2003
Tym razem nazywała się Patricia Wellton.
Patricia Wellton.
Nowe miasta. Nowe nazwisko.
Na początku, dawno temu, to było dla niej najtrudniejsze. Zareagować w porę, kiedy była wywoływana przez recepcjonistów albo taksówkarzy.
Ale to było kiedyś. Teraz, gdy tylko brała do ręki dokumenty, stawała
się nazwiskiem w nich widniejącym. Na razie tylko jedna osoba zwróciła
się do niej po nazwisku. Facet z wypożyczalni samochodów w Östersund,
kiedy wyszedł, żeby jej powiedzieć, że auto, które zamówiła, jest
wysprzątane i gotowe do drogi.
Wylądowała o czasie, krótko po piątej w środę po południu, potem
pociągiem przejechała z lotniska na dworzec kolejowy w Sztokholmie. To
była jej pierwsza wizyta w stolicy Szwecji, ale ograniczyła zwiedzanie
do pobliskiej restauracji, w której zjadła dość wczesną i bezpłciową
kolację.
Tuż przed dziewiątą wieczorem wsiadła do nocnego pociągu, który miał ją
zawieźć do Östersund. Zarezerwowała dla siebie cały przedział sypialny.
Nie obawiała się, że ktoś mógłby ją zidentyfikować, ale po prostu nie
lubiła spać w jednym pomieszczeniu z obcymi ludźmi. Zawsze tak było.
Tak było, kiedy jako nastolatka wyjeżdżała na turnieje z drużyną piłki
ręcznej.
Tak samo w czasie szkolenia, w bazie czy w terenie.
Pociąg ruszył, poszła do wagonu restauracyjnego, kupiła małą butelkę
białego wina i torebkę orzeszków ziemnych, a potem wróciła do przedziału
i zaczęła czytać książkę. I know what you're really thinking, nowa
książka z nieco zastanawiającym podtytułem: Reading Body Language Like
a Trial Lawyer. Kobieta, która teraz nazywała się Patricia Wellton, nie
wiedziała, czy karniści są szczególnie biegli w odczytywaniu języka
ciała, przynajmniej ona nigdy nie spotkała żadnego, który szczególnie
wyróżniałby się w tej dziedzinie. Ale książka, choć może niewnosząca nic
nowego, była przynajmniej krótka i zabawna. Kilka minut po pierwszej
wsunęła się do świeżej, białej pościeli i zgasiła lampkę.
Pięć godzin później wysiadła na dworcu w Östersund, zapytała o drogę do
hotelu, w którym następnie bez pośpiechu zjadła śniadanie, a potem
poszła do biura Avisu, gdzie wynajęła samochód. Podczas gdy samochód był
sprzątany i przeglądany, zaproponowano jej filiżankę kawy z automatu.
Nowa szara toyota avensis.
Po przejechaniu ponad stu kilometrów znalazła się w ?re. Przez całą
drogę zwracała uwagę na ograniczenia prędkości. Bez sensu byłoby dostać
mandat, choć szwedzcy policjanci nie mieli zwyczaju, może nawet nie
mieli prawa przeszukiwać samochodów i bagaży kierowców przy mniejszych
wykroczeniach. Gdyby jednak ktoś odkrył, że jest uzbrojona, mogłoby to
mocno skomplikować jej zadanie. Nie miała pozwolenia na broń na terenie
Szwecji. Gdyby znaleźli u niej berettę M9, zaczęliby grzebać w jej
przeszłości i odkryliby, że wprawdzie Patricia Wellton stała przed nimi
we własnej osobie, ale nigdzie poza tym nie było śladu jej istnienia.
Dlatego zdejmowała nogę z gazu, kiedy mijała zielone trawiaste zbocza
lub wjeżdżała do wioski nad jeziorem.
Przespacerowała się kawałek, poszła do pierwszego lepszego baru na lunch
i zamówiła panini i colę light. Podczas jedzenia studiowała mapę. Miała
jeszcze ponad pięćdziesiąt kilometrów do przejechania drogą E14, potem
miała skręcić, zostawić samochód i przebiec jeszcze niecałe dwadzieścia
kilometrów. Spojrzała na zegarek. Licząc trzy godziny na dotarcie na
miejsce, do tego jeszcze jedną na sprzątanie, dwie, żeby wrócić do
samochodu i złożyć raport... Powinna zdążyć na samolot z Trondheim do
Oslo, a stamtąd w piątek odlecieć do domu.
Znów przeszła się po ?re z powrotem do samochodu, wsiadła i ruszyła
dalej na zachód. Choć podczas podróży służbowych zwiedziła wiele miejsc,
nigdy nie widziała takich krajobrazów. Łagodne zbocza pagórków, wyraźnie
zaznaczona granica drzew, refleksy słońca na wodzie w dolinie. Poczuła,
że mogłaby się tu zadomowić. W tej pustce. Ciszy. Przejrzystym
powietrzu. Mogłaby tu wynająć domek i chodzić na długie spacery. Łowić
ryby. W lecie zachwycać się światłem, a jesienią czytać książki przy
kominku.
Może innym razem.
Prawdopodobnie nigdy.
Zjechała z E14 w lewo, jak wskazywał drogowskaz z Rundhögen. Niedługo
potem zostawiła też samochód, wzięła plecak, wyjęła szczegółową mapę gór
i zaczęła biec.
Zatrzymała się sto dwadzieścia dwie minuty później. Lekko zdyszana, ale
nie zmęczona, bo nie dawała z siebie w biegu wszystkiego. Usiadła na
zboczu, napiła się wody i jej oddech szybko wrócił do normy. Wyjęła
lornetkę i popatrzyła w stronę małego drewnianego domku, mniej więcej
trzysta metrów od niej. Była we właściwym miejscu. Wszystko wyglądało
tak samo jak na zdjęciu, które dostała od swojego informatora.
O ile dobrze zrozumiała, teraz nikt nie mógłby zbudować niczego w tym
miejscu, ale powiedziano jej, że domek pochodził z lat trzydziestych.
Jakiś urzędnik ustosunkowany na dworze królewskim najwidoczniej
potrzebował lokum, gdzie mógłby się ogrzać podczas myśliwskich wypraw w górach. Zresztą trudno to było nazwać domem, a nawet chatką. Ile to
mogło mieć? Osiemnaście metrów kwadratowych? Dwadzieścia? Ściany z drewnianych bali, małe okienka i niewielki komin w dachu ze smołowanej
papy. Dwa schodki prowadzące do drzwi, dziesięć metrów dalej mała szopa.
Tylko jedna jej część miała drzwi, domyśliła się, że to toaleta, druga
połowa to prawdopodobnie składzik drewna, bo stał przed nią pniak do
rąbania drew.
Jakiś ruch za zieloną siatką na komary. On tam był.
Odłożyła lornetkę, znów zanurzyła rękę w plecaku, wyjęła berettę i szybkimi, wprawnymi ruchami przykręciła tłumik. Potem wstała, włożyła
broń do specjalnie uszytej kieszeni kurtki, założyła plecak i ruszyła
przed siebie. Czasami oglądała się do tyłu, ale nigdzie nie widziała
żadnego ruchu. Domek był oddalony od wyznaczonego szlaku i o tej porze
roku, pod koniec października, nie było tu zbyt wielu turystów. Odkąd
zostawiła samochód, minęło ją tylko dwoje ludzi.
Niecałe pięćdziesiąt metrów od celu wyciągnęła z kieszeni pistolet i szła, trzymając go przy nodze. Rozważała różne scenariusze. Zapukać i strzelić, kiedy otworzy, czy założyć, że domek nie jest zamknięty, po
prostu wejść i go zaskoczyć. Właśnie zdecydowała się na pierwszy
wariant, kiedy drzwi się otworzyły. Kobieta znieruchomiała na chwilę,
ale potem błyskawicznie przypadła do ziemi. Na schodkach stanął
mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Teren był otwarty. Nie było
gdzie się schować. Jedyne, co mogła zrobić, to leżeć nieruchomo.
Najmniejszy ruch mógł zwrócić jego uwagę. Mocniej zacisnęła dłoń na
pistolecie. Gdyby ją zobaczył, zdążyłaby wstać i zastrzelić go, zanim on
zdołałby uciec. Trochę ponad czterdzieści metrów. Na pewno by trafiła,
prawdopodobnie nawet by zabiła, ale nie tak to sobie zaplanowała.
Zraniony mógł znów ukryć się w domku. Może miał tam broń. Gdyby ją
zauważył, wszystko by się skomplikowało.
Ale mężczyzna jej nie widział. Zamknął za sobą drzwi, zszedł po
schodkach, skręcił w prawo w stronę szopy. Widziała, jak bierze do ręki
siekierę tkwiącą w pniaku i zaczyna rąbać drwa.
Powoli wstała, zeszła nieco na prawo, tak aby dom ją zasłaniał, gdyby
mężczyzna nagle się wyprostował, robiąc sobie przerwę w pracy.
Siekiera. Czy mogła być zagrożeniem? Raczej nie. Jeśli wszystko pójdzie
zgodnie z planem, on nawet nie zdąży się przestraszyć ani rzucić do
walki z siekierą w dłoniach.
Zatrzymała się przy domu, odetchnęła głęboko, skupiła się błyskawicznie
i wyszła zza węgła chatki.
Mężczyzna był co najmniej zaskoczony jej widokiem. Chciał o coś spytać,
domyślała się, że chciał wiedzieć, kim ona jest, co robi tu, w górach
Jämtlandu, czy potrzebuje pomocy.
To nie miało znaczenia.
Nie znała szwedzkiego, a on nigdy nie doczeka się odpowiedzi.
Pistolet z tłumikiem kaszlnął raz.
Wszystkie ruchy mężczyzny ustały natychmiast, jak gdyby ktoś włączył
pauzę w filmie. Potem siekiera wypadła mu z dłoni, kolana wygięły się w lewo, a ciało upadło na prawą stronę. Głuche łupnięcie, kiedy ważący
osiemdziesiąt kilo mężczyzna upadł na ziemię. Już był martwy, z kulą w sercu, kiedy padł twarzą w dół, jakby ktoś nim niedbale rzucił.
Kobieta podeszła do niego cztery kroki, stanęła na szeroko rozstawionych
nogach i spokojnie wycelowała w jego głowę. Strzał w skroń trzy
centymetry od lewego oka. Wiedziała, że już nie żyje, ale wpakowała mu w głowę jeszcze jedną kulę, w odległości mniej więcej centymetra od
pierwszej.
Schowała berettę z powrotem do kieszeni, zastanawiając się, czy powinna
coś zrobić z krwią na ziemi, czy pozwolić, by natura się tym zajęła.
Nawet jeśli ktoś zgłosi zaginięcie mężczyzny, o czym była przekonana, i przyjdzie do chaty go szukać, i tak nigdy nie znajdzie ciała. Ślady krwi
oznaczałyby tylko, że coś mu się stało. Nawet jeśli domyślą się
najgorszego, nikt nie będzie w stanie tego potwierdzić. Mężczyzna po
prostu zniknie na zawsze.
-?Tato?
Kobieta obróciła się odruchowo, wyjmując równocześnie broń. W głowie
miała tylko jedną myśl.
Dziecko. Nie miało być żadnych dzieci!
Trząsł się lekko. Ramiona i głowa. Dziwne, to
nie zgadzało się ze snem. Czy on w ogóle śnił? Przynajmniej nie swój
zwykły sen. Żadnej małej rączki w jego dłoni. Żadnego nieubłaganie
zbliżającego się huku wzbierającej wody. Ale to musiał być sen, bo ktoś
wypowiedział jego imię.
Sebastian.
Ale jeśli śnił, czego wcale w tej chwili nie był taki pewien, to w każdym razie był w tym śnie sam. Samotny w ciemności.
Otworzył oczy. Patrzył prosto w dwoje innych oczu. Niebieskich. Nad nimi
czarne włosy, krótko obcięte, zmierzwione. Poniżej mały prosty nos i uśmiechnięte usta.
-?Dzień dobry. Przepraszam, ale chciałam cię obudzić przed wyjściem.
Sebastian podniósł się z pewnym trudem i podparł łokciem. Kobieta, która
go obudziła, najwyraźniej zadowolona z rezultatu swoich wysiłków,
przeszła na koniec łóżka, stanęła przed wielkim lustrem i zaczęła
zakładać kolczyki, które wzięła z małej półeczki przy lustrze.
Sebastian szybko otrząsnął się ze snu, który zastąpiły wspomnienia z wczorajszego wieczora.
Gunilla, czterdzieści siedem lat, pielęgniarka. Widzieli się kilka razy
w Karolinska sjukhuset. Wczoraj Sebastian odbył ostatnią wizytę
kontrolną, potem razem opuścili szpital, poszli na miasto, a na końcu do
niej. Zaskakująco dobry seks.
-?Już wstałaś.
Uświadomił sobie, że stwierdził oczywistą rzecz, ale to było coś, z czym
zawsze miał kłopoty. Leżeć nago w obcym łóżku, podczas gdy kobieta, z którą spędził część nocy, jest ubrana i gotowa na spotkanie nowego dnia.
Przeważnie to on wstawał pierwszy. Najczęściej starał się nawet ich nie
budzić. Tak wolał. Im mniej musiał z nimi rozmawiać przed wyjściem, tym
lepiej.
-?Muszę iść do pracy -?wyjaśniła i złapała jego spojrzenie w lustrze.
-?Co? Teraz?
-?Tak. Teraz. Jestem już trochę spóźniona.
Sebastian wychylił się na prawo i wziął swój zegarek z nocnego stolika.
Krótko przed wpół do dziewiątej. Gunilla założyła już kolczyki, teraz
zapinała na karku srebrny łańcuszek. Sebastian popatrzył na nią z powątpiewaniem. Czterdzieści siedem lat i mieszkanie w centrum
Sztokholmu. Chyba nikt nie mógł być tak naiwny i łatwowierny.
-?Czy ty nie zwariowałaś? -?zapytał, siadając na łóżku. -?Poznałaś mnie
wczoraj. Przecież mogę wynieść pół twojego mieszkania.
Gunilla spojrzała mu w oczy w lustrze. Z lekkim uśmiechem na ustach.
-?A zamierzasz wynieść pół mojego mieszkania?
-?Nie. Ale to samo bym powiedział, nawet gdybym zamierzał to zrobić.
Gunilla zakończyła zakładanie biżuterii i po kontrolnym spojrzeniu w lustro podeszła do niego. Usiadła na krawędzi łóżka i położyła mu dłoń
na piersi.
-?Znam cię nie od wczoraj, choć dopiero wczoraj z tobą wyszłam. Mam w pracy wszystkie twoje dane. Więc jeśli wyniesiesz mój telewizor, będę
wiedziała, gdzie mam cię szukać...
Na chwilę w głowie Sebastiana pojawiła się myśl o Ellinor, ale szybko ją
przepędził. I tak wkrótce będzie zmuszony poświęcić jej dużo czasu i energii. Ale nie teraz. Gunilla znów obdarzyła go uśmiechem. Żartowała.
Sebastian pamiętał to z wczorajszego wieczora.
Często się uśmiechała.
Lubiła żartować.
To był miły wieczór.
Gunilla nachyliła się i szybko pocałowała go w usta, zanim zdążył
zareagować. Potem wstała. Idąc do drzwi sypialni, rzuciła:
-?Jocke będzie miał cię na oku.
-?Jocke? -?Sebastian szukał w pamięci kogoś o tym imieniu, kto miałby z nią jakiś związek ale nikt nie przychodził mu do głowy.
-?Joakim. Mój syn. Możesz zjeść z nim śniadanie, jeśli chcesz. Też już
wstał.
Sebastian popatrzył na nią bez słowa. Zatkało go na chwilę. Czy ona
mówiła poważnie? Syn? Jest w tym mieszkaniu? Ile miał lat? Jak długo tu
był? Całą noc? Sebastian pamiętał, że nie zachowywali się zbyt
dyskretnie.
-?Ale teraz naprawdę muszę lecieć. Dziękuję za wczorajszy wieczór.
-?To ja dziękuję -?wydusił Sebastian, zanim Gunilla wyszła z sypialni,
zamykając za sobą drzwi. Potem opadł z powrotem na poduszki. Słyszał,
jak powiedziała "cześć", pewnie do syna, a potem trzasnęły kolejne
drzwi.
Sebastian przeciągnął się.
Nic go nie zabolało.
Już od kilku tygodni poruszał się bez bólu, ale nadal się tym
rozkoszował.
Ponad dwa miesiące temu został dźgnięty nożem. W łydkę i w żołądek.
Zranił go Edward Hinde, psychopata i seryjny zabójca. Sebastian był
natychmiast operowany i wszystko wyglądało dobrze, nawet bardzo dobrze,
ale potem przyplątały się komplikacje. Przez ponad tydzień miał dren w zranionym płucu. Kiedy go usunięto, usłyszał, że całkowite wyzdrowienie
jest tylko kwestią czasu. Ale potem pojawiło się zapalenie, a po nim
woda w płucach. Znów musieli go nakłuć, odessać i zaszyć z powrotem.
Otrzymał ścisłe wytyczne dotyczące rehabilitacji. Zbyt długotrwałej,
przykrej i nudnej, żeby jej przestrzegać. Może dlatego nabawił się
zapalenia płuc. Może i tak by zachorował. W każdym razie teraz był już
zdrowy. Wczoraj stwierdzono to oficjalnie.
Ciało było uleczone, ale sprawa Hindego nieustannie powracała w jego
myślach, również dlatego, że Hinde zemścił się na nim, zlecając
zabójstwa kilku kobiet, z którymi łączyły Sebastiana intymne kontakty.
Oczywiście nie mógł sam dokonać tych zbrodni, bo od 1996 roku siedział
pod kluczem w więzieniu Lövhaga, po tym jak Sebastian pomógł go ująć.
Dzięki pomocy sprzątacza z oddziału Hinde był w stanie częściowo
zrealizować swój plan zemsty.
Cztery zamordowane kobiety.
Jeden wspólny mianownik.
Sebastian Bergman.
Poczucie, że to on był winny śmierci tych kobiet, było irracjonalne, ale
nie mógł się z niego otrząsnąć. Kiedy ujęli sprzątacza, Hinde uciekł z więzienia i porwał Vanję Lithner.
Nie był to przypadek. Nie dlatego, że pracowała razem z Sebastianem w zespole do spraw zabójstw policji kryminalnej. Nie, Hindemu w jakiś
sposób udało się odkryć, że Vanja jest jego córką.
Hinde już nie żył, ale czasem Sebastian miał obawę, że jeśli on potrafił
dotrzeć do prawdy, to ktoś inny też może. Nie chciał tego. Teraz dobrze
układało się między nim i Vanją. Lepiej niż kiedykolwiek.
Uratował jej życie tam, w opuszczonym domu, gdzie przetrzymywał ją
Hinde. To oczywiście miało duże znaczenie. Nie obchodziło go, czy to z powodu wdzięczności Vanja teraz go tolerowała, a nawet więcej. W ciągu
ostatnich dwóch miesięcy sama szukała jego towarzystwa. Najpierw
odwiedziła go w szpitalu, a potem, kiedy go wypisali i zanim zapalenie
płuc przykuło go do łóżka, zaproponowała spotkanie i wspólną kawę.
Sebastian ciągle pamiętał to uczucie, wręcz fizyczne doznanie, kiedy
usłyszał jej głos przez telefon.
Jego córka dzwoniła, bo chciała się spotkać.
Prawie nie pamiętał, o czym rozmawiali. Chciał zachować każdy szczegół,
każdy odcień, ale ta chwila była obezwładniająca. Sytuacja go przerosła.
Przez półtorej godziny siedzieli w kawiarni. Tylko ona i on. Bo ona tego
chciała. Żadnych ostrych słów. Żadnej walki. Nie czuł się tak ożywiony,
tak obecny w życiu od drugiego dnia świąt 2004 roku. Wciąż wracał w myślach do tych dziewięćdziesięciu minut, które razem spędzili.
Mogło być więcej, będzie więcej. Mógł znów zacząć pracować, chciał znowu
pracować. Czasem przyłapywał się nawet na tym, że mu tego brakuje.
Funkcjonowania w jakimś kontekście, jasne, ale najważniejsze dla niego
było, żeby znajdować się w pobliżu Vanji. Pogodził się z faktem, że
nigdy nie będzie jej ojcem. Każda próba odebrania ojcostwa Valdemarowi
Lithnerowi skończyłaby się totalną katastrofą. A na razie nie udało mu
się zbudować zbyt wiele. Wizyta w szpitalu i dziewięćdziesiąt minut
pogawędki przy kawie. Ale zawsze to było coś.
Akceptacja.
Odrobina troski.
Może nawet kiełkująca przyjaźń.
Sebastian odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. Znalazł swoje bokserki na
podłodze, a resztę ubrań na krześle, tam, gdzie je rzucił dziewięć
godzin wcześniej. Na koniec zerknął w lustro, przygładził włosy i wyszedł do salonu. Przez chwilę stał w drzwiach. Z kuchni położonej w dalszej części mieszkania dobiegały dźwięki muzyki i brzęk naczyń
kuchennych. Jocke najwyraźniej jadł śniadanie sam. Sebastian przeszedł
kilka kroków do toalety i zamknął za sobą drzwi. Marzył o prysznicu, ale
myśl o tym, że miałby znów się rozebrać do naga w obcym mieszkaniu z synem Gunilli w pomieszczeniu obok, sprawiła, że nie zrealizował
zamierzenia. Spuścił wodę, umył ręce, opłukał twarz i wyszedł.
Zauważył, że w drodze do wyjścia będzie musiał minąć kuchnię. Ale
właśnie to zamierzał zrobić. Minąć. Syn, który tam siedział, zobaczy
najwyżej jego plecy, jeśli podniesie głowę. Sebastian szybko przeszedł
do przedpokoju. Znalazł swoje buty, włożył je i zaczął przeglądać
wieszaki w poszukiwaniu kurtki. Nigdzie jej nie widział.
-?Twoja kurtka jest tutaj -?usłyszał basowy głos z kuchni. Sebastian
zamknął oczy i cicho zaklął pod nosem. Rzeczywiście, wczoraj zdjął buty,
ale kurtkę zostawił. Chciał, żeby to wyglądało na krótką wizytę, jakby
nie zamierzał zostawać, choć oboje wiedzieli, że było wprost przeciwnie.
Zdjął kurtkę w kuchni, podczas gdy ona otwierała butelkę wina.
Teraz z głębokim westchnieniem Sebastian poszedł do kuchni. Przy stole
siedział młody człowiek, mniej więcej dwudziestoletni, z talerzem
jogurtu i elektronicznym czytnikiem przed sobą. Skinął w stronę krzesła
po drugiej stronie stołu, nie odrywając wzroku od lektury.
-?Tam.
Sebastian podszedł kilka kroków i zdjął kurtkę z oparcia krzesła.
-?Dzięki.
-?W porządku. Zjesz coś?
-?Nie.
-?Dostałeś to, po co przyszedłeś?
Młody mężczyzna nadal nie odrywał wzroku od czytnika leżącego przed nim
na stole. Sebastian spojrzał na chłopaka. Najlepiej dla nich obu byłoby,
gdyby Sebastian puścił ostatnią uwagę mimo uszu, odwrócił się na pięcie
i wyszedł. Nie chciał jednak niczego ułatwiać.
-?Masz kawę? -?zapytał Sebastian, zakładając jednocześnie kurtkę. Jeśli
syn Gunilli go tutaj nie chce, to zamierzał zostać jeszcze chwilę. Było
mu wszystko jedno. Młody mężczyzna rzucił mu zdziwione spojrzenie znad
lektury.
-?Tam jest -?powiedział i skinął w kierunku Sebastiana, co mogło
znaczyć, że kawa jest za nim. Odwrócił się. Nie zauważył żadnego
ekspresu, termosu ani niczego podobnego. Potem zwrócił uwagę na
półkolisty przedmiot, który przypominał raczej futurystyczny kask
motocyklowy, ale miał też coś w rodzaju kraniku i kratkę pod spodem. Z boku znajdowały się przyciski, na górze metalowa pokrywa. Trzy szklane
filiżaneczki stały obok, więc Sebastian wywnioskował, że maszyna
wytwarza jakiś rodzaj napoju.
-?Wiesz, jak to działa? -?zapytał chłopak, kiedy Sebastian nie wykazywał
chęci obsłużenia urządzenia.
-?Nie.
Jocke odsunął krzesło, przeszedł obok Sebastiana i stanął przy blacie
kuchennym.
-?Co ma być?
-?Coś mocnego. Noc była krótka.
Jocke posłał mu znużone spojrzenie, wyjął jakąś kapsułkę ze znajdującego
się obok maszyny stojaka, którego Sebastian nawet nie zauważył, otworzył
pokrywę ekspresu, włożył kapsułkę, zamknął, na kratce ustawił filiżankę
i nacisnął jeden z przycisków.
-?No tak. A coś ty za jeden? -?zapytał, spoglądając obojętnie na
Sebastiana.
-?Jestem twoim nowym tatą.
-?Super. Masz poczucie humoru. Powinna cię zatrzymać.
Odwrócił się i znów usiadł przy stole. Sebastian nagle uświadomił sobie,
że Joakim być może przeżył zbyt wiele takich poranków z nieznanymi
mężczyznami w swojej kuchni. Bez słowa wziął filiżankę. Kawa była
naprawdę mocna. I gorąca. Sparzył się w język, ale mimo to dopił w milczeniu.
Dwie minuty później był już na zewnątrz, otoczony szarym wrześniowym
porankiem.
Kilka minut zajęło mu zorientowanie się, gdzie jest, i wybranie
najkrótszej drogi do domu. Do mieszkania przy Grev Magnigatan.
Do Ellinor Bergkvist.
Jego współlokatorki, czy jak to nazwać. Jak do tego doszło, w jaki
sposób wylądowała u niego w mieszkaniu, nadal pozostawało dla Sebastiana
zagadką.
Spotkali się mniej więcej w tym czasie, kiedy Hinde zaczął mordować jego
partnerki seksualne. Sebastian odszukał wtedy Ellinor, żeby ją ostrzec,
co w rezultacie doprowadziło do tego, że zamieszkała u niego. Powinien
ją od razu wyrzucić. A jednak ciągle tam była.
Sebastian poświęcił mnóstwo czasu na zgłębienie swojego stosunku do
Ellinor. Pewne rzeczy wiedział z całą pewnością.
Zdecydowanie jej nie kochał.
Czy ją lubił? Nawet to nie. Ale w jakiś sposób podobało mu się to, co
zrobiła z jego życiem, kiedy zamieszkała u niego nieproszona. Dawała mu
coś w rodzaju poczucia normalności. Wbrew zdrowemu rozsądkowi odkrywał,
że dobrze się czuje w jej towarzystwie. Gotowali razem, leżeli w łóżku i oglądali telewizję, sypiali ze sobą. Często. Ellinor gwizdała,
chichotała. Kiedy wracał do domu, mówiła, że za nim tęskni. Bał się
przyznać, ale jej obecność sprawiała, że po raz pierwszy od wielu lat
myślał o swoim mieszkaniu jako o domu.
Dom.
Dysfunkcyjny, ale dom.
Czy on ją wykorzystywał? Zdecydowanie tak. Nie przejmował się nią ani
trochę. Każde jej słowo wchodziło mu jednym uchem i wychodziło drugim,
było dźwiękowym tłem. Ale wspaniale było ją mieć przy sobie w czasie
rekonwalescencji. Szczerze powiedziawszy, nie potrafił sobie wyobrazić,
jak przetrwałby bez niej te tygodnie, kiedy zapalenie płuc kompletnie go
rozłożyło. Wzięła wolne w pracy w ?hléns i nie odstępowała go na krok.
Ale choć był jej za to bardzo wdzięczny, to nie wystarczało.
Ellinor była jak pełna uwielbienia, wręcz do samozatracenia, nie do
końca zdrowa psychicznie pomoc domowa, z którą uprawiał seks. Nawet
jeśli jego życie stało się prostsze i wygodniejsze pod wieloma
względami, nie dało się tego utrzymać na dalszą metę. Zwyczajność i codzienność, które ze sobą wniosła, były atrapą, ułudą. Przez jakiś czas
ją doceniał, nawet wspierał, ale teraz był pewien, że nie chce tego
przedłużać.
Znów był zdrowy, zaczął się zbliżać do Vanji i prawdopodobnie zacznie
pracować. Początek czegoś, co mogło stać się życiem.
Już jej nie potrzebował.
Powinna się wynieść.
Ale to nie będzie takie łatwe. Wiedział o tym.
Shibeka Khan czekała. Jak zwykle. Siedziała przy
kuchennym oknie na trzecim piętrze podupadłego bloku, jednego z krajowego programu miliona mieszkań w Rinkeby. Za oknem liście zaczęły
żółknąć i czerwienieć. Na otwartych przestrzeniach między blokami
młodsze dzieci bawiły się hałaśliwie. Shibeka nie pamiętała, ile lat już
tak siedzi, przyglądając się rozbrykanym maluchom. To samo okno, to samo
mieszkanie, nowe dzieci. Czas biegł tak szybko na zewnątrz. W jej kuchni
zdawał się stać w miejscu.
Uwielbiała te godziny po wyjściu chłopców, zanim jeszcze dzień nabrał
rozpędu. Była aktywna, miała wielu przyjaciół, pracowała jako
sprzątaczka w szpitalu, chodziła na kurs szwedzkiego na wyższym poziomie
i w zeszłym roku zaczęła szkolenie na salową. Ale w te przedpołudnia,
kiedy miała wolne, przez kilka godzin siedziała i patrzyła na świat za
oknem. W pewien sposób było to jej drugie życie. Chwila, żeby okazywać
swoją miłość i szacunek Hamidowi.
Mogłaby dokładnie wyliczyć, ile lat tak przesiedziała. Ale teraz nie
miała na to siły. Nie miała siły pamiętać. Po jej chłopcach najlepiej
było widać upływ czasu. Mehran chodził do ostatniej klasy szkoły
podstawowej. Eyer męczył się w siódmej klasie, nauka nie przychodziła mu
tak łatwo jak starszemu bratu. Kiedy Hamid zniknął, Eyer miał cztery
lata, a Mehran właśnie skończył sześć. Shibeka pamiętała jego uśmiech,
kiedy dostał nowy tornister, czarny z niebieskimi lamówkami, który miał
wziąć na rozpoczęcie szkoły. Dostał go od taty. Pamiętała dumę w jego
ciemnych oczach, był już taki duży. Uścisk taty i syna. Tydzień później
Hamid zniknął. Jakby zapadł się pod ziemię. To był czwartek, bardzo
dawno temu.
Co dziwne, wraz z upływem czasu coraz bardziej za nim tęskniła. Nie tak
intensywnie jak na początku, ale bardziej... ze smutkiem i bólem.
Nagle Shibeka zezłościła się na siebie. Znów była w tym samym miejscu,
we wspomnieniach. Właśnie na to nie miała siły. Ale jej myśli napływały
bez względu na to, czego chciała. Z łatwością omijały szlabany i punkty
kontrolne, i wracały do przeszłości. Do przyjaciół, którzy pomagali w poszukiwaniach, do ciągłych pytań i płaczu dzieci. Przypominał jej się
odświętny garnitur Hamida, który odebrała z pralni chemicznej i który od
tego czasu nieustannie na niego czekał. Kalejdoskop obrazów i chwil.
Napędzany nadzieją, że wspomnienia może wskażą coś, co przeoczyła, coś,
co uczyni to wszystko zrozumiałym. Ale zawsze była rozczarowana. Każdy
szczegół oglądała tysiące razy, znała każdą twarz. To nie miało sensu.
Chcąc umknąć przed galopującymi myślami, Shibeka wstała i podeszła do
okna. Był piątek, czyli on zaraz przyjdzie, dobrze o tym wiedziała. Po
dzisiejszym dniu przez dwa następne nie pojawi się w ich bloku.
Wprawdzie już od dawna nie wierzyła, że cokolwiek dostanie, ale nie
chciała się poddać, nadal je wysyłała. Ćwiczyła swój szwedzki oraz
charakter pisma na słowach z języka oficjalnego. Nabrała takiej wprawy w pisaniu do władz, że wielu przyjaciół prosiło ją o pomoc w różnych
sprawach.
Wreszcie go zobaczyła. Listonosza. Jak zwykle przyjechał alejką na
rowerze i zaczął swoją rundę od bramy numer dwa, potem cztery i sześć,
aż wreszcie miał dojść do ósemki. Do jej bramy.
Odczekała, aż wyjdzie spod szóstki, potem ostrożnie przemknęła do
przedpokoju. Starała się zachowywać najciszej, jak potrafiła, nie
dlatego, że było to konieczne, ale miała nadzieję, że cisza w jakiś
sposób zwiększy szanse.
Dotychczas to nie pomagało.
Stanęła przy drzwiach i nasłuchiwała. Po chwili usłyszała głuchy
metaliczny dźwięk otwierającej się bramy na dole. Widziała w duchu, jak
listonosz podchodzi do windy i naciska guzik. Zawsze jechał najpierw na
samą górę, a potem schodził po schodach. To był jego rytuał. Jej rytuał
polegał na bezszelestnym czekaniu w przedpokoju.
Przysunęła się bliżej drzwi i nasłuchiwała. Dwa rodzaje dźwięków. Jeden
z zewnątrz, z daleka. Jeden z bliska, jej własny oddech i szum lodówki w kuchni. Dwa różne światy oddzielone warstwą drewna i stalową szczeliną
na listy. Kroki po drugiej stronie słychać było coraz bliżej, a ona
mocniej przylgnęła do drzwi. Te momenty miały w sobie coś religijnego.
Albo taka jest wola Allaha, albo nie.
Na tym to polegało.
Z ogłuszającym hukiem otworzyła się klapka i na podłogę u jej stóp
posypał się plik barwnych broszur reklamowych. Dźwięki i cały zewnętrzny
świat zniknęły, kiedy w skupieniu schyliła się po papiery leżące na
wycieraczce. Pod katalogiem promocyjnym ze spożywczego leżała biała
koperta.
Ze szwedzkiej telewizji, SVT.
Tym razem Allah zechciał.
To nie była jej wina.
Albo może była, ale raczej przez pomyłkę. Każdy może się pomylić. Maria
była wściekła i nie dało się jej przemówić do rozsądku. Jasne, była
zmęczona, ale kto nie był? Przecież wcale nie wybrała dłuższej drogi
specjalnie.
To była pomyłka.
A przecież wszystko było takie wspaniałe, jeszcze kilka godzin temu.
Mimo deszczu.
W lipcu Maria skończyła pięćdziesiąt lat. Karin zafundowała jej w prezencie wycieczkę w góry. Trójkąt Jämtlandu.
Storulv?n -?Bl?hammaren -?Sylarna.
Uważała, że już przez te nazwy podróż wydawała się bardziej luksusowa,
niż była w rzeczywistości. To brzmiało bardzo egzotycznie. Góry, ale
łatwe do przebycia, taki był zamysł. Żadnych forsownych szlaków. Krótkie
dzienne odcinki, potem prysznic, sauna, jedzenie, wino i prawdziwe łóżko
w schronisku. Karin wędrowała tym szlakiem z Fredrikiem wiele lat temu i uznała, że to będzie w sam raz. Wzmacniający kontakt z naturą plus
odrobina luksusu.
Dość czasu, żeby się nagadać.
To był piękny prezent. Drogi prezent. Podróż, cztery noclegi i kolacje
dla nich dwóch zamknęły się w kwocie pięciocyfrowej, ale Maria była tego
warta. Najlepsza przyjaciółka Karin, od lat u jej boku, kiedy inni się
pomału wykruszali. Rak piersi, rozwód, śmierć matki. Wszystko to
przeszły razem. Oczywiście czasem dobrze się bawiły, ale nigdy jeszcze
razem nie chodziły po górach. Maria w ogóle nigdy nie była na północy
dalej niż w Karlstad. Teraz więc nadszedł na to czas.
Karin wybrała ostatni weekend letniego sezonu, kiedy schroniska górskie
są jeszcze otwarte. Z jednej strony dlatego, żeby uniknąć tłoku, z drugiej po to, by Maria miała dość czasu na zaplanowanie wszystkiego i zgłoszenie urlopu w pracy. Karin miała też nadzieję na jesień z rześkim,
ostrym powietrzem i pełną gamą barw. Chciała, żeby góry pokazały się jej
ukochanej przyjaciółce z jak najlepszej strony.
Ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że może bez przerwy lać, odkąd
tylko wysiadły z pociągu w Enafors.
Bo tak właśnie było.
-?Słyszałem, że ma być ładnie na początku przyszłego tygodnia -
powiedział kierowca, który czekał, żeby zawieźć je do schroniska
Storulv?n, gdy zapytały go o pogodę.
-?To znaczy, że ma padać przez cały weekend? -?W głosie Marii dał się
słyszeć zawód.
-?Tak mówią -?pokiwał głową kierowca.
-?W górach pogoda może się szybko zmienić -?powiedziała Karin
pocieszająco, kiedy wsiadły do autobusu. -?Będzie dobrze, zobaczysz.
I rzeczywiście zaczęło się dobrze. Przyjechały do schroniska, dostały
prosty, przyjemny pokój, przespacerowały się po okolicy, odbyły
popołudniową drzemkę, poszły do sauny, kąpały się w zimnym źródle, a wieczorem zjadły w restauracji dobrą kolację. Pozwoliły sobie jeszcze na
wino do posiłku i likier do kawy.
Dzisiaj wstały o siódmej rano. Po śniadaniu każda przygotowała dla
siebie prowiant i napełniła termos kawą. Lało. Choć zdawały sobie
sprawę, że na niewiele się to zda, miały porządne okrycia
przeciwdeszczowe, kalosze i ciepłą odzież na zmianę.
Przecięły Storulv?n i ruszyły zieloną doliną, która według mapy wiszącej
w hotelu nazywała się Parken. Szły powoli. Rozmawiały, czasem
przystając, żeby zrobić zdjęcie albo tylko zachwycać się otoczeniem.
Miały czas. Między Storulv?n i Bl?hammaren, które miało być ich
następnym przystankiem, było tylko dwanaście kilometrów. Po trzech
kilometrach wyszły z brzozowego zagajnika i wędrowały płaskowyżem
ciągnącym się do szałasu Ulv?tjärn. Kiedy dotarły na miejsce, prawie
zapomniały, że pada deszcz. Wiedziały, że mają przed sobą długie strome
podejście, więc nie żałowały czasu na posiłek i kawę. Zgodziły się, że
brzydka pogoda jest okolicznością, którą zapamiętają i będą się z niej
śmiać. Za jakiś czas... Po kawie ruszyły dalej, czasem w milczeniu, czasem
rozmawiając z ożywieniem.
Po kolejnej godzinie zobaczyły schronisko Bl?hammaren na szczycie góry.
Zgodnie stwierdziły się, że prysznic i sauna mają pierwszeństwo. Z zapasem nowych sił szły dalej bezludnym i bardzo mokrym zboczem.
Miały przed sobą jeszcze około kilometra, gdy zatrzymały się i wyjęły
kubki, żeby napić się wody z pienistego strumienia spływającego z góry.
Później Karin nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego wyciągnęła
plastikową saszetkę z potwierdzeniem rezerwacji. Otworzyła plecak, żeby
wyjąć torebkę z orzeszkami i rodzynkami, i przy okazji zerknęła na
dokumenty.
Nie potrafiła sobie wytłumaczyć tego, co zobaczyła. Spojrzała jeszcze
raz, zrozumiała, co się stało, wsunęła dokumenty z powrotem do plecaka i zaczęła się zastanawiać, jak ma powiedzieć Marii o swoim odkryciu. Nic
sensownego nie przychodziło jej do głowy. Mogła tylko powiedzieć prawdę.
-?Niech to szlag trafi -?wyrzuciła z siebie, żeby pokazać wyraźnie, że
ją też poruszyło to, co właśnie przeczytała.
-?Co się stało? -?zapytała Maria z ustami pełnymi nerkowców. -?Jeśli
czegoś zapomniałaś, będziesz musiała wracać sama. Myślami już jestem w saunie, z piwem w ręku.
-?Nie, tylko spojrzałam na rezerwację...
-?Aha? -?Maria włożyła swój żółty plastikowy kubek do wody, wypiła łyk i wylała resztę.
-?My... my chyba poszłyśmy złym szlakiem.
-?Ależ skąd? Przecież schronisko jest tam na górze. Czy przegapiłyśmy
coś po drodze?
Maria przytwierdziła kubek do plecaka i przygotowywała się już do
dalszej drogi. Karin postanowiła postawić sprawę jasno.
-?Tam na górze jest Bl?hammaren. A dzisiaj powinnyśmy dojść do Sylarna.
Maria zatrzymała się i patrzyła na nią nicnierozumiejącym wzrokiem.
-?Ale przecież cały czas mówiłaś Bl?hammaren. Od Storulv?n na noc do
Bl?hammaren i stamtąd do Sylarna. Wciąż to powtarzałaś.
-?Wiem, tak mi się wydawało, ale na dzisiaj mamy nocleg w Sylarna, a jutro wieczorem mamy być w Bl?hammaren, tak jest napisane w papierach.
Maria nadal patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc. Nie teraz. Nie kiedy
były tak blisko. Karin chyba żartowała. Musiała żartować.
-?Przepraszam.
Karin spojrzała w oczy Marii i ta od razu zrozumiała: Karin nie żartuje.
Ale może to nie było takie straszne? Poszły w złą stronę. Ale może
wystarczy, że cofną się jakiś kilometr.
-?No to ile jeszcze do Sylarna?
Karin zawahała się. Wiedziała, że Maria zaraz wybuchnie, słyszała to w jej głosie. Ale nie mogła powiedzieć "kawałek" ani "wcale nie tak
daleko". Po raz kolejny pozostawała jej tylko prawda.
-?Dziewiętnaście kilometrów.
-?Dziewiętnaście kilometrów!
-?Między Bl?hammaren i Sylarna jest dziewiętnaście kilometrów. Jeszcze
nie dotarłyśmy do Bl?hammaren, więc będzie osiemnaście. Może
siedemnaście.
-?Cholera, czyli to jeszcze cztery godziny!
-?Przepraszam.
-?Ile mamy czasu, zanim się ściemni?
-?Nie wiem.
-?A niech to szlag! To przecież niemożliwe! Może mogą nas przyjąć tutaj
na tę noc, to do Sylarna pójdziemy jutro. Przebukujemy. To chyba jest
możliwe?
Przez chwilę Karin czuła wielką ulgę. Jasne. To było rozwiązanie. Jakaż
ta Maria mądra. Przekonana, że problem da się rozwiązać, wyjęła z plecaka potwierdzenie rezerwacji i komórkę. Okazało się, że nie można
przebukować. Wszystkie miejsca były zajęte. Ostatni weekend sezonu
cieszył się dużą popularnością. Gdyby miały dmuchane materace i karimaty, mogłyby spać w baraku. Kolacja dla dwóch osób była możliwa po
21.30. Niestety. Przez chwilę to rozważały. W końcu Maria stwierdziła
krótko, że nie będzie spała w żadnym cholernym baraku, założyła plecak i ruszyła przed siebie.
Z początku nic nie mówiła, potem chyba odpuściła. Tak przynajmniej się
Karin wydawało. Mimo rześkiego powietrza Maria była blada.
Maria sprawiała wrażenie wykończonej. Ledwie była w stanie odpowiadać na
pytania. Karin próbowała ją rozweselić, ale było to coraz trudniejsze.
Przecież to nie była jej wina.
Chociaż w zasadzie tak, trochę tak, ale przecież to była pomyłka.
-?Zaczekaj, zróbmy sobie małą przerwę -?powiedziała Karin po
półtoragodzinnym marszu.
-?To nie jest dobry pomysł. Lepiej chyba, żebyśmy szły dalej, musimy w końcu dotrzeć do tego cholernego schroniska.
-?Zjedz trochę orzeszków, dodadzą ci energii. Ja muszę napełnić butelkę.
-?Karin skinęła w stronę wody szumiącej kilka metrów poniżej płaskowyżu.
-?Nie uda ci się tam zejść.
-?Musi się udać.
Karin powiedziała to z przesadnym przekonaniem, chciała zachować
optymizm i nie poddać się narzekaniu i złemu humorowi Marii. Miała
nadzieję, że kolacja i przespana noc nastroją przyjaciółkę bardziej
pozytywnie i nie cały wyjazd będzie stracony. Tak myślała, podchodząc do
strumienia. Maria miała rację, zejście do wody okazało się trudne, brzeg
był bardzo stromy. Trudne, lecz nie niemożliwe.
Karin zrobiła jeszcze jeden krok w stronę wody i nagle ziemia usunęła
się jej spod nóg. Spadała z krzykiem, na oślep szukając czegoś, czego
mogłaby się chwycić. Lewą ręką natrafiła na coś, ale to się ułamało i razem z lawiną ziemi, gliny i kamieni zjechała w dół. Uderzyła się w prawe kolano i zanim zatrzymała się metr od rwącego nurtu, zdążyła
jeszcze pomyśleć, że to i tak jej nie przeszkodzi dotrzeć do Sylarna.
Kilka kamieni sturlało się za nią i utknęło w błocie.
-?Boże! Co z tobą?! Żyjesz?
Z góry usłyszała zaniepokojony głos Marii.
Karin z trudem usiadła. Szybko oceniła sytuację. Jej jasne ubranie
przeciwdeszczowe wyglądało tak, jakby miała za sobą dziesięć rund
zapasów w błocie, ale fizycznie wyszła z tego bez większych obrażeń.
Tylko kolano trochę bolało, ale to wszystko.
-?Wszystko w porządku, nic mi nie jest.
-?Co to za patyki masz w dłoni?
Miała coś w dłoni? Karin przyjrzała się temu bliżej i zaraz odrzuciła to
z okrzykiem przerażenia.
To była ręka.
Ręka szkieletu.
Patyki były kośćmi przedramienia, odłamanymi w łokciu. Spojrzała w górę
zbocza, z którego spadła. Jakiś metr poniżej miejsca, gdzie stała Maria,
z gliny wystawało ramię, a obok widać było fragment czaszki.
Karin nabrała przekonania, że ten wyjazd był jednak zepsuty na dobre.
Ellinor Bergkvist.
Valdemar Lithner westchnął głośno. Pierwszy raz pojawiła się u niego
jakieś dwa miesiące temu. Zadzwoniła i umówiła się na wizytę.
Najwyraźniej nalegała, żeby spotkać się akurat z nim. Cel jej wizyty był
trochę niejasny i niewiele wyjaśniło się podczas kolejnych spotkań.
Zamierzała założyć spółkę i potrzebowała pomocy. Mimo iż wspierał ją,
jak potrafił, nadal nic się nie działo. Ellinor wcale nie była bliżej
posiadania działającej spółki bardziej niż przy ich pierwszym spotkaniu.
Wtedy zapytał, dlaczego chciała rozmawiać akurat z nim. Odparła, że
polecił go jej znajomy. Valdemar był ciekaw, kto to był, ale i w tej
sprawie udzielała mętnych odpowiedzi. Potem okazało się, że jest wiele
innych pytań, na które nie była w stanie odpowiedzieć. Na przykład
jakiego typu spółkę chciała założyć i czym firma miałaby się zajmować.
Ale dzisiaj mieli się spotkać po raz ostatni i potem chciał zapomnieć o Ellinor Bergkvist na dobre. Idąc do drzwi, przycisnął dłoń do dolnej
części pleców, gdzie czuł uporczywy ból, i spróbował się wyprostować.
Otworzył drzwi do niewielkiej recepcji. Ellinor zobaczyła go i w tej
samej sekundzie wstała z czarnej sofy.
-?Witam panią. Zapraszam.
-?Dziękuję.
Uśmiechnęła się do niego, kiedy podawali sobie dłonie. Poprowadził ją do
swojego biura. Ellinor Bergkvist zdjęła czerwony płaszcz, zanim usiadła
na krześle naprzeciwko z wielką torebką na kolanach.
-?Przyniosłam papiery, które pan mi dał -?zaczęła i włożyła dłoń do
torby.
-?Pani Bergkvist -?przerwał jej Valdemar i sposób, w jaki wypowiedział
jej nazwisko, sprawił, że przerwała szukanie w torebce i podniosła na
niego wzrok. -?Moim zdaniem nie ma sensu, żeby pani nadal do nas
przychodziła.
Ellinor zesztywniała. Czyżby on zaczął coś podejrzewać? Czy popełniła
jakiś błąd? Może domyślił się, że ona nie przychodzi tu po porady w zakresie przedsiębiorczości, tylko... no właśnie, po co ona tak naprawdę
tu była? Chciała tylko zobaczyć, kim on jest, czym on jest. Był w tym
pewien dreszczyk emocji, tak siedzieć tutaj, naprzeciwko przestępcy,
który miał na sumieniu przekręty gospodarcze, groził jej facetowi, a nawet mógł być zamieszany w morderstwo.
Kiedy wprowadziła się do swojego ukochanego Sebastiana, znalazła
reklamówkę pełną papierów. Sebastian zdenerwował się, gdy o niej
wspomniała, i prosił Ellinor, żeby ją wyrzuciła. Zniszczyła.
Ale ona tego nie zrobiła.
Przeczytała jej zawartość. Przeczytała, rozpoznała nazwę -?Daktea
Investment -?i zrozumiała, że Valdemar Lithner robił przekręty
gospodarcze. Nikt, kto był zamieszany w aferę związaną z Dakteą, o której kilka lat temu rozpisywały się gazety, nie mógł pozostać
niewinny, o tym Ellinor była przekonana.
Raz, kiedy Sebastian leżał w łóżku z zapaleniem płuc, zapytała go o Valdemara, tak tylko, kto to był, nic więcej. Sebastian się wściekł.
Zaczął się dopytywać, skąd zna to nazwisko, co wie. Powiedziała, jak
było, że zajrzała do reklamówki, którą kazał jej wyrzucić. Potem musiała
już kłamać.
Odpowiadając na następne pytanie, musiała powiedzieć, że ją wyrzuciła.
Ale jednocześnie się ucieszyła. Silna reakcja Sebastiana przekonała ją,
że była na dobrym tropie. Sebastian wyraźnie bał się Lithnera. Naprawdę
mu pomagała, kiedy na własną rękę zaczęła sprawdzać Valdemara Lithnera,
żeby potem wsadzić go za kratki. Ale teraz śledztwo było skończone.
-?Dlaczego nie ma sensu, żebym do was przychodziła? -?zapytała Ellinor,
przesuwając się na brzeg krzesła, w każdej chwili gotowa do ucieczki.
-?Nie sądzę, żebym mógł pani pomóc. Spotykamy się już czwarty raz, a pani jeszcze nie założyła firmy.
-?Różne rzeczy stawały mi na drodze...
-?Wie pani co? Proponuję, żeby najpierw założyła pani firmę i kiedy już
będzie funkcjonować, proszę przyjść z dokumentami. Zobaczymy, jak
będziemy mogli pani pomóc.
Ku wielkiemu zdziwieniu Valdemara Ellinor przytaknęła i wstała z krzesła.
-?Tak, może rzeczywiście tak będzie najlepiej.
Valdemar stał i czekał. Z jakiegoś powodu spodziewał się silniejszego
oporu. Przecież spędziła w jego biurze ponad sześć godzin. Płaciła mu za
ten czas. I nic z tego nie miała. Spodziewał się, że będzie się nadal
upierała. Nie wiedział dlaczego, ale miał wrażenie, że to byłoby w jej
stylu.
Zamiast tego zobaczył, że bierze płaszcz z oparcia krzesła i zmierza do
drzwi.
-?W każdym razie bardzo dziękuję. To było bardzo pouczające -
powiedziała, otwierając drzwi.
-?Dziękuję, to miłe, że pani tak uważa.
Ellinor uśmiechnęła się do niego, wyszła i zamknęła drzwi. W recepcji
włożyła płaszcz, a jej mózg gorączkowo pracował. Czy ją przejrzał?
Wzięła głęboki oddech. Uspokoiła się. Spojrzała trzeźwo na całą
sytuację. Nadal była zameldowana w swoim dawnym mieszkaniu, nie było
nic, co wiązałoby ją z Sebastianem, gdyby Lithner chciał to sprawdzić.
To nie wyglądało źle. Chyba jednak było tak, jak mówił, nie mógł jej
pomóc. Dalej tą drogą nie może iść. Teraz nadszedł czas, żeby sprawą
zajęli się profesjonaliści. Sebastian nie musi się w ogóle dowiedzieć,
że to ona przyczyniła się do zniknięcia Valdemara Lithnera. To będzie
jej sekretny dar dla niego. Dowód jej miłości.
A potem już nic nie stanie na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu.
Shibeka krążyła po mieszkaniu uradowana. Już od
tak dawna czekała na coś takiego, że kiedy to się wreszcie stało,
zaczęła się obawiać. Usiadła i jeszcze raz spojrzała na list, który
ostrożnie położyła przed sobą na stole. Wzięła go do ręki. Tekst
pokrywał tylko środek kartki. Dziwne, że coś tak ważnego może zajmować
tak mało miejsca.
Szanowna Pani Khan,
dziękuję za list. Przykro mi, że odpowiedź kazała na siebie tyle czekać.
Dokonaliśmy w redakcji oceny dostarczonych przez Panią informacji i uznaliśmy, że powinniśmy się z Panią skontaktować. Proponujemy
niezobowiązujące spotkanie w celu lepszego poznania Pani historii i zorientowania się, co możemy zrobić w sprawie zniknięcia Pani męża.
Proszę o kontakt.
Łączę pozdrowienia
Lennart Stridh
Reporter
Reporterzy w akcji Na samym dole był adres i kilka numerów telefonów, prawdopodobnie do
redakcji. Shibeka ostrożnie odłożyła list. Czy powinna opowiedzieć o tym
swoim synom? Raczej nie. Dla niej było normalne, że nadzieja odżywa i umiera, przeżyła to już wiele razy w ciągu ostatnich lat. Ale dzieci
należało chronić. Wystarczająco bolesne było dla nich to, że musiały
dorastać bez ojca. Choć ciągle nie była pewna. Czy naprawdę poradzi
sobie z tym na własną rękę? Przeczytała list jeszcze raz, żeby doczytać
się treści ukrytych między wierszami, ale wciąż miała te same
wątpliwości. Co znaczyło "niezobowiązujące"? Czy to był sposób na
uniknięcie odpowiedzialności? Jak oni ocenią jej historię? Była
prawdziwa, ale czy to wystarczy? Czy naprawdę odważy się spotkać z tym
mężczyzną sam na sam? Jej rodzina i przyjaciele nie pochwaliliby tego. W zasadzie mieliby rację, ale ona nie chciała brać nikogo ze sobą. Tylko
by ją hamowali. Nie dopuściliby jej do głosu i kazaliby siedzieć cicho.
Wtedy wszystko byłoby na darmo. A tego nie chciała. Chciała słyszeć w tej historii swój własny głos. Chciała, by zaniósł ją do samego końca.
Jej przyjaciele co prawda wiedzieli, jak walczyła, że za nic nie
zamierzała się poddawać, ale czy zrozumieliby, że w Szwecji sprawy
załatwia się inaczej? Że tu kobiety mogą się spotykać z mężczyznami bez
przyzwoitek? Shibeka miała wątpliwości.
A więc nikt nie powinien o tym wiedzieć. Wyszła do przedpokoju i usiadła
przy czarnym bezprzewodowym telefonie, który stał na małym stoliczku.
Pamiętała, jak z Hamidem przynieśli go do domu. Telefon. Zakupiony w wielkim sklepie obok tego, który teraz nazywa się Bromma Blocks, gdzie
było tak dużo telewizorów, że nie mogła w to uwierzyć. Cała ściana
ruchomych obrazów. Całe rzędy kartonów i pudełek dosłownie ze wszystkim,
od słuchawek do odtwarzaczy DVD. Przesyt. Patrzyli na siebie z Hamidem i uśmiechali się na myśl, że wydawało im się, że mają dużo pieniędzy, a w rzeczywistości mieli bardzo mało.
Kupili telefon i najtańszy telewizor, jaki udało im się znaleźć. Said
zawiózł ich do domu z zakupami. Pamiętała, jak siedziała na tylnym
siedzeniu i niecierpliwie dotykała białego pudełka ze zdjęciem telefonu.
Nie mogła się doczekać, kiedy je otworzy i weźmie aparat do ręki.
Tak wiele razy próbowali wieczorem dodzwonić się do rodziny i przyjaciół
w Kandaharze. To zawsze było trudne. Ich komórki rzadko działały, a kiedy uzyskiwali połączenie, rozmowa mogła się w każdej chwili urwać.
Ale mimo to ciepło jej się robiło na wspomnienie tamtych chwil.
Kontakt z domem.
Radosne głosy w tle.
Siedzieli tam razem, blisko siebie, ona i Hamid. Robiła herbatę, on
wybierał różne numery i razem czekali w napięciu. Przeważnie nikt się
nie zgłaszał, ale kiedy udało się uzyskać połączenie, oboje krzyczeli z radości, ona przysuwała się jak najbliżej telefonu, żeby słuchać wieści
z dawnej ojczyzny. On jej pozwalał. Pozwalał jej słuchać. Uśmiechał się
do niej. Gładził jej dłoń, a ona siedziała w milczeniu i tylko słuchała.
Hamid, jej mąż.
Wzięła do ręki słuchawkę i przyglądała jej się przez chwilę. Teraz nie
była używana zbyt często. Ostatnio kontaktowała się z dawnym domem,
zwykle od przyjaciół. Siedziała wtedy w kuchni z kobietami i słuchała,
jak mężczyźni rozmawiają. To nie było to samo. Wcale nie. Ale sama nie
mogła zadzwonić, tamci chcieli rozmawiać tylko z mężczyzną. Nie z nią.
Tak po prostu było.
Wybrała jeden z numerów z listy. Numer komórkowy. Wiedziała, że Szwedzi
częściej korzystali z komórek niż z telefonów stacjonarnych, więc od
tego zaczęła. Po dwóch sygnałach odezwał się męski głos.
-?Słucham, Lennart Stridh.
Z początku nie odważyła się odezwać. Miała nadzieję, że nie odbierze, że
jeszcze będzie miała czas przemyśleć, o czym będą mówić. Że to jednak
się nie dzieje. Ale mężczyzna po drugiej stronie wyraźnie czekał na
odpowiedź.
-?Halo? Tu Lennart, kto mówi?
Poczuła, że musi się odezwać, ale jej głos zabrzmiał słabo.
-?Dzień dobry, nazywam się Shibeka Khan, dostałam od pana list.
-?Przepraszam, nie dosłyszałem.
Zebrała się w sobie, inaczej mężczyzna mógł stracić zainteresowanie
rozmową.
-?List. Dostałam od pana list. Nazywam się Shibeka Khan.
Po tym w jego głosie pojawiło się wyraźne ożywienie.
-?Dzień dobry, cieszę się, że pani dzwoni -?powiedział. -?Jak pisałem,
jesteśmy wstępnie zainteresowani historią zniknięcia pani męża -
ciągnął. -?Nie mogę na razie nic obiecać, ale uznaliśmy, że należy się
temu bliżej przyjrzeć.
Mężczyzna mówił szybko, Shibeka nie do końca nadążała za jego słowami.
Ale słowo "zainteresowani" zrozumiała na pewno. Dlatego mówiła dalej
tak, jakby wszystko zrozumiała. Poczuła, że to ważne, żeby on po prostu
jej nie spławił.
-?To dobrze.
-?Czy moglibyśmy się spotkać?
-?Teraz?
-?Nie, nie teraz, ale... -?W słuchawce przez chwilę było cicho. Shibeka
pomyślała, że słyszy wertowanie kalendarza. -?W poniedziałek o jedenastej? Da pani radę?
Czy da radę znaczyło tyle, co czy może. Jej synowie i koledzy z pracy
tak mówili. On pytał, czy ona wtedy ma czas. To zrozumiała. Ale nagle
poczuła lęk.
-?Nie wiem.
Mężczyzna chwilę milczał, potem zapytał:
-?Nie wie pani czy pani nie może?
-?Nie wiem. Tak myślę. -?Shibeka nie wiedziała, jak to wytłumaczyć.
Chciała, ale to wydawało jej się niezręczne. -?To znaczy, że tylko pan i ja? Mamy się spotkać?
-?Jeśli nie potrzebuje pani tłumacza. Ale chyba nie będzie potrzebny.
Pani świetnie mówi po szwedzku.
-?Dziękuję, staram się.
Ciągle się wahała. W świecie Lennarta Stridha nie było nic
nadzwyczajnego w tym, że samotna kobieta spotka się z nieznajomym
mężczyzną. W tym kraju to nie było nic szczególnego, a ona teraz tu
mieszkała. Shibeka zaczerpnęła powietrza i zebrała się na odwagę.
-?Gdzie?
-?Jest taka kawiarenka koło ?hlensa przy T-Centralen. Café Bolero.
Kawiarenka. Jasne. Szwedzi zawsze pili kawę. Shibeka uświadomiła sobie,
że potrzebowałaby czegoś do pisania i kawałka papieru, żeby wszystko
zanotować. Ale może zapamięta café i jakoś na b.
-?Jak się to miejsce nazywa?
-?Café Bolero przy ?hlens City.
-?Dziękuję.
-?O jedenastej?
-?O jedenastej, dobrze. -?Czuła się trochę głupio, powtarzając tylko
jego słowa, ale jej rozmówca widocznie nie zwracał na to uwagi.
-?No to jesteśmy umówieni -?powiedział i zakończył rozmowę.
Shibeka siedziała jeszcze chwilę ze słuchawką w dłoni, zanim ją
odłożyła. Poszło lepiej, niż mogła się spodziewać.
To było to samo mieszkanie co przedtem.
Wszystkie rzeczy stały na swoim miejscu. Meble wciąż znajdowały się tam
gdzie zwykle. Drewniana podłoga nadal skrzypiała przed kuchennymi
drzwiami, kiedy Ursula szła na śniadanie. Nawet kwiaty na parapetach
rosły, jak gdyby nic się nie zdarzyło. Ale ona nie czuła się tu już jak
w domu. Była jakby w obcym miejscu, w którym znała każdy zakamarek,
każdy centymetr kwadratowy. Może to z powodu odgłosów, których jej
brakowało, może dlatego, że jego garnitur już nie leżał rzucony na
brązowym fotelu, a ekspres do kawy nie był włączony, kiedy wracała do
domu. Nie wiedziała dlaczego, ale drażniło ją, że czuje się jak intruz w swoim własnym domu i racjonalna część jej osobowości dzielnie usiłowała
z tym walczyć, umniejszając znaczenie tego, co się wydarzyło.
Przecież w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło.
Większość dźwięków i tak zniknęła, kiedy Bella przeprowadziła się do
Uppsali, a wtedy nie przeszkadzało jej to aż tak, jak próbowała sobie
teraz wmówić. Przecież jej związek z Mikaelem już od lat był czystą
formalnością. Oddalili się od siebie, trzeba to szczerze przyznać.
Przecież ciągle wszyscy się rozstawali, rozwodzili, wyprowadzali i spotykali nowych partnerów. To, co się stało, było zupełnie naturalne.
Ale cała logika świata nie pomogła jej zagłuszyć bolesnej prawdy, którą
cały czas miała przed sobą. To nie samotność ją tak dręczyła. Z nią
umiała sobie radzić. Chodziło o sposób, w jaki do tego doszło. Fakt, że
to on ją zostawił. Tego nie mogła zaakceptować. Przecież powinien o nią
walczyć!
A nie tak po prostu odejść.
Nie Mikael.
Jeśli któreś z nich miało odejść, to raczej ona.
A jednak on pierwszy podjął taką decyzję. Nawet nie próbował niczego
naprawiać. Najwyraźniej odszedł bez żalu. Szybko i zdecydowanie, nie
sądziła, że jest do czegoś takiego zdolny.
Powiedział, że przerwał związek z tamtą kobietą. Przerwał, ale nie
zerwał. Zrobił sobie przerwę, żeby wyjaśnić wszystko z Ursulą, zanim
zaangażuje się w coś innego. To nie było do końca tak. Nie chciał nic
wyjaśniać, chciał ją tylko poinformować, może przeprosić, a potem się
wynieść.
Do niej.
Do Amandy.
Nie był zacięty, mówił łagodnie, choć zdecydowanie. Nie dał jej szansy,
żeby mogła spróbować odnaleźć drogę do niego, te drzwi były dla niej
zamknięte. Na pocieszenie wziął ją za rękę, kiedy mówił o tym, co ma się
stać. Czuła, że omija szczegóły, które mogłyby ją zranić, choć nie bał
się mówić prawdy.
Ursula kochała go wtedy.
Przynajmniej tak się jej wydawało. To było uczucie, jakiego nigdy
przedtem nie doświadczyła. Silne i pełne sprzeczności. Jakby na jej
mapie uczuć nagle pojawiło się nowe miejsce.
Chciała krzyczeć i rzucić w niego czymś ciężkim. Całować go. Błagać. Ale
nie była w stanie nic zrobić. To były miłość, gniew i zdziwienie,
całkowicie absurdalna i paraliżująca mieszanka. Siedziała tylko i potakiwała. Puściła jego rękę i powiedziała, że rozumie, choć właściwie
nic nie rozumiała.
Mieszkał tu jeszcze jakiś czas, ale coraz więcej jego rzeczy znikało,
wizyty stawały się coraz krótsze, aż pewnego dnia się ulotnił.
Wyprowadził się.
Zostawił ją.
Przeżyli z Mikaelem wiele trudnych chwil. Jego skłonność do uzależnień i jej niezdolność do przeżywania bliskości to były największe przeszkody,
z jakimi musieli walczyć. Przedtem zawsze udawało im się je
przezwyciężać. Znajdowali chwile bliskości. Kiedy dzielące ich różnice
stawały się jak elementy puzzli, które mimo wszystko do siebie pasowały.
Ale nie tym razem.
Mówił, że się zakochał.
Drugi raz w życiu. Tym razem w kimś, kto dawał mu tyle samo, ile od
niego dostawał.
Ursula wiedziała, że nie ma szans.
Więc pozwoliła mu odejść.
Przez kilka dni po tej rozmowie Ursula nie wychodziła z domu, nie miała
siły. Po pierwszym szoku pojawiło się tak wiele pytań i spraw, którymi
musiała się zająć. Najbardziej martwiła się tym, które z nich powinno
opowiedzieć Belli o tym, co się stało. Im więcej o tym myślała, tym
silniejsze miała przekonanie, że to na niej spoczywa ten obowiązek. Bo
inaczej straciłaby nie tylko męża, lecz także córkę. Bella zawsze była
córeczką tatusia. To oni przez te wszystkie lata najlepiej się
dogadywali. Oczywiście Ursula też tam była. Trochę z boku. Czasami.
Kiedy nie była w pracy.
Kiedy nie popadały z Bellą w konflikty, do których tak łatwo między nimi
dochodziło.
Kiedy Ursula sama chciała i się starała. Tylko wtedy.
Na jej warunkach.
Próbowała uciekać przed tą myślą jak najdalej, ale ona ciągle wracała w pustym i obcym teraz mieszkaniu.
Ursula uświadomiła sobie, że będzie musiała ułożyć na nowo własną
relację z Bellą. Prawdziwą, jej własną, a nie dostosowaną do Mikaela.
Nie mogła dłużej się na nim opierać.
Teraz była sama.
Może na początek dobrze byłoby, gdyby to ona powiedziała Belli prawdę.
Przynajmniej miała takie wrażenie. Zadzwoniła do Mikaela i poprosiła,
żeby pozwolił jej pierwszej porozmawiać z Bellą. Od razu się zgodził, a nawet spodobał mu się ten pomysł.
Więc teraz, w wieku pięćdziesięciu lat, stanęła przed zadaniem, z którym
wcześniej nieszczególnie sobie radziła.
Zobaczyć w swojej córce człowieka.
Jako matka.
Prawdziwie.
Zmagała się z tym prawie cały dzień, zanim wreszcie odważyła się
zadzwonić.
Spotkały się w kawiarni w pobliżu uniwersytetu. Bella wybrała miejsce.
To był jakiś nowy lokal urządzony w stylu amerykańskim, gdzie ciastka
były gigantyczne, a kawę podawano w papierowych kubkach. Ursula przyszła
wcześniej, zamówiła latte, usiadła i wyglądała przez okno. Patrzyła na
ludzi i samochody na ulicy. Nie zaczęła się jeszcze pora lunchu, więc
było dość pusto. Popijając gorącą kawę, Ursula próbowała nadać swoim
myślom jeden kierunek, żeby nie rozbiegały się na wszystkie strony. Czy
straci Bellę? Czy to była jej wina? Dlaczego nie potrafiła być taka jak
inne matki? Dlaczego nie umiała...
Nagle stanęła przed nią Bella. Ursula nawet nie zauważyła jej wejścia.
-?Cześć, mamo.
Ursula spróbowała się uśmiechnąć, ale najwyraźniej jej nie wyszło. Bella
też zaraz przybrała poważny wyraz twarzy i usiadła.
-?Coś się stało? Jesteś taka blada.
Ursula zaczęła opowiadać. Usiłowała wyważyć sprawę i nie zrzucać całej
winy na Mikaela. To była nasza wspólna decyzja, wydusiła z siebie.
Dorośli ludzie tak postanowili. Prawdopodobnie nie zabrzmiało to zbyt
wiarygodnie. Ale to była dobra droga, pomyślała Ursula. Tu była
potrzebna równowaga. Nie mogła zmuszać Belli, żeby wybrała któreś z nich. Wiedziała doskonale, kogo w tej sytuacji by wybrała.
Potem przespacerowały się z powrotem na dworzec. Matka z córką. Ursula
nie pamiętała, kiedy ostatnio robiły coś takiego. Była już duża, jej
córka. Mądra, dorosła i obdarzona umiejętnością kochania, która
obezwładniała Ursulę. Napięcie puściło i teraz tylko napawała się tą
chwilą. Miała wrażenie, że nigdy nie były sobie tak bliskie.
To uczucie nie opuszczało jej, kiedy stanęły na peronie przy pociągu,
który miał zawieźć Ursulę z powrotem do Sztokholmu. Tuż przed dworcem
Bella zapytała, czy Ursula nie miałaby ochoty zostać na noc, mogła jej
pościelić dodatkowe łóżko w swoim pokoju. Przez sekundę Ursula
rozważała, czy nie zaskoczyć Belli i nie przyjąć zaproszenia.
Ostatecznie jednak się nie zdecydowała. To wykraczało poza jej
oczekiwania i nie chciała się narzucać. Wyjaśniła, że musi wracać ze
względu na pracę, ale obiecała, że niedługo znów ją odwiedzi. Naprawdę
niedługo.
-?Poradzisz sobie z tym? -?zapytała Ursula, powstrzymując chęć
pogładzenia córki po policzku.
-?Tak, nie przejmuj się.
Bella nachyliła się i objęła ją ramionami. Ursula nie potrafiła sobie
przypomnieć, kiedy coś takiego ostatnio się wydarzyło. W każdym razie
dawno temu.
-?Nie jestem tak zaskoczona, jak ci się może wydawać -?odparła Bella,
rozluźniając uścisk.
Ursula zesztywniała. Jakiś cichy głosik w jej duszy wołał, żeby tylko
uśmiechnąć się w odpowiedzi. Uśmiechnąć i wsiąść do pociągu. Zachować to
cudowne uczucie. Ale nie posłuchała go.
-?Co chcesz przez to powiedzieć?
-?No wiesz... Rozmawiałam trochę z tatą...
Bella odwróciła wzrok, czuła się dość niezręcznie. Ursula usiłowała
zrozumieć, co naprawdę znaczyły jej słowa. Pomyślała tylko o jednym.
-?Wiedziałaś, że on kogoś ma?
-?Nie, o tym nie wiedziałam. Naprawdę nie.
-?Ale wiedziałaś, że on chce mnie zostawić?
-?Nie, nie, nie o to mi chodziło. Przysięgam, że nie miałam pojęcia.
-?Ale powiedziałaś, że nie jesteś zaskoczona. To znaczy, że się tego
spodziewałaś.
-?Mamo...
-?Czyli rozumiesz, że on mnie zostawił, bo jestem... tak, bo ze mną nie da
się żyć?
-?Mamo, nie o to mi chodziło. -?Ursula zobaczyła łzy napływające do oczu
Belli. Dziewczyna wyciągnęła do niej rękę, a Ursula, ku swojemu
zdumieniu, zobaczyła, że robi krok do tyłu. Że odwraca się i idzie do
pociągu. -?Zostań jeszcze trochę -?wołała za nią Bella. -?Pojedziesz
następnym pociągiem, będziemy mogły o tym porozmawiać!
Ale ona nie została. Nie pojechała następnym pociągiem. Nie odważyła
się. Gdzieś tam, w głębi, znajomy cichy głosik mówił, że Bella ma rację,
że ma całkowitą rację.
Ursula nadal chodziła do pracy, jak gdyby nigdy nic, nie mówiąc nikomu
ani słowa. Co miała powiedzieć? Że rzucił ją mąż? Nic z tego! Nigdy nie
była osobą, która chętnie dzieliła się z innymi swoimi problemami i przemyśleniami przy kawie. W pracy najbliższą jej osobą był Torkel, jej
szef i kochanek, ale właśnie jemu nic nie mogła powiedzieć. Na pewno
opacznie by to zinterpretował, mogłaby wzbudzić w nim nadzieję, że ich
sporadyczny seks mógłby stać się czymś więcej. Dopóki była z Mikaelem,
Torkel sam wykluczał jakikolwiek z nią związek. Ale jeśli Mikael by
zniknął, zmieniłby swoje podejście. Więc wolała nic mu nie mówić. Gra i udawanie, że nic się nie zmieniło, przychodziły jej łatwiej, niż się
spodziewała.
Próbowała skupić się na pracy, a to okazało się trudniejsze niż zwykle.
Ich zespół nie miał w tej chwili żadnych zadań, ale ona codziennie
przychodziła wcześnie rano do pracy. Sprzątała biurko. Sortowała
materiały, katalogowała stare akta. To wystarczyło na jakiś tydzień.
Potem znów była zmuszona zwolnić obroty.
Vanja zwykle w takich sytuacjach rozumiała frustrację Ursuli. Też nie
była stworzona do spokojnego życia, ale właśnie starała się o przyjęcie
na trzyletnie specjalistyczne szkolenie profilerów w FBI i cały czas
poświęcała na przygotowania do trudnych egzaminów. Ursula prawie jej nie
widywała, a kiedy ją spotykała, Vanja siedziała z nosem w książce albo w monitorze komputera.
Billy wrócił na służbę po tym, jak zastrzelił Edwarda Hindego, ale
prawie nie bywał w biurze. Chodziły słuchy, że ma nową dziewczynę.
Ratunkiem okazał się Sven Dahlén, jeden z jej dawnych kolegów z SKL1 w Linköpingu, który został zwerbowany do nowo powstałego,
bardzo rozreklamowanego zespołu Cold Case w Krajowej Policji
Kryminalnej. Wcześniej podobna jednostka istniała w Skanii, duży wydział
złożony z sześciu śledczych, tam właśnie, gdzie pracował Sven. Teraz ten
sukces zamierzano powtórzyć na skalę krajową i miał on odpowiadać za
techniczną stronę badania dawnych zbrodni.
Jego biuro mieściło się pod nimi, korzystali z jednego laboratorium.
Ursula zaczęła coraz częściej zaglądać piętro niżej. Przechodziła obok
gabinetu Svena, czasem proponowała mu kawę.
Zagadywała.
Interesowała się szczegółami i udzielała rad.
Starała się regularnie pokazywać i trzymać w pobliżu.
Wkrótce dostała pierwsze zapytanie.
Chodziło o morderstwo w Haninge. Sprzed ośmiu lat. Czy nie mogłaby im
pomóc?
Mogła.
Torkel domyślał się, o co jej chodzi. Ale nic nie mówił. Lepiej, kiedy
miała coś do roboty, niż gdy miotała się jak tygrys w o wiele za małej
klatce, czekający, żeby wbić w coś zęby. Więc nic nie powiedział, kiedy
bez pytania praktycznie zaczęła pracować w zespole Svena.
Późno kończyła pracę. Wcześnie zaczynała. Przez cały czas.
Sven mówił, żeby szła do domu. Sugerował, że musi przecież zająć się
rodziną. Ursula kłamała, mówiąc, że wszystko jest w porządku.
Jest tylko ona i jej zawsze wyrozumiały mąż Micke.
Zawsze taki był, kwitowała z uśmiechem.
Więc pracowała dalej, z bolesną świadomością, że wykorzystuje pracę jako
tarczę do obrony przed wszystkim innym.
Alexander Söderling wstał ze swojego drogiego,
ergonomicznego krzesła stojącego przy biurku i podszedł do okna. Mimo
późnej godziny na Drottninggatan wciąż pojawiali się pojedynczy
przechodnie. Rzucił okiem na zegarek. Dzieciaki już spały. Helena też.
Żadnego z nich nie widział dzisiaj przez cały dzień.
Przez cały czas był zajęty różnymi spotkaniami. Wszystko się w tej
chwili układało. Od pewnego czasu. Firma się rozrastała, ale wraz z tym
rosło obciążenie pracą. Wrócił do biura o godzinie szóstej i zastanawiał
się, czy nie skończyć na dzisiaj i nie pojechać do domu. Choć raz
zawieźć Selmę do klubu jeździeckiego. Zostać tam i popatrzeć, jak
ćwiczy. Spędzić godzinkę z Heleną przed pójściem do łóżka. To było
kuszące, wybrał jednak kompromis. Nie będzie sobie zawracał głowy
papierami, które jego asystentka przed wyjściem położyła na jego biurku,
ale za to przejrzy nowe maile. Zajmie to trochę ponad pół godziny.
Pewnie nie zdąży na jazdę konną, ale przynajmniej będzie mógł spędzić
godzinę z żoną.
Czterdzieści pięć minut później był gotów. Zadowolony z siebie zamierzał
jeszcze przed wyjściem rzucić okiem na najnowsze wiadomości.
Tytuł na pierwszej stronie głosił wielkimi literami:
"MASOWY GRÓB W GÓRACH".
W artykule poniżej nie było wielu informacji. Turyści w górach
przypadkiem odkryli mogiłę. Kilka ciał od dawna znajdujących się w ziemi. Alexander przeszukał inne strony w internecie. Te same
informacje, może w lekko zmienionej formie. Nigdzie nie znalazł innych
faktów. Nic o tym, kim były ofiary ani ile ich było, ani jak długo tam
leżały. Alexander odchylił się na oparcie fotela. Opuścił ramiona, które
przedtem nieświadomie uniósł niemal na wysokość uszu. Odetchnął głęboko,
próbował się odprężyć i jasno pomyśleć.
Znaleźli ich.
Czyż nie?
Tak, to na pewno byli oni. Ile masowych mogił mogło się znajdować w Jämtlandzie?
Przyniósł kawę. Teraz nie mógł jechać do domu. Pił kawę, stojąc przy
oknie i spoglądając na Drottninggatan, a potem znów usiadł przy
komputerze. Przez kolejną godzinę surfował w sieci, żeby sprawdzić, czy
doniesienia będą aktualizowane, czy pojawią się jakieś szczegóły, ale
nic takiego nie nastąpiło. Zakładał, że jutro napiszą więcej.
Pozostawało pytanie, co powinien teraz zrobić. Poinformować?
Prawdopodobnie też już wiedzieli. Ale jeśli on się nie odezwie, to
będzie wyglądało, że się nie angażuje. Że jest niedbałym pracownikiem.
Przejęcie inicjatywy będzie błędem, ale większym będzie niepodjęcie jej.
Wstał więc od biurka i znów podszedł do okna. Zaczęło padać. Nieliczni
przechodnie przyśpieszali kroku, kulili się od wiatru. Alexander wyjął
komórkę. Wybrał numer. Po trzecim sygnale uzyskał połączenie. W tle
leciała jakaś muzyka.
-?Tak?
Kobieta z drugiej strony nie powiedziała nic więcej. Alexander rozpoznał
muzykę. Lykke Li. Possibility. W biurze często puszczali Lykke Li.
-?Mówi Alexander. Söderling -?dodał dla pewności. Od dawna z nią nie
rozmawiał.
-?Tak, wiem.
Podczas każdej innej rozmowy Alexander zapytałby teraz uprzejmie, co
słychać i czy wszystko w porządku. Dotychczasowe krótkie odpowiedzi
sugerowały, że coś takiego tutaj nie byłoby mile widziane. Więc
przeszedł od razu do rzeczy.
-?Widziałaś gazety?
-?A co miałam tam widzieć?
-?Odkryto masowy grób w Jämtlandzie.
-?Nie, o tym nie wiedziałam.
-?Piszą o tym w internecie.
-?Aha.
Alexander stał w milczeniu, patrząc, jak krople deszczu spływają po
szybie wąskimi dróżkami przypominającymi siatkę żył. Spodziewał się
dodatkowych pytań, na przykład co pisały gazety, ale o nic nie zapytała.
-?Możemy chyba założyć, że to oni -?uściślił Alexander, prawdopodobnie
zupełnie niepotrzebnie. No bo ile masowych grobów mogło się tam
znajdować?
-?Aha.
Tym razem też nie powiedziała nic więcej. Najwyraźniej kobieta, z którą
się połączył, nie zamierzała przejmować inicjatywy. Nawet nie sprawiała
wrażenia szczególnie zainteresowanej, jakby była nieobecna. Alexander
pomyślał, że nawiązanie kontaktu jednak okazało się błędem.
-?Spróbuję się dowiedzieć, czy policja wie, o kogo chodzi -?ciągnął,
żeby wykazać się inicjatywą.
-?A jeśli wie?
-?Nie sądzę, żeby istniała taka możliwość. Wszystko było bardzo...
profesjonalne.
-?I co zrobimy? -?Kobieta w telefonie zawiesiła na chwilę głos. -?Czy
raczej, co ty zrobisz...
-?Na razie nic.
-?Nic?
-?Tak chyba będzie najlepiej.
-?To po co dzwonisz?
-?Chciałem tylko... Myślałem, że powinnaś wiedzieć, że znaleźli ten grób.
-?Chcę wiedzieć, czy mamy problem. A mamy problem?
-?Nie -?odparł Alexander.
-?W takim razie nie chcę wiedzieć.
Znów cisza. Całkowita. Nawet Lykke Li ucichła. Rozmowa była skończona.
Alexander odłożył telefon. Stał i patrzył pustym wzrokiem przez okno na
ulicę w dole.
Czy mają problem?
Nie, jeszcze nie, ale Alexander był prawie pewien, że wkrótce będą
mieli.
Zadzwonili w poniedziałek o wpół do ósmej rano.
Torkel właśnie przyniósł sobie pierwszą tego dnia kawę. Poruszył myszką,
żeby obudzić komputer ze stanu hibernacji, łyknął gorącej kawy i odebrał.
-?Torkel Höglund.
Głos przedstawił się jako komendantka policji okręgowej w Jämtlandzie
Hedvig Hedman. Torkel nie pamiętał nazwisk wszystkich komendantów, ale
Hedvig Hedman niedawno została zgłoszona do rzecznika ministerstwa
sprawiedliwości2 za wypowiedź o jednym ze swoich
podwładnych. Rzecznik prawdopodobnie w ogóle nie zajął się tą sprawą,
ale przynajmniej Torkel dzięki temu kojarzył nazwisko.
-?W czym mogę ci pomóc? -?zapytał i znów napił się kawy, siadając na
krześle przy biurku.
Kilka minut później odłożył słuchawkę.
Znaleziono sześć ciał.
W górach.
Najwyraźniej długo tam leżały.
Hedvig Hedman na samym początku powiedziała, że znaleźli masowy grób.
Torkel zastanawiał się, czy sześć ciał wystarczy, żeby można było tak to
określać, ale cztery największe gazety tak o tym pisały, więc przyjął,
że to było możliwe. Zresztą to nie miało znaczenia.
Było wystarczająco dużo ciał, żeby pojechali na północ.
Wstał i wyszedł z gabinetu. Christel, jego asystentka, jeszcze nie
przyszła, więc zostawił jej kartkę z prośbą, żeby zaraz po przyjściu
sprawdziła loty do Östersund i natychmiast przekazała mu informacje.
Potem znów usiadł przy biurku i dopił kawę pogrążony w myślach.
Powinien zebrać zespół.
Ale przedtem musiał rozważyć jeszcze dwie sprawy.
Pierwsza wiązała się z ewentualnym wyjazdem Vanji do Stanów na szkolenie
w FBI. Przeszła dalej po pierwszych eliminacjach i teraz była jedną z ośmiu osób zakwalifikowanych do ostatniej rundy. Były trzy miejsca.
Torkel był w stu procentach przekonany, że Vanja dostanie jedno z nich.
Sam napisał jej najlepszą możliwą opinię. Musiał przyznać, że miał
mieszane uczucia. Bardzo lubił Vanję, była fantastyczną policjantką,
ważną osobą w jego zespole i naprawdę zasługiwała na wszelkie możliwości
dalszego rozwoju i kariery. Ale to oznaczało, że ją straci. Miała
wyjechać na trzy lata.
Trzy lata bez najlepszej śledczej.
Torkel już zaczął się rozglądać za czasowym zastępstwem lub kimś na
stałe, w zależności od tego, czy Vanja zechciałaby wrócić do nich po
powrocie ze Stanów, czy po szkoleniu wybrałaby inną drogę. Nie ogłaszał,
że ma wakat. Częściowo dlatego, że istniała mikroskopijna szansa, że
Vanja nie będzie jedną z trzech przyjętych osób, ale również dlatego, że
chciał uniknąć długotrwałego procesu rekrutacyjnego, w wyniku którego w najgorszym razie będzie się musiał ustosunkować do setek aplikacji.
Torkel zamierzał, z całym szacunkiem, ignorować takie okoliczności jak
wysługa lat, kwalifikacje na papierze i pierwszeństwo zatrudnienia. Na
pewno naruszał w ten sposób wiele zasad naboru pracowników, ale się tym
nie przejmował.
Zespół do spraw zabójstw to był team.
Jego team.
Zamierzał wybrać tego, kto mu będzie pasował. W końcu ważniejsze było,
kim się jest, niż czego się dotychczas dokonało. Tak, oczywiście trzeba
było być świetnym policjantem, ale to nie wystarczało. Konieczne było
coś jeszcze. Coś trudnego do określenia. Ten ktoś musiał do nich
pasować. Torkel znał osobiście kilku doświadczonych policjantów, którzy
przepracowali pięć, dziesięć albo więcej lat, i prawdopodobnie każdy z nich byłby fantastyczny w pracy śledczej, ale żadnego z nich nie brał
pod uwagę. Poza tym większość stanowili mężczyźni, a on chciał zastąpić
Vanję inną kobietą. Nie ze względu na parytety, nie istniały żadne
zasady równouprawnienia, których musiałby przestrzegać, ale po prostu z doświadczenia wiedział, że mieszane zespoły funkcjonują najlepiej.
Zdawał sobie sprawę, do czego to wszystko zmierza. Jego myśli ciągle
wracały do aplikacji pewnej młodej kobiety, która właśnie zakończyła
praktykę w Sigtunie.
Jennifer Holmgren.
Napisała do niego kilka tygodni temu. Sama z siebie. Wyjaśniła, że
bardzo chciałaby pracować w zespole do spraw zabójstw i to uzasadniła,
ale w liście było coś takiego, co od razu ujęło Torkela. Tchnęły z niego
zaangażowanie i siła woli. Nie chodziło jej o wspinanie się po kolejnych
szczeblach kariery, tylko o rozwój, postępy, pracę z najlepszymi,
możliwość nauki od specjalistów.
Kiedy Vanja oznajmiła, że zamierza się starać o przyjęcie do Quantico,
Torkel wezwał do siebie Jennifer na krótką rozmowę. Nie dlatego, że miał
wątpliwości, czy akurat ona byłaby najlepszym zastępstwem, raczej z ciekawości.
Dziewczyna go nie rozczarowała. Była otwarta, energiczna i pełna
zaangażowania. Torkel miał wrażenie, że musiała się opanowywać, żeby nie
dać się ponieść entuzjazmowi, kiedy opowiadała, czym powinna być praca w policji i czym dla niej była. Przypominała mu Vanję, kiedy spotkał ją
pierwszy raz, a to była najlepsza opinia, na jaką mogła liczyć.
Przeciwko niej przemawiał oczywiście jej młody wiek i całkowity brak
doświadczenia. Sam będzie musiał się z tym zmagać, jeśli zdecyduje się
ją wypróbować. Ale można było też spojrzeć na to z drugiej strony i stwierdzić, że udało jej się uniknąć rutynowego myślenia według utartych
schematów, że nie będzie się sprzeciwiać nowym pomysłom, mówiąc "ale
przecież zawsze robiliśmy to tak". Była otwarta i elastyczna.
Vanja miała dostać odpowiedź za tydzień i wyjechać w listopadzie. Nie
zaszkodziłoby już teraz wprowadzić kogoś w zastępstwie.
Torkel postanowił zadzwonić do Sigtuny i sprawdzić, czy uda mu się
wyciągnąć Jennifer.
Drugą sprawą wymagającą przemyślenia była kandydatura Sebastiana.
Sebastiana Bergmana.
Beznadziejny, ale wybitny.
Przy dwóch ostatnich śledztwach udało mu się wkraść do zespołu.
Właściwie nikt go tu nie chciał, ale w obydwu przypadkach okazał się
przydatny. Co do tego nie było wątpliwości. Zwłaszcza w ostatniej
sprawie.
Uratował Vanji życie.
Jednocześnie jego obecność stanowiła źródło konfliktów, które naprawdę
nie były zespołowi potrzebne. Śledztwo w sprawie morderstwa zawsze było
wyczerpujące, a z Sebastianem w nieunikniony sposób robiło się jeszcze
trudniejsze niż zwykle. Z powodu swojej arogancji, egoizmu i całkowitego
braku zainteresowania otoczeniem nieustannie był źródłem napięć. Był jak
czarna dziura, która wysysała energię ze wszystkich i rozwalała zespół
od środka.
Wybitny i konfliktowy.
Za i przeciw.
Czy powinien znów zaangażować Sebastiana?
Decyzje, decyzje.
Gdyby nie fakt, że ostatnio nawet Vanja zaakceptowała Sebastiana, Torkel
wcale nie brałby go pod uwagę. Ale kiedy niedawno z nią rozmawiał, wręcz
sprawiała wrażenie, jakby nie mogła się doczekać, żeby znów pracować z Sebastianem. Billy go lubił. Torkel w głębi duszy też, choć czasem do
szału doprowadzało go to, że jego dawny przyjaciel tak bardzo komplikuje
każdą sytuację. Ursula miała dar koncentrowania się na rzeczach
istotnych i nie dawała się sprowokować. Bardziej irytował ją fakt, że
była stawiana przed faktem dokonanym i nie brała udziału w procesie
decyzyjnym. Gdyby tylko wytłumaczył, co zamierza i dlaczego, wtedy
Ursula nie protestowałaby przeciwko jego decyzji.
Sprawa sześciu zakopanych ciał nie domagała się na pierwszy rzut oka
kompetencji Sebastiana Bergmana.
Ale oznaczała seryjnego albo masowego mordercę, a nikt w Szwecji nie
wiedział o nich więcej niż Sebastian.
Decyzje, decyzje.
Torkel się zdecydował.
Najpierw Sigtuna. Potem zejdzie piętro niżej do Ursuli, żeby poczuła się
uwzględniona. Potem Vanja, Billy, a na końcu Sebastian.
Tak będzie.
Wyciągnął rękę po telefon.
-?Musisz się wyprowadzić.
Sebastian wcisnął nóż do smarowania w margarynę leżącą na stole i zwrócił się do Ellinor, która właśnie wkładała kubek do zmywarki.
Zwlekał z poinformowaniem jej o swojej decyzji. Weekend miała wolny, a Sebastian w żadnym razie nie miał ochoty na czterdzieści osiem godzin
naładowanych emocjami dyskusji, wyrzutów, łez i złości, które mogły się
skończyć tym, że musiałby własnoręcznie wyrzucić ją za drzwi. Teraz
wybierała się do pracy, a była bardzo obowiązkowa. Nie było szans, żeby
została w domu, nie uprzedziwszy o tym pracodawcy. O ile dotarłoby do
niej to, co by powiedział. Co wcale nie było takie pewne.
-?Zabawny jesteś -?powiedziała, nawet na niego nie patrząc, przez co
tylko potwierdziła jego obawy.
Ellinor zamknęła zmywarkę, wyprostowała się i spojrzała na niego z uśmieszkiem rozbawienia na ustach.
-?Ależ mój biedaku, jak ty byś sobie beze mnie poradził?
-?Poradziłbym sobie znakomicie -?odparł Sebastian, nie okazując
narastającej irytacji. Nienawidził, kiedy mówiła do niego jak do
dziecka.
-?Naprawdę jesteś zabawny -?stwierdziła znowu, podeszła do stołu i dłonią szybko pogładziła go po policzku. -?Musisz się ogolić, drapiesz -
uśmiechnęła się, potem lekko pocałowała go w usta. -?Do wieczora.
Wyszła z kuchni, potem Sebastian słyszał ją w łazience. Znajome dźwięki
mycia zębów. Westchnął ciężko. Poszło tak samo jak zawsze. Co on sobie
wyobrażał? Każda rozmowa z Ellinor, która nie dotyczyła codziennych,
banalnych spraw, zawsze wracała do punktu wyjścia. Ona go nie słuchała.
Nie słyszała tego, co naprawdę do niej mówił. Wszystko interpretowała po
swojemu. Jeśli czegoś nie dało się nagiąć, po prostu puszczała to mimo
uszu. Tak jak teraz.
Musisz się wyprowadzić.
Tu nie było miejsca na interpretacje. To było jasne. To był fakt.
Ale fakty nie były czymś określonym i rzeczywistym w świecie Ellinor.
Mogła je kształtować wedle własnego widzimisię. Zbyt wiele razy jej na
to pozwalał, ale teraz koniec. Tym razem będzie musiała go posłuchać.
Dał upust złości i irytacji, wstał od stołu i podszedł do drzwi
łazienki. Otworzył je -?Ellinor nigdy się nie zamykała -?i stanął w progu. Spojrzała na niego w lustrze.
-?Nie chcesz wiedzieć, gdzie byłem w czwartek w nocy?
Ellinor dalej szorowała zęby, ale jej oczy w lustrze patrzyły na niego
wymownie.
Nie, nie chciała.
-?Nie chcesz wiedzieć, dlaczego nie wróciłem do domu?
Wypluła pianę do umywalki, odstawiła szczoteczkę do kubka na półce i wytarła się w pasiasty ręcznik frotté, który przyniosła z pracy.
-?Na pewno miałeś swoje powody -?powiedziała, przeciskając się obok
Sebastiana do przedpokoju.
-?Właśnie, ten powód ma na imię Gunilla, ma czterdzieści siedem lat i jest pielęgniarką.
-?Nie wierzę ci.
-?Dlaczego?
-?Bo ty nigdy byś mi czegoś takiego nie zrobił.
-?Ależ tak, zrobiłbym.
Ellinor potrząsała głową, wkładając równocześnie płaszcz.
-?Nie, nie zrobiłbyś. Bo to by znaczyło, że chcesz mnie zranić, a dlaczego miałbyś tego chcieć?
Sebastian przyglądał się jej, kiedy schylała się, żeby włożyć kozaki,
szybkimi, niecierpliwymi ruchami. Skóra wyśliznęła jej się z dłoni.
Musiała zacząć jeszcze raz, jeszcze bardziej niezgrabnie. Jakby
walczyła, żeby nie stracić nad sobą kontroli. Sebastian poczuł, jak jego
złość słabnie i zamiast niej zaczyna się pojawiać coś w rodzaju
współczucia. Musiał to zwalczyć. Teraz trzeba było okazać zdecydowanie.
A mimo to ku swojemu zdziwieniu usłyszał, że mówi trochę łagodniejszym
tonem.
-?Nie chciałem tego. Chcę tylko, żebyś zrozumiała, że nie możesz tu
dłużej mieszkać.
-?Dlaczego nie?
-?To była pomyłka, nie powinnaś się tu nigdy wprowadzać. To moja wina,
ale czułem coś w rodzaju... sam nie wiem, wyrzutów sumienia. Przez chwilę
może nawet mi się wydawało, że tego chcę, ale już tak nie jest.
Pierwszy raz, odkąd weszła do przedpokoju, podniosła wzrok i spojrzała
mu prosto w oczy.
-?Czy nie było nam dobrze razem?
-?Nigdy nie byliśmy razem.
Ellinor odpowiedziała milczeniem. Sebastianowi wydało się, że widzi łzy
w jej oczach. Czyżby wreszcie się przebił? Choć było więcej dyskusji,
niż chciał. Ale wreszcie się udało. Teraz nie mógł jej pozwolić na
odwracanie kota ogonem i własne interpretacje. Musiał wbić jej to
młotkiem do głowy.
-?Jesteś jak pomoc domowa, z którą się pieprzę. Nie zależy mi na tobie,
a tobie zależy na mnie za bardzo, jak na zdrowy związek.
Ellinor nie odpowiedziała, ale Sebastian zauważył zmianę, jaka zaszła w jej spojrzeniu. Zalśniło. Nigdy przedtem nie widział tego błysku.
Odniósł wrażenie, że ktoś inny przy innej okazji musiał jej powiedzieć,
że jest chora. Może nawet słyszała to nie raz. Jasne, że nie mogło jej
się to podobać.
-?Porozmawiamy o tym wieczorem.
Tego twardego brzmienia w jej głosie też przedtem nie słyszał.
Przynajmniej raz go wysłuchała. Teraz nie wolno odpuszczać.
-?Nie, nie musimy o tym rozmawiać. Sprawa jest prosta. Wyprowadzisz się.
Nigdy nie powinnaś się tu sprowadzić.
-?Powiedziałam, że porozmawiamy wieczorem.
Ellinor otworzyła drzwi i wyszła na klatkę schodową. Bez całusa na
pożegnanie, zawsze to coś. Ale bitwa nie była jeszcze wygrana. O ile
Sebastian ją znał, pewnie wróci wieczorem z jakimś prezentem na zgodę,
zrobi wspaniałą kolację, przeprosi za kłótnię, to było takie niemądre.
Będzie chciała się kochać i zapomnieć o wszystkim.
Istniała możliwość, że jej się uda. Zawsze w ten czy inny sposób
potrafiła pokonać jego opór. Teraz po prostu nie mógł dać jej szansy.
Rzeczy, które Ellinor przyniosła ze sobą, kiedy tu zamieszkała, mieściły
się w zwykłej walizce. Wprawdzie czasami zaglądała do swojego mieszkania
i przynosiła jakieś drobiazgi, ale nie miała u Sebastiana zbyt dużego
dobytku. Czarna walizka, z którą przyszła, i papierowa reklamówka
powinny wystarczyć. Postanowił ją spakować.
Zadowolony ze swojego planu poszedł w głąb mieszkania, kiedy rozmyślania
przerwał mu sygnał komórki. Szybko sprawdził kieszenie i wyłowił
telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Obawiał się, że to dzwoni Ellinor, ale
zobaczył numer Torkela. Zaskoczyło go, że poczuł dreszcz podniecenia i nadziei, zanim odebrał.
I wcale się nie rozczarował.
Sześć trupów. Storulv?n. Za trzy godziny wylatywali do Östersund.
Podczas pakowania miał wrażenie, że cofnął się w czasie o piętnaście
lat. Szybko wrzucić do torby kilka niezbędnych rzeczy, nie wiedząc, na
jak długo wyjeżdża, z nadzieją, że czeka go wielkie wyzwanie. Od wielu
lat nie uświadamiał sobie tego, ale teraz, kiedy krążył między szafą i otwartą walizką, czuł to bardzo wyraźnie.
Brakowało mu tego.
Nie tylko będzie mógł wykorzystać swoją wiedzę. Będzie to robił z Vanją.
Poza tym właśnie pozbył się Ellinor.
Nie mogło być lepiej.
Shibeka wstała wcześnie rano. Obudziła synów i podała im śniadanie. Świeżo upieczony roht, słodki chlebek z mąki
pszennej, z jogurtem i kardamonem, podawany z herbatą chai i talerzem
suszonych moreli, które kupiła na targu. Do tego dostali Frosties z mlekiem. Kiedy dzieci były małe, Shibeka postanowiła, że na ich stole
znajdą się także szwedzkie potrawy, i obaj bez wahania wybrali Frosties.
Pewnie dlatego, że płatki były takie słodkie, ale może też spodobał im
się wielki tygrys na pudełku. Próbowała wprowadzić nowe rodzaje,
zdrowsze, ale bez powodzenia.
Mehran miał dzisiaj zajęcia sportowe, biegi na orientację, więc
spakowała mu solidne drugie śniadanie. Eyer patrzył z zazdrością, kiedy
wkładała do torby Mehrana resztkę wczorajszej kormy w plastikowym
pojemniku. Zapytał szybko, czy też mógłby dostać trochę swojego
ulubionego dania. Uśmiechnęła się do niego. Cały Eyer. Z nich dwóch to
on zawsze próbował zgarnąć wszystko dla siebie, chciał więcej od życia.
Mehran był poważniejszy, bardziej powściągliwy, nie tak rozgadany.
Potrząsnęła głową.
-?Dla ciebie też zostało, ale dostaniesz, jak wrócisz ze szkoły.
Eyer skinął i wrócił do swoich płatków. Shibeka przyglądała się, jak
jedzą. Jej chłopcy. Cały weekend zadręczała się niepewnością, czy
powinna im powiedzieć. Mehran był już na tyle duży, że powinien się
dowiedzieć, może nawet mógłby z nią pójść. Mówić za nią. Chronić ją. Ale
ona tego nie chciała. To ona chciała ich chronić. Chciała rozmawiać z tym mężczyzną sama. Dziewięć lat temu ta myśl nie przyszłaby jej nawet
do głowy. W jej świecie nie było możliwe, aby kobieta postępowała tak,
jak ona teraz. W tym, co zamierzała zrobić, było coś hańbiącego, ale też
uwalniającego. Była z siebie dumna, choć gdzieś w żołądku uciskało ją
poczucie winy.
Chłopcy byli gotowi do szkoły. Przeważnie chodzili razem. Ucałowała ich
po kolei w czoło i otworzyła drzwi. Zbiegli po schodach, a ona stała
jeszcze w drzwiach i słuchała ich kroków trochę dłużej niż zwykle. Miała
naprawdę dwóch wspaniałych chłopców. Grzeczni i pełni szacunku dla
starszych, nie jak w niektórych rodzinach, gdzie zderzenie starego i nowego kraju prowadziło do konfliktów. Chciała wierzyć, że miała w tym
swój udział. Naprawdę starała się im przybliżyć to, co najlepsze w obu
kulturach. To nie było proste, ale się starała.
Wróciła do kuchni i dopiła resztkę ciepłej herbaty. Zjadła kawałek
chlebka roht, był słodki i smaczny. Potem podeszła do szafy i zaczęła
się ubierać. Nie zamierzała się stroić, ale chciała wyglądać godnie.
Musiał potraktować ją poważnie. Zdecydowała się na czarny szal, który
osłoni jej włosy. Była w żałobie, choć minęło już tak dużo czasu. Pewnie
zjawi się na miejscu za wcześnie, ale była zbyt niecierpliwa, żeby
zostać dłużej w domu. Wzięła bilet miesięczny i wyszła.
Do stacji metra szło się dziesięć minut. Gdyby spotkała kogoś znajomego,
mogłaby powiedzieć, że idzie na targ, i mieć nadzieję, że ten ktoś nie
będzie jej chciał towarzyszyć. To byłoby kłamstwo. Ale czasem kłamstwa
były konieczne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki