Sąsiadka z trzeciego piętra - Eugenia Dalmau

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Wa­len­cja, 1 li­sto­pada 2018

Raz po raz prze­cie­ra­jąc oczy, pani Jo­sefa prze­szła kilka kro­ków i sta­nęła na środku ob­szer­nego, oka­za­łego foyer. Nie za­mie­rzała opusz­czać sta­no­wi­ska, do­póki ciało En­ri­qu­ego Gi­nera nie znaj­dzie się w fur­go­netce, która miała go za­wieźć do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Ta­kie po­le­ce­nie wy­dała jej po­li­cja, a ona chciała się wy­wią­zać z po­wie­rzo­nego jej za­da­nia; po­czu­wała się do od­po­wie­dzial­no­ści za wszystko, co działo się na te­re­nie bu­dynku, w końcu to ona była tu do­zor­czy­nią.

Z ca­łej siły ści­ska­jąc w dłoni me­da­lik Matki Bo­żej Opusz­czo­nych, za­pa­trzyła się na świa­tło wpa­da­jące przez ogromny wi­traż nad wyj­ściem na pa­tio i za­le­wa­jące cały hol falą ży­wych ko­lo­rów; biały mar­mur po­sadzki prze­isto­czył się w ekran, na któ­rym wy­świe­tlała się mo­za­ika ka­lej­do­sko­po­wych plam. Jo­sefa po­my­ślała, że te ra­do­sne barwy są zu­peł­nie nie na miej­scu w dniu Wszyst­kich Świę­tych, a tym bar­dziej w sy­tu­acji, kiedy w bu­dynku leżą jesz­cze świeże zwłoki jed­nego z są­sia­dów. Bę­dzie mu­siała za­py­tać po­zo­sta­łych miesz­kań­ców, czy zga­dzają się za­sło­nić szybę czarną krepą, żeby zni­we­lo­wać ten zu­peł­nie nie­ade­kwatny opty­mi­styczny na­strój.

Cho­ciaż Jo­sefa re­je­stro­wała każdy szcze­gół czte­rech koni z wi­trażu, który od­bi­jał się wie­lo­ko­lo­ro­wym świa­tłem na ścia­nach foyer, a z jej twa­rzy nie scho­dził gry­mas nie­do­wie­rza­nia, nie była bo­wiem prze­ko­nana, że śmierć są­siada sta­no­wiła ele­ment bo­skiego planu, to jako osoba nie­zwy­kle cie­kaw­ska i za­in­te­re­so­wana oto­cze­niem od razu zwró­ciła uwagę na cha­rak­te­ry­styczny od­głos ru­sza­ją­cej windy, którą ktoś wła­śnie we­zwał.

Ką­ci­kiem by­strego oka za­uwa­żyła, że winda za­trzy­mała się na trze­cim pię­trze. Uznała, że jesz­cze za wcze­śnie na tych z miesz­ka­nia po le­wej, w my­ślach ob­sta­wiła więc Vio­letę, są­siadkę z trze­ciego pię­tra po pra­wej.

Cze­kała w na­pię­ciu, po­pra­wia­jąc so­bie szy­deł­kową chu­stę, aż czy­jeś ręce po­pchnęły ciężką że­la­zną kratę; z po­czu­ciem sa­tys­fak­cji prze­ko­nała się, że in­tu­icja znowu jej nie za­wio­dła - tra­fiła w dzie­siątkę.

Nie­świa­do­mie przy­wo­łała na twarz wy­raz apro­baty i prze­nio­sła wzrok na ko­bietę w dżin­sach i bu­tach na ob­ca­sie, za­wi­niętą w pon­czo w od­cie­niach błę­ki­tów i po­ma­rań­czy, która szła w jej stronę, pro­wa­dząc za rękę có­reczkę So­fíę.

- Dzień do­bry, pani Jo­sefo! - przy­wi­tała się Vio­leta po­god­nie. Tak bar­dzo przy­wy­kła już do ukry­wa­nia ner­wów, że nikt by się nie do­my­ślił, jak mocno ści­skało ją w żo­łądku tylko dla­tego, że w holu mo­gła na­tknąć się na byłą te­ściową. - Co pani tu robi o tej po­rze, a do tego tak ubrana? Czy ra­czej nie­ubrana? To chyba ko­szula nocna? - spy­tała z roz­ba­wie­niem, pod­czas gdy jej có­reczka za­cie­ka­wio­nym wzro­kiem przy­glą­dała się do­zor­czyni. - Za­po­mniała pani, że dzi­siaj święto, czy też wy­cią­gnęły pa­nią z łóżka te nie­dawne krzyki i ło­moty? Co to za ha­łasy!

- Nie, pani Vio­leto, nic z tych rze­czy. - Do­zor­czyni przy­brała minę wy­ra­ża­jącą jed­no­cze­śnie nie­po­kój i ta­jem­nicę. Żeby spo­tę­go­wać efekt su­spensu, mil­czała przez kilka se­kund, po czym ści­szo­nym gło­sem wy­ja­śniła: - Dziś nad ra­nem pani Ja­cinta zna­la­zła męża mar­twego, no to mi po­wie­działa i za­raz prze­krę­ci­ły­śmy na sto dwa­na­ście. Przy­je­chali po­li­cjanci, a po­tem jesz­cze sę­dzia i dok­tór... Nie wia­domo, co się za­działo, tak że za­biorą go na ja­kąś tam se­lek­cję zwłok czy coś ta­kiego. Kto to wi­dział, czło­wiek kła­dzie się wie­czo­rem spać, nie włó­czy się po nocy, bo pan En­ri­que wczo­raj ni­g­dzie nie wy­cho­dził, to wiem na pewno, a rano już nie wstaje.

- Jak to?! En­ri­que Gi­ner nie żyje?! Mój są­siad z dołu? Nie­moż­liwe! Nie wie­rzę! - Vio­leta za­drżała i przy­ci­snęła có­reczkę do nóg, ale mała nie­wzru­sze­nie śle­dziła ich roz­mowę z du­żym za­in­te­re­so­wa­niem. - Wi­dzia­łam go wczo­raj po po­łu­dniu i był zdrowy jak ryba!

- Mó­wię pani, to naj­praw­dziw­sza prawda. Ale te krzyki to nie wdowa, nie, to pani Ana wpa­dła w hi­ste­rię, jak się do­wie­działa, a po­tem jak wście­kła po­le­ciała na górę do dok­tora Va­zqu­eza... Jak ona za­wraca głowę temu bied­nemu czło­wie­kowi! - Jo­sefa zmarsz­czyła czoło i za­ci­snęła usta.

- Boże święty, co za po­twor­ność! Nie mogę w to uwie­rzyć... - Vio­leta przy­ło­żyła rękę do czoła, czu­jąc, że ma mę­tlik w gło­wie, a nogi jej miękną.

- Mi też się to w gło­wie nie mie­ści - od­parła do­zor­czyni. - Od rana o tym du­mam i my­ślę se, jaka to wielka szkoda, że ten czło­wiek umarł. Ta­kie miał do­bre ży­cie! - do­dała, czy­niąc znak krzyża. - Nie my­śli pani, że to nie­nor­malne, żeby w ciągu paru mie­sięcy umarły dwie osoby w domu, w któ­rym jest tylko sie­dem miesz­kań? Wiem, pani Vázquez była star­sza, umarła na za­pa­le­nie płuc, ale tak se też my­ślę, że do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie przy­było nam dwóch no­wych miesz­kań­ców... A pan Víc­tor z pierw­szego pię­tra po le­wej jest bar­dzo ta­jem­ni­czy. - Zni­żyła głos do szeptu. - A z pana Car­losa, męża pani Any, też nie­zły apa­rat. Może to czy­jeś złe oko...

Vio­leta jej prze­rwała.

- Pani Jo­sefo, pro­szę nie opo­wia­dać ta­kich rze­czy, zwłasz­cza przy So­fíi, bo po­tem nie da mi spo­koju, bę­dzie bez prze­rwy wy­py­ty­wać i nie uda mi się jej uśpić wie­czo­rem. - Vio­leta wes­tchnęła.

- No to le­piej już idź­cie, bo lada mo­ment zniosą z góry nie­bosz­czyka. Poza tym pani Mari Sa­les do­piero co wy­szła z psami, więc za­raz pew­nie wróci, le­piej, że­by­ście się nie spo­tkały. - Po czym oznaj­miła: - Ale ja pani mó­wię, że tu się za­działo coś bar­dzo po­dejrz­li­wego. Pani Ja­cinta coś za do­brze się trzyma... - Jo­sefa zmru­żyła chy­tre oczka i spoj­rzała po­ro­zu­mie­waw­czo na oszo­ło­mioną Vio­letę.

Ta, ab­so­lut­nie prze­ra­żona wi­zją ze­tknię­cia się ze swoją obłą­kaną byłą te­ściową, wy­mam­ro­tała po­dzię­ko­wa­nie za in­for­ma­cje, po­cią­gnęła có­reczkę za rękę i od­da­liła się szyb­kim kro­kiem, ze spusz­czoną głową. Póź­niej zaj­rzy do są­siadki, po­sta­no­wiła w du­chu.

Tak bar­dzo śpie­szyło jej się do wyj­ścia, że bez pa­trze­nia otwo­rzyła drzwi i wy­pa­dła na ulicę, po­ty­ka­jąc się i zde­rza­jąc z bru­ne­tem w skó­rza­nej kurtce, który wła­śnie w tej chwili wcho­dził do bu­dynku. Vio­leta mu­siała pu­ścić có­reczkę, a męż­czy­zna ku jej za­sko­cze­niu zła­pał ją za ra­miona, żeby uchro­nić ko­bietę przed upad­kiem. Ich twa­rze otarły się o sie­bie, na uła­mek se­kundy wy­mie­nili spoj­rze­nia i uśmie­chy. Vio­leta się za­ru­mie­niła, rzu­ciła "prze­pra­szam" i ode­szła w swoją stronę, ale jesz­cze przez długą chwilę czuła w no­sie i w pa­mięci woń wody po go­le­niu atrak­cyj­nego są­siada z pierw­szego pię­tra po le­wej.

Wa­len­cja, gru­dzień 2017

(je­de­na­ście mie­sięcy wcze­śniej)

Ana Gal­lego po­sta­wiła koł­nierz płasz­cza, schy­liła głowę, żeby ochro­nić się przed wia­trem, i przy­śpie­szyła kroku. Nie mo­gła zo­stać w tyle, ale też nie po­winna zbli­żyć się za bar­dzo do Car­losa; nie mógł się do­wie­dzieć, że za nim idzie. Zo­sta­wiła za sobą roz­świe­tloną calle Ru­zafa i skrę­ciła w Gran Vía del Ma­rqués del Túria, gdzie ruch uliczny był rów­nie in­ten­sywny, ale zma­lała liczba prze­chod­niów i błysz­czą­cych de­ko­ra­cji świą­tecz­nych.

Wa­hała się przez chwilę, czy przejść przez jezd­nię i ru­szyć da­lej pa­sem zie­leni na środku ulicy - dzięki temu mo­głaby przejść nie­zau­wa­żona, ukryta w cie­niu drzew, ale bała się stra­cić go z oczu. Po­su­wała się więc da­lej chod­ni­kiem wy­ło­żo­nym po­ma­rań­czo­wymi płyt­kami, nie­mal przy­kle­jona do fa­sad bu­dyn­ków.

Dzie­liło ich dwa­dzie­ścia me­trów, kiedy Car­los za­trzy­mał się na­gle jak wryty na ścię­tym rogu calle Co­nqu­ista­dor, przed oka­za­łym mo­der­ni­stycz­nym bu­dyn­kiem o czte­rech kon­dy­gna­cjach, tym z im­po­nu­ją­cym wi­tra­żem przed­sta­wia­ją­cym cztery ko­nie, du­żymi bal­ko­nami i oknami wy­ku­szo­wymi.

Znała to miej­sce jak wła­sną kie­szeń. Przez ostat­nie pół­tora roku co ty­dzień sta­wiała się tu na umó­wioną wi­zytę le­kar­ską. Ale po co Car­los miałby od­wie­dzać jej psy­chia­trę, i to w pią­tek o dwu­dzie­stej?

Po­czuła na ple­cach dreszcz, dło­nie za­częły się po­cić. Na­gle od­nio­sła wra­że­nie, że Car­los ob­raca się w jej stronę, więc żeby unik­nąć przy­ła­pa­nia na go­rą­cym uczynku, pró­bo­wała zu­peł­nie bez sensu scho­wać się za naj­bliż­szym drze­wem. Prze­mknęło jej przez głowę, że do­brze by było pod­biec ukrad­kiem do palmy na rogu, bo gruby pień świet­nie ukryłby ją przed wzro­kiem męża, mo­głaby jed­nak w ten spo­sób zwró­cić na sie­bie uwagę. Za­marła więc z na­dzieją, że nikt nie za­uważy jej na ru­chli­wej ulicy.

Ja­kaś ko­bieta w ogrom­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych pro­wa­dziła na smy­czy dwa jam­niki, które za­częły wę­szyć i nie­bez­piecz­nie zbli­żać się do jej drzewa. Nie­zna­joma ob­rzu­ciła ją nie­chęt­nym wzro­kiem i sta­nęła pod osłoną ciem­no­ści w po­bli­skiej bra­mie. Ana jed­nak zo­stała na miej­scu, ob­ró­ciła się do Car­losa ple­cami, oparła o ra­chi­tyczny pień i za­mknęła oczy, jakby dzięki temu on też nie mógł jej do­strzec. Po­czuła silne pul­so­wa­nie w skro­niach i za­częła go­rącz­kowo roz­my­ślać nad ja­kąś wia­ry­godną wy­mówką, na wy­pa­dek gdyby pod­szedł do niej i za­czął się do­ma­gać wy­ja­śnień.

- Ana? Czemu się tu cho­wasz? - za­py­tał ni­ski, chra­pliwy mę­ski głos. - Wszystko w po­rządku?

- Bo... wi­dzisz, tak so­bie po­my­śla­łam... - za­częła się ją­kać, ale za­raz się zre­flek­to­wała i zmu­siła, żeby otwo­rzyć oczy. Głos brzmiał bar­dzo zna­jomo, ale nie pa­so­wał jej do Car­losa. - Igna­cio! - za­wo­łała ze zdu­mie­niem.

- Przyj­mu­jesz leki, które ci prze­pi­sa­łem, Ano?

Obec­ność psy­chia­try zwy­kle dzia­łała na nią ko­jąco, ale te­raz głę­boki głos i prze­ni­kliwe spoj­rze­nie Igna­cia - który choć zbli­żał się już do sie­dem­dzie­siątki, wciąż roz­ta­czał aurę su­ro­wej mę­sko­ści - wzbu­dziły w niej nie­po­kój.

- Tak, oczy­wi­ście. - Ana wie­działa, że le­karz bez trudu do­strzeże jej zde­ner­wo­wa­nie. Mu­siała wy­my­ślić ja­kąś prze­ko­nu­jącą wy­mówkę, bo ina­czej Igna­cio uzna, że albo jest na­ćpana, albo znów wpa­dła w pa­ra­noję. Nie mo­gła do­pu­ścić, żeby przy­znał Car­lo­sowi ra­cję, że po­stra­dała zmy­sły. Na­gle ją na­tchnęło. - Nie cho­wam się, tylko... - za­wa­hała się - ...wła­śnie oglą­da­łam miesz­ka­nie wy­sta­wione na sprze­daż w twoim bu­dynku. Za­trzy­ma­łam się tu­taj na chwilę, żeby po­my­śleć. Bar­dzo mi się spodo­bało - łgała.

- Prze­pro­wadzka to świetny po­mysł, Ano. Ży­cie w domku, z dala od miej­skiego zgiełku, brzmi pięk­nie, ale to­bie aku­rat nie służy. Od dawno ci to po­wta­rzam. - Po­sta­wił koł­nierz ele­ganc­kiego gra­na­to­wego płasz­cza.

- Dla­tego wła­śnie po­sta­no­wi­łam po­szu­kać no­wego domu. - Uni­kała jego wzroku, pa­trzyła na gę­stą białą czu­prynę męż­czy­zny, jak za­wsze schlud­nie ucze­saną, z prze­dział­kiem po le­wej. - Bo... za­wsze ma­rzy­łam o miesz­ka­niu w cen­trum... Prze­nio­słam się na przed­mie­ścia z my­ślą o dzie­ciach, ale że jak do­tąd nie po­ja­wiły się w moim ży­ciu...

Za­czy­nało jej bra­ko­wać ar­gu­men­tów, ale czu­wała nad nią opatrz­ność bo­ska i w tej wła­śnie chwili ze­słała ko­bietę o ja­sno­brą­zo­wych wło­sach i zie­lo­nych oczach, które pa­trzyły na nią z za­cie­ka­wie­niem. Ana ko­ja­rzyła te de­li­katne rysy i spor­tową ele­gan­cję, a choć tamta miała roz­czo­chrane włosy i zmę­cze­nie wy­ma­lo­wane na twa­rzy, w umy­śle Any na­tych­miast za­kieł­ko­wała myśl, że taka ko­bieta na pewno fa­scy­nuje wielu męż­czyzn: nie­po­rządna fry­zura do­da­wała jej zmy­sło­wo­ści, czy­niąc ją jesz­cze bar­dziej uwo­dzi­ciel­ską.

- Wszystko w po­rządku, Igna­cio? Za­uwa­ży­łam was tu­taj pod drze­wem i po­my­śla­łam, że może ta pani za­sła­bła.

- Nie, Vio­leto, spo­koj­nie - od­parł le­karz sta­now­czo. - Być może bę­dziemy mieli nową są­siadkę. Zna­cie się? Moż­liwe, że kie­dyś mi­nę­ły­ście się na scho­dach. - Do­ko­nał pre­zen­ta­cji: - Ana Gal­lego, dok­tor Vio­leta Me­dina.

- Rze­czy­wi­ście - przy­znała Vio­leta - ko­ja­rzę cię z wi­dze­nia. Je­steś żoną Car­losa Go­meza, prawda? Pra­cuję w tym sa­mym szpi­talu co twój mąż, cho­ciaż rzadko mam z nim do czy­nie­nia. On, jako ane­ste­zjo­log, jest zwy­kle na chi­rur­gii, a ja pra­cuję na pe­dia­trii - uspo­ko­iła Anę. - Wspo­mi­nał nie­dawno, że je­steś pa­cjentką dok­tora Va­zqu­eza, a ja fak­tycz­nie chyba kie­dyś na cie­bie wpa­dłam, więc od razu cię po­zna­łam. - Vio­leta za­śmiała się dla roz­luź­nie­nia at­mos­fery.

Oczy Any po­ciem­niały i przez dłuż­szą chwilę świ­dro­wały Vio­letę. Jej wro­gość była wręcz na­ma­calna, po­wie­trze dało się kroić no­żem. Vio­leta i Igna­cio wy­mie­nili zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nia. Nie ro­zu­mieli, co dzieje się w gło­wie tej ko­biety, dla­czego na­gle za­częła od niej bić czy­sta nie­chęć. Igna­cio wzru­szył ra­mio­nami i znów za­py­tał Anę, czy wszystko w po­rządku. Ona jakby się otrzą­snęła i ni­czym wy­uczoną lek­cję wy­re­cy­to­wała, że jesz­cze ni­gdy nie czuła się tak do­brze. Po­tem zwró­ciła się do Vio­lety i nieco chry­pli­wie od­po­wie­działa, że ow­szem, jest żoną Car­losa Go­meza i bar­dzo jej miło ją po­znać, ale nie­stety, bar­dzo ża­łuje, musi już iść, bo śpie­szy się na umó­wione spo­tka­nie.

Wciąż oszo­ło­miona Vio­leta nie zdo­łała wy­du­sić ani słowa, zmu­siła się tylko do sła­bego uśmie­chu. Igna­cio za­cho­wał pa­no­wa­nie nad sobą i na po­że­gna­nie po­cie­szył ją jesz­cze w kwe­stii ewen­tu­al­nego ma­cie­rzyń­stwa: "Ano, masz trzy­dzie­ści sześć lat i całe ży­cie przed sobą. Od­po­czy­waj i do zo­ba­cze­nia w przy­szłym ty­go­dniu". Ni­czym wy­strze­lona z procy Ana rzu­ciła się do sza­leń­czego sla­lomu mię­dzy sa­mo­cho­dami su­ną­cymi po­woli za­kor­ko­waną Gran Vía del Ma­rqués del Túria. Roz­trą­biły się klak­sony, ale ona nie za­re­ago­wała, bo jej mózg już pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach: "Być może to wła­śnie tę pa­nienkę o krę­co­nych wło­sach od­wie­dza mój mąż w tym bu­dynku. Nie, nie być może... Ta mo­dliszka na pewno ma ro­mans z moim mę­żem".

Vio­leta ode­tchnęła i ra­zem z psy­chia­trą ru­szyli spo­koj­nym kro­kiem do domu. Spoj­rzała na niego i za­gad­nęła:

- Te­raz ro­zu­miem, dla­czego do cie­bie przy­cho­dzi. Ma naj­wy­raź­niej po­ważny pro­blem, ale nie chcę, że­byś mi o tym opo­wia­dał - za­strze­gła, za­trzy­mu­jąc się i pró­bu­jąc osło­nić twarz przed po­ry­wi­stym wia­trem. - Mam do­syć wła­snych kło­po­tów, żeby brać na sie­bie jesz­cze cu­dze.

- Ana to do­bra dziew­czyna, ale ma kom­pletną pa­ra­noję, jest prze­ko­nana, że mąż chce ją zo­sta­wić - wy­ja­śnił psy­chia­tra, szu­ka­jąc klu­czy do bramy. - Mu­szę ją fa­sze­ro­wać ta­blet­kami na uspo­ko­je­nie, żeby w ogóle prze­sy­piała noce. A prze­cież wiesz, że nie lu­bię, kiedy pa­cjenci są aż tak uza­leż­nieni od le­ków. - Igna­cio prze­rwał, pró­bu­jąc tra­fić klu­czem do zamka. - Po­trze­buje ja­kiejś od­miany, prze­pro­wadzka świet­nie by jej zro­biła. Co się zaś ty­czy Car­losa, to mogę ci po­wie­dzieć jedno: je­ste­śmy bar­dzo wdzięczni i jemu, i chi­rur­gowi, który prze­pro­wa­dził ope­ra­cję, dok­to­rowi Trul­le­nqu­emu. Mer­ce­des od razu po za­biegu za­po­mniała, że kie­dy­kol­wiek cier­piała na nie­droż­ność je­lit. Przez ostat­nie pół roku wciąż wy­ciąga mnie na ko­la­cje do re­stau­ra­cji - do­dał Igna­cio ze śmie­chem.

- Otwie­raj już te drzwi, za­łożę się, że Mari Sa­les dep­cze mi po pię­tach. - Vio­leta ner­wowo ro­zej­rzała się do­okoła. - Poza tym nia­nia So­fíi może z nią sie­dzieć tylko do wpół do dzie­wią­tej. Ech, po­śpiesz się, bo idzie ta na­dęta Cin­tia z mę­żem kre­ty­nem, nie mam naj­mniej­szej ochoty cze­kać z nimi na windę. - Obej­rzała się dys­kret­nie i nie­mal krzyk­nęła: - O nie, ma­sa­kra! Na pa­sach już czeka ta "ide­alna ro­dzinka". Szyb­ciej, otwie­raj w końcu te drzwi, bo bę­dziemy mu­sieli słu­chać ich glę­dze­nia.

- O ile nie będą nic ode mnie chcieli, to niech so­bie ga­dają. A to­bie co się stało, że je­steś dziś bar­dziej nie­to­wa­rzy­ska niż zwy­kle? - za­cie­ka­wił się Igna­cio, na­resz­cie prze­krę­cił klucz i pchnął cięż­kie drew­niane wrota.

Vio­leta kil­koma su­sami do­pa­dła windy i za­częła go­rącz­kowo na­ci­skać gu­zik.

- Bo ja też mam pa­ra­noję. Ta wa­riatka Mari Sa­les nie daje mi spo­koju, cią­gle mi się wy­daje, że ją wi­dzę. Mam oczy do­okoła głowy, bez prze­rwy się roz­glą­dam, czy za mną nie łazi. Nie mam ochoty na nią wpaść ani zno­sić peł­nych wyż­szo­ści spoj­rzeń Cin­tii i opo­wie­ści o wspa­nia­łym ży­ciu So­nii! - Urwała, ale po chwili do­dała po­nuro: - A tym bar­dziej opo­wia­dać o tym, jak u mnie jest chu­jowo.

- Aku­rat to, że była te­ściowa cię prze­śla­duje, nie jest pa­ra­noją, tylko rze­czy­wi­sto­ścią. - Le­karz ści­snął jej de­li­kat­nie ra­mię, a ona oparła głowę o szybkę w drzwiach windy i przy­gry­zła wargę. - Mam dla cie­bie radę. Cho­ciaż bę­dzie mi bar­dzo przy­kro, uwa­żam, że też po­win­naś po­my­śleć o wy­pro­wadzce. Ży­cie tu­taj musi być dla cie­bie kosz­ma­rem.

- A swoją drogą, od kiedy mamy tu ja­kieś miesz­ka­nie na sprze­daż? - spy­tała na­gle Vio­leta, bo przy­po­mniała jej się roz­mowa z Aną Gal­lego.

- Wy­gląda na to, że od dziś.

Dok­tor Vázquez od­ru­chowo po­dra­pał się po bro­dzie i po­my­ślał, że gdyby mógł, sam też wziąłby nogi za pas. Mari Sa­les Mar­tínez była kom­plet­nie nie­obli­czalna. Do ob­ra­nego celu dą­żyła z de­ter­mi­na­cją, choćby po tru­pach. Po­sta­no­wił jed­nak za­cho­wać tę myśl dla sie­bie.

Vio­leta wes­tchnęła ciężko i ski­nęła mu głową na po­że­gna­nie. Wy­sia­dła na trze­cim pię­trze, Igna­cio po­je­chał na czwarte.

Walencja, 1 listopada 2018

Rozdział 1

Feralny poranek

Cin­tia Bo­nillo uchy­liła po­wieki i jesz­cze w pół­śnie pa­trzyła, jak mi­gają dwie czer­wone kropki od­dzie­la­jące go­dziny od mi­nut na bu­dziku przy łóżku. Było wpół do siód­mej rano, za wcze­śnie, żeby wstać. Czuła jed­nak dziwny lęk, zże­rał ją od środka, choć nie po­tra­fiła usta­lić jego źró­dła; wie­działa za to na pewno, że nie zdoła już za­snąć. Być może jej nie­po­kój miał ja­kiś zwią­zek z roz­mową, którą po­przed­niego wie­czoru prze­pro­wa­dziła ze swoim mę­żem. En­ri­que źle przy­jął wia­do­mość, że chce się z nim roz­wieść, chyba zresztą za szybko po­ru­szyła ten te­mat.

Z jed­nej strony roz­sta­nie mo­gło jej do­brze zro­bić, wresz­cie po­zby­łaby się tego pa­so­żyta, ale z dru­giej znów zo­sta­łaby sama. Nie uśmie­chała jej się wi­zja sa­mot­no­ści to­wa­rzy­skiej - bo sa­mot­ność jako taką od­czu­wała już od dnia ślubu.

Wie­działa, jak to jest, bo już raz się roz­wio­dła, cho­ciaż wtedy sy­tu­acja wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej. Za pierw­szym ra­zem wnio­sła o roz­wód tylko po to, żeby ubiec męża, który w ogóle nie zwra­cał na nią uwagi; w głębi du­szy wie­działa też, że ni­gdy nie zdoła go so­bie pod­po­rząd­ko­wać. To jego ob­wi­niała o to, że szu­kała szczę­ścia w ra­mio­nach in­nych męż­czyzn, aby po­czuć, że ktoś jej po­żąda; cho­ciaż nie­złom­nie się wy­pie­rała, ja­koby w roz­pa­dzie mał­żeń­stwa ja­ki­kol­wiek udział miał ktoś z ze­wnątrz, to de­cy­zję pod­jęła do­piero wtedy, gdy po­znała - jak wów­czas są­dziła - mi­łość swo­jego ży­cia. Wielka mi­łość oka­zała się ułudą, ale czuła się już tak roz­go­ry­czona ko­lej­nymi za­wo­dami, że gdy tylko zo­stała sama, chwy­ciła się En­ri­qu­ego jak to­nący brzy­twy, nie za­sta­na­wia­jąc się nad kon­se­kwen­cjami tego kroku.

W chwili ślubu za­warli nie­pi­saną umowę: on bę­dzie za­cho­wy­wał się jak ide­alny mąż i oj­czym, ona zaś weź­mie na swoje barki utrzy­ma­nie ro­dziny. Dla za­cho­wa­nia po­zo­rów Cin­tia zno­siła tę sy­tu­ację z god­no­ścią, wy­po­wia­dała się o mał­żonku wy­łącz­nie w su­per­la­ty­wach, z dumą i po­dzi­wem, ale rze­czy­wi­stość ma­lo­wała się zu­peł­nie ina­czej. Choć En­ri­que bez­błęd­nie od­gry­wał swoją rolę, czuła do niego na­ra­sta­jącą z każ­dym dniem po­gardę. A co­dzienne ży­cie z czło­wie­kiem, któ­rego nie ko­chała ani na­wet nie sza­no­wała, oka­zało się nie­zwy­kle trudne.

Coś jed­nak mó­wiło jej, że ko­lejny roz­wód by­naj­mniej nie jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Po­cho­dziła z nie­zwy­kle za­moż­nej i sław­nej ro­dziny, co da­wało jej po­czu­cie wyż­szo­ści, ale miało też złe strony: mu­siała uda­wać przed wszyst­kimi, że jej ży­cie to pa­smo nie­usta­ją­cych suk­ce­sów. A przy­naj­mniej są­dziła, że ma taki obo­wią­zek.

Ob­ró­ciła się na lewy bok i po­pa­trzyła na męża. Oto leży obok niej, ob­ró­cony ple­cami, w zu­peł­nym bez­ru­chu. Cin­tia za­mru­gała kilka razy, wy­cią­gnęła rękę i do­tknęła jego ra­mie­nia. Przez cienką tka­ninę pi­żamy wy­raź­nie po­czuła, że jego ciało jest zimne i sztywne. Usia­dła gwał­tow­nie i ob­ró­ciła męża na plecy. Unio­sła mu brodę i przy­glą­dała się w mil­cze­niu. Nie czuła po­trzeby, żeby się na niego rzu­cać, spraw­dzać tętno, od­dech, ja­kie­kol­wiek oznaki ży­cia. Wie­działa, że En­ri­que nie żyje.

Wstała z łóżka i po­de­szła do krze­sła, na któ­rym wi­siał jej je­dwabny szla­frok. Na­rzu­ciła go na sie­bie ze zdu­mie­wa­jącą obo­jęt­no­ścią i po­szła po­szu­kać pani Jo­sefy - ona bę­dzie wie­działa, jak na­leży po­stą­pić w ta­kiej sy­tu­acji.

Ana Gal­lego od chwili prze­bu­dze­nia czuła się nie­wy­raź­nie, za­równo fi­zycz­nie, jak i psy­chicz­nie. Po­winna od­wie­dzić ro­dzi­ców na cmen­ta­rzu, ale uznała, że le­piej prze­ło­żyć to na kiedy in­dziej - dzi­siaj będą tam tłumy, a w za­sa­dzie co za róż­nica, któ­rego dnia pój­dzie na groby.

Za­pra­gnęła swo­ich do­bro­czyn­nych ta­ble­tek, ale przy­po­mniała so­bie, że dok­tor Vázquez zmniej­szył jej dawkę. Było jesz­cze za wcze­śnie, żeby po nie się­gać, choć prze­cież nikt by się nie do­wie­dział, że wy­jęła opa­ko­wa­nie z ku­chen­nej szafki. Prze­my­ślała jed­nak sprawę i po­sta­no­wiła sko­rzy­stać z bar­dziej na­tu­ral­nych środ­ków: moc­nej kawy z mle­kiem i po­rząd­nego skręta na do­bry po­czą­tek dnia. Było jesz­cze wcze­śnie, Car­los spał. Bóg je­den wie, o któ­rej wró­cił do domu i o któ­rej wsta­nie, może i o dru­giej.

Twier­dził, że miał dy­żur, ale Ana uznała to za ko­lejne z jego licz­nych kłamstw. Pew­nie po­szedł z wi­zytą do są­siadki z trze­ciego po pra­wej, cho­ciaż na tym eta­pie po­czy­na­nia męża nie­zbyt ją już ob­cho­dziły. Myśl o roz­wo­dzie co­raz gło­śniej od­zy­wała się w jej zmal­tre­to­wa­nym mó­zgu. Bra­ko­wało jej tylko im­pulsu i cał­ko­wi­tej pew­no­ści, którą już, już miała osią­gnąć i którą pod­sy­cał w niej psy­chia­tra Igna­cio Vázquez. Je­śli Car­lo­sowi za­le­żało na jej pie­nią­dzach, to nie zdo­bę­dzie ich na­wet po jej tru­pie, wy­star­cza­jąco się przez niego wy­cier­piała przez te wszyst­kie lata. Ana zda­wała so­bie sprawę ze sła­bo­ści wła­snego cha­rak­teru i licz­nych na­ło­gów, ale da­leko jej prze­cież było do sza­leń­stwa.

Zda­wało jej się, że z klatki scho­do­wej do­bie­gają ja­kieś głosy, i po chwili miała już pew­ność, sły­szała je co­raz wy­raź­niej. Parę razy za­cią­gnęła się mocno skrę­tem, a kiedy dym do­tarł do płuc, zga­siła nie­do­pa­łek na alu­mi­nio­wej tacce, słu­żą­cej jej za za­im­pro­wi­zo­waną po­piel­niczkę - mąż ka­te­go­rycz­nie za­bro­nił jej pa­lić w domu, a gdyby ją na tym przy­ła­pał, to chy­baby ją za­mor­do­wał - i wy­rzu­ciła ją do śmieci, ukry­wa­jąc pod skór­kami po­ma­rań­czy. Zo­sta­wiła okno w kuchni otwarte i po­śpiesz­nie ru­szyła do drzwi wej­ścio­wych. Od­sło­niła wi­zjer, przy­ci­snęła oko do otworu i oparła się mocno rę­kami, jakby miało to po­sze­rzyć jej pole wi­dze­nia.

Na po­de­ście dru­giego pię­tra kłę­bił się tłu­mek. Dwóch po­li­cjan­tów roz­po­znała po mun­du­rach, po­zo­stałe dwie osoby były jej cał­ko­wi­cie obce, ale cała czwórka pod­trzy­my­wała zroz­pa­czoną Cin­tię, która sła­niała się w błę­kit­nej sa­ty­no­wej ko­szuli noc­nej i szla­froku do kom­pletu. Przez znie­kształ­ca­jące ob­razy małe okrą­głe szkiełko Ana wy­raź­nie do­strze­gła brzy­dotę są­siadki: brak ma­ki­jażu od­sło­nił ogromne wory pod oczami, które przy­po­mi­nały te­raz ko­mary o obrzmia­łych brzu­chach. Cin­tia miała przy­naj­mniej szczę­ście za­cho­wać piękną fi­gurę, mimo uro­dze­nia trójki dzieci. Cho­ciaż kiedy Ana przyj­rzała się bli­żej, wy­dało jej się, że są­siadka tro­chę przy­tyła.

Może i po­winna otwo­rzyć drzwi, żeby zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji... Wie­działa jed­nak, że za­du­fana w so­bie są­siadka żywi do niej awer­sję, a poza tym wła­śnie wy­pa­liła skręta, więc wo­lała nie ry­zy­ko­wać, że przed­sta­wi­ciele prawa za­da­dzą jej nie­wy­godne py­ta­nia. Za­miast tego po­bie­gła do sa­lonu i po­cią­gnęła haust dżinu pro­sto z bu­telki. Al­ko­hol na­tych­miast ukoił jej nerwy i do­dał ku­rażu. Wró­ciła pod drzwi, ale na klatce stała już tylko Cin­tia, tu­ląca czter­na­sto­let­nią córkę i dwóch młod­szych chłop­ców za­no­szą­cych się pła­czem.

Wy­piła jesz­cze je­den łyk, umyła zęby i wrzu­ciła do ust mię­tówkę. Po­tem za­ło­żyła na ra­miona kar­di­gan i kiedy upew­niła się, że na klatce ni­kogo już nie ma, wy­szła i we­zwała windę. Jo­sefa udzieli jej wszyst­kich nie­zbęd­nych in­for­ma­cji. Otwo­rzyła że­la­zną kratę, po­tem roz­su­nęła skrzy­dła drew­nia­nych drzwi. Windę od­re­stau­ro­wano z za­cho­wa­niem stu­let­niej kon­struk­cji, pra­wie nie było wi­dać szyb ota­cza­ją­cych ka­binę. Stary ma­hoń i po­zła­cany pa­nel z przy­ci­skami do­da­wały jej sta­ro­świec­kiego, im­pe­rial­nego cha­rak­teru, który ro­bił wiel­kie wra­że­nie na go­ściach.

Wy­pa­dła z windy i jed­nym su­sem prze­sko­czyła dwa dłu­gie schodki z bia­łego mar­muru, dzięki czemu na­brała wy­star­cza­ją­cego im­petu, żeby wy­lą­do­wać na środku ob­szer­nego holu. Nie mu­siała fa­ty­go­wać się do miesz­ka­nia do­zor­czyni, bo pani Jo­sefa czu­wała na po­ste­runku, wszech­obecna na­wet w dzień świą­teczny.

Pulchna ko­bieta miała na so­bie długą do ko­stek ró­żową fro­tową ko­szulę nocną, mocno już spraną. Prawą ręką pod­trzy­my­wała koń­cówki chu­sty, a lewą oparła na wy­pu­kło­ści brzu­cha. Na jej twa­rzy ma­lo­wało się wzbu­rze­nie, raz po raz wzdy­chała głę­boko, aż oku­lary w po­zła­ca­nej oprawce zsu­nęły jej się z pła­skiego nosa. Fry­zurę miała jed­nak nie­na­ganną - rudy ta­pir trzy­mał się ide­al­nie, dzięki gru­bej war­stwie la­kieru nie wy­sta­wał ani wło­sek. Ni­gdy nie za­po­mniała także o zło­tych pier­ścion­kach i bran­so­let­kach, a tak czę­sto no­siła cięż­kie kol­czyki, że jej już i tak wy­datne uszy jesz­cze się po­więk­szyły, dziurki w mał­żo­wi­nach zaś roz­cią­gnęły w dłu­gie ciemne szcze­liny. Ana na­gle uświa­do­miła so­bie, że Jo­sefa pew­nie na­wet na noc nie zdej­muje ro­do­wego złota.

- Ach, pani Ano, co za nie­szczę­ście! - wy­krzyk­nęła na jej wi­dok do­zor­czyni, krzy­wiąc twarz w gry­ma­sie roz­pa­czy.

- Co się stało, Jo­sefo? - za­py­tała nie­cier­pli­wie. - Zda­wało mi się, że sły­sza­łam ja­kieś za­mie­sza­nie na moim pię­trze.

Jo­sefa po­czuła woń dżinu i za­ci­snęła mocno wargi, krę­cąc głową z dez­apro­batą. Zmie­rzyła wzro­kiem ko­bietę o śnia­dej kar­na­cji i ciem­nych oczach, nie­brzydką, ale jak na jej gust zbyt szczu­płą, nie ro­biły też na niej wra­że­nia słabe, krót­kie włosy Any. Jedna mię­tówka to za mało, żeby za­ma­sko­wać za­pach al­ko­holu. Ana ob­lała się ru­mień­cem.

- Zna­leźli mar­twego pana En­ri­qu­ego, pani są­siada. - Do­zor­czyni zła­pała ją za ra­mię i wy­szep­tała jej kon­fi­den­cjo­nal­nie do ucha: - Cie­kawe, co tam się za­działo... - Ob­rzu­ciła Anę po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem.

- Mój są­siad nie żyje? En­ri­que Gi­ner? - Po­czuła drże­nie nóg i po­my­ślała, że przy­da­łaby jej się jesz­cze jedna ko­lejka.

- Tak. - Jo­sefa znowu na­chy­liła się jej do ucha. - Mu­szą go za­brać na se­lek­cję. - By­strymi oczami nie­ustan­nie śle­dziła re­ak­cję są­siadki.

- Sek­cję zwłok? Dla­czego? Ktoś go za­mor­do­wał? - do­py­ty­wała Ana, sta­ra­jąc się za­cho­wać przy­naj­mniej po­zory spo­koju.

- Hola, pani Ano, nikt tu nic nie mó­wił o mor­do­wa­niu. - Jo­sefa znów zła­pała ją za ra­mię. - Po­li­cjanci mó­wią, że za­wsze się tak robi, jak zdrowy czło­wiek umiera na­gle w domu. Pani Ja­cinta to musi być ze­szo­ko­wana! Sama zo­stała z trójką dzie­cia­ków. Star­sza już so­bie sama ra­dzi, zresztą i tak jest z in­nego ojca... Ale te dwa ma­lu­chy trzeba jesz­cze wy­cho­wać! Tra­ge­dyja!

- Ja­cinta? Chyba cho­dzi pani o Cin­tię - po­pra­wiła ją nie­pew­nie Ana.

- Pani po­słu­cha... - od­parła Jo­sefa, za­dzie­ra­jąc wy­soko brodę. - Ja tu już swoje lata pra­cuję i wiem, że jak jej matka cze­goś po­trze­bo­wała z miesz­ka­nia, a córki nie było, to pro­siła o klu­cze swoją Ja­cintę. Jak te­raz woli, żeby na nią mó­wić Cyn­tia czy jesz­cze ina­czej, to jej wola. Ale dla mnie to jest Ja­cinta - oznaj­miła i cmok­nęła z nie­za­do­wo­le­niem. - W każ­dym ra­zie jej matka już dawno tu nie była, pani to nie wie, bo nie­dawno się wpro­wa­dziła. Ale daw­nom jej nie wi­działa... - Jo­sef zmarsz­czyła nos, bo wcze­śniej nie zwró­ciła na ten fakt uwagi, a te­raz wy­dało jej się to bar­dzo dziwne.

- Nie­ważne. Tak czy ina­czej, to wielka tra­ge­dia - stwier­dziła Ana, co­raz bar­dziej nie­spo­kojna. - Bie­da­czek pew­nie do­stał za­wału. - I czknęła.

- Jak pani my­śli, może pój­dziemy na górę, żeby wdowa nie sie­działa sama? - za­pro­po­no­wała Jo­sefa, ale po­tem się za­sta­no­wiła i zmie­niła zda­nie: - Cho­ciaż nie, ja mu­szę tu po­cze­kać na tych od se­lek­cji.

- W ta­kim ra­zie pój­dziemy do niej póź­niej. - Ana trzę­sła się jak ga­la­reta; ostat­nią rze­czą, na którą miała ochotę, było sie­dze­nie z tru­pem. - Te­raz mu­szę wje­chać na czwarte pię­tro i zaj­rzeć do dok­tora Va­zqu­eza.

Za­wró­ciła w stronę windy, mi­ja­jąc znaj­du­jące się po pra­wej stro­nie im­po­nu­jące schody o ba­lu­stra­dach za­koń­czo­nych wiel­kimi po­zła­ca­nymi ku­lami, na­ci­snęła gu­zik i po­je­chała na dru­gie pię­tro. We­szła do swo­jego miesz­ka­nia, chwy­ciła bu­telkę dżinu i na­piła się szybko. Już spo­koj­niej­sza, wró­ciła do windy i tym ra­zem wy­brała przy­cisk z czwórką. Mimo po­de­ner­wo­wa­nia do­pil­no­wała, żeby po­rząd­nie do­mknąć drzwi, po czym za­dzwo­niła do miesz­ka­nia Igna­cia. Nic. Wzięła głę­boki wdech i jesz­cze raz wci­snęła dzwo­nek. Brak od­po­wie­dzi. Za­częła więc dzwo­nić bar­dziej na­tar­czy­wie, nie od­ry­wa­jąc palca od przy­ci­sku. Jako że na­dal nikt nie otwie­rał, za­częła ło­mo­tać pię­ściami w drzwi i wy­krzy­ki­wać jego imię, jakby opę­tał ją de­mon. Nie od­po­wie­dział jej ża­den dźwięk, wpa­dła więc w cał­ko­witą de­spe­ra­cję - wy­buch­nęła pła­czem, a jed­no­cze­śnie, opie­ra­jąc głowę o drzwi, na­dal wa­liła w drewno, cho­ciaż z chwili na chwilę co­raz sła­biej, aż w końcu osu­nęła się na zie­mię i za­le­gła na progu w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Po­my­ślała, że w tej chwili już chyba wszy­scy miesz­kańcy - z wy­jąt­kiem jej męża - zo­rien­to­wali się, że pró­buje do­stać się do miesz­ka­nia psy­chia­try. Przez mgłę za­snu­wa­jącą jej umysł prze­biła się trzeźwa re­flek­sja, że gdyby ją tu te­raz zo­ba­czyli - w mę­skiej pi­ża­mie w szare pa­ski i wor­ko­wa­tym swe­trze, cuch­nącą ma­ri­hu­aną i al­ko­ho­lem - to utwier­dzi­liby się w prze­ko­na­niu, że jest nie­zrów­no­wa­żona.

Je­dyną po­cie­chę czer­pała z faktu, że na ostat­nim pię­trze znaj­do­wał się ta­ras, więc zmie­ściło się tam tylko jedno miesz­ka­nie, zaj­mo­wane przez Igna­cia Va­zqu­eza. Gdyby miał się tu zja­wić ktoś inny - cho­ciaż i tak szcze­gól­nie się tym nie przej­mo­wała - usły­sza­łaby wcze­śniej kroki na scho­dach, winda bo­wiem wciąż znaj­do­wała się w tym sa­mym miej­scu. Oparła ręce na zim­nym mar­mu­rze i wstała, nie bez pew­nego trudu. Stwier­dziła, że po­winna jesz­cze po­roz­ma­wiać z do­zor­czy­nią.

Jo­sefa wciąż była na po­ste­runku, tyle że te­raz jedną ręką ści­skała me­da­lik Matki Bo­żej Opusz­czo­nych. Na jej twa­rzy ma­lo­wała się mie­szanka nie­po­koju i wład­czo­ści. Tak wy­gląda ktoś, kto mimo trud­nych oko­licz­no­ści zdaje so­bie sprawę, że jest je­dyną osobą, która może opa­no­wać sy­tu­ację, i czer­pie z tego sa­tys­fak­cję.

- Jo­sefo, dok­tor Vázquez nie otwiera! Może przy­tra­fiło mu się coś złego!? - za­wo­łała Ana z czer­woną, za­puch­niętą od pła­czu twa­rzą.

- Za­raz tam przy­tra­fiło. Pan dok­tór pew­nie po pro­stu śpi jak nor­malny czło­wiek w dzień wolny od pracy - od­parła zre­zy­gno­wana do­zor­czyni. - Pani też po­winna iść spać, to może tro­chę pani... ochło­nie. - Jo­sefa ugry­zła się w ję­zyk, żeby nie po­wie­dzieć "wy­trzeź­wieje".

- Nie, nie! Nie­moż­liwe, żeby spał. Nie ma pani po­ję­cia, ile razy dzwo­ni­łam, pu­ka­łam, a on nie otwiera! Bar­dzo się mar­twię! - Znowu pra­wie się po­pła­kała; czuła, że al­ko­hol krąży jej w ży­łach, a mimo to za­uwa­żyła trzy wło­ski lśniące na bro­dzie Jo­sefy. Na­gle z ca­łych sił za­pra­gnęła chwy­cić pę­setę i bez­ce­re­mo­nial­nie je wy­rwać.

- A bo pani to wie, o czym ja mam po­ję­cie, a o czym nie. - W gło­sie do­zor­czyni po­brzmie­wała nutka sar­ka­zmu. - Cały czas tu stoję, a stąd wszystko świet­nie sły­chać.

Winda za­skrzy­piała i ru­szyła w górę, ale nie zwró­ciły na to uwagi, bo w tej sa­mej chwili na scho­dach, nie wie­dzieć skąd, po­ja­wiła się są­siadka z pierw­szego pię­tra po pra­wej: Mari Sa­les Mar­tínez, sie­dem­dzie­się­cio­let­nia wdowa po panu Gar­ri­dzie. Na no­sie miała ogromne oku­lary prze­ciw­sło­neczne, a ubrana była w fu­tro z no­rek, zu­peł­nie nie­od­po­wied­nie do ład­nej tego dnia po­gody. To­wa­rzy­szyły jej dwa nie­od­łączne jam­niki. Po­de­szła do nich na no­gach wy­pro­sto­wa­nych jak szczu­dła, prak­tycz­nie nie zgi­na­jąc ko­lan, z tu­ło­wiem na­chy­lo­nym do przodu i włą­czyła się do roz­mowy.

- Co tu się dziś wy­pra­wia? Co to za awan­tury? Od sa­mego rana ja­kieś krzyki i ha­łasy - po­skar­żyła się, żywo ge­sty­ku­lu­jąc. - Całe szczę­ście, że mój Ju­anjo za­wsze śpi jak za­bity, a Pixy i Dixy na­wet nie pi­snęli. Ta­kie z nich do­bre pie­ski!

- Ech, pro­szę pani! - za­wo­łała Jo­sefa. - Pani mówi o za­bi­tych, a nam się tu pan En­ri­que za­wi­nął, pani są­siad z góry. Co to bę­dzie!

- Nie ro­zu­miem, o co to całe za­mie­sza­nie. Wy­pro­wa­dził się, to się wy­pro­wa­dził, zda­rza się - stwier­dziła ko­bieta, sze­roko otwie­ra­jąc na­pom­po­wane si­li­ko­nem usta, co do któ­rych za­wsze się za­rze­kała, że są na­tu­ralne. - Trzeba tak ha­ła­so­wać przy wy­pro­wadzce? I to w święto?

- Nie, nie - wtrą­ciła Ana chra­pli­wym gło­sem. Mari Sa­les ob­rzu­ciła ją spoj­rze­niem peł­nym obrzy­dze­nia, bo tak zio­nęło od niej al­ko­ho­lem, że aż mu­siała cof­nąć się o krok. - Pani Jo­sefa chciała po­wie­dzieć, że pan Gi­ner wy­niósł się z tego świata. - Są­siadka z pierw­szego roz­dzia­wiła usta. - W sen­sie, że umarł. Te­raz cze­kamy, aż służby za­biorą zwłoki na sek­cję.

- Co za po­twor­ność! Pan za­wsze za­biera tych, któ­rzy naj­mniej so­bie na to za­słu­żyli. A do tej mo­jej bez­czel­nej sy­no­wej ja­koś się mu nie kwapi! - Wolną ręką, w któ­rej nie trzy­mała smy­czy, wy­gła­dziła się­ga­jące ra­mion blond włosy, jak zwy­kle nie­na­gan­nie ucze­sane. - No nic, ja w ta­kim ra­zie idę na spa­cer, nie mam ochoty spo­tkać nie­bosz­czyka, już z tym moim mia­łam za dużo do czy­nie­nia.

Winda zbli­żała się do par­teru, więc Mari Sa­les czym prę­dzej się od­da­liła, na wy­pa­dek gdyby to nie­bosz­czyk zjeż­dżał z góry. "Ję­dza" - rzu­ciła Jo­sefa przez za­ci­śnięte zęby.

Serce Any za­częło wa­lić jak osza­lałe i mu­siała skrzy­żo­wać ręce na piersi, żeby nie było wi­dać, jak bar­dzo trzęsą się jej dło­nie. Po­czuła wzbie­ra­jące mdło­ści. W końcu otwo­rzyły się drzwi windy.

- Igna­cio! - wy­krzyk­nęła z ulgą.

Chciała pod­biec do niego i rzu­cić mu się w ra­miona, ale nie zdo­łała. Wzrok za­szedł jej mgłą, zo­ba­czyła na­gle chmarę biało-czar­nych punk­tów i stra­ciła wła­dzę w no­gach. Jedna po­łowa jej mó­zgu sta­rała się z ca­łych sił za­cho­wać kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, ale druga była sil­niej­sza i Ana w końcu pod­dała się w walce z na­pię­ciem, którą to­czyła od chwili prze­bu­dze­nia. Stra­ciła przy­tom­ność i osu­nęła się wprost w ra­miona jak za­wsze czuj­nej Jo­sefy.

- Pro­szę mi po­móc, pani Jo­sefo, za­niosę ją do sie­bie - po­wie­dział le­karz.

- Tak, tak bę­dzie naj­le­piej. Tu­tej za­raz wszy­scy się zlecą, a jak ją zo­sta­wimy w domu z mę­żem, to jesz­cze jej się po­gor­szy. Tam­ten na pewno się nią nie zaj­mie.

- Niech pani weź­mie ją pod ra­mię, ja we­zmę pod dru­gie i ra­zem od­pro­wa­dzimy ją do windy.

- Spo­koj­nie, po­jadę z pa­nem i za­raz tu wrócę - za­ofia­ro­wała się do­zor­czyni. - Niby straszne z niej chu­chro, ale taki mar­twy cię­żar to za dużo dla jed­nej osoby. A pan też mi nie wy­gląda naj­le­piej, pa­nie dok­to­rze.

- Dzię­kuję, pani Jo­sefo.

Mari Sa­les szła przed sie­bie bez wy­raź­nego celu. Nikt na nią ni­g­dzie nie cze­kał, nie miała nic kon­kret­nego do za­ła­twie­nia. Wszyst­kie sklepy były za­mknięte z po­wodu święta, na­wet El Corte In­glés i Con­sum. Nie wie­działa też, co pla­nuje na dziś Vio­leta, a skoro miała ze sobą psy, po­sta­no­wiła skrę­cić z calle Co­nqu­ista­dor w Ci­rilo Amo­rós. Ru­szyła w stronę Mer­cado de Co­lón, zre­wi­ta­li­zo­wa­nego kilka lat temu bu­dynku z czer­wo­nej ce­gły ze zdo­bie­niami z wa­lenc­kiej ce­ra­miki. Na te­re­nie daw­nej hali tar­go­wej znaj­do­wało się obec­nie cen­trum han­dlowo-ga­stro­no­miczne, miej­sce spo­tkań śmie­tanki to­wa­rzy­skiej Wa­len­cji.

Nie da­wała jej spo­koju myśl, że jej ży­cie po­winno było po­to­czyć się ina­czej. Od chwili kiedy wy­szła z ko­ścioła pod rękę ze świeżo po­ślu­bio­nym mę­żem, przy­się­gła so­bie za­po­mnieć o wszyst­kich ma­rze­niach i od­dać mu się całą du­szą i cia­łem. Oka­zało się jed­nak, że w za­mian otrzy­mała wy­łącz­nie znie­wagi i roz­cza­ro­wa­nia, choć mu­siała przy­znać, że Juan José był nie­zwy­kle hojny, więc speł­niał wszyst­kie jej za­chcianki, byle tylko ją udo­bru­chać.

I tak Mari Sa­les przy­wy­kła do sza­sta­nia pie­niędzmi na prawo i lewo. Jej gar­de­roba pę­kała w szwach od ubrań naj­droż­szych ma­rek, szka­tułka na bi­żu­te­rię od sznu­rów pe­reł, a miesz­ka­nie od an­ty­ków. Do­bra ma­te­rialne za­peł­niały jej pustkę w du­szy, ła­tały dziury po­czy­nione przez lata nie­wier­no­ści i po­ni­ża­nia. Czuła się w obo­wiązku je za­sła­niać, bo tak po­stę­puje przy­zwo­ita żona, a także - choć jej mąż ni­gdy się o tym nie do­wie­dział, a ona na­wet na tor­tu­rach by się do tego nie przy­znała - po­nie­waż spra­wiła, że on także żył w wiel­kim kłam­stwie.

Sy­no­wie także jej nie wspie­rali. Star­szy Ju­anjo, w któ­rym po­kła­dała wiel­kie na­dzieje, oka­zał się po­zba­wio­nym am­bi­cji le­niem; odzie­dzi­czył po ciotce kiosk, ale za­glą­dał do niego tylko wtedy, gdy aku­rat nie miał nic lep­szego do ro­boty. Wy­cho­dził i wra­cał, kiedy mu się żyw­nie po­do­bało, za­da­wał się z ja­ki­miś nie­cie­ka­wymi ty­pami. Wielka szkoda, że nie przy­jaź­nił się już z dok­to­rem Car­lo­sem Go­me­zem, który bar­dzo przy­padł do gu­stu Mari Sa­les. Żeby Ju­anjo wresz­cie po­szedł na swoje albo się oże­nił - miał już czter­dzie­ści cztery lata, więc czas naj­wyż­szy! - to mia­łaby tro­chę spo­koju, ale nie za­no­siło się ani na jedno, ani na dru­gie. Poza tym, od­kąd cztery lata temu zmarł jej mąż, Ju­anjo jesz­cze moc­niej wzbra­niał się przed wy­pro­wadzką. Cóż, przy­naj­mniej nie­bosz­czyk nie mu­siał pa­trzeć, co ta szka­radna Vio­leta zro­biła z Emi­liem, ich dru­gim sy­nem, a co za tym idzie - z całą ro­dziną Gar­ri­dów. Po­my­śleć, że ko­chała Vio­letę jak wła­sną córkę. Ale jej do­nos wszystko znisz­czył i ta głu­pia Vio­leta bę­dzie mu­siała słono za to za­pła­cić. Cóż by jej szko­dziło sie­dzieć ci­cho, jak więk­szość ko­biet? Sy­nowa spę­dzała Mari Sa­les sen z po­wiek, stała się jej ob­se­sją. A je­śli zna­la­zła so­bie ko­goś in­nego? Mu­siała wie­dzieć, co Vio­leta robi w każ­dej chwili, chciała mieć pew­ność, że jej ży­cie za­mie­niło się w pie­kło, a je­śli nie, to już ona do­pil­nuje, żeby tak się stało.

Do­tarła już do hali tar­go­wej, ale zmie­niła zda­nie i za­wró­ciła tam, skąd przy­szła, cią­gnąc za smy­cze Pixy'ego i Dixy'ego. Mu­siała po­roz­ma­wiać z dok­to­rem Igna­ciem Va­zqu­ezem. Co prawda skie­ro­wał ją do ko­legi, ale ona go jesz­cze prze­kona, żeby zmie­nił zda­nie. Tak ła­two się jej nie po­zbę­dzie. Kiedy coś so­bie po­sta­na­wiała, nic nie mo­gło jej po­wstrzy­mać, do­póki nie osią­gnęła za­mie­rzo­nego celu.

Po­my­ślała o zmar­łym En­ri­quem Gi­ne­rze i po­wtó­rzyła w du­chu, że Bóg za­wsze za­biera tych, któ­rzy naj­mniej na to za­słu­gują. Vio­leta albo Igna­cio le­piej by się nadali.

We­szła do holu bu­dynku, w któ­rym miesz­kała, chwi­lowo pu­stego, ale już po se­kun­dzie po­ja­wiła się pani Jo­sefa, w bar­dzo od­po­wied­niej do sy­tu­acji czar­nej sukni.

- Już pani wró­ciła? - spy­tała do­zor­czyni i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, mó­wiła da­lej: - Już za­brali pana En­ri­qu­ego. Je­śli to był za­wał, to ju­tro się do­wiemy i bę­dziemy mo­gli ode­tchnąć.

- To świet­nie - od­parła Mari Sa­les z nie­sma­kiem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy. W rze­czy­wi­sto­ści wcale jej to nie ob­cho­dziło i nie miała ochoty na po­ga­duszki. Chciała jak naj­szyb­ciej zo­sta­wić psy w miesz­ka­niu i wje­chać na czwarte pię­tro, żeby po­roz­ma­wiać z le­ka­rzem. - Wi­działa pani może, czy nie wy­cho­dził dok­tor Vázquez? Albo moja sy­nowa? - za­py­tała jakby ni­gdy nic, po­pra­wia­jąc fry­zurę.

- Pan dok­tor jest u sie­bie, zaj­muje się pa­nią Aną, bo nam bi­dulka ze­mdlała - wy­ja­śniła do­zor­czyni. - Ja te­raz cze­kam na mo­jego Vi­cen­tego. Późno się zro­biło, więc naj­pierw pój­dziemy coś zjeść, a po­tem na cmen­tarz, od­wie­dzić mo­jego męża, świeć Pa­nie nad jego du­szą.

- W ta­kim ra­zie po po­wro­cie pro­szę umyć pod­łogę w holu, bo już czas naj­wyż­szy - orze­kła au­to­ry­ta­tyw­nie Mari Sa­les, nie zdej­mu­jąc z nosa oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, są­siadka z pierw­szego pię­tra ru­szyła do scho­dów, bo winda coś długo nie przy­jeż­dżała. Pani Jo­sefa za­ci­snęła wargi i świ­dro­wała ją złym spoj­rze­niem, do­póki łapki jam­ni­ków nie znik­nęły jej z pola wi­dze­nia. Nie po­wie­działa Mari Sa­les, że ja­kiś czas temu Vio­leta wy­szła z có­reczką ani że ona sama nie ma naj­mniej­szego za­miaru pra­co­wać w dzień świą­teczny. Poza tym zmy­wała po­sadzkę co­dzien­nie i ta lśniła czy­sto­ścią jak chrzciel­nica.

Drzwi windy się otwo­rzyły i wy­szli przez nie So­nia Do­mín­guez i Ale­jan­dro Lerma wraz z czwórką dzieci. Ide­alna ro­dzina jak z ob­razka. Mię­dzy wszyst­kimi dziećmi były do­kład­nie po dwa lata róż­nicy: dwóch chłop­ców, czter­na­ście i dwa­na­ście lat, obaj nie­na­gan­nie ubrani w nie­mal iden­tyczne ko­szule, róż­niące się wy­łącz­nie ko­lo­rem. Dziew­czynki, dzie­się­cio- i ośmio­latka, w jed­na­ko­wych luź­nych su­kien­kach przed ko­lano, sza­rych w be­żowe groszki. Do tego miały szare ba­letki i swe­terki w tym sa­mym ko­lo­rze.

Pro­ste brą­zowe włosy So­nii opa­dały falą na koł­nierz kurtki z bu­tel­ko­wo­zie­lo­nego za­mszu, roz­pię­tej tak, że było wi­dać, że można no­sić ją na drugą stronę, z sza­rej skóry. Ko­bieta miała na no­gach szpilki, ale dżinsy czy­niły jej strój mniej for­mal­nym. Jak na gust Jo­sefy była za chuda i zbyt mocno opa­lona, ale So­nia uwiel­biała przy każ­dej oka­zji opo­wia­dać, że aż do końca li­sto­pada w każdy week­end pły­wają swoim jach­tem. Co do szczu­płej syl­we­tki, to jej utrzy­ma­nie kosz­to­wało ją wiele wy­rze­czeń, ale przy­zna­wała to wy­łącz­nie przed naj­bliż­szymi przy­ja­ciół­kami.

Ale­jan­dro był wy­soki i wy­spor­to­wany, o ciem­nych wło­sach po­prze­ty­ka­nych nit­kami si­wi­zny. Na jego twa­rzy za­wsze ma­lo­wał się żar­to­bliwy uśmie­szek, ale trudno było stwier­dzić, czy świad­czy to o jego po­zy­tyw­nym uspo­so­bie­niu, czy o po­czu­ciu wyż­szo­ści wzglę­dem zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Z tego po­wodu nie­ła­two przy­cho­dziło mu za­skar­bić so­bie sym­pa­tię oto­cze­nia, choć bar­dzo się sta­rał być za­bawny i uprzejmy. Jego ko­men­ta­rze czę­sto były jed­nak nie na miej­scu, więc osią­gał re­zul­tat prze­ciwny do za­mie­rzo­nego. Ale w tej chwili za­cho­wy­wał się zu­peł­nie ina­czej - su­rowo ga­nił naj­młod­szą córkę: "Oli­vio, prze­stań się ba­wić tym gu­zi­kiem. Do­syć!", i po­py­chał ją, żeby szła szyb­ciej.

Gdy tylko zo­ba­czył Jo­sefę, na jego twa­rzy na­tych­miast za­go­ścił zwy­cza­jowy uśmiech. Oboje z So­nią od­po­wie­dzieli na po­wi­ta­nie do­zor­czyni i wy­ko­rzy­stali oka­zję, żeby do­wie­dzieć się, co też spo­wo­do­wało po­ranne ha­łasy. Jo­sefa od razu po­śpie­szyła z wy­ja­śnie­niami.

- Chce pani po­wie­dzieć, że En­ri­que nie żyje? - za­py­tała z nie­do­wie­rza­niem So­nia, ła­piąc męża za rękę. - Jest pani pewna? - Za­częła gę­sto mru­gać i zer­k­nęła ukrad­kiem na Ale­jan­dra.

Jo­sefa od­ru­chowo po­my­ślała, że je­śli ta ko­bieta jesz­cze schud­nie, to zmieni się w ży­wego ko­ścio­trupa.

- Też mi! Na wła­sne oczy wi­dzia­łam nie­bosz­czyka z sa­mego rana. A te­raz go zje­dzą ro­baki... Ta­kie miał spo­kojne ży­cie, a umarł tak młodo! Aż się nie chce wie­rzyć... Dziś se cho­dzisz po świe­cie, a ju­tro już cię nie ma.

Jo­sefa zła­pała mocno za me­da­lik, jed­no­cze­śnie ob­ser­wu­jąc ukrad­kowe spoj­rze­nia wy­mie­niane przez mał­żon­ków. Ale­jan­dro zwie­sił smutno głowę, ale Jo­sefa mo­głaby przy­siąc, że wi­działa na jego ustach zło­śliwy uśmie­szek. Cho­ciaż może to po pro­stu ten jego zwy­kły żar­to­bliwy wy­raz twa­rzy.

- Trzeba bę­dzie od­wie­dzić Cin­tię. Musi być kom­plet­nie za­ła­mana! Pew­nie jesz­cze to do niej do­tarło... - So­nia pu­ściła rękę męża i prze­cze­sała pal­cami włosy. - Ale mam dziś przed sobą bar­dzo trudny dzień, a na ju­tro umó­wi­łam się z Ibor­rami, że po­je­dziemy z pro­jek­tem na działkę przy Campo Oli­var... Matko, to wszystko bę­dzie na ostat­nią chwilę!

So­nia nie mo­gła prze­pu­ścić oka­zji, żeby przy­po­do­bać się są­siadce z wy­so­kiego rodu, a przy oka­zji tro­chę się do niej zbli­żyć. Od kiedy wy­szła za Ale­jan­dra, jej naj­więk­szą am­bi­cją było po­sze­rza­nie kręgu zna­jo­mych po­przez ob­ra­ca­nie się wśród lu­dzi, któ­rych uwa­żała za "elitę", a Cin­tia Bo­nillo oczy­wi­ście na­le­żała do tej grupy. En­ri­que był za­wsze bar­dziej to­wa­rzy­ski, to z nim czę­ściej mieli do czy­nie­nia, Cin­tia zaś za­dzie­rała nosa i trzy­mała się na dy­stans. Roz­my­ślała go­rącz­kowo, jak to wszystko po­ukła­dać, żeby upchnąć wi­zytę w har­mo­no­gra­mie. W naj­gor­szym ra­zie od­wie­dzi ją w so­botę. Za to na pewno nie od­pu­ści po­grzebu.

- Nie przej­muj się, ja z nimi po­jadę i wszystko opo­wiem, znam ten pro­jekt na pa­mięć - uspo­koił ją Ale­jan­dro. - Umó­wi­łem się z in­nym klien­tem, ale mogę to prze­ło­żyć.

- Zo­ba­czymy - od­parła So­nia, wy­raź­nie po­iry­to­wana. - Chodźmy już, je­ste­śmy spóź­nieni na obiad. Moi ro­dzice są bar­dzo punk­tu­alni.

Po­wstrzy­mała się od stwier­dze­nia, że szkoda ich cen­nego czasu na po­ga­wędki z do­zor­czy­nią.

Rozdział 2

Rozmowa z doktorem

Chwilę po ósmej wie­czo­rem Vio­leta na­ci­snęła dzwo­nek przy drzwiach je­dy­nego miesz­ka­nia na czwar­tym pię­trze. Od­czu­wała pa­lącą po­trzebę po­ga­da­nia chwilę z Igna­ciem, na­wet nie zaj­rzała do domu, żeby zdjąć szpilki. Wszy­scy jej krewni miesz­kali w Ma­dry­cie, więc z upły­wem lat za­częła trak­to­wać mał­żeń­stwo Va­zqu­ezów jak swo­ich przy­szy­wa­nych ro­dzi­ców.

Z po­czątku, za­raz po ślu­bie i prze­pro­wadzce do Wa­len­cji, łą­czyła ich z Igna­ciem i Mer­ce­des czy­sto są­siedzka re­la­cja. Po­tem jed­nak się oka­zało, że Igna­cio także pra­cuje w szpi­talu Casa de los De­sam­pa­ra­dos, więc za­częli ra­zem jeź­dzić do pracy, kiedy aku­rat mieli tę samą zmianę, a z cza­sem na­ro­dziła się mię­dzy nimi szczera przy­jaźń. Re­gu­lar­nie uma­wiali się na wspólne obiady i ko­la­cje, zwłasz­cza od czasu jej roz­wodu przed dwoma laty.

Ich więź stała się jesz­cze moc­niej­sza po śmierci Mer­ce­des w czerwcu. Dla Igna­cia był to wielki cios. Vio­leta sta­rała się jak naj­czę­ściej go od­wie­dzać, niby pod pre­tek­stem po­cie­sza­nia przy­ja­ciela, choć w rze­czy­wi­sto­ści ona także po­trze­bo­wała jego to­wa­rzy­stwa.

Mu­siała za­cze­kać parę mi­nut, aż w końcu przy­gnę­biony Igna­cio Vázquez do­czła­pał do drzwi i za­pro­sił ją na drinka na ta­ra­sie.

Ja­kiś czas temu za­mon­to­wał pod sto­li­kiem ogrze­wacz i po­sta­no­wił go włą­czyć, choć jak na tę późną porę tem­pe­ra­tura w Wa­len­cji była wy­jąt­kowo wy­soka. Vio­leta z en­tu­zja­zmem przy­jęła za­pro­sze­nie i po­pro­siła o dżin z to­ni­kiem. Cze­ka­jąc na go­spo­da­rza w ja­dalni, sty­lem bar­dzo zbli­żo­nej do an­giel­skich do­mów, w któ­rych zda­rzało jej się spę­dzać wa­ka­cje, za­częła z nu­dów przy­glą­dać się trzem ob­ra­zom mi­strza Pi­naza, opra­wio­nych w grube drew­niane ramy, które zo­stały po­kryte farbą w ko­lo­rze pa­ty­no­wa­nego złota; cho­ciaż wy­glą­dały tak staro, że pa­tyna mo­gła być au­ten­tyczna.

Igna­cio wy­szedł z kuchni z tacą, więc szybko po­szła od­su­nąć prze­szklone drzwi. Choć była tu nie­zli­czoną ilość razy, znów po­czuła za­chwyt na wi­dok ta­rasu, wy­piesz­czo­nego przez Igna­cia przy po­mocy ogrod­nika. Miej­sce to, z drew­nia­nymi bel­kami, so­czy­ście ko­lo­ro­wymi kwia­tami i pięk­nym wi­do­kiem, wy­glą­dało jak żyw­cem wy­jęte z ma­ga­zynu o wy­stroju wnętrz. Naj­traf­niej można je było opi­sać przy­miot­ni­kiem "spek­ta­ku­larne".

Vio­leta nie mo­gła się po­wstrzy­mać przed przy­gnę­bia­ją­cymi po­rów­na­niami z wła­snym miesz­ka­niem. Oczy­wi­ście na­wet nie ma­rzyła o ta­kim ta­ra­sie, wy­star­czy­łoby jej miej­sce, które mo­głaby na­zwać do­mem. Kiedy się po­bie­rali, Emi­lio obie­cał, że ze­drą wszystko do tyn­ków i zro­bią re­mont ge­ne­ralny, ale ten dzień ja­koś ni­gdy nie nad­szedł i miesz­ka­nie cią­gle wy­glą­dało tak samo. Po­nie­waż nie na­le­żało do niej, czuła, że ma zwią­zane ręce. Cho­ciaż po­ło­żyła na ścia­nach kilka warstw no­wej farby, nie wy­star­czyło to, żeby przy­kryć pa­skudny za­pach. Po­sta­no­wiła jed­nak nic nie mó­wić, żeby się nie po­wta­rzać, bo czę­sto tak ma­ru­dziła. Ogra­ni­czyła się do cięż­kiego wes­tchnię­cia.

W cza­sie gdy zaj­mo­wali miej­sca i na­le­wali drinki, Vio­leta opo­wie­działa o swoim ge­nial­nym pla­nie: wraz z mamą jed­nej z ko­le­ża­nek So­fíi, roz­wie­dzioną i w po­dob­nej sy­tu­acji ży­cio­wej, po­sta­no­wiły wy­mie­niać się dziew­czyn­kami w week­endy. Małe będą miały się z kim ba­wić, a matki tro­chę ode­tchną. Za­raz jed­nak zmie­nili te­mat.

- Przy­kro mi to mó­wić, Igna­cio, ale bar­dzo źle wy­glą­dasz. Do­brze się czu­jesz?

- Szcze­rze mó­wiąc, nie. To był ciężki dzień - od­parł Igna­cio, po­cią­gnąw­szy łyk ze szklanki. - Naj­pierw Ana spała tu pi­jana aż do obiadu, mu­sia­łem w końcu za­nieść ją do jej miesz­ka­nia i po­ło­żyć do łóżka. Po­tem ta okropna Mari Sa­les wy­dzwa­niała do mnie przez całe po­po­łu­dnie, a że nie od­bie­ra­łem, to za­częła do­bi­jać się do drzwi. Nie mia­łem chwili spo­koju. - Opadł ciężko na opar­cie krze­sła. - Aha, wpa­dła jesz­cze So­nia, pew­nie chciała się pod­li­zać. Bóg je­den wie, czego bę­dzie ode mnie chciała! A do tego wszyst­kiego ten biedny En­ri­que! Po­win­ni­śmy oboje się stąd wy­pro­wa­dzić, naj­le­piej do in­nej dziel­nicy.

- A te­raz ja ci za­wra­cam głowę i zaj­muję je­dyną chwilę na re­laks... Przy­kro mi - prze­pro­siła Vio­leta. - Bo w za­sa­dzie nie mam żad­nej kon­kret­nej sprawy, chcia­łam zo­ba­czyć, jak się mie­wasz, a przy oka­zji tro­chę od­re­ago­wać. - Ode­tchnęła głę­boko. - Co do wy­pro­wadzki, w pełni się z tobą zga­dzam, ale moja praw­niczka upiera się, że po­win­nam tu zo­stać, za­równo z przy­czyn eko­no­micz­nych, jak i praw­nych. Je­śli będą mnie chcieli eks­mi­to­wać, to pro­szę bar­dzo. Wiesz, że miesz­ka­nie jest za­pi­sane na moją byłą te­ściową, więc je­ste­śmy z So­fíą ska­zane na jej ła­skę. Ale jak nas wy­rzucą, to Emi­lio bę­dzie mu­siał za­pła­cić mi za­dość­uczy­nie­nie, a on nie chce mi dać ani centa. Dla­tego ta ję­dza mnie tak prze­śla­duje. Chce, że­by­śmy się wy­pro­wa­dziły z wła­snej woli, wtedy nie będą mu­sieli nic pła­cić. Cho­ciaż praw­do­po­dob­nie i tak dam jej wy­grać, bo dłu­żej chyba nie wy­trzy­mam. Gdy­bym miała wię­cej pie­nię­dzy, już dawno bym so­bie dała spo­kój z tą ad­wo­katką i zna­la­zła inne lo­kum. Do­brze wiesz, jak ta baba mnie drę­czy, zresztą sam fakt, że mu­szę ją co­dzien­nie oglą­dać, to dla mnie kosz­mar. Wy­daje mi się, że na­słała na mnie de­tek­tywa. Od czasu do czasu spo­ty­kam się z ja­kimś zna­jo­mym, więc Mari Sa­les ubz­du­rała so­bie, że mam chło­paka. Te­raz przy każ­dym spo­tka­niu wy­zywa mnie od szmat. - Wy­cią­gnęła przed sie­bie nogi i zsu­nęła się na krze­śle. - Dla­czego wy­je­cha­łam z Ma­drytu, żeby wyjść za ta­kiego su­kin­syna? Boże, dla­czego?! - krzyk­nęła, pa­trząc w niebo. Po chwili wy­buch­nęła jed­nak roz­pacz­li­wym śmie­chem. - Miesz­kam w domu jak z hor­roru! Ma­rzę o tym, żeby mnie eks­mi­to­wali!

- Tak, do­sko­nale cię ro­zu­miem, do­brze wiem, co prze­ży­wasz. Ja też mu­szę się mę­czyć z tą ko­bietą. - Igna­cio mó­wił wol­niej i bar­dziej chra­pli­wie niż zwy­kle. - Ale rób tak, jak ci mówi praw­niczka, sama wiesz, że moim zda­niem za­wsze po­winno się słu­chać pro­fe­sjo­na­li­stów. Nie za­po­mi­naj też, że za­wsze je­steś tu­taj mile wi­dziana. - Na­chy­lił się i ujął ją za rękę. - Te twoje piękne zie­lone oczy wno­szą w moje ży­cie pro­myk świa­tła. Nie martw się, prę­dzej czy póź­niej bę­dziesz mo­gła się stąd wy­nieść, zbu­du­jesz so­bie nowe ży­cie i zła­piesz się na tym, że co­raz czę­ściej za­po­mi­nasz o tym, co cię spo­tkało. - Usiadł pro­sto i po­tarł się po bro­dzie. - Nie daje mi spo­koju myśl, jak nie­spra­wie­dliwe bywa ży­cie. Ty i twoja córka je­ste­ście pod cią­głym ostrza­łem, bo ten kre­tyn nie chce za­pła­cić tro­chę wyż­szych ali­men­tów, a En­ri­que Gi­ner, niech mu zie­mia lekką bę­dzie, żył na koszt in­nego fa­ceta. Po­pie­przone to wszystko!

Uwaga Igna­cia zdzi­wiła Vio­letę.

- Jak to? My­śla­łam, że to miesz­ka­nie Cin­tii. Za­wsze mówi o nim z taką dumą. - Zro­biło jej się cie­pło, więc zrzu­ciła pon­czo.

- Tylko po­łowa, druga na­leży do jej by­łego męża. To bar­dzo przy­stojny męż­czy­zna, chyba się z nim mi­nę­łaś, bo roz­wie­dli się, kiedy ona za­du­rzyła się w tym twoim ku­zy­nie. Wpa­dłem na niego, kiedy przy­szedł po córkę, i po­wie­dział, że Cin­tia i En­ri­que są bez­czelni. To on musi pła­cić za wy­wóz śmieci, żeby nie na­ło­żyli na niego kary, poza tym oczy­wi­ście po­krywa część po­datku od nie­ru­cho­mo­ści i inne opłaty. Tym­cza­sem En­ri­que żył so­bie jak król i jesz­cze umarł w jego miesz­ka­niu. - Igna­cio wzru­szył ra­mio­nami. - Tak to już jest na tym świe­cie.

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że dla do­bra córki ten bie­dak mu­siał się go­dzić na to, żeby w jego domu miesz­kał inny męż­czy­zna i jesz­cze dwójka jego dzieci? - Vio­leta była w szoku. - Głu­pio mi to mó­wić, bo En­ri­que do­piero co umarł, ale czy on nie miał za grosz god­no­ści? Czy na tym świe­cie nie ma ani jed­nego po­rząd­nego męż­czy­zny? - Za­my­śliła się na chwilę. - No a Cin­tia? Jak mo­gła wy­trzy­mać z ta­kim ty­pem? Nie so­bie wy­obra­żam żyć z fa­ce­tem, który wie, że po­łowa miesz­ka­nia na­leży do mo­jego by­łego, i jak gdyby ni­gdy nic mieszka tam so­bie na krzywy ryj. Zero mę­sko­ści! - Vio­leta wstała, żeby do­rzu­cić so­bie lodu i uzu­peł­nić drinka. Igna­cio po­dał jej też swoją szklankę. Czuła się tu jak u sie­bie. - Przy­pusz­czam, że sąd mu­siał się na coś ta­kiego zgo­dzić, ale w nie­któ­rych sy­tu­acjach to, że coś jest le­galne, nie ozna­cza jesz­cze, że jest także mo­ralne. Bez pro­blemu mo­gliby prze­cież spła­cić by­łego męża albo jesz­cze le­piej, sprze­dać miesz­ka­nie i za­cząć nowe ży­cie. Cin­tii na to nie stać?

Vio­leta znik­nęła w środku i po chwili wró­ciła z dwoma dżi­nami z to­ni­kiem - nie­zbyt moc­nymi, tak jak oboje lu­bili.

- Gdy­by­śmy przy­wią­zy­wali wagę do mo­ral­no­ści, to więk­szość lu­dzi sie­dzia­łaby w wię­zie­niu - rzu­cił Igna­cio, się­ga­jąc po szklankę. - A na pewno więk­szość miesz­kań­ców tego bu­dynku. Jedna z tych osób w za­sa­dzie już po­winna sie­dzieć - do­dał ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem. - Do­brze tu wszyst­kich znam, nie­któ­rych może aż za do­brze.

- Skoro tyle wiesz, to co mo­żesz mi po­wie­dzieć o fa­ce­cie z pierw­szego pię­tra, z miesz­ka­nia po le­wej? - spy­tała Vio­leta z miną nie­wi­niątka. - Víc­tor, zdaje się?

- A, tu mnie masz, bo o nim aku­rat pra­wie nic nie wiem, poza tym, że jest in­for­ma­ty­kiem. No i że jest przy­stojny i wpadł ci w oko. Co bar­dzo mnie cie­szy, bo już naj­wyż­szy czas, że­byś od­zy­skała wiarę w ga­tu­nek ludzki. - Głę­boki głos Igna­cia brzmiał co­raz bar­dziej sen­nie. Był zmę­czony, ale jed­no­cze­śnie do­brze się czuł w to­wa­rzy­stwie są­siadki, nie po­skar­żył się więc, tylko mó­wił da­lej, już po­waż­niej­szym to­nem: - Ale je­śli chcesz się do­wie­dzieć wię­cej, to spy­taj Jo­sefę, ona na pewno coś wie! W ogóle gdy­byś po­trze­bo­wała ja­kichś in­for­ma­cji, to kie­ruj się do niej.

- Skoro nie mo­żesz mi nic o nim po­wie­dzieć, a o Cin­tii i En­ri­quem sporo już wiem, to zo­stają nam Ana i Car­los. Cho­ciaż prawdę mó­wiąc, o ich ży­ciu też wiem wię­cej, niż­bym chciała, a Ana pa­trzy na mnie tak za­bój­czym wzro­kiem, że mam jej już do­syć. No i twoja sio­strze­nica So­nia i Ale­jan­dro, ale żadne z ich mnie nie in­te­re­suje. A także Mari Sa­les z Ju­an­jem, z któ­rymi im mniej mam do czy­nie­nia, tym le­piej. Ale... - Vio­leta oparła ło­kieć na stole, pod­parła brodę ręką i wbiła spoj­rze­nie w Igna­cia. - Chcia­ła­bym, że­byś mi wy­tłu­ma­czył, dla­czego Mari Sa­les ma taką ob­se­sję na twoim punk­cie. Wiem, że to nie­zła wa­riatka, ale nie ro­zu­miem... Jest tobą za­in­te­re­so­wana jako ka­wa­le­rem czy ma ja­kiś pro­blem, z któ­rym tylko ty jako psy­chia­tra mo­żesz jej po­móc?

- Mu­szę ci coś wy­znać: je­stem wy­koń­czony i te­raz nie mogę ci od­po­wie­dzieć, bo mam inny pro­blem. Nie za­mie­rza­łem ci o nim opo­wia­dać, ale wła­śnie uzna­łem, że jed­nak to zro­bię. - Igna­cio zro­bił się na­gle wy­raź­nie spięty. - Ja­kie masz sto­sunki z Cin­tią?

- Z Cin­tią? To z nią masz pro­blem? - zdzi­wiła się Vio­leta. Le­karz nie od­po­wia­dał, cze­ka­jąc na jej od­po­wiedź. - Cóż, z po­czątku na­wet nie za­szczy­cała mnie spoj­rze­niem. Sam wiesz, że to idiotka, a do tego wiecz­nie skrzy­wiona, na­wet nie chce się jej po­wie­dzieć dzień do­bry. Ale kiedy się do­wie­działa, że je­stem pe­dia­trą, na­gle jej się od­mie­niło i za­częła się do mnie uśmie­chać. Gdy za­du­rzyła się w tym moim ku­zy­nie dziw­ka­rzu, bez prze­rwy do mnie wy­dzwa­niała, ale po­tem się uspo­ko­iła. W skró­cie: przy­pro­wa­dza do mnie dzieci, kiedy cho­rują, a w ra­mach re­wanżu raz na ja­kiś czas za­pra­sza mnie na kawę. A co?

- A bo zgi­nął mi blo­czek re­cept.

- I co? My­ślisz, że to ona ci go gwizd­nęła? - Vio­leta była za­in­try­go­wana. - Je­śli je­steś pewny, że na pewno gdzieś się nie za­wie­ru­szył, to mu­sisz to zgło­sić.

- Nie, to nie Cin­tia. Przy­pusz­czam, że ra­czej En­ri­que. - Vio­leta za­uwa­żyła, że czoło Igna­cia marsz­czy się z tro­ski. Opa­no­wała się i prze­jęła stery roz­mowy.

- Po­cze­kaj, wy­tłu­macz mi to po­rząd­nie. Dla­czego po­dej­rze­wasz En­ri­qu­ego? Był twoim pa­cjen­tem? Przyj­mo­wał ja­kieś leki?

- W za­sa­dzie nie był moim sta­łym pa­cjen­tem, wpa­dał raz na dwa-trzy mie­siące, żeby po­ga­dać. Nie prze­pi­sy­wa­łem mu le­ków, bo prawdę mó­wiąc, miał się le­piej niż ty czy ja. Ale lu­dzie, któ­rzy nic nie ro­bią, też mie­wają dołki. - Za­wie­sił głos i na­gle wy­dał się Vio­le­cie dużo star­szy. - Pro­blem w tym, że En­ri­que przy­szedł do mnie wczo­raj wie­czo­rem...

Psy­chia­tra za­my­ślił się na dłuż­szą chwilę, więc Vio­leta za­częła się de­ner­wo­wać.

- Boże, mów da­lej! Czego chciał?

- Był wy­stra­szony, bo Cin­tia za­żą­dała roz­wodu i nie wie­dział, co z nim da­lej bę­dzie. Usie­dli­śmy, po­roz­ma­wia­li­śmy z pięć mi­nut, w końcu za­pro­po­no­wa­łem mu drinka. Po­sze­dłem do kuchni po lód i wy­da­wało mi się, że sły­szę te­le­fon. Kiedy wró­ci­łem, już go nie było.

- I wtedy za­uwa­ży­łeś, że nie masz re­cept - stwier­dziła Vio­leta.

- Nie, dzie­sięć mi­nut po wyj­ściu En­ri­qu­ego przy­szedł Car­los i za­po­mnia­łem o ca­łej spra­wie. Zo­rien­to­wa­łem się do­piero dziś rano, tuż przed tym, jak się do­wie­dzia­łem, że En­ri­que nie żyje. Przy­po­mniało mi się, że cze­goś nie było na swoim miej­scu, wła­śnie re­cept.

Igna­cio wy­glą­dał jak uoso­bie­nie ża­łoby - wy­chu­dzony, z si­nymi pod­ków­kami i głę­bo­kimi zmarszcz­kami wo­kół oczu. Vio­leta wie­działa, że od śmierci Mer­ce­des schudł przy­naj­mniej dzie­sięć kilo. Naj­le­piej bę­dzie go uspo­koić, żeby mógł się po­ło­żyć i po­rząd­nie wy­spać.

- To świet­nie się składa! Je­śli bo­isz się, że En­ri­que na­ły­kał się ta­ble­tek ku­pio­nych na twoje re­cepty, to nie­moż­liwe. Mo­żesz prze­stać się przej­mo­wać - oznaj­miła trium­fal­nie. - Jo­sefa mó­wiła mi rano, że En­ri­que ni­g­dzie nie wy­cho­dził. Ale je­śli masz się dzięki temu po­czuć spo­koj­niej, to mogę po­pro­sić Cin­tię, żeby po­szu­kała tego cho­ler­nego bloczku.

- Nie, dzięki, Vio­leto, nie trzeba. Pew­nie masz ra­cję i tylko mi się zda­wało. Zda­rza mi się wi­dzieć gdzieś rze­czy, któ­rych wcale tam nie ma. Po­szu­kam po­rząd­nie, może po pro­stu po­ło­ży­łem re­cepty gdzie in­dziej.

- Za­raz, a czego chciał Car­los? Ten fa­cet jest jedną wielką nie­wia­domą. - Zie­lone oczy Vio­lety otwo­rzyły się nieco sze­rzej. - Czym w ogóle się te­raz zaj­muje? Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, ja­kie pa­skudne plotki o nim krążą.

- Przy­szedł, żeby znowu mi po­wie­dzieć, że z jego żoną jest bar­dzo źle i mu­simy coś zro­bić, żeby zna­la­zła się pod nad­zo­rem i nie zro­biła so­bie krzywdy. To eu­fe­mizm na za­mknię­cie w ja­kimś za­kła­dzie. - Przy­mknął oczy, po­cią­gnął łyk ze szklanki i z cięż­kim wes­tchnie­niem od­sta­wił ją na sto­lik. Wy­glą­dał, jakby opa­dły go resztki sił. - Po­zby­łem się go w pięć mi­nut.

Vio­leta chęt­nie by jesz­cze po­roz­ma­wiała, ale wi­dząc jego zmę­cze­nie, wstała i cmok­nęła go w po­li­czek.

- Idź już spać, przyjdę ju­tro spraw­dzić, czy czu­jesz się tro­chę le­piej.

- Jesz­cze jedno. - Za­trzy­mał ją. - I nie przyjmę od­mowy, żad­nych tam "Ależ nie, Igna­cio, nie mogę tego przy­jąć". Kiedy już wy­nie­siesz się do in­nego miesz­ka­nia i za­czniesz nowe ży­cie, po­da­ruję ci ob­raz Pi­naza, ten z dziećmi ba­wią­cymi się na plaży. Wiem, że to twój ulu­biony.

- Igna­cio! To nie­po­trzebne! - za­pro­te­sto­wała zdu­miona. - Bar­dzo mi się po­doba, ale...

- Żad­nych "ale"! - Jego głos brzmiał jesz­cze bar­dziej chra­pli­wie, jakby Igna­cio do­piero wy­bu­dził się z głę­bo­kiego snu. - Je­śli ma tra­fić do So­nii, to wolę, że­byś ty go miała.

Vio­leta za­sta­no­wiła się i na jej twa­rzy od­ma­lo­wało się zro­zu­mie­nie.

- Do­brze, zo­ba­czymy, jak już przyj­dzie co do czego. - Pu­ściła mu oko, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

Znowu się na­chy­liła i mocno go uści­skała. Nie dała się od­pro­wa­dzić do drzwi, zbie­gła po scho­dach do sie­bie. Na­wet nie włą­czała te­le­wi­zora, zja­dła szybką ko­la­cję i po­szła do łóżka. Nie mo­gła jed­nak za­snąć, bo wciąż nie da­wało jej spo­koju jedno py­ta­nie: po co En­ri­que Gi­ner miałby kraść re­cepty, skoro nie za­ży­wał żad­nych le­ków? Wresz­cie po­wieki za­częły jej cią­żyć. Do­brze jej ro­biło my­śle­nie o in­nych spra­wach, za­po­mi­nała wtedy o wła­snych pro­ble­mach. W ostat­nim prze­bły­sku świa­do­mo­ści po­my­ślała jesz­cze, że na­za­jutrz musi iść zło­żyć Cin­tii kon­do­len­cje.

Rozdział 3

Kondolencje dla wdowy

Po obie­dzie i pięt­na­sto­mi­nu­to­wej sje­ście Vio­leta po­sta­no­wiła zło­żyć wi­zytę są­siadce z dołu. Chciała od­wie­dzić ją wcze­śniej, ale nie dała rady - cały po­ra­nek spę­dziła w szpi­talu, przyj­mu­jąc nie­koń­czące się za­stępy prze­zię­bio­nych dzieci.

Uznała, że to przy­zwo­ita pora, więc ogar­nęła się tro­chę, wło­żyła buty na plat­for­mach i uchy­liła drzwi, żeby spraw­dzić, czy Mari Sa­les nie cza­tuje na nią na klatce. Droga wolna. Ze­szła pię­tro ni­żej i za­dzwo­niła do drzwi. Po­my­ślała, że wpad­nie na pięć, może dzie­sięć mi­nut i so­bie pój­dzie. Oprócz zło­że­nia kon­do­len­cji nie miała wdo­wie wiele do po­wie­dze­nia. Przy­pusz­czała zresztą, że Cin­tia ma pe­łen dom lu­dzi go­to­wych się nią opie­ko­wać, a nie były znowu tak bli­sko, żeby Vio­leta miała się wpra­szać na dłu­gie po­ga­wędki.

Drzwi otwo­rzyła słu­żąca. Vio­letę na­tych­miast ude­rzyła ci­sza wy­peł­nia­jąca to nie­ty­powe miesz­ka­nie. Pod­łoga i ściany lśniły taką bielą, że czuła się jak w ja­kimś fu­tu­ry­stycz­nym fil­mie. Ro­zej­rzała się wo­kół i pró­bo­wała nie dać po so­bie po­znać, ja­kie wra­że­nie zro­biło na niej po­łą­cze­nie tej za­ska­ku­ją­cej ci­szy z kon­tra­stem mię­dzy olśnie­wa­jącą bielą a czarno-zło­tymi ozdo­bami. Prze­szedł ją dreszcz. Nie spo­dzie­wała się oczy­wi­ście mu­zyki i tań­ców, ale przy­naj­mniej szmeru roz­mów pro­wa­dzo­nych ści­szo­nym gło­sem. Zro­zu­miała, że ni­kogo tu nie ma. Być może tylko wy­obra­ziła so­bie in­ten­sywne ży­cie to­wa­rzy­skie Cin­tii, która w rze­czy­wi­sto­ści była sa­motna jak Ro­bin­son Cru­soe, za­nim spo­tkał Pię­taszka.

Za­trzy­mała się na chwilę w przed­po­koju, z uwagą przy­glą­da­jąc się ogrom­nemu ciem­nemu kre­den­sowi, który zaj­mo­wał ho­no­rowe miej­sce. Stały na nim zdję­cia w ram­kach i krysz­ta­łowe kan­de­la­bry. Go­spo­sia obej­rzała się na nią zmie­szana - Vio­leta stała w miej­scu, za­miast za nią iść. Ock­nęła się, kiedy po­czuła na so­bie py­ta­jące spoj­rze­nie, i żeby co­kol­wiek po­wie­dzieć, skom­ple­men­to­wała fi­gurkę ty­grysa z brązu. Sama jed­nak była za­sko­czona, kiedy zdała so­bie sprawę, że pod­świa­do­mie wy­pa­truje bloczku z re­cep­tami. Idąc ko­ry­ta­rzem, nie mo­gła się po­wstrzy­mać przed zer­ka­niem na mi­jane po dro­dze me­ble. Ku­siło ją, żeby po­wy­su­wać szu­flady i prze­trzą­snąć ich za­war­tość, ale wy­biła so­bie z głowy ten ab­sur­dalny po­mysł. W końcu do­tarła do sa­lonu.

Cin­tia od­rzu­ciła fio­le­towy koc, pod któ­rym le­żała, i jak na sprę­ży­nie ze­rwała się z ka­napy, żeby się z nią przy­wi­tać. Nie­co­dzienna wy­lew­ność są­siadki wpra­wiła Vio­letę w osłu­pie­nie. Cin­tia prze­bie­gła na bo­saka przez dy­wan w ze­berkę, za­wo­łała: "Jak się cie­szę, że przy­szłaś!", i rzu­ciła jej się na szyję. Vio­leta nie spo­dzie­wała się tak ser­decz­nego po­wi­ta­nia, ale od­po­wie­działa tym sa­mym, jakby przy­jaź­niły się od dziecka. Kiedy wy­swo­bo­dziła się z ob­jęć, za­uwa­żyła, że Cin­tia nie ma na twa­rzy ani śladu ma­ki­jażu, co zde­cy­do­wa­nie jej nie słu­żyło, i wy­gląda na au­ten­tycz­nie zdru­zgo­taną. Coś jej jed­nak mó­wiło, że ta ko­bieta wcale się nie zmie­niła - być może cho­dziło o to, że miała na so­bie czarną ob­ci­słą bluzkę z od­waż­nym, nie­zbyt pa­su­ją­cym do oka­zji de­kol­tem.

Cin­tia ka­zała słu­żą­cej za­pa­rzyć kawę, za­pro­wa­dziła Vio­letę na sofę i po­sa­dziła ją obok sie­bie. Gdy tylko zo­stały same, za­częła jej opo­wia­dać z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami, jak straszne było od­kry­cie zwłok En­ri­qu­ego. Naj­gor­sze do­świad­cze­nie w ży­ciu. Vio­leta ki­wała głową, co ja­kiś czas wtrą­ca­jąc: "Tak, to okropne" i "Do­sko­nale cię ro­zu­miem", choć w głębi du­szy za­sta­na­wiała się, czy to do­bry mo­ment, żeby po­ru­szyć kwe­stię re­cept.

- Ale wiesz, co jest naj­gor­sze? - spy­tała Cin­tia, od­gar­nia­jąc z twa­rzy nie­sforne pa­smo wło­sów. Vio­leta za­sty­gła w ocze­ki­wa­niu. - My­śla­łam, że od­da­dzą mi dziś ciało En­ri­qu­ego, tak że­bym ju­tro mo­gła go po­cho­wać, ale po­wie­dzieli, że cią­gle cze­kają na wy­niki sek­cji. Po­do­bno są nie­ja­sne! - Prych­nęła z iry­ta­cją. Przy­wy­kła do tego, że sprawy to­czą się za­wsze po jej my­śli.

Jako le­karka Vio­leta po­czuła się w obo­wiązku sta­nąć w obro­nie ko­le­gów po fa­chu. Nie mo­gła po­zwo­lić, żeby Cin­tia, nie­ważne jak bar­dzo zroz­pa­czona, ob­ra­żała jej pro­fe­sję.

- Wy­bacz, Cin­tio, ro­zu­miem, że je­steś roz­trzę­siona - za­częła ostroż­nie - ale je­stem le­karką i wiem, że je­śli wy­niki au­top­sji się opóź­niają, to dla­tego, że coś się nie zga­dza. Na pewno po­wie­dzieli ci coś wię­cej.

Cin­tia spoj­rzała w okno i po­ło­żyła so­bie rękę na piersi.

- Po­wie­dzieli, że do­szło do za­trzy­ma­nia ak­cji serca, ale wy­niki sek­cji bu­dzą pewne wąt­pli­wo­ści. Zna­leźli ślady whi­sky i ja­kiejś in­nej sub­stan­cji, którą mu­szą jesz­cze prze­ba­dać. - Znów prze­nio­sła wzrok na Vio­letę. - Ale ja nie mogę w to uwie­rzyć, En­ri­que prak­tycz­nie nie pił.

W in­nych oko­licz­no­ściach Vio­leta nie prze­ję­łaby się jej sło­wami, ale sprawa z re­cep­tami nie da­wała jej spo­koju, a wy­ob­raź­nia za­częła pła­tać jej fi­gle. Zo­rien­to­wała się, że nie­świa­do­mie po­dry­guje nogą. Spró­bo­wała się uspo­koić i wy­cią­gnąć z wdowy wię­cej in­for­ma­cji.

- Może aku­rat zro­bił so­bie drinka, a ty o tym nie wie­dzia­łaś. To nic wiel­kiego. Od ma­łej whi­sky się nie umiera.

- Niby tak, ale on nic wtedy nie pił, przy­naj­mniej w domu. Na­wet z cie­ka­wo­ści spraw­dzi­łam ba­rek. - Wzięła fi­li­żankę z kawą i mó­wiła da­lej. - Tam­tego wie­czora wy­szedł na pół go­dziny. Już pra­wie spa­łam, ale pa­mię­tam, że sły­sza­łam, jak wraca, a po­tem od razu się po­ło­żył.

Za­po­mniała wspo­mnieć, że tro­chę się po­kłó­cili, bo za­żą­dała roz­wodu, ale Vio­leta mach­nęła na to ręką. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wało ją to, że En­ri­qu­ego nie było aż pół go­dziny. Pa­mię­tała, że u Igna­cia miał spę­dzić tylko pięć mi­nut. Z kim po­szedł na drinka? Za­raz jed­nak znów przy­po­mniała so­bie o tych prze­klę­tych re­cep­tach i do­szła do wnio­sku, że na lep­szą oka­zję nie ma co li­czyć. Uspo­ko­iła więc wdowę, żeby się nie nie­cier­pli­wiła, bo za ty­dzień bę­dzie już pew­nie dawno po po­grze­bie, po czym ru­szyła do ofen­sywy.

- Wi­dzisz, Cin­tio, mam taki mały pro­blem i za­sta­na­wia­łam się, czy nie mo­gła­byś mi po­móc, je­śli oczy­wi­ście to dla cie­bie nie kło­pot.

Cin­tia z wyż­szo­ścią za­darła brodę i ge­stem dała jej do zro­zu­mie­nia, żeby mó­wiła da­lej.

- Pa­mię­tasz, jak mie­siąc temu za­cho­ro­wały dzie­ciaki? - Cin­tia przy­tak­nęła. - Wpa­dłam po­tem na En­ri­qu­ego w win­dzie i po­pro­si­łam, żeby wje­chał ze mną na górę po re­ceptę, nie wiem, czy ci o tym wspo­mi­nał. - Cin­tia po­krę­ciła głową. - Nie­ważne. Rzecz w tym, że przez po­myłkę da­łam mu ko­pertę z ca­łym blocz­kiem re­cept, a nie chcia­ła­bym, żeby gdzieś się tu wa­lały, ro­zu­miesz, pro­blemy z izbą le­kar­ską i tak da­lej. - Vio­leta za­ło­żyła nogę na nogę i brnęła da­lej: - Może wrzu­cił to do ja­kiejś szu­flady? Je­śli nie chcesz szu­kać, to po­wiedz mi, gdzie mógł scho­wać taki blo­czek, sama spraw­dzę.

- To ża­den pro­blem, wi­dzę, że się tym stre­su­jesz. - Cin­tia wstała z ka­napy. - Je­śli chcesz, mo­żemy spraw­dzić jego szafkę nocną i ga­bi­net, ewen­tu­al­nie po­pro­szę Eve­lyn, żeby zwró­ciła na to uwagę przy sprzą­ta­niu.

Vio­leta też wstała. Spraw­dziły szu­flady w sa­lo­nie, po­tem po­szły do sy­pialni i prze­ko­pały za­war­tość szafki noc­nej En­ri­qu­ego, ale nic nie zna­la­zły. W końcu skie­ro­wały się do po­koju peł­nią­cego funk­cję ga­bi­netu. Vio­leta za­sta­na­wiała się, ja­kimi to in­te­re­sami mógł zaj­mo­wać się En­ri­que, ale nie mu­siała py­tać - Cin­tia sama za­częła wy­chwa­lać żyłkę męża do in­we­sty­cji i z pewną prze­sadą pod­kre­ślać, jak to dzięki niemu ma­ją­tek ro­dziny Bo­nil­lów uległ po­mno­że­niu. Na pod­sta­wie tego, czego do­wie­działa się od Igna­cia o stylu ży­cia En­ri­qu­ego i Cin­tii, Vio­leta przy­pusz­czała, że nie­bosz­czyk mógł co naj­wy­żej za­in­we­sto­wać tro­chę pie­nię­dzy żony. Przez wy­ol­brzy­mia­nie cnót zmar­łego męża Cin­tia chciała za­pewne ukryć jego nie­do­statki, a co za tym idzie - swoje praw­dziwe uczu­cia wzglę­dem niego. Dla Vio­lety stało się ja­sne, że są­siadka wcale nie była tak szczę­śliwa w mał­żeń­stwie, jak mo­głoby się wy­da­wać.

Za­rzu­ciły po­szu­ki­wa­nia, kiedy Cin­tii skoń­czyły się po­my­sły, gdzie jesz­cze mo­głyby zaj­rzeć. Ła­zienki, kuch­nia ani po­koje dzieci nie wy­da­wały się praw­do­po­dob­nymi kry­jów­kami. Vio­leta nie wie­działa, co o tym my­śleć.

- Naj­praw­do­po­dob­niej wy­rzu­cił to po pro­stu do śmieci - skwi­to­wała Cin­tia, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Je­śli jed­nak blo­czek wpad­nie mi kie­dyś w oko, od razu dam ci znać.

Vio­leta uznała, że nic tu po niej, zła­pała więc za gałkę od drzwi i za­częła wy­gła­szać ostat­nie słowa po­cie­sze­nia, żeby za­koń­czyć wi­zytę. Oka­zało się jed­nak, że Cin­tia ma coś do do­da­nia.

- Jesz­cze jedno, Vio­leto. - Cin­tia stała nie­na­tu­ral­nie sztywno, ale pró­bo­wała się po­ufale uśmiech­nąć. - Co sły­chać u two­jego ku­zyna Álvara? Dawno nie mia­łam od niego żad­nych wie­ści, a na twój wi­dok na­gle so­bie o nim przy­po­mnia­łam.

Vio­leta nie wie­działa, gdzie po­dziać oczy. Nie mie­ściło jej się w gło­wie, że w ta­kich oko­licz­no­ściach, na­wet je­śli rze­czy­wi­ście so­bie o nim przy­po­mniała, Cin­tia miała czel­ność spy­tać ją o tego łaj­daka. Zro­biło jej się tro­chę żal tej ko­biety o wiecz­nie skwa­szo­nej mi­nie i utwier­dziła się w prze­ko­na­niu, że Cin­tia mu­siała du­sić się w pu­łapce nie­szczę­śli­wego mał­żeń­stwa, a co gor­sza, że przez cały ten czas pa­mię­tała o Álva­rze, ero­to­ma­nie, który uga­niał się za każdą spód­niczką. Ale rze­czy­wi­ście, ona też od paru lat nie miała z nim kon­taktu.

Od tam­tej hi­sto­rii z Cin­tią i Álva­rem mi­nęło już pra­wie osiem lat. Vio­leta wła­śnie wy­szła za mąż i wpro­wa­dziła się do bu­dynku. Przy oka­zji prze­lot­nej roz­mowy Cin­tia wspo­mniała, że je­dzie do Ma­drytu na tur­niej gol­fowy. Miał się od­być na polu, któ­rego kie­row­ni­kiem był wła­śnie Álvaro, ku­zyn Vio­lety dru­giego stop­nia. Bez więk­szego na­my­słu po­ra­dziła jej, żeby do niego za­dzwo­niła i po­pro­siła o lep­sze trak­to­wa­nie. Z per­spek­tywy czasu wy­glą­dało na to, że fak­tycz­nie to osią­gnęła. Cin­tia kom­plet­nie osza­lała na jego punk­cie, za­żą­dała od męża roz­wodu. Co chwilę la­tała do Ma­drytu, a zde­spe­ro­wany Álvaro wy­dzwa­niał do Vio­lety, że tej la­sce od­je­chał nie tylko pe­ron, ale i cały dwo­rzec. Po bez­owoc­nym nę­ka­niu Álvara Cin­tia mu­siała się w końcu pod­dać, ze­rwała z nim wszel­kie kon­takty, a nie­spełna rok póź­niej wy­szła za En­ri­qu­ego Gi­nera.

Vio­leta nie miała naj­mniej­szego za­miaru się w to mie­szać, po­sta­no­wiła więc od­po­wie­dzieć moż­li­wie naj­oględ­niej:

- Nie roz­ma­wia­łam z nim ład­nych parę lat, ale przy­pusz­czam, że żyje so­bie spo­koj­nie z żoną i dziećmi.

- Tak, oczy­wi­ście. Je­śli się z nim spo­tkasz, po­zdrów go, pro­szę, ode mnie - rzu­ciła Cin­tia, po­zor­nie obo­jęt­nie.

Vio­leta chciała jak naj­szyb­ciej się stam­tąd ulot­nić, po­wtó­rzyła więc wy­razy współ­czu­cia, za­de­kla­ro­wała, że Cin­tia za­wsze może na nią li­czyć, i na­resz­cie się po­że­gnała.

Uznała, że naj­le­piej bę­dzie zaj­rzeć do Igna­cia i opo­wie­dzieć mu, czego się do­wie­działa. Może po­wi­nien le­piej po­szu­kać tych cho­ler­nych re­cept. Po­tem wyj­dzie na ko­la­cję z ko­le­żan­kami, żeby tro­chę prze­wie­trzyć głowę. A może jej się po­szczę­ści i wpad­nie na Vic­tora, są­siada z pierw­szego pię­tra po le­wej?

Rozdział 4

Drugie piętro po lewej

Ana wstała bar­dzo wcze­śnie, więc już dawno zdą­żyła zjeść śnia­da­nie i ubrać się w luźny strój, w tym kre­mowe adi­dasy ze srebr­nymi wstaw­kami. Wy­pa­liła też skręta i zbie­rała się na od­wagę, żeby po­roz­ma­wiać z Car­lo­sem, który miał pa­skudny cha­rak­ter i po­tra­fił okrut­nie jej do­piec, czy to nie­miłą uwagą, czy choćby ra­nią­cym to­nem. Nie dało się ukryć, że po pro­stu się go bała. Dla­tego się zgo­dziła, żeby po­ma­lo­wali ściany na ten klau­stro­fo­biczny ko­lor i po­wie­sili ba­ro­kowe ob­razy, które mąż ka­zał jej ku­pić, choć czę­sto wy­da­wały jej się zło­wro­gie i mroczne. Sama wo­la­łaby coś no­wo­cze­śniej­szego, ale Car­los się upie­rał, że ta­kie płótna są dużo wię­cej warte, a ona nie od­wa­żyła się mu sprze­ci­wić.

Te­raz od dzie­się­ciu dni się do niej nie od­zy­wał. Po­peł­niła po­ważny błąd: zo­sta­wiła za­pal­niczkę na stole w kuchni, co we­dług Car­losa było nie­wy­ba­czalne. W za­sa­dzie wła­ści­wie wszystko, co ro­biła, było nie­wy­ba­czalne, a on ko­rzy­stał z każ­dego pre­tek­stu, żeby się do niej nie od­zy­wać. Po­tra­fił przez dłu­gie ty­go­dnie na­wet na nią nie spoj­rzeć.

Ana po­wta­rzała so­bie, że tym ra­zem bę­dzie mu­siał jej wy­słu­chać. Skoro nie mogą się do­ga­dać w mał­żeń­stwie, le­piej po­wie­dzieć to gło­śno i się roz­stać - do­szła do tego dzięki ra­dom psy­chia­try. Dla czy­stego su­mie­nia mu­siała jed­nak wcze­śniej spró­bo­wać wszyst­kich in­nych spo­so­bów. Poza tym po­winni zaj­rzeć do owdo­wia­łej są­siadki, tak na­ka­zy­wały za­sady sa­voir-vi­vre'u, a po­tem musi wpaść do odzie­dzi­czo­nej po ro­dzi­cach ap­teki. Oczy­wi­ście miała pra­cow­ni­ków, ale do­brze pa­mię­tała radę ojca, że po­winna za­wsze być pierw­sza na po­ste­runku i scho­dzić z niego jako ostat­nia. Ana zda­wała so­bie sprawę, że ni­gdy nie prze­strze­gała tej na­uki, zwłasz­cza w ostat­nich la­tach, czyli od­kąd wy­szła za Car­losa, ale sta­rała się za­cho­wy­wać po­zory i przy­naj­mniej cza­sem się tam po­ka­zać. Na szczę­ście ap­teka stała w świet­nej lo­ka­li­za­cji i w za­sa­dzie pro­wa­dziła się sama. A może to kie­row­niczka tak świet­nie wy­ko­ny­wała swoją pracę?

Do­bie­gało wpół do pierw­szej, kiedy za­spany Car­los sta­nął wresz­cie w drzwiach kuchni. Miał czter­dzie­ści trzy lata i był ra­czej nie­wy­soki, ale choć już od wielu lat za­prze­stał ja­kiej­kol­wiek ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej, to dzięki wy­spor­to­wa­nej syl­we­tce i wa­dze ade­kwat­nej do wzro­stu - a także kę­dzie­rza­wym brą­zo­wym wło­som opa­da­ją­cym na uszy - wy­glą­dał wciąż młodo i zdrowo. Efekt psuły jed­nak nie­bie­skie oczy, wiecz­nie za­czer­wie­nione i z roz­sze­rzo­nymi źre­ni­cami. Zmniej­szyły się nieco, kiedy ziew­nął. Ana ze­sztyw­niała z na­pię­cia i prze­łknęła ślinę, żeby zwil­żyć gar­dło. Znowu na­si­lił się w niej lęk przed śmier­cią w wy­niku żo­no­bój­stwa.

- Dzień do­bry, ko­cha­nie - po­wie­działa ła­god­nie, żeby nie spro­wo­ko­wać zi­ry­to­wa­nego prych­nię­cia. - Zro­bić ci kawę z mle­kiem?

Car­los przez chwilę mie­rzył ją peł­nym po­gardy wzro­kiem, po czym, nie ra­czyw­szy od­po­wie­dzieć, po­szedł pro­sto do lo­dówki, wy­jął mleko, na­lał tro­chę do fi­li­żanki i ru­szył w stronę mi­kro­fa­lówki. Ana bacz­nie ob­ser­wo­wała jego ru­chy.

- Mu­simy po­roz­ma­wiać, Car­lo­sie. Dok­tor Vázquez po­ra­dził mi, że­bym do­szła z tobą do po­ro­zu­mie­nia. Nie może dłu­żej być tak, że to tylko ja za­wsze się do cie­bie na­gi­nam. To, co dla mnie jest ważne, także musi się li­czyć.

Car­los po­cią­gnął łyk pa­ru­ją­cej kawy z fi­li­żanki i obo­jęt­nie wzru­szył ra­mio­nami.

- A czego ty chcesz? - W za­sa­dzie było mu wszystko jedno.

- Chcę mieć dziecko - od­parła szybko, ale po chwili się za­wa­hała i znów przy­brała bar­dziej po­tulny ton. - Ale od tak dawna na­wet mnie nie tkną­łeś, że już nie pa­mię­tam, kiedy był ostatni raz. - Oparła ręce na stole, żeby ukryć ich drże­nie. Sie­działa ze spusz­czo­nym wzro­kiem, twarz za­sła­niały jej ko­smyki ciem­nych wło­sów. Wy­glą­dała jak ptak ze zła­ma­nym skrzy­dłem, świa­domy, że wkrótce zo­sta­nie schwy­tany i spę­dzi resztę dni w klatce. Mimo to ze­brała resztki sił i za­dała py­ta­nie, od któ­rego nie dało się uciec: - Masz ko­goś in­nego? To je­dyne wy­ja­śnie­nie, ja­kie przy­cho­dzi mi do głowy, kiedy za­sta­na­wiam się, dla­czego już się ze mnę nie ko­chasz.

Car­los wy­trzesz­czył oczy, spra­wiał wra­że­nie zdu­mio­nego.

- Ko­goś in­nego?! Tyś już zu­peł­nie osza­lała! Zro­zum, że kiedy lu­dzie się po­bie­rają, to tracą za­in­te­re­so­wa­nie tą drugą osobą - pe­ro­ro­wał su­ro­wym to­nem. Wy­szedł z kuchni i ru­szył do ła­zienki, żeby wziąć prysz­nic. - Idź za­py­taj wszyst­kich zna­jo­mych po ślu­bie, z kim wo­le­liby się prze­spać: z ja­kąś nie­zna­jomą czy z żoną!

Ana na chwilę wpa­dła w kon­ster­na­cję, ale za­raz ru­szyła za mę­żem i pod­nio­sła głos:

- Car­los, coś ci do­lega? Od czasu wy­padku je­steś co­raz dziw­niej­szy, wra­casz o ta­kich go­dzi­nach, że nie wiem, ja­kim cu­dem jesz­cze cię nie zwol­nili, skoro no­to­rycz­nie się spóź­niasz. Mogę ci ja­koś po­móc? - Wy­pa­dek rze­czy­wi­ście spra­wił, że stał się zim­niej­szym i bar­dziej pod­łym czło­wie­kiem, ale na­wet w ner­wach Ana zda­wała so­bie sprawę, że w ich mał­żeń­stwie od po­czątku się nie ukła­dało. Car­los znik­nął za drzwiami ła­zienki, a ona oparła się ręką o ścianę i do­dała szep­tem: - Mamy jesz­cze ja­kąś szansę?

Nie cze­kała na od­po­wiedź, bo wie­działa, że jej nie bę­dzie. Usły­szała tylko, jak Car­los znowu mru­czy pod no­sem, że jest wa­riatką. Po­szła do sa­lonu i po­cią­gnęła łyk dżinu z bu­telki. Gdyby ogra­ni­czyła się do jed­nego, nic by nie było po niej znać, ale po­trze­bo­wała jesz­cze dru­giego. Na­pchała usta mię­tów­kami i cze­kała, na­słu­chu­jąc ukrad­ko­wych kro­ków męża. Wie­działa, że znik­nie bez słowa, jak za­wsze. Tym ra­zem jed­nak była szyb­sza, za­gro­dziła mu drogę i cu­kier­ko­wym to­nem po­wie­działa, że po­winni wspól­nie zło­żyć kon­do­len­cje są­siadce.

- Czemu mamy się tam pchać, skoro babka na­wet nie mówi nam dzień do­bry? - Miał na so­bie białą ko­szulę i na­rzu­cony na ra­miona nie­bie­ski swe­ter, zwią­zany rę­ka­wami na szyi.

- Bo zmarł En­ri­que i tak po pro­stu wy­pada. Po­wiemy, że nam przy­kro, że może na nas li­czyć, i pój­dziemy. - Ana sta­rała się wy­paść prze­ko­nu­jąco.

Car­los wy­raź­nie się zi­ry­to­wał i wes­tchnął, wzno­sząc oczy, ale w końcu dał się za­cią­gnąć pod drzwi są­sied­niego miesz­ka­nia. Ana wci­snęła dzwo­nek i na­tych­miast roz­legł się od­głos zbli­ża­ją­cych się kro­ków, które na­le­żały, jak się oka­zało, do go­sposi. Kiedy się przed­sta­wili i wy­tłu­ma­czyli, co tu ro­bią, zo­sta­wiła ich w drzwiach i ka­zała za­cze­kać, aż skon­sul­tuje się z pa­nią domu. Ana i Car­los stali w mil­cze­niu na progu. Po nie­spełna mi­nu­cie słu­żąca wró­ciła i z po­chy­loną głową wy­ją­kała, że pani bar­dzo dzię­kuje za wi­zytę, ale nie czuje się na si­łach przyj­mo­wać go­ści. Nie miała już nic do do­da­nia, więc za­mknęła drzwi. Nie śmiała po­wie­dzieć im prawdy, czyli że pani ka­zała jej po­słać ich do dia­bła.

Ana nie wie­działa, co o tym my­śleć. Nie ro­zu­miała, co ta­kiego mo­gli zro­bić tej ko­bie­cie, że da­rzyła ich aż taką an­ty­pa­tią. Car­los od­szedł kilka kro­ków i oparł się o drzwi windy, skąd po­pa­trzył na żonę z nie­skry­waną po­gardą.

- Ale z cie­bie kre­tynka! Mó­wi­łem ci, że to bab­sko uważa nas za ka­ra­lu­chy. Nie chce nas wi­dzieć, na­wet żeby nas zdep­tać. - Wci­snął ręce do kie­szeni i lewą dło­nią mu­snął scho­waną tam strzy­kawkę, prawą zaś wy­ma­cał am­pułkę fen­ta­nylu. Po­czuł się pew­niej. - No to ja spa­dam. - Ob­ró­cił się na pię­cie i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź Any, za­czął scho­dzić na par­ter.

Na pierw­szym pię­trze przy­po­mniał so­bie, że trzeba było je­chać windą, już dwa mie­siące temu obie­cał so­bie ni­gdy tędy nie prze­cho­dzić, ale przy­zwy­cza­je­nie oka­zało się sil­niej­sze. Jego wzrok od­ru­chowo po­wę­dro­wał do drzwi po pra­wej i Car­los na­tych­miast po­my­ślał o Ju­anju. Za­ci­snął pięść na am­pułce z opio­idem i bez­wied­nie ją po­gła­dził. Mógłby spró­bo­wać skło­nić Ju­anja, żeby mu wy­ba­czył. Z tą opty­mi­styczną my­ślą wziął głę­boki wdech i prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, bie­giem po­ko­nał dy­stans dzie­lący go od wyj­ścia.

Nie wie­dział, do­kąd po­wi­nien pójść, ale w końcu zde­cy­do­wał się na buk­ma­chera przy Plaza de la Re­ina. Był ładny dzień, ide­alna po­goda na spa­cer, ru­szył więc wol­nym kro­kiem przez ulice śród­mie­ścia, ale tak mocno za­głę­bił się we wła­snym świe­cie, że nie do­strze­gał oto­cze­nia. Nie za­uwa­żył na­wet, że tego dnia nie uru­cho­miono fon­tanny na placu przed ra­tu­szem.

Sta­wia­nie za­kła­dów było dla niego tylko spo­so­bem na za­bi­cie czasu, do­brym jak każdy inny. Poza tym w ta­kim miej­scu ra­czej nie wpad­nie na ni­kogo zna­jo­mego i nie bę­dzie mu­siał się tłu­ma­czyć ze swo­jego ży­cia. Od kiedy rzu­cił pracę w szpi­talu - ra­zem z dy­rek­to­rem usta­lili, że ta­kiej wer­sji będą się trzy­mać - ro­bił wszystko, żeby nikt nie do­wie­dział się o jego sy­tu­acji za­wo­do­wej. Wo­lał trzy­mać żonę w nie­wie­dzy, cho­ciaż zda­wał so­bie sprawę, że prę­dzej czy póź­niej prawda pew­nie wyj­dzie na jaw. Zbyt wiele osób mo­gło go pod­ka­blo­wać - jed­nym z nich był Ju­anjo, który zresztą sam mu tym za­gro­ził, tyle że Car­los nie wy­obra­żał so­bie, żeby Ju­anjo kie­dy­kol­wiek mógł się skon­tak­to­wać z Aną. Poza tym Vio­leta, z którą nie roz­ma­wiał na ten te­mat, ale wszy­scy pra­cow­nicy szpi­tala wie­dzieli, że już tam nie pra­cuje, i na­mięt­nie plot­ko­wali, dla­czego tak się mo­gło stać. Ana i Vio­leta nie miały jed­nak ze sobą nic wspól­nego, więc ta droga też ra­czej od­pa­dała. Mar­twiło go je­dy­nie, czy Vio­leta nic nie po­wie­działa Igna­ciowi, psy­chia­trze jego żony. Tu fak­tycz­nie ist­niało re­alne za­gro­że­nie. Po­trze­bo­wał pie­nię­dzy Any, sam już nie miał do­cho­dów, a za­uwa­żył, że w jej gło­wie za­czyna kieł­ko­wać myśl o roz­wo­dzie. Nie brał też pod uwagę spło­dze­nia z nią dzieci, bo to by ni­czego nie roz­wią­zało.

Pró­bo­wał wy­my­ślić ja­kieś wyj­ście z sy­tu­acji, ale nic nie przy­cho­dziło mu do głowy. Na Ju­anja nie mógł już li­czyć, ko­lejne po­życzki od En­ri­qu­ego także nie wcho­dziły w grę. Jak przez mgłę przy­po­mniał so­bie na­rze­ka­nia En­ri­qu­ego na nie­wy­pła­cal­nych są­sia­dów - oni też nie będą już mo­gli sko­rzy­stać z tej formy po­mocy fi­nan­so­wej. Za­raz jed­nak o nich za­po­mniał, bo ścieżki umy­słu za­wio­dły go z po­wro­tem do Any. To tu upa­try­wał roz­wią­za­nia: w niej i w jej obłę­dzie. Je­śli bę­dzie ją jesz­cze czę­ściej drę­czył i szybko wy­trąci z rów­no­wagi, Igna­cio zo­ba­czy w niej neu­ro­tyczkę, która po­stra­dała zmy­sły, i po­może mu za­ła­twić ubez­wła­sno­wol­nie­nie. W ten spo­sób przej­mie kon­trolę nad jej ma­jąt­kiem.

Mimo tych nie­we­so­łych my­śli nie zde­ner­wo­wał się ani nie wpadł w roz­pacz. Nar­ko­tyk przed chwilą zna­lazł się w jego krwio­biegu i nie ka­zał długo cze­kać na efekty. Te­raz Car­lo­sowi wszystko wy­da­wało się moż­liwe, a wi­zja no­wego ży­cia wpra­wiła go w ra­do­sny na­strój. Wszyst­kie pro­blemy znik­nęły, jakby wy­ma­zane ko­rek­to­rem, a on sku­pił się na ob­sta­wia­niu wy­ni­ków nie­dziel­nych me­czów.