Ścigani - Marcel Moss
49.99 zł
41.49 zł
(38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Igi Sznyder przebiegł wzrokiem po wyświetlanym na ekranie laptopa tekście i znowu nie zrozumiał ani słowa. Litery zlewały się w szarą masę, a w skroniach pulsowało mu tępe, uporczywe dudnienie. Czuł, jakby ktoś wiercił mu dziurę w głowie - co wcale go nie dziwiło, zważywszy na to, ile whisky wypił poprzedniego wieczora.
Uniósł kubek, licząc na resztki zimnej kawy, ale spotkało go rozczarowanie. Odstawił go z irytacją na blat i wsunął dłoń pod czarną czapkę z daszkiem i naszywką w kształcie polskiej flagi. Dostał ją przed laty od brata Tymona i od tamtej pory się z nią nie rozstawał.
Poirytowany przysunął się bliżej biurka i spróbował skupić się na dokumentach. Wytrzymał dwie minuty i zrezygnowany opadł plecami na oparcie krzesła.
- Chryste, litości! - jęknął i przez dłuższą chwilę gapił się w sufit, jakby ten miał mu wyświetlić odpowiedź, której od miesiąca na próżno szukał.
To już miesiąc.
Właśnie tyle czasu minęło od uprowadzenia Sandry Milton - jego wspólniczki i najlepszej przyjaciółki. Doszło do niego na hotelowym parkingu w Gdańsku. Igi wiedział, że stał za tym ich największy wróg - Adam Ratman, zwany też prezesem. Potwierdziła to towarzysząca jej wtedy pracownica agencji Amelia "Velma" Rutka. Igiemu wciąż zaciskał się żołądek na myśl o tym, że naprawdę niewiele brakowało, by Velma zginęła na miejscu. Nabój o milimetry minął tętnicę. Co prawda i tak skończyło się na niemal dwutygodniowej hospitalizacji, ale lekarze na każdym kroku podkreślali, że Rutka wygrała los na loterii.
- Gdybym jeszcze miała takie szczęście w pokera - rzuciła do siedzącego przy jej łóżku Igiego.
Tego samego wieczora Szyder przemycił do szpitala trzy puszki piwa, opróżnił je w pośpiechu i podpity wyznał jej:
- To wszystko moja wina. Powinienem wtedy z wami być i was chronić.
Velma przekonywała go, że czasem, choćbyśmy bardzo chcieli, nie jesteśmy w stanie komuś pomóc.
- Zresztą jak miałeś to zrobić, siedząc w celi? Daj spokój, szefie. Przestań się samobiczować.
Z każdym dniem coraz bardziej dopuszczał do siebie myśl, że faktycznie nie mógł zapobiec porwaniu Sandry. I zamiast marnować energię na obwinianie się, skupił się na Ratmanie. Nie rozumiał, dlaczego prezes nie zadał sobie trudu, żeby wystosować jakiekolwiek żądania. Po prostu odebrał Sandrę najbliższym i nawet się z nimi nie skontaktował. Zupełnie tak, jakby wyrwał ją ze świata tylko po to, żeby nikt jej już nigdy nie odnalazł.
Igi wstał i podszedł do panoramicznego okna. Oparł się dłońmi o chłodne szkło i wbił spojrzenie w ulicę daleko pod nim. Dobijało go, że świat toczył się dalej, jakby od trzydziestu dni nic się nie wydarzyło. Jakby Sandra nigdy nie istniała.
Gdy zamrugał, ujrzał ją za szybą we wszystkich odsłonach, które tak bardzo w niej uwielbiał. Znów widział jej uniesione w charakterystyczny sposób brwi i spojrzenie mówiące: "Przysięgam, Igi, że kiedyś mnie wykończysz". Widział też jej szeroką, szarą bluzę z kapturem i ulubione spodnie od dresu. Nie mówił jej tego, by jej nie denerwować, ale nie miałby nic przeciwko, gdyby wróciła do swojego stylu sprzed tragedii, do której doszło w Wigilię dwa tysiące szesnastego roku. Tamten wieczór zmienił Sandrę nie do poznania - pewna siebie, energiczna i towarzyska kobieta zamknęła się na ludzi i ukryła pod szerokimi dresami. Mimo to z pomocą Igiego powoli otwierała się na nowo. A on wierzył, że przyjdzie taki dzień, gdy otworzy przed nim również swoje serce.
Jednak teraz ta wiara nieco gasła. I chyba to najbardziej go przerażało. Nie był gotowy na to, że już nigdy nie usłyszy jej suchego: "Cze".
Gdzie więził ją Ratman? Czy w ogóle żyła? I dlaczego prezes milczał?
Z zamyślenia wyrwał go głos psycholog Amandy Rybciak:
- Igi?
Rybka stała w progu i przyglądała mu się tak, jak zwykle patrzyła na pacjentów, którzy na terapii pierwsze trzy sesje spędzali na milczeniu.
- Hm? - mruknął Sznyder.
- Przeszkadzam?
- Nie, a co?
- Chciałam tylko spytać, jak ci idzie i czy mogę ci w czymś pomóc.
- W sumie to możesz - odrzekł, wracając do biurka. - Wytłumacz mi, dlaczego zamiast przeczesywać każdy zakamarek tej planety, siedzę tu i grzebię w dokumentach fundacji?
Amanda westchnęła.
- Wiesz, teoretycznie to ja powinnam je ogarniać. Tylko że sam mnie z tego zwolniłeś, pamiętasz?
- Bo chciałem zająć się czymś pożytecznym - mruknął. - Czymkolwiek, co nie będzie mi przypominało, że nie jestem w stanie znaleźć Sandry.
- Rozumiem, ale... - zaczęła ostrożnie. - Nawet Lena nie wie, gdzie jej szukać.
Igi skrzywił się na słowo "nie", jakby wbijało mu się w skórę niczym ostre paznokcie. Przez chwilę milczał, po czym zamknął laptop z takim rozmachem, jakby chciał odciąć się od wszystkich myśli naraz.
- Wiesz co, Rybka... - odezwał się ochryple. - Nie mam już siły o tym gadać.
- W porządku, ale...
Uniósł rękę, ucinając temat.
- Zróbmy tak: ty wrócisz do tych papierów, a ja pójdę na spacer, zanim komuś tu stanie się krzywda.
Amanda z zadowoleniem skinęła głową.
- Robi się! Aha, Igi...
- No?
- Wiesz, że zawsze możesz ze mną pogadać na każdy temat.
- Wiem, ale nie potrzebuję teraz psychologa, tylko przyjaciółki.
- Tym bardziej - nie odpuszczała Rybka. - Po prostu... Jeśli coś cię trapi, możesz dzwonić nawet w środku nocy.
Igi spontanicznie zbliżył się do niej i cmoknął ją w policzek.
- Dzięki - rzucił, zanim Amanda zdążyła zareagować, i już po chwili był jedną nogą za drzwiami.
Po wyjściu z wieżowca Warsaw Spire ruszył w stronę Ronda Daszyńskiego, dając się ponieść tłumowi i odbijając się od ludzi jak od słupów.
- Sorki - powiedział do dziewczyny z kubkiem kawy ze Starbucksa, którą potrącił na przejściu dla pieszych.
Chwilę później omal nie staranował kobiety z wózkiem. Szedł przed siebie, odruchowo wszędzie wypatrując Sandry. Niskiej, drobnej dresiary w przesadnie szerokich ubraniach.
- Teraz jest taka moda wśród nastolatków. Nic nie poradzę, że wyprzedzam trendy - stwierdziła parę miesięcy wcześniej, zamykając Igiemu usta.
Na moment zwolnił, gdy minęła go krótkowłosa blondynka o podobnym kroku - tym samym szybkim, zdecydowanym, jakim Sandra potrafiła wparować do jego gabinetu i oznajmić, że lada moment może się zjawić klient, a on, zamiast się przygotowywać do rozmowy, układa sobie tarota, którego nauczyła go Velma.
- Sandra? - szepnął tak cicho, że sam ledwo siebie słyszał.
Serce zabiło mu mocniej, gdy zbliżał się do kobiety, ale kiedy ujrzał jej twarz, momentalnie zgasły w nim wszelkie nadzieje.
W końcu skręcił w stronę niewielkiego skweru i usiadł na ławce obok staruszki rozmawiającej przez telefon na głośnomówiącym. W pewnym momencie sam wyjął z kieszeni smartfon i wybrał numer Tymona.
- No siema. - Usłyszał po chwili. Głos jego brata wciąż był słaby, ale żywszy niż kilka miesięcy wcześniej. - Już się bałem, że o mnie zapomniałeś.
- Co ty wygadujesz?! - syknął Igi i spytał: - Co tam w Zgierzu?
- Wszystko dobrze. Wiesz, że skończyłem remontować salon? Nawet sam położyłem panele - powiedział z wyraźną dumą.
Sznyder zamknął oczy. Pewnego dnia Tymon po prostu rozpłynął się w powietrzu, jakby jakaś nieznana siła wymazała go z jego życia jednym ruchem gumki. Odnalazł się dopiero po kilku latach. Dla Igiego był to okres emocjonalnego koszmaru. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzył, by przez to przechodził. A jednak teraz, po tak krótkim czasie, znów musiał mierzyć się z utratą bliskiej osoby.
Igi codziennie łapał się tej historii jak tonący brzytwy. Skoro Tymon wrócił, to może Sandra też wkrótce stanie w jego drzwiach, jakby widzieli się wczoraj? Musiała wrócić.
- Dobra robota, brat - rzucił, starając się brzmieć normalnie. - To kiedy mam przyjechać na inspekcję?
- Właśnie miałem pytać. - W głosie chłopaka pojawiła się dziecięca ekscytacja, której Igi dawno u niego nie słyszał. - Może w weekend? Pomógłbyś mi z meblościanką. Chciałem ją przesunąć i pomalować ścianę za nią, ale sam nie dam rady. A nie chcę prosić mamy o pomoc. Ostatnio narzeka na ból pleców.
- Robiła badania?
- Nie. Twierdzi, że nie ma takiej potrzeby i że pewnie wkrótce samo przejdzie.
- Cała mama - mruknął Igi. - Chyba muszę przemówić jej do rozsądku.
- Przydałoby się. To co, przyjedziesz?
- Tak, ale jeszcze nie wiem, czy w weekend.
- Przyjedź. Mama mówi, że, cytuję, "Ignasiowi przydałoby się wyrwać z tej Warszawy i oczyścić głowę".
Słysząc to, poczuł bolesny ucisk w żołądku. "Oczyścić głowę"? Co to w ogóle znaczyło? Niby z czego miał ją oczyszczać? Z tęsknoty za Sandrą? To nie wchodziło w grę. Poza tym wiedział, że gdy tylko usiądzie w rodzinnym domu, na kanapie w nowym salonie Tymona, myśl o Sandrze przygniecie go jeszcze mocniej niż tutaj. Przynajmniej w pracy miał iluzję, że robi cokolwiek.
- Przyjadę niedługo - powiedział, ostrożnie dobierając słowa. - Obiecuję.
- "Niedługo" to znaczy kiedy, panie prezesie?
- Jak tylko ogarnę parę rzeczy w fundacji.
Zapadła krótka cisza, którą przerwało pytanie Tymona:
- Igi... wiadomo już coś?
Sznyder na moment wstrzymał oddech.
- Nie.
- Biedna Sandra. Mam nadzieję, że się odnajdzie.
- Taaa... ja też. To na razie.
- Czekaj! - odezwał się Tymon, zanim Igi zakończył połączenie. - Ja... nigdy nie zapomnę, ile Sandra dla mnie zrobiła. Jak bardzo pomogła ci w rozwiązaniu mojej sprawy...
- Yhy - zdołał wymruczeć Igi.
Chciał powiedzieć bratu, że gdyby nie spryt, determinacja i bezkompromisowość Sandry, agencja "ECHO" nigdy nie wypłynęłaby na szerokie wody i wielu zaginionych do dzisiaj nie udałoby się odnaleźć. Nie był jednak w stanie wydusić z siebie nic więcej.
- Jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić...
- Muszę kończyć, brat. Do zgadania. - Rozłączył się, zanim Tymon zdążył odpowiedzieć. Następnie przez chwilę siedział bez ruchu, ściskając smartfon w dłoni tak mocno, że aż spociły mu się dłonie.
Po drodze do biura zahaczył o Żabkę i kupił dwie puszki piwa. Zanim wyszedł ze sklepu, schował je do kieszeni czarnej bluzy z kapturem. Metal przyjemnie schłodził mu dłonie.
Wracał do Warsaw Spire na ciężkich nogach, jakby podświadomość nakazywała mu zostać na zewnątrz i dalej szukać Sandry. Wiedział jednak, że to nie ma sensu. Zacisnął więc zęby i zmusił się do kolejnych kroków.
Po wejściu do budynku spostrzegł czekającą na windę Velmę. Miała na sobie jedną ze swoich ulubionych koszul w grochy, a pod szyją zawiązała kokardę.
- Co tam, szefuniu? Masz minę, jakbyś zobaczył ducha.
Igi zmarszczył brwi.
- Możesz mi powiedzieć, co tu robisz?
- Jak to co? Przyszłam do pracy. No, chyba że mnie zwolniłeś w trakcie mojej nieobecności?
W tym samym czasie rozległ się dźwięk zwiastujący przyjazd windy. Igi zaczekał, aż drzwi się rozsuną, po czym wszedł z Velmą do środka i rzekł:
- Prędzej zwolniłbym siebie. Może to wyszłoby agencji na dobre. Ostatnio i tak do niczego się nie nadaję.
- Właśnie dlatego skróciłam urlop zdrowotny - powiedziała Amelia i wcisnęła przycisk z numerem ich piętra.
- Yyy... Czy ty właśnie potwierdzasz, że jestem bezużyteczny? - prychnął. - Liczyłem raczej, że wyprowadzisz mnie z błędu czy coś...
Velma nie odpowiedziała. Zamiast tego zatopiła wzrok w wystającej z kieszeni bluzy puszce piwa.
- Serio, Igi? Picie w miejscu pracy?
W odpowiedzi przewrócił oczami.
- Do czego to doszło, że poucza mnie laska, która urządza w biurze zawody pokera.
- Pragnę zaznaczyć, że za twoją zgodą. - Velma pieszczotliwie go szturchnęła, a następnie wyszła pierwsza, gdy drzwi windy się rozsunęły.
Igi wciągnął powietrze, poprawił czapkę i ruszył za nią korytarzem w stronę biura agencji "ECHO".
- Velma! - krzyknęła uradowana sekretarka Diana i rzuciła się jej w objęcia. - Wpadłaś w odwiedziny?
- W zasadzie to wróciłam na stałe.
Diana uniosła brwi.
- Jak to? A czy ty przypadkiem nie powinnaś być jeszcze na L4?
- Powinna, ale wiesz, jaka jest Velma. Łamanie zasad ma we krwi - wtrącił się stojący nieopodal Igi.
Tymczasem w korytarzu zjawił się informatyk Leszek "Master".
- Nareszcie. Stęskniłem się już za naszymi partyjkami pokera. - Zbliżył się do niej i przywitał szybkim uściskiem. - Jak się czujesz?
- Przecież rozmawialiśmy wczoraj - zauważyła Velma.
- Tak, ale od tamtej pory minęło kilkanaście godzin. Spokojnie mogło ci się przez ten czas pogorszyć.
- Nic mi nie jest - odparła Amelia i posłała uśmiech stojącej w progu Rybce. - Jak się sprawują moi chłopcy? - Objęła wzrokiem Leszka i Igiego.
- Jak by to powiedziała Sandra: "Jeszcze mnie nie wykończyli" - rzekła Amanda i gwałtownie się usztywniła, gdy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. - Przepraszam.
- Ale za co przepraszasz? - spytał lekko drżącym głosem Igi, sprawiając, że atmosfera natychmiast zgęstniała.
- Pogadamy u ciebie? - odezwała się Velma, chcąc jak najszybciej go stąd zabrać.
On jednak nie odpuszczał Rybce.
- Nie rób z Sandry tematu tabu - syknął.
- Igi, o co ci chodzi? Przeprosiłam, bo sam wcześniej powiedziałeś, że nie masz już dziś siły o niej rozmawiać. - Po tych słowach zbliżyła się do niego powoli i dodała: - Wszyscy martwimy się o Sandrę. I bez przerwy o niej myślimy.
Poczuł ukłucie w sercu. Wiedział, że niepotrzebnie się zapędził.
- Sorry, Rybka. Wiem, że nie miałaś nic złego na myśli. Ja po prostu... - Urwał, gdy z kieszeni jego bluzy wypadła puszka piwa i poturlała się po podłodze. - Cholera!
- Widzę, że jednak miałam nosa, skracając urlop - stwierdziła Velma i ruszyła w stronę gabinetu Igiego. - Za mną, szefie!
Po przekroczeniu progu usiadła na krześle przy jego biurku, jakby była u siebie.
- Becky nie ma dziś w biurze?
- Wzięła tydzień wolnego. Jej matka pierwszy raz przylatuje do Polski.
- Ooo! - ucieszyła się Velma. - Czyli poznasz teściową?
Igi spojrzał na nią tak smutnym wzrokiem, że uśmiech szybko zniknął jej z twarzy.
- Kiepski żart.
Igi usiadł po drugiej stronie biurka i postawił na nim dwie puszki.
- Niekoniecznie. To raczej ja mam ostatnio chujowe poczucie humoru.
- Nie zaprzeczę - skwitowała Velma i postanowiła pociągnąć temat Becky: - To jak? Dostałeś zaproszenie na wspólną kolację czy coś?
- Tak jakby...
- Tak jakby?
Rozmowę przerwała im Diana, która weszła bez pukania.
- Może coś do picia?
- Dzięki. Ja mam. - Igi bez skrępowania uniósł puszkę.
- A dla ciebie, Velma? W lodówce wciąż stoi twoja butelka coli zero.
- Dzięki, ale dziś wypiłam już dwie.
- Okej. - Diana wycofała się i zniknęła za drzwiami.
- Czy ona potraktowała mnie jak twojego gościa? - spytała Igiego Velma.
- Trochę...
- Zatem tym bardziej muszę wracać do pracy. Zaczynacie już o mnie zapominać.
- Ciebie raczej ciężko byłoby zapomnieć. - Sznyder się zaśmiał i przesunął puszkę w jej stronę. - Chcesz?
- Nie, dzięki. - Poprawiła się na krześle i spytała: - To jak ten nasz nowy nabytek?
- Gniewko?
- A jest ktoś jeszcze?
Igi upił mały łyk zimnego piwa.
- Zapierdala jak w kołowrotku. I chwała mu za to. Gdyby nie on, musiałbym zamknąć agencję.
- Bez przesady...
- Mówię serio, Velma. Gniewko wziął na swoje barki duże zlecenie i na razie jakoś sobie radzi. Za to ja... nie ogarniam niczego. Kompletnie niczego.
Rutka przyjrzała mu się uważnie.
- No dobra, a co z Sandrą? Od trzech dni nie mam od ciebie update'u.
- Nie masz, bo uznałem, że nie będę ci dawał update'u o braku update'u - odparował Igi i wziął kolejny łyk.
- Czyli nadal nie wiadomo, kto zabił Rozmulskiego? - spytała o przebywającego w areszcie prezesa Occo Holdings, który kilka godzin po tym, jak zgodził się zeznawać przeciwko Ratmanowi, został znaleziony powieszony w celi.
Jej pytanie przyprawiło Sznydera o zduszony rechot.
- Velma, czy ty dopiero się urodziłaś? Naprawdę nie domyślasz się, czyja to sprawka?
- Potrzebujemy dowodów...
- Po co? Żeby rozpętać medialną nagonkę na Ratmana? Daj spokój. - Machnął ręką. - Wszyscy milczą jak zaklęci. Wiesz, że nawet niszowe portale po kilku minutach zdjęły wzmianki o śmierci Rozmulskiego? Cień się nie pierdoli.
Velma zsunęła dłonie z podłokietników i pochyliła się w jego stronę.
- I co teraz? Ta bezczynność jest wykańczająca. Gdzie jest policja? Masz jakieś wieści od tamtego gliniarza, który prowadził śledztwo?
Igi wzruszył ramionami.
- Milczy jak grób.
- Ja pierdzielę - westchnęła Rutka i ponownie opadła plecami na oparcie krzesła. - Wobec tego jaki masz plan?
- Lena kazała czekać i nie angażować w to służb. Zresztą rozumiem ją. W obecnej sytuacji mało komu możemy ufać.
- Znasz statystyki. Im dłużej czekamy, tym mniejsze są szanse na odna... - Urwała, widząc opadające kąciki ust Igiego. - Po prostu musimy sprowadzić Sandrę do domu. Rozmawiałeś w ogóle ostatnio z Leną?
- Od kilku dni nie odbiera ode mnie telefonu. Boję się, że ten skurwiel dorwał i ją.
Velma pokręciła głową.
- Jeśli nie odbiera, to znaczy, że ma ku temu powód. Może nie chce cię narażać?
- Już bardziej nie da się być narażonym - zauważył. - Ten skurwiel, jeśli tylko zechce, będzie mógł dorwać mnie w sekundę. - Zrobił krótką pauzę, by napić się piwa. - Zrozum, Velma. Nikogo bardziej nie dobija ta bezczynność niż mnie.
- Zatem zróbmy coś, do kurwy nędzy - syknęła Rutka.
Igi milczał, bo nie miał pojęcia, co jej powiedzieć.
Po dłuższej chwili zmienił temat:
- A jak ty się w ogóle czujesz?
- Dobrze. Miło, że pytasz.
- Wiem, powinienem był od tego zacząć. Sorry.
Velma machnęła ręką.
- Nieważne. Generalnie nic mi już nie dolega, a rana dobrze się goi. Chcesz zobaczyć bliznę?
- Nie, dzięki - mruknął Igi. - Mam swoje i wystarczy. Codziennie oglądam je w lustrze. - Przyłożył dłoń do brzucha, po czym poważnym głosem spytał: - Na pewno czujesz się gotowa na powrót?
Velma przewróciła oczami.
- Bardziej byłam tylko pewna tego, że spędzę resztę życia z taką jedną laską, którą poznałam na Erasmusie w Hiszpanii.
- Byłaś na Erasmusie? Nie wiedziałem...
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz. - Mrugnęła do niego zalotnie.
- I co z tą laską?
- Jak to co? Ja wróciłam do Polski, ona została tam i na tym koniec.
- Przykro mi. Ale jeśli to był szczyt twojej pewności... to mamy problem.
W odpowiedzi Velma zabrała Igiemu puszkę i upiła duży łyk.
- Skoro lekarze kazali mi odpoczywać, to odpoczywałam. I tak długo wytrzymałam, ale ile można słuchać audiobooków z serii "miej wyjebane, a będzie ci dane" i grać online w karty z Masterem?
- Po prostu nie chcę cię mieć na sumieniu. Potem pójdzie fama, że agencja "ECHO" torturuje pracowników.
- Szczerze? Przetrwałeś Skorpiona, Oliwię Neumann, a nawet eksplozję poprzedniego biura. Nie wiem, czy jeszcze cokolwiek będzie cię w stanie złamać.
Igi natychmiast pomyślał o Sandrze, a do oczu napłynęły mu łzy.
- A może jednak powinnaś posłuchać lekarzy i jeszcze trochę odpocząć?
- Mówisz to dlatego, że się o mnie troszczysz, czy dlatego, że nie chcesz, bym codziennie widziała cię topiącego smutki w alkoholu?
Igi spuścił głowę.
- Nie rób ze mnie...
- Spójrz na mnie - Velma weszła mu w słowo.
Sznyder zawahał się, ale spełnił jej prośbę. Wtedy Rutka wbiła w niego przenikliwe spojrzenie i powoli, jakby każde słowo miało mu się wwiercić w czaszkę, powiedziała:
- Odpowiedz szczerze: potrzebujesz mnie?
- Wiesz, że tak. Jesteś ważnym członkiem zespołu i...
- Czy potrzebujesz mnie teraz w swoim życiu? - doprecyzowała. - Czy czujesz, że toniesz i przydałaby ci się pomocna dłoń przyjaciółki?
Igi przez chwilę wyglądał jak ktoś, kto stoi nad przepaścią i zastanawia się, czy skoczyć, czy wrócić na bezpieczny grunt. W końcu odpuścił.
- Tak - odparł najpierw cicho, a potem mocniej, wyraźniej: - Tak. Kurewsko cię potrzebuję. Ratuj mnie, na litość boską.
Velma uśmiechnęła się triumfalnie.
- To właśnie chciałam usłyszeć - powiedziała, wstając z krzesła jak generał, który właśnie dostał rozkaz ruszenia na front. - Oto jestem.
- Na swoje nieszczęście - mruknął Igi.
- Na szczęście agencji - poprawiła go. - A teraz rusz dupę, prezesie. Rozpoczynamy operację doprowadzenia twojego życia do porządku. Zaczniemy od ustanowienia zasady absolutnej trzeźwości. - Okrążyła biurko i demonstracyjnie wyrwała Sznyderowi opróżnioną do połowy puszkę.
- Ej! Co ty robisz? - obruszył się.
- Ratuję cię, tak jak chciałeś.
- Pozbawiając mnie jedynego znieczulacza?
- To nie moment na upijanie się - stwierdziła twardo. - Sandra nas potrzebuje. Musimy być w pełni świadomi i czujni.
- Byłem świadomy przez wiele dni i co? Nadal cisza.
Widząc jego rezygnację, Velma szarpnęła go za rękę i energicznie nią potrząsnęła.
- Ogarnij się, szefie! Zapomniałeś już, jak było z Tymonem? Czekałeś na jego powrót kilka lat. W międzyczasie pewnie ze sto razy zwątpiłeś, że kiedykolwiek się odnajdzie, mam rację?
- Do czego zmierzasz?
- Do tego, że nigdy nie wolno tracić nadziei. Zwłaszcza w sytuacji, gdy wiemy, kto stoi za porwaniem Sandry.
- Właśnie to martwi mnie najbardziej.
- A mnie nie. - Velma ponownie usiadła na krześle i wyjaśniła: - Czuję w kościach, że Ratman nie skrzywdził Sandry. Potrzebuje jej, by dorwać Lenę. Wszak to o nią mu chodzi. To na jej punkcie ma obsesję.
- W takim razie dlaczego nie stawia żądań? Znam Lenę. Dla siostry poświęciłaby nawet własne życie.
- Może Ratman liczy na to, że uda mu się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu? Na przykład zmuszając Sandrę do naprowadzenia go na trop Leny? Sam pomyśl: Lena się nie odzywa, bo wie, że prezes cały czas ją tropi. I być może jest coraz bliżej. Właśnie dlatego musi być maksymalnie ostrożna.
Igi namyślał się przez chwilę, drapiąc się po szorstkim podbródku.
- Czyli pozostaje nam czekać.
- Nie.
- Nie?
Velma ponownie wzięła łyk piwa i rzuciła wymowne spojrzenie na szklany stolik przy oknie, zawalony papierami.
- Musimy ogarnąć ten bajzel, zwłaszcza że Becky poszła na urlop. Igi, zrozum wreszcie, że jesteś właścicielem poważnej agencji, a nie przedszkola, w którym nic nie jest na swoim miejscu.
- Okej, to ty mi tu posprzątaj, a może ja w tym czasie... - Igi już miał czmychać ku drzwiom, gdy Velma zagrodziła mu przejście.
- A ty dokąd? Zostajesz tu i mi pomagasz.
- Serio?
- Jak najbardziej serio.
*
Godzinę później zmęczony i podchmielony Igi opadł na sofę i głośno westchnął.
- Dzięki, Velma. Tak mnie zajechałaś, że nie miałem nawet kiedy rozmyślać o... - Nagle zamilkł, jakby wypowiedzenie imienia Sandry było ponad jego siły. Następnie wyjął z kieszeni spodni smartfon i wybrał tymczasowy numer Leny. Co jakiś czas zmieniała go, by pozostać poza radarem prześladowców. - Przecież w końcu musi odebrać - powiedział do Velmy i przyłożył urządzenie do ucha.
Po trzech sygnałach Sznyder zamarł. Po drugiej stronie odezwał się znajomy głos.
- Tak?
- Lena? No, nareszcie! Już się bałem, że coś ci się stało...
- Gdzie jesteś?
- W biurze. A co?
- Jesteś sam? - spytała chłodnym, napiętym tonem.
- Z Velmą. Wróciła do pracy.
- Pozdrów ją - wyszeptała Rutka.
- Lena, co się dzieje? - rzucił Igi. - Dlaczego przez kilka dni milczałaś? Dowiedziałaś się czegoś?
- Znasz zasady. Żadnych konkretów przez telefon.
- Wiem, wiem. Czyli dalej mam czekać, aż uznasz, że jest wystarczająco bezpiecznie, żebyśmy się spotkali?
- Nigdy nie będzie bezpiecznie - odparła po krótkiej chwili. - Igi...
- Hm?
- Miej dziś oczy dookoła głowy. Wypatruj gołębi. Do usłyszenia.
Po zakończeniu rozmowy Velma przysiadła się obok i wbiła w niego pytające spojrzenie.
- I co?
- Kazała mi wypatrywać gołębi - mruknął.
Rutka zastanowiła się przez moment, po czym stwierdziła:
- Dawniej gołębie nosiły listy. Może zaraz pojawi się jakiś posłaniec od Leny.
Igi przetarł dłonią twarz i wypuścił powietrze ustami.
- Byle przekazał dobre wieści.
DWA DNI PÓŹNIEJ
Sznyder przyszedł dziesięć minut przed czasem. Prywatny parking między zarośniętymi krzakami działkami a boczną uliczką niedaleko PGE Narodowego wyglądał jak idealne miejsce, w którym można umawiać się na poufną rozmowę.
Zsunął czapkę głębiej na czoło i rozejrzał się niespokojnie. Ruch na głównej ulicy był spory, ale tutaj panował półmrok. Tylko od strony stadionu przebijała się łuna świateł.
- Gdzie jesteś? - szepnął, po czym zbliżył się do zardzewiałej furtki.
Dwa dni wcześniej, zaraz po tym, jak opuścił biuro po rozmowie z Leną, szedł bez celu wzdłuż ulicy Towarowej, udając, że ogarnia rzeczywistość. Właśnie wtedy minął go szczupły facet w skórzanej kurtce, niepasującej do słonecznej pogody. Gdy się zrównali, mężczyzna na moment zaszedł mu drogę i niemal bez ruszania wargami wyszeptał:
- Czwartek, punktualnie o dwudziestej drugiej. Prywatny parking przy... - podał adres. - Furtka od strony stadionu. Nie spóźnij się.
Nawet na niego nie spojrzał. Po prostu poszedł dalej, znikając w tłumie.
Teraz Sznyder stał dokładnie tam, gdzie mu kazano, i szarpał za furtkę. Ta ani drgnęła.
- Świetnie - skwitował.
Sięgnął po smartfon, ale zanim zdążył wyjąć go z kieszeni, od strony uliczki rozległ się cichy pomruk silnika. Po chwili zza zakrętu wyłoniło się auto, którego reflektory na moment oślepiły Igiego, zmuszając go do zmrużenia oczu.
Gdy samochód zatrzymał się tuż przy nim, drzwi od strony pasażera otworzyły się z cichym trzaskiem.
- Wsiadaj - rzucił kierowca.
Sznyder podszedł bliżej i przyjrzał mu się uważnie. Facet miał około trzydziestu lat i znajomą twarz. W ostatnich miesiącach Igi widział go parę razy w grupie mężczyzn towarzyszących siostrze Sandry. Zawsze trzymał się kilka kroków za nią.
- Ty od Leny? - upewnił się.
- Gdybym był od kogoś innego, już byś leżał - odparł sucho. - Wsiadasz czy mam cię wsadzić?
- Spokojnie, Rambo, już się pakuję - burknął Igi i zajął miejsce na fotelu pasażera.
Drzwi zatrzasnęły się, a zamek kliknął. Auto płynnie ruszyło i szybko oddaliło się od parkingu.
- Dokąd jedziemy? - spytał po chwili, gdy się zorientował, że nie kierują się w stronę centrum.
Kierowca nie odpowiedział. Włączył radio, z którego cicho sączyły się jakieś wiadomości, ale po minucie wyłączył je zirytowany. Przez resztę drogi jechali w milczeniu, przerywanym jedynie odgłosem przełączanych kierunkowskazów i szumem opon. Warszawskie bloki stopniowo ustępowały miejsca niższej zabudowie, a potem lasom.
Igi sprawdził godzinę w smartfonie. Minęło dwadzieścia pięć minut od wyjazdu z parkingu przy stadionie. Byli na Rembertowie. Następnie otworzył aplikację Google Maps. Niebieska kropka znajdowała się nieopodal strzelnicy wojskowej.
Wkrótce droga zmieniła się w węższą, bardziej wyboistą. Po chwili asfalt przeszedł w coś, co tylko z grubsza przypominało utwardzoną nawierzchnię. Auto zwolniło, powoli tocząc się między sosnami. W końcu wyjechali na niewielką polankę. Na jej środku stało inne auto - czarny SUV, zaparkowany tyłem do drzew. O jego maskę opierała się kobieta w dopasowanej czarnej kurtce.
Kierowca zgasił silnik.
- Wysiadaj - rzucił, ale Igi już otwierał drzwi.
- Jak dobrze cię widzieć - powiedział z niekrytym entuzjazmem do Leny, powstrzymał się jednak od wyściskania jej na powitanie.
Zamiast tego przyjrzał się jej uważnie. Wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż ostatnim razem. Mimo to wciąż emanowała tą samą energią, która sprawiła, że kiedyś postanowiła wypowiedzieć wojnę ludziom, od których większość trzymałaby się jak najdalej.
- Cześć, Igi - przywitała się spokojnie. - Ciebie też. Pamiętasz Kostka... - Powiodła wzrokiem ku stojącemu przy aucie kierowcy.
- Kostek... Powiedz mu, by następnym razem traktował mnie jak sprzymierzeńca, a nie więźnia.
Lena odpowiedziała zduszonym chichotem.
- On już tak ma...
Dopiero teraz Igi zauważył mężczyznę stojącego nieco dalej, przy jednym z drzew. Był podobnego wzrostu, może odrobinę wyższy. Miał krótkie ciemne włosy i kilkudniowy zarost. Wyglądał na czterdzieści lat - i na kogoś, kto rzadko marnuje czas na uprzejmości.
- Kto to?
Lena skinęła głową do mężczyzny, a ten natychmiast ruszył w ich stronę, stawiając pewne kroki.
- To Jonasz - przedstawiła go. - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Wydział Operacji Specjalnych.
Mężczyzna wyciągnął rękę.
- Romaniuk.
Igi uścisnął ją krótko, czujnie.
- Zawieszony - dodał Jonasz rzeczowym tonem. - Tymczasowo.
- Life is brutal.
- Coś o tym wiesz, prawda? - Usta mężczyzny lekko drgnęły.
- Za co cię zawiesili?
- Pół roku temu, w trakcie akcji, którą dowodził Jonasz, zginął kluczowy świadek koronny - wyjaśniła za niego Lena.
Sznyder zmrużył oczy.
- Chyba wiem, o czym mówisz... - Zamyślił się. - Czy to ta sprawa ze strzelaniną na Mokotowie?
Jonasz potwierdził szybkim skinięciem głowy.
- To niesamowite, jak jedna porażka potrafi przekreślić wiele lat zapierdolu. Odsunęli mnie od wszystkiego. Czułem się coraz bardziej niepotrzebny. A potem odezwała się do mnie Lena i poprosiła o pomoc.
- W zamian za co?
Czoło Romaniuka przecięła długa, pozioma zmarszczka.
- Jak to za co? Za wyrwanie mnie z tej dobijającej bezczynności.
Jego odpowiedź nie przekonała Igiego, który poprosił Lenę o rozmowę w cztery oczy.
- Jesteś pewna, że możesz mu ufać? - spytał szeptem, gdy oddalili się od niego o parę metrów.
- Tak - powiedziała twardo. - W trzy tygodnie zaryzykował dla mnie więcej niż wielu z tych, których prosiłam o pomoc. Bez niego nie miałabym pojęcia, jak wysoko sięga Cień. Zaufaj mi, Igi. Jonasz nam się przyda.
Wahał się przez chwilę.
- Nie ufam nikomu poza tobą i... - Wstrzymał się z dokończeniem, bo poczuł, jak ściska mu gardło. - No wiesz.
Zapadła krótka cisza, którą przerwał odgłos kroków Romaniuka.
- Chcę wam pomóc odnaleźć Sandrę - odezwał się tonem człowieka, który nie traci czasu na ozdobniki. - Albo pozwolisz mi działać, albo będziesz dalej stał w miejscu.
Igi czuł, że to nie moment na komplikowanie sytuacji. Ufał Lenie, a skoro ona ufała Jonaszowi, to on też musiał.
- Jak możesz nam się przydać?
- Wciąż mam dostęp do ludzi, którzy dużo wiedzą. I jeszcze do kilku, którzy wolą, by nikt nie wiedział, że nadal żyją.
Sznyder spojrzał na Lenę, potem znowu na Romaniuka.
- Czyli?
- Czyli z ich pomocą trochę powęszyłem i znalazłem punkt zaczepienia. I jeśli chcemy go wykorzystać, musimy działać dzisiaj.
Lena zacisnęła dłonie w pięści, jakby przygotowywała się na kolejne słowa.
- Igi... - zaczęła.
Jonasz dokończył za nią:
- Chodzi o partnerkę jednego z bliskich współpracowników Ratmana. Z tego, co wiem, od dłuższego czasu ledwo trzyma się psychicznie. I najwyraźniej w końcu pękła, bo zgodziła się z nami spotkać. Rzecz jasna, w zamian za ochronę i całkowitą dyskrecję.
- Poza nami tylko trzy osoby wiedzą o tym spotkaniu. Wśród nich jest Tamara. Czają się nieopodal i patrolują okolicę.
Igi poczuł krótkie, ostre ukłucie nadziei, tak obce, że aż niekomfortowe.
- Co wie ta kobieta? - spytał.
Romaniuk zerknął na Lenę, jakby chciał się upewnić, czy może powiedzieć więcej.
- Wystarczająco dużo - odpowiedziała siostra Sandry. - Jeśli mówi prawdę, może nas naprowadzić na samego Ratmana.
Jonasz uniósł rękę i spojrzał na zegarek.
- Spotkanie punktualnie o północy.
- Gdzie?
- W pobliżu dworu Paschalisa Jakubowicza w Lipkowie.
- Chwila... Tam przy Kampinosie? To drugi koniec Warszawy.
- Właśnie dlatego musimy ruszać jak najszybciej, by zdążyć na czas. Mamy tylko jedną szansę. Drugiej nie będzie.
Sznyder poczuł, jak serce przyspiesza mu o kilka uderzeń.
- Okej, jedźmy.
- Tylko Igi... Musisz coś wiedzieć. Ona jest przerażona. I ma ku temu powód.
- Wszyscy jesteśmy przerażeni - skwitował. - Ale im dłużej będziemy poddawać się strachowi, tym większą przewagę zyska nad nami Ratman. Czas z tym skończyć i odzyskać Sandrę. W drogę.
*
Samochody jechały jeden za drugim, trzymając bezpieczny odstęp. Romaniuk prowadził pierwszy, Igi siedział w drugim aucie obok Kostka, wpatrując się w tylne światła SUV-a przed sobą.
Gdy minęli tablicę z napisem "Lipków", Sznyder po raz pierwszy poczuł, że naprawdę dojeżdżają do miejsca, gdzie wszystko może pójść nie tak. Wkrótce ujrzał dwór Paschalisa Jakubowicza, który majaczył w oddali jak cień dawnych bogactw. Nieopodal mieścił się parking dla gości, odgrodzony niskim płotem i starymi drzewami. To tutaj mieli się spotkać z tą kobietą.
Kostek zatrzymał auto kilkanaście metrów za SUV-em Romaniuka. Igi wysiadł pierwszy. Zimne powietrze wdarło mu się pod bluzę, ale nawet mu to nie przeszkadzało.
- Gdzie ona jest? - spytał idących ku niemu Lenę i Jonasza.
- Zostały trzy minuty do północy. Mówiła, że będzie punktualnie - powiedział Romaniuk.
- A jeśli nie przyjdzie?
- Zaczekajmy. W niektórych sytuacjach trzy minuty to jak wieczność.
Igi rozejrzał się dookoła, zatrzymując wzrok na otulonym mrokiem dworze. Miał złe przeczucia, ale Lena jeszcze nigdy go nie zawiodła. Musiał i chciał jej ufać.
- Dajmy jej jeszcze trochę czasu - powiedział punktualnie o północy.
- Pięć minut - rzucił Romaniuk, nie odrywając wzroku od ciemnego wejścia w alejkę. - I ani sekundy dłużej. Jeżeli się nie zjawi, odjeżdżamy.
- A jeśli zabłądziła? Może warto poczekać trochę dłużej?
- Nie - odparł stanowczo Jonasz. - Mamy się trzymać ustaleń. Skoro nie przyszła punktualnie, to znaczy, że już nie przyjdzie. Albo... że nie powinna.
Igi spojrzał na niego ostro.
- To znaczy?
- To znaczy, że albo zmieniła zdanie, albo ktoś ją przechwycił. A w obu przypadkach to dla nas sygnał do odwrotu. Im dłużej tu stoimy, tym większe ryzyko, że ktoś nas obserwuje.
Lena zaczęła nerwowo podciągać rękawy. To nigdy nie wróżyło niczego dobrego.
- Jonasz ma rację. Nie możemy ryzykować. Czekamy jeszcze - spojrzała na zegarek - cztery minuty.
Gdy wyznaczony przez nią czas minął, Jonasz zadecydował:
- Koniec. Spadamy.
- Kurwa... - syknął Igi, ale nie protestował.
Czuł, jak wzbiera w nim mieszanina bezradności i narastającego gniewu. A co, jeśli byli o krok od odzyskania Sandry? Niewiarygodne, że znów wszystko się posypało.
Zanim Lena wsiadła do samochodu, odwróciła się do Sznydera.
- Ze względów bezpieczeństwa Kostek odwiezie cię tylko pod Kopernika. Stamtąd przejdziesz bulwarami do Mostu Świętokrzyskiego i na drugą stronę Wisły. - Jej głos brzmiał oschle, ale spojrzenie miała miękkie. - Pasuje ci?
- Jasne - odparł. - Dam sobie radę. Ale zanim... możemy na chwilę?
- Nie tutaj. - Otworzyła drzwi i usiadła w fotelu pasażera. - No idź, na co czekasz?
Po pięciu minutach jazdy Jonasz skręcił w wąską dróżkę prowadzącą do lasu, a następnie zatrzymał pojazd na poboczu. Kostek zrobił to samo. Igi zaczekał, aż siostra Sandry wysiądzie pierwsza, po czym wyskoczył z auta i szybko do niej dołączył.
Odeszli kilkanaście metrów, w stronę mrocznej gęstwiny.
- O czym chciałeś porozmawiać? - zaczęła Lena.
Sznyder wziął głębszy oddech.
- Powiedz mi wprost - poprosił. - Myślisz, że ona wciąż żyje?
Nie zareagowała od razu. Jej oddech zwolnił, a usta zacisnęły się w wąską linię.
- Gdybym nie wierzyła - powiedziała w końcu - nie organizowałabym tego wszystkiego. Nie stawiałabym na nogi ludzi, których nazwisk nie powinnam znać. Nie ryzykowałabym życiem swoim i ich.
- Lena, ja potrzebuję prawdy. - Igi zrobił krok w jej stronę. - Jeśli to jest akcja odwetowa na Ratmanie, a nie poszukiwawcza, to chcę to wiedzieć.
Na chwilę przymknęła oczy, jakby się zastanawiała, ile będzie w stanie udźwignąć. W końcu położyła mu dłoń na ramieniu i z pobrzmiewającą w głosie troską rzekła:
- Wiem, jak ci ciężko, Igi. I wiem też, jak bardzo kochasz moją siostrę. Ale posłuchaj mnie uważnie: Adam Ratman to niebezpieczny psychopata i obsesyjny manipulator... ale nie jest idiotą. Trzyma Sandrę jako kartę przetargową lub przynętę. Gdyby ją zabił, straciłby nad nami największą przewagę.
- Obyś miała rację - odparł bez przekonania.
- Wierzę, że mam. Ale musimy być cierpliwi. I mieć nadzieję, że Sandra przetrwa to, co funduje jej ten skurwiel.
Na myśl o tym, że jego przyjaciółka cierpi, a on nie może jej pomóc, Igi poczuł przyspieszone bicie serca.
- Gdy już go dorwę... zabiję gołymi rękami. Przysięgam, Lena, że to zrobię.
- A ja chętnie ci w tym pomogę - wyznała i przyjacielsko go szturchnęła. - Zbierajmy się.
*
Kostek prowadził szybko, ale ostrożnie. Igi patrzył na przesuwające się za oknem drzewa, próbując utrzymać myśli w ryzach, ale to nic nie dawało.
Kiedy dojechali do Centrum Nauki Kopernik, Kostek zatrzymał się po drugiej stronie ulicy.
- Tu cię wysadzę.
- Dzięki - mruknął Sznyder. - Uważaj na siebie.
- Ty też.
Igi otworzył drzwi i wystawił z auta jedną nogę. Zanim wysiadł, zawahał się i powiedział do kierowcy:
- Jeszcze jedno: dbaj o Lenę. Nie może jej spaść włos z głowy.
- Wiesz, że nikt nie zatroszczy się o nią lepiej niż ona sama.
- Mimo wszystko... - Nie dokończył, widząc zniecierpliwione spojrzenie Kostka. - Na razie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej