Przedmowa
PRZEDMOWA
DZIECIŃSTWO JAKO KWESTIA SPOŁECZNA
Jakiś czas temu narodził się społeczny ruch zajmujący się zagadnieniami
związanymi z dzieciństwem i nie powstał on z inicjatywy jednej osoby,
którą szczególnie zainteresowały owe problemy. Przypominał raczej
naturalną erupcję, tak jak na obszarze charakteryzującym się aktywnością
wulkaniczną tu i ówdzie dochodzi do spontanicznych wybuchów. Tak właśnie
rodzą się wielkie ruchy. Niewątpliwie do jego powstania przyczyniła się
nauka; to ona spowodowała zainteresowanie okresem dzieciństwa i stała
się podstawą społecznego ruchu. Zrozumienie zasad higieny przyczyniło
się do zmniejszenia śmiertelności wśród dzieci. Nauka udowodniła, że
dzieciństwo ugina się pod brzemieniem szkoły i jest zapoznanym
męczennikiem skazanym na dożywocie, gdyż jego kres to zarazem koniec
okresu szkolnego.
Pochylenie się nad problemem higieny szkolnej doprowadziło do ujawnienia
obrazu nieszczęsnego dzieciństwa, stłamszonych dusz, umęczonej
inteligencji, zgarbionych pleców i zapadłych piersi, obrazu dzieciństwa
podatnego na gruźlicę.
Dopiero po trzydziestu latach badań zaczęliśmy traktować dziecko jak
ludzką istotę ignorowaną przez społeczeństwo, a wcześniej przez tych,
którzy sprowadzili je na świat i utrzymują przy życiu. Czym jest
dzieciństwo? Ciągłym zawadzaniem dorosłemu, stale zajętemu i zmęczonemu
coraz bardziej absorbującymi obowiązkami. Nie ma miejsca na dzieciństwo
w coraz ciaśniejszych mieszkaniach współczesnych miast, w których muszą
się gnieździć rodziny. Nie ma dla niego miejsca na coraz bardziej
ruchliwych ulicach ani na zatłoczonych chodnikach. Dorosłym brak czasu
na zajmowanie się dziećmi, gdyż przytłaczają ich pilne obowiązki.
Zarówno ojcowie, jak i matki muszą pracować, a brak pracy grozi
ubóstwem, które niszczy zarówno dorosłych, jak i dzieci. Nawet żyjące w najlepszych warunkach dziecko pozostaje zamknięte w swoim pokoju,
powierzone opiece wynajętych za pieniądze obcych ludzi i nie wolno mu
wchodzić do tej części domu, w której przebywają ci, którym zawdzięcza
życie. Nie ma schronienia, w którym dziecięca dusza znalazłaby
zrozumienie i gdzie dziecko mogłoby oddawać się właściwym jego wiekowi
zajęciom. Musi być grzeczne i ciche i ma niczego nie dotykać, bo nic nie
należy do niego. Wszystko stanowi nienaruszalną i wyłączną własność
dorosłych i jest dla dziecka niedostępne. Czy jest coś, co do niego
należy? Nie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było nawet krzesełek dla
dzieci. Stąd bierze się popularne powiedzenie, które dzisiaj ma jedynie
metaforyczny sens: "Kiedy jeszcze trzymałam cię na kolanach".
Kiedy dziecko siadało na meblach przeznaczonych dla dorosłych albo na
podłodze, karcono je. Ktoś musiał je wziąć na kolana. Sytuacja dziecka
żyjącego w otoczeniu urządzonym z myślą o dorosłych była sytuacją
natręta, który szuka czegoś dla siebie, ale tego nie znajduje, i gdy
tylko się pojawi, zostaje odrzucony. Przypominała sytuację człowieka
pozbawionego praw obywatelskich i własnego środowiska; osoby zepchniętej
poza nawias społeczeństwa, której nie należy się szacunek, którą można
obrażać i karać w imię praw Natury, czytaj: dorosłych.
Jakieś dziwne zjawisko psychiczne powodowało, że dorośli nigdy nie
zadawali sobie trudu, by przygotować odpowiednie środowisko dla swych
dzieci; wyglądało to, jakby ich obecność w organizmie społecznym była
czymś wstydliwym. Ustanawiając prawa dla siebie, człowiek pozostawiał
własnego następcę bez jakichkolwiek praw, a więc poza prawem. Zostawiał
go bez żadnego ukierunkowania, na łasce i niełasce instynktu tyranii,
jaki drzemie na dnie serca każdego dorosłego. Tak właśnie wyglądało
dzieciństwo przynoszące na świat nową energię, która powinna być
regenerującym oddechem zdolnym rozproszyć duszące wyziewy gromadzące się
z pokolenia na pokolenie podczas pełnego błędów życia człowieka.
Aż nagle w społeczeństwach, które od wieków, prawdopodobnie od zarania
dziejów, pozostawały ślepe i nieczułe na los dziecka, narodziła się nowa
świadomość. Zasady higieny pospieszyły nagle na ratunek niczym podczas
katastrofy, kataklizmu powodującego liczne ofiary; zaczęto walczyć ze
śmiertelnością dzieci w pierwszym roku życia; ofiary były tak liczne, że
tych, którzy przeżyli, można było porównać do ocalałych z potopu. Kiedy
na początku dwudziestego wieku zasady higieny zaczęły przenikać do ludu
i ulegać rozpowszechnieniu, życie dziecka przybrało zupełnie inny obrót.
Szkoły uległy takiemu przekształceniu, że te, które istniały dłużej niż
dziesięć lat, zdawały się pochodzić sprzed stulecia. Metody pedagogiczne
skręciły ku łagodności i tolerancji zarówno w rodzinach, jak i szkołach.
Poza zastosowaniem w praktyce wyników badań naukowych tu i ówdzie
pojawiały się także liczne inicjatywy podyktowane uczuciem. Obecnie
wielu reformatorów bierze już pod uwagę dzieciństwo; urbaniści w swych
projektach przewidują powstanie ogródków jordanowskich; projektując
place i parki, pamiętają o wyznaczeniu terenów przeznaczonych specjalnie
dla dzieci; dzieci uwzględnia się, budując teatry, wydaje się dla nich
książki i pisemka, organizuje wycieczki, projektuje meble o odpowiednich
proporcjach. I wreszcie, wypracowując świadomą organizację klas, staramy
się zaszczepić w dzieciach pojęcie dyscypliny społecznej i godności
jednostki, jaka się z nią wiąże, w organizacjach takich jak harcerstwo
czy "republiki dziecięce". Rewolucyjni reformatorzy polityczni naszych
czasów próbują zawłaszczyć dzieciństwo, aby uczynić zeń bezwolne
narzędzie do realizacji własnych planów. Niezależnie od tego, czy jest
używane w dobrej, czy złej wierze, z lojalnym zamiarem wspomożenia go
lub w celu wykorzystania jako narzędzie do realizacji własnych celów,
dzieciństwo stało się dziś wszechobecnym tematem. Narodziło się jako
element społeczeństwa. Potężny i docierający wszędzie. Wykroczyło poza
rodzinę. Dziecko przestało być figurką, która w swym najlepszym ubranku
grzecznie drepcze prowadzona za rękę przez ojca, uważając, by nie
zabrudzić niedzielnego stroju. Nie, dziecko zyskało osobowość, która
wtargnęła do społeczeństwa.
Teraz każde sprzyjające mu posunięcie nabrało znaczenia.
Jak już powiedziano, zjawisko to nie zostało zapoczątkowane przez
jakiegokolwiek inicjatora, nie podlega też żadnemu kierownictwu, jego
przebiegu nie koordynuje organizacja; musimy więc stwierdzić, że
nadeszła godzina dzieciństwa. Konsekwencją tego faktu jest pojawienie
się w całej pełni zagadnienia o niezwykłym znaczeniu: społecznej kwestii
dzieciństwa. Warto należycie ocenić ogromną wagę owego ruchu dla
społeczeństwa, dla cywilizacji, dla całej ludzkości. Wszelkie
sporadyczne inicjatywy, zrodzone bez wzajemnych powiązań, okazały się
zupełnie niekonstruktywne; dowodzą jedynie, że w naszym otoczeniu
pojawił się realny i powszechny impuls do wielkiej reformy społecznej.
Jest ona o tyle ważna, że zwiastuje nadejście nowych czasów i nowej ery
cywilizacji; jesteśmy ostatnimi niedobitkami minionej epoki, w której
ludzie zajmowali się stworzeniem dla siebie odpowiedniego środowiska, by
łatwo i wygodnie żyć - środowiska dla dorosłej części ludzkości.
Stoimy teraz u progu nowej ery, w której trzeba będzie pracować na rzecz
dwóch różnych form ludzkości: dorosłej i dziecięcej. Zmierzamy ku
cywilizacji, która będzie musiała stworzyć dwa współistniejące
środowiska, dwa całkiem różne światy: świat człowieka dorosłego i świat
dziecka.
Zadaniem, jakie nas czeka, nie jest sztywna i zewnętrzna organizacja już
zapoczątkowanych ruchów społecznych. Nie idzie o to, by ułatwić
skoordynowanie rozmaitych publicznych i prywatnych inicjatyw
działających na rzecz dzieciństwa. Mówilibyśmy wówczas o organizacji
pomocowej dorosłych na rzecz zewnętrznego obiektu - dziecka.
Tymczasem społeczna kwestia dzieciństwa sięga korzeniami naszego życia
wewnętrznego, dociera do nas, dorosłych, aby wstrząsnąć naszą
świadomością i nas odnowić. Dziecko nie jest kimś obcym, na kogo dorosły
może spoglądać jedynie z zewnątrz, kierując się obiektywnymi kryteriami.
Dzieciństwo stanowi najważniejszy, bo konstruktywny element życia
dorosłego.
To, czy człowiek jest dobry lub zły w wieku dojrzałym, jest ściśle
związane z dzieciństwem, z którego się wywodzi. Wszystkie nasze błędy
odbijają się na naszych dzieciach i wywierają na nie niezatarty wpływ.
My umrzemy, ale one będą ponosiły konsekwencje zła, które wypaczyło ich
umysły na zawsze. Jest to ciągły, niedający się przerwać cykl.
Dotknięcie dziecka to dotknięcie najczulszego punktu całości, której
korzenie sięgają najbardziej odległej przeszłości i która zmierza ku
nieskończonej przyszłości. Dotknięcie dziecka oznacza dotknięcie
najdelikatniejszego i najbardziej żywotnego punktu, w którym wszystko
może zostać postanowione i odnowione, w którym wszystko tętni życiem, w którym zamknięte są sekrety duszy, bo w nim dokonuje się kształtowanie
człowieka.
Świadoma praca na rzecz dzieciństwa, prowadzona konsekwentnie do końca z cudownym zamiarem ocalenia go, oznaczałaby odkrycie tajemnicy
człowieczeństwa, podobnie jak tylu innych tajemnic świata zewnętrznego.
Społeczna kwestia dzieciństwa przypomina maleńką, ledwie kiełkującą
roślinkę, która zachwyca nas swoją świeżością. Jednak szybko zdajemy
sobie sprawę, że owa roślinka ma mocne i głębokie korzenie, które
niełatwo wyrwać. Trzeba kopać i to kopać głęboko, aby odkryć, że
korzenie te biegną we wszystkich kierunkach i ciągną się daleko na
kształt labiryntu. Chcąc wyrwać roślinkę, trzeba by usunąć całą ziemię.
Owe korzenie symbolizują podświadomość w historii ludzkości.
Trzeba usunąć wszelkie statyczne, skrystalizowane w ludzkiej duszy
rzeczy powodujące, że człowiek nie potrafi zrozumieć dzieciństwa ani
zyskać intuicyjnej wiedzy na temat własnej duszy.
Zadziwiająca ślepota dorosłych, ich nieczułość względem dzieci - owoce
ich własnego życia - ma niewątpliwie głębokie korzenie sięgające wielu
pokoleń, a dorosły, który kocha dzieci, lecz nieświadomie nimi gardzi,
jest powodem ich sekretnego cierpienia, będącego odbiciem naszych
błędów, ostrzeżeniem dotyczącym naszego zachowania. Wszystko to świadczy
o powszechnym, choć niedostrzeganym konflikcie między dorosłym i dzieckiem. Społeczne zagadnienie dzieciństwa pozwala nam wniknąć w prawa
kształtowania się człowieka i pomaga zbudować nową świadomość, a co za
tym idzie, nadać nowy kierunek naszemu życiu społecznemu.
I. Stulecie dziecka
I
STULECIE DZIECKA
Szybki i zdumiewający postęp, jaki w ciągu zaledwie kilku lat dokonał
się w zakresie opieki nad dziećmi oraz wychowania, można raczej powiązać
z przebudzeniem świadomości niż z ewolucją warunków życia. Postęp
widoczny jest nie tylko w dziedzinie higieny niemowląt, która rozwinęła
się w ostatniej dekadzie dziewiętnastego wieku, także na samą osobowość
dziecka zaczęto spoglądać pod różnymi aspektami, dostrzegając jej coraz
większe znaczenie.
Niemożliwe jest dziś zgłębienie którejkolwiek gałęzi medycyny, filozofii
czy nawet socjologii bez uwzględnienia wiedzy wynikającej ze znajomości
zjawiska, jakim jest dzieciństwo. Jakkolwiek blado by to wypadło, można
ów wkład porównać do wpływu, jaki embriologia wywarła na wszystkie
dziedziny biologii, a nawet na wiedzę z zakresu ewolucji. Jednak w przypadku dziecka należy uznać nieskończenie większy wpływ na wszelkie
kwestie dotyczące ludzkości.
To nie dziecko fizyczne jest w stanie dostarczyć dominującego i potężnego bodźca do naprawy rodu ludzkiego, lecz dziecko psychiczne. To
duch dzieciństwa może określić, jak będzie wyglądał realny postęp
ludzkości, a kto wie, może i początek nowej cywilizacji. Szwedzka
pisarka i poetka Ellen Key przepowiedziała, że nasze stulecie będzie
wiekiem dziecka.
Ten, kto miałby cierpliwość, aby przewertować historyczne dokumenty,
napotkałby niezwykłą zbieżność idei w pierwszym przemówieniu
koronacyjnym króla Włoch Wiktora Emanuela III z 1900 roku (dokładnie u progu nowego stulecia), który obejmował panowanie po swym zamordowanym
ojcu; odnosząc się do nowej ery, jaka zaczynała się wraz z początkiem
wieku, król określił ją jako "stulecie dzieciństwa".
Jest bardzo prawdopodobne, że owo niemal profetyczne określenie
odzwierciedlało wpływ, jaki wywarła nauka, która w ostatnim
dziesięcioleciu dziewiętnastego wieku przedstawiała dziecko jako
cierpiące, dziesięć razy bardziej zagrożone śmiercią z powodu chorób
zakaźnych niż człowiek dorosły, a także jako ofiarę szkolnej opresji.
Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że dziecko kryje w sobie tajemnicę
życia, że potrafi uchylić zasłony ludzkiej duszy, że nosi w sobie ową
niewiadomą, niezbędną, by dać człowiekowi dorosłemu możliwość
rozwiązania jego problemów osobistych i społecznych. Takie podejście
może stać się fundamentem nowej dziedziny badań nad dzieciństwem,
mogącej wpłynąć na całokształt życia społecznego ludzi.
Psychoanaliza i dziecko
Psychoanaliza otworzyła nieznane dotąd obszary badań naukowych, wnikając
w sekrety podświadomości; choć praktycznie nie rozwiązała żadnego
problemu nękającego ludzi w życiu codziennym, jednak może ona pomóc
zrozumieć znaczenie "ukrytego dziecka".
Można powiedzieć, że psychoanaliza przedarła się przez zasłonę
świadomości, uważanej dotąd w psychologii za barierę nie do pokonania,
coś w rodzaju Słupów Heraklesa z historii starożytnej, symbolizujących
według dawnych wierzeń krańce świata. Psychoanaliza poszła dalej:
dotarła do oceanu podświadomości. Bez jej odkryć trudno byłoby opisać
znaczenie znajomości psychiki dziecka dla pogłębionych badań problemów
człowieka.
Wiadomo że to, co później przerodziło się w psychoanalizę, początkowo
było jedynie nową metodą leczenia chorób psychicznych, innym słowem -
gałęzią medycyny. Naprawdę imponującym dokonaniem psychoanalizy było
odkrycie potęgi podświadomości i jej wpływu na ludzkie działania.
Obalając dawne przekonania, psychoanaliza stała się sposobem badania
reakcji psychicznych występujących bez udziału świadomości i ujawniających pod postacią sygnału zwrotnego utajone fakty i nieuświadamianą rzeczywistość. Reakcje owe ukazały istnienie dotąd
nieznanego, niewyobrażalnie rozległego świata, w pewnym sensie
powiązanego z przeznaczeniem każdej istoty ludzkiej. Nie udało się
jednak opisać tego niezbadanego świata. Minąwszy Słupy Heraklesa, nie
zapuszczono się w bezmiar oceanu. Przeświadczenie przypominające
mityczne wierzenie starożytnych Greków powstrzymało Freuda od
wykroczenia poza granice patologii.
Już w czasach Charcota, w dziewiętnastym stuleciu, psychiatria
zainteresowała się kwestią podświadomości.
Tak jak wzburzone żywioły na skutek wewnętrznego wrzenia eksplodują, tak
też podświadomość utorowała sobie drogę na powierzchnię i ujawniła się w wyjątkowych przypadkach najpoważniejszych chorób psychicznych. Dlatego
niezwykłe zjawiska podświadomości, tak różniące się od przejawów
świadomości, zostały uznane po prostu za objaw chorobowy. Freud znalazł
sposób dotarcia do podświadomości za pomocą pracochłonnej techniki,
jednak on również pozostał niemal wyłącznie w sferze patologii. Bo po
cóż zdrowi ludzie mieliby się poddawać bolesnej psychoanalizie?
Rodzajowi operacji na duszy?
I tak Freud, lecząc chorych, przenosił wnioski ze swych badań na pole
psychologii; wnioski te, w większości wynikające z obserwacji jednostek
i oparte na podstawach odbiegających od normalności, stały się podwaliną
nowej psychologii. Freud potrafił sobie wyobrazić bezmiar oceanu, lecz
nań nie wypłynął; i widział go jedynie jako wzburzoną cieśninę.
Dlatego teorie Freuda okazały się niesatysfakcjonujące, podobnie jak
techniki leczenia chorych, które nie zawsze prowadziły do uleczenia
"chorób duszy". Przyzwyczajenia społeczne bazujące na prastarym
doświadczeniu stały się więc barierą dla niektórych uogólnień
Freudowskich teorii. Tymczasem to właśnie nowe odkrycia powinny były
obalić tradycję, tak jak rzeczywistość obala wyobrażenia. Być może
zbadanie owej niezmierzonej rzeczywistości wymagałoby czegoś innego niż
metoda leczenia klinicznego czy teoretyczna dedukcja.
Sekret dziecka
Być może wniknięcie w owo obszerne i niezbadane pole jest zadaniem dla
różnych dziedzin nauki z ich różnym podejściem do rozmaitych pojęć. Jego
celem są studia nad człowiekiem od jego początków, mające na celu
rozszyfrowanie w duszy dziecka drogi jego rozwoju przebiegającego
poprzez konflikty z otoczeniem, i odkrycie sekretu zmagań powodujących,
że ludzka dusza pozostaje skomplikowana i tajemnicza.
