Nie był mordercą.
Powtarzał to sobie, wlokąc martwe ciało chłopca w dół zbocza: Nie jestem
mordercą.
Mordercy to kryminaliści. Mordercy to źli ludzie. Mrok wchłonął ich
dusze, a oni wyszli naprzeciw tej ciemności, odwróciwszy się plecami do
światła. On zaś nie był zły.
Przeciwnie.
Czyż ostatnio nie pokazał, że jest wprost odwrotnie? Czyż prawie
całkowicie nie zepchnął na bok swoich uczuć, swojej woli, niemal zadając
sobie gwałt, dla dobra innych? Nastawiał drugi policzek, to właśnie
robił. Czyż jego obecność tutaj, w tej podmokłej niecce w samym środku
głuszy, z tym martwym chłopcem, nie była kolejnym dowodem na to, że
zawsze chciał czynić dobrze? Musiał czynić dobrze. Już nigdy więcej nie
chciał nikogo zawieść.
Zatrzymał się i wypuścił powietrze. Mimo młodego wieku chłopak był
ciężki. Wysportowany. Wiele godzin na siłowni. Ale już było blisko.
Mocniej złapał za nogawki spodni, które kiedyś były białe, lecz w mroku
wydawały się czarne. Chłopiec bardzo krwawił.
To prawda, zabijanie było złe. Piąte przykazanie. Nie zabijaj. Istniały
jednak wyjątki. Biblia w kilku miejscach nawoływała do zabijania w imię
sprawiedliwości. Niektórzy na to zasługiwali. Zło mogło być dobre. Nie
ma nic absolutnego.
Zwłaszcza jeśli zamiar nie był egoistyczny. Jeśli pozbawienie życia
jednego człowieka mogło uratować innych. Dać im szansę. Dać im życie.
Wtedy taki czyn nie mógł być na pewno zły. Jeśli cel był dobry.
Mężczyzna zatrzymał się przy bajorku z ciemną wodą. Zwykle był to stawek
głęboki na kilka metrów, ale padające przez ostatnie dni deszcze
nasączyły ziemię i teraz w zarośniętym krzakami zagłębieniu woda
tworzyła jeziorko.
Nachylił się i schwycił chłopca za koszulkę na ramionach. Z dużym
wysiłkiem zdołał ustawić go w pozycji na wpół stojącej. Przez moment
spoglądał w jego oczy. Jaka była ostatnia myśl chłopca? Czy zdążył w ogóle coś pomyśleć? Czy rozumiał, że zaraz umrze? Dziwił się dlaczego?
Pomyślał o rzeczach, których nie zdążył zrobić w swoim krótkim życiu,
czy raczej o tym, co zrobił?
To nie miało znaczenia.
Dlaczego tak się dręczył, bardziej, niż to było konieczne?
Nie miał wyboru.
Nie mógł zawieść.
Już nigdy więcej.
A mimo to zawahał się. Chociaż nie, przecież oni nigdy by nie
zrozumieli. Nie wybaczyli. Nie nastawiliby, tak jak on, drugiego
policzka.
Popchnął chłopca do tyłu, ciało wpadło do wody z głośnym pluskiem.
Mężczyzna podskoczył, nieprzygotowany na ten dźwięk w mrocznej ciszy.
Ciało chłopca zanurzyło się w wodzie i zniknęło.
Mężczyzna, który nie był mordercą, ruszył z powrotem do samochodu
zaparkowanego na leśnej dróżce i zawrócił do domu.
Sen powracał każdej nocy.
Nie dawał mu spokoju.
Zawsze ten sam sen, który niósł ten sam niepokój. To go irytowało.
Doprowadzało do szału. Przecież Sebastian Bergman nie był byle kim. Kto,
jak nie on, mógł wiedzieć, co znaczą sny? Kto lepiej od niego powinien
być ponad te gorączkowe wspomnienia z przeszłości? Ale choćby był
najlepiej przygotowany, świadom właściwego znaczenia snu, nie był w stanie mu nie ulec. 4.43.
Zaczęło jaśnieć. Sebastian poczuł suchość w ustach. Czyżby krzyczał?
Przypuszczalnie nie, przynajmniej śpiąca obok kobieta się nie obudziła.
Oddychała spokojnie, widział długie włosy na wpół zakrywające jej nagą
pierś. Wyprostował zaciśnięte kurczowo palce, nie poświęcając temu nawet
jednej myśli. Był przyzwyczajony, że budzi się ze snu z prawą dłonią
zaciśniętą w pięść. Zamiast tego próbował sobie przypomnieć imię osoby
leżącej u jego boku.
Katarina? Karin?
Na pewno mówiła mu wczoraj wieczorem.
Kristina? Karolin?
Nie żeby to miało jakieś znaczenie, nie zamierzał spotykać się z nią
więcej, ale szperanie w pamięci pomagało przepędzić ostatnie mgliste
strzępy snu, które czepiały się jeszcze wszystkich jego zmysłów.
Ten sen prześladował go już ponad pięć lat. Ten sam sen, te same obrazy
każdej nocy. Cała jego podświadomość w napięciu, przepracowująca to, z czym nie poradził sobie w dzień:
Uregulować dług.
Sebastian powoli wstał, stłumił ziewnięcie i zdjął ubranie z krzesła, na
którym ułożył je kilka godzin wcześniej. Ubierając się, oglądał
obojętnie pokój, w którym spędził noc. Łóżko, dwie szafy wbudowane w ścianę, jedna z lustrzanymi drzwiami, prosty biały stolik nocny z IKEA,
na nim budzik i pismo "Zdrowym być", mały stolik ze zdjęciem
mieszkającego tu co tydzień dziecka i trochę drobiazgów przy krześle, na
którym położył wczoraj ubranie. Pozbawione wyrazu reprodukcje dzieł
sztuki wisiały na ścianach, o których jakiś zręczny agent mógłby
powiedzieć, że są w kolorze kawy z mlekiem, podczas gdy były tylko
brudnobeżowe. Pokój był taki sam jak stosunek seksualny, który Sebastian
w nim odbył: bez fantazji, trochę nudny, ale spełniał swoją funkcję. Tak
było za każdym razem. Niestety, satysfakcja nie utrzymywała się zbyt
długo.
Sebastian zamknął oczy. To była zawsze najbardziej bolesna chwila.
Powrót do rzeczywistości. Emocjonalny zakręt o sto osiemdziesiąt stopni.
Znał to bardzo dobrze. Skoncentrował się na kobiecie w łóżku, zwłaszcza
na jej odsłoniętej brodawce.
Jak też ona miała na imię?
Wiedział, że się przedstawił, kiedy podszedł z drinkami - zawsze tak
robił. Nigdy nie pytał, czy to miejsce obok jest wolne, czego się napije
albo czy może jej coś postawić. Zawsze stawiał przed kobietą szklankę.
- A tak w ogóle to jestem Sebastian.
A co ona odpowiedziała? Coś na K, był prawie pewien.
Zapiął pasek u spodni. Sprzączka brzęknęła metalicznie.
- Idziesz już? - Jej głos był zachrypnięty od snu, oczy szukały zegarka.
- Tak.
- Myślałam, że zjemy razem śniadanie. Która jest godzina?
- Zaraz będzie piąta.
Kobieta uniosła się i oparła na łokciu. Ile miała lat? Niecałe
czterdzieści? Odgarnęła z twarzy pasmo włosów. Sen się oddalał, zamiast
niego pojawiała się świadomość, że ranek, jaki sobie wyobraziła, nigdy
nie stanie się rzeczywistością.
Wstał po cichu i ubrał się, chciał wyjść, nawet jej nie budząc. Nie
zjedzą razem śniadania przy lekturze "Dagens Nyheter", luźno gawędząc,
nie pójdą na niedzielny spacer. On nie będzie chciał poznać jej lepiej i nie zadzwoni więcej, obojętnie, co mówił przedtem.
Wiedziała. Dlatego rzekła tylko:
- No to cześć.
Sebastian nawet nie próbował zgadywać jej imienia. Już nie miał
pewności, czy na pewno zaczynało się na K.
Ulica o świcie była opustoszała. Przedmieście spało i wszystkie odgłosy
zdawały się przytłumione, jakby nie chciały go obudzić. Nawet ruch
samochodów na Nynäsvägen kawałek dalej był uprzejmie przyciszony.
Sebastian zatrzymał się przy tablicy na skrzyżowaniu. Varpavägen. To
gdzieś w Gubbängen. Niezły kawałek do domu. Czy o tej porze jeździło
jakieś metro? W nocy pojechali taksówką. Zatrzymali się przy sklepiku
7-Eleven i kupili chleb na śniadanie. Przypomniała sobie, że nie ma nic
w domu. Bo chyba zamierza zostać na śniadanie? Kupili chleb i sok, razem
z... no właśnie, niech to diabli. Jak ona się nazywała? Sebastian ruszył
opustoszałą ulicą.
Zranił ją, nieważne jak jej było.
Za czternaście godzin ma jechać do Väster?s i kontynuować swoją pracę.
Pomyślał teraz o innej kobiecie - jej nie mógł już więcej zranić.
Zaczęło padać.
Co za beznadziejny poranek!
W Gubbängen.
Wszystko właśnie pieprzyło się koncertowo.
Buty komisarza Thomasa Haraldssona przepuszczały wodę, jego radio padło,
a do tego odłączył się od reszty grupy poszukiwawczej. Promienie słońca
trafiały go prosto w oczy, musiał mrużyć powieki, żeby nie potykać się o krzaki i korzenie, które nierówno wyrastały ponad wilgotne podłoże.
Zaklął pod nosem i spojrzał na zegarek. Za ponad dwie godziny Jenny ma w szpitalu przerwę na lunch. Wsiądzie do samochodu i pojedzie do domu,
mając nadzieję, że on też zdążył wrócić. Ale on nie zdąży. Będzie dalej
siedział w tym cholernym lesie.
Lewa stopa Haraldssona zapadła się jeszcze głębiej. Czuł, jak frotowe
skarpety w jego półbutach nasiąkają zimną wodą. W powietrzu czuć było
ulotne ciepło wiosny, jednak w wodzie nadal utrzymywał się zimowy chłód.
Zadygotał, ale udało mu się uwolnić stopę i znaleźć twarde podłoże.
Rozejrzał się dookoła. Wschód powinien znajdować się tam. Czy z tamtej
strony byli żołnierze? A może skauci? Choć mógł też zatoczyć pełne koło
i stracić poczucie, gdzie jest północ. Kawałek dalej dojrzał niewielkie
wzniesienie i pomyślał, że to oznacza kawałek suchego lądu, po prostu
raj w tym mokrym piekle. Skierował się w tamtą stronę. Stopa znów
ugrzęzła. Tym razem prawa. No super, coraz lepiej.
Wszystko to wina Hanser.
Nie musiałby tu stać, przemoczony aż po kolana, gdyby Hanser nie
zachciało się odgrywać twardej i zdecydowanej szefowej. Zresztą
potrzebowała tego, bo przecież, do cholery, w gruncie rzeczy wcale nie
była policjantką. Była prawniczką, która zdołała prześlizgnąć się bokiem
i zostać szefem, nawet nie brudząc sobie rąk, czy też, tak jak on, nie
mocząc nóg.
Nie, gdyby to on miał decydować, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
To prawda, chłopak zniknął w piątek i zgodnie z regulaminem poszerzenie
obszaru poszukiwań było właściwym krokiem, zwłaszcza że mieli zgłoszenie
o "nocnych aktywnościach" i "światłach w lesie" w okolicy Listakärr w ten właśnie weekend. Ale doświadczenie podpowiadało Haraldssonowi, że
były to manewry pozbawione sensu. Chłopak był w Sztokholmie i śmiał się
ze swojej zaniepokojonej matki. Miał szesnaście lat. Szesnastolatki
robią takie rzeczy. Śmieją się ze swoich matek.
Hanser.
Im bardziej Haraldsson czuł się przemoczony, tym bardziej jej
nienawidził. Ta kobieta to było najgorsze, co go spotkało. Młoda,
atrakcyjna, idąca do przodu, politycznie zaangażowana, przedstawicielka
nowej, współczesnej policji.
Weszła mu w drogę. Już podczas jej pierwszego spotkania z policją z Väster?s Haraldsson zrozumiał, że jego kariera nagle zahamowała. Też się
starał o tę posadę. Ona ją dostała. Miała być jego szefem przez co
najmniej pięć lat. Jego pięć lat. Ktoś wyrwał mu spod nóg drabinę. Jego
kariera, zamiast iść w górę, zaczęła zwalniać i biec w poziomie i było
tylko kwestią czasu, jak poleci w dół. Ta sytuacja, kiedy tak stał po
kolana w cuchnącym błocie gdzieś w lesie pod Väster?s, wydawała mu się
niemal symboliczna.
PRZYTULANKI NA LUNCH - głosiły duże litery w SMS-ie, który dostał dziś
rano. Oznaczało to, że w porze lunchu Jenny przyjedzie do domu, żeby się
z nim kochać, potem mieli to robić jeszcze raz albo dwa wieczorem. Teraz
ich życie tak wyglądało. Jenny leczyła się na bezpłodność i razem z lekarzem opracowała rozkład dający najlepsze szanse na zapłodnienie.
Dzisiaj był właśnie taki optymalny dzień. Dlatego ten SMS. Haraldsson
nie mógł się zdecydować. Z jednej strony doceniał fakt, że ich życie
seksualne poprawiło się w ostatnim czasie o kilkaset procent. Że Jenny
chciała się z nim kochać. Ale równocześnie nie mógł się pozbyć wrażenia,
że nie chodziło jej o niego, tylko o jego spermę. Bez pragnienia
posiadania dziecka żonie nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby w czasie
lunchu skoczyć do domu na szybki numerek. To wszystko miało raczej
rozpłodowy charakter. Gdy tylko jajeczko zaczynało swoją wędrówkę w kierunku macicy, oni zaraz zabierali się do rzeczy, jak króliki.
Pomiędzy jajeczkowaniami też, trzeba przyznać, tak na wszelki wypadek.
Ale nigdy nie robili tego dla przyjemności, ze względu na bliskość. Co
się stało z ich namiętnością? Pożądaniem? I teraz podczas przerwy ona
miała wrócić do pustego domu. Może powinien był zadzwonić do niej i spytać, czy ma zwalić konia przed wyjściem z domu i włożyć potem słoik
do lodówki. Najgorsze było to, że nie miał pewności, czy Jenny nie uzna
tego za całkiem niezły pomysł.
To się zaczęło w sobotę.
Około piętnastej przełączono rozmowę z centrali alarmowej do policji w Väster?s. Matka zgłasza zaginięcie szesnastoletniego syna. Ponieważ
chodziło o osobę niepełnoletnią, zgłoszenie było traktowane
priorytetowo. Całkowicie zgodnie z regulaminem.
Niestety, priorytetowe zgłoszenie musiało poczekać do niedzieli, kiedy
patrol otrzymał polecenie zajęcia się tą sprawą. W efekcie dwóch
policjantów w mundurach odwiedziło matkę około szesnastej. Zgłoszenie
zostało przyjęte ponownie i wpisane do dziennika, kiedy patrol wieczorem
kończył służbę. Jeszcze nie podjęto żadnych działań ponad to, że
powstały dwa wzorcowe, identyczne zgłoszenia o tym samym zaginięciu. W dodatku oba oznaczone jako najwyższy priorytet.
Dopiero w poniedziałek rano, kiedy Roger Eriksson był zaginiony od
pięćdziesięciu ośmiu godzin, oficer dyżurny zauważył, że zgłoszeniem
nadal nikt się nie zajął. Niestety, zebranie związków zawodowych w sprawie proponowanych przez Komendę Główną nowych mundurów nieco się
przeciągnęło, więc Haraldssonowi przydzielono tę zapomnianą sprawę
dopiero w poniedziałek po południu. Kiedy zobaczył datę wpłynięcia
informacji, podziękował swojej szczęśliwej gwieździe, że tamten patrol
był u Leny Eriksson w niedzielę wieczorem. Przecież wcale nie musiała
wiedzieć, że skończyło się tylko na napisaniu raportu. Nie, policja
wszczęła kroki już w niedzielę, ale jeszcze nie miała rezultatów. Tej
wersji Haraldsson zamierzał się trzymać.
Wiedział, że zanim porozmawia z Leną Eriksson, musi mieć jakieś nowe
informacje. Próbował więc telefonicznie skontaktować się z dziewczyną
zaginionego, Lisą Hansson, ale okazało się, że jest jeszcze w szkole.
Sprawdził w kartotekach zarówno Lenę Eriksson, jak i jej syna Rogera.
Przy jego nazwisku było kilka zgłoszeń drobnych kradzieży. Najnowsze
pochodziło sprzed ponad roku i trudno je było powiązać ze zniknięciem.
Na matkę nic.
Haraldsson zadzwonił do odpowiedniego urzędu i dowiedział się, że Roger
chodził do Palmlövska.
Niedobrze, pomyślał.
Liceum Palmlövska to prywatna szkoła z internatem. Wymieniana w rankingach najlepszych szkół w kraju, jeśli chodzi o wyniki nauczania.
Uczęszczały do niej zdolne i zmotywowane do nauki dzieci zamożnych
rodziców. Rodziców ze znajomościami. Jeśli trzeba będzie znaleźć kozła
ofiarnego, przez którego śledztwo nie ruszyło od razu, wtedy brak
jakichkolwiek efektów w ciągu trzeciej doby nie będzie wyglądał dobrze.
Haraldsson zdecydował, że odłoży na bok wszystkie inne sprawy. Jego
kariera i tak znajdowała się w martwym punkcie, więc nierozsądne byłoby
ryzykować jeszcze bardziej.
Przez całe popołudnie ciężko pracował. Udał się do szkoły. Dyrektor
Palmlövska, Ragnar Groth, i wychowawczyni Rogera Erikssona, Beatrice
Strand, wyrazili zaniepokojenie i smutek, kiedy się dowiedzieli o zniknięciu chłopca, ale poza tym nie byli w stanie pomóc. W każdym razie
nie słyszeli, żeby ostatnio zdarzyło się coś szczególnego. Roger
zachowywał się normalnie, w szkole był taki sam jak zwykle, w piątek po
południu miał ważny sprawdzian ze szwedzkiego i według kolegów z klasy
po sprawdzianie był w dobrym humorze.
Haraldssonowi udało się przynajmniej złapać Lisę Hansson, ostatnią
osobę, która widziała Rogera w piątek wieczorem. Chodziła do równoległej
klasy. Haraldsson poprosił ją o spotkanie w szkolnej kawiarni. Była
ładną, choć przeciętną dziewczyną. Jasne proste włosy z grzywką
przypiętą zwyczajną spinką. Niebieskie oczy bez makijażu. Biała bluzka
zapięta na przedostatni guzik, na wierzchu kamizelka. Haraldsson miał
niejasne religijne skojarzenia, kiedy usiadła naprzeciwko niego. Albo z tą dziewczyną z serialu Biały kamień, który pokazywali w telewizji,
kiedy był mały. Zapytał, czy ma jej coś przynieść z kawiarni.
Potrząsnęła głową.
- Opowiedz o tym piątku, kiedy Roger był u ciebie.
Lisa spojrzała na niego i lekko wzruszyła ramionami.
- Przyszedł chyba koło wpół do szóstej. Siedzieliśmy u mnie w pokoju i oglądaliśmy telewizję. Poszedł do domu o dziesiątej. W każdym razie
powiedział, że idzie do domu...
Haraldsson skinął głową. Cztery i pół godziny w pokoju. Dwoje
szesnastolatków. Oglądali telewizję, na pewno, niech sobie nie myśli, że
on jej uwierzy. A może po prostu miał już skrzywione spojrzenie? Odkąd
on i Jenny tak po prostu nie spędzali wieczoru przed telewizorem? Bez
szybkiego stosunku w przerwie na reklamę. Od miesięcy.
- Czy zdarzyło się coś jeszcze? Pokłóciliście się, poróżniliście czy coś
podobnego?
Lisa potrząsnęła głową. Przygryzała prawie nieistniejący paznokieć
kciuka. Haraldsson zobaczył, że skórka przy paznokciu jest podrażniona.
- Czy kiedyś przedtem zniknął w podobny sposób?
Lisa znów potrząsnęła głową.
- Nic o tym nie wiem, ale nie jesteśmy ze sobą tak długo. Nie rozmawiał
pan z jego mamą?
Przez chwilę Haraldsson miał wrażenie, że zabrzmiało to oskarżycielsko,
ale tak oczywiście nie było. To wina Hanser. To przez nią zaczął w siebie wątpić.
- Odwiedzili ją inni policjanci, ale musimy rozmawiać ze wszystkimi.
Żeby mieć kompletny obraz. - Haraldsson odchrząknął. - A jak było z Rogerem i jego matką? Nie było tam żadnych problemów?
Lisa znów wzruszyła ramionami. Haraldsson pomyślał, że ma ograniczony
repertuar reakcji. Potrząsanie głową i wzruszanie ramionami.
- Kłócili się?
- Chyba tak. Czasami. Ta szkoła jej się nie podobała.
- Ta szkoła?
Lisa potwierdziła skinieniem.
- Uważała, że jest snobistyczna.
No i miała cholerną rację, pomyślał Haraldsson.
- A ojciec Rogera, czy mieszka w mieście?
- Nie. Nie wiem, gdzie on mieszka. Nie wiem nawet, czy Roger to wie.
Nigdy o nim nie mówi.
Haraldsson zapisał. Ciekawe. Może syn wybrał się na poszukiwanie swoich
korzeni. Konfrontacja z nieobecnym ojcem. I zataił to przed matką.
Haraldsson słyszał już o gorszych rzeczach.
- Jak pan myśli, co się mogło z nim stać?
Przerwał rozmyślania. Spojrzał na Lisę i po raz pierwszy zauważył, że
jest bliska łez.
- Nie wiem. Ale pewnie wróci. Może po prostu wyjechał na jakiś czas do
Sztokholmu czy coś takiego. Wiesz, taka przygoda.
- Dlaczego miałby to robić?
Haraldsson widział na jej twarzy szczere zdziwienie. Niepomalowany,
obgryziony paznokieć w nieuszminkowanych ustach. Nie, panienka z religijnego domu tego nie rozumiała, ale on nabierał coraz większej
pewności, że to była ucieczka.
- Czasami ma się dziwne pomysły, które w tamtej chwili wydają się
świetne. Na pewno wróci, zobaczysz. - Posłał jej przekonujący, pełen
otuchy uśmiech, ale po jej minie zobaczył, że ona go tak nie odebrała. -
Obiecuję - dodał.
Przed odejściem poprosił Lisę o listę przyjaciół Rogera i osób, z którymi się kontaktował. Lisa namyślała się przez dłuższą chwilę, potem
coś napisała i podsunęła mu kartkę. Dwa nazwiska: Johan Strand i Erik
Heverin. Samotny chłopak, pomyślał Haraldsson, samotni chłopcy uciekają.
Wsiadając do samochodu tego poniedziałkowego popołudnia, czuł się mimo
wszystko zadowolony z rezultatów. Rozmowa z Johanem Strandem oczywiście
nie przyniosła niczego nowego. Ostatni raz Johan widział Rogera w piątek
po lekcjach. Wiedział tylko, że tamten wybiera się wieczorem do Lisy.
Nie miał pojęcia, dokąd mógł potem pójść. Jeśli chodziło o Erika
Heverina, to najwyraźniej miał długi urlop. Sześć miesięcy na Florydzie.
Wyjechał siedem tygodni temu. Jego matka dostała posadę konsula w Stanach i udała się tam z całą rodziną. Niektórzy to mają dobrze,
pomyślał Haraldsson i usiłował sobie przypomnieć, do jakich to
egzotycznych miejsc zawiodła go jego praca. Tamto seminarium w Rydze
było jedyną taką okazją, którą mógł sobie w tej chwili przypomnieć, ale
przez cały tydzień leżał wtedy w łóżku z grypą żołądkową i pamięta
tylko, jak świetnie bawili się koledzy, podczas gdy on się gapił na dno
niebieskiego plastikowego wiaderka.
Ale teraz mimo wszystko był całkiem zadowolony. Prześledził kilka tropów
i, co najważniejsze, odkrył ewentualny konflikt między synem a matką,
który wskazywał, że cała sprawa wkrótce już nie będzie zmartwieniem
policji. Czyż matka nie użyła w swoim zgłoszeniu słowa "wypadł"? Tak,
tak powiedziała. Haraldsson pamiętał, że zwrócił na to uwagę przy
przesłuchiwaniu nagrania. Jej syn nie "poszedł gdzieś" ani nie "opuścił
mieszkania", tylko "wypadł". To chyba oznaczało, że rozstali się w gniewie, prawda? Drzwi zatrzaśnięte przed nosem bezradnej matki.
Haraldsson nabierał coraz większej pewności. Chłopak był w Sztokholmie i zdobywał nowe doświadczenia.
Ale dla pewności zdecydował, że zajrzy jeszcze na chwilę do domu Lisy i popyta mieszkańców. Plan był taki, że pokaże się i porozmawia z kilkoma
osobami, które to potwierdzą, gdyby ktoś chciał zbadać, jak się
rozwijało śledztwo. Może nawet ktoś widział Rogera, w najlepszym razie w drodze do centrum czy na stację. Potem znów uda się do jego matki i przyciśnie ją trochę na temat ich kłótni. Świetny plan, pomyślał i zapuścił motor.
Zadzwoniła komórka. Szybkie spojrzenie na wyświetlacz zmroziło go w środku. Hanser.
- Co znowu, do jasnej cholery - wymamrotał Haraldsson i znów wyłączył
silnik. Może lepiej nie odbierać? Kuszące, ale mogło się akurat okazać,
że chłopak wrócił. Może właśnie to chciała mu zakomunikować Hanser. Że
przez cały czas miał rację. Zgłosił się.
Rozmowa trwała zaledwie osiemnaście sekund i ze strony Hanser składała
się tylko z sześciu słów.
- Gdzie pan jest? - To były trzy pierwsze.
- W samochodzie - odpowiedział zgodnie z prawdą. - Właśnie rozmawiałem z nauczycielami i kolegami tego chłopaka.
Ku własnemu niezadowoleniu wyczuwał w swoim głosie postawę obronną.
Mówił uległym, nieco podwyższonym tonem. Niech to diabli, przecież robił
to, co powinien.
- Proszę natychmiast wracać.
Haraldsson właśnie miał zacząć tłumaczyć, dokąd się wybiera, i zapytać,
co jest tak strasznie ważne, ale nie zdążył, bo Hanser się rozłączyła.
Włączył silnik, zawrócił i pojechał w stronę komendy.
Hanser już tam na niego czekała. Chłodne spojrzenie. Nieco zbyt
perfekcyjnie ułożone blond włosy. Znakomicie leżący i na pewno drogi
kostium. Właśnie odebrała telefon od bardzo zdenerwowanej Leny Eriksson,
która pytała, co się dzieje, więc teraz ona musiała zapytać o to samo.
Co się dzieje?
Haraldsson streścił szybko swoje działania z popołudnia, przy czym
cztery razy udało mu się podkreślić, że przejął tę sprawę dopiero
dzisiaj po lunchu. Jeśli szefowa chce się na kimś wyżywać, niech się
rozejrzy wśród dyżurnych z weekendu.
- Zamierzam to zrobić - odparła spokojnie. - Dlaczego pan mnie nie
poinformował, jeśli miał pan wrażenie, że ta sprawa została zaniedbana?
Właśnie o czymś takim muszę wiedzieć.
Haraldsson poczuł, że rozmowa zmierza w złym kierunku. Stał przed nią i się tłumaczył.
- Takie rzeczy się przecież zdarzają. Nie mogę biegać do pani z każdym
drobiazgiem, kiedy tylko coś zazgrzyta w mechanizmie. Ma pani ważniejsze
sprawy.
- Ważniejsze od dopilnowania, żebyśmy natychmiast rozpoczęli
poszukiwania zaginionego dziecka? - Spojrzała na niego pytająco.
Haraldsson milczał. To nie poszło zgodnie z planem. Ani trochę.
To było w poniedziałek. Teraz stał w mokrych skarpetach pod Listakärr.
Hanser wytoczyła całą artylerię, zarządziła chodzenie po domach i przeczesywanie lasów. Dotychczas bez rezultatu. Wczoraj Haraldsson
natknął się w budynku policji na komendanta okręgowego i lekkim tonem
zauważył, że to będzie ich dużo kosztowało. Wielu ludzi pracowało przez
wiele godzin, żeby znaleźć chłopaka, który zabawia się w wielkim
mieście. Haraldsson nie potrafił do końca zinterpretować reakcji
komendanta, ale kiedy Roger wróci ze swojej małej wyprawy, wtedy tamten
na pewno sobie przypomni, co mówił mu podwładny. Wtedy zrozumie, ile
kasy Hanser wyrzuciła w błoto. Haraldsson pomyślał o tym i uśmiechnął
się. Regulamin to jedno, a intuicja policjanta to drugie. Tego nie można
się wyuczyć.
Haraldsson przystanął w połowie drogi na wzniesienie. Jego stopa znów
się zapadła. Tym razem dość głęboko. Wyciągnął ją. Bez buta. Jeszcze
zdążył zobaczyć, jak błoto łapczywie się zamyka wokół czarnego buta w rozmiarze czterdzieści dwa, a równocześnie skarpeta na lewej stopie znów
wchłonęła kilka mililitrów zimnej wody.
Miał już dość.
Wystarczy.
To przeważyło.
Na kolana, rękę w błocko, wyciągnąć but. A potem pojedzie do domu. Niech
sobie inni ganiają po lesie cholerną tyralierą. On musi zapłodnić żonę.
Trzysta osiemdziesiąt koron później
Sebastian wysiadł z taksówki i stanął przed swym mieszkaniem na Grev
Magnigatan na Östermalmie. Przez długi czas zamierzał je sprzedać - było
drogie i zbyt eleganckie, jakby stworzone dla uznanego pisarza i wykładowcy z zapleczem akademickim i dużą siecią kontaktów. Czyli kogoś,
kim już nie był. Ale już sama myśl o sortowaniu i pakowaniu rzeczy,
których tyle nazbierało się przez lata, paraliżowała go. Zamiast tego
zdecydował się zamknąć dużą część mieszkania i używać tylko kuchni,
pokoju gościnnego i mniejszej łazienki. Reszta stała nietknięta. W oczekiwaniu na... no właśnie, na coś.
Sebastian rzucił okiem na swoje wiecznie niezasłane łóżko, ale wybrał
prysznic. Długi i gorący. Bliskość z ostatniej nocy już dawno została
zapomniana. Czy popełnił błąd, że tak bardzo chciał się stamtąd wyrwać?
Czy mogła mu jeszcze coś zaoferować przez kolejne kilka godzin? Pewnie
więcej seksu. I śniadanie. Sok i chleb. Ale potem? Ostateczne rozstanie
było nieuniknione. Nigdy nie mogło się skończyć inaczej. A więc lepiej
było tego niepotrzebnie nie przeciągać. Choć mimo wszystko brakowało mu
chwil bliskości, które przynajmniej na moment podnosiły go psychicznie.
Czuł się już znowu ociężały i pusty. Ile właściwie spał tej nocy? Dwie
godziny? Dwie i pół? Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Oczy miał
bardziej zmęczone niż zwykle. Pomyślał, że powinien zrobić coś z włosami. Może obciąć naprawdę krótko. Nie, to za bardzo by mu
przypominało, jaki był przedtem. A przedtem to nie teraz. Powinien za to
przystrzyc brodę, podciąć włosy, może nawet zrobić pasemka. Uśmiechnął
się do siebie swoim najbardziej czarującym uśmiechem. Niesłychane, że to
działa, pomyślał. Nagle poczuł potworne zmęczenie. Znów ten zakręt o sto
osiemdziesiąt stopni. Pustka wróciła. Spojrzał na zegarek. Może powinien
jednak położyć się na chwilę. Wiedział, że ów sen wróci, ale teraz był
zbyt zmęczony, żeby się tym martwić. Znał już swojego towarzysza na
tyle, że czasem, w tych rzadkich chwilach, kiedy spał dobrze, prawie mu
go brakowało.
Ale na początku tak nie było. Sen dręczył go miesiącami, a Sebastian był
wykończony ciągłymi przebudzeniami, wyczerpany tą nieustanną szarpaniną,
lękiem i bezdechem, nadzieją i rozpaczą. Zaczął sobie aplikować
solidnego drinka na dobranoc. Sposób numer jeden na problemy białego
mężczyzny w średnim wieku, po wyższych studiach i ze skomplikowanym
życiem osobistym. Przez jakiś czas udawało mu się unikać tego snu
całkowicie, ale w końcu, o wiele za szybko, jego podświadomość znalazła
jakiś przesmyk obok alkoholowej blokady. Wieczorne drinki były więc
coraz większe, a Sebastian, żeby osiągnąć oczekiwany efekt, zaczynał je
pić coraz wcześniejszym popołudniem. Wreszcie zrozumiał, że przegrał
bitwę. Wtedy przestał z dnia na dzień.
Postanowił zmierzyć się z bólem.
Dać mu czas.
Zaczekać, aż rana się zagoi.
Nie udało się. Po kolejnych miesiącach ciągłych pobudek sięgnął po
tabletki. Obiecywał sobie, że nigdy tego nie zrobi. Ale nie zawsze się
udaje dotrzymać własnych obietnic, zwłaszcza jeśli człowiek staje przed
poważnymi problemami. Sebastian wiedział to z autopsji, nawet lepiej niż
inni. Wtedy trzeba być elastycznym. Zadzwonił do kilku mniej
skrupulatnych dawnych pacjentów i odkurzył swój bloczek recept. Umowa
była prosta: podział pół na pół.
Urząd socjalny, rzecz jasna, zgłosił się od razu, dopytując się o wielkie ilości lekarstw, które Sebastian nagle zaczął wypisywać. Udało
mu się to wytłumaczyć "wznowieniem działalności" oraz "intensywną fazą
wstępną" z pacjentami w okresie poszukiwań, ale zwiększył liczbę
pacjentów na tyle, żeby już nie było tak wyraźnie widać, czym się
zajmuje.
Na początek sięgał najczęściej po propavan, prozac i digesic, ale
rezultaty były irytująco krótkotrwałe, więc zamiast tego zaczął
eksperymentować z dolcontinem i innymi substancjami na bazie morfiny.
Urząd socjalny stanowił jego najmniejszy problem, jak się wkrótce
okazało. Z tym mógł sobie poradzić. Gorzej było z rezultatami
eksperymentów. Sen wprawdzie zniknął, ale to samo stało się z apetytem i popędem płciowym, a także z większością wykładów - zupełnie nowe i przerażające doświadczenie.
A najgorsza była ta chroniczna ospałość. Czuł się tak, jakby coś dławiło
jego myśli. Najprostsze codzienne rozmowy kosztowały go dużo wysiłku, a dyskusje i dłuższe wypowiedzi były całkowicie poza jego zasięgiem. O analizach i wyciąganiu wniosków mógł zapomnieć.
Dla Sebastiana, który całą swoją egzystencję opierał na intelekcie i postrzegał siebie jako człowieka o ostrym jak brzytwa umyśle, to była
prawdziwa katastrofa. Życie w znieczuleniu - na ból, rzecz jasna - ale
też na tyle innych rzeczy, na samo życie, kiedy nic z niego nie dociera
wyraźnie. To była jego granica. Zrozumiał więc, że musi dokonać wyboru:
lęk i sprawny umysł albo tępe, niemrawe życie z połowicznymi doznaniami.
Uświadomił sobie, że cokolwiek wybierze, i tak będzie nienawidził
swojego życia. Wybrał więc lęk i z dnia na dzień przestał brać tabletki.
Potem już nigdy nie ruszył ani alkoholu, ani narkotyków.
Nie brał nawet proszków od bólu głowy.
Ale śnił.
Każdej nocy.
Dlaczego o tym pomyślałem? - zastanawiał się, patrząc na swoje odbicie w łazienkowym lustrze. Dlaczego teraz? Sen towarzyszył mu przez wiele lat
życia. Przestudiował go i przeanalizował. Przedyskutował ze swoim
terapeutą. Zaakceptował. Nauczył się z nim żyć.
Więc dlaczego teraz?
To z powodu Väster?s, pomyślał, wieszając ręcznik, zanim nagi wyszedł z łazienki. To była wina Väster?s.
Väster?s i jego matki. Ale dzisiaj miał zakończyć ten rozdział swojego
życia.
Na dobre.
Dzisiaj będzie dobry dzień.
Dla Joakima przebywającego w lesie pod Listakärr to był najlepszy dzień
od dawna. A stał się jeszcze lepszy, kiedy pojawił się policjant i przekazał im instrukcje, jak i dokąd mają iść. Najzwyklejsza nudnawa
zbiórka skautów nagle zmieniła się w prawdziwą przygodę. Joakim zerkał
na stojącego przed nim policjanta, zwłaszcza na jego pistolet, i zdecydował, że chce zostać właśnie policjantem. Mundur i pistolet. Jak u skautów, tylko o wiele lepsze. I tego właśnie potrzebował. Bo szczerze
powiedziawszy, skautowskie życie nie było chyba najbardziej pasjonującą
rzeczą, jaką można sobie wyobrazić, myślał Joakim. Już nie. Niedawno
skończył czternaście lat i to, co od szóstego roku życia stanowiło dlań
główny sposób spędzania wolnego czasu, zaczęło tracić na atrakcyjności.
Czar prysł. Życie na łonie natury, survival, zwierzęta i przyroda. Może
nie uważał tego za głupie, choć tak myśleli wszyscy chłopcy w klasie.
Nie, Joakim po prostu czuł, że ten temat się dla niego skończył.
Dziękuję, było fajnie, ale teraz jest czas na coś innego. Coś
prawdziwego.
Może Tommy, ich dowódca, wiedział to.
Może właśnie dlatego podszedł do policjantów i żołnierzy, którzy zjawili
się w Listakärr, i zapytał, co się tu dzieje.
Może dlatego zaproponował policji swoją pomoc i udział grupy.
Bez względu na przyczynę policjant, który nazywał się Haraldsson,
rozważył sprawę i po chwili wahania stwierdził, że nie zaszkodzi, jeśli
będą mieli w lesie dziewięć dodatkowych par oczu. Mogli dostać niewielki
sektor, który mieli przeczesać. Poprosił Tommy'ego, żeby podzielił grupę
na trójki, z każdej wybrał szefa i przysłał go po niezbędne informacje.
Joakim wyciągnął najgorszy los. Znalazł się w jednej grupie z Emmą i Alice, najładniejszymi dziewczynami w klasie. I został wybrany na szefa.
Teraz Joakim wracał do czekających na niego dziewczyn. Haraldsson był
tak fajnie zdecydowany i mówił zwięźle jak wszyscy gliniarze w filmach o komisarzu Becku. Joakim czuł się niesłychanie ważny. Widział już w duchu, jak będzie wyglądała reszta tego fantastycznego dnia. Znajdzie
zaginionego chłopca, ciężko rannego. Chłopak będzie patrzył błagalnym
wzrokiem, jak to tylko umierający potrafią, będzie za słaby, żeby mówić,
ale jego oczy powiedzą wszystko. Joakim podniesie go i w dramatycznym
stylu pomoże mu się dostać do pozostałych. Tamci zobaczą Joakima, będą
się do niego uśmiechać, bić brawo, wznosić okrzyki i wszystko będzie
super.
Po powrocie do grupy Joakim ustawił dziewczyny tak, że Emmę miał po
lewej stronie, a Alice po prawej. Haraldsson surowo nakazał, żeby nie
przerywać łańcucha, więc Joakim popatrzył poważnie na dziewczyny i wyjaśnił, jakie to ważne, żeby trzymali się blisko siebie. Byli gotowi.
Po chwili, która wydawała się wiecznością, Haraldsson skinął na znak, że
tyraliera może wreszcie ruszyć naprzód.
Joakim dość szybko zauważył, że trudno jest utrzymać łańcuch, nawet
jeśli składa się tylko z trzech grup, liczących po trzy osoby każda.
Zwłaszcza kiedy weszli głębiej w las i grząskie podłoże co chwilę
zmuszało ich do zejścia z wyznaczonego kursu. Jedna z grup nie mogła
nadążyć, druga wcale nie zwalniała, a trzecia zniknęła za wzniesieniami.
Dokładnie tak, jak mówił Haraldsson, przez co szacunek Joakima dla niego
jeszcze wzrósł. On wiedział chyba wszystko. Joakim uśmiechnął się do
dziewczyn i zmusił je do powtórzenia ostatnich słów Haraldssona.
- Jeśli coś znajdziecie, krzyczcie: "Tutaj!".
Emma pokręciła głową z lekką irytacją.
- Mówiłeś to już chyba z tysiąc razy.
Joakim nie przejął się jej odpowiedzią. Słońce świeciło mu w oczy, ale
szedł dalej, starając się zachowywać odległość i pozycję. Było to jednak
coraz trudniejsze. Nie widział już grupy Lassego, która jeszcze przed
chwilą znajdowała się kawałek na lewo od nich.
Po półgodzinie Emma chciała odpocząć. Joakim próbował jej tłumaczyć, że
to niemożliwe. Mogliby zostać z tyłu i zgubić resztę.
- Jaką resztę?
Alice uśmiechnęła się wymownie. Joakim uświadomił sobie, że już od
dłuższej chwili nie widzieli nikogo z pozostałych.
- Słychać coś, jakby byli za nami.
Umilkli i nasłuchiwali w skupieniu. Gdzieś daleko kilka słabych
odgłosów. Jakieś wołanie.
- Nie, idziemy dalej - powiedział Joakim, choć w głębi duszy czuł, że
Alice mogła mieć rację. Szli za szybko. Albo w złą stronę.
- Możesz sobie dalej iść sam - odparła Emma i popatrzyła na niego ze
złością.
Przez moment Joakim obawiał się, że zaczyna tracić kontrolę nad grupą, a Emma mu się wymyka. Ona, która przecież w ciągu ostatnich trzydziestu
minut posyłała mu łagodne spojrzenia. Joakim był całkiem spocony, i to
nie z powodu o wiele za ciepłej bielizny. Przecież on je tak popędzał,
żeby jej zaimponować, czy ona tego nie zrozumiała? A teraz wyszło na to,
że to wszystko przez niego.
- Jesteś głodny? - To Alice przerwała mu rozmyślania. Wyjęła z plecaka
kilka kanapek ze zrolowanego miękkiego podpłomyka.
- Nie - odparł może trochę za szybko, zanim uświadomił sobie, że jednak
jest głodny.
Odszedł kawałek na bok i stanął na niewielkim wzniesieniu, żeby
sprawiało to wrażenie, że ma jakiś plan. Emma chętnie przyjęła kanapkę i nawet nie zwracała uwagi na jego wysiłki ani odgrywanie ważniaka. Joakim
zrozumiał, że musi zmienić taktykę. Wziął głęboki oddech i leśne
powietrze wypełniło jego płuca. Zaczęło się chmurzyć, słońce zniknęło, a wraz z nim obietnica wspaniałego dnia. Joakim wrócił do dziewczyn.
Postanowił, że będzie łagodniejszy.
- Jednak zjadłbym kanapkę, jeśli jeszcze masz - powiedział tonem tak
miłym, jak potrafił.
- Jasne - rzuciła Alice i wyjęła zawinięty w plastikową folię rulonik.
Uśmiechnęła się do niego i Joakim się upewnił, że to jednak była lepsza
taktyka.
- Ciekawe, gdzie jesteśmy - powiedziała Emma i wyjęła z kieszeni małą
mapę.
W trójkę próbowali zlokalizować miejsce, w którym się znajdowali. To
było dość trudne, teren nie miał dokładnych oznaczeń, tylko wzniesienia,
las i bagno na przemian. Ale wiedzieli, skąd wyruszyli i mniej więcej w którą stronę zmierzają.
- Szliśmy na północ prawie przez cały czas, więc powinniśmy być gdzieś
tutaj - zasugerowała Emma.
Joakim skinął głową z podziwem, Emma była naprawdę bystra.
- Idziemy dalej czy czekamy na resztę? - zapytała Alice.
- Myślę, że powinniśmy iść - odpowiedział Joakim, lecz błyskawicznie
dodał: - Chyba że chcecie czekać?
Spojrzał na dziewczyny - na Emmę z jej przejrzystymi błękitnymi oczami i łagodnymi rysami, a potem na Alice o nieco bardziej kanciastej twarzy.
Obydwie są bardzo ładne, pomyślał i nagle zapragnął, żeby wolały
zaczekać na pozostałych. I żeby tamci jeszcze przez długi, długi czas
nie nadchodzili.
- Może lepiej iść dalej. Jeśli jesteśmy tutaj, to znaczy, że miejsce
zbiórki jest już niedaleko - powiedziała Emma, wskazując punkt na mapie.
- Tak, ale chyba macie rację, oni są z tyłu za nami, więc może lepiej
byłoby na nich poczekać - spróbował Joakim.
- Myślałam, że chcesz być pierwszy, gnałeś jak jakiś sprinter -
stwierdziła Alice.
Dziewczyny zaśmiały się, a Joakim przez moment smakował to uczucie. To
takie fajne, śmiać się razem ze ślicznymi dziewczynami, pomyślał. Dla
żartu szturchnął lekko Alice.
- Ty sama też nieźle dawałaś gazu.
Zaczęli się gonić. Biegali między kałużami, na początku bez planu, ale
kiedy Emma wpadła do wody, próbowali się nawzajem ochlapać. To było
cudowne urozmaicenie tych nudnych poszukiwań, właśnie tego Joakim
potrzebował. Biegł za Emmą, na chwilę udało mu się schwycić jej ramię.
Wyrwała się i próbowała się odsadzić kilkoma szybkimi susami. Ale jej
lewa stopa zahaczyła o wystający korzeń i dziewczyna straciła równowagę.
Przez sekundę wydawało się, że jednak się utrzyma na nogach, lecz
pośliznęła się w błocie otaczającym bajoro i wpadła po pas w wodę.
Joakim zaczął się śmiać, ale Emma krzyczała. Umilkł i podszedł do niej.
Krzyczała jeszcze bardziej. Dziwne, pomyślał. Przecież nic takiego się
nie stało. To tylko trochę wody. Wtedy zobaczył blade ciało wystające
nad powierzchnię tuż przed Emmą. Wyglądało, jakby leżało tuż pod wodą,
czyhając na ofiarę. Koniec niewinnej, dziecinnej zabawy. Nastąpiła
panika, w głowach im wirowało. Emma wymiotowała, Alice zaczęła szlochać.
Joakim stał przy nich znieruchomiały i patrzył na obraz, który miał go
prześladować do końca życia.
Haraldsson leżał w łóżku i drzemał. Obok niego spoczywała Jenny ze
stopami opartymi na materacu i poduszką wsuniętą pod tyłek. Nie chciała
tego przeciągać.
- Lepiej załatwmy to od razu, to potem zdążymy jeszcze raz, zanim będę
musiała wrócić.
Załatwmy. Czy jest jakieś mniej podniecające słowo na określenie tego?
Haraldsson miał wątpliwości. Ale teraz to było załatwione i mógł się
zdrzemnąć. Gdzieś zagrała Abba. Ring Ring.
- To twoja komórka. - Jenny szturchnęła go w bok. Haraldsson zbudził
się, z pełną świadomością, że w tej chwili nie powinien znajdować się w łóżku obok swojej żony. Podniósł spodnie z podłogi i wymacał komórkę.
Rzeczywiście. Hanser. Wziął głęboki oddech i odebrał.
Tym razem też sześć słów.
- Gdzie się pan, do cholery, podziewa!
Hanser poirytowana odłożyła słuchawkę. "Skręcił stopę". Akurat. Chętnie
pojechałaby do szpitala albo przynajmniej posłała tam radiowóz, byle
tylko udowodnić temu palantowi kłamstwo. Ale nie miała na to czasu.
Nagle stała się odpowiedzialna za dochodzenie w sprawie morderstwa. W tej sytuacji raczej nie pomagał jej fakt, że szef grupy poszukiwawczej
wokół Listakärr był nieobecny na miejscu i że zgodził się włączyć do
tyraliery nieletnich skautów. Dzieci, które teraz potrzebowały pomocy
psychologa, bo jedno z nich wpadło do bajorka i wstając, wyciągnęło na
powierzchnię zwłoki.
Hanser potrząsnęła głową. Z tym zniknięciem wszystko od początku źle się
układało. Dosłownie wszystko. Teraz trzeba położyć kres błędom. Od tego
momentu będą postępowali jak należy. Profesjonalnie. Spojrzała na
słuchawkę, którą nadal trzymała w dłoni. Przyszła jej do głowy pewna
myśl. To był śmiały krok. Jeszcze nie pora, powiedzieliby niektórzy. To
mogłoby podkopać jej kierowniczą rolę. Ale już dawno sobie obiecała, że
nie będzie tchórzyła przed trudnymi decyzjami. Zbyt wiele od tego
zależało.
Chłopiec nie żył.
Został zamordowany.
Nadeszła pora, żeby zacząć pracować z najlepszymi.
- Telefon do ciebie - powiedziała Vanja, wsuwając głowę do pokoju
Torkela Höglunda. Jego gabinet był taki jak on sam, oszczędny i prosty.
Żadnej pozy, nadymania się, niczego cennego, prawie żadnych drobiazgów
osobistych. Zastawiony meblami pochodzącymi z jakiegoś centralnego
magazynu, pokój sprawiał wrażenie raczej gabinetu dyrektora
małomiasteczkowej szkoły średniej ze skromnym budżetem niż miejsca pracy
jednego z najwyższych komisarzy policji w Szwecji. Część jego kolegów
uważała za dziwne, że ten, który odpowiada za zespół
dochodzeniowo-śledczy Krajowej Policji Kryminalnej, nie chce pokazywać
światu, jak daleko zaszedł. Inni tłumaczyli to tym, że sukcesy nie
uderzyły mu do głowy. Prawda była prostsza i mniej szlachetna. Torkel
nigdy nie miał czasu. Jego praca była wymagająca, ciągle był w rozjazdach, a nie należał do osób, które w wolnych chwilach urządzają
biuro, gdzie i tak rzadko bywają.
- To z Väster?s - dodała Vanja, siadając naprzeciwko niego. -
Szesnastoletni chłopak został zamordowany.
Torkel patrzył, jak Vanja rozsiada się wygodnie. Najwidoczniej nie
będzie mógł rozmawiać na osobności. Skinął i podniósł słuchawkę. Od
swojego drugiego rozwodu miał wrażenie, że wszelkie telefony dotyczą
wyłącznie zbrodni. Ponad trzy lata minęły, odkąd ktoś go zapytał, czy
zdąży do domu na kolację, lub o inne podobnie banalne sprawy.
Skojarzył nazwisko - Kerstin Hanser, szefowa policji kryminalnej w Väster?s. Poznał ją na jakimś szkoleniu kilka lat temu. Dobry człowiek i na pewno świetna szefowa, myślał wtedy i pamiętał, że bardzo się
ucieszył, kiedy przeczytał o jej nowym stanowisku. A teraz jej głos był
spięty i zdławiony.
- Potrzebuję pomocy i zdecydowałam się wezwać ludzi z policji krajowej,
ale najbardziej by mi odpowiadało, gdybyś ty mógł przyjechać - usłyszał
Torkel. - Sądzisz, że to możliwe? - mówiła dalej niemal prosząco.
Przez krótką chwilę Torkel chciał pominąć to pytanie. Właśnie wrócił ze
swoim zespołem z dość nieprzyjemnego śledztwa w Linköpingu, ale
zrozumiał, że skoro Kerstin Hanser dzwoni, to znaczy, że rzeczywiście ma
problem.
- Od początku popełniliśmy kilka błędów. Istnieje ryzyko, że to się
całkiem posypie, więc naprawdę potrzebuję twojej pomocy - mówiła dalej,
jakby wyczuła jego wątpliwości.
- A o co chodzi?
- Szesnastolatek. Zaginiony od tygodnia. Znaleziony martwy. Brutalne
morderstwo.
- Czy możesz mi przesłać mailem wszystkie materiały, żebym mógł je
przejrzeć? - odparł Torkel i powiódł wzrokiem za Vanją, która podeszła
do drugiego telefonu i podniosła słuchawkę.
- Billy, przyjdź do gabinetu Torkela. Jest robota - rzuciła do czarnej
słuchawki i znów ją odłożyła. Jakby już znała ostateczną odpowiedź
Torkela. Zawsze tak było.
Poczuł dumę, ale i lekką irytację. Vanja Lithner była jego najbliższą
współpracownicą w zespole. Mimo młodego wieku - niedawno skończyła
trzydzieści lat - przez dwa lata ich wspólnej pracy stała się rasową
policjantką. Torkel uważał nawet, że jest wręcz wkurzająco dobra. Takim
policjantem sam chciałby być w jej wieku.
Zakończył rozmowę z Kerstin Hanser i uśmiechnął się do Vanji.
- Nadal to ja tu jestem szefem - zaczął.
- Wiem, zwołuję tylko zespół, żebyś mógł usłyszeć nasze zdanie. A potem,
jak zwykle, decyzja należy do ciebie - odparła z szelmowskim
uśmieszkiem.
- No pewnie, jakbym miał jakiś wybór, kiedy ty się przy czymś uprzesz -
powiedział, wstając od biurka. - Musimy się spakować, jedziemy do
Väster?s.
Billy Rosén prowadził vana drogą krajową E18. Jak zwykle za szybko.
Torkel dawno już przestał zwracać mu uwagę. Zamiast tego skoncentrował
się na materiałach o zamordowanym Rogerze Erikssonie. Raport był dość
krótki i skromny, a oficer prowadzący, Thomas Haraldsson, nie sprawiał
wrażenia osoby lubiącej się przemęczać. Przypuszczalnie trzeba będzie
zacząć wszystko od początku. Torkel miał świadomość, że takie sprawy to
ulubiony żer popołudniówek. Tym bardziej że wstępnie stwierdzona
przyczyna śmierci mówiła o wyjątkowej brutalności i licznych ciosach
noża w serce i płuca. Jednak najbardziej niepokoiło go krótkie końcowe
zdanie raportu - stwierdzenie lekarza obecnego przy oględzinach.
"Wstępne badania wskazują na to, że znaczne części serca ofiary zostały
usunięte".
Torkel spojrzał przez okno na rozkołysane drzewa. Ktoś wyjął serce.
Torkel miał nadzieję, że chłopiec nie słuchał muzyki metalowej ani nie
był zażartym graczem w World of Warcraft. W takim wypadku gazety
zaczęłyby mnożyć szalone spekulacje.
Jeszcze bardziej szalone, poprawił się.
Vanja podniosła oczy znad swojej teczki. Prawdopodobnie właśnie
przeczytała to samo zdanie.
- Może najlepiej będzie, jak pojedzie z nami też Ursula - powiedziała,
jak zwykle czytając w jego myślach.
Torkel skinął krótko.
Billy rzucił szybkie spojrzenie do tyłu.
- Mamy adres?
Torkel podał mu adres, a Billy sprawnie wprowadził go do GPS. Torkelowi
nie podobało się, że Billy zajmuje się innymi rzeczami, kiedy siedzi za
kółkiem, ale przynajmniej trochę zwolnił przy wpisywaniu najbliższego
celu. Zawsze to coś.
- Będziemy tam za pół godziny. - Billy znów docisnął gaz i wielki van
natychmiast zareagował. - Możemy się wyrobić w dwadzieścia minut, zależy
od ruchu.
- Pół godziny jest w porządku. Niezbyt dobrze się czuję, kiedy
przełamujesz barierę dźwięku.
Billy wiedział doskonale, co Torkel sądzi o jego stylu jazdy, więc tylko
uśmiechnął się do szefa w lusterku wstecznym. Dobra droga, dobre auto,
dobry kierowca. Dlaczego nie wykorzystać tego na maksa?
Billy przyśpieszył jeszcze bardziej.
Torkel wyjął komórkę i wybrał numer Ursuli.
Pociąg ruszył z Dworca Centralnego w Sztokholmie o 16.07. Sebastian usiadł w wagonie pierwszej klasy.
Odchylił się na oparcie i zamknął oczy, kiedy wyjeżdżał z miasta.
Przedtem w pociągu zawsze morzył go sen. Ale teraz, choć czuł, że dobrze
by mu zrobiła godzinna drzemka, nie miał w sobie na to dość spokoju.
Zamiast tego wyjął kopertę z nadrukiem przedsiębiorstwa pogrzebowego,
otworzył ją i przeczytał list. Już wiedział, co zawiera. Jedna z dawnych
koleżanek jego matki zadzwoniła do niego z informacją, że matka zmarła.
Wszystko odbyło się godnie i spokojnie, powiedziała. Godnie i spokojnie
- te słowa to było całe jej życie w pigułce. Nie było w tym jednak nic
pozytywnego, przynajmniej jeśli człowiek nazywał się Sebastian Bergman.
Nie, dla niego życie było walką, od pierwszej do ostatniej chwili.
Spokojni i godni nie mieli szans. Nazywał ich nudnymi trupami, które
żyją z jedną nogą w grobie. Ale teraz nie był już taki pewny. Jak
rozwinęłoby się jego życie, gdyby postępował spokojnie i godnie?
Przypuszczalnie lepiej.
Mniej boleśnie.
Stefan Hammarström, jego terapeuta, tak mu przynajmniej sugerował.
Rozmawiali o tym podczas jednego z ostatnich spotkań, kiedy Sebastian
opowiedział mu o śmierci matki.
- Jak bardzo niebezpieczne jest bycie takim jak inni? - zapytał Stefan,
kiedy Sebastian wyjaśnił mu, co sądzi o spokojnym, godnym życiu.
- Śmiertelnie niebezpieczne - odparł Sebastian. - Wręcz zabójcze.
Przez następną godzinę dyskutowali o genetycznych predyspozycjach
człowieka do wystawiania się na niebezpieczeństwo. Sebastian uwielbiał
ten temat.
Rozumiał, jak wielką rolę może odgrywać niebezpieczeństwo jako siła
napędowa. Po części wiedział o tym z własnego życia, a po części ze
swoich badań nad seryjnymi mordercami. Teraz opowiedział swojemu
terapeucie, że dla takiego zabójcy ważne są dwie rzeczy: fantazja i niebezpieczeństwo. Fantazja to silnik, który szumi, zawsze obecny, na
jałowym biegu.
Większość ludzi miewa fantazje. Mroczne, brutalne, zawsze wzmacniające
ich własne ego, zawsze niszczące to, co stanie im na drodze. W fantazjach ludzie miewają potężną siłę. Bardzo niewiele osób je
realizuje. Ci, którzy to robią, znaleźli klucz.
Zagrożenie.
Zagrożenie odkryciem.
Zagrożenie tym, że zdobędą się na rzeczy nienazywalne.
Adrenalina i endorfina, uwalniające się w takiej chwili, to był
turbonapęd. To było paliwo, które eksplodowało i rozpędzało silnik do
maksymalnych obrotów. Dlatego właśnie poszukiwacze takich doznań
pragnęli nowych wrażeń, a zabójcy stawali się seryjnymi mordercami.
Trudno powrócić do biegu jałowego, kiedy silnik raz się rozpędził. Kiedy
poczuło się siłę i odkryło, co sprawia, że żyjemy - zagrożenie.
- Czy ty rzeczywiście mówisz o zagrożeniu, a nie o napięciu? - Stefan
nachylił się do przodu, kiedy Sebastian umilkł.
- Czy to jest lekcja języka szwedzkiego?
- Nie, to ty wygłaszasz wykład. - Stefan nalał wody z karafki stojącej
na stole i podsunął szklankę Sebastianowi. - Czy normalnie nie powinno
być tak, że płacisz za wykład, a nie za to, żeby móc go wygłosić?
- Płacę za to, żebyś słuchał. Cokolwiek bym mówił.
Stefan uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Nie, wiesz sam, za co mi płacisz. Potrzebujesz pomocy, a te małe
dygresje sprawiają, że mamy mniej czasu na rozmowę o tym, o czym
naprawdę powinniśmy pomówić.
Sebastian nie odpowiedział. Nie zmienił wyrazu twarzy. Lubił Stefana.
Tak po prostu.
- A więc możemy wrócić do twojej matki. Kiedy jest pogrzeb?
- Już był.
- Byłeś tam?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo uważam, że to powinna być ceremonia dla ludzi, którzy naprawdę ją
lubili.
Stefan przez kilka sekund patrzył na niego w milczeniu.
- Jak widzisz, mamy mnóstwo spraw do omówienia.
Za oknami rozkołysanego wagonu przesuwały się piękne widoki. Pociąg
pędził przez świeżo zazielenione łąki i lasy na północny zachód od
Sztokholmu. U każdego innego pasażera wywołałoby to myśli o nowych
możliwościach, jakie niesie życie. U Sebastiana było dokładnie
odwrotnie. Nie widział żadnych możliwości w otaczającym go pięknie.
Przeniósł wzrok na sufit. Przez całe życie uciekał od swoich rodziców.
Od ojca, z którym walczył od wczesnej młodości, i matki, spokojnej i godnej, która nigdy nie stanęła po jego stronie. Tak to odczuwał.
Oczy na chwilę zaszły mu łzami. Pojawiło się to u niego w ostatnich
latach. Łzy. Dziwne, pomyślał, że w moim wieku człowiek może odkryć coś
tak prostego jak łzy.
Emocjonalne.
Irracjonalne.
Wszystko, czym nigdy nie chciał być. Pomyślał o jedynej rzeczy, która
pozwalała mu zagłuszyć uczucia: o kobietach. Jeszcze jedna obietnica,
którą złamał. Trzymał się tej wąskiej ścieżki od momentu, kiedy poznał
Lily i postanowił, że będzie jej wierny. Ale ten wyczerpujący sen, który
nawiedzał go nocami, i puste dni pozbawione sensu sprawiły, że nie
widział innego wyjścia. Polowanie na nowe zdobycze i krótkie chwile
bliskości z różnymi kobietami wypełniały jego życie. Myśli o nich
przynajmniej na chwilę zagłuszały poczucie bezsilności. Funkcjonował
jeszcze jako mężczyzna, jako drapieżnik, zawsze w poszukiwaniu nowych
kobiet. To była zdolność, którą udało mu się zachować. Cieszyło i przerażało go zarazem to, kim w gruncie rzeczy był - samotnym mężczyzną,
wypełniającym czas młodymi i starszymi kobietami, studentkami,
koleżankami, zamężnymi i wolnymi. Nie dyskryminował żadnej. Stosował
tylko jedną regułę: musiała mu ulec. Miała pokazać, że nie jest
bezwartościowy, że żyje. Zdawał sobie sprawę z tego, jak destruktywne
było takie zachowanie, ale akceptował je i zagłuszał instynktowne
przeczucie, że pewnego dnia będzie musiał się z tym uporać.
Zaczął się rozglądać po wagonie, do połowy wypełnionym pasażerami.
Zatrzymał wzrok na brunetce, która siedziała trochę dalej. Około
czterdziestki, szaroniebieska droga bluzka, kosztowne złote kolczyki.
Nie najgorsza, pomyślał. Czytała książkę. Doskonale - zgodnie z jego
doświadczeniem czytające kobiety po czterdziestce plasowały się w skali
trudności na trzecim miejscu. Częściowo zależało to od tego, co czytały,
ale generalnie to się sprawdzało.
Wstał i przeszedł kilka kroków do jej fotela.
- Idę do wagonu restauracyjnego, czy może coś pani przynieść?
Kobieta podniosła znad książki pytające spojrzenie, niepewna, czy
zwracał się do niej. Najwyraźniej tak, zrozumiała to, kiedy napotkała
jego wzrok.
- Nie, dziękuję, nic mi nie potrzeba. - Niemal demonstracyjnie powróciła
do lektury.
- Na pewno? Nawet małej kawy?
- Nie, dziękuję. - Tym razem nawet na niego nie spojrzała.
- Może herbatę? Gorącą czekoladę?
Oderwała się od książki i spojrzała na niego z widoczną irytacją.
Sebastian zaprezentował swój dyżurny uśmiech.
- Teraz można dostać nawet wino, ale może jest na to za wcześnie?
Nie odpowiedziała.
- Pani się pewnie zastanawia, dlaczego pytam - mówił dalej Sebastian. -
Jestem zmuszony. Czuję, że mam obowiązek uratować panią przed tą
książką. Czytałem ją. Będzie mi pani wdzięczna.
Kobieta podniosła wzrok i znów spojrzała mu w oczy. Sebastian uśmiechnął
się. Odwzajemniła uśmiech.
- Więc może proszę filiżankę kawy. Czarnej, bez cukru.
- Już się robi. - Kolejny przelotny uśmiech, który urósł, kiedy
Sebastian szedł korytarzem. Może jednak ta podróż do Väster?s nie będzie
taka najgorsza.
W komendzie policji w Väster?s dużo się działo. Kerstin Hanser rzuciła
nieco nerwowe spojrzenie na zegarek. Musiała jechać. Bóg wie, jak bardzo
tego nie chciała. Mogłaby wyliczyć dziewięćdziesiąt dziewięć rzeczy,
które wolałaby robić, zamiast jechać do kostnicy i spotkać się z Leną
Eriksson. Ale to było konieczne. Mimo iż mieli stuprocentową pewność, że
znaleziony chłopiec to Roger Eriksson, mama chciała go zobaczyć. Hanser
odradzała, ale Lena Eriksson była uparta. Chciała zobaczyć swojego syna.
Miało się to odbyć wcześniej tego dnia, ale matka dwa razy przesuwała
termin. Hanser nie wiedziała dlaczego i nie obchodziło jej to
szczególnie. Wolałaby, żeby to się wcale nie odbyło. Przynajmniej nie w jej obecności. Tej części swojej pracy nie lubiła najbardziej i szczerze
powiedziawszy, nie nadawała się do tego. Próbowała unikać takich
sytuacji, kiedy tylko się dało, ale ludzie chyba oczekiwali, że lepiej
temu podoła, bo jest kobietą. Że łatwiej znajdzie właściwe słowa. Że
bliscy i pogrążeni w żałobie będą się czuli lepiej w jej obecności,
tylko ze względu na jej płeć. Hanser uznawała to wszystko za bzdury.
Nigdy nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Oczywiście mogła wyrazić
głębokie współczucie, może nawet objąć, pozwolić wypłakać się na swym
ramieniu, dać numer do osoby, która pocieszy, zapewniać nieustannie, że
policja zrobi wszystko, żeby złapać tego, kto spowodował tak wielkie
cierpienie. Przeważnie jednak chodziło tylko o to, żeby tam po prostu
być, stać obok. A to mógł robić ktokolwiek.
Nawet nie pamiętała, kto z policji był obecny, kiedy razem z mężem
identyfikowali Niklasa. Jakiś mężczyzna. Mężczyzna, który tylko tam
stał.
Właściwie mogła posłać kogoś innego. Na pewno by to zrobiła, gdyby
dotychczasowe dochodzenie wyglądało nieco inaczej. Teraz już nie mogła
ryzykować. Dziennikarze byli wszędzie. Chyba już wiedzieli, że chłopiec
został pozbawiony serca. To tylko kwestia czasu, kiedy się dowiedzą, że
policja wszczęła poszukiwania dopiero po blisko trzech dniach. Ten błąd,
młodzi skauci w stanie szoku i "ciężkie skręcenie" Haraldssona. Od tej
chwili w dochodzeniu nie pojawią się już takie niedociągnięcia, nie
będzie się do czego przyczepić. Już ona tego dopilnuje. Będzie
współpracowała z najlepszymi i szybko odłoży tę straszną sprawę ad acta.
Taki miała zamiar.
Zadzwonił telefon.
Z recepcji.
Szuka jej zespół z Krajowej Policji Kryminalnej. Hanser rzuciła okiem na
zegar ścienny. Wcześnie się zjawili. Wszystko naraz. Czuła, że
przynajmniej powinna ich przywitać. Lena Eriksson musi zaczekać kilka
minut, nic się nie da zrobić. Hanser wygładziła bluzkę, wyprostowała się
i poszła w stronę schodów prowadzących na dół do wejścia. Zatrzymała się
przy zamkniętych drzwiach, które oddzielały recepcję od reszty komendy.
Przez drobną kratkę na szkle widziała Torkela Höglunda, jak przechadza
się spokojnie z założonymi z tyłu rękoma. Na zielonej sofie stojącej pod
oknem wychodzącym na ulicę siedzieli kobieta i mężczyzna. Oboje młodsi
od Hanser. Koledzy Torkela, domyśliła się, nacisnęła guzik zwalniający
blokadę i otworzyła drzwi. Na ich dźwięk Torkel się odwrócił, a kiedy ją
zobaczył, na jego twarzy ukazał się uśmiech.
Hanser nagle poczuła się niepewnie. Co powinna zrobić? Objąć go czy po
koleżeńsku uścisnąć dłoń? Byli razem na kilku szkoleniach, parę razy
jedli ze sobą lunch, widywali się na różnych korytarzach. Hanser
niepotrzebnie się zastanawiała. Torkel sam do niej podszedł i po
przyjacielsku ją uściskał. Potem zwrócił się do tamtych dwojga, którzy
właśnie wstali z sofy, i dokonał prezentacji. Kerstin Hanser przywitała
gości.
- Przykro mi, ale trochę się śpieszę, muszę iść do zakładu medycyny
sądowej.
- To ten chłopiec?
- Tak.
Hanser zwróciła się do recepcjonistki.
- Haraldsson?
- Powinien być w drodze. Dzwoniłam do niego tuż po rozmowie z panią.
Hanser skinęła. Jeszcze jedno szybkie spojrzenie na zegarek. Nie mogła
się za bardzo spóźnić. Szybko obrzuciła wzrokiem Vanję i Billy'ego, ale
zwróciła się do Torkela.
- Haraldsson prowadził dotychczasowe śledztwo.
- Tak, widziałem jego nazwisko w materiałach, które dostaliśmy.
Hanser drgnęła. Czyżby w głosie Torkela było słychać jakiś pobłażliwy
ton? W każdym razie jego twarz niczego nie zdradzała.
Gdzie tym razem podziewał się Haraldsson? Hanser już chciała wyjąć
komórkę, kiedy w drzwiach, przez które sama przed chwilą weszła,
szczęknął zamek i do recepcji wkroczył Haraldsson, wyraźnie utykając.
Guzdrał się niemal prowokująco. W końcu jednak podszedł i przywitał się
z nowo przybyłymi.
- Co się panu stało w nogę? - Torkel skinął znacząco w stronę prawej
stopy Haraldssona.
- Skręciłem ją podczas przeczesywania lasu, kiedy szukaliśmy chłopaka.
To dlatego mnie tam nie było, gdy został znaleziony. - Ostatnie zdanie,
wraz z krótkim spojrzeniem, było skierowane do Hanser.
Nie wierzyła mu, wiedział to. To oznaczało, że przez najbliższy czas
musi pamiętać o utykaniu. No bo przecież nie zadzwoniła do szpitala?
Jeśli to zrobiła, chyba nie powiedzieli jej, czy tam był, czy nie. Musi
być jakaś klauzula poufności wobec pacjentów, prawda? Zwierzchnicy chyba
nie mogą zaglądać do karty choroby pracowników? A może jednak mogą?
Będzie musiał dowiedzieć się w związkach zawodowych, jak ta sprawa
wygląda. Tak się pogrążył w rozmyślaniach, że przez chwilę przestał
słuchać szefowej. Wreszcie zauważył, że Hanser patrzy na niego z powagą.
- Torkel Höglund i jego ludzie przejmują dochodzenie.
- Od pani? - Haraldsson wyglądał na szczerze zaskoczonego. Tego się nie
spodziewał. Sprawa od razu zaczęła nabierać rumieńców. To był zespół
prawdziwych policjantów, dokładnie takich jak on. Jasne, że docenią jego
pracę bardziej niż ta paniusia zza biurka, która jest jego szefową.
- Nie, ja będę nadal odpowiedzialna, ale zespół do spraw zabójstw z centrali prowadzi od tej chwili część operacyjną dochodzenia.
- Razem ze mną?
Hanser westchnęła w duchu i pomodliła się, żeby Väster?s nie zalała fala
zbrodni. Nie mieliby wtedy szans.
Vanja ubawiona spojrzała na Billy'ego. Torkel słuchał rozmowy, nie
okazując żadnych reakcji. Poniżanie lokalnej policji lub umniejszanie
jej znaczenia to był absolutnie najgorszy sposób na rozpoczęcie
współpracy. Torkel nigdy nie miał tendencji do zaznaczania terenu. Znał
lepsze sposoby, żeby wycisnąć z ludzi maksimum możliwości.
- Nie, przejmują całkowitą kontrolę nad dochodzeniem. To już nie jest
pana zadanie.
- Ale oczywiście zależy nam na bliskiej współpracy - wtrącił Torkel,
spoglądając z powagą na Haraldssona. - Ma pan szczególny wgląd w sprawę,
a to może mieć decydujące znaczenie dla powodzenia naszej pracy.
Vanja spojrzała na niego z podziwem. Sama umieściła już Haraldssona w swojej teczce oznaczonej kryptonimem PB. Przypadek Beznadziejny, który
przez chwilę miał sprawę w swoich rękach, by później zostać odesłanym
jak najdalej od śledztwa.
- A więc będę pracował razem z wami?
- Będzie pan pracował blisko nas.
- Jak blisko?
- To się okaże. Możemy zacząć od tego, że poinformuje nas pan o tym, co
się dotychczas stało, a my dalej zajmiemy się resztą. - Torkel położył
dłoń na ramieniu Haraldssona i ostrożnie poprowadził go do drzwi. - A więc zobaczymy się później - rzucił przez ramię do Hanser.
Billy podszedł do sofy, żeby wziąć bagaże, ale Vanja jeszcze została.
Mogłaby przysiąc, że robiąc kilka kroków obok Torkela, Haraldsson nie
utykał.
Lena Eriksson siedziała w niewielkiej poczekalni i wkładała do ust
kolejną pastylkę läkerolu. Pudełko ukradła wczoraj w pracy. Leżało na
półce tuż przy kasie. Eukaliptus. Nie był to jej ulubiony smak, ale
kiedy zamykali sklep, wzięła to, co znajdowało się najbliżej, i nie
patrząc, włożyła do kieszeni.
Wczoraj.
Kiedy była przekonana, że jej syn żyje. Kiedy ślepo wierzyła tamtemu
policjantowi, który powiedział, że Roger na pewno samowolnie gdzieś się
wypuścił. Może do Sztokholmu. Albo gdzie indziej. Mała przygoda
nastolatka.
Wczoraj.
To był nie tylko inny dzień, lecz także inny świat. Świat, w którym
jeszcze żyła nadzieja.
Dzisiaj jej syn odszedł na zawsze.
Zamordowany.
Znaleziony w leśnym bajorze.
Pozbawiony serca.
Po otrzymaniu tej wiadomości Lena nie wychodziła z mieszkania przez cały
dzień. Miała się spotkać z policją już wcześniej, ale dwa razy dzwoniła,
żeby to przełożyć. Nie mogła wstać. Przez jakiś czas się bała, że nigdy
nie znajdzie w sobie dość siły, żeby znów stanąć na nogi. Więc
siedziała. W swoim fotelu. W salonie, w którym wspólnie spędzali coraz
mniej czasu, ona i jej syn. Usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni
raz siedzieli tu razem.
Oglądali film.
Jedli.
Rozmawiali.
Żyli.
Nie pamiętała. To musiało być jakoś zaraz po tym, jak Roger zaczął
chodzić do tej pieprzonej szkoły, tak przypuszczała. Przez ostatni rok
każde z nich prowadziło mniej lub bardziej osobne życie.
Redakcje popołudniówek dzwoniły przez cały czas, ale nie chciała z nikim
rozmawiać. Jeszcze nie teraz. W końcu odłożyła na bok słuchawkę telefonu
stacjonarnego i wyłączyła komórkę. Wtedy zaczęli przychodzić pod drzwi,
wołali przez otwór na listy, zostawiali wiadomości na wycieraczce. Ale
ona nie otwierała. Nawet nie podnosiła się z fotela.
Było jej potwornie niedobrze. Kawa z automatu, którą wypiła po
przyjeździe na miejsce, wędrowała w jej przełyku w górę i w dół. Czy
jadła coś od wczoraj? Chyba nie. Ale piła. Alkohol. Zwykle się do tego
nie uciekała. Nie piła nawet niewielkich ilości. Znała umiar, czego nie
domyślali się ludzie, którzy ją widzieli. Jej utlenione w domu włosy z ciemnymi odrostami. Jej nadwagę. Odłażący lakier do paznokci i krótkie
upierścienione palce. Kolczyk w brwi. Jej zamiłowanie do spodni
dresowych i dużych T-shirtów. Większość ludzi po pierwszym kontakcie od
razu miała wyrobione zdanie na temat Leny. Zresztą znaczna część ich
uprzedzeń i tak się potwierdzała. Chroniczny brak pieniędzy. Zakończenie
szkoły na ósmej klasie. Ciąża w wieku siedemnastu lat.
Samotna matka.
Słabo płatna praca.
Ale problemy z nałogami? Nie, nigdy.
Chociaż dzisiaj piła. Żeby zagłuszyć ów cichy głosik gdzieś z tyłu
głowy, który przypomniał o sobie, kiedy dostała tę straszną wiadomość, a później w ciągu dnia nabierał siły. Ten cichy głos, który nie chciał
zamilknąć.
Lena czuła, że zaczyna ją boleć głowa. Potrzebowała świeżego powietrza.
I papierosa. Wstała z krzesła, wzięła z podłogi torebkę i ruszyła do
wyjścia. Jej schodzone obcasy stukały o kamienną posadzkę, aż echo
niosło się po pustym korytarzu. Prawie u celu zauważyła mniej więcej
czterdziestopięcioletnią kobietę w garsonce, w pośpiechu pokonującą
drzwi obrotowe. Nieznajoma podeszła do Leny zdecydowanym krokiem.
- Lena Eriksson? Kerstin Hanser, policja okręgowa w Väster?s.
Przepraszam za spóźnienie.
Jechały windą w milczeniu. Kiedy znalazły się w suterenie, Hanser
otworzyła drzwi i przepuściła Lenę przodem. Szły dalej korytarzem, aż
spotkały łysego mężczyznę w okularach i białym fartuchu. Ten wprowadził
je do mniejszego pomieszczenia, w którym na podłodze stały samotne nosze
oświetlone blaskiem neonówki. Pod białym prześcieradłem widać było
wyraźnie zarys ciała. Hanser i Lena podeszły do noszy, łysy mężczyzna
zaś spokojnie je okrążył i stanął po drugiej stronie. Spojrzał na
Hanser, a gdy ta skinęła głową, odwinął prześcieradło, odsłaniając twarz
i szyję Rogera Erikssona, aż po obojczyki. Lena spokojnie spojrzała na
nosze, a Hanser z szacunkiem cofnęła się o krok. Nie słyszała żadnego
głośnego wdechu ani zduszonego krzyku stojącej obok kobiety. Żadnego
szlochu. Nie dostrzegła dłoni odruchowo poderwanej do ust. Niczego.
Zwróciła na to uwagę jeszcze w poczekalni. Lena nie była spuchnięta ani
zapłakana, nie miała przekrwionych oczu. Nie wyglądała też na
zdruzgotaną ani zaciętą. Właściwie sprawiała wrażenie spokojnej. Ale
Hanser wyczuła w windzie zapach alkoholu przytłumiony pastylkami na
gardło i domyśliła się, że to był powód nieokazywania uczuć. To plus
szok.
Lena stała w bezruchu i spoglądała w dół na syna. Czego się spodziewała?
Właściwie niczego. Nawet nie odważyła się myśleć, jak mógłby wyglądać.
Nie mogła sobie wyobrazić, jakie to będzie uczucie stać tutaj. Co zrobił
z nim ten czas, który przeleżał w wodzie? Był trochę spuchnięty, tak.
Jakby to była jakaś reakcja alergiczna. Ale poza tym uznała, że wygląda
jak zwykle. Ciemne włosy, jasna skóra, mocne czarne brwi, zapowiedź
zarostu nad górną wargą. Zamknięte oczy. Bez życia. Oczywiście.
- Myślałam, że to będzie wyglądało, jakby spał.
Hanser milczała. Lena odwróciła do niej głowę, jak gdyby szukała
potwierdzenia, że się nie myli.
- Nie wygląda, jakby spał.
- Nie.
- Widziałam, jak śpi, wiele razy. Zwłaszcza jak był mniejszy. Jest taki
spokojny. Ma zamknięte oczy, ale...
Nie dokończyła zdania. Zamiast tego wyciągnęła rękę i dotknęła Rogera.
Zimny. Martwy. Zostawiła przez chwilę dłoń na jego policzku.
- Ja straciłam syna, kiedy miał piętnaście lat.
Lena nadal nie odrywała ręki od policzka syna, ale odwróciła się lekko
do Hanser.
- Ach, tak?
- Tak...
Znów milczenie. Dlaczego to powiedziała? Nigdy przedtem nie opowiadała o tym nikomu w podobnej sytuacji. Ale w tej kobiecie przy noszach było coś
innego. Hanser miała wrażenie, że tamta nie pozwala sobie na żałobę. Nie
potrafi. Może nawet nie chce. Powiedziała to, żeby ją pocieszyć.
Wyciągnęła rękę, żeby pokazać, że rozumie, przez co Lena musi
przechodzić.
- Czy też został zamordowany?
- Nie.
Nagle Hanser poczuła się głupio. Jakby jej stwierdzenie miało być jakimś
porównywaniem się w cierpieniu. "Ja też kogoś straciłam, żebyś sobie nie
myślała". Ale Lena najwyraźniej przestała się tym interesować. Odwróciła
się znów w stronę ciała i jeszcze raz spojrzała na syna.
Przez tyle lat był dla niej jedynym powodem do dumy.
Albo przez tyle lat był wszystkim, co miała.
Kropka.
A może to twoja wina? - zaczął pytać głosik w jej głowie. Lena cofnęła
rękę i odeszła krok do tyłu. Ból głowy był nie do zniesienia.
Hanser skinęła. Łysy mężczyzna znów naciągnął prześcieradło, a obydwie
kobiety poszły do drzwi. Lena zaczęła szukać papierosów w torebce.
- Czy jest ktoś, do kogo może pani zadzwonić? Może nie powinna pani być
sama?
- Ale właśnie jestem. Teraz jestem sama.
Lena wyszła z pokoju.
Hanser po prostu tam stała.
Czego innego można było po niej oczekiwać?
Pokój konferencyjny był najnowocześniejszym pomieszczeniem w komendzie
policji w Väster?s. Meble z jasnego drewna brzozowego zostały kupione
zaledwie przed kilkoma tygodniami. Osiem krzeseł wokół owalnego stołu.
Nowe tapety na trzech ścianach miały dyskretny, odprężający odcień
zieleni; czwarta ściana stanowiła połączenie ekranu projekcyjnego i białej tablicy. W rogu przy drzwiach stał najnowocześniejszy sprzęt
podłączony do projektora pod sufitem. Na środku stołu konferencyjnego
znajdował się panel kontrolny, sterujący całą techniką w sali. Kiedy
tylko Torkel postawił stopę na szarej wykładzinie, postanowił, że to
będzie baza jego zespołu.
Teraz, opróżniając ostatnią butelkę wody mineralnej, zbierał papiery,
które miał rozłożone przed sobą. Omówienie dotychczasowych działań
śledczych przebiegło mniej więcej tak, jak się spodziewał. Tylko w dwóch
miejscach relacja Haraldssona zawierała niespodzianki.
Pierwsza nastąpiła, kiedy analizowali chronologię śledztwa i Vanja
podniosła głowę znad dokumentów, pytając:
- Co robiliście w niedzielę?
- Zostały podjęte konkretne działania policyjne, które nie dały żadnych
rezultatów.
Odpowiedź padła szybko. Jak wyćwiczona. Kłamliwie szybko. Torkel zwrócił
na to uwagę i wiedział, że Vanja też to odnotowała. Była jak żywy
wykrywacz kłamstw, najlepszy, jaki Torkel widział. Teraz z pewnym
oczekiwaniem w oczach patrzył, jak Vanja najpierw posyła długie
spojrzenie Haraldssonowi, a potem wraca do swoich papierów. Haraldsson
odetchnął. Wprawdzie byli po tej samej stronie, ale koledzy wcale nie
musieli wiedzieć, że w fazie wstępnej popełniono jakieś błędy. Teraz
powinni patrzeć naprzód. Dlatego trochę się zirytował - i lekko
zaniepokoił - kiedy Vanja znów zaczęła machać długopisem. Billy
uśmiechnął się, on także był świadom, że Vanja odkryła fałszywy ton. Nie
zamierzała odpuścić. Nigdy tego nie robiła. Billy rozparł się wygodnie
na krześle i skrzyżował ramiona na piersi. To mogła być niezła zabawa.
- Powiedział pan: "zostały podjęte" - mówiła dalej Vanja nieco surowo -
ale co wtedy zrobiliście? Nie znajduję żadnych przesłuchań ani matki
chłopca ani nikogo innego, żadnych rezultatów wywiadów z sąsiadami, nikt
nie stworzył żadnej chronologii od piątku. - Spojrzała Haraldssonowi
prosto w oczy. - Więc co dokładnie zrobiliście?
Haraldsson wiercił się na krześle. To było najgorsze upokorzenie, że
musiał się teraz przed nimi tłumaczyć z błędów innych ludzi.
Odchrząknął.
- Miałem wolne cały weekend i objąłem śledztwo dopiero w poniedziałek.
- A więc co się działo w niedzielę?
Haraldsson popatrzył na mężczyzn obecnych w pokoju, jakby chciał szukać
wsparcia dla swojego przekonania, że spoglądanie wstecz wcale nie jest
takie ważne. Ale wsparcie nie nadeszło. Obaj spojrzeli na niego surowo.
Haraldsson znów odchrząknął.
- O ile dobrze zrozumiałem, wysłano funkcjonariuszy do matki.
- I co tam zrobili?
- Przyjęli zgłoszenie o zaginięciu chłopca i spisali dane.
- Jakie dane? Gdzie one są?
Vanja nie spuszczała z niego wzroku. Haraldsson zrozumiał, że nie uda mu
się wymigać od opowiedzenia wszystkiego, co się stało. Więc opowiedział.
Zgodnie z prawdą. Potem w pokoju zapanowała cisza innego rodzaju.
Takiego jak wtedy, tłumaczył sobie Haraldsson, kiedy ludzie muszą
przetrawić największą głupotę, jaką kiedykolwiek usłyszeli.
Wreszcie odezwał się Billy.
- A więc jedyną rzeczą, jaka została zrobiona w niedzielę, było spisanie
po raz kolejny zgłoszenia o tym samym zaginięciu?
- W sumie tak.
- Okej, chłopiec zaginął w piątek o dwudziestej drugiej. Kiedy naprawdę
rozpoczęliście poszukiwania?
- W poniedziałek. Po lunchu. Kiedy zgłoszenie trafiło do mnie. A raczej
jeszcze wtedy nie szukaliśmy, tylko zaczęliśmy rozmawiać z jego
dziewczyną, w szkole, ze świadkami...
Znów zapadła cisza. Doświadczenie podpowiadało, że chłopiec z największym prawdopodobieństwem już nie żył, lecz jeśli tak nie było?
Jeśli był gdzieś więziony? Trzy doby. Wielki Boże! Torkel nachylił się i spojrzał na Haraldssona z powagą i zainteresowaniem.
- Dlaczego pan tego nie powiedział, kiedy pytaliśmy, co się działo w niedzielę?
- Nikomu nie jest przyjemnie przyznawać się do błędów.
- Ale to nie był pański błąd. Pan przejął śledztwo dopiero w poniedziałek. Jedyny błąd, jaki pan popełnił, to zatajenie tego przed
nami. Jesteśmy teraz jednym zespołem, nie możemy sobie pozwolić na brak
szczerości między sobą.
Haraldsson skinął. Nagle poczuł się, jakby miał siedem lat i trafił
przed oblicze dyrektora szkoły, bo rozrabiał na przerwie.
Potem opowiadał już wszystko (z wyjątkiem seksu w porze lunchu i kłamstwa z wizytą w szpitalu). Kiedy kończyli rekonstrukcję wydarzeń,
było już po dziewiątej.
Torkel mu dziękował, Billy przeciągał się na krześle, ziewając, a Vanja
zaczęła pakować swoje materiały, gdy Haraldsson dorzucił drugą
niespodziankę wieczoru.
- Jeszcze jedno. - Zrobił afektowaną pauzę. - Nie znaleźliśmy kurtki
chłopaka ani jego zegarka.
Torkel, Vanja i Billy wyprostowali się jak na komendę; to było ciekawe.
Haraldsson zauważył, że Vanja zaczęła szybko wyciągać notatki z torby.
- Nie napisałem tego w raporcie. Nigdy nie wiadomo, kto będzie go czytał
i do kogo taka informacja może trafić.
Vanja pokiwała głową. Sprytne, właśnie takie szczegóły nigdy nie powinny
przeciekać do prasy. Na etapie przesłuchania są na wagę złota. Może
Haraldsson nie był całkiem beznadziejny, choć od początku prawie
wszystko na to wskazywało.
- A więc został obrabowany? - zapytał Billy.
- Nie sądzę. Miał przy sobie portfel zawierający prawie trzysta koron. I komórkę w kieszeni spodni.
Wszyscy w zespole przyjęli do wiadomości fakt, że ktoś, przypuszczalnie
morderca, zabrał ofierze wybrane przedmioty. To coś znaczyło. To i brakujące serce.
- Kurtka marki Diesel - mówił dalej Haraldsson. - Zielona. Mam na biurku
zdjęcia tego modelu. Zegarek to był... - Haraldsson zajrzał do swoich
notatek. - Tonino Lamborghini Pilot. Też mam zdjęcia.
Po spotkaniu Torkel siedział chwilę sam w pokoju bez okien i próbował
znaleźć jakiś powód, żeby nie jechać do hotelu. Może powinien zacząć
rysować linię czasową na białej tablicy? Stworzyć mapkę? Zebrać zdjęcia?
Jeszcze raz przejrzeć informacje od Haraldssona? Prawie wszystkie te
rzeczy Billy może zrobić szybciej i lepiej jutro rano, jeszcze zanim
ktokolwiek inny pojawi się w komendzie.
Mógł pójść coś zjeść. Ale nie był szczególnie głodny, nie na tyle, żeby
chciał sam siedzieć w restauracji. Pomyślał, czyby nie poprosić Vanji,
żeby dotrzymała mu towarzystwa, ale ona zamierzała poświęcić wieczór na
głębsze zapoznanie się ze sprawą. Wiedział to. Niesłychanie ambitna i skrupulatna, cała Vanja. Gdyby ją zapytał, pewnie by się zgodziła, ale
przez cały wieczór byłaby niezadowolona ze zmiany planów i lekko
zestresowana, więc porzucił ten zamiar.
Może zatem Billy? Torkel uważał, że Billy ma wiele zalet, a jego wiedza
na temat komputerów i techniki jest dla zespołu nieoceniona. Nie mógł
sobie jednak przypomnieć, żeby kiedykolwiek jedli razem kolację, tylko
we dwóch. Rozmowa z Billym nie kleiła się za bardzo. Billy uwielbiał
noclegi w hotelach. Nie było takiego programu na jakimkolwiek kanale
telewizyjnym między dwudziestą drugą a drugą w nocy, którego Billy by
nie oglądał. I bardzo lubił o nich rozprawiać. Telewizja, muzyka, gry,
komputery, najnowsze telefony, zagraniczne pisma, które czytywał w sieci. Przy Billym Torkel czuł się jak dinozaur.
Westchnął. Skończy się pewnie na spacerze i kanapce oraz butelce piwa w pokoju, z telewizorem jako jedynym towarzystwem. Pocieszył się, że jutro
ma przyjechać Ursula. Wtedy będzie miał z kim zjeść kolację.
Zgasił jarzeniowe oświetlenie i opuścił pokój konferencyjny. Jak zawsze
wychodzę ostatni, pomyślał, idąc przez puste biuro. Nic dziwnego, że
jego żony w końcu miały tego dość.
Było już ciemno, kiedy Sebastian zapłacił
za taksówkę i wysiadł. Taksówkarz też wyszedł z auta. Otworzył bagażnik,
wyjął jego torbę i życzył mu przyjemnego wieczoru. Przyjemny wieczór w domu rodziców? No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz, pomyślał
Sebastian. A fakt, że oboje rodzice już nie żyli, bez wątpienia znacznie
zwiększał szanse.
Sebastian przeciął ulicę i taksówka, która czekała na sąsiednim
podjeździe, przemknęła za jego plecami. Zatrzymał się przy niskim
ogrodzeniu z białych drewnianych sztachet, które wymagały odmalowania, i zauważył, że skrzynka pocztowa jest przepełniona. Czy kiedy ktoś
umierał, nie wychodziło jakieś centralne zawiadomienie o zgonie, które
zatrzymywało wszystkie sprawy? Najwyraźniej nie.
Po przybyciu do Väster?s kilka godzin temu Sebastian pojechał do firmy
pogrzebowej i odebrał klucze od domu. Najwyraźniej jedna z najstarszych
przyjaciółek matki zajęła się pogrzebem, skoro on nie chciał mieć z tym
nic wspólnego. Berit Holmberg. Sebastian nie mógł sobie przypomnieć,
żeby kiedykolwiek słyszał to nazwisko. Firma pogrzebowa zaproponowała mu
obejrzenie jakiegoś albumu ze zdjęciami z ceremonii, podobno bardzo
pięknej, nastrojowej, z dużą liczbą uczestników. Sebastian nie
reflektował.
Potem poszedł do restauracji. Spędził tam dłuższy czas przy dobrym
posiłku. Siedział jeszcze potem, czytając książkę. Wypił kawę. Obracał w palcach wizytówkę, którą dostał od czytającej kobiety z pociągu, ale
zdecydował się zaczekać. Zadzwoni jutro albo pojutrze. Pokaże, że mu
zależy, ale nie jest zdesperowany, to zawsze najlepiej działało.
Przespacerował się. Zastanawiał się, czy nie pójść do kina, ale
zrezygnował. W repertuarze nie było nic, co by go interesowało. Wreszcie
nie mógł już dłużej odsuwać od siebie właściwej sprawy, którą miał tu do
załatwienia, i złapał taksówkę.
Stał więc teraz na ulicy i przyglądał się domowi, który opuścił na drugi
dzień po swych dziewiętnastych urodzinach. Po obu stronach wyłożonej
kamieniami ścieżki były wypielęgnowane rabatki. Teraz rosły na nich
starannie przystrzyżone iglaki, ale wkrótce miały zakwitnąć byliny. Jego
matka kochała swój ogród i pielęgnowała go czule. Za domem znajdował się
sad i grządki warzywne. Kamienna ścieżka prowadziła do dwupiętrowej
willi. Sebastian miał dziesięć lat, kiedy się tu wprowadzili. Dom był
wtedy nowo wybudowany. Nawet w słabym świetle ulicznych latarni widział,
że budynek naprawdę wymaga remontu. Tynk odpadał z fasady, farba
obłaziła z okien, a dach w dwóch miejscach wydawał się o ton
ciemniejszy. Przypuszczalnie brakowało dachówek. Sebastian przezwyciężył
fizyczną wręcz niechęć przed wejściem do środka i podszedł do drzwi.
Otworzył je i wszedł do dusznej, niewietrzonej sieni. Postawił walizkę.
Stał pod łukiem prowadzącym do pozostałej części domu. Zaraz za nim
znajdował się kompleks jadalny, a dalej w prawo zaczynał się salon.
Sebastian zauważył, że wybili jedną ścianę i parter był teraz tak zwaną
przestrzenią otwartą. Szedł dalej. Rozpoznawał jedynie niewielką część
mebli. Sekretarzyk po dziadku Sebastiana i kilka obrazów na ścianach
wyglądało znajomo, ale tapety były całkiem nowe. Podobnie parkiet. Jak
długo tu nie był? Sebastian nie chciał myśleć o tym miejscu jako o "domu". Wyprowadził się ze swoimi rzeczami w wieku dziewiętnastu lat,
ale potem jeszcze przyjeżdżał w odwiedziny. Żywił próżną nadzieję, że
być może kiedyś, jako dorosły człowiek, porozumie się z rodzicami. Ale
się nie udało. Pamiętał, że odwiedził ich tydzień po swoich dwudziestych
piątych urodzinach. Czy to był ostatni raz? Wkrótce minie trzydzieści
lat. Nic dziwnego, że czuł się tu obco.
W czołowej ścianie salonu znajdowały się zamknięte drzwi. Kiedy
Sebastian tu mieszkał, był tam pokój gościnny. Rzadko używany. Rodzice
mieli wprawdzie szerokie grono znajomych, ale składało się ono niemal
wyłącznie z mieszkańców miasta. Otworzył te drzwi. Jedną ścianę
zakrywały półki z książkami, a tam, gdzie kiedyś stało łóżko, teraz
znajdowało się biurko z maszyną do pisania i maszyną liczącą z rolką
papieru. Sebastian z powrotem zamknął drzwi. Dom był pewnie pełen
podobnych rupieci. Co on ma z tym wszystkim zrobić?
Poszedł do kuchni. Nowe szafki kuchenne, nowy stół, ale ta sama
plastikowa wykładzina jak z warsztatu samochodowego. Sebastian otworzył
lodówkę. Dobrze zaopatrzona. Wszystko zepsute. Sięgnął po karton mleka
na drzwiach. Otwarty. Data przydatności do spożycia: ósmy marca.
Międzynarodowy Dzień Kobiet. Choć wiedział, co tam jest, wetknął nos w otwór kartonu. Wykrzywiając twarz, odstawił mleko z powrotem. Wyjął
puszkę niskoprocentowego piwa, leżącą obok torebki, która, jak się
domyślił, musiała kiedyś zawierać ser, ale teraz wyglądała jak udany
projekt w laboratorium badania pleśni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki