Saptariszi - Semi Raj

Reflow text when sidebars are open.
Od najmłodszych lat uwielbiała czytać. Od kiedy opanowała tę sztukę, książki stały się dla niej drugim życiem i fascynującym światem, równoległym do tego, który był prawdziwy. Radością był też kontakt z przyrodą, z tym, co istniało poza rodzinnym domem. Jako małe dziecko zachwycała się "światem do góry nogami". Mogła tak godzinami zwisać na płocie z głową w dół i podziwiać stojące na głowie drzewa i wzgórza, a także płynące po niebie obłoki.
Tego popołudnia pasła pod lasem siedem krów. Była dwa kilometry od domu na trzyhektarowej łące z dala od zabudowań i ludzi. Z dwóch stron trawiasta przestrzeń otoczona była mieszanymi lasami i wystającą z nich skałą, trzecią stronę porastały same świerki, a od zachodu rozciągały się uprawne pola sąsiada. Pośród ściernisk rosła soczysta czerwona koniczyna przyciągająca swoim smakiem i zapachem nie tylko roje owadów, lecz także rogate krowy, które ją uwielbiały. Zwierzęta rezygnowały z jedzenia zwykłej trawy dla tego pachnącego smakołyku. Kiedy pierwsza z nich zdecydowała się iść w szkodę, kolejne dołączały do niej w zatrważająco szybkim tempie i trudno je było odgonić. Jeśli pilnująca stadko Magdalena nie zauważyła tego w porę, zwierzęta w krótkim czasie mogły stratować pokaźny kawał poletka, nienależącego do rodziców dziewczynki. Mada musiała mieć oczy szeroko otwarte i bacznie pilnować siedmiu krasul. Sąsiad bardzo się gniewał, kiedy nie dawała sobie rady. Tego dnia miała ze sobą lekturę i z ogromną ciekawością pochłaniała kolejne rozdziały, zerkając od czasu do czasu na żywicielki. Kiedy położyła się na trawie i miała przed sobą biegnące rzędem litery, zapomniała o bożym świecie. Zanurzyła się w nich i ocknęła dopiero wtedy, gdy usłyszała ryk motoru jadącego w kierunku lasu. Sąsiad, widząc krowy w swojej koniczynie, pędził co sił na miejsce zdarzenia. Kiedy Mada usłyszała jadącą WSK-ę, poderwała się na równe nogi i pobiegła wypędzać zwierzęta. Zdenerwowany sąsiad obejrzał szkody i powiedział:
- Znowu te bestie stratowały najlepszy kawałek mojej koniczyny, jak ja to wykoszę? Jadę do twojego ojca, niech on przetrzepie ci skórę!
Magdalena błagalnym wzrokiem poprosiła go o wybaczenie. Nastąpiła chwila ciszy, kiedy ten obcy dla niej człowiek spojrzał na leżącą na ziemi lekturę Kto mi dał skrzydła i uśmiechając się, odpowiedział:
- Oj, dziecko, gdybyś miała skrzydła, twoje krowy nie weszłyby w moją koniczynę. Pilnuj ich, a ja nie pójdę do twojego ojca ze skargą.
Mała, chuda dziewczynka stała obok rosłego mężczyzny i miała wrażenie, że jest o całe niebo od niego wyższa. Patrzyła na niego z góry, a on wydawał jej się taki maciupki. Nie mógł nawet przypuszczać, że już od dawna potrafiła latać i w tamtym momencie też bujała w obłokach, chroniona przez babcię Marię. Od najmłodszych lat czuła tę rękę opatrzności, choć wtedy zupełnie nie wiedziała, że za podobne przewinienie mama jej taty, żona ukochanego dziadka, straciła życie.
Magdalena miała teraz inny kłopot - obawiała się reakcji własnego ojca. Po powrocie do domu nie wiedziała, jak go zagadnąć, aby się nie zdenerwował. Jak przyznać się do własnej nieuwagi? On pierwszy przywołał ją do siebie.
- Znowu krowy narobiły szkody? - zapytał i nie czekając na tłumaczenie, dodał: - A szukałaś czterolistnej koniczynki?
Magdalena, zbita z tropu, spojrzała na rodzica tak, jakby zobaczyła go pierwszy raz. Musiała mieć dziwną minę, ale on, jakby tego nie widząc, mówił dalej:
- Wiesz, że w Biblii czterolistna koniczynka oznacza szczęście? Według legendy Adam i Ewa po wygnaniu z raju zabrali ze sobą na pamiątkę właśnie taką koniczynę. Powiem ci, co oznaczają koleje jej płatki. - Uśmiechnął się i zaraz poprawił: - Chyba jednak listki. Pierwszy to nadzieja, drugi to wiara, trzeci oznacza miłość, a czwarty to szczęście. Następnym razem znajdź taką z czterema listkami, a otrzymasz te dary.
Spojrzał na nią ze zrozumieniem.
- I jeszcze jedno, nie musisz się mnie bać, jestem twoim ojcem i kocham cię. Sąsiadowi wykoszę całe pole koniczyny za to, że nasze krowy zniszczyły ten kawałek przy drodze. Nie powinien się gniewać. A ty się nie bój, strach nie jest potrzebny. Ogranicza każdego, kto się boi. - Uśmiechnął się i dorzucił: - A krowy po tej koniczynie będą miały tłustsze mleko. - Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Magdalena od zawsze czuła, że ojciec traktuje ją wyjątkowo, jak małą księżniczkę. Ileż razy zasłużyła na karę, zdawała sobie z tego sprawę. Nie była idealnym dzieckiem, choć lubiła się uczyć.
Tato za każdym razem, nawet wtedy, gdy rozbiła piękny wazon, prezent ślubny rodziców, umiał patrzeć na nią z miłością.
- Ten wazon, nawet jeśli go posklejasz, nigdy już nie będzie cały. Pozmiataj ostrożnie szkło i wrzuć do osobnego gara na śmieci.
Takie i inne podobne sytuacje Magdalena zachowała we wspomnieniach i zapamiętała jako najcenniejszą lekcję życia. Tam z wysoka czuwała nad nią babcia Maria.
Stefania nigdy więcej nie zasiadła do pianina. Rodzice prosili i obiecywali nowe zabawki, ale na próżno. Ona pozostała nieugięta. Dopiero całkiem przypadkiem w wieku siedmiu lat zaczęła swoją przygodę z rysunkiem. Za pomocą ołówka wyczarowywała twarze pięknych kobiet. Precyzyjną kreską podkreślała ich regularne rysy, duże oczy, kształtne usta. Na swoich obrazkach przedstawiała Suzanne i inne zapamiętane oblicza. Wszystkie tworzyły cykl portretów, na których widniały również kobiece dłonie. Wśród nich był jeden rysunek, który wzbudził uwagę matki. Przedstawiał niezwykłej urody brunetkę, która pokazywała prawą dłoń z sześcioma palcami. Stanisława dostrzegła subtelne podobieństwo jej twarzy do buzi własnej córki.
- Kto to? - zapytała.
- To pani ze snu - odpowiedziała Stefa.
Zainteresowana tym matka zadzwoniła do cioci Suzanne.
Na dnie szuflady...Historia rodzinna opowiedziana Sanisławieprzez Suzanne
Dawno temu we Francji żyła sobie mała dziewczynka, która nie lubiła swojej rączki. Emma miała sześć paluszków zamiast pięciu.
Dziewczynka posiadała talent malarski. Umiała łączyć ze sobą kolory i odzwierciedlać rzeczywistość - dawało jej to przewagę nad rówieśnikami. W swoich malunkach przedstawiała świat otaczającej ją przyrody. W wieku szkolnym potrafiła malować tak pięknie, że jej pejzaże zachwycały oglądających.
Ale Emmie przeszkadzał dodatkowy kciuk, którym zamazywała malowane obrazki. To on stał się jej utrapieniem. Złościła się, denerwowała i darła swoje prace na kawałki. Rodzice, widząc narastający niepokój córki, postanowili jej pomóc.
Usunięto zbyteczny palec. Zabieg był prosty, gdyż szósty paluszek powstał z fałdu skórno-mięśniowego, i dziewczynka szybko wróciła do zdrowia. Ale stała się rzecz niebywała.
Wraz z amputowanym kciukiem zniknął jej niezwykły dar. Nie namalowała więcej żadnego obrazu... Te, które zostały z dzieciństwa, dalej leżą w szufladzie. Nie ujrzały nigdy światła dnia.
- Emma była mamą naszej mamy, czyli babcią moją i Gabriela. Prababcią waszej Stefci. Nigdy ci tego nie mówiłam, ale Stefania jest do niej bardzo podobna.
Natalia była młodszą siostrą Anny. Więzi je łączące były tak silne i bezwarunkowe, jak mocna potrafi być siostrzana miłość. Anka od dziecka otaczała Natę aureolą czułości, troski i zrozumienia. O trzynaście lat starsza, była dla młodszej matką, siostrą i przyjaciółką. Zawsze znajdowała dla niej czas i nie potrafiła niczego odmówić. Ania uwielbiała Natalkę, a Natka z dziecięcym oddaniem ufała Annie.
Gdy Natalia nauczyła się mówić i słodko prosić, Anna mimo wielu szkolnych zajęć nie skąpiła jej zabawy. Czytała z nią książki, wspólnie figlowały, oglądały bajki, bawiły się lalkami. To Ania nauczyła ją jazdy rowerkiem bez bocznych kółek.
Świat, który otaczał małą Natkę, był światem ludzi dorosłych. Ona sama czuła się jak dorosła i zadawała wiele zaskakujących pytań. Gdy zaś odpowiadała na pytania, robiła to szczerze i nad wyraz rezolutnie. W przedszkolu, w piaskownicy czy na podwórku oznajmiała rówieśnikom:
- A ja mam dwie mamy!
I dzieci przyznawały jej rację.
*
Robert oczarowany był Anną od chwili, gdy po raz pierwszy zatańczył z nią na balu karnawałowym. Był w siódmej klasie, ona chodziła do ósmej. Marzył o niej przez lata, ale żył zupełnie w jej cieniu. Nie zwracała na niego uwagi. A kiedy stawał naprzeciwko - patrzyła jak na zwykłego kolegę.
Po podstawówce wybrała liceum i klasę z rozszerzonym angielskim. On tak bardzo chciał być bliżej niej, że w następnym roku szkolnym zasilił grono uczniów tej samej szkoły. Mógł ukradkiem przyglądać się jej, zachwycać i czekać na jej miłość, jak młody lew czeka na spojrzenie lwicy.
Wszystko zaczęło się na studniówce. Ona przyszła ze swoim chłopakiem, on z koleżanką z jej klasy. Kiedy poprosił Annę do tańca, a ona nie odmówiła, wiedział, że nadszedł jego czas... Od dawna była panią jego snów.
Orkiestra zagrała I Will Always Love You Whitney Houston, gdy objął ją szczupłym ramieniem. Podała mu swoje kruche, delikatne palce wypełniające idealnie jego dłoń. Przytulił ją mocniej. Drgnęła i przybliżyła się o milimetr, wtulając głowę w jego tors. Czuł jej energię. Przywarł ustami do jej włosów i w świetle reflektorów ujrzał w nich kolorowe iskry. Pachniała świeżą nutą pomarańczy. Subtelnie, zmysłowo. Uruchomiło to w nim instynkt zdobywcy. Chciał więcej, ale obawiał, że ją spłoszy. Sunęli tak razem nad parkietem - doświadczając wyjątkowości chwili. Dźwięki muzyki przeszyły go na wskroś. Oboje to poczuli... jednocześnie. Znaleźli się w jednym świecie. Razem go dotknęli. On pragnął zatrzymać czas. Na zawsze.
Dziesiątki oczu były zwrócone w ich stronę. Nastała cisza i tylko oni tańczyli w rytmie rodzącego się w nich uczucia - bicia swoich serc.
*
Chociaż jego marzeniem było wyjechać do Gdyni i pracować w stoczni, zrezygnował ze swoich planów i został w Zielonej Górze. Uczynił to dla niej, gdyż tak podpowiadała mu jego intuicja. Stali się niebem i ziemią.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Jej siostra. Jej Natalia. Ta, dla której była nie tylko przyjaciółką, ale również przez wiele lat matką - okazała się zwykłą wyrachowaną zdrajczynią.
Jak mogła? Po tym wszystkim, co dla niej zrobiła?
Życie Anny w jednej chwili zamieniło się w koszmar. Przecież zawsze się starała, aby jej mała siostrzyczka wyrosła na mądrą, kochającą, wrażliwą kobietę. Na człowieka, który nie skrzywdzi drugiego dla swojej zachcianki.
To ona wystawiła Annę na taką próbę! Jak mogła??
*
- Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy... Jest nieprzytomna. Odłamki złamanych żeber przebiły narządy wewnętrzne. Rozległy wylew zajął całą jamę brzuszną. Na szczęście udało się nam uratować dziecko.
Taką wiadomość przekazał ordynator. Jego oddech był płytki, czuć było, że nosi w sobie brzemię cudzego końca.
Anna nie rozumiała jego słów, one niemalże odbiły się od niej. Weszła do środka. Patrząc na zastygłą z bólu twarz siostry, wyczuła, że Natalia pragnie otworzyć oczy i za wszelką cenę coś jej przekazać. Ciało jej było bezwładne, jakby już dawno uleciał z niego duch. Nie potrafiła wykonać najmniejszego ruchu. To pragnienie Natalii Anna odebrała poprzez niewidzialną nić porozumienia, która dawno temu połączyła je ze sobą. To nie zmysły kazały jej podejść bliżej. To drżenie serca rodzące się z prawdziwej miłości dusz. Siostrzane więzy sprawiły, że wzrok dojrzał to, czego nie potrafiło dostrzec ludzkie oko. Serce podpowiadało, aby zbliżyła się do łóżka umierającej. Anka musiała usłyszeć jej ostatnią wolę.
Odchodziła ta, którą kochała i której zarazem nienawidziła. Ta, dla której jeszcze osiemnaście miesięcy temu Anna gotowa była rzucić się w ogień. A teraz?
Śmierć wisiała w powietrzu, a ona traciła ją na zawsze.
Czym okazała się jej własna miłość? Co znaczyła dla niej ta, która za moment miała przestać oddychać i zostawić własne dziecko? Wewnętrzna siła dodała jej odwagi. Wykonała machinalnie krok w przód i zbliżyła się do łóżka.
Dotykając zimnej jak lód dłoni Naty, poczuła w sobie płonący żar, który wypełnił jej ciało. Anna płonęła teraz żywym ogniem, który gasiły łzy bezwiednie płynące po jej policzkach. Miłość mocowała się w niej z nienawiścią, przygniatał ją ogrom bólu i cierpienia. Wiedziała, że mimo przerażającego uczucia pustki obie siostry zespala ponadziemska więź. Silniejsza niż życie i śmierć.
- Jestem przy tobie, jestem... - wyszeptała, nie mogąc wydobyć z gardła innych dźwięków, gdyż dawne wspomnienia nią zawładnęły.
Rozpacz i uraza wypełniły duszę, aby za chwilę walczyć z uczuciem troski i miłości. I chociaż w tej chwili nienawiści było więcej, pochyliła głowę nad spierzchniętymi ustami Natalii, która wydając ostatnie tchnienie życia, wyartykułowała:
- Za... o... pie... kuj się małym Ro... ber... tem. Pro... szę.
Czas przestał istnieć.
To jedno imię rozszarpało Annę od środka.
Robert. Imię jej męża. Imię dziecka Natalii. Imię ich dziecka.
Co działo się w sercu Anny? Prośba była nie do przyjęcia. Kręciło się jej w głowie. Po raz kolejny dostała cios od własnej siostry. Chociaż był środek dnia, zobaczyła gwiazdy. Została postawiona pod pręgierzem, bez wsparcia i pomocy innych osób. Słaba i bezbronna. Tłukące się w jej głowie myśli wirowały.
"Nie" - wyła z rozpaczy jej dusza.
"Nieee" - rozdarte na kawałki serce krwawiło.
Anna była bezsilna. Postawiona przed niemożliwym, nie potrafiła spełnić tej prośby.
Po raz kolejny zabolały rany zadane jej przez tych, których kochała. Tysiące ran. Serce jej było strzaskane, lecz najbardziej cierpiała urażona godność przegranej kobiety. Anna nie czuła się kobietą...
Dziś raz jeszcze poczuła straszliwy ból w środkowej części klatki piersiowej. Serce wyrwała jej własna siostra. Przespała się z jej mężem.
Anna w potokach łez opuściła OIOM, przebiegła korytarz i znalazła się na szpitalnym parkingu. Czarne chmury pojawiły się znikąd i pierwsze krople deszczu połączyły się ze słonymi strugami łez. Spływały razem po rozpalonych policzkach Anny.
Wszystko w niej krzyczało... Pradawny instynkt przetrwania podpowiadał: "uciekaj". Nie wiedziała, który samochód jest jej. Podeszła do najbliższego. Pociągnęła klamkę. Uruchomiła silnik, a może był już uruchomiony.
Już nie myślała, myślenie było dla tych, którzy chcieli żyć...
Jechała nie swoim samochodem we łzach płaczącego nieba. Byle najdalej od tych, którzy zdradzili ją i zniszczyli cały jej świat.
Kiedy pierwszy raz stanęła na tej obcej dla niej ziemi, miała jedenaście lat. Rozejrzała się wokół i pomyślała: "Będzie ciężko, nie podoba mi się tu". Spojrzała w niebo i westchnęła bezgłośnie: "Jakie będzie teraz to moje życie?".
"Poradzisz sobie, to nie koniec świata" - usłyszała radę i patrząc na zachodzące nad wierzchołkiem góry słońce, doznała tak potrzebnego jej w tym momencie pocieszenia.
Bliskość wzniesienia dodała jej odwagi i dziwny spokój wypełnił jej serce. Działała na nią jak magnez. Stożkowy kształt górujący nad okolicą dodawał jej powabu. Pokrzepiające ciepło wypełniło ją od stóp do głów. Zachwycając się urokliwym pięknem niezwykłego wzniesienia, poczuła w sobie ogromną siłę i chęć zmierzenia się z przeciwnościami. Ta góra sprawiła, że oddychała inaczej, że odkryła w sobie nowe pokłady energii.
W pełnej krasie uśpionych promieni nek ukazywał cały swój majestat. Był dominantą okolicy i pośród łagodnego krajobrazu skupiał na sobie całą jej dziewczęcą uwagę. Anastazja spojrzała na wzniesienie po raz kolejny i już wiedziała, że da radę, że ten nowy dla niej i jej rodziny świat jest przyjazny i znajdą tu szczęście. Pomyślała: "Nie poddam się, jutro znowu zaświeci słońce, to tylko kolejny etap mojego życia... naszego" - poprawiła się w duchu.
Znikające za horyzontem słońce szepnęło: "Właśnie tutaj odkryjesz to, czego szukasz, doświadczysz czegoś niezwykłego, nowego, ale też innego niż dotychczas. Odnajdziesz spokój".
- Oby stało się tak, jak obiecujesz - odpowiedziała i poszła rozpakować kuferek.
Do Proboszczowa przybyła z babcią, rodzicami i starszym bratem. Był 1946 rok. Przywieźli krowę, która była ich jedyną żywicielką. Dzięki tej krowie, którą nazywali Pieściocha, oprócz świeżego mleka babcia Rozalia ze zbieranej śmietanki wyrabiała masło i maślankę, a z kwaśnego mleka - sery i serwatkę. Rozalia zajmowała się miniprodukcją mlecznych pyszności i często u sąsiadów wymieniała je na inne produkty. Rodzice Anastazji objęli gospodarstwo, które później przejęła ona z mężem Antonim.
Rodzice jej poznali się w Paryżu. Stanisława, matka Stefanii, była Polką, a ojciec, Gabriel - Francuzem. Dziewczynka od najmłodszych lat była dzieckiem niezwykłym. Oprócz swojej wrażliwości w stosunku do muzyki miała śliczną buzię, była delikatna, a jej prawa rączka skrywała pewien sekret. Stefania miała sześć paluszków. Wszystkie sprawne i bardzo ruchliwe, choć ten najmniejszy obok kciuka był zupełnie malutki.
Ciocia Suzanne, wielbicielka muzyki lat sześćdziesiątych, od dzieciństwa uczyła Stefcię gry na pianinie. Podczas zabawy wpajała jej miłość do muzyki i cierpliwie nauczała poruszania jedenastoma paluszkami po biało-czarnych klawiszach. Dziewczynka miała niezwykły dar - wyczarowywała najsubtelniejsze dźwięki. Ciotka zachwycała się jej osiągnięciami i wróżyła muzyczną karierę. Czteroletnia Stefcia potrafiła bezbłędnie zagrać kilka popularnych melodii. Najpiękniej wykonywała Ne me quitte pas Jacques'a Brela - utwór uwielbiany przez Suzanne. Na rodzinnych spotkaniach z dumą opowiadała o swojej utalentowanej bratanicy, która była jej oczkiem w głowie.
Mała Stefcia często przed zaśnięciem, kiedy mama opowiadała jej bajki, przyglądała się swoim dłoniom. Poruszała paluszkami i te drgania przenosiły ją do słuchanych opowieści.
*
Kiedy miała pięć lat, rodzice przeprowadzili się do Zielonej Góry, gdzie czekało na nich wygodne mieszkanie po babci Stanisławy. Kontakt z ciocią Suzanne ograniczył się do sporadycznych rozmów telefonicznych. Po wakacjach mała Stefania trafiła do grupy w miejskim przedszkolu w Zielonej Górze. Od samego początku znalazła się w centrum zainteresowania swoich rówieśników. Nie tylko dlatego, że kiedy się denerwowała, mówiła w dwóch językach, ale również przez umiejętność gry na pianinie. Ten czarodziejski przedmiot służył maluchom podczas zajęć muzyczno-rytmicznych prowadzonych przez panią Irmę. Gdy jedna z koleżanek złapała Stefę za prawą dłoń, zorientowała się, że dziewczynka ma sześć paluszków, i odskoczyła jak oparzona. Od tej pory dzieci omijały ją w kole i nie chciały się z nią bawić. Dla nich była inna.
Stefania długo płakała i krzyczała po francusku. Wychowawczyni pocieszała ją, przytulała i głaskała po główce. Tłumaczyła, że Stefa jest taka jak oni. Dzieci nie słuchały jej, a jeden z chłopców nazywał ją "sześciopalczastą".
Jakiś czas później do przedszkola zawitała grupa muzyków. Stefa po raz pierwszy miała zagrać swoją ulubioną piosenkę dla szerszego grona. Występ miał się odbyć przed całą kadrą wychowawczyń oraz przybyłymi artystami. Dziewczynka bardzo przeżywała swój debiut poza domem. Ale utwór Fr?re Jacques zagrała znakomicie i dostała olbrzymie brawa. Na bis wykonała ją jeszcze raz. Wszystkie dzieci śpiewały w języku polskim lubianą przez nich piosenkę Panie Janie.
- Jaka wspaniała dziewczynka! - Goście kiwali głowami z uznaniem. - Śliczna i utalentowana.
- Jesteś bardzo zdolna, Stefciu - gratulowały panie z przedszkola.
Dzieciom podobały się jej piosenki, ale zwyczajnie nie akceptowały jej samej, a szczególnie jej inności.
Wtedy jeden z rówieśników powiedział:
- My wiemy, dlaczego ona tak gra! Dlatego, że ma sześć palców.
Stefania rozpłakała się tak głośno, że musiano wezwać mamę, z którą wróciła do domu.
Dziewczynka milczała całe popołudnie. Dopiero wieczorem w łóżku, kiedy matka zapytała, co mogłaby dla niej zrobić, rzekła:
- Powiedz mi, mamusiu, dlaczego wszystkie dzieci w przedszkolu mają pięć paluszków u prawej rączki, a ja mam sześć.
- A chciałabyś mieć pięć, tak jak twoje koleżanki i koledzy?
- Tak, mamusiu, byłabym taka jak oni. Niektórzy śmieją się i mówią do mnie "sześciopalczasta". Chcę mieć pięć paluszków. Proszę cię.
- Pamiętaj, że jesteś wyjątkowa i bardzo cię kocham. Porozmawiam z tatusiem i pojedziemy do pana doktora.
- Proszę cię, mamusiu! Tak nie lubię tego szóstego paluszka... - zaczęła łkać i potrząsała rączką, próbując oderwać zbyteczny palec.
- Zrobimy z tatusiem wszystko, abyś była szczęśliwa.
Zanim zasnęła, powtarzała sobie:
- Nie będę sześciopalczasta, nie, nie będę...
Po raz pierwszy zupełnie świadomie w głowie Stanisławy zakiełkowało zwątpienie i pojawiło się pytanie, czy ten malutki paluszek jest potrzebny jej jedynaczce. Nigdy wcześniej nie myślała, że posiadanie go przyniesie jej małej córeczce tyle zmartwień.
Następnego dnia Stefania dostała tak wysokiej gorączki, że nie poszła do przedszkola. Matka robiła jej chłodne okłady i dziewczynka przesypiała całe dnie. Budziła się na krótko, aby zwilżyć usta wodą. Nic nie jadła i pić też nie chciała. Gdy po trzech dniach wysoka temperatura spadła, Stefa obudziła się pełna energii i zaczęła z wielkim przejęciem opowiadać swój sen:
- Mamusiu, mamusiu, wiesz, co mi się śniło?
- Co takiego, kochanie? - zapytała zaintrygowana matka.
- Widziałam pana doktora, który oderwał mi paluszek. On był aniołem i miał piękne świecące białe skrzydła. Uśmiechał się do mnie i mówił, że nic nie będzie mnie bolało. Że w końcu będę szczęśliwa.
- Moja kruszynko, pan doktor nie oderwie ci paluszka, tylko wykona zabieg. Nic cię nie będzie bolało. Rozumiesz?
- Tak, mamusiu, Powiedz to panu ze skrzydłami. Czy on już o tym wie, że zrobi mi ten za...
- Zabieg, kochanie.
- Tak, zabieg, czy on już wie?
- Jeszcze nie, ale go powiadomię - obiecała Stanisława i weszła do holu, po czym wykręciła numer do szpitala w Poznaniu.
Następny telefon wykonała do Suzanne, która nie była zadowolona. Próbowała przekonać szwagierkę, że tajemnica wyjątkowości dziewczynki i jej muzycznych zdolności kryje się w dodatkowym "drugim kciuku".
- To dzięki niemu gra tak pięknie. Wiem, że tak jest. To prawda. Musicie to zaakceptować - argumentowała.
Rodzice mieli inne zdanie. Oni już podjęli decyzję. Umówili się z chirurgiem na rozmowę.
Obudziła się następnego ranka. Pierwszy raz od dawien dawna ujrzała, jak budzi się życie. W kroplach rosy odbijały się promienie wschodzącej kuli światła. Spojrzała w stronę góry i znów poczuła ten otulający jej ciało stan. Doznała wielkiej otuchy. Tajemniczy stożek sprawiał, że już nie czuła się tak obco. Ziemia - choć jeszcze nieznana - otwierała przed nią swoje wrota.
Każdego dnia, dotykając nieba, drzew, ptaków i kamieni, odkrywała skrywane przed nią sekrety. Poznawała je i chłonęła całą sobą. Wybierała się z najbliższymi na długie wędrówki. Razem pokonywali polne dróżki i leśne trakty. A ona pośród soczystej zieleni pól słuchała głosu Słońca i oddechu Ziemi.
"Dotrzesz daleko".
"Uda ci się zrozumieć siebie, znajdziesz to, czego szukasz".
"Staniesz się częścią tego świata, potrzebnym elementem, jednym z wielu puzzli misternej układanki".
"Nauczysz się słuchać swojego serca".
"Nie jestem gotowa" - odpowiadała bezgłośnie, a wtedy ziemia szeptała: "Twoje serce potrzebuje dużo czasu. Nie spiesz się, wszystko wymaga odpowiedniego przygotowania".
*
Zrozumiała to nie od razu. Minęło wiele lat. Stopniowo rozwiązywała zagadki, odkrywała tajemnice, poznawała miejscowe legendy, słuchała opowieści. Czytała książki, zapisywała nowo poznane określenia i... rozmawiała z górą, niebem i słońcem.
Poznała je prawie wszystkie. Wśród nich były legendy o Szwenkweldystach, skale Emilii, Czarnym Janku, jeźdźcu bez głowy i pokutującym staroście. Do istniejących dołączyła własne: o zakopanych skarbach, magii bazaltu, stopie dinozaura i wiele innych. Wymyśliła je dla tego miejsca, jej ziemi. Pokochała tę tajemniczą i kryjącą wiele sekretów krainę całym sercem.
Ale zanim to nastąpiło, minęły tysiące dni. Zrozumiała to, gdy dotknęła nieba. Doświadczyła tego na szczycie Ostrej Góry, kiedy szła po czterystu czterdziestu pięciu bazaltowych stopniach. Wreszcie stanęła na szczycie w ciepły majowy dzień. Do tej pory cały czas poszukiwała swojego azylu.
Oprócz kraju dzieciństwa nigdzie nie umiała go znaleźć. Jej ciągłe rozterki i tęsknota za utraconym rajem były tak silne, że niekiedy sprawiały jej wewnętrzny ból.
Nie widziała, że...
Tego, czego szukała - doświadczyła na górze, na wysokości pięciuset metrów nad poziomem morza.
Wspinając się na jej wierzchołek, czuła się tak, jakby szła na ważne spotkanie. Całą swoją istotą przeczuwała, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. "Coś", co pozwoli jej wreszcie odpowiedzieć na trudne pytania. Wpłynie na całe jej przyszłe życie.
Stojąc na wzniesieniu i spoglądając na przepięknie skomponowany przez stwórcę obraz, rozkoszowała się pięknem przyrody. Napawała oczy widokiem biegnącym po sam widnokrąg. I nagle, bez wyciągania w górę rąk, dotknęła nieba. Nieba i ziemi jednocześnie. Całą swoją istotą.
Już wiedziała - była tego całkowicie pewna. Żyła tu przez szereg lat i zatapiała w tej ziemi korzenie. W końcu się udało. Odnalazła to, co w życiu jest tak ważne - swoje miejsce. Swój dom.
Swój mały kawałek świata znalazła pod Ostrzycą Proboszczowicką, na skraju lasu, gdzie postanowiła odkrywać tajemnice przyrody i poznawać siebie samą.
Arleta wyjechała z Karolem w Karkonosze. Na Śnieżkę wybrali się czerwonym szlakiem przez Karkonoski Park Narodowy. Wcześniej odwiedzili drewnianą Świątynię Wang. Gdy mężczyzna dostrzegł ogniki radości w oczach żony, przypomniał sobie ich ślub w małym wiejskim kościółku...
Kochał ją ze wszystkich swoich sił. Tak jak tylko mężczyzna potrafi kochać kobietę. Wraz z upływającym czasem nauczył się akceptować jej humory i odmienność. Za co tak naprawdę uwielbiał swoją niepokorną żonę, niepotrafiącą usiedzieć w miejscu, często nieobecną duchem lub biegnącą gdzieś przed siebie myślami? Kiedy próbował odpowiedzieć sobie na to, wydawałoby się, trudne pytanie, stwierdzał, że w miłości nie ma pytań zaczynających się od "dlaczego".
Miała głowę pełną pomysłów i podejmowała spontaniczne decyzje. Zwyczajnie akceptował jej nieprzewidywalność i kochał taką, jaka była. A była panią jego serca. Kochał ją za ofiarowanie mu całej jej istoty, za szaleństwo, ale też w ważnych chwilach za takt i rozwagę. Za włosy rozrzucone rano na poduszce, za roziskrzony wzrok pełen namiętności i pożądania. Za potęgę jej kobiecości, za koniec i początek świata przy jej boku. Przyzwyczaił się do jej wybuchów gniewu, zgadzał na sprzeczności i fakt, że choć nie zawsze miała rację - stawiała na swoim. Przyglądał się jej i skrycie wiedział, że nie ma najmniejszego sensu stawiać oporu. Słuchał głosu serca i przewidywał konsekwencje jej decyzji. Wiedział, że wyjdzie na jej. To ona efekcie końcowym będzie miała rację.
Uwielbiał ją za zaufanie, wierność, lojalność, za pełnię jej uczucia do niego, za to, że mieli wspólne cele i pragnęli być razem po kres swoich dni. Taka była jego miłość do niej. Nikomu by jej nie oddał, chociaż nie zawsze była idealna. Taką Arletę pokochał i nie próbował jej zmieniać.
Była jego kobietą i to czyniło z niej boginię. Pod jego okiem piękniała i stawała się pewna siebie tak, jak lubił... A on tylko ją kochał.
Najważniejszy dla niego był fakt, że oprócz tych wszystkich ludzkich i ziemskich dzielących ich różnic pasowali do siebie w sferze współodczuwania. W przeżywanych doznaniach nie było między nimi przeszkód, żadnych granic. W duchowym świecie stanowili całość, byli jednością.
Dwiema połówkami jabłka, jednym duchem, jednym tchnieniem.
Karol kochał Arletę nie pierwszą, lecz ostatnią miłością swojego życia i odczuwał to każdą najmniejszą cząstką duszy i ciała. Nie dopuszczał również myśli, że mogłaby być z kimkolwiek innym. Wiedział, że jest jego na zawsze.
*
Z najmniejszymi detalami pamiętał dzień, kiedy zobaczył ją pierwszy raz... Jego serce zabiło szybciej i poczuł, że mogłaby zostać jego kobietą. Albo ta, albo żadna. Jednak na spełnienie swoich pragnień czekał ponad dwa lata.
Ich drogi rozeszły się, aby po tym dla niego okropnym etapie połączyć ich na wieczność. Przez ten wlokący się samotnie czas zawsze pojawiała się w jego marzeniach - do momentu, kiedy znów ją zobaczył. Ona miała swoje życie, swoje plany, swój świat. Marzyła o wyjeździe do Australii. On był tak zdeterminowany, że pragnąc jej, wszedł do jej życia. Gdy się tam odnalazł, pewnego letniego wieczoru złączyły się ich dłonie. W tej wyjątkowej chwili wiedział, że utonął w jej sercu, jej zaś serce przepadło dla niego. Ta przebojowa kobieta zrezygnowała z wyjazdu za granicę i za namową wiekowej Franciszki wybrała podszept serca.
Arleta opowiedziała kobiecie o swoich rozterkach i usłyszała w odpowiedzi, że jeśli prawdziwie kocha, to wie, co ma zrobić. Jej miłość dokona właściwego wyboru. I tak jej serce wygrało z rozsądkiem. Została w kraju, kierowana pierwszym, nieznanym jej dotąd uczuciem. Uczuciem, które rodziło się w głębi jej duszy.
Z samego rana Stanisława zgłosiła się z córką na oddział chirurgiczny w Szpitalu Klinicznym Przemienienia Pańskiego w Poznaniu. Dwa tygodnie wcześniej stawiły się na rozmowę z lekarzem. Profesor Witold w wyczerpujący, jasny i rzeczowy sposób wyjaśnił szczegóły planowanego zabiegu. Rodzice Stefanii zdecydowali się na usunięcie zbytecznego paluszka. Doktor odpowiadał na ich pytania związane z polidaktylią. Miał ogromne doświadczenie w tej dziedzinie, gdyż usuwał wiele podobnych deformacji.
Przed przyjęciem na oddział dziewczynce wykonano szereg badań, w tym radiologiczne, które potwierdziło przypuszczenia doktora. Paluszek miał delikatną strukturę kostną. Nie było jednak przeciwskazań do zaplanowanej na 26 października operacji. Należało traktować ją poważnie i małą pacjentkę zostawić do wieczora na obserwacji.
Stefania była tak podekscytowana, że w noc poprzedzającą pójście do szpitala nie mogła zasnąć i zasypywała mamę mnóstwem pytań:
- Powiedz mi, mamusiu, czy jutro będę już normalną dziewczynką?
- Jesteś naszą ukochaną i jedyną córeczką, a jutro pan doktor zrobi tak, że będziesz mieć pięć paluszków.
- I nie odrośnie mi ten szósty? Na pewno nie odrośnie?
- Obiecuję, że nie odrośnie. Śpij już, bo musisz odpocząć i nabrać sił.
- Nie mogę zasnąć, tak się cieszę, że już od jutra nikt nie powie do mnie "sześciopalczasta". Tak będzie, prawda, mamusiu?
- Oczywiście, kochanie, śpij spokojnie. Nikt więcej tak do ciebie nie powie.
- Pan doktor jest kochany i zrobi mi ładną rączkę. Prawda, mamusiu?
- Będziesz mieć najpiękniejszą rączkę na całym świecie - potwierdziła matka, całując Stefę na dobranoc.
- Jutro będę mieć najpiękniejszą rączkę, hura, pan doktor!
- Właśnie tak, Stefanio, właśnie tak. - Matka głaskała ją po pleckach do momentu zaśnięcia. Wychodząc z pokoju, szeptem dodała: - Jesteś dla mnie najważniejsza i zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa.
Była małą dziewczynką, jeszcze dzieckiem, kiedy w swych snach po raz pierwszy zobaczyła czarne straszydła. Każdej nocy pojawiały się przeźroczyste zjawy i przerażające groźne potwory. W środku czarno-granatowej ciszy wybudzały ją dźwięki skrzypiących starych drzwi z zardzewiałym zamkiem. To one otwierały przejście do jej dziecięcego świata wyobraźni i prowadziły na poddasze. Właśnie stamtąd nasłuchiwała odgłosów upiornych kroków na trzech kondygnacjach schodów wiodących na strych. Pojawiające się w jej fantazji zmory przychodziły do niej, mrożąc krew w żyłach i zamieniając czerń nocy w półsenne drzemki i pełne lęków koszmary. Wypełnione trwogą i strachem czuwanie do rana wyniszczało jej ciało i umysł. Z drugiej zaś strony dawało nadludzką siłę do przetrwania i bliższego poznawania Boga. Nikomu nie zdradzała swoich doznań, ale nie zawsze umiała sobie z nimi radzić. Dlatego powtarzając w kółko słowa monotonnych modłów, zanosiła je do nieba. Nad ranem padała wykończona z niewyspania. Mocnego, głębokiego snu doświadczała o świcie, kiedy brzask dnia wypełniał mroki ustępującej nocy. To był bardzo trudny dla niej czas. Nieprzespane noce skłaniały ją do dziecięcych refleksji i rozmyślań.
Budzące się słońce zawsze odpędzało strachy, a światło koiło jej skołataną duszę. Aby dodać sobie odwagi i udowodnić, że nocne twory są owocem jej wybujałej wyobraźni, po kilka razy w ciągu dnia przekręcała z trudem olbrzymi klucz i wchodziła na trójpoziomowy strych. Przez małe szczytowe okienko dochodziło tam niewiele promieni. Sprawdzała wszystkie kąty i otwierała stare pudełka, by sprawdzić, czy coś lub ktoś tam jest. W rzeczywistości niczego podejrzanego nie widziała, ale jej osobliwe wizje podpowiadały coś innego. Uciekając nie wiadomo przed czym, zbiegała pędem po krętych stopniach w dół. Bała się oglądać za siebie. Równowagę odzyskiwała dopiero na podwórku, gdzie witała ją jasność dnia.
*
Pewnego razu mara ukazała się w samo południe... Magdalena właśnie sprawdziła, że strych jest pusty. Zamknęła mocno drzwi i przekręciła klucz. Przechodząc obok jednego z siedmiu pokoi, zauważyła w nim jakieś poruszenie. Skrzydło drzwi było niedomknięte. Przeszła obok, wmawiając sobie, że znów uaktywnia się jej świat zwidów. Postanowiła jednak zawrócić i raz jeszcze sprawdzić. Na środku pokoju tańczyła niskiej postury kobieta. Przypominała prawdziwą czarownicę lub wiedźmę z bajek. Ubrana była w zwiewne przeźroczyste szaty. Zawoalowana w szarości i czernie, kręciła się dookoła swej osi. Miała na głowie szpiczasty czarny kapelusz, a w rękach - jakby czarcią miotłę. Mógł to być drapak. Sześciolatka była poruszona tym widokiem, ale nie doznawała lęku. Przyglądając się tańczącej, wyczuła, że ta również na nią patrzy. Obie wiedziały o sobie. Wyczuwały swoją obecność.
Mada zeszła po schodach. Jakaś siła nakazała jej jednak wrócić. Gdy stanęła przed uchylonymi drzwiami, w pomieszczeniu nikogo już nie było. Nieznane jej dotąd falowanie powietrza zdradzało tajemniczą energię.