2
Ministerstwo Sprawiedliwości, Sztokholm
PAUL BOHLIN
Minister sprawiedliwości Paul Bohlin poruszył węzłem krawata, żeby sprawdzić, czy jest odpowiednio zawiązany. Podciągnął nogawki spodni nad kolana i usiadł w swoim starym skórzanym fotelu, który zatrzeszczał pod ciężarem jego ciała. Cały zestaw wypoczynkowy kupił przed laty jeden z jego poprzedników, anglofil Ove Rainer, który jednak nie zdążył nacieszyć się awansem, bo krótko po objęciu stanowiska musiał z niego ustąpić. Komplet w ponadczasowym stylu, który po nim pozostał, sporo kosztował, emanował bogactwem i ekskluzywnością i dawał miłe, przytulne uczucie.
Jako nowy członek rządu Bohlin świetnie się czuł w siedzibie ministerstwa przy Herkulesgatan. Oprócz własnego gabinetu miał do dyspozycji kilka innych reprezentacyjnych pomieszczeń, które komuś na tak wysokim stanowisku po prostu się należały. Spojrzał na kupiony niedawno zegarek marki Breitling, bo tylko taki pasował do człowieka na jego stanowisku, żeby sprawdzić godzinę, i sięgnął po pilota. Przed chwilą wrócił z telewizji, gdzie brał udział w nagraniu cyklicznego programu pod tytułem Agenda i chciał zobaczyć, jak się prezentuje na ekranie telewizora. Wcisnął na pilocie play, wybrał kanał i przewinął kilka minut nagrania, żeby pominąć wstęp. Dziś już nie zdąży obejrzeć całego nagrania, resztę odtworzy sobie wieczorem albo rano - za niecały kwadrans ma zjeść kolację z kimś, kto nie może czekać. Kamera zrobiła najazd na prowadzącego program mężczyznę, który miał na sobie białą koszulę, krawat i ciemny garnitur. Ubranie redaktora wyglądało tak samo jak jego szyty na miarę garnitur, ale od razu było widać, że to gotowy, kupiony w sklepie komplet. W programie miał też uczestniczyć Johan Thorén - naczelnik Wydziału Prawnego Komendy Głównej Policji. Mężczyzna miał na sobie idealnie dopasowany wyjściowy mundur z dystynkcjami i pozłacanymi guzikami.
Zanim znaleźli się na wizji, doszło między nimi do ożywionej wymiany zdań, ponieważ Thorén zaczął go nagle przekonywać, że Sekcję M należy rozwiązać, podczas gdy minister nie chciał się na to zgodzić i jasno dał mu to do zrozumienia.
- Serdecznie witam w kolejnym wydaniu naszego programu Agenda. Tym razem porozmawiamy o Sekcji M, która w strukturach szwedzkiej policji jest czymś w rodzaju lotnej brygady. W jej skład wchodzą: śledczy, technik od zabezpieczania śladów, informatyk, profiler i lekarz medycyny sądowej. Ekipa ma do dyspozycji autobus specjalnego przeznaczenia, w którym znajduje się laboratorium, miejsca do spania i pomieszczenie do wykonywania sekcji zwłok.
Ilustracją do tego wstępu było wyświetlone w tle zdjęcie autobusu.
- Sekcja M, która pierwotnie wystartowała jako pionierski projekt, okazała się niezwykle sprawna. Wystarczy przestudiować statystykę wykrywalności prowadzonych przez tę ekipę śledztw w sprawie zabójstw, która wynosi prawie sto procent. W studiu gościmy dzisiaj ministra sprawiedliwości pana Paula Bohlina i naczelnika Wydziału Prawnego Komendy Głównej Policji pana Johana Thoréna.
Kamera zrobiła najazd i na ekranie ukazali się obaj zaproszeni do programu goście.
- To prawda - stwierdził z surową miną Bohlin, wpadając prowadzącemu w słowo. - Sekcja M powstała trzy i pół roku temu i od samego początku się okazało, że jest czymś wyjątkowym. Uważam, że nasz zamysł powiódł się lepiej, niż zakładaliśmy, ponieważ Sekcja od pierwszego dnia stała się legendą. Naszym pomysłem zainteresowało się wiele innych państw, dzięki czemu zarówno Szwecja, jak i nasza nowa metoda prowadzenia śledztw znalazły się na ustach całego świata. Projekt można podsumować jednym krótkim zdaniem: jest skuteczny, ale bardzo kosztowny. Tak czy inaczej możemy być z Sekcji M dumni.
Prowadzący program mężczyzna poprawił okulary.
- Podnoszą się głosy, że Sekcję M należy rozwiązać, bo jej utrzymanie rzeczywiście kosztuje zbyt dużo, co wśród innych policjantów wywołuje spore niezadowolenie. Jak się pan do tego odniesie? - spytał prowadzący Thoréna.
- Sekcja M była pionierskim projektem, lotną brygadą o nieograniczonych kompetencjach - odezwał się naczelnik. - Faktem jest, że wszystkie sprawy, które im powierzano, rozwiązywali sprawnie, a przede wszystkim szybko. Łatwo więc mówić o sukcesie, ale wszystko ma swoje dobre i złe strony, bo każde prowadzone przez Sekcję M śledztwo kosztuje nas przynajmniej trzydzieści pięć milionów koron. Warto też pamiętać, że sprawy, które im powierzano, ograniczały się wyłącznie do przypadków zbrodni, które zostały popełnione z premedytacją na pojedynczych osobach. Można więc było wykluczyć udział gangów.
- Powołał pan komisję, która po zbadaniu sprawy doszła do wniosku, że mimo tylu sukcesów sekcję należy rozwiązać. Dlaczego?
- Każdy projekt należy badać i analizować. Z naszych ustaleń wynika, że prowadzone przez sekcję czynności były bardzo kosztowne. Komisja uznała więc, że należy ją rozwiązać, a przyznane jej środki przeznaczyć na inne działania, ponieważ inne jednostki policji na terenie całego kraju potrafią rozwiązywać takie sprawy. Projekt pokazał jednak, jakie sukcesy mogłaby osiągać policja, gdyby miała do dyspozycji nieograniczone środki. Niestety rzeczywistość jest inna i jeśli nasze państwo nie zechce przydzielić policji dodatkowych środków, sekcji nie uda się utrzymać. Uważam zatem, że decyzja o jej rozwiązaniu była słuszna.
Prowadzący program spojrzał na ministra sprawiedliwości, który najpierw się upewnił, czy patrzy w obiektyw właściwej kamery, a potem zabrał głos. Nauczył się tej sztuczki na szkoleniu medialnym, które jego partia zorganizowała dla swoich czołowych polityków.
- Czy coś takiego jak sprawiedliwość można przeliczać na pieniądze? - spytał i zawiesił głos, jakby chciał się upewnić, że sens jego pytania dotarł do telewidzów i zebranej w studiu publiczności. Po chwili sam na nie odpowiedział: - Jako minister sprawiedliwości uważam, że nie. Sekcja M ma wysokie kwalifikacje i byłoby błędem, gdybyśmy nie uwzględnili tego przy podejmowaniu decyzji. Sekcja powinna kontynuować działalność, ale nie na tych samych zasadach co poprzednio, tylko jako aktywny na terenie całego kraju i wzywany w razie potrzeby zespół konsultingowy. Na przykład do udziału w skomplikowanych śledztwach, gdzie konieczne jest specjalistyczne wsparcie.
Minister dobrze pamiętał, że nie udało mu się pozyskać wystarczającego poparcia ze strony premiera i kolegów partyjnych dla idei, według której sekcja miałaby kontynuować działalność w niezmienionej formie. Utrzymanie jej jako zespołu doradców było kompromisem, na który musiał przystać, ale tak naprawdę zależało mu na tym, by sekcja znowu się stała jednostką operacyjną. Potrzebował jednak czasu, żeby przekonać do tego swoje otoczenie. Wiedział, że potrafi to zrobić.
- A ja nadal uważam, że należy zaufać końcowej ocenie i przyjętym wnioskom - odparł Thorén, który obstawał przy swoim zdaniu.
Ty pieprzony idioto, pomyślał minister, patrząc na niego ze swojej wygodnej kanapy. Co z tobą jest nie tak? Zawsze uważał Thoréna za inteligentnego i nie mógł zrozumieć, skąd ten nagły upór i zmiana frontu. Facet kopie sobie własny grób. Czy on naprawdę nie rozumie, kto podejmuje decyzje?
W tym samym momencie usłyszał za sobą dyskretne chrząknięcie, które kazało mu oderwać wzrok od ekranu telewizora. Odwrócił się i ujrzał swojego asystenta Arvida Lindego. Był on nadzwyczaj skuteczną postacią, którą odziedziczył po swoim poprzedniku razem z zestawem wypoczynkowym. Linde pracował dla pięciu kolejnych ministrów, miał rozległą wiedzę na temat panujących w urzędzie stosunków i dysponował licznymi znajomościami wśród urzędników w kancelarii premiera i w innych ministerstwach. Był człowiekiem dyskretnym, lojalnym i w pełni oddanym. Jego rady wielokrotnie bywały nieocenione.
- Panie ministrze, przyszła Charlotte Victorin - oznajmił Linde.
- Dziękuję. Proszę ją wprowadzić - odparł Bohlin i wyłączył telewizor.
Już wcześniej postanowił, że wspólna kolacja w jego biurze będzie miała charakter nieoficjalny. Chciał spędzić ten wieczór tylko z Charlotte. Zależało mu, żeby jej zaimponować. Coś go ciągnęło do tej kobiety. Starał się nie okazywać Lindemu, jak bardzo mu na tym spotkaniu zależy, ponieważ jego asystent był bystry i wielu rzeczy potrafił się domyślić. Bohlin wstał z kanapy i zanim spodziewany gość wszedł do gabinetu, przeciągnął rękami po włosach, żeby się upewnić, że odpowiednio się układają.
Charlotte Victorin, która w Sekcji M odpowiadała za prowadzone śledztwa, ubrana była w czarną, obcisłą i kończącą się nad kolanami sukienkę z dekoltem. Na nogach miała buty na wysokich obcasach, poruszała się pewnym krokiem i uśmiechała do niego pomalowanymi czerwoną szminką ustami. W ręce trzymała dużą torebkę, którą postawiła na podłodze. Podeszła do Bohlina, wyciągnęła do niego ręce, przyciągnęła go do siebie łagodnym, choć zdecydowanym ruchem i wbiła w niego wzrok. Mężczyzna się wzdrygnął i poczuł, jak ogarnia go przyjemne uczucie, które szybko dotarło do krocza.
- Bardzo mi miło, że znowu się spotykamy - zaczęła Victorin. - Nie mogłam się doczekać tego wieczoru.
Wypuściła Bohlina z objęć i cofnęła się o krok, ale cały czas patrzyła mu w oczy.
- Witam serdecznie - odparł minister. - Czym mogę panią poczęstować? Może kieliszkiem szampana?
Bohlin wiedział z doświadczenia, że kobiety uwielbiają ten trunek, zwłaszcza kiedy mają okazję napić się prawdziwego szampana, a nie jego namiastki w postaci cavy czy prosecco. Victorin uniosła brwi.
- A nie lepiej koniakiem? Najchętniej XXO. Uważam, że w niektórych sytuacjach szampan jest przereklamowany. Pan też jest tego zdania?
- Całkowicie się z panią zgadzam - odparł z uśmiechem Bohlin. Spojrzał na Lindego i dodał: - Czy może nam pan podać po kieliszku hennessy?
Linde skinął w odpowiedzi głową i wyszedł z pokoju.
Bohlin wiedział, że niewiele kobiet emanuje seksem i dysponuje inteligencją, a do tego ma dobry gust i smak. Połączenie tych cech występuje bardzo rzadko. W ich partii działa wiele zdolnych kobiet, które zajmują wysokie stanowiska, ale w większości są brzydkie jak noc. To babochłopy, które chodzą w rozklapanych butach i nie mają poczucia humoru. Najczęściej piją zwykłe domowe wino i to im wystarcza. Charlotte Victorin była one of a kind - jedyna w swoim rodzaju, jak mawiają Anglicy.
Arvid podał im koniak w kieliszkach, które kształtem przypominały tulipany. Victorin zmrużyła oczy, uniosła swoją koniakówkę do światła i kilka razy nią zakręciła. Potem podsunęła ją pod nos, wciągnęła zapach, zmarszczyła czoło i skosztowała alkoholu. Na końcu skinęła głową, a Bohlin dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że w oczekiwaniu na jej opinię wstrzymał oddech.
- Przedni trunek - stwierdziła Victorin i z uśmiechem mrugnęła do ministra okiem.
- Mój ulubiony - odparł Bohlin i też uniósł swój kieliszek. - Muszę pani pogratulować waszego ostatniego sukcesu w Malmö. Udało wam się posłać do więzienia... najlepiej posłużę się cytatem z jednej z gazet... "Doktora Mengelego ze Skanii". Mam na myśli Elisabeth Pontin, która zamordowała Sophię Bernard.
- Dziękuję - odparła Victorin. - Obie panie udawały kogoś innego niż w rzeczywistości. - Ściszyła głos i kontynuowała: - Mówiąc między nami: jedni przestępcy zasługują na karę więzienia, inni na śmierć. Jak to możliwe, że kobieta, która sprzeniewierzyła środki przeznaczone na cele charytatywne, a młodych mężczyzn wykorzystywała jak niewolników seksualnych, została nominowana do tytułu "Obywatelki Roku"? Nie mogę tego pojąć. Następnym razem należy lepiej prześwietlać kandydatów.
Wypiła trochę koniaku i uśmiechnęła się do Bohlina.
- Zresztą Pontin wcale nie była od niej lepsza. Muszę przyznać, że doznałam szoku po odkryciu, że uznana pani pediatra latami przeprowadzała eksperymenty na upośledzonych dzieciach. Niektóre z tych niewinnych istot umarły.
- Ale po co Pontin zabiła Bernard? I co to były za eksperymenty?
Bohlin nie mógł się powstrzymać od zadania tych pytań, ponieważ miał nadzieję, że dowie się mniej znanych szczegółów. Dobrze wiedział, że policja zawsze ukrywa coś, o czym nie informuje mediów.
- Motywem tej zbrodni była zwykła zazdrość. Inni nazywają taką postawę zawiścią albo brakiem życzliwości. Pontin wykorzystywała w eksperymentach substancje psychodeliczne. Testowała je na upośledzonych dzieciach w trakcie kolonii letnich, które organizowała. Dzieci ze względu na swój stan nie mogły opowiedzieć rodzicom o tym, co je spotkało. Pontin była jak Mengele: największą przyjemność sprawiało jej sprawdzanie, jak daleko może się posunąć.
- To naprawdę straszne - stwierdził minister i postanowił zmienić temat, żeby porozmawiać o czymś miłym. - Może usiądziemy przy stole?
Victorin uśmiechnęła się do niego i wypiła resztę koniaku. Minister wskazał głową, dokąd mają się udać, i podał jej ramię.
Stół już nakryto, płonęły na nim świece. Ściany pokoju zastawione były regałami, na których stały oprawione w skórę książki. Na podłodze leżał ręcznie tkany jedwabny dywan - prezent od szacha Persji w podzięce za pomoc, którą w tysiąc dziewięćset piętnastym roku okazała mu szwedzka żandarmeria. W wysokich oknach wisiały ciężkie aksamitne zasłony, a żaluzje były szczelnie zasunięte, żeby nikt nie zaglądał do środka. W blasku świec błyszczały elementy kryształowego żyrandola, z głośników płynęły ciche dźwięki arii Bacha.
Bohlin wysunął krzesło i znalazł się tak blisko Victorin, że poczuł bijący od niej zapach. Były to nie tylko perfumy, ale także coś zwierzęcego, dzikiego i seksownego. Pachnie jak biegnąca suka, pomyślał, jednak szybko odrzucił tę myśl. Usiadł naprzeciwko Victorin i doszedł do wniosku, że jest naprawdę piękną kobietą. Linde nalał im specjalnie wybrane na tę okazję wino i nałożył fałszywego kawioru. Catering zapewniła działająca w operze restauracja, ale to on ułożył menu. O wino zadbał profesjonalny sommelier.
- O czym pan myśli? - spytała Victorin.
Bohlin wrócił myślami do rzeczywistości. Kobieta, z którą się spotkał, na pewno była przyzwyczajona do pełnych podziwu męskich spojrzeń.
- Myślę o tym, jakie to przyjemne uczucie siedzieć tu z panią - odparł. - Nawet pani nie wie, jak nudne bywają kolacje z innymi gośćmi. Mam nadzieję, że jedzenie będzie pani smakować.
Uniósł kieliszek, a Victorin zrobiła to samo. Trącili się i posmakowali wina.
- To samo mogę powiedzieć o panu - stwierdziła z uśmiechem Charlotte, pochylając się lekko nad stołem. Jej dekolt krył pełne piersi, a Bohlin był prawie pewien, że jeden z sutków ociera się o materiał sukienki. Nie mógł oderwać od niego wzroku. - Oboje jesteśmy inteligentnymi ludźmi i wiemy, jak należy się zachować. W drodze na to spotkanie obejrzałam ostatnie wydanie Agendy i muszę przyznać, że wywarł pan na mnie bardzo dobre wrażenie. Szkoda, że brakuje nam takich polityków. Bo nam, którzy pracujemy w policji i musimy wykonywać swoją codzienną pracę, nie zawsze jest łatwo, gdy mamy do czynienia z kapryśnymi przełożonymi i przedstawicielami szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości, z ludźmi, którzy ciągle zmieniają zdanie, a decyzje podejmują w zależności od tego, jak wiatr zawieje. Przyznam, że nie rozumiem postawy Thoréna. To dla mnie zagadka, jakim cudem ktoś taki jak on pozostaje na swoim stanowisku.
Victorin pochyliła się jeszcze bardziej, a Bohlin nagle poczuł, że dotknęła go kolanem. Był już tak podniecony, że prawie czuł, jak skóra pali go przez materiał. Victorin popatrzyła na niego wyzywającym wzrokiem i lekko rozchyliła wargi.
- Jakie ma pan zdanie na ten temat? Z racji zawodu z pewnością często miał pan do czynienia z niekompetentnymi ludźmi? Na pewno wymagało to wiele wysiłku, żeby sobie z nimi jakoś poradzić?
Bohlin skinął głową na znak, że tak właśnie było. To, że Victorin nie tylko pozytywnie oceniła jego i jego występ w telewizji, ale również domyśliła się, z jakiej gliny jest ulepiony, sprawiło mu przyjemność. Uważał się za człowieka z autorytetem i bardzo mu odpowiadało poczucie władzy wynikające z zajmowanego stanowiska.
- Zapewniam panią, że dopóki jestem ministrem sprawiedliwości, Sekcja M nie zostanie rozwiązana.
- Dziękuję - odparła z uśmiechem Charlotte i znowu dotknęła go nogą. Bohlin domyślił się, że to nie był przypadek. Przeciwnie: taki gest musiał coś znaczyć. Może chce mu coś dać do zrozumienia i po to zaproponowała wspólną kolację?
- Dlaczego zrobiono z nas zespół konsultacyjny, skoro nie wolno nam działać zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami? Mamy stać z boku i się przyglądać, jak uparci i niedouczeni śledczy z prowincji podejmują decyzje według własnego uznania?
Bohlin zamierzał odpowiedzieć na te pytania, ale w tej samej chwili do pokoju wszedł bez pukania Linde. Zrobił to bezszelestnie, jak zwykle poprawny i sztywny, z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem. Intymny nastrój, który jeszcze przed chwilą wypełniał pokój, wyparował jak kamfora. Linde zebrał ze stołu puste naczynia, nalał do kieliszków czerwonego wina i postawił na stole półmiski, na których leżały steki z jelenia, ziemniaczane purée, surowe borówki i delikatne nowalijki. Bohlin i Victorin przez cały ten czas milczeli.
- Dziękuję - powiedział minister, kiedy Linde skończył. - Nie będę pana dłużej zatrzymywał. Może pan iść do domu, to był długi dzień.
Asystent zrobił taką minę, jakby się zawahał, ale szybko obdarzył swojego przełożonego niezgłębionym spojrzeniem, a jego twarz rozjaśnił służbowy uśmiech.
- Oczywiście, panie ministrze. Jeśli pan sobie tego życzy, zaraz państwa opuszczę. Deser czeka w lodówce, wystarczy go wyjąć. W termosie jest świeżo zaparzona kawa, stoi z filiżankami na tacy. Jeśli więc nie ma pan dla mnie innych poleceń...
Minister szybko mu podziękował, bo chciał się go jak najprędzej pozbyć. Zapewnił, że świetnie sobie ze wszystkim poradzi.
- Nie odpowiedział pan na moje pytanie - kontynuowała Victorin, gdy Linde wyszedł z pokoju. Oparła się o krzesło, napiła wina i przesunęła językiem po brzegu kieliszka, jakby chciała z niego zlizać kroplę trunku. - Sekcja M działa jak sprawny, świetnie naoliwiony mechanizm, który daje szybkie, pozytywne efekty. Po co zaciągać w nim hamulec?
Minister poruszył się na krześle, bo dobrze wiedział, że Victorin ma rację. Postanowił, że jakoś ten problem rozwiąże, chociaż jeszcze nie wiedział jak. Za to dobrze wiedział, co powinien zrobić, żeby wszystko przebiegało po jego myśli. Kontaktowali się z nim ministrowie sprawiedliwości Belgii i Wielkiej Brytanii, którym zaimponowały wyniki uzyskiwane przez Sekcję M. Zastanawiali się, czy nie przyjąć szwedzkich rozwiązań i nie utworzyć w swoich państwach podobnych jednostek, które będą się specjalizować w wykrywaniu określonych rodzajów przestępstw. Dla Bohlina całe to zamieszanie było bolesne. Thorén to pieprzony głupek. Z uporem maniaka daje się prowadzić na smyczy zazdrosnym, obdarzonym wielkim ego przywódcom partyjnym, którym on nie raz nadepnął na odcisk.
- Może porozmawiamy o czymś przyjemniejszym? - zaproponował, bo był już zmęczony wałkowaniem spraw zawodowych. Poza tym uczynił wszystko, co w jego mocy, żeby uratować Sekcję M przed likwidacją.
Victorin spojrzała na niego twardym wzrokiem, ale szybko się uśmiechnęła. Bohlin zauważył, że propozycja zmiany tematu ją rozczarowała.
- Chętnie - odparła. Wstała od stołu, podeszła do ministra i położyła mu dłoń na ramieniu. - Może usiądziemy w jakimś bardziej wygodnym miejscu? - spytała, przekrzywiając przekornie głowę.
Bohlin odsunął krzesło i zerwał się na nogi. Poczuł ulgę, że Victorin odpuściła sobie niewygodny dla niego temat. Uważał, że nie ma nic bardziej deprymującego niż kobiety, które w celu załatwienia jakiejś sprawy zbyt dużo gadają.
- Świetny pomysł - odparł i szeroko się uśmiechnął.
Victorin skinęła głową, a on podał jej ramię i zaprowadził do saloniku, w którym stał zestaw wypoczynkowy.
- Jaki piękny pokój! - zawołała Charlotte i spojrzała na Bohlina z podziwem w oczach. Wskazała ręką na wiszące na ścianach portrety kolejnych ministrów sprawiedliwości i dodała: - Od razu czułam, że wieje tu wiatr historii.
Mężczyzna uśmiechnął się na te słowa. Był szczęśliwy, że jej zaimponował.
- Proszę się rozgościć, a ja pójdę po deser i kawę z dodatkiem.
- Chętnie - odparła Victorin. Usiadła na kanapie i skrzyżowała nogi. Zrobiła to w taki sposób, że sukienka jej się podwinęła i widać było uda.
- Deser i kawa z dodatkiem to najlepsze zakończenie przyjemnego wieczoru, prawda? - spytał Bohlin.
- Tak pan uważa? - spytała Victorin i mrugnęła do niego z zalotnym uśmiechem.
Minister wyszedł do kuchni. Zrozumiał aluzję i był już pewien, że Victorin go chce. Wprost błagała, żeby ją posiadł. Na myśl o tym zaschło mu w ustach, a jego podniecenie sięgnęło aż do krocza. Dostał tak silnej erekcji, że nie dało się tego ukryć, ale miał to gdzieś. Za chwilę i tak zdejmie spodnie.
Kiedy wrócił do salonu z kawą, ciastem i szesnastoletnim rumem gujańskim, Victorin na wpół leżała na kanapie z przymkniętymi oczami. Sukienka podwinęła się jeszcze wyżej, a jej uda wyglądały jak jaśniejąca na tle ciemnego materiału macica perłowa. Bohlin był zafascynowany tym widokiem, bo nigdy wcześniej nie miał do czynienia z taką kobietą. Seksowna Victorin przyszła do jego salonu i leżała na jego kanapie. Słysząc, że wrócił, otworzyła oczy i powiedziała:
- O, przepraszam.
Bohlin postawił tacę na stole, a kiedy nalewał kawę do filiżanek, drżały mu dłonie.
- Przepraszam, jeśli sprawiam kłopot, ale chce mi się pić - szepnęła Victorin. - Czy mógłby mi pan przynieść trochę wody?
- Oczywiście - odparł Bohlin i znowu wyszedł do kuchni. Wyjął szklankę, nalał do niej wody, wrócił do salonu i usiadł na kanapie obok Charlotte. Był już tak podniecony, że z trudem oddychał. Odwrócił się, spojrzał jej w oczy i zobaczył w nich pożądanie. Victorin wysunęła język między rozchylone wargi, a on położył dłoń na jej ciepłym, miękkim udzie. Niech to szlag, pomyślał. Miał już taki wzwód, że z trudem nad sobą panował.
- Poczekaj - powiedziała Charlotte i napiła się wody ze szklanki, którą przyniósł jej Bohlin. Potem podała mu kieliszek z alkoholem, a drugi wzięła dla siebie.
- Na zdrowie - powiedziała. - Za tę fantastyczną kolację i za to, co przyniesie nam przyszłość.
Bohlin wypił trochę i nawet nie przyszło mu na myśl, żeby choć trochę zakręcić kieliszkiem. Poczuł, jak smak trunku wypełnia mu usta i pali przełyk aż do żołądka. Przez cały czas utrzymywał kontakt wzrokowy z Victorin, która wypiła zawartość swojego kieliszka i spojrzała na niego wyzywającym wzrokiem. Bohlin odpowiedział jej w ten sam sposób, a ona skinęła mu głową.
- Rozbierz się - powiedziała cichym głosem, po czym zmrużyła oczy i ściągnęła sukienkę przez głowę. Miała na sobie obcisłe majtki i prześwitujący czarny koronkowy biustonosz, który wysoko podtrzymywał jej biust. Bohlin poluzował krawat, a guziki od koszuli rozpinał z taką energią, że się poodrywały i rozleciały po podłodze. Był już tak podniecony, że chciał jak najszybciej zdjąć ubranie. Victorin wstała z kanapy, stanęła do niego tyłem, pochyliła się i otworzyła torebkę. Bohlin chwycił ją za pośladki, ale Charlotte odsunęła się od niego.
- Spokojnie - powiedziała. - Połóż się na kanapie, a ja zajmę się tobą w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłeś.
Złożyła przy tym usta jak do pocałunku, dotknęła palcami piersi, przesunęła dłońmi po brzuchu i wsunęła je pod majtki. Jęknęła, a Bohlin, który nie odrywał od niej wzroku, robił, co mu kazała. Leżał z silnym wzwodem na kanapie i obserwował, jak Victorin wyjmuje z torebki skórzany pejcz i parę kajdanek w skórzanych nakładkach. Na widok tych narzędzi trochę się przestraszył, ale ciekawość wzięła górę.
- Teraz się zabawimy - zaproponowała Victorin. - Masz ochotę?
Bohlin chciał jej odpowiedzieć, ale nie mógł, bo jego ciało przestało go słuchać. Chciał unieść dłoń, żeby skinieniem ręki wyrazić zgodę, ale też nie mógł. Zauważył, że wzrok Victorin uległ zmianie, stał się nagle zimny i wyrachowany. Nie mógł zrozumieć, co jej się stało.
- Wyciągnij ręce - powiedziała, ale on nie mógł się poruszyć. Jego mózg wysłał polecenie, ale ciało nie zareagowało. Victorin kilkoma szybkimi ruchami nałożyła mu kajdanki i skórzany, nabijany nitami biustonosz. Bohlin widział ją słabo i niewyraźnie, oczy zaszły mu mgłą. Chciał zaprotestować, ale nie mógł. Victorin posmarowała mu czymś wargi i oczy, a do jego otumanionego mózgu dopiero teraz zaczęła docierać świadomość tego, co się działo. Domyślił się, że kiedy poszedł do kuchni po wodę, Victorin dosypała mu do kieliszka jakiegoś środka. Ochota na dalsze igraszki od razu mu przeszła. Walczył, żeby odzyskać nad sobą kontrolę, ale bez powodzenia. Bezsilnie obserwował, jak Victorin wyjmuje telefon i robi mu jedno zdjęcie za drugim.