Sawant - Marek Rutkowski

-
Proszę czekać

1

Mały ze­ga­rek na szkla­nym sto­li­ku jak zwy­kle za­brzę­czał prze­szy­wa­ją­co i za­wi­bro­wał. O tej po­rze dnia był to wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ny dźwięk. Ja­mes chciał prze­rwać swo­je cier­pie­nia i prze­sta­wić alarm o ko­lej­ne dzie­sięć mi­nut, ale jego ręka nie mo­gła zna­leźć tego zbrod­nia­rza. W koń­cu się uda­ło, ale do­dat­ko­we chwi­le bło­gie­go spo­ko­ju mi­nę­ły, za­nim zdą­żył się ob­ró­cić na dru­gi bok. Po­now­ny ryk znie­na­wi­dzo­ne­go bu­dzi­ka uświa­do­mił mu, że na ko­lej­ną daw­kę snu może li­czyć do­pie­ro za kil­ka­na­ście go­dzin.

Prze­cie­ra­jąc za­spa­ną twarz, usiadł na łóż­ku. Po­czuł cie­pło spo­co­ne­go cia­ła le­żą­cej obok żony. Sy­pia­ła nago. Mam­ro­cząc coś pod no­sem, prze­krę­ci­ła się ner­wo­wo w jego stro­nę i za­kry­ła so­bie gło­wę po­dusz­ką. Pa­trzył na nią z dumą. Pięk­na, smu­kła syl­wet­ka, sub­tel­nie oświe­tla­na przez za­glą­da­ją­ce przez okno po­ran­ne słoń­ce, wspa­nia­le kom­po­no­wa­ła się z be­żo­wą je­dwab­ną po­ście­lą. Ogar­nę­ło go przy­jem­ne pod­nie­ce­nie, jed­nak gdy zbli­żył się de­li­kat­nie do Lo­re­en, ta gwał­tow­nie za­kry­ła koł­drą na­gie pier­si. Te­raz miał obok ru­lon po­mię­tej po­ście­li, z któ­re­go wy­sta­wa­ły tyl­ko dłu­gie blond wło­sy. Na do­miar złe­go Lo­re­en z lek­ką iry­ta­cją za­żą­da­ła, żeby dał so­bie spo­kój. Jak zwy­kle nie mógł li­czyć na łóż­ko­we fi­gle, choć wła­śnie o tej po­rze dnia miał na nie naj­więk­szą ocho­tę.

Da­lej ra­nek po­to­czył się usta­lo­nym to­rem. Tro­chę po omac­ku, dra­piąc się po ster­czą­cym przy­ro­dze­niu, Ja­mes po­czła­pał do ła­zien­ki. Pro­ce­du­ra usta­wia­nia od­po­wied­niej tem­pe­ra­tu­ry w prysz­ni­cu do­peł­ni­ła ce­re­mo­nii wy­bu­dza­nia. W koń­cu go­rą­ca woda buch­nę­ła gę­stym stru­mie­niem, aby spły­nąć jak bal­sam po jego kar­ku i ra­mio­nach. Roz­ko­szo­wał się nią dłu­go. Usta­wił się tak, aby spa­da­ła mu pro­sto na czu­bek gło­wy i ma­so­wa­ła ple­cy, a po­tem ście­ka­ła swo­bod­nie, gła­dząc po­ślad­ki. Cze­ka­jąc, aż ka­bi­na zu­peł­nie za­pa­ru­je, roz­my­ślał o roz­po­czy­na­ją­cym się wła­śnie dniu.

Wresz­cie sta­nął przed lu­strem i zbli­żył twarz do ta­fli, jak­by upew­niał się, czy to aby na pew­no on. Nie­ste­ty, licz­ba si­wych wło­sów na jego kru­czo­czar­nej gło­wie była z każ­dym dniem więk­sza. Mimo że na­piął wszyst­kie mię­śnie i wcią­gnął brzuch, wi­dok na­dal nie był sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy. Sza­lę iry­ta­cji prze­wa­ży­ła wska­zów­ka wagi, da­ją­ca do zro­zu­mie­nia, że piz­za, któ­rą zjadł wie­czo­rem, wciąż nie zo­sta­ła stra­wio­na.

Po wyj­ściu z ła­zien­ki wy­pił jesz­cze go­rą­cą kawę, przy­go­to­wa­ną w mię­dzy­cza­sie przez Lo­re­en, jak zwy­kle w po­śpie­chu po­łknął śnia­da­nie i - nie po­że­gnaw­szy się na­wet z dzieć­mi - wy­biegł, by zdą­żyć na po­ciąg me­tra od­jeż­dża­ją­cy za trzy­dzie­ści mi­nut.

W wa­go­nie za­jął to samo miej­sce co zwy­kle, go­to­wy jak co dzień na oglą­da­nie tych sa­mych twa­rzy lu­dzi, za­du­ma­nych, za­mknię­tych we wła­snych świa­tach, po­grą­żo­nych w nie­do­stęp­nych dla ni­ko­go poza nimi my­ślach. Każ­da oso­ba mia­ła wła­sną hi­sto­rię, wła­sny splot uni­ka­to­wych do­świad­czeń. Kule zda­rzeń pę­dzi­ły po osob­nych tra­jek­to­riach, rzad­ko tyl­ko od­bi­ja­jąc się od sie­bie. Sły­szał w gło­wie sym­fo­nię me­ta­licz­nych od­gło­sów, cha­otycz­nych zde­rzeń, w któ­rych do­pa­try­wał się ra­do­ści, smut­ku, za­du­my lub stra­chu. To były ty­sią­ce po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji, któ­rych kon­se­kwen­cje wła­śnie trwa­ły i któ­re od­dzia­ły­wa­ły na oto­cze­nie.

Jego ulu­bio­nym za­ję­ciem było ob­ser­wo­wa­nie sie­dzą­cych do­oko­ła nie­go pa­sa­że­rów i ukła­da­nie hi­sto­rii od­da­ją­cych stan emo­cjo­nal­ny, w ja­kim - jak mu się wy­da­wa­ło - się znaj­do­wa­li. Jak zwy­kle fo­tel na­prze­ciw­ko za­jął do­brze ubra­ny biz­nes­men z co naj­mniej dwu­dzie­sto­ma pię­cio­ma ki­lo­gra­ma­mi nad­wa­gi. Czy­tał po­ran­ną ga­ze­tę fi­nan­so­wą. Struż­ka potu mie­nią­ca się na jego czo­le wska­zy­wa­ła, że mu­siał wyjść z domu odro­bi­nę za póź­no. Tę twarz Ja­mes znał do­sko­na­le: gru­ba, na­la­na, do­kład­nie ogo­lo­na; świad­czy­ła o tym, że fa­cet miał na­tu­rę pe­dan­ta. Zło­ty ze­ga­rek wy­sta­ją­cy z za­pię­te­go ele­ganc­ki­mi spin­ka­mi rę­ka­wa do­wo­dził z ko­lei wy­so­kiej po­zy­cji. Ner­wo­wość, z jaką prze­glą­dał stro­ny z in­for­ma­cja­mi gieł­do­wy­mi, po­zwa­la­ła stwier­dzić z nie­mal cał­ko­wi­tą pew­no­ścią, że pra­cu­je jako ma­kler na Wall Stre­et.

Ob­ser­wu­jąc go, Ja­mes za­sta­na­wiał się, ja­kie de­cy­zje i pla­ny cho­wa­ją się pod gar­ni­tu­rem za trzy ty­sią­ce do­la­rów. Czy ten ob­raz suk­ce­su jest praw­dzi­wy, czy może ów czło­wiek tak na­praw­dę jest kom­plet­nie za­ła­ma­ny, za­kom­plek­sio­ny, przy­tło­czo­ny try­bem ży­cia, ja­kie wie­dzie?

Na chwi­lę ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły i Ja­mes od­niósł wra­że­nie, że gru­bas przej­rzał jego my­śli. Po­czuł się nie­swo­jo, ale uda­jąc obo­jęt­ność, skie­ro­wał szyb­ko wzrok w inną cześć wa­go­nu.

Po dru­giej stro­nie, w sa­mym ką­cie, sie­dział star­szy, zgar­bio­ny czło­wiek. Miej­sca obok były wol­ne, gdyż bi­ją­cy od nie­go odór był nie do wy­trzy­ma­nia. Lu­dzie zer­ka­li na nie­go z po­gar­dą i wy­mie­nia­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Sta­ru­szek, gdy mu się uważ­niej przyj­rzeć, wy­glą­dał na dużo młod­sze­go niż na pierw­szy rzut oka. Lat do­da­wa­ły mu głę­bo­kie bruz­dy i pla­my na twa­rzy przy­sło­nię­tej na­ta­pi­ro­wa­ną bru­dem i ku­rzem czu­pry­ną, przy­po­mi­na­ją­cą daw­no nie­uży­wa­ne­go mopa. Śmiał się i beł­ko­tał coś do sie­bie, szcze­rząc reszt­ki żół­tych zę­bów wy­sta­ją­cych z buj­nej, za­nie­dba­nej bro­dy. Praw­do­po­dob­nie nic so­bie nie ro­bił z li­to­ści i po­gar­dy pa­sa­że­rów, przy­zwy­cza­jo­ny do peł­nych od­ra­zy i współ­czu­cia spoj­rzeń.

Czy był szczę­śli­wy? Szczę­śliw­szy niż nie­na­gan­nie ubra­ny gru­bas? Co do­pro­wa­dzi­ło go do tak skraj­nej nę­dzy? Jaki splot de­cy­zji wpły­nął na to, że stał się klo­szar­dem, któ­re­go do­ro­bek ży­cia skła­dał się z tego, co miał na so­bie, i któ­re­go pod­sta­wo­wym pro­ble­mem było zdo­by­cie po­ży­wie­nia i zna­le­zie­nie schro­nie­nia na noc? Ja­mes za­sta­na­wiał się, czy mia­ła na to wpływ ja­kaś bła­ha de­cy­zja w mło­do­ści, czy może była to wina oto­cze­nia, w ja­kim do­ra­stał.

Zer­ka­jąc to na nie­go, to na gru­be­go ma­kle­ra, za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy na­praw­dę coś ich róż­ni­ło oprócz wy­glą­du i gru­bo­ści port­fe­la. Pró­bo­wał prze­wi­dzieć, ja­kie będą ich ko­lej­ne de­cy­zje i jak po­kie­ru­ją swo­imi dal­szy­mi lo­sa­mi. Może gru­bas wy­ko­na dzi­siaj zły te­le­fon, do­ko­na nie­traf­nej trans­ak­cji i stra­ci wszyst­ko, co ma, po­wo­du­jąc dia­me­tral­ną zmia­nę w ży­ciu swo­im i swo­jej ro­dzi­ny? Ale rów­nie do­brze bie­dak może wziąć się w garść i po­szu­kać pra­cy, a z nią zdo­być szan­sę, by coś osią­gnąć. Któ­ry miał wię­cej do stra­ce­nia? Któ­ry bę­dzie wy­gra­ny, a któ­ry prze­gra­ny w fi­nal­nym roz­ra­chun­ku? Czy­je de­cy­zje mia­ły więk­szy wpływ na oto­cze­nie? Czy­ja kula pę­dzi­ła szyb­ciej, aby zde­rzyć się z inną, po­wo­du­jąc nie­od­wra­cal­ne w skut­kach zmia­ny na plan­szy ludz­kich lo­sów?

Gło­śny pisk ha­mu­ją­ce­go po­cią­gu wy­rwał Ja­me­sa z roz­my­ślań. Trze­ba było wy­sia­dać. Me­cha­nicz­nie, ra­zem z resz­tą po­dob­nych do sie­bie pa­sa­że­rów, wto­pił się w ludz­ki nurt wy­le­wa­ją­cy się na pe­ron za­tło­czo­nej sta­cji Wall Stre­et. Przy­po­mi­na­ło mu to układ krwio­no­śny. Czuł się na­tle­nio­ną krwin­ką pły­ną­cą do ser­ca mia­sta, aby za­si­lić je co­dzien­ną daw­ką ener­gii, by da­lej mo­gło tęt­nić swym ryt­mem.

Od­ru­cho­wo skie­ro­wał się w stro­nę scho­dów, któ­re - w ra­mach po­ran­nej gim­na­sty­ki - po­ko­nał dłu­gi­mi su­sa­mi, co czte­ry stop­nie, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy co bar­dziej le­ni­wy­mi prze­chod­nia­mi. Gdy wy­szedł spod zie­mi, blask słoń­ca i po­dmuch świe­że­go po­wie­trza zmie­sza­ne­go z har­mi­drem bu­dzą­ce­go się do ży­cia mia­sta roz­pro­szy­ły zu­peł­nie jego pod­ziem­ne my­śli na te­mat ko­lei ży­cia po­cią­go­wych współ­to­wa­rzy­szy. Jego oczom uka­zał się las gład­kich, mo­nu­men­tal­nych wie­żow­ców, wzno­szą­cych się wzdłuż ulic dziel­ni­cy fi­nan­so­wej. Z dumą pre­zen­to­wa­ły na­zwy naj­więk­szych firm na świe­cie. Spoj­rzał w górę. Bu­dyn­ki były tak wy­so­kie, że wy­da­wa­ły się nie mieć koń­ca, a ich ogrom świad­czył o po­tę­dze ludz­kie­go ge­niu­szu. Po­ma­sze­ro­wał śmia­ło w kie­run­ku tego, któ­ry zda­wał się do­mi­no­wać nad kom­pa­na­mi; jego roz­mia­ry wska­zy­wa­ły, że na tym te­ry­to­rium ma naj­wię­cej do po­wie­dze­nia. Głów­ne wej­ście gma­chu, po­prze­dzo­ne sze­ro­ki­mi, mar­mu­ro­wy­mi scho­da­mi, przy­tła­cza­ło po­wa­gą i bu­dzi­ło gro­zę zwy­kłych prze­chod­niów, pa­trzą­cych z po­dzi­wem i za­zdro­ścią na lu­dzi cho­wa­ją­cych się za du­ży­mi, ob­ro­to­wy­mi drzwia­mi. Były jak pasz­cza po­two­ra do­ma­ga­ją­ce­go się ko­lej­nych por­cji świe­że­go mię­sa.

Po czter­na­stu la­tach pra­cy bu­dy­nek nie ro­bił już na Ja­me­sie wra­że­nia. Me­cha­nicz­nie skie­ro­wał się do wej­ścia i po­ko­nał je, my­śląc o czymś zu­peł­nie nie­zwią­za­nym z za­wo­do­wy­mi obo­wiąz­ka­mi. Ze­bra­ny przed win­da­mi tłu­mek przy­po­mi­nał sta­do pin­gwi­nów, któ­re ocze­ki­wa­ły w ci­szy na swo­ją prze­jażdż­kę prze­szklo­ną klat­ką.

2

Ja­mes był jed­nym z ana­li­ty­ków fi­nan­so­wych zaj­mu­ją­cych się ryn­kiem ob­li­ga­cji. Jego pod­sta­wo­we rocz­ne wy­na­gro­dze­nie się­ga­ło stu ty­się­cy do­la­rów, co pla­so­wa­ło go w gru­pie osób uzna­wa­nych za lu­dzi suk­ce­su. Do tego do­cho­dzi­ły róż­ne apa­na­że, ta­kie jak człon­ko­stwo w pre­sti­żo­wym klu­bie czy pa­kiet me­dycz­ny w luk­su­so­wej kli­ni­ce.

Pra­cę zdo­był zu­peł­nym przy­pad­kiem. W wie­ku dwu­dzie­stu trzech lat zna­lazł w me­trze port­fel na­le­żą­cy do - jak się póź­niej oka­za­ło - jed­ne­go z de­ale­rów fun­du­szu in­we­sty­cyj­ne­go Har­mo­ny In­ve­st­ment. Od­na­lazł wła­ści­cie­la i od­dał cen­ną zgu­bę, a po­ru­szo­ny jego uczci­wo­ścią de­aler za­pro­sił go na roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną w swo­jej fir­mie. Za­pro­po­no­wa­li mu pra­cę w dzia­le ana­liz. Przez lata po­zna­wał taj­ni­ki ren­tow­no­ści pro­jek­tów, za­sa­dy wy­ce­ny port­fe­li in­we­sty­cyj­nych, uczył się po­ru­sza­nia w gąsz­czu in­for­ma­cji i wy­ła­py­wa­nia tych, któ­re pro­gno­zu­ją zmia­ny na ryn­ku. Po­wo­lut­ku piął się po dra­bi­nie ka­rie­ry i po­ko­ny­wał ko­lej­ne pro­gi ryn­ko­we­go wta­jem­ni­cze­nia.

Miał dwój­kę dzie­ci - sze­ścio­let­nią Oli­vię i star­sze­go o dwa lata syna o imie­niu Da­vid. Trzy lata temu stwier­dzo­no u nie­go au­tyzm. Wte­dy jego ży­cie ru­nę­ło jak do­mek z kart. Czuł, że za­szła w nim nie­od­wra­cal­na zmia­na, z któ­rą nie umiał so­bie po­ra­dzić. Jego po­strze­ga­nie świa­ta zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Za­my­kał się na dłu­gie go­dzi­ny w swo­im ga­bi­ne­cie, a noce czę­sto spę­dzał w po­ko­ju syna. Pró­bo­wał zro­zu­mieć, dla­cze­go ta tra­ge­dia przy­tra­fi­ła się aku­rat jemu. Ro­bił wszyst­ko, aby na­wią­zać z mal­cem ja­ki­kol­wiek kon­takt, jed­nak wy­glą­da­ło na to, że dzie­li ich gru­by mur, przez któ­ry nie po­tra­fi się prze­bić.

Wszedł do na­szpi­ko­wa­ne­go mo­ni­to­ra­mi open spa­ce'u. Po­za­wie­sza­ne były w każ­dym moż­li­wym miej­scu oprócz su­fi­tu. Gwar pisz­czą­cych urzą­dzeń mie­szał się tu z pod­nie­sio­ny­mi gło­sa­mi pra­cow­ni­ków, two­rząc z po­zo­ru cha­otycz­ną mie­szan­kę dźwię­ków. Za każ­dym ra­zem, gdy prze­kra­czał próg win­dy na dwu­dzie­stym pią­tym pię­trze, jego zmy­sły się wy­ostrza­ły, a or­ga­nizm wrzu­cał wyż­szy bieg. Puls przy­spie­szał, jak­by pró­bo­wał do­sto­so­wać tem­po do tego pa­nu­ją­ce­go w po­miesz­cze­niu. Ha­łas dzwo­nią­cych te­le­fo­nów i brzę­czą­cych sta­cji de­alin­go­wych, któ­re sa­mym wy­glą­dem od­stra­sza­ły la­ików, pod­no­sił po­ziom ad­re­na­li­ny w or­ga­ni­zmach głod­nych suk­ce­su ban­kow­ców. W po­wie­trzu czuć było na­pię­cie i za­pach potu.

Tu mik­so­wa­ły się kon­se­kwen­cje fi­nan­so­wych de­cy­zji po­dej­mo­wa­nych na ca­łym świe­cie, a chci­wość co­dzien­nie wal­czy­ła ze stra­chem przed stra­tą. Drob­ne kre­dy­ty, oszczęd­no­ści i eme­ry­tu­ry two­rzy­ły ra­zem stru­mień pie­nię­dzy in­we­sto­wa­ny i ob­ra­ca­ny przez mło­dych, nie­kie­dy le­d­wie dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nich chło­pa­ków. Zna­leź­li się w fir­mie przez zbieg pew­nych zda­rzeń i po­śred­nio, a cza­sem i bez­po­śred­nio, de­cy­do­wa­li o przy­szło­ści fi­nan­so­wej ca­łych po­ko­leń. Ich de­cy­zje od­bi­ja­ły się na ży­ciu zwy­kłych lu­dzi; czę­sto od nich za­le­ża­ło, czy ko­goś bę­dzie stać na edu­ka­cję dzie­ci, spła­tę kre­dy­tu lub god­ną sta­rość. Zło­ci chłop­cy, jak ich na­zy­wa­no, swo­imi ope­ra­cja­mi wpły­wa­li też na glo­bal­ną go­spo­dar­kę, roz­grze­wa­jąc ją lub po­grą­ża­jąc w re­ce­sji.

Ja­mes nie są­dził, żeby pra­cow­ni­cy jego fir­my zda­wa­li so­bie z tego wszyst­kie­go spra­wę. Dla nich li­czy­ły się tyl­ko wy­kre­sy i sta­ty­sty­ki. Żą­dza zy­sku po­py­cha­ła ich cza­sa­mi do bar­dzo ry­zy­kow­nych za­cho­wań. Byli wa­bie­ni wi­zją tłu­stych bo­nu­sów, da­ją­cych czę­sto za­bez­pie­cze­nie na całe ży­cie. Roz­ło­że­nie ry­zy­ka było nie­rów­no­mier­ne, a kon­se­kwen­cje ta­kich dzia­łań mo­gły się oka­zać ka­ta­stro­fal­ne. Ja­mes do­brze ro­zu­miał ten me­cha­nizm.

Po przy­go­to­wa­niu kawy prze­ci­snął się mię­dzy pół­okrą­gły­mi biur­ka­mi na swo­je miej­sce, od­dzie­lo­ne du­ży­mi, pla­sti­ko­wy­mi szy­ba­mi od dzia­łu tak zwa­nych ryn­ków wscho­dzą­cych, gdzie sku­pia­no się głów­nie na in­we­sty­cjach w czę­ści Eu­ro­py Wschod­niej i kra­jach ta­kich jak Mek­syk, Bra­zy­lia, Chi­le, Chi­ny i In­die. Włą­czył osiem pła­skich mo­ni­to­rów, któ­re na­tych­miast za­peł­ni­ły się cy­fra­mi, wy­kre­sa­mi i se­ria­mi wia­do­mo­ści z ca­łe­go świa­ta. Gdy usiadł, na­tych­miast po­czuł moc­ne ssa­nie ni­ko­ty­no­we, spo­tę­go­wa­ne ły­kiem zro­bio­nej na szyb­ko lury. Wie­dział już, że znów nie uda­ło mu się rzu­cić pa­le­nia. Reszt­ki wąt­pli­wo­ści co do tej kwe­stii roz­wiał jego do­bry przy­ja­ciel, Bar­ry, któ­ry - gdy tyl­ko go zo­ba­czył - przy­biegł zdy­sza­ny i wy­rzu­cił z sie­bie:

- Sie­masz, Ja­mes, jak for­ma z rań­ca? Może szyb­ka fa­jecz­ka, co? Moż­na by przy­wa­lić w płuc­ko przed otwar­ciem ryn­ku.

Ja­mes tyl­ko cze­kał, aż ktoś za­pro­po­nu­je mu pa­pie­ro­sa, choć nie przy­zna­wał się do tego na­wet so­bie. Na Bar­ry'ego za­wsze mógł li­czyć. W my­ślach obie­cał so­bie oczy­wi­ście, że to ostat­ni dzień pa­le­nia. Po­krze­pio­ny my­ślą, że ma na­łóg pod kon­tro­lą, z czy­stym su­mie­niem po­szedł z kum­plem do pa­lar­ni na ty­łach nie­mniej­szej od bo­iska hali.

Był to nie­du­ży, prze­szklo­ny po­kój, w któ­rym sły­chać było tyl­ko szum wiel­kich wen­ty­la­to­rów wcią­ga­ją­cych dym pa­pie­ro­so­wy. Wy­star­czy­ło za­mknąć szczel­nie prze­zro­czy­ste drzwi, by od­ciąć się od ha­ła­su mia­sta i - jak na nie­mym fil­mie - oglą­dać syl­wet­ki prze­my­ka­ją­cych pra­cow­ni­ków biu­row­ca. Ja­mes za­sta­na­wiał się cza­sa­mi, czy szko­dli­wo­ści pa­pie­ro­sa nie re­kom­pen­so­wa­ła chwi­la ci­szy, któ­rą moż­na było się na­pa­wać w tym akwa­rium.

Po pierw­szym głę­bo­kim hau­ście Bar­ry za­czął roz­mo­wę. Wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne zda­nia, ob­ser­wo­wał, jak z jego ust wy­la­tu­je rzad­ki, nie­bie­ska­wy dym. Ja­mes pa­trzył na przy­ja­cie­la i za­sta­na­wiał się, czy pa­pie­ros spra­wiał mu taką samą przy­jem­ność jak jemu. I za­raz po­ja­wia­ły się ko­lej­ne py­ta­nia. Czy od­czu­cia in­nych lu­dzi były po­dob­ne jak jego? A może wi­dzie­li ko­lo­ry, czu­li sma­ki, za­spo­ka­ja­li swo­je przy­jem­no­ści zu­peł­nie ina­czej? Je­śli tak, to od cze­go to za­le­ża­ło? Czy bo­ga­te­mu gru­ba­so­wi zwy­czaj­na ka­nap­ka z be­ko­nem sma­ko­wa­ła tak jak bez­dom­ne­mu me­ne­lo­wi? Mó­wi­my, że coś jest słod­kie, ale czy dla in­nej oso­by jest tak samo słod­kie jak dla nas? Czyż ka­pi­ta­lizm nie za­wład­nął świa­to­wym ryn­kiem wła­śnie dla­te­go, że lu­dzie w tak róż­ny spo­sób za­spo­ka­ja­li swe pod­sta­wo­we po­trze­by, ta­kie jak od­ży­wia­nie, sen czy seks?

- Hej, mó­wię do cie­bie! Co się z tobą dzie­je?!

Ja­mes uświa­do­mił so­bie, że war­gi roz­mów­cy wciąż się po­ru­sza­ły, ale głos kum­pla le­d­wie po­ko­ny­wał za­po­rę z jego my­śli. Do­pie­ro gdy Bar­ry krzyk­nął, wy­rwał się z za­du­my. Żar pa­pie­ro­sa po­wo­li zbli­żał się do fil­tra.

- Prze­pra­szam cię, za­my­śli­łem się. Co mó­wi­łeś?

Bar­ry się za­śmiał, wy­jął pacz­kę i skie­ro­wał ją w stro­nę Ja­me­sa.

- Masz, za­pal so­bie jesz­cze jed­ne­go - za­chę­cił. - Chy­ba kiep­sko spa­łeś. Py­ta­łem o te ob­li­ga­cje. Jak ob­sta­wiasz, pój­dą jesz­cze w dół? Nie­zły tam syf mają, cho­dzą plot­ki, że Hisz­pa­nia pój­dzie w śla­dy Gre­cji...

- Tak, to praw­da. Ale, wiesz, me­dia lu­bią ta­kie sen­sa­cje...

- No wiem, ale nie zmie­nia to fak­tu, że mam tro­chę ku­pio­nych pa­pie­rów na po­zy­cji, zwłasz­cza tych cho­ler­nych dzie­się­cio­lat­ków. I wła­śnie nie wiem, czy ich nie sprze­dać.

- Tyl­ko co da­lej...

- Mógł­bym za­miast nich na­być tro­chę krót­szych, te przy­naj­mniej nie la­ta­ją w tę i na­zad. Strasz­nie ta zmien­ność mi się od­ci­ska na port­fe­lu. - Bar­ry ana­li­zo­wał sy­tu­ację, za­cią­ga­jąc się co chwi­lę.

- A ile tego masz?

- Ja­kieś pół­to­ra mi­liar­da euro.

- Ożeż w mor­dę, chło­pie, to żeś nie­źle tego na­zbie­rał. Two­je chło­pa­ki o tym wie­dzą?

- Zwa­rio­wa­łeś?! - wzdry­gnął się Bar­ry. - Każ­dy ma od­dziel­ny port­fel, tyl­ko ja mam pod­gląd na ca­łość...

- A góra?

- Góra ma to w du­pie, po­wiem ci. Oczy­wi­ście, że wie­dzą, ale oni nie od­róż­nią ob­li­ga­cji od ak­cji, ich in­te­re­su­je tyl­ko zysk, Ja­mes. W ze­szłym roku mie­li­śmy szes­na­ście i pół mi­lio­na zy­sku na tym kon­kret­nym port­fe­lu, więc wie­rzą śle­po, że wszyst­ko jest pod kon­tro­lą. Poza tym oni nie pierd­ną bez kon­sul­ta­cji ze mną, sam wiesz...

- Sta­ry, ale wiesz, co bę­dzie, jak za­cznie­cie wy­prze­da­wać? Może po­cze­kaj jesz­cze tro­chę. Wkrót­ce ma się od­być ta kon­fe­ren­cja ban­ków cen­tral­nych z ca­łe­go świa­ta, co to ją za­po­wia­da­li od daw­na. Mają de­ba­to­wać nad wspól­ną po­li­ty­ką mo­ne­tar­ną, przed­sta­wić pro­gram na­praw­czy i my­ślę, że jak go klep­ną, to ceny tro­chę po­dej­dą. Nie ma co się wy­ry­wać przed sze­reg. Jak ty się zde­cy­du­jesz, to resz­ta może zro­bić to samo. Wiesz, co to ozna­cza. Lu­dzie za­czną wy­cho­dzić nie tyl­ko z Hisz­pa­nii, ale i z Włoch, Por­tu­ga­lii, nie mó­wiąc o ryn­kach wscho­dzą­cych. Wszyst­ko się zje­bie jak do­mi­no. Z taką po­zy­cją mo­że­cie zro­bić nie­zły ba­ła­gan...

- A co mnie tam, kur­wa, resz­ta, trze­ba być pierw­szym w tym biz­ne­sie, Ja­mes - prze­rwał mu ostro Bar­ry. - Trzy­mam to gów­no już parę mie­się­cy, każ­dy wie, że ma go­rą­ce­go kar­to­fla w port­fe­lu, ale boją się po­ka­zać jak du­że­go. Jak sprze­dam te­raz, to jesz­cze mam szan­sę do­stać do­brą cenę, stra­cę tro­chę, wia­do­mo, ale nie ma bólu. Ja­mes, nie mu­szę ci mó­wić, że naj­waż­niej­sza w tej ro­bo­cie jest in-for-mac-ja. Kto ma ją pierw­szy, ten wy­gry­wa.

- To co za­mie­rzasz?

- Słu­chaj... - Bar­ry zbli­żył się kon­spi­ra­cyj­nie do Ja­me­sa. - Za­nim za­cznę tę ak­cję, dam cynk moim bro­ke­rom i z fu­tu­res, i z opcji za­ła­du­je się każ­dy moż­li­wy in­stru­ment. Z tą wie­dzą mogę za­ro­bić na­praw­dę nie­złą sum­kę, jed­no­cze­śnie po­zby­wa­jąc się cho­ler­stwa.

Ja­mes aż od­sko­czył. Ża­ło­wał, że dał się wcią­gnąć w tę roz­mo­wę.

- Słu­chaj, sta­ry, nie wiem i nie chcę wie­dzieć, co kom­bi­nu­jesz - pod­niósł ręce w obron­nym ge­ście - ale po­wiem ci, że jak się ktoś o tym do­wie, to bę­dziesz miał prze­sra­ne. Zda­jesz so­bie z tego spra­wę, nie? Za­raz na gło­wie bę­dziesz miał ko­mi­sję. Będą szpe­rać i wę­szyć. Te­raz są bar­dzo wy­czu­le­ni na wszel­kie­go typu kom­bi­na­cje. Uwa­żaj, Bar­ry...

- Ja­mes, nie ta­kie nu­me­ry się ro­bi­ło. - Bar­ry mach­nął nie­dba­le. - Kto nie ry­zy­ku­je, ten nie je ka­wio­ru, nie? Ty o ni­czym nie wiesz i jak­by co, to nie było roz­mo­wy, okej? - za­py­tał, po czym po­kle­pał kum­pla po ra­mie­niu, zwal­nia­jąc go z wszel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści. - Mó­wię ci to wszyst­ko, bo je­steś je­dy­ną oso­bą, któ­rej mogę za­ufać. I mu­sisz mi tro­chę po­móc. Wiesz, cho­dzi o te two­je ana­li­tycz­ne pier­dy, któ­rych ni­g­dy nie mo­głem ogar­nąć.

- Spo­ko, mo­żesz na mnie li­czyć. Daj znać, to zro­bię ci sy­mu­la­cję two­jej po­zy­cji w róż­nych wa­rian­tach stóp pro­cen­to­wych. Bę­dziesz wie­dział do­kład­nie, na czym sto­isz i jak to wszyst­ko za­bez­pie­czyć, do­bra? - Ja­mes z ulgą wró­cił na zna­ny grunt. Cie­szył się, że nie zo­stał wcią­gnię­ty głę­biej w po­dej­rza­ne trans­ak­cje.

- Spo­ko, stoi. Jak już się upo­ra­my z tym gów­nem, to może trach­nie­my w koń­cu ja­kiś bro­wa­rek po ro­bo­cie, co? Bę­dzie o czym ga­dać.

- Do­bra, ale tyl­ko je­den! Nie tak jak po­przed­nio. - Po­gro­ził mu pal­cem Ja­mes.

-No ba! Do­bra, idzie­my, bo za­raz się za­cznie.

Wró­ci­li szyb­kim kro­kiem na halę. Dzień pra­cy trwał już w naj­lep­sze. In­fla­cja w Sta­nach wy­szła wyż­sza, niż ocze­ki­wa­no, a ceny ame­ry­kań­skich dzie­się­cio­let­nich ob­li­ga­cji spa­dły, po­wo­du­jąc po­waż­ne stra­ty w port­fe­lach wie­lu de­ale­rów. Ja­me­sa cał­ko­wi­cie po­chło­nął świat cyfr. Czuł się jak nu­rek scho­dzą­cy pod wodę, gdzie nie do­cie­rał ża­den ha­łas z po­wierzch­ni. Sły­szał tyl­ko stu­kot wła­snej kla­wia­tu­ry, a jego wzrok nie no­to­wał ni­cze­go poza ko­lum­na­mi liczb, da­nych i in­for­ma­cji prze­su­wa­ją­cych się na ekra­nach.

Sku­pił się na ana­li­zie ob­li­ga­cji, wy­ce­niał ich ren­tow­ność i ry­zy­ko za­ku­pu przy pro­gno­zach zmia­ny stóp pro­cen­to­wych. Cały dzień za­ję­ło mu ob­li­cza­nie róż­ne­go ro­dza­ju współ­czyn­ni­ków, śle­dze­nie wy­kre­sów i pi­sa­nie re­ko­men­da­cji. Im da­lej wcho­dził w gąszcz da­nych, tym bar­dziej wąt­pił, czy to, co robi, w ogó­le ma sens. Cza­sa­mi miał wra­że­nie, że ana­li­tyk mógł­by rów­nie do­brze spy­tać ośmio­lat­ka, co ku­pić, i ubrać to pięk­nie w licz­by i wy­kre­sy. Co­raz czę­ściej uświa­da­miał so­bie, jak mało przy­dat­ne są te wszyst­kie mo­de­le eko­no­me­trycz­ne, któ­re kosz­to­wa­ły bank mi­lio­ny do­la­rów rocz­nie. Za­sad ryn­ku nie dało się po­znać na­wet dzię­ki naj­wy­myśl­niej­szym al­go­ryt­mom, bo­wiem to wy­pad­ko­wa mi­lio­nów de­cy­zji po­szcze­gól­nych kon­su­men­tów kie­ro­wa­ła prze­bie­giem tego pro­ce­su.

Przed ocza­mi Ja­mes wciąż miał gru­ba­sa i bez­dom­ne­go klo­szar­da, chi­cho­czą­ce­go dia­bo­licz­nie. Po­ja­wia­ły się też twa­rze in­nych to­wa­rzy­szy po­dró­ży me­trem, roz­mna­ża­ły się jak bak­te­rie, aż w koń­cu utwo­rzy­ły spo­ry tłum. Gdzieś z tyłu gło­wy wciąż dźwię­cza­ły mu sło­wa Bar­ry'ego... Wie­dział, że jego de­cy­zja może za­chwiać ryn­kiem eu­ro­obli­ga­cji przy tej wraż­li­wo­ści, a zwa­żyw­szy na kry­zys świa­to­wy, wy­wo­łać rów­nież efekt la­wi­ny. Wszyst­kie ana­li­zy wy­mą­drza­ją­cych się w po­waż­nych pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych spe­cja­li­stów moż­na było o kant dupy po­tłuc. De­cy­zja jed­ne­go czło­wie­ka mo­gła prze­kre­ślić set­ki go­dzin pra­cy eks­per­tów fi­nan­so­wych.

Z tego po­wo­du Ja­mes pra­wie w ogó­le nie ufał mo­de­lom za­twier­dzo­nym przez bank, wo­lał po­le­gać na in­tu­icji. Sta­rał się wią­zać dane fi­nan­so­we z za­cho­wa­nia­mi kon­su­men­tów. Czuł, że ro­zu­mie ten me­cha­nizm, że sły­szy każ­dy brzęk od­bi­ja­ją­cej się kuli i jest w sta­nie prze­wi­dzieć kąt jej od­bi­cia. Ro­zu­miał tę grę każ­dym zmy­słem. Wskaź­ni­ki ukła­da­ły mu się w lo­gicz­ne cią­gi, żon­glo­wał nimi, two­rząc mnó­stwo sce­na­riu­szy, a po­tem wy­bie­rał naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne.

- Żeż kur­wa mać!

Okrzyk do­biegł zza jego ple­ców. W se­kun­dę ja­kaś siła wy­rwa­ła go z wy­obra­żo­nej ot­chła­ni ludz­kich in­te­rak­cji. Od­wró­cił się szyb­ko i na­tknął wzro­kiem na Bar­ry'ego, ga­pią­ce­go się na wiel­ką pla­mę kawy na swo­jej ko­szu­li.

- Co za cho­le­ra wy­my­śli­ła te pla­sti­ko­we po­kryw­ki? Ko­szu­la za dwie­ście do­lców, w mor­dę. - Wście­kał się, strze­pu­jąc kro­ple go­rą­ce­go pły­nu. - Mu­szę je­chać ku­pić coś do ubra­nia. Jak mnie klient ta­kie­go zo­ba­czy, to może i da mi kasę, ale na pral­nię. Weź tam po­wiedz, że mu­sia­łem wyjść i nie­dłu­go będę.

- Nie ma pro­ble­mu, uda­nych za­ku­pów - od­po­wie­dział Ja­mes i okrę­ciw­szy się wo­kół krze­sła, po­wró­cił do świa­ta liczb.

Mi­ja­ła jed­nak szes­na­sta, a Bar­ry nie wra­cał. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Ja­mes ode­brał te­le­fon.

- Słu­chaj, Ja­mes, kur­wa, sta­ry, prze­pra­szam cię, wdep­ną­łem w taki strasz­ny ko­rek, że nie zda­jesz so­bie spra­wy! - wy­krzy­ki­wał Bar­ry. - Ja­kiś ko­leś wy­padł z je­de­na­ste­go pię­tra, chy­ba sa­mo­bój­stwo, czu­jesz? Okrop­na spra­wa. No i całe cen­trum, wy­obra­żasz so­bie, stoi...

Ja­mes od razu przy­po­mniał so­bie gru­be­go biz­nes­me­na z me­tra. Przez chwi­lę miał przed ocza­mi jego ogrom­ne ciel­sko pę­dzą­ce w dół, by roz­trza­skać się z hu­kiem o za­par­ko­wa­ny pod biu­row­cem sa­mo­chód, co wy­wo­ła­ło szok prze­cho­dzą­cych aku­rat lu­dzi. Po­tem le­żał i pa­trzył na nie­go swo­imi świń­ski­mi oczka­mi. "Mia­łeś ra­cję, Ja­mes, to moja wina... Nie chcę już żyć..." - zda­wa­ły się szep­tać jego sine usta.

- Halo, je­steś tam? - darł się do słu­chaw­ki Bar­ry.

Ja­mes po­rzu­cił upior­ne ob­ra­zy i wró­cił do roz­mo­wy.

- Tak, tak... Coś aku­rat ro­bi­łem. Fak­tycz­nie, strasz­na hi­sto­ria!

- Słu­chaj, Ja­mes - kon­ty­nu­ował Bar­ry. - Nie wró­cę już do ro­bo­ty, po­wiedz chło­pa­kom, żeby ja­koś za­mknę­li dzień i nie ro­bi­li nic głu­pie­go, okej?

- Ja­sne, sta­ry, oczy­wi­ście. Trzy­maj się, no i do ju­tra.

Do­pie­ro gdy Ja­mes odło­żył te­le­fon, do­tar­ło do nie­go, że nie za bar­dzo wie­dział, komu miał prze­ka­zać sło­wa przy­ja­cie­la. Zdał so­bie spra­wę, że tak na­praw­dę je­dy­ną oso­bą, któ­rą znał w biu­rze, był Bar­ry. Nie utrzy­my­wał z ni­kim kon­tak­tu. Jego sta­no­wi­sko pra­cy było naj­więk­sze, od­dzie­lo­ne prze­zro­czy­sty­mi szy­ba­mi od resz­ty, co sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­ło in­te­gra­cję. Czuł się jak ryba w akwa­rium. Ryba, któ­ra mu­sia­ła te­raz wyjść ze swo­je­go szkla­ne­go pu­dła i po­być tro­chę wśród lu­dzi, w nie­sprzy­ja­ją­cym śro­do­wi­sku. Ogar­nę­ła go pa­ni­ka i do­pie­ro kie­dy otrzy­mał od Bar­ry'ego ese­me­sa, że już wszyst­ko za­ła­twił i nie musi so­bie ni­czym za­wra­cać gło­wy, ode­tchnął z ulgą.

Mógł zo­stać w swo­jej klat­ce.

Ry­nek ame­ry­kań­ski po­wo­li zwal­niał, aby prze­ka­zać pa­łecz­kę gieł­dom w Azji, któ­re wła­śnie przy­go­to­wy­wa­ły się do star­tu. Bieg nie usta­wał. Kie­dy Azja koń­czy­ła, na to­rze roz­grze­wa­ła się Eu­ro­pa. Każ­dy uczest­nik spo­zie­rał na prze­ciw­ni­ka i gdy je­den przy­spie­szał, resz­ta po­dą­ża­ła za nim. A kie­dy zwal­niał, po­zo­sta­li bra­li głęb­szy od­dech.

Ja­mes był wy­czer­pa­ny. W jego gło­wie na­dal kłę­bi­ły się my­śli do­ty­czą­ce ryn­ku, ale po­wo­li za­ni­ka­ły, jak ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca.

Od cza­su, kie­dy do­wie­dział się o za­bu­rze­niu syna, pra­ca nie da­wa­ła mu żad­nej sa­tys­fak­cji, a kon­tak­ty z oto­cze­niem były co­raz więk­szym pro­ble­mem. Je­dy­ną ra­dość czer­pał z chwil, w któ­rych za­my­kał się w świe­cie liczb, jego wła­snym za­kąt­ku wszech­świa­ta. Każ­dy dzień był taki sam jak po­przed­ni, po­wta­rzał się w ryt­mie otwie­ra­nia i za­my­ka­nia świa­to­wych giełd. Tym sa­mym po­cią­giem wciąż do­cie­rał do tych sa­mych przy­stan­ków o tych sa­mych go­dzi­nach. Za­kła­dał ma­skę, uda­wał oso­bę, któ­rą już nie był, i grał swo­ją rolę od ósmej trzy­dzie­ści do sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści. Wcho­dził w ty­łek lu­dziom, któ­rym naj­chęt­niej dał­by w mor­dę. La­wi­ro­wał, spraw­dza­jąc je­dy­nie, czy ktoś za jego ple­ca­mi nie pró­bu­je go wy­gryźć i za­jąć jego miej­sca.

Sam już nie wie­dział, kie­dy był sobą - w pra­cy czy poza nią.

Czuł się osa­czo­ny, chciał się wy­rwać z tej mat­ni, ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem. Za­sma­ko­wać tro­chę wol­no­ści. Zro­bić coś sza­lo­ne­go, wy­sko­czyć z pę­dzą­ce­go po­cią­gu, speł­nić ma­rze­nia, któ­re miał za mło­du. Chciał cie­szyć się ży­ciem i czer­pać z nie­go gar­ścia­mi, jak to ro­bił kie­dyś. Jed­nak ro­dzi­na, zo­bo­wią­za­nia i wy­dat­ki sku­tecz­nie od­cią­ga­ły go od ma­rzeń, a za­bu­rze­nie dziec­ka tłu­mi­ła wszel­ką ra­dość. W naj­śmiel­szych ma­rze­niach nie ocze­ki­wał, że bę­dzie za­ra­biał wię­cej niż pięć ty­się­cy do­lców mie­sięcz­nie, nie mó­wiąc już o wła­snym domu w nie­złej dziel­ni­cy, do­brym sa­mo­cho­dzie czy po­sa­dzie w naj­więk­szej in­sty­tu­cji fi­nan­so­wej, a mimo to nie czuł się szczę­śli­wy.

A prze­cież tyle razy to so­bie wy­obra­żał w mło­do­ści. To był cel każ­de­go ab­sol­wen­ta pre­sti­żo­wej szko­ły eko­no­micz­nej. Po­cho­dził z ubo­giej ro­dzi­ny, le­d­wo wią­żą­cej ko­niec z koń­cem. Oj­ciec wy­dał ostat­nie pie­nią­dze, żeby za­spo­ko­ić swo­je nie­zre­ali­zo­wa­ne am­bi­cje i wy­słać go na stu­dia. Za­wsze mó­wił mu, że chce dla nie­go in­ne­go ży­cia, Ja­mes wie­dział jed­nak, że tak na­praw­dę li­czył, że syn osią­gnie to, co jemu się nie uda­ło. Z po­dzi­wem pa­trzył na lu­dzi w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach. Par­ko­wa­li swo­je luk­su­so­we sa­mo­cho­dy za pa­rę­set ty­się­cy do­la­rów, cią­gle się do­kądś spie­szy­li, nie roz­sta­wa­li się z ko­mór­ka­mi. Za­ła­twia­li skom­pli­ko­wa­ne wie­lo­mi­lio­no­we kon­trak­ty. Strasz­nie mu to im­po­no­wa­ło. Nie li­czył, że kie­dy­kol­wiek bę­dzie jed­nym z nich, ale nikt nie za­bro­nił mu o tym ma­rzyć.

Gdy wy­szedł z bu­dyn­ku, na po­wrót po­chło­nął go układ krwio­no­śny mia­sta. Te­raz krew pły­nę­ła w dru­gą stro­nę.

W me­trze znów za­jął swo­je sta­łe miej­sce. Na­le­ża­ło do nie­go od wie­lu lat. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył zna­jo­me twa­rze, lu­dzi, któ­rych spo­ty­kał co­dzien­nie, a o któ­rych nie­mal nic nie wie­dział. Coś jed­nak mu nie pa­so­wa­ło... Jed­no miej­sce było pu­ste. Miej­sce gru­ba­sa. Współ­to­wa­rzy­sze rów­nież mu­sie­li do­strzec tę ano­ma­lię. Spoj­rzał ko­lej­no na każ­de­go z nich. W na­pię­ciu ocze­ki­wał, że biz­nes­men z wy­raź­ną nad­wa­gą przy­bie­gnie zdy­sza­ny w ostat­niej chwi­li. Gdy po­ciąg ru­szył, miał ocho­tę nie­mal krzyk­nąć do ma­szy­ni­sty, aby po­cze­kał... Za­miast swo­je­go gło­su usły­szał jed­nak chrzęst za­my­ka­ją­cych się drzwi. Czuł, że ta mała, nie­zna­czą­ca dla po­stron­ne­go wi­dza zmia­na w ukła­dzie pa­sa­że­rów po­ru­szy­ła ko­lej­ną kul­kę na naj­więk­szej plan­szy.

W koń­cu do­tarł do swo­jej sta­cji. Po­wie­trze było przy­jem­nie cie­płe, więc nie spie­szył się do domu. Spa­ce­ro­wał spo­koj­ną, bo­ga­tą dziel­ni­cą przy­ozdo­bio­ną licz­ny­mi za­gaj­ni­ka­mi i rów­no przy­cię­ty­mi traw­ni­ka­mi. Ci­szę wie­czo­ru za­kłó­ca­ły tyl­ko świersz­cze i syk zra­sza­czy do tra­wy. Nie było tu wie­lu pie­chu­rów, dziel­ni­ca wy­glą­da­ła jak opusz­czo­na. Nie­któ­rzy miesz­kań­cy upra­wia­li jog­ging, ale więk­szość nie wy­ściu­bia­ła nosa z do­mów i sa­mo­cho­dów, któ­re par­ko­wa­li od razu w ga­ra­żach. Ucie­ka­li przed świa­tem ze­wnętrz­nym, by za­mknąć się w swo­im wła­snym.

Ja­mes uwiel­biał spa­ce­ro­wać. Za­pach świe­żo sko­szo­nej tra­wy i wie­czor­ne­go po­wie­trza bar­dzo go re­lak­so­wał. Do­tarł wła­śnie do ład­ne­go kla­sycz­ne­go bu­dyn­ku, oto­czo­ne­go pięk­nie przy­strzy­żo­ny­mi tu­ja­mi, do­brze kom­po­nu­ją­cy­mi się z ku­tym ogro­dze­niem. Z du­żych okien fron­to­wych biło przy­jem­nie cie­płe świa­tło, szar­pa­ne od cza­su do cza­su cie­nia­mi krzą­ta­ją­cych się po sa­lo­nie do­mow­ni­ków. Skie­ro­wał się do wej­ścia.

- Hej, ko­cha­nie, je­stem! - otwo­rzył drzwi i rzu­cił w kąt tecz­kę z pa­pie­ra­mi.

- Cześć, naj­droż­szy, jak tam ci mi­nął dzio­nek?

Lo­re­en wła­śnie koń­czy­ła przy­go­to­wy­wać ko­la­cję. Ob­ci­sły far­tuch sek­sow­nie pod­kre­ślał jej za­dba­ną syl­wet­kę.

- Ech, szko­da ga­dać - wes­tchnął i opadł na krze­sło. - Kry­zys jest co­raz bar­dziej od­czu­wal­ny. Nie wiem, co to bę­dzie. Za­czy­na­my prze­ja­dać na­sze oszczęd­no­ści.

- Och, ko­cha­nie, ko­cha­nie, nie wiem, ile razy już to sły­sza­łam. - Ko­bie­ta po­de­szła do męża i piesz­czo­tli­wie roz­czo­chra­ła mu wło­sy. - Ja­koś wciąż pra­cu­jesz, re­gu­lar­nie jeź­dzi­my na wa­ka­cje i ni­cze­go nam nie bra­ku­je. Nie martw się tak bar­dzo, czu­ję, że bę­dzie do­brze, a wiesz, że na ko­bie­cej in­tu­icji moż­na po­le­gać.

- No, niby tak, ale te­raz jest ina­czej. Coś wisi w po­wie­trzu, mó­wię ci. A co tam u dzie­cia­ków, były grzecz­ne?

- W po­rząd­ku. Oli­vię do­pie­ro co ode­bra­łam ze szko­ły.

- A Da­vid? Jak on się czu­je? Coś się zmie­ni­ło? - za­py­tał me­cha­nicz­nie, ale w jego to­nie sły­chać było rów­nież na­dzie­ję na to, że od­po­wiedź tym ra­zem bę­dzie inna niż zwy­kle.

- Nie, ko­cha­nie, nie­ste­ty. - Lo­re­en wes­tchnę­ła i za­wie­si­ła wzrok gdzieś w dali. Nie prze­sta­wa­ła gła­dzić wło­sów Ja­me­sa.

- Cały czas sie­dzi przed kom­pu­te­rem i pi­sze te swo­je cy­fer­ki? - do­py­ty­wał.

Ko­bie­ta ski­nę­ła gło­wą.

- Cho­le­ra, już sam nie wiem, co o tym wszyst­kim są­dzić. Tak jak­by był pod­łą­czo­ny do tego swo­je­go kom­pu­te­ra. Ostat­nio na­wet z nim śpi. Nie da go so­bie za­brać. Raz pró­bo­wa­łem, to za­czął prze­raź­li­wie wrzesz­czeć. Le­karz niby mó­wił, że to ty­po­we w jego sta­nie. Po­wo­li tra­cę na­dzie­ję, że kie­dyś bę­dzie nor­mal­ny.

- Nie martw się, wszyst­ko bę­dzie do­brze, skar­bie. W spek­trum au­ty­zmu naj­waż­niej­sze są cier­pli­wość i wy­trwa­łość, nie mo­że­my się pod­da­wać.

- Wiem, ko­cha­nie, wiem. Ale to ta­kie trud­ne. Jesz­cze gdy­bym ro­zu­miał te wszyst­kie jego licz­by, rów­na­nia. Ale to dla mnie kom­plet­nie nie­po­ję­te. Wiesz co, Lo­re­en? Cza­sa­mi my­ślę, że on chce nam coś po­wie­dzieć. Nie od­no­sisz ta­kie­go wra­że­nia? By­łem na­wet u jed­ne­go ma­te­ma­ty­ka, mó­wi­łem ci?

- Tak, ko­cha­nie, ale nie wi­dział w tym ni­cze­go sen­sow­ne­go - przy­po­mnia­ła Lo­re­en.

- No wła­śnie... - Ja­mes wes­tchnął cięż­ko. - Stwier­dził, że jest w tym ja­kiś po­rzą­dek, kon­sul­to­wał się na­wet z ko­le­ga­mi, ale nie­ste­ty, nie roz­wi­kłał tej za­gad­ki. Naj­gor­sze, że do­tych­czas nie było tego typu przy­pad­ków na świe­cie. Prze­trzą­sną­łem chy­ba cały in­ter­net. Były inne. Pa­mięć ab­so­lut­na, słuch ab­so­lut­ny, ma­lar­ski ge­niusz. Ale nie było jesz­cze sa­wan­ta, któ­ry by two­rzył ja­kieś al­go­ryt­my czy wzo­ry ma­te­ma­tycz­ne. I aku­rat nam się to przy­tra­fi­ło. Nie­od­ko­do­wa­ny ge­niusz... Ale pew­ne­go dnia może los się do nas uśmiech­nie. Wie­rzysz w to? - Spoj­rzał na żonę szkli­sty­mi ocza­mi, szu­ka­jąc po­cie­sze­nia.

- Mu­si­my, ko­cha­nie, pró­bo­wać, w koń­cu bę­dzie ja­kiś prze­łom, wie­rzę w to, na­praw­dę - od­par­ła pręd­ko. - Nie wy­obra­żasz so­bie, jak bar­dzo bym chcia­ła, żeby ten dra­mat się już za­koń­czył.

- Ja też bym chciał, Lo­re­en, ale to już tyle lat. Po­wo­li za­cie­ra­ją mi się wspo­mnie­nia z cza­sów, jak był nie­zdia­gno­zo­wa­ny - po­wie­dział Ja­mes ci­cho i przy­cią­gnął żonę do sie­bie. Nie chciał, żeby wi­dzia­ła łzy na­pły­wa­ją­ce mu do oczu.

Za­pach jej per­fum spra­wił, że żal ustą­pił miej­sca pod­nie­ce­niu. Za­czął de­li­kat­nie gła­dzić Lo­re­en po ple­cach, po­tem scho­dzić co­raz ni­żej po bio­drach, aż w koń­cu za­trzy­mał się na ak­sa­mit­nych no­gach. Lo­re­en na­chy­li­ła się i mu­snę­ła go de­li­kat­nie usta­mi w oko­li­cach ucha. Do­tyk jej warg i gład­kość skó­ry wy­czu­wa­na pal­ca­mi wy­wo­ła­ły przy­jem­ny dreszcz. Przy­ci­snął ją moc­niej, aż po­czuł jędr­ne pier­si przy­wie­ra­ją­ce do jego ra­mie­nia, i po­żą­da­nie wy­buch­nę­ło z całą mocą. Za­chę­co­ny jej przy­spie­szo­nym od­de­chem, de­li­kat­nie wsu­nął rękę pod jej majt­ki, chwy­cił łap­czy­wie za po­ślad­ki i pod­niósł pręd­ko. Lo­re­en ci­cho jęk­nę­ła, oplo­tła go swo­imi dłu­gi­mi no­ga­mi i ca­ło­wa­ła co­raz za­chłan­niej po szyi, pod­czas gdy jego pal­ce za­ci­snę­ły się na jej po­ślad­kach.

- Stę­sk­ni­łem się za tobą - wy­szep­tał, dy­sząc co­raz szyb­ciej.

- Nie ga­daj tyle, tyl­ko mnie weź, ko­cha­nie.

Ja­mes nie za­mie­rzał się jej sprze­ci­wiać. Za­niósł ją na blat ku­chen­ny, nie prze­sta­jąc łap­czy­wie ca­ło­wać. Czuł, jak jej pa­znok­cie raz za ra­zem wbi­ja­ją mu się w ple­cy. W koń­cu ze­rwał z niej ską­pą bluz­kę, któ­rą mia­ła pod far­tu­chem, i spraw­nym ru­chem roz­piął sta­nik.

- Ja­mes, weź mnie, pro­szę, te­raz! Nie wy­trzy­mam! Ko­chaj się ze mną! - szep­ta­ła roz­pa­lo­na Lo­re­en.

Dłu­żej nie mógł się po­wstrzy­my­wać. Ro­ze­rwał ko­szu­lę, uka­zu­jąc swój lek­ko owło­sio­ny tors, a Lo­re­en w tym cza­sie roz­pię­ła mu pa­sek. Po­czuł, jak jej cie­pło ogar­nia go ca­łe­go. Ci­szę za­kłó­cał jej roz­go­rącz­ko­wa­ny od­dech, prze­pla­ta­ny co­raz gło­śniej­szy­mi ję­ka­mi. Obo­je przy­spie­sza­li, pcha­ni falą eks­ta­zy. Wie­dzie­li, że zbli­ża się ten upra­gnio­ny mo­ment. Ostat­nie chwi­le były zu­peł­nie sza­lo­ne. Ru­nę­li na szaf­kę, zwa­la­jąc z ku­chen­ne­go bla­tu kil­ka na­czyń, któ­re z brzę­kiem roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze. Nie li­czy­ło się już nic, ani dzie­ci, ani ra­chun­ki, waż­ny był tyl­ko ten je­den mo­ment, trwa­ją­cy se­kun­dy, ale ma­ją­cy nie­wy­obra­żal­ną moc.

Na­gle Lo­re­en krzyk­nę­ła, a Ja­mes ze­sztyw­niał jak po­ra­żo­ny prą­dem. Czas się dla nich za­trzy­mał. Za­sty­gli, na­pa­wa­jąc się bły­skiem roz­ko­szy. Ża­ło­wa­li je­dy­nie, że tak krót­ko trwał. Chcie­li za­trzy­mać tę chwi­lę jak naj­dłu­żej, ale ode­szła w nie­byt nie­po­strze­że­nie. Jesz­cze przez ja­kiś czas od­po­czy­wa­li w swo­ich ob­ję­ciach, nie prze­sta­jąc dy­szeć.

- Ko­cham cię - szep­nął Ja­mes, gdy jego od­dech się nie­co usta­bi­li­zo­wał.

- Wiem, Ja­mes, wiem. Ja cie­bie też - od­par­ła rów­nie ci­cho Lo­re­en i zna­la­zła usta­mi jego szy­ję, a po­tem po­skle­ja­ne wło­sy. - Mu­si­my tu­taj po­sprzą­tać, bo nie­źle na­roz­ra­bia­li­śmy - do­da­ła, zer­k­nąw­szy na kub­ki i garn­ki wa­la­ją­ce się po pod­ło­dze.

- Oj tak. - Uśmiech­nął się. - Mam na­dzie­ję, że ni­ko­go nie obu­dzi­li­śmy - do­dał, po czym wstał i za­czął zbie­rać na­czy­nia.

Lo­re­en za­raz do nie­go do­łą­czy­ła. Po­wo­li wra­ca­li do rze­czy­wi­sto­ści.

Gdy w kuch­ni pa­no­wał już po­rzą­dek, Ja­mes po­szedł na górę upew­nić się, że dzie­ci nic nie sły­sza­ły. Wszedł po ci­chu do po­ko­ju có­recz­ki. Sze­ścio­let­nia pięk­ność o dłu­gich, kasz­ta­no­wych wło­sach spa­ła słod­ko, przy­tu­lo­na do plu­szo­we­go pie­ska. Pod­szedł do niej i po­ca­ło­wał ją w czo­ło, gła­dząc jej opa­da­ją­ce na pulch­ną twa­rzycz­kę loki. Była jego skar­bem. Dzię­ki niej było mu ła­twiej prze­trwać ko­lej­ne trud­ne dni.

Na­stęp­nie po­szedł do Da­vi­da. Chło­piec nie spał. Sie­dział wpa­trzo­ny w ekran kom­pu­te­ra. Nie­bie­ska­we świa­tło roz­świe­tla­ło mło­dą, pie­go­wa­tą twarz, na któ­rą spa­da­ły ja­sne, krę­co­ne wło­sy. Utkwił wzrok w mo­ni­to­rze za­peł­nio­nym rzę­da­mi skom­pli­ko­wa­nych dzia­łań ma­te­ma­tycz­nych. Jego pal­ce ska­ka­ły ryt­micz­nie po kla­wia­tu­rze, do­da­jąc do wzo­rów ty­sią­ce no­wych znacz­ków. Kla­wi­sze wy­da­wa­ły dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy od­głos kro­pel desz­czu ude­rza­ją­cych o pa­ra­pet. Poza tym w po­ko­ju pa­no­wa­ła ci­sza.

Da­vid na­wet nie drgnął, kie­dy Ja­mes zbli­żył się do nie­go. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że chło­piec zo­stał za­mknię­ty w nie­wi­dzial­nym, her­me­tycz­nym po­miesz­cze­niu, do któ­re­go nie do­cho­dzi­ły żad­ne bodź­ce ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Był zu­peł­nie po­chło­nię­ty swo­imi licz­ba­mi.

Ja­mes ob­jął syna, po­ca­ło­wał go w czo­ło i dłu­go pa­trzył, jak wpi­su­je ko­lej­ne cy­fry i sym­bo­le.

- Gdy­bym wie­dział, co sie­dzi w two­jej gło­wie... - szep­nął z wes­tchnie­niem i skie­ro­wał się do drzwi.

Zo­sta­wił Da­vi­da sam na sam z kom­pu­te­rem i zre­zy­gno­wa­ny udał się do sy­pial­ni. Lo­re­en koń­czy­ła wła­śnie zmy­wać ma­ki­jaż. Po­pa­trzył na nią prze­lot­nie, po czym ro­ze­brał się i wszedł pod prysz­nic. Po­tem obo­je w mil­cze­niu po­ło­ży­li się do łóż­ka.

Tej nocy spał jak dziec­ko. Pierw­szy raz od dłuż­sze­go cza­su nie prze­śla­do­wa­ły go przy­kre my­śli i ob­ra­zy. Gdy tyl­ko wy­łą­czył noc­ną lamp­kę, ciem­ność, któ­ra ogar­nę­ła sy­pial­nię, spra­wi­ła, że za­po­mniał o mę­czą­cym dniu i wszyst­kich pro­ble­mach.

3

Na­stęp­ny dzień za­czął się tak jak set­ki po­przed­nich. Wy­ką­pał się, ubrał szyb­ko, po­tem zjadł pysz­ną ja­jecz­ni­cę, przy­go­to­wa­ną tym ra­zem przez słu­żą­cą Mi­la­gros, któ­ra od dłuż­sze­go cza­su miesz­ka­ła z nimi i po­ma­ga­ła Lo­re­en w pro­wa­dze­niu domu, uca­ło­wał dzie­ci i żonę i udał się do wyj­ścia. W ostat­niej chwi­li za­uwa­żył peł­ne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie Lo­re­en.

- Ja­mes, wi­dzia­łeś swój kra­wat? - spy­ta­ła.

- Co z nim nie tak? - Cof­nął się szyb­ko, aby zer­k­nąć w wi­szą­ce w przed­po­ko­ju duże lu­stro.

- No, prze­cież nie mo­żesz tak pójść do pra­cy. - Lo­re­en wska­za­ła pal­cem żół­ty ja­jecz­ny za­ciek na środ­ku nie­bie­skie­go pa­ska ma­te­ria­łu.

- Cho­le­ra! - syk­nął. - Rze­czy­wi­ście, kiep­sko to wy­glą­da. Dzię­ki, ko­cha­nie, do­pie­ro by Bar­ry miał ubaw, gdy­bym się po­ka­zał z taką pla­mą. Wczo­raj wy­lał na sie­bie kawę i od razu po­biegł do skle­pu ku­pić nową ko­szu­lę. Ba, na­wet do pra­cy już nie wró­cił. Wiesz, jaki on jest pe­dan­tycz­ny...

- Wczo­raj? Bar­ry? Cie­ka­we. Roz­ma­wia­łam z jego żoną po po­łu­dniu. Mó­wi­ła, że był z klien­tem na ko­la­cji...

- A nie opo­wia­da­ła ci o tym zda­rze­niu w cen­trum? Ja­kiś fa­cet rzu­cił się z biu­ro­we­go okna, aku­rat jak Bar­ry był w po­bli­żu. Strasz­na spra­wa, na pew­no będą mó­wić o tym w wia­do­mo­ściach. Ko­lej­na ofia­ra kry­zy­su - wes­tchnął Ja­mes.

- Nie, nic mi nie mó­wi­ła. Cie­ka­we, taka hi­sto­ria!

- No, to rze­czy­wi­ście dziw­ne. Lisa lubi so­bie chlap­nąć kie­li­cha, może po pro­stu była pod wpły­wem i mia­ła cie­kaw­sze te­ma­ty - za­uwa­żył zło­śli­wie Ja­mes.

Gdy wią­zał ko­lej­ny kra­wat, spoj­rzał jed­nym okiem na ku­chen­kę i krzyk­nął zdzi­wio­ny:

- O, cho­le­ra! Ten ze­ga­rek w mi­kro­fa­li do­brze cho­dzi? Już tak póź­no? Pę­dzę, ko­cha­nie, bo się spóź­nię na po­ciąg.

Pod­biegł do Lo­re­en, uca­ło­wał ją raz jesz­cze i po­le­ciał na sta­cję. Po­ciąg stał już na pe­ro­nie. Po­gnał w jego kie­run­ku, a gdy pró­bo­wał wy­ha­mo­wać przed kra­wę­dzią pe­ro­nu, po­śli­zgnął się na wy­po­le­ro­wa­nej po­sadz­ce i od­bił od za­my­ka­ją­cych się drzwi. Wszy­scy jego "sta­rzy" zna­jo­mi ob­ser­wo­wa­li to przed­sta­wie­nie, wi­dział ich twa­rze zni­ka­ją­ce jed­na po dru­giej w ciem­nym tu­ne­lu.

- Kur­wa mać! - za­klął siar­czy­ście. - Pie­przo­ny kra­wat. Bar­ry mnie nor­mal­nie za­bi­je, jak nie bę­dzie miał tych ana­liz za­raz na otwar­ciu. Niech to szlag...!

Wście­kły, po­wlókł się w stro­nę ław­ki. Wła­śnie miał usiąść, gdy bez­na­mięt­ny ko­bie­cy głos wy­do­by­wa­ją­cy się z ol­brzy­mich mi­kro­fo­nów ogło­sił ko­mu­ni­kat: "Z przy­czyn tech­nicz­nych na­stęp­ny po­ciąg bę­dzie opóź­nio­ny o pięt­na­ście mi­nut, za utrud­nie­nia prze­pra­sza­my". Po­krę­cił tyl­ko z re­zy­gna­cją gło­wą i roz­siadł się, pró­bu­jąc wy­my­ślić do­brą wy­mów­kę. Roz­glą­dał się nie­dba­le wo­kół, gdy na­gle zo­ba­czył chło­pa­ka z tor­ni­strem na ple­cach, któ­ry ści­skał obie­ma rę­ka­mi lap­to­pa. Ja­mes od razu po­my­ślał o Da­vi­dzie. Chło­piec był tak po­chło­nię­ty ja­kąś grą, że Ja­mes, mu­siał go po­cią­gnąć do tyłu, gdy po­ja­wił się ko­lej­ny po­ciąg. Dzie­ciak spoj­rzał na Ja­me­sa nie­bie­ski­mi ocza­mi, jak­by z pre­ten­sją, że mu prze­szko­dził, a po­tem ru­szył do wa­go­nu.

Ja­mes usiadł w po­cią­gu obok chło­pa­ka. Nie chciał być wścib­ski, ale mi­mo­wol­nie co ja­kiś czas na nie­go spo­glą­dał, cie­ka­wy, co robi. Wy­wnio­sko­wał po ja­kimś cza­sie, że spi­su­je swo­je po­sta­no­wie­nia. Gdy wresz­cie śmie­lej za­pu­ścił żu­ra­wia, ko­rzy­sta­jąc z tego, że dzie­ciak w ogó­le nie zwra­cał uwa­gi na oto­cze­nie, zo­ba­czył jed­no z nich.

"Dzi­siaj mam za­miar do­stać piąt­kę z mat­my" - na­pi­sał. Po chwi­li pod wpi­sem po­ja­wi­ły się gwiazd­ki i ko­men­ta­rze. Ja­mes zmru­żył oczy, aby od­czy­tać drob­ny tekst. "Po­wo­dze­nia, trzy­ma­my kciu­ki" - brzmia­ła jed­na z od­po­wie­dzi. Wy­ni­ka­ło z tego, że chło­pak jest na ja­kiejś stro­nie in­ter­ne­to­wej, gdzie lu­dzie wpi­sy­wa­li swo­je pla­ny na naj­bliż­szą przy­szłość, a inni je oce­nia­li i ko­men­to­wa­li. Gdy przyj­rzał się bli­żej, zro­zu­miał, że ma to dzia­łać mo­ty­wu­ją­co. Ten, kto po­sta­no­wie­nia do­trzy­mał, mu­siał to udo­wod­nić, do­da­jąc na przy­kład od­po­wied­nie zdję­cie, a w za­mian do­sta­wał wir­tu­al­ne punk­ty. Ich licz­ba wska­zy­wa­ła, że chło­pa­ko­wi uda­ło się zre­ali­zo­wać spo­ro za­mia­rów. Oczy­wi­ście stro­na była po­łą­czo­na ze zna­ny­mi por­ta­la­mi spo­łecz­no­ścio­wy­mi, two­rząc sieć osób pra­gną­cych po­chwa­lić się swo­imi de­cy­zja­mi i ocze­ku­ją­cych wspar­cia lub uzna­nia.

Ja­mes w pew­nej chwi­li zo­ba­czył wpis czło­wie­ka, któ­ry po­sta­no­wił ku­pić dom. Pod tek­stem wid­nia­ło zdję­cie za­do­wo­lo­ne­go czter­dzie­sto­lat­ka trzy­ma­ją­ce­go akt wła­sno­ści. Spoj­rzał na gór­ny pa­sek. Licz­ba za­lo­go­wa­nych uczest­ni­ków wy­no­si­ła czter­dzie­ści pięć ty­się­cy. "Boże, cze­go ci lu­dzie nie wy­my­ślą..." - po­my­ślał ze zdu­mie­niem.

Był spóź­nio­ny już o dwa­dzie­ścia pięć mi­nut. W jego bran­ży to było dużo Wy­obra­ża­jąc so­bie ury­wa­ją­ce się te­le­fo­ny, wście­kłe­go Bar­ry'ego, lu­dzi py­ta­ją­cych z ro­sną­cą zło­ścią, gdzie jest, kil­ko­ma su­sa­mi po­ko­nał mar­mu­ro­we scho­dy, pod­biegł do win­dy i we­pchnąw­szy tecz­kę po­mię­dzy za­my­ka­ją­ce się drzwi, z ulgą do­stał się do środ­ka. Od razu po­czuł na so­bie zi­ry­to­wa­ne spoj­rze­nia lu­dzi. Wy­glą­da­li na rów­nie znie­cier­pli­wio­nych jak on.

Dwu­dzie­ste dru­gie, dwu­dzie­ste trze­cie, dwu­dzie­ste czwar­te... "Pię­tro dwu­dzie­ste pią­te - dział ope­ra­cji ka­pi­ta­ło­wych" - oznaj­mił wresz­cie miły, dam­ski głos do­by­wa­ją­cy się z gło­śni­ka. Ja­mes cze­kał już tyl­ko na otwar­cie win­dy. Wy­sko­czył z niej jak opa­rzo­ny i w jed­nej chwi­li zna­lazł się przy swo­im biur­ku. Ry­nek już ru­szył na do­bre, bzy­cze­nie pra­co­wi­tych psz­czó­łek ro­bi­ło się co­raz gło­śniej­sze.

- No na­resz­cie, Ja­mes, co do cho­le­ry?! - usły­szał na­gle Bar­ry'ego. Męż­czy­zna już od dłuż­sze­go cza­su krę­cił się ner­wo­wo koło jego biur­ka.

- Sor­ry, sta­ry - roz­ło­żył ręce w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście - szko­da ga­dać, me­tro mi spie­przy­ło, a na­stęp­ne było opóź­nio­ne. Już za­bie­ram się do ro­bo­ty, wiem, jak ci za­le­ży na tych ana­li­zach.

- Spo­koj­nie, Ja­mes, trzy­ma­my te pa­pie­ry - po­wie­dział ugo­do­wo Bar­ry. - Prze­spa­łem się z tym i nie ma co pa­ni­ko­wać. My­ślę, że wię­cej za­ro­bi­my, je­że­li jesz­cze tro­chę zo­sta­ną u nas. Hisz­pa­nie klep­ną re­for­my, za­ci­sną pasa, ob­ni­żą sto­py pro­cen­to­we, żeby po­bu­dzić ry­nek, i cena na­szych ob­li­ga­cji pój­dzie w górę. Ta­kie jest moje zda­nie. Mogę się za­ło­żyć o stó­wę, że mam ra­cję - stwier­dził pew­nie.

- Ale jak to, Bar­ry? Jesz­cze wczo­raj mó­wi­łeś zu­peł­nie co in­ne­go. Skąd ta zmia­na?

- A wiesz, po­dzwo­ni­łem tu i tam, po­ga­da­łem z San­tan­de­rem, z Gold­ma­nem i pa­ro­ma in­ny­mi gra­cza­mi. Wszy­scy zgo­dzi­li­śmy się co do tego, że ta­kim ru­chem za­bi­li­by­śmy ry­nek i w dłuż­szej per­spek­ty­wie by­śmy byli strat­ni. Co na­gle, to po dia­ble, jak to mó­wią. Ogar­nij się, rąb­nij se kaw­kę na spo­koj­nie. Dzi­siaj bę­dzie nud­ny dzień. Chodź, za­ja­ra­my so­bie jed­ne­go.

- Kur­de, Bar­ry, obie­ca­łem so­bie, że od dzi­siaj nie będę pa­lił. - Ja­mes miał nie­pew­ną minę.

Bar­ry wy­buch­nął śmie­chem.

- Och, Ja­mes, Ja­mes, po­wta­rzasz to co­dzien­nie. Trzy dni temu wy­po­wie­dzia­łeś iden­tycz­ne zda­nie, pa­mię­tasz?

- Na­praw­dę? Cho­le­ra, w ogó­le tego nie pa­mię­tam...

- Za dużo my­ślisz, czło­wie­ku. Po pro­stu so­bie za­ja­raj, bez zbęd­nych kom­pli­ka­cji.

- Okej, po­cze­kaj, tyl­ko zro­bię kawę.

Pod­czas pa­le­nia po­ru­sza­li luź­ne te­ma­ty, nie­zwią­za­ne bez­po­śred­nio z ich pra­cą. Bar­ry ob­ga­dał po­ło­wę la­sek z pię­tra. Za­ra­biał ol­brzy­mie pie­nią­dze dla fir­my i był na szczy­cie hie­rar­chii. Każ­dy li­czył się z jego zda­niem. Za­rzą­dzał naj­więk­szym port­fe­lem in­we­sty­cyj­nym w fun­du­szu i był jed­nym z nie­licz­nych tre­ade­rów, któ­rzy mie­li cał­ko­wi­cie wol­ną rękę. Ja­mes po­dej­rze­wał, że Bar­ry był waż­niej­szy niż nie­jed­na oso­ba na bar­dziej eks­po­no­wa­nym sta­no­wi­sku. Z ła­two­ścią mógł­by przejść do kon­ku­ren­cji, he­adhun­te­rzy wa­li­li do nie­go drzwia­mi i okna­mi, bili się o spo­tka­nie z nim. Nikt nie wie­dział, jak to się dzie­je, że po­dej­mu­je same traf­ne de­cy­zje. Jed­no było oczy­wi­ste: my­ślał zu­peł­nie nie­stan­dar­do­wo.

Raz przy­szedł do pra­cy i stwier­dził, że trze­ba ku­pić tro­chę fu­tu­re­sów na in­dek­sy ame­ry­kań­skie. Po­wie­dział bez­tro­sko, że roz­ma­wiał z ja­kąś babą w me­trze, któ­ra oka­za­ła się pra­cow­ni­cą sa­lo­nu sa­mo­cho­do­we­go, i ona za­uwa­ży­ła, że od ja­kie­goś cza­su zwięk­szy­ła się licz­ba osób za­in­te­re­so­wa­nych po­sia­da­niem wła­snych czte­rech kó­łek. Bar­ry wy­kom­bi­no­wał, że sko­ro tak, to zwięk­szy się po­pyt na kre­dy­ty, a jak lu­dzie za­czną brać kre­dy­ty, to na­krę­cą ko­niunk­tu­rę. Po­pro­sił wte­dy Ja­me­sa o ob­szer­ną ana­li­zę ryn­ku mo­to­ry­za­cyj­ne­go, szcze­gól­nie dzia­łal­no­ści du­żych firm prze­my­słu sa­mo­cho­do­we­go, i jego prze­ło­że­nie na ru­chy głów­nych in­dek­sów. Na pod­sta­wie przy­go­to­wa­nych ma­te­ria­łów w cią­gu pół roku na sa­mych po­zy­cjach fu­tu­re­so­wych za­ro­bił dla fir­my oko­ło sze­ściu i pół mi­lio­na do­la­rów.

Ja­mes, za­żyw­szy so­lid­ną daw­kę ni­ko­ty­ny, wró­cił do swo­je­go biur­ka spo­koj­niej­szy. Po raz ko­lej­ny obie­cał so­bie, że musi coś zro­bić z tym na­ło­giem. Nie mógł za­po­mnieć tego, co po­wie­dział Bar­ry: "Trzy dni temu wy­po­wie­dzia­łeś te same sło­wa". Tro­chę go to prze­ra­zi­ło. Zu­peł­nie tego nie pa­mię­tał. Przy­po­mniał mu się chło­pak z me­tra, któ­ry wpi­sy­wał so­bie swo­je po­sta­no­wie­nia na por­ta­lu i udo­wad­niał ich re­ali­za­cję. "Za­raz, za­raz, jak się na­zy­wa­ła ta stro­na?" - pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć.

Wpi­sał szyb­ko w wy­szu­ki­war­kę kil­ka ha­seł i w parę se­kund miał li­stę po­dob­nych por­ta­li. Na pierw­szej po­zy­cji po­ja­wił się link do stro­ny o na­zwie: Sha­rey­our­de­ci­sions.com. Wszedł na por­tal i za­czął go po­wo­li ba­dać. Ku jego zdzi­wie­niu oka­zał się bar­dzo po­pu­lar­ny. Miał mi­lio­ny użyt­kow­ni­ków, więk­szość w Sta­nach, co po­zwa­la­ło mu kon­ku­ro­wać z ta­ki­mi tu­za­mi me­diów spo­łecz­no­ścio­wych jak Fa­ce­bo­ok czy Twit­ter.

Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, za­re­je­stro­wał się. Mu­siał po­dać swo­je dane i wgrać ja­kieś zdję­cie, jed­nak re­je­stra­cja była ła­twa i szyb­ka. Stro­nę moż­na było po­łą­czyć z in­ny­mi por­ta­la­mi, na któ­rych użyt­kow­nik po­sia­dał kon­ta. Ja­mes ob­li­czył w my­ślach, że jed­na szó­sta glo­bu ma gdzieś za­ło­żo­ne kon­to i spę­dza spo­rą część ży­cia w wir­tu­al­nym świe­cie. A w gru­pie osób mię­dzy pięt­na­stym a pięć­dzie­sią­tym ro­kiem ży­cia ten od­se­tek mu­siał być dużo więk­szy.

"Mi­lio­ny te­ra­baj­tów da­nych. Ko­pal­nia wie­dzy" - po­my­ślał i w tej sa­mej chwi­li zre­zy­gno­wał z po­ka­za­nia zdję­cia i ujaw­nie­nia praw­dzi­wych per­so­na­liów. Wy­brał pierw­sze­go z brze­gu awa­ta­ra z do­stęp­ne­go menu i wy­my­ślił nick Ja­me­s37.

Wi­taj, Ja­me­s37! Je­że­li masz ja­kieś po­sta­no­wie­nia na dzi­siaj, po­dziel się z nami, oce­ni­my je i bę­dzie­my ob­ser­wo­wać ich re­ali­za­cję!

Ko­mu­ni­kat o tej tre­ści po­ja­wił się na ekra­nie za­raz po za­ak­cep­to­wa­niu re­gu­la­mi­nu por­ta­lu. Swo­je de­cy­zje mógł przed­sta­wić in­nym użyt­kow­ni­kom na wie­le spo­so­bów. W menu por­ta­lu znaj­do­wa­ła się dłu­ga li­sta opcji. Póki co wy­świe­tlał się ze­staw tych naj­wy­żej pre­mio­wa­nych.

Pierw­sze, co mu przy­cho­dzi­ło do gło­wy, to ze­rwa­nie z na­ło­giem. Tak dłu­go to trwa­ło. Wie­dział, że je­śli ogło­si w tym miej­scu swo­je po­sta­no­wie­nie, kil­ka­na­ście ty­się­cy lu­dzi bę­dzie śle­dzić jego po­czy­na­nia. I mimo że nikt nie mógł­by mu nic udo­wod­nić ani przy­ła­pać go na oszu­stwie, bę­dzie czuł pre­sję.

- A niech to szlag, co mi tam - mruk­nął do sie­bie.

Wła­śnie wy­pa­li­łem ostat­nie­go pa­pie­ro­sa.

Wci­snął od­po­wied­ni przy­cisk i zda­nie po­ja­wi­ło się wśród in­nych po­sta­no­wień.

Nie cze­kał dłu­go. Za­raz po­ja­wi­ła się li­sta gra­tu­la­cji, do­brych rad i wspo­mnień by­łych pa­la­czy. Ze­brał trzy­dzie­ści trzy punk­ty za samo pod­ję­cie de­cy­zji. Na ko­lej­ne mógł li­czyć, je­śli bę­dzie re­gu­lar­nie pu­bli­ko­wał do­wo­dy wy­trwa­nia w swo­im po­sta­no­wie­niu, naj­le­piej wy­ni­ki ba­da­nia spi­ro­me­trem. Por­tal da­wał po­nad­to moż­li­wość bu­do­wa­nia ca­łej sie­ci po­sta­no­wień i ana­li­zy tego, jak dana de­cy­zja wpły­nę­ła na jego ży­cie lub ży­cie in­nych.

Ja­mes spę­dził tam spo­ro cza­su. Naj­bar­dziej za­in­try­go­wa­ła go hi­sto­ria in­ter­nau­ty, któ­ry po­sta­no­wił, że bę­dzie od­da­wał krew - do­stał za to pięć­dzie­siąt czte­ry punk­ty. Nie­ste­ty, ba­da­nia wy­ka­za­ły, że jest no­si­cie­lem wi­ru­sa HIV. Zdru­zgo­ta­ny tą in­for­ma­cją po­sta­no­wił żyć tak, jak­by każ­dy dzień miał być tym ostat­nim. Naj­pierw zre­zy­gno­wał z pra­cy, w któ­rej się mę­czył i któ­ra nie da­wa­ła mu żad­nej sa­tys­fak­cji. Użyt­kow­ni­cy por­ta­lu na­gro­dzi­li go za tę de­cy­zję sto pięć­dzie­się­cio­ma dwo­ma punk­ta­mi. A gdy oszczęd­no­ści ca­łe­go ży­cia prze­zna­czył na za­kup kwia­ciar­ni, w któ­rej pra­co­wał jako chło­piec, speł­nia­jąc w ten spo­sób dzie­cię­ce ma­rze­nie, zy­skał ko­lej­ne dwie­ście pięć­dzie­siąt trzy punk­ty. Po­tem za­ko­chał się w klient­ce i po roku się z nią oże­nił - i już miał na kon­cie pięć­set pięć­dzie­siąt trzy punk­ty. Dziew­czy­na oka­za­ła się wła­ści­ciel­ką ma­łe­go skle­pu in­ter­ne­to­we­go i jego pa­sja po­łą­czo­na z jej przed­się­bior­czo­ścią spra­wi­ły, że po trzech la­tach sta­li się wła­ści­cie­la­mi naj­więk­sze­go por­ta­lu in­ter­ne­to­we­go zaj­mu­ją­ce­go się sprze­da­żą kwia­tów - dzie­więć ty­się­cy pięć­set dwa­dzie­ścia trzy punk­ty. Hi­sto­ria za­koń­czy­ła się tak, że męż­czy­zna za­ło­żył fun­da­cję po­ma­ga­ją­cą cho­rym na AIDS i prze­zna­czał na jej dzia­łal­ność po­ło­wę swo­ich nie­ma­łych do­cho­dów. Na por­ta­lu moż­na było po­znać losy tych, któ­rzy dzię­ki jego hoj­no­ści mo­gli re­ali­zo­wać ma­rze­nia po­mi­mo swo­jej cho­ro­by.

Im bar­dziej Ja­mes wczy­ty­wał się w ludz­kie hi­sto­rie za­miesz­czo­ne na por­ta­lu, tym bar­dziej był nim za­fa­scy­no­wa­ny. Opo­wieść wła­ści­cie­la kwia­ciar­ni po­chło­nę­ła go bez resz­ty. In­for­ma­cja o cho­ro­bie za­dzia­ła­ła w jego przy­pad­ku jak te­ra­pia szo­ko­wa i spra­wi­ła, że jego ży­cie sta­ło się lep­sze i peł­niej­sze. "Sami de­cy­du­je­my o wła­snym ży­ciu. Los tyl­ko nam pod­po­wia­da" - po­my­ślał Ja­mes.

Chcąc się jak naj­wię­cej do­wie­dzieć o tym czło­wie­ku, Ja­mes wpi­sał w wy­szu­ki­war­kę na­zwę jego fir­my: Be­au­ty­flo­wer.com. Licz­by mó­wi­ły wszyst­ko o jego suk­ce­sie. Ka­pi­tał fir­my: dwa­dzie­ścia pięć mi­lio­nów do­la­rów; ob­ro­ty: dwie­ście pięć­dzie­siąt mi­lio­nów rocz­nie.

Wkrót­ce fir­ma mia­ła wejść na gieł­dę.

- Gdy­by czło­wiek dwa lata temu wie­dział, że z tej ma­łej osie­dlo­wej fi­rem­ki wy­ro­śnie taki ko­los, to by nie­źle na niej za­ro­bił - mruk­nął do sie­bie, a za­raz po­tem po­krę­cił gło­wą.

Znów przy­ła­pał się na tym, że ana­li­zu­je świat wo­kół pod ką­tem in­we­sty­cji, ren­tow­no­ści i sto­py zwro­tu. Nie po­tra­fił się jed­nak opa­no­wać i za­czął szu­kać ko­lej­nych in­for­ma­cji na te­mat fir­my. Przy­szedł mu do gło­wy cie­ka­wy i tro­chę sza­lo­ny po­mysł. "A gdy­by tak wy­ko­rzy­stać in­for­ma­cje z por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych do ana­li­zy?" - po­my­ślał z sa­tys­fak­cją.

Licz­ba punk­tów uzy­ska­nych na tym kon­kret­nym por­ta­lu by­ła­by mier­ni­kiem osią­ga­nych suk­ce­sów, pa­rę­set ty­się­cy kon­su­men­tów da­wa­ło­by do­syć spo­rą pró­bę sta­ty­stycz­ną, któ­ra mo­gła­by być w mia­rę wia­ry­god­nym wskaź­ni­kiem przy ana­li­zie na­stro­jów spo­łecz­nych.

Z roz­my­ślań nad tym no­wa­tor­skim po­my­słem nie­spo­dzie­wa­nie wy­rwał go sy­gnał te­le­fo­nu. Dzwo­ni­ła Lo­re­en.

- Słu­chaj, Ja­mes, przy­jeż­dżaj szyb­ko! Z Da­vi­dem coś się dzie­je! - krzy­cza­ła.

- Jak to? Co się dzie­je?! - Po­de­rwał się na rów­ne nogi.

- Nie wiem, na­gle za­czął się dziw­nie za­cho­wy­wać, ma­cha rę­ka­mi i bije się w gło­wę, do­stał krwo­to­ku z nosa, a w koń­cu ze­mdlał. To było strasz­ne, Ja­mes! Nie wiem, co ro­bić. Je­stem prze­ra­żo­na. Po­go­to­wie jest już w dro­dze. Mo­żesz przy­je­chać? Bła­gam.

- Ja­sne, Lo­re­en, będę naj­szyb­ciej, jak się da. Gdzie go za­bie­ra­ją? Wiesz?

- Naj­praw­do­po­dob­niej do kli­ni­ki Lin­col­na na Sto Dwu­dzie­stej Pią­tej. Taką do­sta­łam in­for­ma­cję na li­nii.

- Do­bra, to po­ja­dę od razu tam. Cze­kaj na mnie. Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Ja­mes pręd­ko odło­żył słu­chaw­kę i po­szu­kał wzro­kiem Bar­ry'ego. Wi­siał na te­le­fo­nie. Nie zwa­ża­jąc na to, że mu prze­ry­wa, szarp­nął go za ra­mię i gło­śno po­wie­dział:

- Bar­ry, prze­pra­szam cię, ale mu­szę się urwać z ro­bo­ty do koń­ca dnia. Spra­wy ro­dzin­ne.

- Co się sta­ło, Ja­mes? - za­py­tał Bar­ry, za­sło­niw­szy słu­chaw­kę ręką.

- Coś z Da­vi­dem. Wpadł w szał, nie wiem do­kład­nie. Po­go­to­wie jest już w dro­dze.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.