INTRO - Sąsiadka zna mój alarm - Powierzyła jej klucz. Teraz ktoś fotografuje jej dom od środka.INTROPierwsze zdjęcie przedstawiało mój przedpokój.
Przez kilka sekund byłam pewna, że zrobiłam je sama. Telefon czasem podsuwał stare fotografie w najmniej odpowiednich chwilach - zapomniane rachunki, numer seryjny pralki, buty Franka sfotografowane w sklepie przed rozpoczęciem roku szkolnego. Patrzyłam więc na ekran, stojąc na czerwonym świetle przy Rokicińskiej, i próbowałam sobie przypomnieć, po co miałabym fotografować własną szafkę na buty.
Potem zauważyłam godzinę.
14:17.
Zdjęcie przyszło cztery minuty wcześniej.
Nie było stare.
Samochód za mną zatrąbił. Ruszyłam, zanim kierowca zdążył zrobić to drugi raz, i odłożyłam telefon ekranem do dołu na fotel pasażera. Do domu zostało siedem minut. Może sześć, jeśli nie trafię na korek przy rondzie.
Franek kończył lekcje o piętnastej dwadzieścia. Była piętnasta zero trzy.
Dom powinien być pusty.
Na następnym skrzyżowaniu telefon zawibrował ponownie.
Nie spojrzałam.
Powtarzałam sobie, że istnieje rozsądne wyjaśnienie. Magda mogła wejść bez uprzedzenia. Zdarzało jej się zabierać paczki zostawione pod drzwiami, kiedy kurier nie chciał czekać. Miała klucz. Znała kod alarmu. Przez ostatnie pół roku powiedziałam jej chyba więcej o funkcjonowaniu mojego domu niż komukolwiek innemu.
Po rozwodzie Michał przestał mieć klucz. Wymieniłam wkładkę w drzwiach dwa dni po tym, jak wyprowadził ostatnie pudła. Kod alarmu zmieniłam tydzień później, kiedy odkryłam, że nadal pamięta poprzedni.
Nowy znały trzy osoby.
Ja.
Franek.
Magda z domu obok.
Zjechałam na osiedlową ulicę tak szybko, że tylne koło otarło o krawężnik. Szereg bliźniaków wyglądał jak zawsze: jasne elewacje, identyczne grafitowe dachy, żywopłoty, które wszyscy obiecywali przyciąć przed zimą. Pod domem Magdy stał jej biały samochód.
To mnie uspokoiło.
Na jakieś dwie sekundy.
Potem zobaczyłam samą Magdę.
Klęczała na trawniku przed swoim domem i pakowała suche liście do czarnego worka. Miała na sobie zieloną kurtkę, rękawiczki ogrodowe i słuchawki na uszach. Podniosła głowę dopiero, kiedy zatrzasnęłam drzwi samochodu.
Pomachała mi.
Nie wyglądała jak ktoś, kto czterdzieści kilka minut wcześniej chodził po moim domu i robił zdjęcia.
- Wcześnie jesteś - zawołała.
- Byłaś dzisiaj u mnie?
Zdjęła jedną słuchawkę.
- Co?
- W domu. U mnie.
Zmarszczyła brwi.
- Nie.
Odpowiedziała od razu.
Zbyt od razu, pomyślałam, a potem znienawidziłam się za tę myśl.
Wyciągnęłam telefon.
Druga wiadomość nadal czekała nieotwarta. Ten sam nieznany numer. Bez tekstu.
Dotknęłam ekranu.
Tym razem ktoś sfotografował kuchnię.
Stał przy wyspie, mniej więcej tam, gdzie każdego ranka kładłam torbę do pracy. W kadrze znajdował się stół, ekspres, fragment drzwi tarasowych i moje odbicie w czarnym ekranie piekarnika.
Nie moje obecne odbicie.
Odbicie osoby trzymającej telefon.
Powiększyłam fotografię.
Nie było twarzy. Tylko ciemny kształt na tle okna.
- Alicja?
Magda podeszła bliżej.
Zablokowałam ekran.
Nie wiem dlaczego.
Jeszcze minutę wcześniej pierwszą rzeczą, jaką chciałam zrobić, było pokazanie jej zdjęć. Teraz świadomość, że tylko ona poza mną i moim jedenastoletnim synem znała kod, sprawiła, że telefon zacisnął mi się w dłoni jak przedmiot, którego powinnam pilnować.
- Alarm ci wył? - zapytała.
Spojrzałam na nią.
- Nie.
- To czemu pytasz, czy byłam w środku?
- Zostawiłam chyba otwarte okno.
Kłamstwo wyszło zbyt łatwo.
Magda zerknęła w stronę mojego domu.
- Mogę wejść z tobą.
- Nie trzeba.
- Ala.
- Naprawdę. Pewnie sama źle pamiętam.
Ruszyłam w stronę furtki.
Aplikacja alarmu pokazywała zielony symbol.
SYSTEM UZBROJONY.
Ostatnia zmiana stanu: 7:41.
To ja uzbroiłam go rano, wychodząc z Frankiem.
Nie było żadnego rozbrojenia o 14:17.
Zatrzymałam się.
Sprawdziłam jeszcze raz.
7:41 - uzbrojenie pełne.
Żadnej późniejszej aktywności.
Ktoś mógł zrobić zdjęcie wcześniej i wysłać je dopiero teraz.
Ta myśl powinna przynieść ulgę.
Nie przyniosła.
Przyłożyłam palec do czytnika zamka. Usłyszałam ciche kliknięcie. Drzwi otworzyły się kilka centymetrów.
Nie weszłam.
W domu panowała cisza. Z salonu dochodziło jednostajne buczenie lodówki, a gdzieś na piętrze pracował automatyczny odświeżacz powietrza. Znałam te dźwięki. Były zwyczajne.
Przedpokój również wyglądał zwyczajnie.
Szafka na buty. Lustro. Wieszak. Niebieska bluza Franka rzucona na ławkę mimo trzech kolejnych próśb, żeby odkładał rzeczy do szafy.
Wyjęłam telefon i otworzyłam pierwszą fotografię.
Porównałam obraz z tym, co widziałam przed sobą.
Wtedy zauważyłam różnicę.
Na zdjęciu drzwi do szafy były uchylone.
Teraz były zamknięte.
- Wszystko dobrze? - zawołała Magda zza ogrodzenia.
Odwróciłam głowę.
Stała wciąż przed swoim domem.
- Tak.
Weszłam i zamknęłam drzwi.
Nie zdjęłam butów.
Najpierw sprawdziłam salon. Potem kuchnię. Łazienkę na dole. Gabinet. Nie wołałam, nie pytałam, czy ktoś tu jest. Nie zamierzałam ostrzegać człowieka, który mógł stać kilka metrów ode mnie.
Na blacie kuchennym leżał kubek po porannej kawie.
Przy drzwiach tarasowych nie było śladów błota.
Okna były zamknięte.
Wróciłam do przedpokoju i otworzyłam szafę.
Kurtki.
Płaszcz.
Plecak Franka z zeszłego roku.
Pudełko z kablami.
Nic więcej.
Telefon zawibrował po raz trzeci.
Tym razem wiadomość zawierała jedno zdanie.
NIE SPRAWDZAJ TYLKO DRZWI.
Pod nim znajdowało się zdjęcie.
Mojej sypialni.
Usiadłam na pierwszym stopniu schodów, zanim nogi zrobiły to za mnie.
Fotograf stał tuż przy łóżku. W kadrze było okno, fragment szafy i stolik nocny. Na stoliku leżała książka, ładowarka i szklanka wody, którą zostawiłam rano.
Ale zdjęcie nie przedstawiało całego pokoju.
Ktoś celowo skierował aparat niżej.
Na wysuniętą szufladę stolika.
Tę, w której trzymałam paszport, kilka dokumentów i małą kopertę z pieniędzmi na nagłe wydatki.
Szuflada była otwarta.
Podniosłam wzrok na piętro.
Z miejsca, w którym siedziałam, widziałam drzwi sypialni.
Były zamknięte.
Nie pamiętałam, żebym zamykała je rano.
Telefon zadzwonił.
Franek.
Odebrałam natychmiast.
- Mamo, jesteś już w domu?
W tle słyszałam dzieci i głos nauczycielki.
- Jestem. Dlaczego pytasz?
- Bo pani nas wcześniej puściła.
Spojrzałam na zegarek.
15:14.
- Zostań w szkole.
- Ale Magda napisała, że może mnie odebrać.
Nie odpowiedziałam.
- Mamo?
Spojrzałam przez wąskie okno obok drzwi wejściowych.
Magda nie stała już na trawniku.
Jej czarny worek z liśćmi leżał otwarty przy żywopłocie.
- Franek, posłuchaj mnie bardzo uważnie. Nie wychodź z budynku. Nie idź z nikim. Nawet z Magdą.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Dlaczego?
Na ekranie pojawiła się czwarta wiadomość.
Bez zdjęcia.
TY NAPRAWDĘ MYŚLISZ, ŻE PROBLEM WCHODZI DRZWIAMI?
Rozdział 1 - Wiadomość, której Magda nie wysłała - Sąsiadka zna mój alarm - Powierzyła jej klucz. Teraz ktoś fotografuje jej dom od środka.Rozdział 1 - Wiadomość, której Magda nie wysłałaPrzez kilka sekund nie słyszałam Franka. Wpatrywałam się w ostatnią wiadomość tak długo, aż litery przestały układać się w zdanie, a stały się czarnymi znakami na białym tle.
TY NAPRAWDĘ MYŚLISZ, ŻE PROBLEM WCHODZI DRZWIAMI?
- Mamo?
Głos syna przywrócił mi właściwe proporcje. Zdjęcia, zamknięta sypialnia, Magda znikająca z ogródka - wszystko mogło poczekać. Franek nie.
- Jesteś jeszcze w budynku szkoły?
- No tak.
- Gdzie dokładnie?
- Przy szatni.
- Wróć do sekretariatu.
- Ale po co?
- Bo cię o to proszę. Podejdź do pani z sekretariatu i powiedz, że masz zaczekać w środku, dopóki po ciebie nie przyjadę.
- Magda miała mnie zabrać.
- Nie idź z Magdą.
Tym razem nie próbowałam łagodzić tonu. Zbyt późno uświadomiłam sobie, jak musiało to zabrzmieć.
- Pokłóciłyście się?
- Nie. Franek, posłuchaj. Nie wychodź ze szkoły. Nie wychodź z nikim. Zaraz do ciebie zadzwonię.
- Nawet z tatą?
Zawahałam się o sekundę.
- Z tatą możesz, ale tylko jeśli najpierw porozmawiasz ze mną. Rozumiesz?
- Mhm.
- Powiedz pełnym zdaniem.
Westchnął.
- Mam zostać w sekretariacie i nie wychodzić, dopóki ty albo tata nie powiecie, że mogę.
- Dobrze. Idź tam teraz.
Rozłączyłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam w tle głos jednej z nauczycielek i Frankowe: "Mama kazała mi czekać".
Natychmiast wybrałam numer szkoły. Sekretarka odebrała po trzecim sygnale. Przedstawiłam się, wyjaśniłam, że nikt poza mną i Michałem nie ma prawa odebrać Franka, i poprosiłam, żeby nie wypuszczano go nawet wtedy, gdy pojawi się ktoś, kogo zna.
- Coś się stało? - zapytała kobieta.
Spojrzałam na zamknięte drzwi sypialni.
- Nie jestem jeszcze pewna.
Brzmiało absurdalnie.
Ktoś wszedł do mojego domu.
Ktoś zrobił zdjęcia.
Ktoś wiedział, gdzie znajduje się mój syn.
Tylko ja wciąż próbowałam zachowywać się tak, jakby "nie jestem pewna" mogło cokolwiek tutaj opisywać.
Numer alarmowy wybrałam jeszcze zanim zeszłam ze schodów. Dyspozytorka zadawała krótkie pytania: czy sprawca jest nadal w środku, czy widziałam kogokolwiek, czy drzwi lub okna noszą ślady włamania, czy czegoś brakuje, czy dostałam groźby.
Na ostatnie pytanie nie odpowiedziałam od razu.
- Wiadomości - powiedziałam w końcu. - Ktoś wysyła mi zdjęcia z wnętrza domu.
- Jest pani teraz w budynku?
Uświadomiłam sobie, jak głupio postąpiłam.
- Tak.
- Proszę wyjść i poczekać w bezpiecznym miejscu.
Nie musiała powtarzać.
Zabrałam tylko torebkę leżącą na krześle w kuchni. Nie weszłam ponownie na piętro. Nie sprawdziłam sypialni. Nie zajrzałam do szuflady widocznej na fotografii.
Kiedy otworzyłam drzwi frontowe, Magda właśnie wychodziła ze swojego domu.
Szła w moją stronę.
- Co się dzieje? - zapytała. - Franek dzwonił.
Zatrzymałam się przed furtką.
- Do ciebie?
- Tak. Pytał, czy po niego jadę.
Przez moment nie wiedziałam, czy bardziej przeraziła mnie jej odpowiedź, czy to, że wypowiedziała ją tak naturalnie.
- Napisałaś mu, że go odbierzesz.
Magda stanęła.
- Nie.
- Powiedział, że dostał od ciebie wiadomość.
- Alicja, nie pisałam do Franka.
Wyjęła telefon.
Nie poprosiłam o to. Po prostu odblokowała ekran i otworzyła rozmowę z nim.
Ostatnia wiadomość od Magdy pochodziła sprzed dwóch dni.
"Pamiętaj o parasolu, meteorolodzy jednak czasem nie kłamią".
Franek odpisał jej wtedy zdjęciem żaby.
Podała mi urządzenie.
- Sama zobacz.
Przewinęłam rozmowę w górę i w dół, jakbym mogła znaleźć ukryty fragment.
- Można usunąć wiadomość.
Magda cofnęła rękę.
Na jej twarzy pojawiło się coś, czego wcześniej nie widziałam. Nie obrażona duma. Strach.
- Co się stało?
Nie odpowiedziałam.
- Ala.
- Kiedy ostatnio byłaś u mnie w domu?
- Mówiłam ci. W poniedziałek. Zostawiłam mleko, bo kupiłam dwa kartony.
- Pytam o każdą wizytę. Nawet jeśli mnie nie było.
- W poniedziałek.
- Masz mój klucz?
Jej spojrzenie przesunęło się na mój dom.
- Oczywiście.
- Pokaż.
- Co?
- Klucz.
- Mam go w domu.
- Przynieś.
- Alicja, o co chodzi?
Usłyszałyśmy sygnał samochodu wjeżdżającego na ulicę. Radiowóz skręcił między zaparkowanymi autami i zatrzymał się przed moją posesją.
Magda patrzyła teraz na niego, potem na mnie.
- Wezwałaś policję?
- Przynieś klucz.
Nie zaprotestowała drugi raz.
Do środka weszło dwoje policjantów. Kobieta około czterdziestki, która przedstawiła się jako aspirant Joanna Kałuża, i młodszy mężczyzna nazwiskiem Wrona. Pokazałam im wiadomości jeszcze przed wejściem.
Kałuża nie komentowała. Obejrzała każde zdjęcie, numer nadawcy, godzinę, a następnie poprosiła, żebym niczego nie usuwała i nie odpisywała.
- Kontaktowała się pani z tym numerem wcześniej?
- Nie.
- Dzwoniła pani?
- Nie.
- Proszę na razie nie dzwonić.
Wrona obszedł dom dookoła, a potem weszliśmy razem. Nie był to przeszukujący zespół z filmu. Nie pobierali odcisków z każdej powierzchni ani nie rozsypywali proszku. Sprawdzali drzwi, okna, widoczne uszkodzenia, pytali, czego dotykałam po powrocie.
Było tego za dużo.
Klamki. Telefon. Szafa. Drzwi wejściowe. Brzeg kuchennego blatu.
- Sypialni nie otwierałam - powiedziałam.
Na piętro weszła Kałuża.
Ja zostałam na korytarzu.
Drzwi nie były zamknięte na klucz. Nacisnęła klamkę i zniknęła w pokoju. Po chwili zawołała mnie.
Szuflada stolika nocnego była wsunięta.
Na fotografii była otwarta.
- Proszę sprawdzić zawartość bez dotykania niepotrzebnie innych rzeczy.
Założyłam cienkie rękawiczki, które podała mi policjantka.
Paszport był na miejscu.
Koperta również.
Otworzyłam ją.
Dwa tysiące dwieście złotych.
Tyle powinno być.
Dokumenty samochodu, stary pendrive, akt notarialny dotyczący domu, kilka kart gwarancyjnych.
Nic nie zniknęło.
- Czego mógł szukać? - zapytała Kałuża.
- Nie wiem.
- Wiedział, co jest w tej szufladzie?
- Najwyraźniej.
To zabrzmiało gorzej, kiedy powiedziałam to na głos.
Wróciliśmy na dół. Wrona stał przy panelu alarmu.
- Nie ma historii wejścia - powiedziałam. - Sprawdzałam.
- Tylko w aplikacji?
- Tak.
- Jaki system?
Podałam nazwę firmy.
Zapisał.
- Są czujniki na wszystkich drzwiach i oknach?
- Na parterze. Na piętrze tylko okna balkonowe i czujki ruchu w korytarzu.
- A garaż?
- Garaż jest połączony z domem. Ma osobną czujkę i kontaktron.
- Piwnica?
- Nie ma.
- Strych?
Spojrzałam na schody.
- Jest mały strych techniczny. Wejście z korytarza na piętrze.
Kałuża spojrzała na Wronę.
Nie musieli nic mówić.
Weszli jeszcze raz na górę.
Wtedy wróciła Magda.
Trzymała w dłoni brelok z czterema kluczami.
- Ten - powiedziała, wskazując jeden z nich.
Nie chciałam go dotykać.
- Zawsze go tam masz?
- W szufladzie w kuchni.
- Kto ma do niej dostęp?
- Ja.
- Tylko ty?
- Alicja...
- Tylko ty?
Zacisnęła usta.
- I Bartek, kiedy jest w domu.
Bartek był jej dwudziestotrzyletnim synem. Studiował we Wrocławiu, wracał nieregularnie, zwykle w weekendy i święta. Ostatni raz widziałam go chyba pod koniec sierpnia, kiedy pomagał Magdzie wnosić nową komodę.
- Bartek jest teraz w Łodzi?
- Nie. We Wrocławiu.
- Jesteś pewna?
- Rozmawiałam z nim rano.
- To nie jest odpowiedź.
- Jestem pewna, że studiuje we Wrocławiu. Nie śledzę go przez GPS.
- Zna mój kod alarmu?
Magda pobladła.
Milczenie wystarczyło.
- Magda.
- Kiedyś go słyszał.
- Co znaczy "kiedyś"?
- W czerwcu. Byłaś w Krakowie na konferencji. Włączył ci się alarm.
Pamiętałam.
Czujka w salonie zgłosiła ruch o drugiej w nocy. Firma ochroniarska zadzwoniła do mnie, a ja zadzwoniłam do Magdy. Okazało się, że dekoracyjna gałąź stojąca w wysokim wazonie przewróciła się przed czujką, prawdopodobnie przez przeciąg z uchylonego okna.
- Bartek pojechał z tobą?
- Był akurat u mnie. Bałam się wejść sama.
- I podałaś mu kod?
- Stał obok, kiedy rozbrajałam.
- Cztery miesiące temu.
- Ala, nie wiem, czy w ogóle patrzył.
Chciałam odpowiedzieć, ale z piętra dobiegł głos policjanta.
- Pani Alicjo?
Weszłam na górę.
Wrona stał na rozkładanej drabince pod prostokątnym włazem prowadzącym na strych. Klapa była odsunięta na bok.
- Kiedy była pani tam ostatnio?
- Nigdy. Firma od wentylacji chyba wiosną.
- Ten właz ma zamek?
- Nie.
- Alarm go obejmuje?
- Nie.
Spojrzał w ciemność ponad sobą.
- Ma pani latarkę?
Kałuża wyjęła własną.
Strych był niski, w większości niewykończony, z izolacją między belkami i przewodami prowadzonymi pod dachem. Policjant wszedł wyżej, znikając do połowy.
Po minucie zszedł.
- Nic oczywistego. Nie widzę śladów, żeby ktoś tędy wchodził. Zresztą nie ma prostego wyjścia na zewnątrz.
- "Prostego"?
- Jest część wspólna konstrukcji dachu z drugim segmentem, ale wygląda na oddzieloną płytą.
Spojrzałam przez ścianę.
Za nią był dom Magdy.
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
Potem Kałuża zapytała:
- Kto budował te domy?
- Firma deweloperska. Osiem lat temu.
- Ma pani plany?
- W dokumentach.
Szuflada w sypialni.
Ta, którą ktoś specjalnie otworzył do zdjęcia.
Zeszłam na dół i wyjęłam akt oraz teczkę techniczną. Rzut domu był złożony na cztery części. Rozłożyliśmy go na stole w jadalni.
Wrona wskazał palcem ścianę między segmentami.
- Tutaj powinno być rozdzielenie.
- I jest - powiedziałam.
- Powinno. Na projekcie.
- Przecież nie zbudowali tajnego przejścia między domami.
Powiedziałam to półżartem.
Nikt się nie uśmiechnął.
Kałuża wróciła do wiadomości.
- Proszę spojrzeć na pierwsze zdjęcie jeszcze raz.
Powiększyła fotografię przedpokoju.
- Na lustrze.
Dopiero za trzecim razem zobaczyłam.
W odbiciu widoczny był fragment schodów. Na ścianie nad nimi wisiała drewniana ramka.
Powinna zawierać nasze stare rodzinne zdjęcie z Mazur.
Na fotografii z wiadomości ramka wisiała krzywo.
Teraz była prosta.
Nie zauważyłam tego wcześniej.
Podeszłam do niej.
- Nie dotykać - powiedziała Kałuża.
Stanęłam.
Za ramką znajdował się mały okrągły otwór po kołku, którego używaliśmy wcześniej do innego obrazu. Nic więcej.
Przynajmniej niczego nie widziałam.
- Kiedy zdjęcie zostało wykonane? - zapytała policjantka.
- Według wiadomości dziś.
- Nie. Pytam, czy potrafi pani to potwierdzić po zawartości domu.
Przyjrzałam się uważniej.
Bluza Franka na ławce.
Zostawił ją rano.
Torba papierowa obok szafki.
Kupiłam w niej pieczywo poprzedniego wieczoru i nie zdążyłam wyrzucić.
- Dzisiaj - powiedziałam. - Musiało być dzisiaj.
Mój telefon zadzwonił.
Michał.
Przez kilka sekund rozważałam, czy nie odrzucić połączenia. Potem przypomniałam sobie, że Franek siedzi w sekretariacie.
- Cześć.
- Franek mówi, że zabroniłaś mu wychodzić ze szkoły. Co się dzieje?
- Możesz po niego pojechać?
- Jestem piętnaście minut od niego. Ale powiesz mi, dlaczego?
Spojrzałam na policjantów.
- Ktoś był w domu.
Cisza.
- Włamanie?
- Nie wiem.
- Co znaczy "nie wiesz"?
- Ktoś robił zdjęcia w środku i mi je wysłał.
Michał przestał zadawać pytania.
To było do niego niepodobne.
- Jadę po Franka - powiedział.
- Przywieź go do mnie.
- Nie.
- Michał.
- Jeśli ktoś wszedł do twojego domu i nie wiesz kto, to Franek nie będzie tam dziś nocował.
- Jest policja.
- Tym bardziej.
- Przywieź go. Ustalimy, co dalej.
Rozłączył się bez odpowiedzi.
Kiedy opuściłam telefon, zauważyłam, że Magda obserwuje mnie z drugiego końca salonu.
- Michał? - zapytała.
Skinęłam głową.
- On nadal ma dostęp do aplikacji alarmu?
- Nie.
- Jesteś pewna?
- Usunęłam jego konto.
- Ale instalował to z tobą.
- Magda.
Uniósłszy ręce, wycofała się o krok.
- Niczego nie sugeruję.
- Właśnie zasugerowałaś.
- Bo ty od piętnastu minut pytasz mnie i mojego syna, jakbyśmy byli podejrzani.
Nie odpowiedziałam.
Miała rację.
To wcale nie znaczyło, że miałam przestać pytać.
Policjanci spisali jej dane. Poprosili o pokazanie klucza, a potem o zachowanie go bez używania. Kałuża powiedziała mi, żebym skontaktowała się z firmą alarmową i poprosiła o pełny log zdarzeń technicznych, nie tylko historię dostępną dla użytkownika. Zaleciła również wymianę wkładki, dezaktywację wszystkich kodów oraz sprawdzenie listy urządzeń zalogowanych do aplikacji.
- Dziś? - zapytałam.
- Im szybciej, tym lepiej.
Zadzwoniłam do firmy obsługującej system.
Po dwunastu minutach słuchania muzyki odezwał się konsultant. Przeszedł ze mną przez weryfikację, a potem potwierdził, że od 7:41 system nie został rozbrojony.
- Czyli nikt nie wszedł? - zapytałam.
- Tego nie powiedziałem.
- To co pan powiedział?
- Że centrala nie zarejestrowała rozbrojenia.
- A czujniki?
Usłyszałam stukanie klawiatury.
- Ruch parter, kuchnia, salon, wejście - brak aktywacji po uzbrojeniu.
- Piętro?
- Korytarz na piętrze też jest czujka?
- Tak.
Znów stukanie.
- Brak.
Kałuża obserwowała moją twarz.
- Czy ktoś może wejść do systemu w trybie serwisowym? - zapytałam.
Konsultant zawahał się.
- Technicznie mogą występować połączenia serwisowe, ale to nie jest rozbrojenie alarmu.
- Było dziś takie połączenie?
Dłuższa cisza.
- Widzę sesję diagnostyczną.
Przestałam oddychać.
- O której?
- Czternaście dwanaście.
Spojrzałam na pierwsze zdjęcie.
14:17.
- Kto ją uruchomił?
- Nie mam tutaj danych operatora.
- Kto ma?
- Dział techniczny.
- Po co ktoś łączył się z moim alarmem o czternastej dwanaście?
- Nie mam opisu zgłoszenia.
- Bo niczego nie zgłaszałam.
- Rozumiem.
- Więc kto się połączył?
- Pani Alicjo, na tym poziomie dostępu naprawdę tego nie widzę.
Kałuża wyciągnęła rękę. Włączyłam głośnik.
- Policja - powiedziała. - Proszę zabezpieczyć pełne logi tej sesji. Funkcjonariusze skontaktują się z państwa firmą oficjalnym trybem.
Głos konsultanta natychmiast stracił rutynową miękkość.
- Oczywiście.
- I proszę niczego nie resetować - dodała.
Po rozmowie nikt przez chwilę się nie odzywał.
Magda jako pierwsza przerwała ciszę.
- Kto instalował ci alarm?
Spojrzałam na panel przy wejściu.
- Ten sam człowiek co u ciebie.
- Radecki?
Nazwisko przywołało twarz. Wysoki, chudy mężczyzna około czterdziestki, zawsze z podwiniętymi rękawami koszuli, nawet zimą. Sebastian Radecki. Pracował jako zewnętrzny instalator firmy, którą polecił deweloper całemu osiedlu.
- Tak.
- Nadal tam pracuje?
- Nie wiem.
Magda wyjęła telefon.
- Ja wiem.
Spojrzała na mnie.
- Widziałam go tutaj trzy tygodnie temu.
- Gdzie?
- Na osiedlu.
- U kogo?
- Nie mam pojęcia. Stał samochodem przy końcu ulicy.
Kałuża zapisała nazwisko.
Kiedy policjanci wyszli, zaczynało się ściemniać.
Magda stała przy furtce.
- Mogę zostać z tobą.
- Nie.
- Alicja...
- Dzisiaj nie.
Zabolało ją to. Widziałam.
Ale nie potrafiłam udawać, że wszystko pomiędzy nami jest takie jak rano.
Michał przyjechał z Frankiem o siedemnastej trzydzieści osiem.
Franek wbiegł do domu pierwszy i natychmiast mnie przytulił.
Michał wszedł wolniej.
Rozejrzał się po salonie, po panelu alarmu, po oknach.
- Pakuj mu rzeczy - powiedział.
- Najpierw porozmawiamy.
- Nie. Najpierw go stąd zabieram.
Franek odsunął się ode mnie.
- Kto tu był?
Popatrzyliśmy z Michałem na siebie.
- Jeszcze nie wiemy - powiedziałam.
- Ukradli coś?
- Nie.
- To po co weszli?
To było najprostsze pytanie tego dnia.
Nie znałam odpowiedzi.
Franek spojrzał na telefon.
- Magda jednak do mnie nie pisała.
- Skąd wiesz?
Wyciągnął urządzenie.
- Bo wiadomość zniknęła.
Wzięłam telefon.
Rozmowa z Magdą kończyła się na żabie sprzed dwóch dni.
Dokładnie tak samo jak na jej urządzeniu.
- Widziałeś ją? - zapytałam. - Tę wiadomość?
- No tak.
- Przeczytałeś?
- "Mogę cię dziś odebrać, mama wróci później". Coś takiego.
- Na pewno od Magdy?
- Miała jej zdjęcie i jej imię.
Michał podszedł bliżej.
- Pokaż.
Podałam mu telefon.
- To może być spoofing - powiedział.
Spojrzałam na niego.
- Skąd wiesz?
Wzruszył ramionami.
- Nie trzeba być hakerem, żeby podszyć się pod numer.
- Wiadomość pojawiła się w jej istniejącej rozmowie.
Przestał patrzeć na ekran.
- To gorzej.
- Dlaczego?
Oddał telefon Frankowi.
- Bo jeśli naprawdę była w tym samym wątku, ktoś nie tylko zna numer Magdy. Wie, że ze sobą piszą.
W salonie zrobiło się cicho.
Franek spojrzał na mnie.
- Mamo?
- Tak?
- A skąd ten ktoś wie, że Magda ma klucz?
Nie odpowiedziałam.
Bo w tej samej chwili uświadomiłam sobie coś jeszcze.
W żadnej z otrzymanych wiadomości nie było słowa o kluczu.
Ani o Magdzie.
To ja połączyłam te rzeczy.
Ktoś nie musiał wiedzieć, że podejrzewam sąsiadkę.
Wystarczyło, że chciał, żebym zaczęła podejrzewać każdego, kto mógł wejść.
Mój telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Nie było zdjęcia.
Tylko pięć słów.
DOBRZE. ZACZYNASZ PATRZEĆ WŁAŚCIWIE.
Rozdział 2 - Dziewiętnaście minut - Sąsiadka zna mój alarm - Powierzyła jej klucz. Teraz ktoś fotografuje jej dom od środka.Rozdział 2 - Dziewiętnaście minutMichał przeczytał wiadomość dwa razy.
Za pierwszym razem miał twarz człowieka, który szuka logicznego wyjaśnienia. Za drugim takiego, który właśnie zrozumiał, że logika nie musi być pocieszająca.
- Pakujesz Franka - powiedział.
- Przestań wydawać mi polecenia.
- Alicja, ktoś obserwuje dom.
- Wiem.
- Wie, co robisz.
- Wiem.
- I prawdopodobnie wie, że Franek jest tutaj.
Syn siedział na schodach kilka metrów od nas. Udawał, że ogląda coś w telefonie, ale ekran dawno wygasł.
- Nie przy nim - powiedziałam ciszej.
Michał zacisnął szczękę.
- To tym bardziej go zabieram.
Tym razem nie protestowałam.
Przez pół godziny pakowałam rzeczy Franka, próbując zachowywać się tak, jakbym szykowała go na zwykły weekend u ojca. Piżama, bluza, ładowarka, podręcznik do matematyki, inhalator, którego prawie nie używał, ale który zawsze nosiliśmy jesienią. Franek chodził za mną.
- Ty też jedziesz?
- Nie.
- Czemu?
- Muszę tu zostać.
- Po co?
Nie znalazłam wystarczająco dobrego kłamstwa.
- Policja może jeszcze czegoś potrzebować.
- Możesz spać u taty.
- Mogę.
- To dlaczego nie chcesz?
Złożyłam jego koszulkę i włożyłam ją do torby.
Bo ktoś chciał mnie przestraszyć.
Bo jeśli teraz wyjdę i nie wrócę, każda kolejna wiadomość będzie decydowała, gdzie śpię, z kim rozmawiam i komu ufam.
Nie mogłam tego powiedzieć jedenastolatkowi.
- Bo to mój dom - odpowiedziałam.
Franek patrzył na mnie przez chwilę, po czym kiwnął głową, jakby ta odpowiedź miała większy sens niż wszystkie możliwe wyjaśnienia.
Przy drzwiach uściskał mnie dłużej niż zwykle.
- Zadzwoń przed snem.
- Zadzwonię.
- I nie wchodź na strych.
Prawie się uśmiechnęłam.
- Dobrze.
- Serio.
- Serio.
Michał usłyszał.
- Nie powinno cię tu być samej.
- Jeśli coś się stanie, zadzwonię.
- Do mnie?
- Na policję.
- Oczywiście.
Nie odpowiedziałam.
Wychodząc, zatrzymał się jeszcze przy panelu alarmu.
- Mogę go zobaczyć?
- Po co?
- Chcę sprawdzić ustawienia.
- Policja powiedziała, żeby niczego nie resetować.
- Nie muszę resetować.
- Nie.
Spojrzał na mnie.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Po siedmiu latach małżeństwa nagle podejrzewasz mnie o włamanie?
- Nie powiedziałam tego.
- Nie musisz.
Franek stał już przy samochodzie.
- Jedź - powiedziałam.
Michał wyszedł.
Zamknęłam drzwi.
Przekręciłam zamek mechaniczny, chociaż wcześniej prawie nigdy tego nie robiłam, bo elektroniczny rygiel blokował drzwi automatycznie.
Potem stałam w przedpokoju i słuchałam domu.
Gdy mieszkaliśmy tu we troje, cisza nigdy nie wydawała mi się pełna. Ktoś zawsze przesuwał krzesło, odkręcał wodę, otwierał szafkę albo zostawiał włączony telewizor w pomieszczeniu, w którym od kwadransa nikogo nie było. Po rozwodzie nauczyłam się innej ciszy - takiej, która miała własną strukturę. Lodówka. Wentylacja. Drewno pracujące w schodach. Odległy szum samochodów.
Tego wieczoru każdy dźwięk brzmiał jak wyjątek.
Zadzwoniłam do ślusarza.
Przyjechał po dziewiętnastej. Starszy mężczyzna o rękach pokrytych drobnymi bliznami obejrzał wkładkę, zapytał, czy zgubiłam klucz, a kiedy powiedziałam, że nie, nie drążył tematu. Wymienił zamek na nowy i dał mi pięć zapieczętowanych kluczy.
Jeden położyłam na kuchennym blacie.
Pozostałe schowałam do torebki.
Magdzie nie zaniosłam żadnego.
Następnie zmieniłam kod alarmu.
System pozwalał mieć osobne kody użytkowników. Mój. Franka. Serwisowy. Tymczasowy.
Usunęłam wszystkie poza swoim.
Kod serwisowy widniał jako nieaktywny.
Przez moment wpatrywałam się w słowo "SERWIS", przypominając sobie sesję diagnostyczną z 14:12.
Kliknęłam szczegóły.
Brak dostępu.
"Informacja dostępna dla administratora systemu".
Administratorem powinnam być ja.
Najwyraźniej nie takim administratorem.
Zrobiłam zdjęcie ekranu drugim telefonem Franka, który został w domu po ostatniej wymianie urządzenia. Nie chciałam generować żadnych zmian w aplikacji poza tymi koniecznymi.
Potem usiadłam przy stole i otworzyłam laptop.
Nazwisko Sebastian Radecki dało kilkadziesiąt wyników. Profile społecznościowe, stary wpis w katalogu instalatorów, jednoosobowa działalność, która już nie istniała, zdjęcie z lokalnej konferencji o inteligentnych budynkach.
Był dokładnie taki, jak go pamiętałam.
Pociągła twarz. Krótkie ciemne włosy. Wysokie czoło.
Na zdjęciu sprzed sześciu lat stał obok stoiska firmy, która instalowała mój alarm.
Kliknęłam profil zawodowy.
Nie pracował tam od dwóch lat.
Obecnie prowadził działalność konsultingową z zakresu automatyki budynkowej.
Nie było niczego, co tłumaczyłoby, dlaczego trzy tygodnie wcześniej stał samochodem na mojej ulicy.
Napisałam jego nazwisko do aspirant Kałuży, korzystając z numeru, który zostawiła.
Odpowiedziała po kilku minutach.
"Dziękuję. Proszę się z nim samodzielnie nie kontaktować".
Nie zamierzałam.
Przynajmniej wtedy tak myślałam.
O dwudziestej zadzwonił Franek. Leżał już w łóżku u Michała. Pokazał mi przez kamerę pokój, który urządził mu ojciec po rozwodzie. Dwa plakaty, półka z klockami, lampka w kształcie rakiety.
- Zamknęłaś drzwi?
- Tak.
- Nowym zamkiem?
- Tak.
- A alarm?
- Zmieniony kod.
- To teraz nikt nie wejdzie.
Powiedział to z taką pewnością, że nie byłam w stanie jej odebrać.
- Dokładnie.
Michał pojawił się w tle.
- Daj mamę.
Franek przewrócił oczami i wyszedł.
- Co ustaliła policja? - zapytał Michał.
- Na razie nic więcej.
- Zostajesz sama?
- Tak.
- To głupie.
- Wiem, co myślisz.
- Nie, chyba nie wiesz. U mnie jest wolny pokój. Możesz zamknąć się na trzy zamki, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej.
- Nie chodzi o zamki.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Powiedział ci coś jeszcze?
- Kto?
- Ten, kto wysyła wiadomości.
- Nie.
Nie wspomniałam o "DOBRZE. ZACZYNASZ PATRZEĆ WŁAŚCIWIE".
Nie wiedziałam, dlaczego.
Może dlatego, że wiadomość wydawała się skierowana tylko do mnie. Jak nagroda od nauczyciela, który obserwował wykonywane ćwiczenie.
- Jutro rano przyjadę - powiedział Michał.
- Nie musisz.
- Nie pytałem.
- Dobranoc.
Rozłączyłam się.
Pierwszy raz od kilku godzin spojrzałam w stronę domu Magdy.
W salonie paliło się światło.
Jej samochód stał na podjeździe.
Przez firankę widziałam ruch.
Mogłam pójść tam i zapytać o Bartka, o Radeckiego, o wszystko, czego wcześniej nie chciała mi powiedzieć.
Zamiast tego zgasiłam światło w kuchni.
Nie dlatego, że się bałam.
Przynajmniej tak sobie tłumaczyłam.
O dwudziestej pierwszej siedemnaście ktoś zapukał.
Zamarłam.
Nie zadzwonił dzwonkiem.
Trzy krótkie uderzenia.
Podeszłam do ekranu wideodomofonu.
Magda.
Odetchnęłam i natychmiast zirytowałam się na siebie za ulgę.
Otworzyłam drzwi, zostawiając łańcuch.
Magda spojrzała na niego.
- Serio?
- Czego chcesz?
- Sprawdziłam kamerę.
- Jaką?
- Moją przy furtce.
Otworzyłam drzwi szerzej.
- Wejdź.
Nie zdjęła butów.
Położyła telefon na stole i uruchomiła aplikację. Kamera obejmowała jej podjazd, mój fragment ogrodzenia i część ulicy. Nie widziała moich drzwi wejściowych, ale każdy, kto szedł od strony głównej ulicy do mojego domu, musiałby znaleźć się przynajmniej przez chwilę w kadrze.
- Cofnęłam do trzynastej - powiedziała. - Wszystko jest normalnie.
Przesuwała nagranie.
Kurier.
Starszy mężczyzna z psem.
Dwie dziewczynki na hulajnogach.
Samochód dostawczy.
O 14:06 Magda sama pojawiła się w kadrze, wracając z zakupów.
- Widzisz? - powiedziała. - Przyjechałam wtedy.
O 14:09 weszła do domu.
Nagranie trwało jeszcze trzy minuty.
Potem ekran zrobił się czarny.
- Co to?
- Kamera straciła połączenie.
Na osi czasu widniała przerwa.
14:12 - 14:31.
Dziewiętnaście minut.
Pierwsze zdjęcie wysłano o 14:21, ale na jego ekranie widniała godzina wykonania 14:17.
- Dokładnie wtedy - powiedziałam.
- Wiem.
- Internet ci padł?
- Nie. Pracował telewizor. Byłam na wideorozmowie z Bartkiem.
- Masz nagranie z innych kamer?
- Tylko ta.
- Dlaczego się wyłączyła?
- Nie wiem.
Wzięłam telefon.
- Pokaż ustawienia.
- Sprawdzałam. Restart urządzenia.
- Kto go zrobił?
- Aplikacja nie podaje.
Spojrzałyśmy na siebie.
- Jaki masz system? - zapytałam.
Powiedziała nazwę.
Nie tę samą co ja.
- Kto go instalował?
Magda zamknęła oczy.
Nie musiała odpowiadać.
- Radecki - powiedziałam.
- Cztery lata temu.
- I nadal ma dostęp?
- Nie powinien.
- To samo myślałam o swoim alarmie.
Usiadłyśmy.
Po raz pierwszy tego dnia poczułam, że Magda nie stoi po drugiej stronie pytania.
Stała dokładnie obok mnie.
- Powiedz mi wszystko, czego nie powiedziałaś policji - poprosiłam.
- Powiedziałam wszystko.
- Nie.
- Alicja...
- Widziałaś go trzy tygodnie temu i dopiero dziś o tym wspomniałaś.
- Bo wcześniej nie miało to znaczenia.
- Co jeszcze nie miało znaczenia?
Przetarła dłonią twarz.
- Radecki dzwonił do mnie w zeszłym miesiącu.
- Po co?
- Pytał o system.
- Jaki system?
- Alarm. Kamery. Czy wszystko działa.
- Dlaczego dzwonił?
- Powiedział, że robi audyt starych instalacji.
- Dla firmy, w której nie pracuje od dwóch lat?
Magda spojrzała na mnie gwałtownie.
- Skąd wiesz, że nie pracuje?
- Sprawdziłam.
Milczała.
- I co mu powiedziałaś?
- Że wszystko działa.
- Pytał o mnie?
Za długo się zastanawiała.
- Magda.
- Zapytał, czy nadal mieszkasz sama.
Poczułam, jak coś zimnego przechodzi mi po plecach.
- Dokładnie tak?
- Zapytał, czy Michał wrócił. Powiedziałam, że nie.
- Dlaczego w ogóle z nim rozmawiałaś?
- Bo znałam go. Instalował nam systemy. Nie brzmiało to dziwnie.
- A teraz?
- Teraz brzmi.
Wstałam.
- Musimy powiedzieć policji.
- Wiem.
Zrobiłam zdjęcia osi czasu z jej kamery. Magda przesłała mi także zapis rozmowy telefonicznej. Numer, z którego dzwonił Radecki, zgadzał się z numerem podanym na jego stronie internetowej.
To było zbyt proste.
Tak proste, że aż niewygodne.
Człowiek z dostępem technicznym do systemów.
Człowiek znający osiedle.
Człowiek, który pytał, czy mieszkam sama.
Człowiek widziany niedawno na ulicy.
- Czemu miałby to robić? - zapytałam.
Magda wzruszyła ramionami.
- Może chodzi o pieniądze.
- Nic nie ukradł.
- Może jeszcze nie.
- Otworzył szufladę z gotówką. Zostawił pieniądze.
- To może nie chodzić o kradzież.
Właśnie tego bałam się bardziej.
Zadzwoniłam do Kałuży. Opowiedziałam jej o telefonie Radeckiego i przerwie w nagraniu. Poprosiła, żeby Magda zabezpieczyła zapis i niczego nie nadpisywała.
- Czy to znaczy, że mamy podejrzanego? - zapytałam.
- To znaczy, że mamy osobę, z którą trzeba porozmawiać.
- Zadzwonicie do niego?
- Pani Alicjo, nie będę omawiała czynności przez telefon.
Nie było w tym nieuprzejmości. Tylko granica.
Po rozmowie Magda wciąż siedziała przy stole.
- Chcesz, żebym została?
Spojrzałam na nią.
Kilka godzin wcześniej nie chciałam jej wpuścić do domu.
Teraz miałam nagranie pokazujące, że w chwili wykonania pierwszego zdjęcia jej kamera przestała działać.
To ją oczyszczało.
Albo robiło coś dokładnie odwrotnego.
- Nie - powiedziałam.
Tym razem nie nalegała.
Przy drzwiach zatrzymała się.
- Ala?
- Tak?
- Bartek przyjeżdża jutro.
- Myślałam, że jest we Wrocławiu.
- Jest. Ale poprosiłam, żeby przyjechał.
- Po co?
- Chcę go zapytać o klucz.
Nie wiedziałam, czy powinnam czuć ulgę.
- Dobrze.
Magda wyszła.
Zamknęłam nowy zamek.
Przez następną godzinę nic się nie wydarzyło.
O dwudziestej trzeciej dziesięć byłam w sypialni. Nie chciałam tam spać, ale jeszcze bardziej nie chciałam, by zdjęcie pustego łóżka wypędziło mnie z własnego pokoju.
Sprawdziłam szufladę.
Wszystko było na miejscu.
Paszport.
Dokumenty.
Koperta.
Pendrive.
Wyjęłam go.
Nie pamiętałam, co na nim było.
Podłączyłam go do laptopa.
Kilka starych plików podatkowych, zdjęcia dokumentów, kopia umowy kredytowej. Ostatnia modyfikacja sprzed trzech lat.
Nic interesującego.
Odłożyłam pendrive.
Zgasiłam światło.
Leżałam może pięć minut, kiedy usłyszałam cichy trzask.
Nie z dołu.
Z góry.
Usiadłam.
Strych.
Przypomniałam sobie obietnicę daną Frankowi.
"Nie wchodź na strych".
Nie miałam zamiaru wchodzić.
Wzięłam telefon.
Trzask powtórzył się.
Potem coś zaszurało nad sufitem.
Mogła to być kuna.
Drewno.
Wentylacja.
Każdy dom ma dźwięki, których za dnia nie zauważamy.
Wstałam.
W korytarzu na piętrze zapaliło się światło sterowane ruchem.
Zatrzymałam się w drzwiach sypialni.
Czujka mnie wykryła.
Normalne.
Spojrzałam na właz.
Był zamknięty.
Zrobiłam krok.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Serce podeszło mi do gardła.
Otworzyłam wiadomość.
Zdjęcie.
Przez moment nie rozumiałam, na co patrzę.
Potem rozpoznałam własny korytarz.
Schody.
Balustradę.
Drzwi sypialni.
I siebie.
Stałam w nich w granatowej piżamie, z telefonem w dłoni.
Fotograf znajdował się nade mną.
Zdjęcie wykonano z góry, pod kątem, jakby aparat wystawał zza krawędzi otwartego włazu.
Spojrzałam w górę.
Klapa była zamknięta.
Na zdjęciu też.
Nie.
Powiększyłam fotografię.
Kadr nie pochodził ze strychu.
Był z przeciwnej strony korytarza.
Ze ściany.
Z miejsca tuż nad schodami.
Z miejsca, w którym wisiała drewniana ramka ze zdjęciem z Mazur.
Odwróciłam głowę.
Ramka była prosta.
Powoli do niej podeszłam.
Nie dotknęłam.
Przybliżyłam twarz.
W czarnej szczelinie pomiędzy ramą a ścianą zobaczyłam coś, czego nie było tam rano.
Maleńki punkt.
Nie większy niż główka szpilki.
Błysnął.
Raz.
Czerwono.
Cofnęłam się.
Telefon zawibrował ponownie.
Tym razem nie było zdjęcia.
BYŁEM W DOMU WCZEŚNIEJ.
TERAZ NIE MUSZĘ.