Sawant - Marek Rutkowski

Reflow text when sidebars are open.
Mały zegarek na szklanym stoliku jak zwykle zabrzęczał przeszywająco i zawibrował. O tej porze dnia był to wyjątkowo nieprzyjemny dźwięk. James chciał przerwać swoje cierpienia i przestawić alarm o kolejne dziesięć minut, ale jego ręka nie mogła znaleźć tego zbrodniarza. W końcu się udało, ale dodatkowe chwile błogiego spokoju minęły, zanim zdążył się obrócić na drugi bok. Ponowny ryk znienawidzonego budzika uświadomił mu, że na kolejną dawkę snu może liczyć dopiero za kilkanaście godzin.
Przecierając zaspaną twarz, usiadł na łóżku. Poczuł ciepło spoconego ciała leżącej obok żony. Sypiała nago. Mamrocząc coś pod nosem, przekręciła się nerwowo w jego stronę i zakryła sobie głowę poduszką. Patrzył na nią z dumą. Piękna, smukła sylwetka, subtelnie oświetlana przez zaglądające przez okno poranne słońce, wspaniale komponowała się z beżową jedwabną pościelą. Ogarnęło go przyjemne podniecenie, jednak gdy zbliżył się delikatnie do Loreen, ta gwałtownie zakryła kołdrą nagie piersi. Teraz miał obok rulon pomiętej pościeli, z którego wystawały tylko długie blond włosy. Na domiar złego Loreen z lekką irytacją zażądała, żeby dał sobie spokój. Jak zwykle nie mógł liczyć na łóżkowe figle, choć właśnie o tej porze dnia miał na nie największą ochotę.
Dalej ranek potoczył się ustalonym torem. Trochę po omacku, drapiąc się po sterczącym przyrodzeniu, James poczłapał do łazienki. Procedura ustawiania odpowiedniej temperatury w prysznicu dopełniła ceremonii wybudzania. W końcu gorąca woda buchnęła gęstym strumieniem, aby spłynąć jak balsam po jego karku i ramionach. Rozkoszował się nią długo. Ustawił się tak, aby spadała mu prosto na czubek głowy i masowała plecy, a potem ściekała swobodnie, gładząc pośladki. Czekając, aż kabina zupełnie zaparuje, rozmyślał o rozpoczynającym się właśnie dniu.
Wreszcie stanął przed lustrem i zbliżył twarz do tafli, jakby upewniał się, czy to aby na pewno on. Niestety, liczba siwych włosów na jego kruczoczarnej głowie była z każdym dniem większa. Mimo że napiął wszystkie mięśnie i wciągnął brzuch, widok nadal nie był satysfakcjonujący. Szalę irytacji przeważyła wskazówka wagi, dająca do zrozumienia, że pizza, którą zjadł wieczorem, wciąż nie została strawiona.
Po wyjściu z łazienki wypił jeszcze gorącą kawę, przygotowaną w międzyczasie przez Loreen, jak zwykle w pośpiechu połknął śniadanie i - nie pożegnawszy się nawet z dziećmi - wybiegł, by zdążyć na pociąg metra odjeżdżający za trzydzieści minut.
W wagonie zajął to samo miejsce co zwykle, gotowy jak co dzień na oglądanie tych samych twarzy ludzi, zadumanych, zamkniętych we własnych światach, pogrążonych w niedostępnych dla nikogo poza nimi myślach. Każda osoba miała własną historię, własny splot unikatowych doświadczeń. Kule zdarzeń pędziły po osobnych trajektoriach, rzadko tylko odbijając się od siebie. Słyszał w głowie symfonię metalicznych odgłosów, chaotycznych zderzeń, w których dopatrywał się radości, smutku, zadumy lub strachu. To były tysiące podejmowanych decyzji, których konsekwencje właśnie trwały i które oddziaływały na otoczenie.
Jego ulubionym zajęciem było obserwowanie siedzących dookoła niego pasażerów i układanie historii oddających stan emocjonalny, w jakim - jak mu się wydawało - się znajdowali. Jak zwykle fotel naprzeciwko zajął dobrze ubrany biznesmen z co najmniej dwudziestoma pięcioma kilogramami nadwagi. Czytał poranną gazetę finansową. Strużka potu mieniąca się na jego czole wskazywała, że musiał wyjść z domu odrobinę za późno. Tę twarz James znał doskonale: gruba, nalana, dokładnie ogolona; świadczyła o tym, że facet miał naturę pedanta. Złoty zegarek wystający z zapiętego eleganckimi spinkami rękawa dowodził z kolei wysokiej pozycji. Nerwowość, z jaką przeglądał strony z informacjami giełdowymi, pozwalała stwierdzić z niemal całkowitą pewnością, że pracuje jako makler na Wall Street.
Obserwując go, James zastanawiał się, jakie decyzje i plany chowają się pod garniturem za trzy tysiące dolarów. Czy ten obraz sukcesu jest prawdziwy, czy może ów człowiek tak naprawdę jest kompletnie załamany, zakompleksiony, przytłoczony trybem życia, jakie wiedzie?
Na chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały i James odniósł wrażenie, że grubas przejrzał jego myśli. Poczuł się nieswojo, ale udając obojętność, skierował szybko wzrok w inną cześć wagonu.
Po drugiej stronie, w samym kącie, siedział starszy, zgarbiony człowiek. Miejsca obok były wolne, gdyż bijący od niego odór był nie do wytrzymania. Ludzie zerkali na niego z pogardą i wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Staruszek, gdy mu się uważniej przyjrzeć, wyglądał na dużo młodszego niż na pierwszy rzut oka. Lat dodawały mu głębokie bruzdy i plamy na twarzy przysłoniętej natapirowaną brudem i kurzem czupryną, przypominającą dawno nieużywanego mopa. Śmiał się i bełkotał coś do siebie, szczerząc resztki żółtych zębów wystających z bujnej, zaniedbanej brody. Prawdopodobnie nic sobie nie robił z litości i pogardy pasażerów, przyzwyczajony do pełnych odrazy i współczucia spojrzeń.
Czy był szczęśliwy? Szczęśliwszy niż nienagannie ubrany grubas? Co doprowadziło go do tak skrajnej nędzy? Jaki splot decyzji wpłynął na to, że stał się kloszardem, którego dorobek życia składał się z tego, co miał na sobie, i którego podstawowym problemem było zdobycie pożywienia i znalezienie schronienia na noc? James zastanawiał się, czy miała na to wpływ jakaś błaha decyzja w młodości, czy może była to wina otoczenia, w jakim dorastał.
Zerkając to na niego, to na grubego maklera, zadawał sobie pytanie, czy naprawdę coś ich różniło oprócz wyglądu i grubości portfela. Próbował przewidzieć, jakie będą ich kolejne decyzje i jak pokierują swoimi dalszymi losami. Może grubas wykona dzisiaj zły telefon, dokona nietrafnej transakcji i straci wszystko, co ma, powodując diametralną zmianę w życiu swoim i swojej rodziny? Ale równie dobrze biedak może wziąć się w garść i poszukać pracy, a z nią zdobyć szansę, by coś osiągnąć. Który miał więcej do stracenia? Który będzie wygrany, a który przegrany w finalnym rozrachunku? Czyje decyzje miały większy wpływ na otoczenie? Czyja kula pędziła szybciej, aby zderzyć się z inną, powodując nieodwracalne w skutkach zmiany na planszy ludzkich losów?
Głośny pisk hamującego pociągu wyrwał Jamesa z rozmyślań. Trzeba było wysiadać. Mechanicznie, razem z resztą podobnych do siebie pasażerów, wtopił się w ludzki nurt wylewający się na peron zatłoczonej stacji Wall Street. Przypominało mu to układ krwionośny. Czuł się natlenioną krwinką płynącą do serca miasta, aby zasilić je codzienną dawką energii, by dalej mogło tętnić swym rytmem.
Odruchowo skierował się w stronę schodów, które - w ramach porannej gimnastyki - pokonał długimi susami, co cztery stopnie, przeciskając się między co bardziej leniwymi przechodniami. Gdy wyszedł spod ziemi, blask słońca i podmuch świeżego powietrza zmieszanego z harmidrem budzącego się do życia miasta rozproszyły zupełnie jego podziemne myśli na temat kolei życia pociągowych współtowarzyszy. Jego oczom ukazał się las gładkich, monumentalnych wieżowców, wznoszących się wzdłuż ulic dzielnicy finansowej. Z dumą prezentowały nazwy największych firm na świecie. Spojrzał w górę. Budynki były tak wysokie, że wydawały się nie mieć końca, a ich ogrom świadczył o potędze ludzkiego geniuszu. Pomaszerował śmiało w kierunku tego, który zdawał się dominować nad kompanami; jego rozmiary wskazywały, że na tym terytorium ma najwięcej do powiedzenia. Główne wejście gmachu, poprzedzone szerokimi, marmurowymi schodami, przytłaczało powagą i budziło grozę zwykłych przechodniów, patrzących z podziwem i zazdrością na ludzi chowających się za dużymi, obrotowymi drzwiami. Były jak paszcza potwora domagającego się kolejnych porcji świeżego mięsa.
Po czternastu latach pracy budynek nie robił już na Jamesie wrażenia. Mechanicznie skierował się do wejścia i pokonał je, myśląc o czymś zupełnie niezwiązanym z zawodowymi obowiązkami. Zebrany przed windami tłumek przypominał stado pingwinów, które oczekiwały w ciszy na swoją przejażdżkę przeszkloną klatką.
James był jednym z analityków finansowych zajmujących się rynkiem obligacji. Jego podstawowe roczne wynagrodzenie sięgało stu tysięcy dolarów, co plasowało go w grupie osób uznawanych za ludzi sukcesu. Do tego dochodziły różne apanaże, takie jak członkostwo w prestiżowym klubie czy pakiet medyczny w luksusowej klinice.
Pracę zdobył zupełnym przypadkiem. W wieku dwudziestu trzech lat znalazł w metrze portfel należący do - jak się później okazało - jednego z dealerów funduszu inwestycyjnego Harmony Investment. Odnalazł właściciela i oddał cenną zgubę, a poruszony jego uczciwością dealer zaprosił go na rozmowę kwalifikacyjną w swojej firmie. Zaproponowali mu pracę w dziale analiz. Przez lata poznawał tajniki rentowności projektów, zasady wyceny portfeli inwestycyjnych, uczył się poruszania w gąszczu informacji i wyłapywania tych, które prognozują zmiany na rynku. Powolutku piął się po drabinie kariery i pokonywał kolejne progi rynkowego wtajemniczenia.
Miał dwójkę dzieci - sześcioletnią Olivię i starszego o dwa lata syna o imieniu David. Trzy lata temu stwierdzono u niego autyzm. Wtedy jego życie runęło jak domek z kart. Czuł, że zaszła w nim nieodwracalna zmiana, z którą nie umiał sobie poradzić. Jego postrzeganie świata zmieniło się diametralnie. Zamykał się na długie godziny w swoim gabinecie, a noce często spędzał w pokoju syna. Próbował zrozumieć, dlaczego ta tragedia przytrafiła się akurat jemu. Robił wszystko, aby nawiązać z malcem jakikolwiek kontakt, jednak wyglądało na to, że dzieli ich gruby mur, przez który nie potrafi się przebić.
Wszedł do naszpikowanego monitorami open space'u. Pozawieszane były w każdym możliwym miejscu oprócz sufitu. Gwar piszczących urządzeń mieszał się tu z podniesionymi głosami pracowników, tworząc z pozoru chaotyczną mieszankę dźwięków. Za każdym razem, gdy przekraczał próg windy na dwudziestym piątym piętrze, jego zmysły się wyostrzały, a organizm wrzucał wyższy bieg. Puls przyspieszał, jakby próbował dostosować tempo do tego panującego w pomieszczeniu. Hałas dzwoniących telefonów i brzęczących stacji dealingowych, które samym wyglądem odstraszały laików, podnosił poziom adrenaliny w organizmach głodnych sukcesu bankowców. W powietrzu czuć było napięcie i zapach potu.
Tu miksowały się konsekwencje finansowych decyzji podejmowanych na całym świecie, a chciwość codziennie walczyła ze strachem przed stratą. Drobne kredyty, oszczędności i emerytury tworzyły razem strumień pieniędzy inwestowany i obracany przez młodych, niekiedy ledwie dwudziestokilkuletnich chłopaków. Znaleźli się w firmie przez zbieg pewnych zdarzeń i pośrednio, a czasem i bezpośrednio, decydowali o przyszłości finansowej całych pokoleń. Ich decyzje odbijały się na życiu zwykłych ludzi; często od nich zależało, czy kogoś będzie stać na edukację dzieci, spłatę kredytu lub godną starość. Złoci chłopcy, jak ich nazywano, swoimi operacjami wpływali też na globalną gospodarkę, rozgrzewając ją lub pogrążając w recesji.
James nie sądził, żeby pracownicy jego firmy zdawali sobie z tego wszystkiego sprawę. Dla nich liczyły się tylko wykresy i statystyki. Żądza zysku popychała ich czasami do bardzo ryzykownych zachowań. Byli wabieni wizją tłustych bonusów, dających często zabezpieczenie na całe życie. Rozłożenie ryzyka było nierównomierne, a konsekwencje takich działań mogły się okazać katastrofalne. James dobrze rozumiał ten mechanizm.
Po przygotowaniu kawy przecisnął się między półokrągłymi biurkami na swoje miejsce, oddzielone dużymi, plastikowymi szybami od działu tak zwanych rynków wschodzących, gdzie skupiano się głównie na inwestycjach w części Europy Wschodniej i krajach takich jak Meksyk, Brazylia, Chile, Chiny i Indie. Włączył osiem płaskich monitorów, które natychmiast zapełniły się cyframi, wykresami i seriami wiadomości z całego świata. Gdy usiadł, natychmiast poczuł mocne ssanie nikotynowe, spotęgowane łykiem zrobionej na szybko lury. Wiedział już, że znów nie udało mu się rzucić palenia. Resztki wątpliwości co do tej kwestii rozwiał jego dobry przyjaciel, Barry, który - gdy tylko go zobaczył - przybiegł zdyszany i wyrzucił z siebie:
- Siemasz, James, jak forma z rańca? Może szybka fajeczka, co? Można by przywalić w płucko przed otwarciem rynku.
James tylko czekał, aż ktoś zaproponuje mu papierosa, choć nie przyznawał się do tego nawet sobie. Na Barry'ego zawsze mógł liczyć. W myślach obiecał sobie oczywiście, że to ostatni dzień palenia. Pokrzepiony myślą, że ma nałóg pod kontrolą, z czystym sumieniem poszedł z kumplem do palarni na tyłach niemniejszej od boiska hali.
Był to nieduży, przeszklony pokój, w którym słychać było tylko szum wielkich wentylatorów wciągających dym papierosowy. Wystarczyło zamknąć szczelnie przezroczyste drzwi, by odciąć się od hałasu miasta i - jak na niemym filmie - oglądać sylwetki przemykających pracowników biurowca. James zastanawiał się czasami, czy szkodliwości papierosa nie rekompensowała chwila ciszy, którą można było się napawać w tym akwarium.
Po pierwszym głębokim hauście Barry zaczął rozmowę. Wypowiadając kolejne zdania, obserwował, jak z jego ust wylatuje rzadki, niebieskawy dym. James patrzył na przyjaciela i zastanawiał się, czy papieros sprawiał mu taką samą przyjemność jak jemu. I zaraz pojawiały się kolejne pytania. Czy odczucia innych ludzi były podobne jak jego? A może widzieli kolory, czuli smaki, zaspokajali swoje przyjemności zupełnie inaczej? Jeśli tak, to od czego to zależało? Czy bogatemu grubasowi zwyczajna kanapka z bekonem smakowała tak jak bezdomnemu menelowi? Mówimy, że coś jest słodkie, ale czy dla innej osoby jest tak samo słodkie jak dla nas? Czyż kapitalizm nie zawładnął światowym rynkiem właśnie dlatego, że ludzie w tak różny sposób zaspokajali swe podstawowe potrzeby, takie jak odżywianie, sen czy seks?
- Hej, mówię do ciebie! Co się z tobą dzieje?!
James uświadomił sobie, że wargi rozmówcy wciąż się poruszały, ale głos kumpla ledwie pokonywał zaporę z jego myśli. Dopiero gdy Barry krzyknął, wyrwał się z zadumy. Żar papierosa powoli zbliżał się do filtra.
- Przepraszam cię, zamyśliłem się. Co mówiłeś?
Barry się zaśmiał, wyjął paczkę i skierował ją w stronę Jamesa.
- Masz, zapal sobie jeszcze jednego - zachęcił. - Chyba kiepsko spałeś. Pytałem o te obligacje. Jak obstawiasz, pójdą jeszcze w dół? Niezły tam syf mają, chodzą plotki, że Hiszpania pójdzie w ślady Grecji...
- Tak, to prawda. Ale, wiesz, media lubią takie sensacje...
- No wiem, ale nie zmienia to faktu, że mam trochę kupionych papierów na pozycji, zwłaszcza tych cholernych dziesięciolatków. I właśnie nie wiem, czy ich nie sprzedać.
- Tylko co dalej...
- Mógłbym zamiast nich nabyć trochę krótszych, te przynajmniej nie latają w tę i nazad. Strasznie ta zmienność mi się odciska na portfelu. - Barry analizował sytuację, zaciągając się co chwilę.
- A ile tego masz?
- Jakieś półtora miliarda euro.
- Ożeż w mordę, chłopie, to żeś nieźle tego nazbierał. Twoje chłopaki o tym wiedzą?
- Zwariowałeś?! - wzdrygnął się Barry. - Każdy ma oddzielny portfel, tylko ja mam podgląd na całość...
- A góra?
- Góra ma to w dupie, powiem ci. Oczywiście, że wiedzą, ale oni nie odróżnią obligacji od akcji, ich interesuje tylko zysk, James. W zeszłym roku mieliśmy szesnaście i pół miliona zysku na tym konkretnym portfelu, więc wierzą ślepo, że wszystko jest pod kontrolą. Poza tym oni nie pierdną bez konsultacji ze mną, sam wiesz...
- Stary, ale wiesz, co będzie, jak zaczniecie wyprzedawać? Może poczekaj jeszcze trochę. Wkrótce ma się odbyć ta konferencja banków centralnych z całego świata, co to ją zapowiadali od dawna. Mają debatować nad wspólną polityką monetarną, przedstawić program naprawczy i myślę, że jak go klepną, to ceny trochę podejdą. Nie ma co się wyrywać przed szereg. Jak ty się zdecydujesz, to reszta może zrobić to samo. Wiesz, co to oznacza. Ludzie zaczną wychodzić nie tylko z Hiszpanii, ale i z Włoch, Portugalii, nie mówiąc o rynkach wschodzących. Wszystko się zjebie jak domino. Z taką pozycją możecie zrobić niezły bałagan...
- A co mnie tam, kurwa, reszta, trzeba być pierwszym w tym biznesie, James - przerwał mu ostro Barry. - Trzymam to gówno już parę miesięcy, każdy wie, że ma gorącego kartofla w portfelu, ale boją się pokazać jak dużego. Jak sprzedam teraz, to jeszcze mam szansę dostać dobrą cenę, stracę trochę, wiadomo, ale nie ma bólu. James, nie muszę ci mówić, że najważniejsza w tej robocie jest in-for-mac-ja. Kto ma ją pierwszy, ten wygrywa.
- To co zamierzasz?
- Słuchaj... - Barry zbliżył się konspiracyjnie do Jamesa. - Zanim zacznę tę akcję, dam cynk moim brokerom i z futures, i z opcji załaduje się każdy możliwy instrument. Z tą wiedzą mogę zarobić naprawdę niezłą sumkę, jednocześnie pozbywając się cholerstwa.
James aż odskoczył. Żałował, że dał się wciągnąć w tę rozmowę.
- Słuchaj, stary, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co kombinujesz - podniósł ręce w obronnym geście - ale powiem ci, że jak się ktoś o tym dowie, to będziesz miał przesrane. Zdajesz sobie z tego sprawę, nie? Zaraz na głowie będziesz miał komisję. Będą szperać i węszyć. Teraz są bardzo wyczuleni na wszelkiego typu kombinacje. Uważaj, Barry...
- James, nie takie numery się robiło. - Barry machnął niedbale. - Kto nie ryzykuje, ten nie je kawioru, nie? Ty o niczym nie wiesz i jakby co, to nie było rozmowy, okej? - zapytał, po czym poklepał kumpla po ramieniu, zwalniając go z wszelkiej odpowiedzialności. - Mówię ci to wszystko, bo jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać. I musisz mi trochę pomóc. Wiesz, chodzi o te twoje analityczne pierdy, których nigdy nie mogłem ogarnąć.
- Spoko, możesz na mnie liczyć. Daj znać, to zrobię ci symulację twojej pozycji w różnych wariantach stóp procentowych. Będziesz wiedział dokładnie, na czym stoisz i jak to wszystko zabezpieczyć, dobra? - James z ulgą wrócił na znany grunt. Cieszył się, że nie został wciągnięty głębiej w podejrzane transakcje.
- Spoko, stoi. Jak już się uporamy z tym gównem, to może trachniemy w końcu jakiś browarek po robocie, co? Będzie o czym gadać.
- Dobra, ale tylko jeden! Nie tak jak poprzednio. - Pogroził mu palcem James.
-No ba! Dobra, idziemy, bo zaraz się zacznie.
Wrócili szybkim krokiem na halę. Dzień pracy trwał już w najlepsze. Inflacja w Stanach wyszła wyższa, niż oczekiwano, a ceny amerykańskich dziesięcioletnich obligacji spadły, powodując poważne straty w portfelach wielu dealerów. Jamesa całkowicie pochłonął świat cyfr. Czuł się jak nurek schodzący pod wodę, gdzie nie docierał żaden hałas z powierzchni. Słyszał tylko stukot własnej klawiatury, a jego wzrok nie notował niczego poza kolumnami liczb, danych i informacji przesuwających się na ekranach.
Skupił się na analizie obligacji, wyceniał ich rentowność i ryzyko zakupu przy prognozach zmiany stóp procentowych. Cały dzień zajęło mu obliczanie różnego rodzaju współczynników, śledzenie wykresów i pisanie rekomendacji. Im dalej wchodził w gąszcz danych, tym bardziej wątpił, czy to, co robi, w ogóle ma sens. Czasami miał wrażenie, że analityk mógłby równie dobrze spytać ośmiolatka, co kupić, i ubrać to pięknie w liczby i wykresy. Coraz częściej uświadamiał sobie, jak mało przydatne są te wszystkie modele ekonometryczne, które kosztowały bank miliony dolarów rocznie. Zasad rynku nie dało się poznać nawet dzięki najwymyślniejszym algorytmom, bowiem to wypadkowa milionów decyzji poszczególnych konsumentów kierowała przebiegiem tego procesu.
Przed oczami James wciąż miał grubasa i bezdomnego kloszarda, chichoczącego diabolicznie. Pojawiały się też twarze innych towarzyszy podróży metrem, rozmnażały się jak bakterie, aż w końcu utworzyły spory tłum. Gdzieś z tyłu głowy wciąż dźwięczały mu słowa Barry'ego... Wiedział, że jego decyzja może zachwiać rynkiem euroobligacji przy tej wrażliwości, a zważywszy na kryzys światowy, wywołać również efekt lawiny. Wszystkie analizy wymądrzających się w poważnych programach telewizyjnych specjalistów można było o kant dupy potłuc. Decyzja jednego człowieka mogła przekreślić setki godzin pracy ekspertów finansowych.
Z tego powodu James prawie w ogóle nie ufał modelom zatwierdzonym przez bank, wolał polegać na intuicji. Starał się wiązać dane finansowe z zachowaniami konsumentów. Czuł, że rozumie ten mechanizm, że słyszy każdy brzęk odbijającej się kuli i jest w stanie przewidzieć kąt jej odbicia. Rozumiał tę grę każdym zmysłem. Wskaźniki układały mu się w logiczne ciągi, żonglował nimi, tworząc mnóstwo scenariuszy, a potem wybierał najbardziej prawdopodobne.
- Żeż kurwa mać!
Okrzyk dobiegł zza jego pleców. W sekundę jakaś siła wyrwała go z wyobrażonej otchłani ludzkich interakcji. Odwrócił się szybko i natknął wzrokiem na Barry'ego, gapiącego się na wielką plamę kawy na swojej koszuli.
- Co za cholera wymyśliła te plastikowe pokrywki? Koszula za dwieście dolców, w mordę. - Wściekał się, strzepując krople gorącego płynu. - Muszę jechać kupić coś do ubrania. Jak mnie klient takiego zobaczy, to może i da mi kasę, ale na pralnię. Weź tam powiedz, że musiałem wyjść i niedługo będę.
- Nie ma problemu, udanych zakupów - odpowiedział James i okręciwszy się wokół krzesła, powrócił do świata liczb.
Mijała jednak szesnasta, a Barry nie wracał. Dwadzieścia minut później James odebrał telefon.
- Słuchaj, James, kurwa, stary, przepraszam cię, wdepnąłem w taki straszny korek, że nie zdajesz sobie sprawy! - wykrzykiwał Barry. - Jakiś koleś wypadł z jedenastego piętra, chyba samobójstwo, czujesz? Okropna sprawa. No i całe centrum, wyobrażasz sobie, stoi...
James od razu przypomniał sobie grubego biznesmena z metra. Przez chwilę miał przed oczami jego ogromne cielsko pędzące w dół, by roztrzaskać się z hukiem o zaparkowany pod biurowcem samochód, co wywołało szok przechodzących akurat ludzi. Potem leżał i patrzył na niego swoimi świńskimi oczkami. "Miałeś rację, James, to moja wina... Nie chcę już żyć..." - zdawały się szeptać jego sine usta.
- Halo, jesteś tam? - darł się do słuchawki Barry.
James porzucił upiorne obrazy i wrócił do rozmowy.
- Tak, tak... Coś akurat robiłem. Faktycznie, straszna historia!
- Słuchaj, James - kontynuował Barry. - Nie wrócę już do roboty, powiedz chłopakom, żeby jakoś zamknęli dzień i nie robili nic głupiego, okej?
- Jasne, stary, oczywiście. Trzymaj się, no i do jutra.
Dopiero gdy James odłożył telefon, dotarło do niego, że nie za bardzo wiedział, komu miał przekazać słowa przyjaciela. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę jedyną osobą, którą znał w biurze, był Barry. Nie utrzymywał z nikim kontaktu. Jego stanowisko pracy było największe, oddzielone przezroczystymi szybami od reszty, co skutecznie uniemożliwiało integrację. Czuł się jak ryba w akwarium. Ryba, która musiała teraz wyjść ze swojego szklanego pudła i pobyć trochę wśród ludzi, w niesprzyjającym środowisku. Ogarnęła go panika i dopiero kiedy otrzymał od Barry'ego esemesa, że już wszystko załatwił i nie musi sobie niczym zawracać głowy, odetchnął z ulgą.
Mógł zostać w swojej klatce.
Rynek amerykański powoli zwalniał, aby przekazać pałeczkę giełdom w Azji, które właśnie przygotowywały się do startu. Bieg nie ustawał. Kiedy Azja kończyła, na torze rozgrzewała się Europa. Każdy uczestnik spozierał na przeciwnika i gdy jeden przyspieszał, reszta podążała za nim. A kiedy zwalniał, pozostali brali głębszy oddech.
James był wyczerpany. W jego głowie nadal kłębiły się myśli dotyczące rynku, ale powoli zanikały, jak ostatnie promienie słońca.
Od czasu, kiedy dowiedział się o zaburzeniu syna, praca nie dawała mu żadnej satysfakcji, a kontakty z otoczeniem były coraz większym problemem. Jedyną radość czerpał z chwil, w których zamykał się w świecie liczb, jego własnym zakątku wszechświata. Każdy dzień był taki sam jak poprzedni, powtarzał się w rytmie otwierania i zamykania światowych giełd. Tym samym pociągiem wciąż docierał do tych samych przystanków o tych samych godzinach. Zakładał maskę, udawał osobę, którą już nie był, i grał swoją rolę od ósmej trzydzieści do siedemnastej trzydzieści. Wchodził w tyłek ludziom, którym najchętniej dałby w mordę. Lawirował, sprawdzając jedynie, czy ktoś za jego plecami nie próbuje go wygryźć i zająć jego miejsca.
Sam już nie wiedział, kiedy był sobą - w pracy czy poza nią.
Czuł się osaczony, chciał się wyrwać z tej matni, odetchnąć świeżym powietrzem. Zasmakować trochę wolności. Zrobić coś szalonego, wyskoczyć z pędzącego pociągu, spełnić marzenia, które miał za młodu. Chciał cieszyć się życiem i czerpać z niego garściami, jak to robił kiedyś. Jednak rodzina, zobowiązania i wydatki skutecznie odciągały go od marzeń, a zaburzenie dziecka tłumiła wszelką radość. W najśmielszych marzeniach nie oczekiwał, że będzie zarabiał więcej niż pięć tysięcy dolców miesięcznie, nie mówiąc już o własnym domu w niezłej dzielnicy, dobrym samochodzie czy posadzie w największej instytucji finansowej, a mimo to nie czuł się szczęśliwy.
A przecież tyle razy to sobie wyobrażał w młodości. To był cel każdego absolwenta prestiżowej szkoły ekonomicznej. Pochodził z ubogiej rodziny, ledwo wiążącej koniec z końcem. Ojciec wydał ostatnie pieniądze, żeby zaspokoić swoje niezrealizowane ambicje i wysłać go na studia. Zawsze mówił mu, że chce dla niego innego życia, James wiedział jednak, że tak naprawdę liczył, że syn osiągnie to, co jemu się nie udało. Z podziwem patrzył na ludzi w eleganckich garniturach. Parkowali swoje luksusowe samochody za paręset tysięcy dolarów, ciągle się dokądś spieszyli, nie rozstawali się z komórkami. Załatwiali skomplikowane wielomilionowe kontrakty. Strasznie mu to imponowało. Nie liczył, że kiedykolwiek będzie jednym z nich, ale nikt nie zabronił mu o tym marzyć.
Gdy wyszedł z budynku, na powrót pochłonął go układ krwionośny miasta. Teraz krew płynęła w drugą stronę.
W metrze znów zajął swoje stałe miejsce. Należało do niego od wielu lat. Rozejrzał się i zobaczył znajome twarze, ludzi, których spotykał codziennie, a o których niemal nic nie wiedział. Coś jednak mu nie pasowało... Jedno miejsce było puste. Miejsce grubasa. Współtowarzysze również musieli dostrzec tę anomalię. Spojrzał kolejno na każdego z nich. W napięciu oczekiwał, że biznesmen z wyraźną nadwagą przybiegnie zdyszany w ostatniej chwili. Gdy pociąg ruszył, miał ochotę niemal krzyknąć do maszynisty, aby poczekał... Zamiast swojego głosu usłyszał jednak chrzęst zamykających się drzwi. Czuł, że ta mała, nieznacząca dla postronnego widza zmiana w układzie pasażerów poruszyła kolejną kulkę na największej planszy.
W końcu dotarł do swojej stacji. Powietrze było przyjemnie ciepłe, więc nie spieszył się do domu. Spacerował spokojną, bogatą dzielnicą przyozdobioną licznymi zagajnikami i równo przyciętymi trawnikami. Ciszę wieczoru zakłócały tylko świerszcze i syk zraszaczy do trawy. Nie było tu wielu piechurów, dzielnica wyglądała jak opuszczona. Niektórzy mieszkańcy uprawiali jogging, ale większość nie wyściubiała nosa z domów i samochodów, które parkowali od razu w garażach. Uciekali przed światem zewnętrznym, by zamknąć się w swoim własnym.
James uwielbiał spacerować. Zapach świeżo skoszonej trawy i wieczornego powietrza bardzo go relaksował. Dotarł właśnie do ładnego klasycznego budynku, otoczonego pięknie przystrzyżonymi tujami, dobrze komponującymi się z kutym ogrodzeniem. Z dużych okien frontowych biło przyjemnie ciepłe światło, szarpane od czasu do czasu cieniami krzątających się po salonie domowników. Skierował się do wejścia.
- Hej, kochanie, jestem! - otworzył drzwi i rzucił w kąt teczkę z papierami.
- Cześć, najdroższy, jak tam ci minął dzionek?
Loreen właśnie kończyła przygotowywać kolację. Obcisły fartuch seksownie podkreślał jej zadbaną sylwetkę.
- Ech, szkoda gadać - westchnął i opadł na krzesło. - Kryzys jest coraz bardziej odczuwalny. Nie wiem, co to będzie. Zaczynamy przejadać nasze oszczędności.
- Och, kochanie, kochanie, nie wiem, ile razy już to słyszałam. - Kobieta podeszła do męża i pieszczotliwie rozczochrała mu włosy. - Jakoś wciąż pracujesz, regularnie jeździmy na wakacje i niczego nam nie brakuje. Nie martw się tak bardzo, czuję, że będzie dobrze, a wiesz, że na kobiecej intuicji można polegać.
- No, niby tak, ale teraz jest inaczej. Coś wisi w powietrzu, mówię ci. A co tam u dzieciaków, były grzeczne?
- W porządku. Olivię dopiero co odebrałam ze szkoły.
- A David? Jak on się czuje? Coś się zmieniło? - zapytał mechanicznie, ale w jego tonie słychać było również nadzieję na to, że odpowiedź tym razem będzie inna niż zwykle.
- Nie, kochanie, niestety. - Loreen westchnęła i zawiesiła wzrok gdzieś w dali. Nie przestawała gładzić włosów Jamesa.
- Cały czas siedzi przed komputerem i pisze te swoje cyferki? - dopytywał.
Kobieta skinęła głową.
- Cholera, już sam nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Tak jakby był podłączony do tego swojego komputera. Ostatnio nawet z nim śpi. Nie da go sobie zabrać. Raz próbowałem, to zaczął przeraźliwie wrzeszczeć. Lekarz niby mówił, że to typowe w jego stanie. Powoli tracę nadzieję, że kiedyś będzie normalny.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze, skarbie. W spektrum autyzmu najważniejsze są cierpliwość i wytrwałość, nie możemy się poddawać.
- Wiem, kochanie, wiem. Ale to takie trudne. Jeszcze gdybym rozumiał te wszystkie jego liczby, równania. Ale to dla mnie kompletnie niepojęte. Wiesz co, Loreen? Czasami myślę, że on chce nam coś powiedzieć. Nie odnosisz takiego wrażenia? Byłem nawet u jednego matematyka, mówiłem ci?
- Tak, kochanie, ale nie widział w tym niczego sensownego - przypomniała Loreen.
- No właśnie... - James westchnął ciężko. - Stwierdził, że jest w tym jakiś porządek, konsultował się nawet z kolegami, ale niestety, nie rozwikłał tej zagadki. Najgorsze, że dotychczas nie było tego typu przypadków na świecie. Przetrząsnąłem chyba cały internet. Były inne. Pamięć absolutna, słuch absolutny, malarski geniusz. Ale nie było jeszcze sawanta, który by tworzył jakieś algorytmy czy wzory matematyczne. I akurat nam się to przytrafiło. Nieodkodowany geniusz... Ale pewnego dnia może los się do nas uśmiechnie. Wierzysz w to? - Spojrzał na żonę szklistymi oczami, szukając pocieszenia.
- Musimy, kochanie, próbować, w końcu będzie jakiś przełom, wierzę w to, naprawdę - odparła prędko. - Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo bym chciała, żeby ten dramat się już zakończył.
- Ja też bym chciał, Loreen, ale to już tyle lat. Powoli zacierają mi się wspomnienia z czasów, jak był niezdiagnozowany - powiedział James cicho i przyciągnął żonę do siebie. Nie chciał, żeby widziała łzy napływające mu do oczu.
Zapach jej perfum sprawił, że żal ustąpił miejsca podnieceniu. Zaczął delikatnie gładzić Loreen po plecach, potem schodzić coraz niżej po biodrach, aż w końcu zatrzymał się na aksamitnych nogach. Loreen nachyliła się i musnęła go delikatnie ustami w okolicach ucha. Dotyk jej warg i gładkość skóry wyczuwana palcami wywołały przyjemny dreszcz. Przycisnął ją mocniej, aż poczuł jędrne piersi przywierające do jego ramienia, i pożądanie wybuchnęło z całą mocą. Zachęcony jej przyspieszonym oddechem, delikatnie wsunął rękę pod jej majtki, chwycił łapczywie za pośladki i podniósł prędko. Loreen cicho jęknęła, oplotła go swoimi długimi nogami i całowała coraz zachłanniej po szyi, podczas gdy jego palce zacisnęły się na jej pośladkach.
- Stęskniłem się za tobą - wyszeptał, dysząc coraz szybciej.
- Nie gadaj tyle, tylko mnie weź, kochanie.
James nie zamierzał się jej sprzeciwiać. Zaniósł ją na blat kuchenny, nie przestając łapczywie całować. Czuł, jak jej paznokcie raz za razem wbijają mu się w plecy. W końcu zerwał z niej skąpą bluzkę, którą miała pod fartuchem, i sprawnym ruchem rozpiął stanik.
- James, weź mnie, proszę, teraz! Nie wytrzymam! Kochaj się ze mną! - szeptała rozpalona Loreen.
Dłużej nie mógł się powstrzymywać. Rozerwał koszulę, ukazując swój lekko owłosiony tors, a Loreen w tym czasie rozpięła mu pasek. Poczuł, jak jej ciepło ogarnia go całego. Ciszę zakłócał jej rozgorączkowany oddech, przeplatany coraz głośniejszymi jękami. Oboje przyspieszali, pchani falą ekstazy. Wiedzieli, że zbliża się ten upragniony moment. Ostatnie chwile były zupełnie szalone. Runęli na szafkę, zwalając z kuchennego blatu kilka naczyń, które z brzękiem rozsypały się po podłodze. Nie liczyło się już nic, ani dzieci, ani rachunki, ważny był tylko ten jeden moment, trwający sekundy, ale mający niewyobrażalną moc.
Nagle Loreen krzyknęła, a James zesztywniał jak porażony prądem. Czas się dla nich zatrzymał. Zastygli, napawając się błyskiem rozkoszy. Żałowali jedynie, że tak krótko trwał. Chcieli zatrzymać tę chwilę jak najdłużej, ale odeszła w niebyt niepostrzeżenie. Jeszcze przez jakiś czas odpoczywali w swoich objęciach, nie przestając dyszeć.
- Kocham cię - szepnął James, gdy jego oddech się nieco ustabilizował.
- Wiem, James, wiem. Ja ciebie też - odparła równie cicho Loreen i znalazła ustami jego szyję, a potem posklejane włosy. - Musimy tutaj posprzątać, bo nieźle narozrabialiśmy - dodała, zerknąwszy na kubki i garnki walające się po podłodze.
- Oj tak. - Uśmiechnął się. - Mam nadzieję, że nikogo nie obudziliśmy - dodał, po czym wstał i zaczął zbierać naczynia.
Loreen zaraz do niego dołączyła. Powoli wracali do rzeczywistości.
Gdy w kuchni panował już porządek, James poszedł na górę upewnić się, że dzieci nic nie słyszały. Wszedł po cichu do pokoju córeczki. Sześcioletnia piękność o długich, kasztanowych włosach spała słodko, przytulona do pluszowego pieska. Podszedł do niej i pocałował ją w czoło, gładząc jej opadające na pulchną twarzyczkę loki. Była jego skarbem. Dzięki niej było mu łatwiej przetrwać kolejne trudne dni.
Następnie poszedł do Davida. Chłopiec nie spał. Siedział wpatrzony w ekran komputera. Niebieskawe światło rozświetlało młodą, piegowatą twarz, na którą spadały jasne, kręcone włosy. Utkwił wzrok w monitorze zapełnionym rzędami skomplikowanych działań matematycznych. Jego palce skakały rytmicznie po klawiaturze, dodając do wzorów tysiące nowych znaczków. Klawisze wydawały dźwięk przypominający odgłos kropel deszczu uderzających o parapet. Poza tym w pokoju panowała cisza.
David nawet nie drgnął, kiedy James zbliżył się do niego. Można było odnieść wrażenie, że chłopiec został zamknięty w niewidzialnym, hermetycznym pomieszczeniu, do którego nie dochodziły żadne bodźce ze świata zewnętrznego. Był zupełnie pochłonięty swoimi liczbami.
James objął syna, pocałował go w czoło i długo patrzył, jak wpisuje kolejne cyfry i symbole.
- Gdybym wiedział, co siedzi w twojej głowie... - szepnął z westchnieniem i skierował się do drzwi.
Zostawił Davida sam na sam z komputerem i zrezygnowany udał się do sypialni. Loreen kończyła właśnie zmywać makijaż. Popatrzył na nią przelotnie, po czym rozebrał się i wszedł pod prysznic. Potem oboje w milczeniu położyli się do łóżka.
Tej nocy spał jak dziecko. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie prześladowały go przykre myśli i obrazy. Gdy tylko wyłączył nocną lampkę, ciemność, która ogarnęła sypialnię, sprawiła, że zapomniał o męczącym dniu i wszystkich problemach.
Następny dzień zaczął się tak jak setki poprzednich. Wykąpał się, ubrał szybko, potem zjadł pyszną jajecznicę, przygotowaną tym razem przez służącą Milagros, która od dłuższego czasu mieszkała z nimi i pomagała Loreen w prowadzeniu domu, ucałował dzieci i żonę i udał się do wyjścia. W ostatniej chwili zauważył pełne dezaprobaty spojrzenie Loreen.
- James, widziałeś swój krawat? - spytała.
- Co z nim nie tak? - Cofnął się szybko, aby zerknąć w wiszące w przedpokoju duże lustro.
- No, przecież nie możesz tak pójść do pracy. - Loreen wskazała palcem żółty jajeczny zaciek na środku niebieskiego paska materiału.
- Cholera! - syknął. - Rzeczywiście, kiepsko to wygląda. Dzięki, kochanie, dopiero by Barry miał ubaw, gdybym się pokazał z taką plamą. Wczoraj wylał na siebie kawę i od razu pobiegł do sklepu kupić nową koszulę. Ba, nawet do pracy już nie wrócił. Wiesz, jaki on jest pedantyczny...
- Wczoraj? Barry? Ciekawe. Rozmawiałam z jego żoną po południu. Mówiła, że był z klientem na kolacji...
- A nie opowiadała ci o tym zdarzeniu w centrum? Jakiś facet rzucił się z biurowego okna, akurat jak Barry był w pobliżu. Straszna sprawa, na pewno będą mówić o tym w wiadomościach. Kolejna ofiara kryzysu - westchnął James.
- Nie, nic mi nie mówiła. Ciekawe, taka historia!
- No, to rzeczywiście dziwne. Lisa lubi sobie chlapnąć kielicha, może po prostu była pod wpływem i miała ciekawsze tematy - zauważył złośliwie James.
Gdy wiązał kolejny krawat, spojrzał jednym okiem na kuchenkę i krzyknął zdziwiony:
- O, cholera! Ten zegarek w mikrofali dobrze chodzi? Już tak późno? Pędzę, kochanie, bo się spóźnię na pociąg.
Podbiegł do Loreen, ucałował ją raz jeszcze i poleciał na stację. Pociąg stał już na peronie. Pognał w jego kierunku, a gdy próbował wyhamować przed krawędzią peronu, poślizgnął się na wypolerowanej posadzce i odbił od zamykających się drzwi. Wszyscy jego "starzy" znajomi obserwowali to przedstawienie, widział ich twarze znikające jedna po drugiej w ciemnym tunelu.
- Kurwa mać! - zaklął siarczyście. - Pieprzony krawat. Barry mnie normalnie zabije, jak nie będzie miał tych analiz zaraz na otwarciu. Niech to szlag...!
Wściekły, powlókł się w stronę ławki. Właśnie miał usiąść, gdy beznamiętny kobiecy głos wydobywający się z olbrzymich mikrofonów ogłosił komunikat: "Z przyczyn technicznych następny pociąg będzie opóźniony o piętnaście minut, za utrudnienia przepraszamy". Pokręcił tylko z rezygnacją głową i rozsiadł się, próbując wymyślić dobrą wymówkę. Rozglądał się niedbale wokół, gdy nagle zobaczył chłopaka z tornistrem na plecach, który ściskał obiema rękami laptopa. James od razu pomyślał o Davidzie. Chłopiec był tak pochłonięty jakąś grą, że James, musiał go pociągnąć do tyłu, gdy pojawił się kolejny pociąg. Dzieciak spojrzał na Jamesa niebieskimi oczami, jakby z pretensją, że mu przeszkodził, a potem ruszył do wagonu.
James usiadł w pociągu obok chłopaka. Nie chciał być wścibski, ale mimowolnie co jakiś czas na niego spoglądał, ciekawy, co robi. Wywnioskował po jakimś czasie, że spisuje swoje postanowienia. Gdy wreszcie śmielej zapuścił żurawia, korzystając z tego, że dzieciak w ogóle nie zwracał uwagi na otoczenie, zobaczył jedno z nich.
"Dzisiaj mam zamiar dostać piątkę z matmy" - napisał. Po chwili pod wpisem pojawiły się gwiazdki i komentarze. James zmrużył oczy, aby odczytać drobny tekst. "Powodzenia, trzymamy kciuki" - brzmiała jedna z odpowiedzi. Wynikało z tego, że chłopak jest na jakiejś stronie internetowej, gdzie ludzie wpisywali swoje plany na najbliższą przyszłość, a inni je oceniali i komentowali. Gdy przyjrzał się bliżej, zrozumiał, że ma to działać motywująco. Ten, kto postanowienia dotrzymał, musiał to udowodnić, dodając na przykład odpowiednie zdjęcie, a w zamian dostawał wirtualne punkty. Ich liczba wskazywała, że chłopakowi udało się zrealizować sporo zamiarów. Oczywiście strona była połączona ze znanymi portalami społecznościowymi, tworząc sieć osób pragnących pochwalić się swoimi decyzjami i oczekujących wsparcia lub uznania.
James w pewnej chwili zobaczył wpis człowieka, który postanowił kupić dom. Pod tekstem widniało zdjęcie zadowolonego czterdziestolatka trzymającego akt własności. Spojrzał na górny pasek. Liczba zalogowanych uczestników wynosiła czterdzieści pięć tysięcy. "Boże, czego ci ludzie nie wymyślą..." - pomyślał ze zdumieniem.
Był spóźniony już o dwadzieścia pięć minut. W jego branży to było dużo Wyobrażając sobie urywające się telefony, wściekłego Barry'ego, ludzi pytających z rosnącą złością, gdzie jest, kilkoma susami pokonał marmurowe schody, podbiegł do windy i wepchnąwszy teczkę pomiędzy zamykające się drzwi, z ulgą dostał się do środka. Od razu poczuł na sobie zirytowane spojrzenia ludzi. Wyglądali na równie zniecierpliwionych jak on.
Dwudzieste drugie, dwudzieste trzecie, dwudzieste czwarte... "Piętro dwudzieste piąte - dział operacji kapitałowych" - oznajmił wreszcie miły, damski głos dobywający się z głośnika. James czekał już tylko na otwarcie windy. Wyskoczył z niej jak oparzony i w jednej chwili znalazł się przy swoim biurku. Rynek już ruszył na dobre, bzyczenie pracowitych pszczółek robiło się coraz głośniejsze.
- No nareszcie, James, co do cholery?! - usłyszał nagle Barry'ego. Mężczyzna już od dłuższego czasu kręcił się nerwowo koło jego biurka.
- Sorry, stary - rozłożył ręce w przepraszającym geście - szkoda gadać, metro mi spieprzyło, a następne było opóźnione. Już zabieram się do roboty, wiem, jak ci zależy na tych analizach.
- Spokojnie, James, trzymamy te papiery - powiedział ugodowo Barry. - Przespałem się z tym i nie ma co panikować. Myślę, że więcej zarobimy, jeżeli jeszcze trochę zostaną u nas. Hiszpanie klepną reformy, zacisną pasa, obniżą stopy procentowe, żeby pobudzić rynek, i cena naszych obligacji pójdzie w górę. Takie jest moje zdanie. Mogę się założyć o stówę, że mam rację - stwierdził pewnie.
- Ale jak to, Barry? Jeszcze wczoraj mówiłeś zupełnie co innego. Skąd ta zmiana?
- A wiesz, podzwoniłem tu i tam, pogadałem z Santanderem, z Goldmanem i paroma innymi graczami. Wszyscy zgodziliśmy się co do tego, że takim ruchem zabilibyśmy rynek i w dłuższej perspektywie byśmy byli stratni. Co nagle, to po diable, jak to mówią. Ogarnij się, rąbnij se kawkę na spokojnie. Dzisiaj będzie nudny dzień. Chodź, zajaramy sobie jednego.
- Kurde, Barry, obiecałem sobie, że od dzisiaj nie będę palił. - James miał niepewną minę.
Barry wybuchnął śmiechem.
- Och, James, James, powtarzasz to codziennie. Trzy dni temu wypowiedziałeś identyczne zdanie, pamiętasz?
- Naprawdę? Cholera, w ogóle tego nie pamiętam...
- Za dużo myślisz, człowieku. Po prostu sobie zajaraj, bez zbędnych komplikacji.
- Okej, poczekaj, tylko zrobię kawę.
Podczas palenia poruszali luźne tematy, niezwiązane bezpośrednio z ich pracą. Barry obgadał połowę lasek z piętra. Zarabiał olbrzymie pieniądze dla firmy i był na szczycie hierarchii. Każdy liczył się z jego zdaniem. Zarządzał największym portfelem inwestycyjnym w funduszu i był jednym z nielicznych treaderów, którzy mieli całkowicie wolną rękę. James podejrzewał, że Barry był ważniejszy niż niejedna osoba na bardziej eksponowanym stanowisku. Z łatwością mógłby przejść do konkurencji, headhunterzy walili do niego drzwiami i oknami, bili się o spotkanie z nim. Nikt nie wiedział, jak to się dzieje, że podejmuje same trafne decyzje. Jedno było oczywiste: myślał zupełnie niestandardowo.
Raz przyszedł do pracy i stwierdził, że trzeba kupić trochę futuresów na indeksy amerykańskie. Powiedział beztrosko, że rozmawiał z jakąś babą w metrze, która okazała się pracownicą salonu samochodowego, i ona zauważyła, że od jakiegoś czasu zwiększyła się liczba osób zainteresowanych posiadaniem własnych czterech kółek. Barry wykombinował, że skoro tak, to zwiększy się popyt na kredyty, a jak ludzie zaczną brać kredyty, to nakręcą koniunkturę. Poprosił wtedy Jamesa o obszerną analizę rynku motoryzacyjnego, szczególnie działalności dużych firm przemysłu samochodowego, i jego przełożenie na ruchy głównych indeksów. Na podstawie przygotowanych materiałów w ciągu pół roku na samych pozycjach futuresowych zarobił dla firmy około sześciu i pół miliona dolarów.
James, zażywszy solidną dawkę nikotyny, wrócił do swojego biurka spokojniejszy. Po raz kolejny obiecał sobie, że musi coś zrobić z tym nałogiem. Nie mógł zapomnieć tego, co powiedział Barry: "Trzy dni temu wypowiedziałeś te same słowa". Trochę go to przeraziło. Zupełnie tego nie pamiętał. Przypomniał mu się chłopak z metra, który wpisywał sobie swoje postanowienia na portalu i udowadniał ich realizację. "Zaraz, zaraz, jak się nazywała ta strona?" - próbował sobie przypomnieć.
Wpisał szybko w wyszukiwarkę kilka haseł i w parę sekund miał listę podobnych portali. Na pierwszej pozycji pojawił się link do strony o nazwie: Shareyourdecisions.com. Wszedł na portal i zaczął go powoli badać. Ku jego zdziwieniu okazał się bardzo popularny. Miał miliony użytkowników, większość w Stanach, co pozwalało mu konkurować z takimi tuzami mediów społecznościowych jak Facebook czy Twitter.
Nie zastanawiając się długo, zarejestrował się. Musiał podać swoje dane i wgrać jakieś zdjęcie, jednak rejestracja była łatwa i szybka. Stronę można było połączyć z innymi portalami, na których użytkownik posiadał konta. James obliczył w myślach, że jedna szósta globu ma gdzieś założone konto i spędza sporą część życia w wirtualnym świecie. A w grupie osób między piętnastym a pięćdziesiątym rokiem życia ten odsetek musiał być dużo większy.
"Miliony terabajtów danych. Kopalnia wiedzy" - pomyślał i w tej samej chwili zrezygnował z pokazania zdjęcia i ujawnienia prawdziwych personaliów. Wybrał pierwszego z brzegu awatara z dostępnego menu i wymyślił nick James37.
Witaj, James37! Jeżeli masz jakieś postanowienia na dzisiaj, podziel się z nami, ocenimy je i będziemy obserwować ich realizację!
Komunikat o tej treści pojawił się na ekranie zaraz po zaakceptowaniu regulaminu portalu. Swoje decyzje mógł przedstawić innym użytkownikom na wiele sposobów. W menu portalu znajdowała się długa lista opcji. Póki co wyświetlał się zestaw tych najwyżej premiowanych.
Pierwsze, co mu przychodziło do głowy, to zerwanie z nałogiem. Tak długo to trwało. Wiedział, że jeśli ogłosi w tym miejscu swoje postanowienie, kilkanaście tysięcy ludzi będzie śledzić jego poczynania. I mimo że nikt nie mógłby mu nic udowodnić ani przyłapać go na oszustwie, będzie czuł presję.
- A niech to szlag, co mi tam - mruknął do siebie.
Właśnie wypaliłem ostatniego papierosa.
Wcisnął odpowiedni przycisk i zdanie pojawiło się wśród innych postanowień.
Nie czekał długo. Zaraz pojawiła się lista gratulacji, dobrych rad i wspomnień byłych palaczy. Zebrał trzydzieści trzy punkty za samo podjęcie decyzji. Na kolejne mógł liczyć, jeśli będzie regularnie publikował dowody wytrwania w swoim postanowieniu, najlepiej wyniki badania spirometrem. Portal dawał ponadto możliwość budowania całej sieci postanowień i analizy tego, jak dana decyzja wpłynęła na jego życie lub życie innych.
James spędził tam sporo czasu. Najbardziej zaintrygowała go historia internauty, który postanowił, że będzie oddawał krew - dostał za to pięćdziesiąt cztery punkty. Niestety, badania wykazały, że jest nosicielem wirusa HIV. Zdruzgotany tą informacją postanowił żyć tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Najpierw zrezygnował z pracy, w której się męczył i która nie dawała mu żadnej satysfakcji. Użytkownicy portalu nagrodzili go za tę decyzję sto pięćdziesięcioma dwoma punktami. A gdy oszczędności całego życia przeznaczył na zakup kwiaciarni, w której pracował jako chłopiec, spełniając w ten sposób dziecięce marzenie, zyskał kolejne dwieście pięćdziesiąt trzy punkty. Potem zakochał się w klientce i po roku się z nią ożenił - i już miał na koncie pięćset pięćdziesiąt trzy punkty. Dziewczyna okazała się właścicielką małego sklepu internetowego i jego pasja połączona z jej przedsiębiorczością sprawiły, że po trzech latach stali się właścicielami największego portalu internetowego zajmującego się sprzedażą kwiatów - dziewięć tysięcy pięćset dwadzieścia trzy punkty. Historia zakończyła się tak, że mężczyzna założył fundację pomagającą chorym na AIDS i przeznaczał na jej działalność połowę swoich niemałych dochodów. Na portalu można było poznać losy tych, którzy dzięki jego hojności mogli realizować marzenia pomimo swojej choroby.
Im bardziej James wczytywał się w ludzkie historie zamieszczone na portalu, tym bardziej był nim zafascynowany. Opowieść właściciela kwiaciarni pochłonęła go bez reszty. Informacja o chorobie zadziałała w jego przypadku jak terapia szokowa i sprawiła, że jego życie stało się lepsze i pełniejsze. "Sami decydujemy o własnym życiu. Los tylko nam podpowiada" - pomyślał James.
Chcąc się jak najwięcej dowiedzieć o tym człowieku, James wpisał w wyszukiwarkę nazwę jego firmy: Beautyflower.com. Liczby mówiły wszystko o jego sukcesie. Kapitał firmy: dwadzieścia pięć milionów dolarów; obroty: dwieście pięćdziesiąt milionów rocznie.
Wkrótce firma miała wejść na giełdę.
- Gdyby człowiek dwa lata temu wiedział, że z tej małej osiedlowej firemki wyrośnie taki kolos, to by nieźle na niej zarobił - mruknął do siebie, a zaraz potem pokręcił głową.
Znów przyłapał się na tym, że analizuje świat wokół pod kątem inwestycji, rentowności i stopy zwrotu. Nie potrafił się jednak opanować i zaczął szukać kolejnych informacji na temat firmy. Przyszedł mu do głowy ciekawy i trochę szalony pomysł. "A gdyby tak wykorzystać informacje z portali społecznościowych do analizy?" - pomyślał z satysfakcją.
Liczba punktów uzyskanych na tym konkretnym portalu byłaby miernikiem osiąganych sukcesów, paręset tysięcy konsumentów dawałoby dosyć sporą próbę statystyczną, która mogłaby być w miarę wiarygodnym wskaźnikiem przy analizie nastrojów społecznych.
Z rozmyślań nad tym nowatorskim pomysłem niespodziewanie wyrwał go sygnał telefonu. Dzwoniła Loreen.
- Słuchaj, James, przyjeżdżaj szybko! Z Davidem coś się dzieje! - krzyczała.
- Jak to? Co się dzieje?! - Poderwał się na równe nogi.
- Nie wiem, nagle zaczął się dziwnie zachowywać, macha rękami i bije się w głowę, dostał krwotoku z nosa, a w końcu zemdlał. To było straszne, James! Nie wiem, co robić. Jestem przerażona. Pogotowie jest już w drodze. Możesz przyjechać? Błagam.
- Jasne, Loreen, będę najszybciej, jak się da. Gdzie go zabierają? Wiesz?
- Najprawdopodobniej do kliniki Lincolna na Sto Dwudziestej Piątej. Taką dostałam informację na linii.
- Dobra, to pojadę od razu tam. Czekaj na mnie. Wszystko będzie dobrze.
James prędko odłożył słuchawkę i poszukał wzrokiem Barry'ego. Wisiał na telefonie. Nie zważając na to, że mu przerywa, szarpnął go za ramię i głośno powiedział:
- Barry, przepraszam cię, ale muszę się urwać z roboty do końca dnia. Sprawy rodzinne.
- Co się stało, James? - zapytał Barry, zasłoniwszy słuchawkę ręką.
- Coś z Davidem. Wpadł w szał, nie wiem dokładnie. Pogotowie jest już w drodze.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.