Psychoanaliza dotknęła owej tajemnicy. Jednym z najbardziej
fascynujących odkryć, jakie zawdzięczamy zastosowaniu techniki
psychoanalizy, było odkrycie źródeł psychozy w odległych czasach
dzieciństwa. Przywoływane z nieświadomości wspomnienia ukazywały
nieznane powszechnie dziecięce cierpienia; tak dalece odbiegały one od
panujących wyobrażeń, że stały się najbardziej szokującym i przejmującym
odkryciem psychoanalizy. Ich natura była wyłącznie psychiczna, a sposób
odczuwania powolny i ciągły. Zupełnie nie kojarzono ich występowania z zaistniałą później u osoby dorosłej chorobą psychiczną. Mamy tu na myśli
tłumienie spontanicznej aktywności dziecka przez mającego nad nim
przewagę dorosłego, zwłaszcza tego, który ma na dziecko największy
wpływ, a więc przez matkę.
Należy wyraźnie rozróżnić dwa poziomy badań, na jakich dokonuje się
psychoanaliza. Na bardziej powierzchownym odbywa się zderzenie
instynktów jednostki z warunkami środowiskowymi, do których jednostka
musi się dostosować, a które nierzadko stoją w sprzeczności z instynktownymi pragnieniami. Z takiego konfliktu rodzą się uleczalne
przypadki, w których można bez trudu dotrzeć do źródeł zaburzeń i wyciągnąć je na poziom świadomości. Drugi poziom leży głębiej, we
wspomnieniach z dzieciństwa, i nie idzie tu o konflikt między
człowiekiem i jego otoczeniem społecznym, lecz między dzieckiem i matką,
ogólniej - między dzieckiem i dorosłym.
Psychoanaliza zaledwie dotknęła owego, mającego związek z trudnymi do
wyleczenia schorzeniami konfliktu, toteż nie wszedł on w zakres praktyki
lekarskiej, lecz jest traktowany jedynie jako element wywiadu, czyli
próby interpretacji przypuszczalnych przyczyn choroby.
We wszystkich chorobach, także fizycznych, uznaje się ogromne znaczenie
zdarzeń z dzieciństwa, a schorzenia mające swoje źródła właśnie w tym
okresie życia należą do najgroźniejszych i najtrudniejszych do leczenia.
Można zatem powiedzieć, że dzieciństwo jest kuźnią predyspozycji.
O ile jednak wskazania dotyczące chorób somatycznych zaowocowały
rozwojem takich dziedzin nauki, jak higiena niemowląt, opieka nad
dziećmi, a nawet eugenika oraz powstaniem praktycznego ruchu społecznego
na rzecz zreformowania fizycznego leczenia dzieci, o tyle nie stało się
tak w przypadku psychoanalizy. Stwierdzenie, że poważne zaburzenia
psychiczne u dorosłych, a także predyspozycje do nasilonej skłonności do
konfliktów osoby dorosłej ze światem zewnętrznym mają swoje źródło w dzieciństwie, nie doprowadziło do żadnych praktycznych wniosków co do
życia dziecka.
Być może stało się tak dlatego, że psychoanaliza skoncentrowała się na
technice badania podświadomości. Ta sama technika, która doprowadziła do
odkryć u dorosłego człowieka, w odniesieniu do dziecka stała się
przeszkodą. Dziecko ze swej natury nie poddaje się tej samej technice;
ono nie może mieć wspomnień z dzieciństwa, gdyż samo jest dzieciństwem.
Trzeba je raczej obserwować niż badać, ale obserwować pod kątem psychiki
i szukania konfliktów, jakie przeżywa dziecko w kontaktach z dorosłymi i ze środowiskiem społecznym. Jest oczywiste, że taki punkt widzenia
sytuuje nas poza zakresem technik i teorii psychoanalitycznych, kierując
ku nowemu polu obserwacji, a mianowicie funkcjonowaniu dziecka w społeczeństwie.
Nie idzie tu o pokonywanie zawiłości badania osoby chorej, ale o otwarcie w rzeczywistości ludzkiego życia przestrzeni zorientowanej na
psychikę dziecka. Praktycznym problemem jest całe życie człowieka i proces jego rozwoju od chwili narodzin. Nie znamy tej strony historii
ludzkiego życia, która opowiada o życiu psychicznym człowieka, o wrażliwym dziecku, które napotyka na swej drodze przeszkody, gubi się
w przerastających je, nierozwiązywalnych konfliktach z dominującym, lecz
starającym się go zrozumieć dorosłym. Białej karty nieskażonej i delikatnej duszy dziecka nie naruszyły jeszcze nieznane cierpienia,
które mogłyby budować w jego podświadomości gorszego człowieka wbrew
zamysłom natury.
To złożone zagadnienie zostało opisane, lecz nie w powiązaniu z psychoanalizą. Ta bowiem ogranicza się do pojęcia choroby i do medycyny
leczącej, natomiast kwestia sfery psychicznej dziecka obejmuje
profilaktykę, ponieważ dotyczy zwykłego i ogólnego traktowania dzieci,
które mogłoby pomóc uniknąć przeszkód i konfliktów, a co za tym idzie,
ich konsekwencji w postaci chorób psychicznych, którymi zajmuje się
psychoanaliza, lub po prostu braku równowagi psychicznej, która według
psychoanalityków dotyczy niemal całej ludzkości.
Tak więc wokół dziecka powstaje zupełnie nowe pole badań naukowych,
niezależne nawet od istniejącego równolegle pola badań
psychoanalitycznych. Jest to zasadniczo forma wspierania życia
psychicznego dziecka, mieszcząca się całkowicie w normalności i w dziedzinie wychowania. Polega ona jednak na wniknięciu w nieznane dotąd
zjawiska psychiczne u dziecka, a równocześnie na przebudzeniu dorosłego,
który ma błędne podejście do dziecka, biorące się z podświadomości.
II. Oskarżony
II
OSKARŻONY
Pojęcie wyparcia, którego Freud używa w odniesieniu do najgłębszych
przyczyn zaburzeń psychicznych u dorosłych, stanowi ilustrację samą w sobie.
Dziecko nie może się rozwijać w normalny sposób, tak jak powinien to
robić człowiek w tym okresie życia. Dzieje się tak z winy dorosłych,
którzy je tłumią. Dorosły to abstrakcyjne określenie. Dziecko jest w społeczeństwie istotą wyizolowaną, dlatego gdy ktoś z dorosłych ma nad
nim kontrolę, natychmiast staje się kimś określonym - to osoba mu
najbliższa, a więc zazwyczaj matka, następnie ojciec i wreszcie
nauczyciele.
Tym właśnie osobom społeczeństwo powierza przeciwne zadanie i przypisuje
im zasługę wychowania i sprawowania pieczy nad rozwojem dziecka.
Tymczasem z badań nad głębinami duszy wyłania się oskarżenie
skierowane przeciwko tym, którzy uważają się za strażników i dobroczyńców ludzkości. Stają się oni oskarżonymi. Ponieważ jednak są
ojcami lub matkami, a wielu także nauczycielami i opiekunami dzieci,
oskarżenie zostaje skierowane ogólnie w stronę dorosłych -
społeczeństwa, które powinno być odpowiedzialne za dziecko. Owo
zdumiewające oskarżenie ma w sobie coś apokaliptycznego, jest tajemnicze
i przerażające niczym głos na Sądzie Ostatecznym pytający: "Cóż
uczyniłeś z dziećmi, które ci powierzyłem?".
Pierwszą reakcją na to oskarżenie jest protest, reakcja obronna:
"Zrobiliśmy co w naszej mocy; kochamy dzieci i poświęcamy się dla nich".
Mamy tu do czynienia z dwiema przeciwstawnymi koncepcjami: jedną
świadomą i drugą odnoszącą się do nieuświadomionych zjawisk. Postawa
obronna jest dobrze znana, stara i zakorzeniona, i to nie ona nas
interesuje. To, co się liczy, to oskarżenie, a raczej oskarżony, który
błąka się i trudzi, próbując udoskonalić metody wychowawcze i gubiąc się
w labiryncie problemów niczym w lesie, z którego, mimo iż jest otwarty,
nie ma wyjścia, a wszystko dlatego, że nie ma świadomości błędu, jaki
leży u podstaw jego postępowania.
Wypowiadając się na rzecz dziecka, musimy utrwalić postawę
oskarżycielską względem dorosłego, i to bez usprawiedliwień czy
wyjątków.
I oto w jednej chwili oskarżenie staje się czymś fascynującym, na czym
skupiamy uwagę. Nie dotyczy ono błędów niezamierzonych, co byłoby
poniżające i wskazywało na wady i braki. Wskazuje natomiast błędy
nieświadome, przez co prowadzi do rozwoju i samopoznania. Każdy
prawdziwy rozwój jest wynikiem odkrycia i wykorzystania tego, co
wcześniej było nieznane.
To dlatego ludzie zawsze podchodzili dwojako do własnych błędów. Każdy
czuje się urażony, mając świadomość popełnienia błędu, natomiast
pociągają go i fascynują błędy mimowolne. Błąd nieświadomy nosi w sobie
tajemnicę doskonałości wykraczającą poza znane i określone granice i wznosi nas na wyższy poziom. Dlatego średniowieczny rycerz był gotów
pojedynkować się z powodu najbłahszego oskarżenia, podającego w wątpliwość jego świadome działanie, natomiast korzył się przed ołtarzem,
wyznając uniżenie: "Moja wina, wyznaję to przed wszystkimi; tylko ja
ponoszę winę".
Interesujące przykłady takiej sprzeczności można znaleźć w historiach
biblijnych. Jaka siła zjednoczyła tłumy wokół Jonasza w Niniwie i dlaczego wszystkich, od króla po lud, ogarnął entuzjazm, który popchnął
ich do przyłączenia się do wyznawców proroka? Oskarżył ich on, że są
strasznymi grzesznikami, i zagroził, że jeśli się nie nawrócą, Niniwa
zostanie zniszczona. W jaki sposób Jan Chrzciciel zwracał się do tłumów
nad brzegami Jordanu, jakimi słowami skusił je, by tak licznie za nim
podążyły? Nazwał je "żmijowym plemieniem".
Oto zjawisko duchowe: ludzie zbiegają się do kogoś, kto ich oskarża, a to oznacza, że godzą się z oskarżeniami, uznają je. Są to oskarżenia
ciężkie i bezwzględne, odwołujące się do głębokich warstw
nieświadomości, aby skonfrontować je ze świadomością. Wszelki rozwój
duchowy polega na uświadomieniu sobie tego, co wcześniej pozostawało
poza zasięgiem świadomości. W taki sam sposób rozwój cywilizacji
postępuje na drodze odkryć.
I tak, aby zacząć traktować dziecko inaczej, niż to się robi dzisiaj,
aby uchronić je przed konfliktami zagrażającymi jego psychice, trzeba
najpierw dokonać pewnej podstawowej, zasadniczej zmiany, od której
wszystko zależy: zmienić dorosłego. W istocie, oświadczając, że robi, co
może, i że - jak twierdzi - jego miłość do dziecka popycha go do
poświęceń, przyznaje, że stanął w obliczu niemożliwości. Powinien
koniecznie przekroczyć tę granicę i wyjść poza to, co dobrze mu znane,
zgodne z jego wolą i świadome.
Nieznane dotyczy także dziecka. To część jego duszy, która zawsze
pozostawała nieznana, a którą należy poznać. Także dziecko potrzebuje
odkrycia, które prowadzi ku nieznanemu. Bo poza dzieckiem, które jest
obiektem obserwacji i badania psychologów i wychowawców, jest jeszcze
dziecko niepoznane. Trzeba wyjść mu naprzeciw z entuzjazmem i gotowością
do poświęceń, podobnie jak poszukiwacze złota, którzy przemierzają
nieznane krainy, wiedząc, że gdzieś w nich kryje się cenny kruszec, i dokonują cudów, by go odnaleźć. Tak właśnie powinien postępować
dorosły, aby odnaleźć to coś niepoznanego, co kryje się w duszy dziecka.
W tym wysiłku musi uczestniczyć każdy, niezależnie od grupy społecznej,
rasy czy narodowości, gdyż w grę wchodzi odkrycie elementu niezbędnego
dla moralnego postępu ludzkości.
Dorosły ciągle jeszcze nie rozumie dziecka i nastolatka, dlatego stale z nimi walczy, a zaradzić temu nie można przez przyswojenie sobie czegoś
intelektualnie lub przez uzupełnienie brakującej wiedzy. Trzeba wyjść z zupełnie innych założeń. Dorosły musi znaleźć w sobie nieuświadamiany
błąd, uniemożliwiający mu dostrzeżenie dziecka. Bez takiego założenia
i bez przyjęcia postawy umożliwiającej takie przygotowanie nie da się
zrobić kroku do przodu.
Dokonanie wglądu w samego siebie nie jest tak trudne, jak by się mogło
wydawać. Błąd, nawet nieuświadomiony, powoduje cierpienie oraz niepokój
i wystarczy byle wzmianka o możliwości zaradzenia złu, by wywołać silną
potrzebę posiadania takiego lekarstwa. Gdy ktoś ma zwichnięty palec,
odczuwa silną potrzebę nastawienia go, gdyż wie, że inaczej ręka nie
odzyska sprawności, a ból nie ustanie. Podobną potrzebę naprawienia
świadomości odczuwamy, gdy zrozumiemy, że popełniliśmy błąd, gdyż
wówczas słabość i cierpienie, które dotąd wytrzymywaliśmy, staną się nie
do zniesienia. Gdy już tego dokonamy, wszystko staje się łatwe. Gdy
tylko uświadomimy sobie, że przypisywaliśmy sobie zbyt wiele zasług, że
podejmowaliśmy się zadań przekraczających nasze możliwości, wówczas
możliwe i interesujące stanie się zrozumienie natury dusz odmiennych od
naszej, to jest dusz dzieci.
Dorośli przyjęli wobec dzieci postawę egocentryczną. Nie egoistyczną,
lecz egocentryczną. Dlatego wszystko, co dotyczy sfery psychicznej życia
dziecka, oceniają pod kątem własnych odczuć. Prowadzi to do coraz
większego braku zrozumienia. Egocentryzm dorosłego powoduje, że
postrzega on dziecko jako białą kartę, którą dorosły musi zapisać;
jako bezwolną i bezradną istotę, dla której trzeba zrobić wszystko;
istotę pozbawioną wewnętrznych drogowskazów, którą dorosły musi
kierować z zewnątrz. W sumie uważa się za stwórcę dziecka i ocenia
pozytywnie bądź negatywnie działania dziecka pod kątem własnej z nim
relacji. Jest probierzem dobra i zła. Jest nieomylny i stanowi wzorzec,
według którego dziecko ma zostać ukształtowane, a wszystko, czym odbiega
ono od owego idealnego modelu, jest traktowane jako zło, które dorosły
spieszy naprawić.
Według dorosłego taka postawa, która de facto sprawia, że opiekun
nieświadomie tłamsi osobowość dziecka, ma świadczyć o zapale, miłości
i gotowości do poświęceń.
III. Biologiczne intermezzo
III
BIOLOGICZNE INTERMEZZO
Ogłaszając swe odkrycia dotyczące segmentacji komórki zarodkowej, Wolf
zademonstrował proces powstawania istot żywych, prezentując równocześnie
widoczny i namacalny dowód w postaci bezpośrednich obserwacji na
istnienie wewnętrznych dyrektyw dotyczących realizacji z góry ustalonego
planu. To on obalił pewne koncepcje fizjologiczne, na przykład Leibniza
czy Spallanzaniego, mówiące o preegzystencji skończonej postaci
organizmu w zarodku. Według ówczesnej szkoły filozoficznej w jaju, czyli
u zarania życia, znajduje się całkowicie uformowana, choć niedoskonała i w minimalnych wymiarach, istota, która może później się rozwinąć, o ile
znajdzie się w sprzyjającym środowisku. Koncepcja owa zrodziła się z obserwacji nasion roślin zawierających ukrytą między dwoma liścieniami
całą nową roślinę, w której można rozróżnić korzenie i liście i z których - umieszczonych w ziemi - wszystko to, co było zawarte w ziarnie, rozwija się w roślinę. Przypuszczano, że podobny proces
zachodzi także u zwierząt i ludzi.
Kiedy jednak po odkryciu mikroskopu mógł obserwować, jak naprawdę
powstaje żywa istota (zaczął od badania ptasich embrionów), odkrył, że
na początku jest jedna komórka zarodkowa. Pod mikroskopem, który
pozwolił oglądać to, co niewidzialne gołym okiem, zobaczył, że nie
istnieje żadna preegzystencjalna forma. Komórka zarodkowa (powstała z połączenia dwóch komórek) zawiera jedynie błonę komórkową, protoplazmę i jądro, tak jak wszelkie inne komórki, i jest po prostu zwykłą komórką w jej prymitywnej postaci, to jest bez jakiegokolwiek różnicowania. Każda
żywa istota - roślina czy zwierzę - powstaje z takiej właśnie pierwotnej
komórki. To, co widzieliśmy przed wynalezieniem mikroskopu, czyli
roślina w ziarnie, jest embrionem już rozwiniętym z komórki zarodkowej,
mającym za sobą etap rozwoju zachodzący w owocu, z którego się wydostaje
i pada na ziemię już dojrzałe nasiono.
Komórka zarodkowa ma pewną niezwykłą właściwość, a mianowicie
umiejętność szybkiego dzielenia się, i to według ustalonego wzorca. Nie
ma w niej jednak najmniejszego materialnego śladu owego wzorca czy
planu. W jej wnętrzu znajdują się tylko maleńkie ciałka stanowiące o dziedziczeniu - chromosomy.
Śledząc wczesne fazy rozwoju zwierząt, widzimy, że pierwsza komórka
dzieli się na dwie, które dzielą się na cztery itd., aż utworzą coś w rodzaju pustej w środku kuli zwanej morulą; ta z kolei rozwarstwia się
następnie na dwie części, tworząc otwartą jamę o dwóch ściankach
(gastrula).
Dalszy rozwój istoty o skomplikowanych organach i tkankach odbywa się
poprzez multiplikację, zaginanie do wewnątrz i różnicowanie. Tak więc
komórka zarodkowa, choć sama w sobie tak prosta, przejrzysta i pozbawiona jakiegokolwiek materialnego wzoru, pracuje i z niezwykłą
dokładnością realizuje niematerialny plan, jaki w sobie zawiera.
Zupełnie jak wierny sługa, który na pamięć zna swoje zadania i je
wypełnia, nie posiada jednak żadnego dokumentu, który by potwierdzał
otrzymane w sekrecie polecenia. O zadanym wzorze świadczy jedynie
aktywność niezmordowanych komórek, a zobaczyć go można dopiero, gdy
praca zostanie ukończona. W jej trakcie niczego nie da się zaobserwować.
Jednym z pierwszych organów, który pojawia się u embrionów ssaków, a więc i u ludzi, jest serce lub raczej to, co będzie sercem - mały
pęcherzyk, który natychmiast zaczyna rytmicznie pulsować. Bije dwa razy
szybciej niż serce matki. I będzie bił niezmordowanie jako aparat
życiowego napędu, wspomagający wszystkie formujące się tkanki przez
dostarczanie im środków niezbędnych do życia.
Ogólnie rzecz biorąc, jest to ukryta praca, dzieło o tyle cudowne, że
dokonujące się samo z siebie: to tworzenie z niczego. Owe niesłychanie
mądre żywe komórki nigdy się nie mylą i noszą w sobie zdolność
głębokiego przekształcania się - jedne w komórki chrzęstne, inne w nerwowe, jeszcze inne w komórki powłoki skórnej - a każda tkanka zajmuje
dokładnie to miejsce, które jest jej przeznaczone. Ów cud stworzenia,
sekret wszechświata jest starannie skrywany: natura okrywa go
nieprzeniknionymi zasłonami. I jedynie ona może uchylić zasłony,
ukazując światu skończoną istotę, którą nazywamy nowo narodzoną.
Ale nowo narodzona istota nie jest jedynie ciałem materialnym, teraz to
ona staje się czymś w rodzaju komórki zarodkowej zawierającej ukryte
funkcje psychiczne określonego rodzaju. To nowe ciało nie funkcjonuje
jedynie poprzez swoje organy; posiada także inne funkcje: instynkty,
których nie można zamknąć w komórce, potrzebują bowiem żywego ciała
istoty już narodzonej. Podobnie jak w każdej komórce zarodkowej znajduje
się cały wzór organizmu, choć nie można go fizycznie zobaczyć, tak ciało
każdej nowo narodzonej istoty jakiegokolwiek gatunku ma wbudowany wzór
zjawisk psychicznych i funkcji, za których pomocą będzie się
komunikowała ze środowiskiem. I nieważne, co to za istota - może to być
owad.
Cudowne instynkty pszczół sprawiające, że budują one tak złożone
społeczności, ujawniają się dopiero u dojrzałych pszczół, a nie w jajach
czy larwach. Instynkt latania objawia się u już narodzonego ptaka, nie
wcześniej, i tak dalej.
Kiedy nowa istota jest już uformowana, staje się siedliskiem
tajemniczych przewodników, z których biorą się czyny, charaktery, prace
i wszelkie funkcje wykonywane w środowisku zewnętrznym.
Środowisko zewnętrzne musi nie tylko zapewniać środki do fizjologicznej
egzystencji, lecz także przypominać o sekretnych misjach, jakie nosi w sobie wszelka istota zwierzęca, będąc powołana przez środowisko nie
tylko do życia, ale także do pełnienia funkcji koniecznej do utrzymania
harmonii w świecie. Dlatego każdy gatunek posiada własne środowisko.
Ciało ma formę dokładnie dostosowaną do nadrzędnej funkcji psychicznej,
która musi stać się częścią ekonomii wszechświata. To, że owe funkcje
wyższe istnieją już u noworodka, widać wyraźnie u zwierząt: już w chwili
narodzin wiadomo, że dany ssak będzie łagodny, bo jest jagnięciem, a inny będzie drapieżny, gdyż jest lwem. Wiemy, że jeden owad będzie
pracował bez wytchnienia, zgodnie z niezmiennymi zasadami, bo jest
mrówką, a inny nie zrobi nic poza graniem w samotności, gdyż urodził się
cykadą.
Podobnie nowo narodzone dziecko nie jest wyłącznie gotowym do
funkcjonowania ciałem, lecz także duchowym embrionem z ukrytymi
wytycznymi psychicznymi. Absurdem byłoby sądzić, że właśnie człowiek,
który charakteryzuje się i wyróżnia spośród innych stworzeń wielkością
swego życia psychicznego, miałby być jedyną istotą nieposiadającą
zakodowanego wzoru psychicznego rozwoju.
Jednak duch może być tak głęboko ukryty, że nie daje o sobie znać,
inaczej niż zwierzęcy instynkt, który jest od razu gotowy, by ujawnić
się w z góry ustalonych działaniach. To, że nie ulegamy z góry
określonym i utrwalonym instynktom przewodnim, tak jak zwierzęta,
świadczy o istnieniu podstawy działania, jaką jest wolna wola, a to
wymaga specjalnego przygotowania, wręcz stworzenia, odrębnego dla
rozwoju każdej jednostki, a co za tym idzie, nieprzewidywalnego. I tym
bardziej delikatnego, trudnego i ukrytego. W duszy dziecka kryje się
więc sekret, którego nie sposób przeniknąć, jeśli samo go nam stopniowo
nie ujawni w trakcie swego rozwoju. Dokładnie jak w przypadku
segmentacji komórki zarodkowej, w której nie ma nic oprócz projektu.
Jest to jednak projekt, którego nie da się ujawnić inaczej niż w trakcie
realizowania kolejnych etapów rozwoju organizmu. Dlatego jedynie dziecko
może nam objawić tajemnicę naturalnego wzoru człowieka.
Jednak ze względu na delikatność, jaka wiąże się z każdym procesem
tworzenia z niczego, życie psychiczne dziecka wymaga ochrony i środowiska przypominającego błony i osłony, jakimi natura otacza
fizyczny embrion.
I rozległ się na Ziemi głos drżący,
jakiego nigdy nie słyszano; wydobywał się z gardła, które nigdy nie
drgało.
Opowiadano mi o człowieku, który żył w najgłębszych ciemnościach; jego
oczy nigdy nie widziały najsłabszego światła, niczym na dnie otchłani.
Mówiono mi o człowieku żyjącym w ciszy, do którego uszu nie dotarł
nigdy żaden, nawet najlżejszy dźwięk.
Słyszałem o człowieku, który żył zanurzony w wodzie; wodzie o dziwnym
cieple, która nagle wypłynęła spomiędzy lodów.
I wyjaśnił, że jego płuca nigdy nie oddychały (w porównaniu z tym męki
Tantala byłyby niczym!), jednak żył. Powietrze nagle wypełniło jego
płuca, od początku zaklęsłe.
I wtedy człowiek krzyknął. I dał się słyszeć na Ziemi głos drżący,
jakiego nigdy nie słyszano, wydobywający się z gardła, które nigdy nie
drgało.
Był to człowiek, który odpoczął.
Któż mógłby przypuszczać, że był to odpoczynek absolutny?
Odpoczynek kogoś, kto nie zadawał sobie trudu, nawet żeby jeść, bo inni
jedzą za niego;
i opuściły go jego włókna, gdyż inne, żywe tkanki wytwarzały potrzebne
mu do życia ciepło;
i nawet najgłębsze jego tkanki nie musiały bronić się przed jadami i grzybami, gdyż inne tkanki robiły to za niego.
Jedyną jego pracą była praca serca, które biło, zanim jeszcze on się
stał. Tak, choć jego jeszcze nie było, jego serce biło dwa razy szybciej
niż wszelkie inne serca. I wiedziałem, że było to ludzkie serce.
A teraz... oto nadchodzi i bierze na siebie wszystkie prace:
zraniony światłem i dźwiękiem, zmęczony aż do najgłębszych włókien
swego jestestwa, wydaje z siebie wielki okrzyk: "Dlaczego mnie
opuściłeś?".
I to wtedy człowiek po raz pierwszy dostrzega w sobie Chrystusa
umierającego i Chrystusa wstającego z martwych!
IV. Noworodek
IV
NOWORODEK
Nadprzyrodzone środowisko
Rodzące się dziecko nie dostaje się do naturalnego otoczenia, lecz do
środowiska cywilizacji, w którym toczy się życie ludzi. To dla niego
środowisko nadprzyrodzone, które powstało ponad naturą i jej kosztem, w celu zapewnienia człowiekowi pomocy w życiu, obejmującej najdrobniejsze
szczegóły, oraz ułatwienia mu adaptacji.
Ale jakież to rozwiązania cywilizacja wypracowała, aby wesprzeć nowo
narodzonego człowieka, który dokonuje największego z możliwych wysiłków,
aby przychodząc na świat, przystosować się do przejścia z jednego życia
w drugie?
Wstrząsające przejście, jakie jest udziałem dziecka w chwili narodzin,
domaga się naukowego podejścia do nowo narodzonej istoty, gdyż w żadnym
innym okresie życia nie czeka człowieka tyle zmagań i konfliktów, a co
za tym idzie, i cierpienia. Jednak żadna opatrzność nie ułatwia owego
traumatycznego przejścia, a przecież w historii ludzkości powinien
istnieć zapis ważniejszy niż wszystkie inne, w którym byłaby mowa o tym,
co cywilizowany człowiek robi, aby pomóc przychodzącej na świat istocie.
Ta kwestia pozostaje jednak białą kartą.
Tymczasem w powszechnym przekonaniu współczesna cywilizacja jest mocno
ukierunkowana na rodzące się dziecko.
Jak jest naprawdę?
Kiedy dziecko przychodzi na świat, skupiamy uwagę na matce i jej
cierpieniu, tak jakby dziecka ono nie dotyczyło. Troszczymy się, by nie
przeszkadzało jej światło ani hałasy, gdyż jest zmęczona. A czy dziecko,
które przybywa z miejsca, gdzie nigdy nie docierał najmniejszy promyk
światła ani żaden odgłos, nie jest wyczerpane? To raczej dla niego
trzeba postarać się o ciemność i ciszę.
Rozwijało się w zaciszu, do którego nie dochodziły żadne wstrząsy ani
wahania temperatury, w miękkiej i jednorodnej cieczy, w otoczeniu
pomyślanym specjalnie dla jego wygody i chroniącym je przed światłem i odgłosami z zewnątrz. I nagle z owego płynnego środowiska wydostaje się
na powietrze. W jaki sposób człowiek dorosły wychodzi naprzeciw temu
maleństwu, które przychodzi na świat znikąd, którego wrażliwe oczy nigdy
nie widziały światła, a uszy pogrążone były w ciszy?
Jak sobie radzi w zetknięciu z ową istotką o umęczonym ciele, która aż
do chwili narodzin, pozostając w łonie matki, nie odczuwała
jakichkolwiek bodźców z zewnątrz? W jednej chwili wydostaje się ona ze
środowiska wodnego na powietrze, nie przechodząc kolejnych przemian,
jakim poddawana jest na przykład kijanka, zanim stanie się żabą.
Jej delikatne ciałko wystawione jest na brutalne zderzenie z twardą
materią: dostaje się w nieczułe ręce człowieka dorosłego.
W rzeczywistości domownicy raczej boją się jej dotknąć, gdyż jest taka
krucha; krewni i matka spoglądają na nią z obawą i wolą oddać ją w fachowe ręce. Tylko że owe fachowe ręce nie zawsze są dość zręczne,
by zajmować się tak kruchą istotką. Nie wystarczy pewnie trzymać dziecko
mocnymi dłońmi. Trzeba mieć odpowiednie przygotowanie, aby potrafić
obchodzić się z tak delikatnym stworzeniem. Dlaczego pielęgniarka musi
długo uczyć się, jak postępować z dorosłym chorym czy rannym? Albo jak
delikatnie nakładać maść czy opatrunek?
Z dzieckiem się tak nie pieścimy.
Lekarz bierze je do rąk bez szczególnych ceregieli, a kiedy maluszek
rozpaczliwie krzyczy, wszyscy uśmiechają się z pobłażliwością. A tymczasem ono w ten sposób zabiera głos. Płacz to jego język, krzyk jest
niezbędny, by płuca się rozkurczyły, a płacz, by oczyściły się oczy.
Noworodka natychmiast się ubiera.
Niegdyś zawijano go ciasno w pieluszki jak w gips, rozprostowując i unieruchamiając tę istotkę, która przecież w łonie matki była skulona.
Tymczasem dziecka w ogóle nie trzeba ubierać ani tuż po urodzeniu, ani
przez pierwszy miesiąc.
W istocie, jeśli chcielibyśmy prześledzić historię, zobaczylibyśmy
stopniową ewolucję sposobów ubierania nowo narodzonych dzieci, od
usztywnień po lekkie ubranka, a także stopniowe redukowanie części
odzieży - jeszcze trochę, a zupełnie zrezygnujemy z ubierania
noworodków.
Dziecko powinno pozostać nagie, tak jak przedstawia je sztuka. Anioły są
malowane czy rzeźbione całkowicie nagie, a w szopce Dziewica Maryja
adoruje i piastuje nagusieńkie Dzieciątko.
To otoczenie, a nie ubranie powinno dawać dziecku ciepło. Samo nie
posiada wystarczającej energii, by sprostać temperaturze zewnętrznej,
gdyż wcześniej żyło w cieple ciała matki. Wiadomo, że ubranie może
jedynie zatrzymać ciepło ciała, nie dopuścić do jego utraty. Jeśli
otoczenie jest odpowiednio ogrzane, odzież stanowi jedynie przeszkodę
między płynącym z niego ciepłem a ciałem dziecka, które ma je przyjąć.
Zauważmy, że u zwierząt matka ogrzewa noworodka własnym ciałem, nawet
gdy pokrywa je puch lub futerko.
Nie chcę się zbytnio rozwodzić nad tą sprawą. Jestem pewna, że gdybym
mogła porozmawiać z Amerykanami, opowiedzieliby mi o tym, jak u nich
wygląda opieka nad noworodkiem. Niemcy i Anglicy pytaliby mnie ze
zdziwieniem, dlaczego ignoruję postępy, jakie dokonały się w ich krajach
w tej dziedzinie medycyny i pielęgniarstwa. Byłabym zmuszona
odpowiedzieć, że wszystko to wiem, że prowadziłam badania w niektórych z owych krajów i że zapoznałam się z najważniejszymi osiągnięciami i udoskonaleniami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki