cze nie­zna­na - otwie­ra­ła przed nią swo­je wro­ta.

Każ­de­go dnia, do­ty­ka­jąc nie­ba, drzew, pta­ków i ka­mie­ni, od­kry­wa­ła skry­wa­ne przed nią se­kre­ty. Po­zna­wa­ła je i chło­nę­ła całą sobą. Wy­bie­ra­ła się z naj­bliż­szy­mi na dłu­gie wę­drów­ki. Ra­zem po­ko­ny­wa­li po­lne dróż­ki i le­śne trak­ty. A ona po­śród so­czy­stej zie­le­ni pól słu­cha­ła gło­su Słoń­ca i od­de­chu Zie­mi.

"Do­trzesz da­le­ko".

"Uda ci się zro­zu­mieć sie­bie, znaj­dziesz to, cze­go szu­kasz".

"Sta­niesz się czę­ścią tego świa­ta, po­trzeb­nym ele­men­tem, jed­nym z wie­lu puz­zli mi­ster­nej ukła­dan­ki".

"Na­uczysz się słu­chać swo­je­go ser­ca".

"Nie je­stem go­to­wa" - od­po­wia­da­ła bez­gło­śnie, a wte­dy zie­mia szep­ta­ła: "Two­je ser­ce po­trze­bu­je dużo cza­su. Nie spiesz się, wszyst­ko wy­ma­ga od­po­wied­nie­go przy­go­to­wa­nia".

*

Zro­zu­mia­ła to nie od razu. Mi­nę­ło wie­le lat. Stop­nio­wo roz­wią­zy­wa­ła za­gad­ki, od­kry­wa­ła ta­jem­ni­ce, po­zna­wa­ła miej­sco­we le­gen­dy, słu­cha­ła opo­wie­ści. Czy­ta­ła książ­ki, za­pi­sy­wa­ła nowo po­zna­ne okre­śle­nia i... roz­ma­wia­ła z górą, nie­bem i słoń­cem.

Po­zna­ła je pra­wie wszyst­kie. Wśród nich były le­gen­dy o Szwen­kwel­dy­stach, ska­le Emi­lii, Czar­nym Jan­ku, jeźdź­cu bez gło­wy i po­ku­tu­ją­cym sta­ro­ście. Do ist­nie­ją­cych do­łą­czy­ła wła­sne: o za­ko­pa­nych skar­bach, ma­gii ba­zal­tu, sto­pie di­no­zau­ra i wie­le in­nych. Wy­my­śli­ła je dla tego miej­sca, jej zie­mi. Po­ko­cha­ła tę ta­jem­ni­czą i kry­ją­cą wie­le se­kre­tów kra­inę ca­łym ser­cem.

Ale za­nim to na­stą­pi­ło, mi­nę­ły ty­sią­ce dni. Zro­zu­mia­ła to, gdy do­tknę­ła nie­ba. Do­świad­czy­ła tego na szczy­cie Ostrej Góry, kie­dy szła po czte­ry­stu czter­dzie­stu pię­ciu ba­zal­to­wych stop­niach. Wresz­cie sta­nę­ła na szczy­cie w cie­pły ma­jo­wy dzień. Do tej pory cały czas po­szu­ki­wa­ła swo­je­go azy­lu.

Oprócz kra­ju dzie­ciń­stwa ni­g­dzie nie umia­ła go zna­leźć. Jej cią­głe roz­ter­ki i tę­sk­no­ta za utra­co­nym ra­jem były tak sil­ne, że nie­kie­dy spra­wia­ły jej we­wnętrz­ny ból.

Nie wi­dzia­ła, że...

Tego, cze­go szu­ka­ła - do­świad­czy­ła na gó­rze, na wy­so­ko­ści pię­ciu­set me­trów nad po­zio­mem mo­rza.

Wspi­na­jąc się na jej wierz­cho­łek, czu­ła się tak, jak­by szła na waż­ne spo­tka­nie. Całą swo­ją isto­tą prze­czu­wa­ła, że za chwi­lę wy­da­rzy się coś waż­ne­go. "Coś", co po­zwo­li jej wresz­cie od­po­wie­dzieć na trud­ne py­ta­nia. Wpły­nie na całe jej przy­szłe ży­cie.

Sto­jąc na wznie­sie­niu i spo­glą­da­jąc na prze­pięk­nie skom­po­no­wa­ny przez stwór­cę ob­raz, roz­ko­szo­wa­ła się pięk­nem przy­ro­dy. Na­pa­wa­ła oczy wi­do­kiem bie­gną­cym po sam wid­no­krąg. I na­gle, bez wy­cią­ga­nia w górę rąk, do­tknę­ła nie­ba. Nie­ba i zie­mi jed­no­cze­śnie. Całą swo­ją isto­tą.

Już wie­dzia­ła - była tego cał­ko­wi­cie pew­na. Żyła tu przez sze­reg lat i za­ta­pia­ła w tej zie­mi ko­rze­nie. W koń­cu się uda­ło. Od­na­la­zła to, co w ży­ciu jest tak waż­ne - swo­je miej­sce. Swój dom.

Swój mały ka­wa­łek świa­ta zna­la­zła pod Ostrzy­cą Pro­bosz­czo­wic­ką, na skra­ju lasu, gdzie po­sta­no­wi­ła od­kry­wać ta­jem­ni­ce przy­ro­dy i po­zna­wać sie­bie samą.

Arleta

Ar­le­ta wy­je­cha­ła z Ka­ro­lem w Kar­ko­no­sze. Na Śnież­kę wy­bra­li się czer­wo­nym szla­kiem przez Kar­ko­no­ski Park Na­ro­do­wy. Wcze­śniej od­wie­dzi­li drew­nia­ną Świą­ty­nię Wang. Gdy męż­czy­zna do­strzegł ogni­ki ra­do­ści w oczach żony, przy­po­mniał so­bie ich ślub w ma­łym wiej­skim ko­ściół­ku...

Ko­chał ją ze wszyst­kich swo­ich sił. Tak jak tyl­ko męż­czy­zna po­tra­fi ko­chać ko­bie­tę. Wraz z upły­wa­ją­cym cza­sem na­uczył się ak­cep­to­wać jej hu­mo­ry i od­mien­ność. Za co tak na­praw­dę uwiel­biał swo­ją nie­po­kor­ną żonę, nie­po­tra­fią­cą usie­dzieć w miej­scu, czę­sto nie­obec­ną du­chem lub bie­gną­cą gdzieś przed sie­bie my­śla­mi? Kie­dy pró­bo­wał od­po­wie­dzieć so­bie na to, wy­da­wa­ło­by się, trud­ne py­ta­nie, stwier­dzał, że w mi­ło­ści nie ma py­tań za­czy­na­ją­cych się od "dla­cze­go".

Mia­ła gło­wę peł­ną po­my­słów i po­dej­mo­wa­ła spon­ta­nicz­ne de­cy­zje. Zwy­czaj­nie ak­cep­to­wał jej nie­prze­wi­dy­wal­ność i ko­chał taką, jaka była. A była pa­nią jego ser­ca. Ko­chał ją za ofia­ro­wa­nie mu ca­łej jej isto­ty, za sza­leń­stwo, ale też w waż­nych chwi­lach za takt i roz­wa­gę. Za wło­sy roz­rzu­co­ne rano na po­dusz­ce, za roz­iskrzo­ny wzrok pe­łen na­mięt­no­ści i po­żą­da­nia. Za po­tę­gę jej ko­bie­co­ści, za ko­niec i po­czą­tek świa­ta przy jej boku. Przy­zwy­cza­ił się do jej wy­bu­chów gnie­wu, zga­dzał na sprzecz­no­ści i fakt, że choć nie za­wsze mia­ła ra­cję - sta­wia­ła na swo­im. Przy­glą­dał się jej i skry­cie wie­dział, że nie ma naj­mniej­sze­go sen­su sta­wiać opo­ru. Słu­chał gło­su ser­ca i prze­wi­dy­wał kon­se­kwen­cje jej de­cy­zji. Wie­dział, że wyj­dzie na jej. To ona efek­cie koń­co­wym bę­dzie mia­ła ra­cję.

Uwiel­biał ją za za­ufa­nie, wier­ność, lo­jal­ność, za peł­nię jej uczu­cia do nie­go, za to, że mie­li wspól­ne cele i pra­gnę­li być ra­zem po kres swo­ich dni. Taka była jego mi­łość do niej. Ni­ko­mu by jej nie od­dał, cho­ciaż nie za­wsze była ide­al­na. Taką Ar­le­tę po­ko­chał i nie pró­bo­wał jej zmie­niać.

Była jego ko­bie­tą i to czy­ni­ło z niej bo­gi­nię. Pod jego okiem pięk­nia­ła i sta­wa­ła się pew­na sie­bie tak, jak lu­bił... A on tyl­ko ją ko­chał.

Naj­waż­niej­szy dla nie­go był fakt, że oprócz tych wszyst­kich ludz­kich i ziem­skich dzie­lą­cych ich róż­nic pa­so­wa­li do sie­bie w sfe­rze współ­od­czu­wa­nia. W prze­ży­wa­nych do­zna­niach nie było mię­dzy nimi prze­szkód, żad­nych gra­nic. W du­cho­wym świe­cie sta­no­wi­li ca­łość, byli jed­no­ścią.

Dwie­ma po­łów­ka­mi jabł­ka, jed­nym du­chem, jed­nym tchnie­niem.

Ka­rol ko­chał Ar­le­tę nie pierw­szą, lecz ostat­nią mi­ło­ścią swo­je­go ży­cia i od­czu­wał to każ­dą naj­mniej­szą cząst­ką du­szy i cia­ła. Nie do­pusz­czał rów­nież my­śli, że mo­gła­by być z kim­kol­wiek in­nym. Wie­dział, że jest jego na za­wsze.

*

Z naj­mniej­szy­mi de­ta­la­mi pa­mię­tał dzień, kie­dy zo­ba­czył ją pierw­szy raz... Jego ser­ce za­bi­ło szyb­ciej i po­czuł, że mo­gła­by zo­stać jego ko­bie­tą. Albo ta, albo żad­na. Jed­nak na speł­nie­nie swo­ich pra­gnień cze­kał po­nad dwa lata.

Ich dro­gi ro­ze­szły się, aby po tym dla nie­go okrop­nym eta­pie po­łą­czyć ich na wiecz­ność. Przez ten wlo­ką­cy się sa­mot­nie czas za­wsze po­ja­wia­ła się w jego ma­rze­niach - do mo­men­tu, kie­dy znów ją zo­ba­czył. Ona mia­ła swo­je ży­cie, swo­je pla­ny, swój świat. Ma­rzy­ła o wy­jeź­dzie do Au­stra­lii. On był tak zde­ter­mi­no­wa­ny, że pra­gnąc jej, wszedł do jej ży­cia. Gdy się tam od­na­lazł, pew­ne­go let­nie­go wie­czo­ru złą­czy­ły się ich dło­nie. W tej wy­jąt­ko­wej chwi­li wie­dział, że uto­nął w jej ser­cu, jej zaś ser­ce prze­pa­dło dla nie­go. Ta prze­bo­jo­wa ko­bie­ta zre­zy­gno­wa­ła z wy­jaz­du za gra­ni­cę i za na­mo­wą wie­ko­wej Fran­cisz­ki wy­bra­ła pod­szept ser­ca.

Ar­le­ta opo­wie­dzia­ła ko­bie­cie o swo­ich roz­ter­kach i usły­sza­ła w od­po­wie­dzi, że je­śli praw­dzi­wie ko­cha, to wie, co ma zro­bić. Jej mi­łość do­ko­na wła­ści­we­go wy­bo­ru. I tak jej ser­ce wy­gra­ło z roz­sąd­kiem. Zo­sta­ła w kra­ju, kie­ro­wa­na pierw­szym, nie­zna­nym jej do­tąd uczu­ciem. Uczu­ciem, któ­re ro­dzi­ło się w głę­bi jej du­szy.

Stefania

Z sa­me­go rana Sta­ni­sła­wa zgło­si­ła się z cór­ką na od­dział chi­rur­gicz­ny w Szpi­ta­lu Kli­nicz­nym Prze­mie­nie­nia Pań­skie­go w Po­zna­niu. Dwa ty­go­dnie wcze­śniej sta­wi­ły się na roz­mo­wę z le­ka­rzem. Pro­fe­sor Wi­told w wy­czer­pu­ją­cy, ja­sny i rze­czo­wy spo­sób wy­ja­śnił szcze­gó­ły pla­no­wa­ne­go za­bie­gu. Ro­dzi­ce Ste­fa­nii zde­cy­do­wa­li się na usu­nię­cie zby­tecz­ne­go pa­lusz­ka. Dok­tor od­po­wia­dał na ich py­ta­nia zwią­za­ne z po­li­dak­ty­lią. Miał ogrom­ne do­świad­cze­nie w tej dzie­dzi­nie, gdyż usu­wał wie­le po­dob­nych de­for­ma­cji.

Przed przy­ję­ciem na od­dział dziew­czyn­ce wy­ko­na­no sze­reg ba­dań, w tym ra­dio­lo­gicz­ne, któ­re po­twier­dzi­ło przy­pusz­cze­nia dok­to­ra. Pa­lu­szek miał de­li­kat­ną struk­tu­rę kost­ną. Nie było jed­nak prze­ciw­ska­zań do za­pla­no­wa­nej na 26 paź­dzier­ni­ka ope­ra­cji. Na­le­ża­ło trak­to­wać ją po­waż­nie i małą pa­cjent­kę zo­sta­wić do wie­czo­ra na ob­ser­wa­cji.

Ste­fa­nia była tak pod­eks­cy­to­wa­na, że w noc po­prze­dza­ją­cą pój­ście do szpi­ta­la nie mo­gła za­snąć i za­sy­py­wa­ła mamę mnó­stwem py­tań:

- Po­wiedz mi, ma­mu­siu, czy ju­tro będę już nor­mal­ną dziew­czyn­ką?

- Je­steś na­szą uko­cha­ną i je­dy­ną có­recz­ką, a ju­tro pan dok­tor zro­bi tak, że bę­dziesz mieć pięć pa­lusz­ków.

- I nie od­ro­śnie mi ten szó­sty? Na pew­no nie od­ro­śnie?

- Obie­cu­ję, że nie od­ro­śnie. Śpij już, bo mu­sisz od­po­cząć i na­brać sił.

- Nie mogę za­snąć, tak się cie­szę, że już od ju­tra nikt nie po­wie do mnie "sze­ścio­pal­cza­sta". Tak bę­dzie, praw­da, ma­mu­siu?

- Oczy­wi­ście, ko­cha­nie, śpij spo­koj­nie. Nikt wię­cej tak do cie­bie nie po­wie.

- Pan dok­tor jest ko­cha­ny i zro­bi mi ład­ną rącz­kę. Praw­da, ma­mu­siu?

- Bę­dziesz mieć naj­pięk­niej­szą rącz­kę na ca­łym świe­cie - po­twier­dzi­ła mat­ka, ca­łu­jąc Ste­fę na do­bra­noc.

- Ju­tro będę mieć naj­pięk­niej­szą rącz­kę, hura, pan dok­tor!

- Wła­śnie tak, Ste­fa­nio, wła­śnie tak. - Mat­ka gła­ska­ła ją po plec­kach do mo­men­tu za­śnię­cia. Wy­cho­dząc z po­ko­ju, szep­tem do­da­ła: - Je­steś dla mnie naj­waż­niej­sza i zro­bię wszyst­ko, abyś była szczę­śli­wa.

Magdalena

Była małą dziew­czyn­ką, jesz­cze dziec­kiem, kie­dy w swych snach po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła czar­ne stra­szy­dła. Każ­dej nocy po­ja­wia­ły się prze­źro­czy­ste zja­wy i prze­ra­ża­ją­ce groź­ne po­two­ry. W środ­ku czar­no-gra­na­to­wej ci­szy wy­bu­dza­ły ją dźwię­ki skrzy­pią­cych sta­rych drzwi z za­rdze­wia­łym zam­kiem. To one otwie­ra­ły przej­ście do jej dzie­cię­ce­go świa­ta wy­obraź­ni i pro­wa­dzi­ły na pod­da­sze. Wła­śnie stam­tąd na­słu­chi­wa­ła od­gło­sów upior­nych kro­ków na trzech kon­dy­gna­cjach scho­dów wio­dą­cych na strych. Po­ja­wia­ją­ce się w jej fan­ta­zji zmo­ry przy­cho­dzi­ły do niej, mro­żąc krew w ży­łach i za­mie­nia­jąc czerń nocy w pół­sen­ne drzem­ki i peł­ne lę­ków kosz­ma­ry. Wy­peł­nio­ne trwo­gą i stra­chem czu­wa­nie do rana wy­nisz­cza­ło jej cia­ło i umysł. Z dru­giej zaś stro­ny da­wa­ło nad­ludz­ką siłę do prze­trwa­nia i bliż­sze­go po­zna­wa­nia Boga. Ni­ko­mu nie zdra­dza­ła swo­ich do­znań, ale nie za­wsze umia­ła so­bie z nimi ra­dzić. Dla­te­go po­wta­rza­jąc w kół­ko sło­wa mo­no­ton­nych mo­dłów, za­no­si­ła je do nie­ba. Nad ra­nem pa­da­ła wy­koń­czo­na z nie­wy­spa­nia. Moc­ne­go, głę­bo­kie­go snu do­świad­cza­ła o świ­cie, kie­dy brzask dnia wy­peł­niał mro­ki ustę­pu­ją­cej nocy. To był bar­dzo trud­ny dla niej czas. Nie­prze­spa­ne noce skła­nia­ły ją do dzie­cię­cych re­flek­sji i roz­my­ślań.

Bu­dzą­ce się słoń­ce za­wsze od­pę­dza­ło stra­chy, a świa­tło ko­iło jej sko­ła­ta­ną du­szę. Aby do­dać so­bie od­wa­gi i udo­wod­nić, że noc­ne two­ry są owo­cem jej wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni, po kil­ka razy w cią­gu dnia prze­krę­ca­ła z tru­dem ol­brzy­mi klucz i wcho­dzi­ła na trój­po­zio­mo­wy strych. Przez małe szczy­to­we okien­ko do­cho­dzi­ło tam nie­wie­le pro­mie­ni. Spraw­dza­ła wszyst­kie kąty i otwie­ra­ła sta­re pu­deł­ka, by spraw­dzić, czy coś lub ktoś tam jest. W rze­czy­wi­sto­ści ni­cze­go po­dej­rza­ne­go nie wi­dzia­ła, ale jej oso­bli­we wi­zje pod­po­wia­da­ły coś in­ne­go. Ucie­ka­jąc nie wia­do­mo przed czym, zbie­ga­ła pę­dem po krę­tych stop­niach w dół. Bała się oglą­dać za sie­bie. Rów­no­wa­gę od­zy­ski­wa­ła do­pie­ro na po­dwór­ku, gdzie wi­ta­ła ją ja­sność dnia.

*

Pew­ne­go razu mara uka­za­ła się w samo po­łu­dnie... Mag­da­le­na wła­śnie spraw­dzi­ła, że strych jest pu­sty. Za­mknę­ła moc­no drzwi i prze­krę­ci­ła klucz. Prze­cho­dząc obok jed­ne­go z sied­miu po­koi, za­uwa­ży­ła w nim ja­kieś po­ru­sze­nie. Skrzy­dło drzwi było nie­do­mknię­te. Prze­szła obok, wma­wia­jąc so­bie, że znów uak­tyw­nia się jej świat zwi­dów. Po­sta­no­wi­ła jed­nak za­wró­cić i raz jesz­cze spraw­dzić. Na środ­ku po­ko­ju tań­czy­ła ni­skiej po­stu­ry ko­bie­ta. Przy­po­mi­na­ła praw­dzi­wą cza­row­ni­cę lub wiedź­mę z ba­jek. Ubra­na była w zwiew­ne prze­źro­czy­ste sza­ty. Za­wo­alo­wa­na w sza­ro­ści i czer­nie, krę­ci­ła się do­oko­ła swej osi. Mia­ła na gło­wie szpi­cza­sty czar­ny ka­pe­lusz, a w rę­kach - jak­by czar­cią mio­tłę. Mógł to być dra­pak. Sze­ścio­lat­ka była po­ru­szo­na tym wi­do­kiem, ale nie do­zna­wa­ła lęku. Przy­glą­da­jąc się tań­czą­cej, wy­czu­ła, że ta rów­nież na nią pa­trzy. Obie wie­dzia­ły o so­bie. Wy­czu­wa­ły swo­ją obec­ność.

Mada ze­szła po scho­dach. Ja­kaś siła na­ka­za­ła jej jed­nak wró­cić. Gdy sta­nę­ła przed uchy­lo­ny­mi drzwia­mi, w po­miesz­cze­niu ni­ko­go już nie było. Nie­zna­ne jej do­tąd fa­lo­wa­nie po­wie­trza zdra­dza­ło ta­jem­ni­czą ener­gię.