Większość z nas lubi się bać. Choć często się do tego nie przyznajemy, intrygują nas rozmaite potwory oraz mroczne historie. Dlatego tak popularne jest halloween, ale również słowiańskie dziady. Te ostatnie wcale nie oznaczają niczego dziadowskiego czy dziaderskiego, lecz odnoszą się do duchów włóczących się po świecie. Można w nie wierzyć bądź nie, tak samo jak można wierzyć w ożywioną dynię Jack-o'-lantern, wędrujące od drzwi do drzwi upiory lub w bazyliszka.
Pewne jest, że tego roku jesień sprzyjała snuciu marzeń o udanej zabawie. Pogoda była piękna, mimo końcówki października na drzewach wciąż było sporo złotych liści, a w powietrzu unosiło się babie lato. Delikatny wietrzyk był chłodny, ale nie zimny. W takie dni nikt, nawet najpilniejszy uczeń, nie lubi chodzić do szkoły.
Dlatego gdy tylko Zagadkowi Agenci skończyli piątkowe lekcje, czym prędzej pobiegli do fortalicji państwa Deryłów, by wziąć Toskę na spacer. Szczenię cane corso powitało ich radosnym popiskiwaniem oraz merdaniem ogonem. Ledwie minęło południe, gdy cała czwórka - Ewa, bracia Eryk i Roman oraz Toska - wyruszyła w drogę. Skierowali się poza miasto, by napawać się widokiem złocistoczerwonego lasu oraz świeżym, rześkim powietrzem.
- Myślicie, że pogoda się utrzyma do jutra? - zagadnęła Ewa. - Parasol nie będzie pasował do mojego stroju.
- Każdy upiór z parasolką wygląda głupio - skwitował Roman. - Ale w prognozie zapowiadali, że ma być równie pięknie jak dzisiaj.
Eryk wskazał w niebo na niewielkie, kształtne chmury.
- Delikatne cumulusy zwiastują utrzymanie pogody - stwierdził naukowym tonem. - Natomiast gdy niebo pokrywają takie bardzo drobne, postrzępione obłoczki, czyli altocumulusy, należy spodziewać się zmiany pogody.
- Meteorolog się znalazł - mruknął starszy z Deryłów.
- Możesz o tym poczytać w podręczniku do geografii.
- Po co, skoro i tak mi o tym opowiesz?
Roman puścił do brata oko, a Ewa odetchnęła, że ich wymiana zdań nie przerodziła się w kłótnię. Choć Deryłowie kłócili się bardzo rzadko i byli zgranym rodzeństwem, sporadycznie zdarzało im się poprztykać nadzwyczaj żywiołowo.
- W każdym razie zabawa będzie przednia - dziewczynka zapobiegawczo zmieniła temat. - Szykuje się do niej całe miasteczko. Pan burmistrz Sigmundo przygotował nawet specjalne dekoracje.
- Tylu wydrążonych dyń nigdy nie widziałem... - dodał Roman. - Gdy zapadnie noc i zapalą się w nich świeczki, to będzie rewelacyjny widok.
- W kulturze Słowian nazywano je kraboszkami - zauważył Eryk. - Karmiło się je miodem, kaszą, a nawet wódką... To znaczy: stawiało się przed nimi te pokarmy.
- A ludzie następnego dnia albo w nocy sami je zjadali i wypijali.
- Nie wierzysz w duchy? - Ewa z uśmiechem spojrzała na Romana. Wyprężyła się, prezentując wielką dynię na koszulce. - Sądzę, że gdyby jakiś duch pojawił się nagle obok nas, ty pierwszy byś uciekał.
- Wcale nie!
- Naprawdę? Ale...
Ewa urwała w pół zdania. Zwróciła uwagę na Toskę, która zjeżyła się i zaczęła warczeć. Zbliżali się właśnie do skraju lasu rosnącego na samej granicy miasteczka. Wtem zza linii drzew wyłoniło się przerażające monstrum. To był prawdziwy potwór z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonymi oczami. Toska szczeknęła, Ewa i Eryk zastygli w bezruchu, a Roman odskoczył do tyłu. Monstrum ruszyło wprost na nich.