Sekret dzieciństwa - Maria Montessori

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

PRZED­MOWA

DZIECIŃSTWO JAKO KWESTIA SPOŁECZNA

Jakiś czas temu naro­dził się spo­łeczny ruch zaj­mu­jący się zagad­nie­niami zwią­za­nymi z dzie­ciń­stwem i nie powstał on z ini­cja­tywy jed­nej osoby, którą szcze­gól­nie zain­te­re­so­wały owe pro­blemy. Przy­po­mi­nał raczej natu­ralną erup­cję, tak jak na obsza­rze cha­rak­te­ry­zu­ją­cym się aktyw­no­ścią wul­ka­niczną tu i ówdzie docho­dzi do spon­ta­nicz­nych wybu­chów. Tak wła­śnie rodzą się wiel­kie ruchy. Nie­wąt­pli­wie do jego powsta­nia przy­czy­niła się nauka; to ona spo­wo­do­wała zain­te­re­so­wa­nie okre­sem dzie­ciń­stwa i stała się pod­stawą spo­łecz­nego ruchu. Zro­zu­mie­nie zasad higieny przy­czy­niło się do zmniej­sze­nia śmier­tel­no­ści wśród dzieci. Nauka udo­wod­niła, że dzie­ciń­stwo ugina się pod brze­mie­niem szkoły i jest zapo­zna­nym męczen­ni­kiem ska­za­nym na doży­wo­cie, gdyż jego kres to zara­zem koniec okresu szkol­nego.

Pochy­le­nie się nad pro­ble­mem higieny szkol­nej dopro­wa­dziło do ujaw­nie­nia obrazu nie­szczę­snego dzie­ciń­stwa, stłam­szo­nych dusz, umę­czo­nej inte­li­gen­cji, zgar­bio­nych ple­ców i zapa­dłych piersi, obrazu dzie­ciń­stwa podat­nego na gruź­licę.

Dopiero po trzy­dzie­stu latach badań zaczę­li­śmy trak­to­wać dziecko jak ludzką istotę igno­ro­waną przez spo­łe­czeń­stwo, a wcze­śniej przez tych, któ­rzy spro­wa­dzili je na świat i utrzy­mują przy życiu. Czym jest dzie­ciń­stwo? Cią­głym zawa­dza­niem doro­słemu, stale zaję­temu i zmę­czo­nemu coraz bar­dziej absor­bu­ją­cymi obo­wiąz­kami. Nie ma miej­sca na dzie­ciń­stwo w coraz cia­śniej­szych miesz­ka­niach współ­cze­snych miast, w któ­rych muszą się gnieź­dzić rodziny. Nie ma dla niego miej­sca na coraz bar­dziej ruchli­wych uli­cach ani na zatło­czo­nych chod­ni­kach. Doro­słym brak czasu na zaj­mo­wa­nie się dziećmi, gdyż przy­tła­czają ich pilne obo­wiązki. Zarówno ojco­wie, jak i matki muszą pra­co­wać, a brak pracy grozi ubó­stwem, które nisz­czy zarówno doro­słych, jak i dzieci. Nawet żyjące w naj­lep­szych warun­kach dziecko pozo­staje zamknięte w swoim pokoju, powie­rzone opiece wyna­ję­tych za pie­nią­dze obcych ludzi i nie wolno mu wcho­dzić do tej czę­ści domu, w któ­rej prze­by­wają ci, któ­rym zawdzię­cza życie. Nie ma schro­nie­nia, w któ­rym dzie­cięca dusza zna­la­złaby zro­zu­mie­nie i gdzie dziecko mogłoby odda­wać się wła­ści­wym jego wie­kowi zaję­ciom. Musi być grzeczne i ciche i ma niczego nie doty­kać, bo nic nie należy do niego. Wszystko sta­nowi nie­na­ru­szalną i wyłączną wła­sność doro­słych i jest dla dziecka nie­do­stępne. Czy jest coś, co do niego należy? Nie. Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu nie było nawet krze­se­łek dla dzieci. Stąd bie­rze się popu­larne powie­dze­nie, które dzi­siaj ma jedy­nie meta­fo­ryczny sens: "Kiedy jesz­cze trzy­ma­łam cię na kola­nach".

Kiedy dziecko sia­dało na meblach prze­zna­czo­nych dla doro­słych albo na pod­ło­dze, kar­cono je. Ktoś musiał je wziąć na kolana. Sytu­acja dziecka żyją­cego w oto­cze­niu urzą­dzo­nym z myślą o doro­słych była sytu­acją natręta, który szuka cze­goś dla sie­bie, ale tego nie znaj­duje, i gdy tylko się pojawi, zostaje odrzu­cony. Przy­po­mi­nała sytu­ację czło­wieka pozba­wio­nego praw oby­wa­tel­skich i wła­snego śro­do­wi­ska; osoby zepchnię­tej poza nawias spo­łe­czeń­stwa, któ­rej nie należy się sza­cu­nek, którą można obra­żać i karać w imię praw Natury, czy­taj: doro­słych.

Jakieś dziwne zja­wi­sko psy­chiczne powo­do­wało, że doro­śli ni­gdy nie zada­wali sobie trudu, by przy­go­to­wać odpo­wied­nie śro­do­wi­sko dla swych dzieci; wyglą­dało to, jakby ich obec­ność w orga­ni­zmie spo­łecz­nym była czymś wsty­dli­wym. Usta­na­wia­jąc prawa dla sie­bie, czło­wiek pozo­sta­wiał wła­snego następcę bez jakich­kol­wiek praw, a więc poza pra­wem. Zosta­wiał go bez żad­nego ukie­run­ko­wa­nia, na łasce i nie­ła­sce instynktu tyra­nii, jaki drze­mie na dnie serca każ­dego doro­słego. Tak wła­śnie wyglą­dało dzie­ciń­stwo przy­no­szące na świat nową ener­gię, która powinna być rege­ne­ru­ją­cym odde­chem zdol­nym roz­pro­szyć duszące wyziewy gro­ma­dzące się z poko­le­nia na poko­le­nie pod­czas peł­nego błę­dów życia czło­wieka.

Aż nagle w spo­łe­czeń­stwach, które od wie­ków, praw­do­po­dob­nie od zara­nia dzie­jów, pozo­sta­wały ślepe i nie­czułe na los dziecka, naro­dziła się nowa świa­do­mość. Zasady higieny pospie­szyły nagle na ratu­nek niczym pod­czas kata­strofy, kata­kli­zmu powo­du­ją­cego liczne ofiary; zaczęto wal­czyć ze śmier­tel­no­ścią dzieci w pierw­szym roku życia; ofiary były tak liczne, że tych, któ­rzy prze­żyli, można było porów­nać do oca­la­łych z potopu. Kiedy na początku dwu­dzie­stego wieku zasady higieny zaczęły prze­ni­kać do ludu i ule­gać roz­po­wszech­nie­niu, życie dziecka przy­brało zupeł­nie inny obrót. Szkoły ule­gły takiemu prze­kształ­ce­niu, że te, które ist­niały dłu­żej niż dzie­sięć lat, zda­wały się pocho­dzić sprzed stu­le­cia. Metody peda­go­giczne skrę­ciły ku łagod­no­ści i tole­ran­cji zarówno w rodzi­nach, jak i szko­łach.

Poza zasto­so­wa­niem w prak­tyce wyni­ków badań nauko­wych tu i ówdzie poja­wiały się także liczne ini­cja­tywy podyk­to­wane uczu­ciem. Obec­nie wielu refor­ma­to­rów bie­rze już pod uwagę dzie­ciń­stwo; urba­ni­ści w swych pro­jek­tach prze­wi­dują powsta­nie ogród­ków jor­da­now­skich; pro­jek­tu­jąc place i parki, pamię­tają o wyzna­cze­niu tere­nów prze­zna­czo­nych spe­cjal­nie dla dzieci; dzieci uwzględ­nia się, budu­jąc teatry, wydaje się dla nich książki i pisemka, orga­ni­zuje wycieczki, pro­jek­tuje meble o odpo­wied­nich pro­por­cjach. I wresz­cie, wypra­co­wu­jąc świa­domą orga­ni­za­cję klas, sta­ramy się zaszcze­pić w dzie­ciach poję­cie dys­cy­pliny spo­łecz­nej i god­no­ści jed­nostki, jaka się z nią wiąże, w orga­ni­za­cjach takich jak har­cer­stwo czy "repu­bliki dzie­cięce". Rewo­lu­cyjni refor­ma­to­rzy poli­tyczni naszych cza­sów pró­bują zawłasz­czyć dzie­ciń­stwo, aby uczy­nić zeń bez­wolne narzę­dzie do reali­za­cji wła­snych pla­nów. Nie­za­leż­nie od tego, czy jest uży­wane w dobrej, czy złej wie­rze, z lojal­nym zamia­rem wspo­mo­że­nia go lub w celu wyko­rzy­sta­nia jako narzę­dzie do reali­za­cji wła­snych celów, dzie­ciń­stwo stało się dziś wszech­obec­nym tema­tem. Naro­dziło się jako ele­ment spo­łe­czeń­stwa. Potężny i docie­ra­jący wszę­dzie. Wykro­czyło poza rodzinę. Dziecko prze­stało być figurką, która w swym naj­lep­szym ubranku grzecz­nie drep­cze pro­wa­dzona za rękę przez ojca, uwa­ża­jąc, by nie zabru­dzić nie­dziel­nego stroju. Nie, dziecko zyskało oso­bo­wość, która wtar­gnęła do spo­łe­czeń­stwa.

Teraz każde sprzy­ja­jące mu posu­nię­cie nabrało zna­cze­nia.

Jak już powie­dziano, zja­wi­sko to nie zostało zapo­cząt­ko­wane przez jakie­go­kol­wiek ini­cja­tora, nie pod­lega też żad­nemu kie­row­nic­twu, jego prze­biegu nie koor­dy­nuje orga­ni­za­cja; musimy więc stwier­dzić, że nade­szła godzina dzie­ciń­stwa. Kon­se­kwen­cją tego faktu jest poja­wie­nie się w całej pełni zagad­nie­nia o nie­zwy­kłym zna­cze­niu: spo­łecz­nej kwe­stii dzie­ciń­stwa. Warto nale­ży­cie oce­nić ogromną wagę owego ruchu dla spo­łe­czeń­stwa, dla cywi­li­za­cji, dla całej ludz­ko­ści. Wszel­kie spo­ra­dyczne ini­cja­tywy, zro­dzone bez wza­jem­nych powią­zań, oka­zały się zupeł­nie nie­kon­struk­tywne; dowo­dzą jedy­nie, że w naszym oto­cze­niu poja­wił się realny i powszechny impuls do wiel­kiej reformy spo­łecz­nej. Jest ona o tyle ważna, że zwia­stuje nadej­ście nowych cza­sów i nowej ery cywi­li­za­cji; jeste­śmy ostat­nimi nie­do­bit­kami minio­nej epoki, w któ­rej ludzie zaj­mo­wali się stwo­rze­niem dla sie­bie odpo­wied­niego śro­do­wi­ska, by łatwo i wygod­nie żyć - śro­do­wi­ska dla doro­słej czę­ści ludz­ko­ści.

Sto­imy teraz u progu nowej ery, w któ­rej trzeba będzie pra­co­wać na rzecz dwóch róż­nych form ludz­ko­ści: doro­słej i dzie­cię­cej. Zmie­rzamy ku cywi­li­za­cji, która będzie musiała stwo­rzyć dwa współ­ist­nie­jące śro­do­wi­ska, dwa cał­kiem różne światy: świat czło­wieka doro­słego i świat dziecka.

Zada­niem, jakie nas czeka, nie jest sztywna i zewnętrzna orga­ni­za­cja już zapo­cząt­ko­wa­nych ruchów spo­łecz­nych. Nie idzie o to, by uła­twić sko­or­dy­no­wa­nie roz­ma­itych publicz­nych i pry­wat­nych ini­cja­tyw dzia­ła­ją­cych na rzecz dzie­ciń­stwa. Mówi­li­by­śmy wów­czas o orga­ni­za­cji pomo­co­wej doro­słych na rzecz zewnętrz­nego obiektu - dziecka.

Tym­cza­sem spo­łeczna kwe­stia dzie­ciń­stwa sięga korze­niami naszego życia wewnętrz­nego, dociera do nas, doro­słych, aby wstrzą­snąć naszą świa­do­mo­ścią i nas odno­wić. Dziecko nie jest kimś obcym, na kogo doro­sły może spo­glą­dać jedy­nie z zewnątrz, kie­ru­jąc się obiek­tyw­nymi kry­te­riami. Dzie­ciń­stwo sta­nowi naj­waż­niej­szy, bo kon­struk­tywny ele­ment życia doro­słego.

To, czy czło­wiek jest dobry lub zły w wieku doj­rza­łym, jest ści­śle zwią­zane z dzie­ciń­stwem, z któ­rego się wywo­dzi. Wszyst­kie nasze błędy odbi­jają się na naszych dzie­ciach i wywie­rają na nie nie­za­tarty wpływ. My umrzemy, ale one będą pono­siły kon­se­kwen­cje zła, które wypa­czyło ich umy­sły na zawsze. Jest to cią­gły, nie­da­jący się prze­rwać cykl. Dotknię­cie dziecka to dotknię­cie naj­czul­szego punktu cało­ści, któ­rej korze­nie się­gają naj­bar­dziej odle­głej prze­szło­ści i która zmie­rza ku nie­skoń­czo­nej przy­szło­ści. Dotknię­cie dziecka ozna­cza dotknię­cie naj­de­li­kat­niej­szego i naj­bar­dziej żywot­nego punktu, w któ­rym wszystko może zostać posta­no­wione i odno­wione, w któ­rym wszystko tętni życiem, w któ­rym zamknięte są sekrety duszy, bo w nim doko­nuje się kształ­to­wa­nie czło­wieka.

Świa­doma praca na rzecz dzie­ciń­stwa, pro­wa­dzona kon­se­kwent­nie do końca z cudow­nym zamia­rem oca­le­nia go, ozna­cza­łaby odkry­cie tajem­nicy czło­wie­czeń­stwa, podob­nie jak tylu innych tajem­nic świata zewnętrz­nego.

Spo­łeczna kwe­stia dzie­ciń­stwa przy­po­mina maleńką, led­wie kieł­ku­jącą roślinkę, która zachwyca nas swoją świe­żo­ścią. Jed­nak szybko zda­jemy sobie sprawę, że owa roślinka ma mocne i głę­bo­kie korze­nie, które nie­ła­two wyrwać. Trzeba kopać i to kopać głę­boko, aby odkryć, że korze­nie te bie­gną we wszyst­kich kie­run­kach i cią­gną się daleko na kształt labi­ryntu. Chcąc wyrwać roślinkę, trzeba by usu­nąć całą zie­mię.

Owe korze­nie sym­bo­li­zują pod­świa­do­mość w histo­rii ludz­ko­ści.

Trzeba usu­nąć wszel­kie sta­tyczne, skry­sta­li­zo­wane w ludz­kiej duszy rze­czy powo­du­jące, że czło­wiek nie potrafi zro­zu­mieć dzie­ciń­stwa ani zyskać intu­icyj­nej wie­dzy na temat wła­snej duszy.

Zadzi­wia­jąca śle­pota doro­słych, ich nie­czu­łość wzglę­dem dzieci - owoce ich wła­snego życia - ma nie­wąt­pli­wie głę­bo­kie korze­nie się­ga­jące wielu poko­leń, a doro­sły, który kocha dzieci, lecz nie­świa­do­mie nimi gar­dzi, jest powo­dem ich sekret­nego cier­pie­nia, będą­cego odbi­ciem naszych błę­dów, ostrze­że­niem doty­czą­cym naszego zacho­wa­nia. Wszystko to świad­czy o powszech­nym, choć nie­do­strze­ga­nym kon­flik­cie mię­dzy doro­słym i dziec­kiem. Spo­łeczne zagad­nie­nie dzie­ciń­stwa pozwala nam wnik­nąć w prawa kształ­to­wa­nia się czło­wieka i pomaga zbu­do­wać nową świa­do­mość, a co za tym idzie, nadać nowy kie­ru­nek naszemu życiu spo­łecz­nemu.

I. Stulecie dziecka

I STU­LE­CIE DZIECKA

Szybki i zdu­mie­wa­jący postęp, jaki w ciągu zale­d­wie kilku lat doko­nał się w zakre­sie opieki nad dziećmi oraz wycho­wa­nia, można raczej powią­zać z prze­bu­dze­niem świa­do­mo­ści niż z ewo­lu­cją warun­ków życia. Postęp widoczny jest nie tylko w dzie­dzi­nie higieny nie­mow­ląt, która roz­wi­nęła się w ostat­niej deka­dzie dzie­więt­na­stego wieku, także na samą oso­bo­wość dziecka zaczęto spo­glą­dać pod róż­nymi aspek­tami, dostrze­ga­jąc jej coraz więk­sze zna­cze­nie.

Nie­moż­liwe jest dziś zgłę­bie­nie któ­rej­kol­wiek gałęzi medy­cyny, filo­zo­fii czy nawet socjo­lo­gii bez uwzględ­nie­nia wie­dzy wyni­ka­ją­cej ze zna­jo­mo­ści zja­wi­ska, jakim jest dzie­ciń­stwo. Jak­kol­wiek blado by to wypa­dło, można ów wkład porów­nać do wpływu, jaki embrio­lo­gia wywarła na wszyst­kie dzie­dziny bio­lo­gii, a nawet na wie­dzę z zakresu ewo­lu­cji. Jed­nak w przy­padku dziecka należy uznać nie­skoń­cze­nie więk­szy wpływ na wszel­kie kwe­stie doty­czące ludz­ko­ści.

To nie dziecko fizyczne jest w sta­nie dostar­czyć domi­nu­ją­cego i potęż­nego bodźca do naprawy rodu ludz­kiego, lecz dziecko psy­chiczne. To duch dzie­ciń­stwa może okre­ślić, jak będzie wyglą­dał realny postęp ludz­ko­ści, a kto wie, może i począ­tek nowej cywi­li­za­cji. Szwedzka pisarka i poetka Ellen Key prze­po­wie­działa, że nasze stu­le­cie będzie wie­kiem dziecka.

Ten, kto miałby cier­pli­wość, aby prze­wer­to­wać histo­ryczne doku­menty, napo­tkałby nie­zwy­kłą zbież­ność idei w pierw­szym prze­mó­wie­niu koro­na­cyj­nym króla Włoch Wik­tora Ema­nu­ela III z 1900 roku (dokład­nie u progu nowego stu­le­cia), który obej­mo­wał pano­wa­nie po swym zamor­do­wa­nym ojcu; odno­sząc się do nowej ery, jaka zaczy­nała się wraz z począt­kiem wieku, król okre­ślił ją jako "stu­le­cie dzie­ciń­stwa".

Jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że owo nie­mal pro­fe­tyczne okre­śle­nie odzwier­cie­dlało wpływ, jaki wywarła nauka, która w ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu dzie­więt­na­stego wieku przed­sta­wiała dziecko jako cier­piące, dzie­sięć razy bar­dziej zagro­żone śmier­cią z powodu cho­rób zakaź­nych niż czło­wiek doro­sły, a także jako ofiarę szkol­nej opre­sji.

Nikt jed­nak nie mógł prze­wi­dzieć, że dziecko kryje w sobie tajem­nicę życia, że potrafi uchy­lić zasłony ludz­kiej duszy, że nosi w sobie ową nie­wia­domą, nie­zbędną, by dać czło­wie­kowi doro­słemu moż­li­wość roz­wią­za­nia jego pro­ble­mów oso­bi­stych i spo­łecz­nych. Takie podej­ście może stać się fun­da­men­tem nowej dzie­dziny badań nad dzie­ciń­stwem, mogą­cej wpły­nąć na cało­kształt życia spo­łecz­nego ludzi.

Psychoanaliza i dziecko

Psy­cho­ana­liza otwo­rzyła nie­znane dotąd obszary badań nauko­wych, wni­ka­jąc w sekrety pod­świa­do­mo­ści; choć prak­tycz­nie nie roz­wią­zała żad­nego pro­blemu nęka­ją­cego ludzi w życiu codzien­nym, jed­nak może ona pomóc zro­zu­mieć zna­cze­nie "ukry­tego dziecka".

Można powie­dzieć, że psy­cho­ana­liza przedarła się przez zasłonę świa­do­mo­ści, uwa­ża­nej dotąd w psy­cho­lo­gii za barierę nie do poko­na­nia, coś w rodzaju Słu­pów Hera­klesa z histo­rii sta­ro­żyt­nej, sym­bo­li­zu­ją­cych według daw­nych wie­rzeń krańce świata. Psy­cho­ana­liza poszła dalej: dotarła do oce­anu podświa­do­mo­ści. Bez jej odkryć trudno byłoby opi­sać zna­cze­nie zna­jo­mo­ści psy­chiki dziecka dla pogłę­bio­nych badań pro­ble­mów czło­wieka.

Wia­domo że to, co póź­niej prze­ro­dziło się w psy­cho­ana­lizę, począt­kowo było jedy­nie nową metodą lecze­nia cho­rób psy­chicz­nych, innym sło­wem - gałę­zią medy­cyny. Naprawdę impo­nu­ją­cym doko­na­niem psy­cho­ana­lizy było odkry­cie potęgi pod­świa­do­mo­ści i jej wpływu na ludz­kie dzia­ła­nia. Oba­la­jąc dawne prze­ko­na­nia, psy­cho­ana­liza stała się spo­so­bem bada­nia reak­cji psy­chicz­nych wystę­pu­ją­cych bez udziału świa­do­mo­ści i ujaw­nia­ją­cych pod posta­cią sygnału zwrot­nego uta­jone fakty i nie­uświa­da­mianą rze­czy­wi­stość. Reak­cje owe uka­zały ist­nie­nie dotąd nie­zna­nego, nie­wy­obra­żal­nie roz­le­głego świata, w pew­nym sen­sie powią­za­nego z prze­zna­cze­niem każ­dej istoty ludz­kiej. Nie udało się jed­nak opi­sać tego nie­zba­da­nego świata. Minąw­szy Słupy Hera­klesa, nie zapusz­czono się w bez­miar oce­anu. Prze­świad­cze­nie przy­po­mi­na­jące mityczne wie­rze­nie sta­ro­żyt­nych Gre­ków powstrzy­mało Freuda od wykro­cze­nia poza gra­nice pato­lo­gii.

Już w cza­sach Char­cota, w dzie­więt­na­stym stu­le­ciu, psy­chia­tria zain­te­re­so­wała się kwe­stią pod­świa­do­mo­ści.

Tak jak wzbu­rzone żywioły na sku­tek wewnętrz­nego wrze­nia eks­plo­dują, tak też pod­świa­do­mość uto­ro­wała sobie drogę na powierzch­nię i ujaw­niła się w wyjąt­ko­wych przy­pad­kach naj­po­waż­niej­szych cho­rób psy­chicz­nych. Dla­tego nie­zwy­kłe zja­wi­ska pod­świa­do­mo­ści, tak róż­niące się od prze­ja­wów świa­do­mo­ści, zostały uznane po pro­stu za objaw cho­ro­bowy. Freud zna­lazł spo­sób dotar­cia do pod­świa­do­mo­ści za pomocą pra­co­chłon­nej tech­niki, jed­nak on rów­nież pozo­stał nie­mal wyłącz­nie w sfe­rze pato­lo­gii. Bo po cóż zdrowi ludzie mie­liby się pod­da­wać bole­snej psy­cho­ana­li­zie? Rodza­jowi ope­ra­cji na duszy?

I tak Freud, lecząc cho­rych, prze­no­sił wnio­ski ze swych badań na pole psy­cho­lo­gii; wnio­ski te, w więk­szo­ści wyni­ka­jące z obser­wa­cji jed­no­stek i oparte na pod­sta­wach odbie­ga­ją­cych od nor­mal­no­ści, stały się pod­wa­liną nowej psy­cho­lo­gii. Freud potra­fił sobie wyobra­zić bez­miar oce­anu, lecz nań nie wypły­nął; i widział go jedy­nie jako wzbu­rzoną cie­śninę.

Dla­tego teo­rie Freuda oka­zały się nie­sa­tys­fak­cjo­nu­jące, podob­nie jak tech­niki lecze­nia cho­rych, które nie zawsze pro­wa­dziły do ulecze­nia "cho­rób duszy". Przy­zwy­cza­je­nia spo­łeczne bazu­jące na pra­sta­rym doświad­cze­niu stały się więc barierą dla nie­któ­rych uogól­nień Freu­dow­skich teo­rii. Tym­cza­sem to wła­śnie nowe odkry­cia powinny były oba­lić tra­dy­cję, tak jak rze­czy­wi­stość obala wyobra­że­nia. Być może zba­da­nie owej nie­zmie­rzo­nej rze­czy­wi­sto­ści wyma­ga­łoby cze­goś innego niż metoda lecze­nia kli­nicz­nego czy teo­re­tyczna deduk­cja.

Sekret dziecka

Być może wnik­nię­cie w owo obszerne i nie­zba­dane pole jest zada­niem dla róż­nych dzie­dzin nauki z ich róż­nym podej­ściem do roz­ma­itych pojęć. Jego celem są stu­dia nad czło­wie­kiem od jego począt­ków, mające na celu roz­szy­fro­wa­nie w duszy dziecka drogi jego roz­woju prze­bie­ga­ją­cego poprzez kon­flikty z oto­cze­niem, i odkry­cie sekretu zma­gań powo­du­ją­cych, że ludzka dusza pozo­staje skom­pli­ko­wana i tajem­ni­cza.

Psy­cho­ana­liza dotknęła owej tajem­nicy. Jed­nym z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych odkryć, jakie zawdzię­czamy zasto­so­wa­niu tech­niki psy­cho­ana­lizy, było odkry­cie źró­deł psy­chozy w odle­głych cza­sach dzie­ciń­stwa. Przy­wo­ły­wane z nie­świa­do­mo­ści wspo­mnie­nia uka­zy­wały nie­znane powszech­nie dzie­cięce cier­pie­nia; tak dalece odbie­gały one od panu­ją­cych wyobra­żeń, że stały się naj­bar­dziej szo­ku­ją­cym i przej­mu­ją­cym odkry­ciem psy­cho­ana­lizy. Ich natura była wyłącz­nie psy­chiczna, a spo­sób odczu­wa­nia powolny i cią­gły. Zupeł­nie nie koja­rzono ich wystę­po­wa­nia z zaist­niałą póź­niej u osoby doro­słej cho­robą psy­chiczną. Mamy tu na myśli tłu­mie­nie spon­ta­nicz­nej aktyw­no­ści dziecka przez mają­cego nad nim prze­wagę doro­słego, zwłasz­cza tego, który ma na dziecko naj­więk­szy wpływ, a więc przez matkę.

Należy wyraź­nie roz­róż­nić dwa poziomy badań, na jakich doko­nuje się psy­cho­ana­liza. Na bar­dziej powierz­chow­nym odbywa się zde­rze­nie instynk­tów jed­nostki z warun­kami śro­do­wi­sko­wymi, do któ­rych jed­nostka musi się dosto­so­wać, a które nie­rzadko stoją w sprzecz­no­ści z instynk­tow­nymi pra­gnie­niami. Z takiego kon­fliktu rodzą się ule­czalne przy­padki, w któ­rych można bez trudu dotrzeć do źró­deł zabu­rzeń i wycią­gnąć je na poziom świa­do­mo­ści. Drugi poziom leży głę­biej, we wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa, i nie idzie tu o kon­flikt mię­dzy czło­wie­kiem i jego oto­cze­niem spo­łecz­nym, lecz mię­dzy dziec­kiem i matką, ogól­niej - mię­dzy dziec­kiem i doro­słym.

Psy­cho­ana­liza zale­d­wie dotknęła owego, mają­cego zwią­zek z trud­nymi do wyle­cze­nia scho­rze­niami kon­fliktu, toteż nie wszedł on w zakres prak­tyki lekar­skiej, lecz jest trak­to­wany jedy­nie jako ele­ment wywiadu, czyli próby inter­pre­ta­cji przy­pusz­czal­nych przy­czyn cho­roby.

We wszyst­kich cho­ro­bach, także fizycz­nych, uznaje się ogromne zna­cze­nie zda­rzeń z dzie­ciń­stwa, a scho­rze­nia mające swoje źró­dła wła­śnie w tym okre­sie życia należą do naj­groź­niej­szych i naj­trud­niej­szych do lecze­nia. Można zatem powie­dzieć, że dzie­ciń­stwo jest kuź­nią pre­dys­po­zy­cji.

O ile jed­nak wska­za­nia doty­czące cho­rób soma­tycz­nych zaowo­co­wały roz­wo­jem takich dzie­dzin nauki, jak higiena nie­mow­ląt, opieka nad dziećmi, a nawet euge­nika oraz powsta­niem prak­tycz­nego ruchu spo­łecz­nego na rzecz zre­for­mo­wa­nia fizycz­nego lecze­nia dzieci, o tyle nie stało się tak w przy­padku psy­cho­ana­lizy. Stwier­dze­nie, że poważne zabu­rze­nia psy­chiczne u doro­słych, a także pre­dys­po­zy­cje do nasi­lo­nej skłon­no­ści do kon­flik­tów osoby doro­słej ze świa­tem zewnętrz­nym mają swoje źró­dło w dzie­ciń­stwie, nie dopro­wa­dziło do żad­nych prak­tycz­nych wnio­sków co do życia dziecka.

Być może stało się tak dla­tego, że psy­cho­ana­liza skon­cen­tro­wała się na tech­nice bada­nia pod­świa­do­mo­ści. Ta sama tech­nika, która dopro­wa­dziła do odkryć u doro­słego czło­wieka, w odnie­sie­niu do dziecka stała się prze­szkodą. Dziecko ze swej natury nie pod­daje się tej samej tech­nice; ono nie może mieć wspo­mnień z dzie­ciń­stwa, gdyż samo jest dzie­ciń­stwem.

Trzeba je raczej obser­wo­wać niż badać, ale obser­wo­wać pod kątem psy­chiki i szu­ka­nia kon­flik­tów, jakie prze­żywa dziecko w kon­tak­tach z doro­słymi i ze śro­do­wi­skiem spo­łecz­nym. Jest oczy­wi­ste, że taki punkt widze­nia sytu­uje nas poza zakre­sem tech­nik i teo­rii psy­cho­ana­li­tycz­nych, kie­ru­jąc ku nowemu polu obser­wa­cji, a mia­no­wi­cie funk­cjo­no­wa­niu dziecka w spo­łe­czeń­stwie.

Nie idzie tu o poko­ny­wa­nie zawi­ło­ści bada­nia osoby cho­rej, ale o otwar­cie w rze­czy­wi­sto­ści ludz­kiego życia prze­strzeni zorien­to­wa­nej na psy­chikę dziecka. Prak­tycz­nym pro­ble­mem jest całe życie czło­wieka i pro­ces jego roz­woju od chwili naro­dzin. Nie znamy tej strony histo­rii ludz­kiego życia, która opo­wiada o życiu psy­chicz­nym czło­wieka, o wraż­li­wym dziecku, które napo­tyka na swej dro­dze prze­szkody, gubi się w prze­ra­sta­ją­cych je, nie­roz­wią­zy­wal­nych kon­flik­tach z domi­nu­ją­cym, lecz sta­ra­ją­cym się go zro­zu­mieć doro­słym. Bia­łej karty nie­ska­żo­nej i deli­kat­nej duszy dziecka nie naru­szyły jesz­cze nie­znane cier­pie­nia, które mogłyby budo­wać w jego pod­świa­do­mo­ści gor­szego czło­wieka wbrew zamy­słom natury.

To zło­żone zagad­nie­nie zostało opi­sane, lecz nie w powią­za­niu z psy­cho­ana­lizą. Ta bowiem ogra­ni­cza się do poję­cia cho­roby i do medy­cyny leczą­cej, nato­miast kwe­stia sfery psy­chicz­nej dziecka obej­muje pro­fi­lak­tykę, ponie­waż doty­czy zwy­kłego i ogól­nego trak­to­wa­nia dzieci, które mogłoby pomóc unik­nąć prze­szkód i kon­flik­tów, a co za tym idzie, ich kon­se­kwen­cji w postaci cho­rób psy­chicz­nych, któ­rymi zaj­muje się psy­cho­ana­liza, lub po pro­stu braku rów­no­wagi psy­chicz­nej, która według psy­cho­ana­li­ty­ków doty­czy nie­mal całej ludz­ko­ści.

Tak więc wokół dziecka powstaje zupeł­nie nowe pole badań nauko­wych, nie­za­leżne nawet od ist­nie­ją­cego rów­no­le­gle pola badań psy­cho­ana­li­tycz­nych. Jest to zasad­ni­czo forma wspie­ra­nia życia psy­chicz­nego dziecka, miesz­cząca się cał­ko­wi­cie w nor­mal­no­ści i w dzie­dzi­nie wycho­wa­nia. Polega ona jed­nak na wnik­nię­ciu w nie­znane dotąd zja­wi­ska psy­chiczne u dziecka, a rów­no­cze­śnie na prze­bu­dze­niu doro­słego, który ma błędne podej­ście do dziecka, bio­rące się z pod­świa­do­mo­ści.

II. Oskarżony

II OSKAR­ŻONY

Poję­cie wypar­cia, któ­rego Freud używa w odnie­sie­niu do naj­głęb­szych przy­czyn zabu­rzeń psy­chicz­nych u doro­słych, sta­nowi ilu­stra­cję samą w sobie.

Dziecko nie może się roz­wi­jać w nor­malny spo­sób, tak jak powi­nien to robić czło­wiek w tym okre­sie życia. Dzieje się tak z winy doro­słych, któ­rzy je tłu­mią. Doro­sły to abs­trak­cyjne okre­śle­nie. Dziecko jest w spo­łe­czeń­stwie istotą wyizo­lo­waną, dla­tego gdy ktoś z doro­słych ma nad nim kon­trolę, natych­miast staje się kimś okre­ślo­nym - to osoba mu naj­bliż­sza, a więc zazwy­czaj matka, następ­nie ojciec i wresz­cie nauczy­ciele.

Tym wła­śnie oso­bom spo­łe­czeń­stwo powie­rza prze­ciwne zada­nie i przy­pi­suje im zasługę wycho­wa­nia i spra­wo­wa­nia pie­czy nad roz­wo­jem dziecka. Tym­cza­sem z badań nad głę­bi­nami duszy wyła­nia się oskar­że­nie skie­ro­wane prze­ciwko tym, któ­rzy uwa­żają się za straż­ni­ków i dobro­czyń­ców ludz­ko­ści. Stają się oni oskar­żo­nymi. Ponie­waż jed­nak są ojcami lub mat­kami, a wielu także nauczy­cie­lami i opie­ku­nami dzieci, oskar­że­nie zostaje skie­ro­wane ogól­nie w stronę doro­słych - spo­łe­czeń­stwa, które powinno być odpo­wie­dzialne za dziecko. Owo zdu­mie­wa­jące oskar­że­nie ma w sobie coś apo­ka­lip­tycz­nego, jest tajem­ni­cze i prze­ra­ża­jące niczym głos na Sądzie Osta­tecz­nym pyta­jący: "Cóż uczy­ni­łeś z dziećmi, które ci powie­rzy­łem?".

Pierw­szą reak­cją na to oskar­że­nie jest pro­test, reak­cja obronna: "Zro­bi­li­śmy co w naszej mocy; kochamy dzieci i poświę­camy się dla nich". Mamy tu do czy­nie­nia z dwiema prze­ciw­staw­nymi kon­cep­cjami: jedną świa­domą i drugą odno­szącą się do nie­uświa­do­mio­nych zja­wisk. Postawa obronna jest dobrze znana, stara i zako­rze­niona, i to nie ona nas inte­re­suje. To, co się liczy, to oskar­że­nie, a raczej oskar­żony, który błąka się i tru­dzi, pró­bu­jąc udo­sko­na­lić metody wycho­waw­cze i gubiąc się w labi­ryn­cie pro­ble­mów niczym w lesie, z któ­rego, mimo iż jest otwarty, nie ma wyj­ścia, a wszystko dla­tego, że nie ma świa­do­mo­ści błędu, jaki leży u pod­staw jego postę­po­wa­nia.

Wypo­wia­da­jąc się na rzecz dziecka, musimy utrwa­lić postawę oskar­ży­ciel­ską wzglę­dem doro­słego, i to bez uspra­wie­dli­wień czy wyjąt­ków.

I oto w jed­nej chwili oskar­że­nie staje się czymś fascy­nu­ją­cym, na czym sku­piamy uwagę. Nie doty­czy ono błę­dów nie­za­mie­rzo­nych, co byłoby poni­ża­jące i wska­zy­wało na wady i braki. Wska­zuje nato­miast błędy nie­świa­dome, przez co pro­wa­dzi do roz­woju i samo­po­zna­nia. Każdy praw­dziwy roz­wój jest wyni­kiem odkry­cia i wyko­rzy­sta­nia tego, co wcze­śniej było nie­znane.

To dla­tego ludzie zawsze pod­cho­dzili dwo­jako do wła­snych błę­dów. Każdy czuje się ura­żony, mając świa­do­mość popeł­nie­nia błędu, nato­miast pocią­gają go i fascy­nują błędy mimo­wolne. Błąd nie­świa­domy nosi w sobie tajem­nicę dosko­na­ło­ści wykra­cza­jącą poza znane i okre­ślone gra­nice i wznosi nas na wyż­szy poziom. Dla­tego śre­dnio­wieczny rycerz był gotów poje­dyn­ko­wać się z powodu naj­błah­szego oskar­że­nia, poda­ją­cego w wąt­pli­wość jego świa­dome dzia­ła­nie, nato­miast korzył się przed ołta­rzem, wyzna­jąc uni­że­nie: "Moja wina, wyznaję to przed wszyst­kimi; tylko ja pono­szę winę".

Inte­re­su­jące przy­kłady takiej sprzecz­no­ści można zna­leźć w histo­riach biblij­nych. Jaka siła zjed­no­czyła tłumy wokół Jona­sza w Nini­wie i dla­czego wszyst­kich, od króla po lud, ogar­nął entu­zjazm, który popchnął ich do przy­łą­cze­nia się do wyznaw­ców pro­roka? Oskar­żył ich on, że są strasz­nymi grzesz­ni­kami, i zagro­ził, że jeśli się nie nawrócą, Niniwa zosta­nie znisz­czona. W jaki spo­sób Jan Chrzci­ciel zwra­cał się do tłu­mów nad brze­gami Jor­danu, jakimi sło­wami sku­sił je, by tak licz­nie za nim podą­żyły? Nazwał je "żmi­jo­wym ple­mie­niem".

Oto zja­wi­sko duchowe: ludzie zbie­gają się do kogoś, kto ich oskarża, a to ozna­cza, że godzą się z oskar­że­niami, uznają je. Są to oskar­że­nia cięż­kie i bez­względne, odwo­łu­jące się do głę­bo­kich warstw nie­świa­do­mo­ści, aby skon­fron­to­wać je ze świa­do­mo­ścią. Wszelki roz­wój duchowy polega na uświa­do­mie­niu sobie tego, co wcze­śniej pozo­sta­wało poza zasię­giem świa­do­mo­ści. W taki sam spo­sób roz­wój cywi­li­za­cji postę­puje na dro­dze odkryć.

I tak, aby zacząć trak­to­wać dziecko ina­czej, niż to się robi dzi­siaj, aby uchro­nić je przed kon­flik­tami zagra­ża­ją­cymi jego psy­chice, trzeba naj­pierw doko­nać pew­nej pod­sta­wo­wej, zasad­ni­czej zmiany, od któ­rej wszystko zależy: zmie­nić doro­słego. W isto­cie, oświad­cza­jąc, że robi, co może, i że - jak twier­dzi - jego miłość do dziecka popy­cha go do poświę­ceń, przy­znaje, że sta­nął w obli­czu nie­moż­li­wo­ści. Powi­nien koniecz­nie prze­kro­czyć tę gra­nicę i wyjść poza to, co dobrze mu znane, zgodne z jego wolą i świa­dome.

Nie­znane doty­czy także dziecka. To część jego duszy, która zawsze pozo­sta­wała nie­znana, a którą należy poznać. Także dziecko potrze­buje odkry­cia, które pro­wa­dzi ku nie­zna­nemu. Bo poza dziec­kiem, które jest obiek­tem obser­wa­cji i bada­nia psy­cho­lo­gów i wycho­waw­ców, jest jesz­cze dziecko nie­po­znane. Trzeba wyjść mu naprze­ciw z entu­zja­zmem i goto­wo­ścią do poświę­ceń, podob­nie jak poszu­ki­wa­cze złota, któ­rzy prze­mie­rzają nie­znane kra­iny, wie­dząc, że gdzieś w nich kryje się cenny kru­szec, i doko­nują cudów, by go odna­leźć. Tak wła­śnie powi­nien postę­po­wać doro­sły, aby odna­leźć to coś nie­po­znanego, co kryje się w duszy dziecka. W tym wysiłku musi uczest­ni­czyć każdy, nie­za­leż­nie od grupy spo­łecz­nej, rasy czy naro­do­wo­ści, gdyż w grę wcho­dzi odkry­cie ele­mentu nie­zbęd­nego dla moral­nego postępu ludz­ko­ści.

Doro­sły cią­gle jesz­cze nie rozu­mie dziecka i nasto­latka, dla­tego stale z nimi wal­czy, a zara­dzić temu nie można przez przy­swo­je­nie sobie cze­goś inte­lek­tu­al­nie lub przez uzu­peł­nie­nie bra­ku­ją­cej wie­dzy. Trzeba wyjść z zupeł­nie innych zało­żeń. Doro­sły musi zna­leźć w sobie nie­uświa­da­miany błąd, unie­moż­li­wia­jący mu dostrze­że­nie dziecka. Bez takiego zało­że­nia i bez przy­ję­cia postawy umoż­li­wia­ją­cej takie przy­go­to­wa­nie nie da się zro­bić kroku do przodu.

Doko­na­nie wglądu w samego sie­bie nie jest tak trudne, jak by się mogło wyda­wać. Błąd, nawet nie­uświa­do­miony, powo­duje cier­pie­nie oraz nie­po­kój i wystar­czy byle wzmianka o moż­li­wo­ści zara­dze­nia złu, by wywo­łać silną potrzebę posia­da­nia takiego lekar­stwa. Gdy ktoś ma zwich­nięty palec, odczuwa silną potrzebę nasta­wie­nia go, gdyż wie, że ina­czej ręka nie odzy­ska spraw­no­ści, a ból nie usta­nie. Podobną potrzebę napra­wie­nia świa­do­mo­ści odczu­wamy, gdy zro­zu­miemy, że popeł­ni­li­śmy błąd, gdyż wów­czas sła­bość i cier­pie­nie, które dotąd wytrzy­my­wa­li­śmy, staną się nie do znie­sie­nia. Gdy już tego doko­namy, wszystko staje się łatwe. Gdy tylko uświa­do­mimy sobie, że przy­pi­sy­wa­li­śmy sobie zbyt wiele zasług, że podej­mo­wa­li­śmy się zadań prze­kra­cza­ją­cych nasze moż­li­wo­ści, wów­czas moż­liwe i inte­re­su­jące sta­nie się zro­zu­mie­nie natury dusz odmien­nych od naszej, to jest dusz dzieci.

Doro­śli przy­jęli wobec dzieci postawę ego­cen­tryczną. Nie ego­istyczną, lecz ego­cen­tryczną. Dla­tego wszystko, co doty­czy sfery psy­chicz­nej życia dziecka, oce­niają pod kątem wła­snych odczuć. Pro­wa­dzi to do coraz więk­szego braku zro­zu­mie­nia. Ego­cen­tryzm doro­słego powo­duje, że postrzega on dziecko jako białą kartę, którą doro­sły musi zapi­sać; jako bez­wolną i bez­radną istotę, dla któ­rej trzeba zro­bić wszystko; istotę pozba­wioną wewnętrz­nych dro­go­wska­zów, którą doro­sły musi kie­ro­wać z zewnątrz. W sumie uważa się za stwórcę dziecka i oce­nia pozy­tyw­nie bądź nega­tyw­nie dzia­ła­nia dziecka pod kątem wła­snej z nim rela­cji. Jest pro­bie­rzem dobra i zła. Jest nie­omylny i sta­nowi wzo­rzec, według któ­rego dziecko ma zostać ukształ­to­wane, a wszystko, czym odbiega ono od owego ide­al­nego modelu, jest trak­to­wane jako zło, które doro­sły spie­szy napra­wić.

Według doro­słego taka postawa, która de facto spra­wia, że opie­kun nie­świa­do­mie tłamsi oso­bo­wość dziecka, ma świad­czyć o zapale, miło­ści i goto­wo­ści do poświę­ceń.

III. Biologiczne intermezzo

III BIO­LO­GICZNE INTER­MEZZO

Ogła­sza­jąc swe odkry­cia doty­czące seg­men­ta­cji komórki zarod­ko­wej, Wolf zade­mon­stro­wał pro­ces powsta­wa­nia istot żywych, pre­zen­tu­jąc rów­no­cze­śnie widoczny i nama­calny dowód w postaci bez­po­śred­nich obser­wa­cji na ist­nie­nie wewnętrz­nych dyrek­tyw doty­czą­cych reali­za­cji z góry usta­lo­nego planu. To on oba­lił pewne kon­cep­cje fizjo­lo­giczne, na przy­kład Leib­niza czy Spal­lan­za­niego, mówiące o pre­eg­zy­sten­cji skoń­czo­nej postaci orga­ni­zmu w zarodku. Według ówcze­snej szkoły filo­zo­ficz­nej w jaju, czyli u zara­nia życia, znaj­duje się cał­ko­wi­cie ufor­mo­wana, choć nie­do­sko­nała i w mini­mal­nych wymia­rach, istota, która może póź­niej się roz­wi­nąć, o ile znaj­dzie się w sprzy­ja­ją­cym śro­do­wi­sku. Kon­cep­cja owa zro­dziła się z obser­wa­cji nasion roślin zawie­ra­ją­cych ukrytą mię­dzy dwoma liście­niami całą nową roślinę, w któ­rej można roz­róż­nić korze­nie i liście i z któ­rych - umiesz­czo­nych w ziemi - wszystko to, co było zawarte w ziar­nie, roz­wija się w roślinę. Przy­pusz­czano, że podobny pro­ces zacho­dzi także u zwie­rząt i ludzi.

Kiedy jed­nak po odkry­ciu mikro­skopu mógł obser­wo­wać, jak naprawdę powstaje żywa istota (zaczął od bada­nia pta­sich embrio­nów), odkrył, że na początku jest jedna komórka zarod­kowa. Pod mikro­sko­pem, który pozwo­lił oglą­dać to, co nie­wi­dzialne gołym okiem, zoba­czył, że nie ist­nieje żadna pre­eg­zy­sten­cjalna forma. Komórka zarod­kowa (powstała z połą­cze­nia dwóch komó­rek) zawiera jedy­nie błonę komór­kową, pro­to­pla­zmę i jądro, tak jak wszel­kie inne komórki, i jest po pro­stu zwy­kłą komórką w jej pry­mi­tyw­nej postaci, to jest bez jakie­go­kol­wiek róż­ni­co­wa­nia. Każda żywa istota - roślina czy zwie­rzę - powstaje z takiej wła­śnie pier­wot­nej komórki. To, co widzie­li­śmy przed wyna­le­zie­niem mikro­skopu, czyli roślina w ziar­nie, jest embrio­nem już roz­wi­nię­tym z komórki zarod­ko­wej, mają­cym za sobą etap roz­woju zacho­dzący w owocu, z któ­rego się wydo­staje i pada na zie­mię już doj­rzałe nasiono.

Komórka zarod­kowa ma pewną nie­zwy­kłą wła­ści­wość, a mia­no­wi­cie umie­jęt­ność szyb­kiego dzie­le­nia się, i to według usta­lo­nego wzorca. Nie ma w niej jed­nak naj­mniej­szego mate­rial­nego śladu owego wzorca czy planu. W jej wnę­trzu znaj­dują się tylko maleń­kie ciałka sta­no­wiące o dzie­dzi­cze­niu - chro­mo­somy.

Śle­dząc wcze­sne fazy roz­woju zwie­rząt, widzimy, że pierw­sza komórka dzieli się na dwie, które dzielą się na cztery itd., aż utwo­rzą coś w rodzaju pustej w środku kuli zwa­nej morulą; ta z kolei roz­war­stwia się następ­nie na dwie czę­ści, two­rząc otwartą jamę o dwóch ścian­kach (gastrula).

Dal­szy roz­wój istoty o skom­pli­ko­wa­nych orga­nach i tkan­kach odbywa się poprzez mul­ti­pli­ka­cję, zagi­na­nie do wewnątrz i róż­ni­co­wa­nie. Tak więc komórka zarod­kowa, choć sama w sobie tak pro­sta, przej­rzy­sta i pozba­wiona jakie­go­kol­wiek mate­rial­nego wzoru, pra­cuje i z nie­zwy­kłą dokład­no­ścią reali­zuje nie­ma­te­rialny plan, jaki w sobie zawiera. Zupeł­nie jak wierny sługa, który na pamięć zna swoje zada­nia i je wypeł­nia, nie posiada jed­nak żad­nego doku­mentu, który by potwier­dzał otrzy­mane w sekre­cie pole­ce­nia. O zada­nym wzo­rze świad­czy jedy­nie aktyw­ność nie­zmor­do­wa­nych komó­rek, a zoba­czyć go można dopiero, gdy praca zosta­nie ukoń­czona. W jej trak­cie niczego nie da się zaob­ser­wo­wać.

Jed­nym z pierw­szych orga­nów, który poja­wia się u embrio­nów ssa­ków, a więc i u ludzi, jest serce lub raczej to, co będzie ser­cem - mały pęche­rzyk, który natych­miast zaczyna ryt­micz­nie pul­so­wać. Bije dwa razy szyb­ciej niż serce matki. I będzie bił nie­zmor­do­wa­nie jako apa­rat życio­wego napędu, wspo­ma­ga­jący wszyst­kie for­mu­jące się tkanki przez dostar­cza­nie im środ­ków nie­zbęd­nych do życia.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, jest to ukryta praca, dzieło o tyle cudowne, że doko­nu­jące się samo z sie­bie: to two­rze­nie z niczego. Owe nie­sły­cha­nie mądre żywe komórki ni­gdy się nie mylą i noszą w sobie zdol­ność głę­bo­kiego prze­kształ­ca­nia się - jedne w komórki chrzęstne, inne w ner­wowe, jesz­cze inne w komórki powłoki skór­nej - a każda tkanka zaj­muje dokład­nie to miej­sce, które jest jej prze­zna­czone. Ów cud stwo­rze­nia, sekret wszech­świata jest sta­ran­nie skry­wany: natura okrywa go nie­prze­nik­nio­nymi zasło­nami. I jedy­nie ona może uchy­lić zasłony, uka­zu­jąc światu skoń­czoną istotę, którą nazy­wamy nowo naro­dzoną.

Ale nowo naro­dzona istota nie jest jedy­nie cia­łem mate­rial­nym, teraz to ona staje się czymś w rodzaju komórki zarod­ko­wej zawie­ra­ją­cej ukryte funk­cje psy­chiczne okre­ślo­nego rodzaju. To nowe ciało nie funk­cjo­nuje jedy­nie poprzez swoje organy; posiada także inne funk­cje: instynkty, któ­rych nie można zamknąć w komórce, potrze­bują bowiem żywego ciała istoty już naro­dzo­nej. Podob­nie jak w każ­dej komórce zarod­ko­wej znaj­duje się cały wzór orga­ni­zmu, choć nie można go fizycz­nie zoba­czyć, tak ciało każ­dej nowo naro­dzo­nej istoty jakie­go­kol­wiek gatunku ma wbu­do­wany wzór zja­wisk psy­chicz­nych i funk­cji, za któ­rych pomocą będzie się komu­ni­ko­wała ze śro­do­wi­skiem. I nie­ważne, co to za istota - może to być owad.

Cudowne instynkty psz­czół spra­wia­jące, że budują one tak zło­żone spo­łecz­no­ści, ujaw­niają się dopiero u doj­rza­łych psz­czół, a nie w jajach czy lar­wach. Instynkt lata­nia obja­wia się u już naro­dzo­nego ptaka, nie wcze­śniej, i tak dalej.

Kiedy nowa istota jest już ufor­mo­wana, staje się sie­dli­skiem tajem­ni­czych prze­wod­ni­ków, z któ­rych biorą się czyny, cha­rak­tery, prace i wszel­kie funk­cje wyko­ny­wane w śro­do­wi­sku zewnętrz­nym.

Śro­do­wi­sko zewnętrzne musi nie tylko zapew­niać środki do fizjo­lo­gicz­nej egzy­sten­cji, lecz także przy­po­mi­nać o sekret­nych misjach, jakie nosi w sobie wszelka istota zwie­rzęca, będąc powo­łana przez śro­do­wi­sko nie tylko do życia, ale także do peł­nie­nia funk­cji koniecz­nej do utrzy­ma­nia har­mo­nii w świe­cie. Dla­tego każdy gatu­nek posiada wła­sne śro­do­wi­sko.

Ciało ma formę dokład­nie dosto­so­waną do nad­rzęd­nej funk­cji psy­chicz­nej, która musi stać się czę­ścią eko­no­mii wszech­świata. To, że owe funk­cje wyż­sze ist­nieją już u nowo­rodka, widać wyraź­nie u zwie­rząt: już w chwili naro­dzin wia­domo, że dany ssak będzie łagodny, bo jest jagnię­ciem, a inny będzie dra­pieżny, gdyż jest lwem. Wiemy, że jeden owad będzie pra­co­wał bez wytchnie­nia, zgod­nie z nie­zmien­nymi zasa­dami, bo jest mrówką, a inny nie zrobi nic poza gra­niem w samot­no­ści, gdyż uro­dził się cykadą.

Podob­nie nowo naro­dzone dziecko nie jest wyłącz­nie goto­wym do funk­cjo­no­wa­nia cia­łem, lecz także ducho­wym embrio­nem z ukry­tymi wytycz­nymi psy­chicz­nymi. Absur­dem byłoby sądzić, że wła­śnie czło­wiek, który cha­rak­te­ry­zuje się i wyróż­nia spo­śród innych stwo­rzeń wiel­ko­ścią swego życia psy­chicz­nego, miałby być jedyną istotą nie­po­sia­da­jącą zako­do­wa­nego wzoru psy­chicz­nego roz­woju.

Jed­nak duch może być tak głę­boko ukryty, że nie daje o sobie znać, ina­czej niż zwie­rzęcy instynkt, który jest od razu gotowy, by ujaw­nić się w z góry usta­lo­nych dzia­ła­niach. To, że nie ule­gamy z góry okre­ślo­nym i utrwa­lo­nym instynk­tom prze­wod­nim, tak jak zwie­rzęta, świad­czy o ist­nie­niu pod­stawy dzia­ła­nia, jaką jest wolna wola, a to wymaga spe­cjal­nego przy­go­to­wa­nia, wręcz stwo­rze­nia, odręb­nego dla roz­woju każ­dej jed­nostki, a co za tym idzie, nie­prze­wi­dy­wal­nego. I tym bar­dziej deli­kat­nego, trud­nego i ukry­tego. W duszy dziecka kryje się więc sekret, któ­rego nie spo­sób prze­nik­nąć, jeśli samo go nam stop­niowo nie ujawni w trak­cie swego roz­woju. Dokład­nie jak w przy­padku seg­men­ta­cji komórki zarod­ko­wej, w któ­rej nie ma nic oprócz pro­jektu. Jest to jed­nak pro­jekt, któ­rego nie da się ujaw­nić ina­czej niż w trak­cie reali­zo­wa­nia kolej­nych eta­pów roz­woju orga­ni­zmu. Dla­tego jedy­nie dziecko może nam obja­wić tajem­nicę natu­ral­nego wzoru czło­wieka.

Jed­nak ze względu na deli­kat­ność, jaka wiąże się z każ­dym pro­ce­sem two­rze­nia z niczego, życie psy­chiczne dziecka wymaga ochrony i śro­do­wi­ska przy­po­mi­na­ją­cego błony i osłony, jakimi natura ota­cza fizyczny embrion.

I roz­legł się na Ziemi głos drżący,

jakiego ni­gdy nie sły­szano; wydo­by­wał się z gar­dła, które ni­gdy nie drgało.

Opo­wia­dano mi o czło­wieku, który żył w naj­głęb­szych ciem­no­ściach; jego oczy ni­gdy nie widziały naj­słab­szego świa­tła, niczym na dnie otchłani.

Mówiono mi o czło­wieku żyją­cym w ciszy, do któ­rego uszu nie dotarł ni­gdy żaden, nawet naj­lżej­szy dźwięk.

Sły­sza­łem o czło­wieku, który żył zanu­rzony w wodzie; wodzie o dziw­nym cie­ple, która nagle wypły­nęła spo­mię­dzy lodów.

I wyja­śnił, że jego płuca ni­gdy nie oddy­chały (w porów­na­niu z tym męki Tan­tala byłyby niczym!), jed­nak żył. Powie­trze nagle wypeł­niło jego płuca, od początku zaklę­słe.

I wtedy czło­wiek krzyk­nął. I dał się sły­szeć na Ziemi głos drżący, jakiego ni­gdy nie sły­szano, wydo­by­wa­jący się z gar­dła, które ni­gdy nie drgało.

Był to czło­wiek, który odpo­czął.

Któż mógłby przy­pusz­czać, że był to odpo­czy­nek abso­lutny?

Odpo­czy­nek kogoś, kto nie zada­wał sobie trudu, nawet żeby jeść, bo inni jedzą za niego;

i opu­ściły go jego włókna, gdyż inne, żywe tkanki wytwa­rzały potrzebne mu do życia cie­pło;

i nawet naj­głęb­sze jego tkanki nie musiały bro­nić się przed jadami i grzy­bami, gdyż inne tkanki robiły to za niego.

Jedyną jego pracą była praca serca, które biło, zanim jesz­cze on się stał. Tak, choć jego jesz­cze nie było, jego serce biło dwa razy szyb­ciej niż wszel­kie inne serca. I wie­dzia­łem, że było to ludz­kie serce.

A teraz... oto nad­cho­dzi i bie­rze na sie­bie wszyst­kie prace:

zra­niony świa­tłem i dźwię­kiem, zmę­czony aż do naj­głęb­szych włó­kien swego jeste­stwa, wydaje z sie­bie wielki okrzyk: "Dla­czego mnie opu­ści­łeś?".

I to wtedy czło­wiek po raz pierw­szy dostrzega w sobie Chry­stusa umie­ra­ją­cego i Chry­stusa wsta­ją­cego z mar­twych!

IV. Noworodek

IV NOWO­RO­DEK

Nadprzyrodzone środowisko

Rodzące się dziecko nie dostaje się do natu­ral­nego oto­cze­nia, lecz do śro­do­wi­ska cywi­li­za­cji, w któ­rym toczy się życie ludzi. To dla niego śro­do­wi­sko nad­przy­ro­dzone, które powstało ponad naturą i jej kosz­tem, w celu zapew­nie­nia czło­wie­kowi pomocy w życiu, obej­mu­ją­cej naj­drob­niej­sze szcze­góły, oraz uła­twie­nia mu adap­ta­cji.

Ale jakież to roz­wią­za­nia cywi­li­za­cja wypra­co­wała, aby wes­przeć nowo naro­dzo­nego czło­wieka, który doko­nuje naj­więk­szego z moż­li­wych wysił­ków, aby przy­cho­dząc na świat, przy­sto­so­wać się do przej­ścia z jed­nego życia w dru­gie?

Wstrzą­sa­jące przej­ście, jakie jest udzia­łem dziecka w chwili naro­dzin, domaga się nauko­wego podej­ścia do nowo naro­dzo­nej istoty, gdyż w żad­nym innym okre­sie życia nie czeka czło­wieka tyle zma­gań i kon­flik­tów, a co za tym idzie, i cier­pie­nia. Jed­nak żadna opatrz­ność nie uła­twia owego trau­ma­tycz­nego przej­ścia, a prze­cież w histo­rii ludz­ko­ści powi­nien ist­nieć zapis waż­niej­szy niż wszyst­kie inne, w któ­rym byłaby mowa o tym, co cywi­li­zo­wany czło­wiek robi, aby pomóc przy­cho­dzą­cej na świat isto­cie. Ta kwe­stia pozo­staje jed­nak białą kartą.

Tym­cza­sem w powszech­nym prze­ko­na­niu współ­cze­sna cywi­li­za­cja jest mocno ukie­run­ko­wana na rodzące się dziecko.

Jak jest naprawdę?

Kiedy dziecko przy­cho­dzi na świat, sku­piamy uwagę na matce i jej cier­pie­niu, tak jakby dziecka ono nie doty­czyło. Trosz­czymy się, by nie prze­szka­dzało jej świa­tło ani hałasy, gdyż jest zmę­czona. A czy dziecko, które przy­bywa z miej­sca, gdzie ni­gdy nie docie­rał naj­mniej­szy pro­myk świa­tła ani żaden odgłos, nie jest wyczer­pane? To raczej dla niego trzeba posta­rać się o ciem­ność i ciszę.

Roz­wi­jało się w zaci­szu, do któ­rego nie docho­dziły żadne wstrząsy ani waha­nia tem­pe­ra­tury, w mięk­kiej i jed­no­rod­nej cie­czy, w oto­cze­niu pomy­śla­nym spe­cjal­nie dla jego wygody i chro­nią­cym je przed świa­tłem i odgło­sami z zewnątrz. I nagle z owego płyn­nego śro­do­wi­ska wydo­staje się na powie­trze. W jaki spo­sób czło­wiek doro­sły wycho­dzi naprze­ciw temu maleń­stwu, które przy­cho­dzi na świat zni­kąd, któ­rego wraż­liwe oczy ni­gdy nie widziały świa­tła, a uszy pogrą­żone były w ciszy?

Jak sobie radzi w zetknię­ciu z ową istotką o umę­czo­nym ciele, która aż do chwili naro­dzin, pozo­sta­jąc w łonie matki, nie odczu­wała jakich­kol­wiek bodź­ców z zewnątrz? W jed­nej chwili wydo­staje się ona ze śro­do­wi­ska wod­nego na powie­trze, nie prze­cho­dząc kolej­nych prze­mian, jakim pod­da­wana jest na przy­kład kijanka, zanim sta­nie się żabą.

Jej deli­katne ciałko wysta­wione jest na bru­talne zde­rze­nie z twardą mate­rią: dostaje się w nie­czułe ręce czło­wieka doro­słego.

W rze­czy­wi­sto­ści domow­nicy raczej boją się jej dotknąć, gdyż jest taka kru­cha; krewni i matka spo­glą­dają na nią z obawą i wolą oddać ją w fachowe ręce. Tylko że owe fachowe ręce nie zawsze są dość zręczne, by zaj­mo­wać się tak kru­chą istotką. Nie wystar­czy pew­nie trzy­mać dziecko moc­nymi dłońmi. Trzeba mieć odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nie, aby potra­fić obcho­dzić się z tak deli­kat­nym stwo­rze­niem. Dla­czego pie­lę­gniarka musi długo uczyć się, jak postę­po­wać z doro­słym cho­rym czy ran­nym? Albo jak deli­kat­nie nakła­dać maść czy opa­tru­nek?

Z dziec­kiem się tak nie pie­ścimy.

Lekarz bie­rze je do rąk bez szcze­gól­nych cere­gieli, a kiedy malu­szek roz­pacz­li­wie krzy­czy, wszy­scy uśmie­chają się z pobłaż­li­wo­ścią. A tym­cza­sem ono w ten spo­sób zabiera głos. Płacz to jego język, krzyk jest nie­zbędny, by płuca się roz­kur­czyły, a płacz, by oczy­ściły się oczy.

Nowo­rodka natych­miast się ubiera.

Nie­gdyś zawi­jano go cia­sno w pie­luszki jak w gips, roz­pro­sto­wu­jąc i unie­ru­cha­mia­jąc tę istotkę, która prze­cież w łonie matki była sku­lona. Tym­cza­sem dziecka w ogóle nie trzeba ubie­rać ani tuż po uro­dze­niu, ani przez pierw­szy mie­siąc.

W isto­cie, jeśli chcie­li­by­śmy prze­śle­dzić histo­rię, zoba­czy­li­by­śmy stop­niową ewo­lu­cję spo­so­bów ubie­ra­nia nowo naro­dzo­nych dzieci, od usztyw­nień po lek­kie ubranka, a także stop­niowe redu­ko­wa­nie czę­ści odzieży - jesz­cze tro­chę, a zupeł­nie zre­zy­gnu­jemy z ubie­ra­nia nowo­rod­ków.

Dziecko powinno pozo­stać nagie, tak jak przed­sta­wia je sztuka. Anioły są malo­wane czy rzeź­bione cał­ko­wi­cie nagie, a w szopce Dzie­wica Maryja ado­ruje i pia­stuje nagu­sień­kie Dzie­ciątko.

To oto­cze­nie, a nie ubra­nie powinno dawać dziecku cie­pło. Samo nie posiada wystar­cza­ją­cej ener­gii, by spro­stać tem­pe­ra­tu­rze zewnętrz­nej, gdyż wcze­śniej żyło w cie­ple ciała matki. Wia­domo, że ubra­nie może jedy­nie zatrzy­mać cie­pło ciała, nie dopu­ścić do jego utraty. Jeśli oto­cze­nie jest odpo­wied­nio ogrzane, odzież sta­nowi jedy­nie prze­szkodę mię­dzy pły­ną­cym z niego cie­płem a cia­łem dziecka, które ma je przy­jąć.

Zauważmy, że u zwie­rząt matka ogrzewa nowo­rodka wła­snym cia­łem, nawet gdy pokrywa je puch lub futerko.

Nie chcę się zbyt­nio roz­wo­dzić nad tą sprawą. Jestem pewna, że gdy­bym mogła poroz­ma­wiać z Ame­ry­ka­nami, opo­wie­dzie­liby mi o tym, jak u nich wygląda opieka nad nowo­rod­kiem. Niemcy i Anglicy pyta­liby mnie ze zdzi­wie­niem, dla­czego igno­ruję postępy, jakie doko­nały się w ich kra­jach w tej dzie­dzi­nie medy­cyny i pie­lę­gniar­stwa. Była­bym zmu­szona odpo­wie­dzieć, że wszystko to wiem, że pro­wa­dzi­łam bada­nia w nie­któ­rych z owych kra­jów i że zapo­zna­łam się z naj­waż­niej­szymi osią­gnię­ciami i udo­sko­na­le­niami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki