Rozdział 1. Ekspres i inne katastrofy
Dom dziwnie szybko przyzwyczaja się do nieobecności człowieka. Najpierw znika jego kubek, ten brudny, uparcie porzucany przy zlewie. Potem przestaje znikać pilot od telewizora. Wszystkie potrzebne rzeczy leżą dokładnie tam, gdzie ich miejsce. Tak upragniona dawniej cisza teraz niemal krzyczy z każdego kąta.
Ismena zauważyła to po trzech tygodniach albo po pięciu. Nie pamiętała dokładnie, kiedy. Zresztą czas ostatnio stracił dla niej znaczenie - dni zlewały się w jeden długi, szary ciąg.
Czas bez obecności Mirka przestał mieć swój wymiar. Rozciągał się jak znoszone rajstopy, które niby jeszcze się trzymają, ale widać, że już dawno należało je wyrzucić. Poranki smakowały zimną kawą i przejmującą ciszą, a wieczory pachniały samotnością. Pomiędzy nimi Isa jakoś próbowała udawać, że wszystko jest normalnie.
Stała właśnie w kuchni i patrzyła na ekspres do kawy, który od rana wyświetlał komunikat "odkamienianie wymagane".
- Świetnie - mruknęła zrezygnowana - do tego wszystkiego jeszcze ekspres się na mnie wypiął.
Wcisnęła kolejny przycisk. Jedyną reakcją na jej usilne próby uruchomienia maszyny była całkowita odmowa współpracy.
Jeszcze nie tak dawno temu nawet nie wiedziała, że istnieje coś takiego jak odpowietrzanie pieca, przegląd instalacji alarmowej albo dziwny abonament na coś, czego nazwy nawet nie potrafiła powtórzyć.
Do tej pory to Mirek wszystko "ogarniał". Był irytujący, bałaganiarski, emocjonalnie oziębły i miał osobliwy talent do zostawiania skarpet w różnych dziwnych miejscach, ale ich wspólny świat jakoś działał. Dom stał, rachunki się płaciły, auta przechodziły przeglądy, woda leciała z kranu, światło się świeciło, internet hulał, a karta debetowa nigdy nie odmawiała współpracy.
Teraz Ismena odkrywała, że dorosłość na pełny etat przypomina wnerwiający program komputerowy, w którym wszędzie pojawiają się natrętne polecenia: "zadzwoń do hydraulika", "sprawdź polisę", "zapłać podatek od czegoś tam", "nie spal domu".
- Isula - słyszała w głowie głos Mirka - nie zawracaj sobie tym swojej pięknej główki. Ja to załatwię.
"Isula" - nienawidziła tego zdrobnienia. Brzmiało jak przezwisko dla yorka w różowym sweterku, a nie imię dorosłej kobiety po czterdziestce.
Podeszła do okna.
Padało.
Oczywiście, że padało. Przecież przygnębienie i samotność lubiły dobrze dobraną scenografię. Jej życie teraz przypominało coś w rodzaju serialu po ósmym sezonie. Zmęczeni aktorzy, obcięty budżet i scenariusz bez polotu.
Z Mirkiem nie była szczęśliwa od dawna. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz byli naprawdę blisko. Dziesięć lat? Może więcej.
Najpierw do ich związku wkradły się zmęczenie i lekka irytacja. Potem milczenie, a na koniec dołączyła osobna codzienność. Do tego "koktajlu" doszły problemy Mirka, które ostatecznie ich rozdzieliły. Próbowała z nim o tym rozmawiać, ale dla niego to był temat tabu. Unikał go jak ognia, być może wierząc, że jeśli nie będzie o tym mówił, to problem sam zniknie.
Impotencja. Słowo niezręczne i ciężkie jak mokry ręcznik. Na początku próbowała być cierpliwa. Tłumaczyła, pocieszała, proponowała lekarzy, rozmowę, cokolwiek. W końcu, tak jak on, też zaczęła udawać, że temat nie istnieje. I tak wyparowały czułość, dotyk, śmiech w łóżku i pragnienie.
Nie zdradzała go. Nawet nie dlatego, że była taka święta. Raczej dlatego, że nie miała ochoty komplikować sobie życia. Życia, które było stabilne i dostatnie. Ładny dom, dobre samochody i codzienność pozbawiona większych trosk. Ktoś załatwiał te wszystkie nudne rzeczy, ktoś pamiętał o ubezpieczeniu, ktoś wiedział, gdzie jest zawór od wody i co robić, gdy samochód czasem wydawał dziwnie niepokojące dźwięki. Tam, gdzie Mirek nie potrafił sprostać jej oczekiwaniom, doskonale sprawdzał się silikonowy przyrząd z cyberskórki - wierny, niezawodny i pozbawiony wszelkich pretensji, skutecznie zaspokajający jej podstawowe potrzeby. Miał jeszcze jedną zaletę: nie zostawiał skarpet pod łóżkiem i nie pytał, co jest na obiad.
Wpadła w ten rytm jak samochód, który gdy już raz wjedzie w głębokie koleiny, przestaje walczyć z drogą. Przyzwyczajenie powoli stało się największym zabójcą miłości - tej, która być może już dawno zdechła gdzieś po drodze jak bezpański pies, ale za to codzienna organizacja funkcjonowała bez zarzutu.
Wszystko działało aż do dnia, w którym odkryła, że impotencja nie była jedynym problemem Mirka.
Mirek dostał pięć lat, z czego odsiedział już prawie dwa. Przekręty finansowe - tak krzyczały nagłówki lokalnych portali, choć Isa nadal nie rozumiała połowy słów używanych przez prawników: "kreatywna księgowość", "spółki-słupy", "nielegalne transfery", "ukrywanie nielegalnego pochodzenia środków finansowych i wprowadzanie ich do legalnego obrotu gospodarczego".
Brzmiało to absurdalnie, bo Mirek całe życie wyglądał jak pan Hilary z wierszyka Tuwima, który potrafił zgubić własne okulary, mając je na nosie. A jednak okazało się, że pod tym wiecznie rozkojarzonym, niemal dobrotliwym wyrazem twarzy kryło się coś znacznie mniej niewinnego. Człowiek, którego uważała za przewidywalnego do bólu, przez lata prowadził drugie życie. Podczas gdy ona wybierała firanki i zastanawiała się, czy kupić nowy blender, on urządzał sobie jakieś finansowe rodeo.
Kiedy Mirek trafił za kraty, jej życie zaczęło przypominać chwiejną konstrukcję ze spróchniałych patyków. Wystarczyło lekko pchnąć, by wszystko runęło. Nieoczekiwanie musiała się nauczyć żyć, jak każdy inny człowiek: samodzielnie pilnować rachunków, organizować konieczne naprawy i mierzyć się z nudnymi, bezlitosnymi sprawami urzędowymi. Musiała radzić sobie z rzeczami, które wcześniej działy się gdzieś w tle, niemal magicznie, bez jej udziału.
Telefon zawibrował. Spojrzała na wyświetlacz. Zakład karny półotwarty, zapewniający namiastkę wolności, w tym możliwość dzwonienia do bliskich.
Zawahała się, patrząc na ekran. Miała ochotę poczekać, aż telefon zamilknie. W końcu jednak odebrała.
- No cześć, Mirek - powiedziała bez emocji.
- Czemu nie odebrałaś wcześniej?
Nie było żadnego: "jak się czujesz", "co u ciebie", "kocham cię", "tęsknię". Od razu pojawiła się kontrola i ten sam, dobrze znany rytm rozmów, który znała aż za dobrze.
Isa zamknęła oczy, nabierając powoli powietrza, żeby się uspokoić i nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować. Nagle uświadomiła sobie coś, co już od dawna wiedziała, ale nie chciała tego przyznać sama przed sobą. Zrozumiała, że to bardziej sprzęty domowe tęskniły za Mirkiem niż ona sama.
Ona za nim nie tęskniła. Na początku brakowało jej tego, że ktoś ogarniał życie za nią. Z czasem, kiedy coraz lepiej sobie radziła w pojedynkę, zaczęła zadawać sobie pytanie, którego wcześniej unikała, jak ognia: po co on jest jej w ogóle potrzebny?
Rozdział 5 Smak niepewności
Isa szła do domu Wojtka ze świeżo upieczonym ciastem i poczuciem lekkiej kompromitacji. Nie dlatego, że niosła niezaprzeczalny dowód swojego kulinarnego blamażu, ale dlatego, że widziała szybkie spojrzenia i kpiące uśmieszki pani Halinki i pani Grażynki, maszerujących żwawo w stronę pobliskiego kościoła. Obie leciwe damy zapewne już układały w głowach wersję wydarzeń, w której bezwstydna cudzołożnica z sąsiedztwa niesie kochankowi ciasto jako koronny dowód moralnego upadku.
"Pewnie idą odprawić nowennę za moją grzeszną duszę" - westchnęła w myślach.
Weszła na podwórko swojego uwodzicielskiego sąsiada. Przezornie poprawiła włosy przed wejściem i zapukała delikatnie do drzwi.
Nie usłyszała jednak odpowiedzi.
Stała przez chwilę niezdecydowana i już miała odejść w przekonaniu, że Wojtka nie ma w domu, ale usłyszała jakiś przytłumiony, podniesiony głos.
Podniosła rękę, aby ponownie zapukać, jednak nie zdążyła. Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich obcy mężczyzna. Wielki jak szafa, łysy, z twarzą, której nie powstydziłby się najbardziej poszukiwany przestępca. Mimo ciepłej pogody ubrany był w ciężką, skórzaną kurtkę. Zmierzył ją od stóp do głów i bez słowa przepchnął się między nią a futryną, lekko ją potrącając ramieniem.
- Patrz, jak leziesz - mruknęła, ale on nawet się nie odwrócił.
Weszła do środka i od razu coś niepokojącego zwróciło jej uwagę. W kuchni na podłodze leżały kawałki rozbitego kubka, a jego zawartość rozlała się aż pod szafkę. Krzesło było przesunięte pod nienaturalnym kątem, a kalendarz wiszący na ścianie dziwnie się przekrzywił. To nie wyglądało na zwykły bałagan. Bardziej przypominało ślady gwałtownej szamotaniny.
- Wojtek? - Zawołała niepewnie.
- W łazience! - Odkrzyknął.
Wkrótce wyszedł. Na lewym policzku jego skóra była mocno zaczerwieniona, a tuż nad brwią miał świeże rozcięcie.
- Boże, co ci się stało?
Instynktownie zrobiła krok bliżej.
Wojtek machnął ręką.
- Nic wielkiego - uśmiechnął się krzywo - niezdara ze mnie. Poślizgnąłem się na rozlanej wodzie i rozwaliłem ulubiony kubek.
Isa spojrzała wymownie na rozbite szkło.
- Ten kubek chyba oddał ci mocniej, niż powinien.
- Nie wyszło mu to na dobre. Zobacz w jakim jest stanie - zaśmiał się nerwowo.
- Minęłam się w drzwiach z jakimś niezbyt sympatycznym typem - powiedziała niepewnie - to twój znajomy?
Zawahał się.
- Tak, stary znajomy.
- Niezłych masz znajomych - spojrzała na niego wymownie.
- Był mi winny pieniądze. Wpadł oddać część, ale nadal trochę brakuje.
- Pokłóciliście się?
Wojtek wzruszył ramionami.
- Trochę.
- Czyżby to pod okiem to nie agresywny kubek, tylko tamten typ? Brzmi jak kiepski dzień - powiedziała ciszej.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się słabo.
- Poprawił się, kiedy tylko cię zobaczyłem - mruknął niskim, gardłowym głosem.
Podszedł do niej i objął ją lekko. Pocałował czule w usta. Najpierw delikatnie, potem coraz namiętniej. Dotknęła ręką jego twarzy. Syknął, kiedy niechcący uraziła zranione miejsce.
- Powinieneś to zdezynfekować.
- Brzmisz jak żona.
Jedno słowo sprawiło, że zrobiło jej się jednocześnie głupio i przyjemnie.
- Właśnie o tym chciałam pogadać - powiedziała poważnie.
Uniósł lekko brwi.
- O czym?
- O byciu żoną.
- Oświadczasz mi się?
- To nie moja rola - zaśmiała się - chcę porozmawiać z Mirkiem... o rozwodzie. Pomyślałam, że nie mogę wiecznie tkwić w czymś martwym - dodała ciszej - w czymś, co zawsze było kłamstwem... Czas zacząć normalnie żyć. Nie chcę już być okłamywana na każdym kroku.
Przez sekundę wydawało jej się, że coś w nim niespokojnie drgnęło. Jego ramiona lekko się spięły, jakby to, co powiedziała go dotknęło. Zauważyła jego reakcję. Spodziewała się zobaczyć na jego twarzy ulgę, radość, ten jego bezczelny uśmiech, którym zwykle rozbrajał każdą trudną rozmowę, a może nawet usłyszeć: "wreszcie". Tymczasem on tylko skinął głową.
- Cieszę się - powiedział, choć jego oczy mówiły coś zupełnie innego.
- Tylko tyle? - Zapytała pół żartem.
- A co mam powiedzieć?
- Nie wiem. Na przykład: "właśnie uszczęśliwiłaś mnie najbardziej na świecie".
Uśmiechnął się.
- Brzmi trochę patetycznie.
- Liczyłam na odrobinę patosu.
- To dobrze - nachylił się i pocałował ją w czoło - bo naprawdę jestem szczęśliwy.
Już drugi raz poczuła drobne, niepokojące ukłucie gdzieś z tyłu głowy. Jakby słuchała dobrze wyuczonej odpowiedzi, a nie spontanicznej reakcji. Po raz kolejny przemknęła jej przez głowę myśl, że być może nie zna Wojtka tak dobrze, jak jej się wydawało.
Rozdział 8 Niewłaściwe pytanie
Isa wsiadła do samochodu, ale nie uruchomiła silnika. Siedziała bez ruchu. Postanowiła pojechać do Mirka i powiedzieć mu, że rezygnuje z jego propozycji, że nie chce nic od niego, że chce tylko odejść i mieć spokój. Przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik cicho zamruczał. Spojrzała na ulicę. Dziś było tu wyjątkowo spokojnie. Niewiele aut przejeżdżało tą ulicą.
Wyjechała z podjazdu i aż zamarła. Jej wzrok spoczął na zaparkowanym kilka domów dalej aucie, które widziała tu już dzień wcześniej. Wtedy stało tam kilka godzin, a w środku siedziało dwóch napakowanych typów o zakazanych gębach. Nie rozmawiali, nie patrzyli w telefony. Po prostu czekali. Dziś w tym samym aucie siedział jakiś inny typ.
Poczuła, jak budzi się w niej niepokojąca pewność. Nie była przewrażliwiona. Wojtek miał rację. Naprawdę ktoś się nią interesował. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie w sprawie majątku, nie dadzą jej spokoju. Może to kumple lub wrogowie Mirka już dowiedzieli się, że zamierza wszystko na nią przepisać, i dlatego tu koczują. Czekają, aż formalnie stanie się właścicielką majątku, a potem zmuszą ją do spłacenia długu Mirka. Przecież ten podejrzany samochód pojawił się zaledwie kilka dni po tym, jak Mirek złożył jej tę absurdalną propozycję.
Dopiero teraz zrozumiała, że przez ostatnie dni próbowała odpowiedzieć na niewłaściwe pytanie. Nie: "czy podpisać?". Tylko: "co da jej większe bezpieczeństwo - podpis czy odmowa?".
Krew zawrzała jej w żyłach z gniewu.
- Nie! - Syknęła - nie pozwolę, żeby jakiś typ spod ciemnej gwiazdy mnie obserwował!
Z piskiem opon ruszyła w stronę obcego samochodu. Podjechała bliżej i uchyliła szybę. W obcym samochodzie siedział mężczyzna o ciężkiej, posępnej twarzy. Wyglądał tak, jakby cała wściekłość świata skupiła się właśnie w jego oczach. Spojrzał na nią z autentycznym zdziwieniem. Najwyraźniej nie spodziewał się, że kobieta, którą obserwuje, sama podjedzie pod jego nos.
Uchylił szybę i spojrzał na nią pytająco.
- Może wydrukować panu mój plan dnia? Będzie wygodniej niż siedzenie cały czas pod moim domem - rzuciła ze złością.
- O co pani chodzi? - Facet za kierownicą próbował ją zbyć.
- O ten rower, co nie chodzi! Jeśli zaraz stąd nie odjedziesz, zadzwonię na policję!
Mężczyzna uśmiechnął się lekceważąco i, patrząc jej prosto w oczy, powoli zasunął szybę w swoim samochodzie.
To rozwścieczyło ją bardziej niż jakakolwiek odpowiedź. Nie zamierzała odpuścić. Wyjęła telefon, nie spuszczając podejrzanego typa z oczu, i zadzwoniła na policję.
- Dzień dobry - starała się mówić na tyle głośno, aby facet dobrze ją usłyszał - chciałabym zgłosić, że przed moim domem kręci się jakiś podejrzany typ.
Nie zamierzała odjechać. Chciała poczekać na policjantów i z satysfakcją obserwować, jak go legitymują i sprawdzają, a może nawet aresztują. We wstecznym lusterku zauważyła panią Halinkę, która stała na chodniku i obserwowała jej poczynania z taką miną, jakby właśnie trafił się jej najlepszy odcinek ulubionego serialu.
Zaraz potem zauważyła Wojtka, który szedł szybkim krokiem w jej stronę. Wyglądał na zaniepokojonego. Podszedł do obu aut. Najpierw spojrzał na nieznajomego mężczyznę, który nie ruszył się stąd ani na krok, a potem wsiadł do samochodu Isy.
- O co chodzi? - Spytał krótko.
- Ten typ mnie śledzi. Wczoraj widziałam tu ten sam samochód i dwóch innych facetów o bandyckich gębach. Dzisiaj siedzi tu jakiś nowy gnojek. To oczywiste. Zmieniają się, ale są za głupi, żeby zmienić samochód!
Ku jej zaskoczeniu Wojtek lekko się uśmiechnął.
- To cię śmieszy?
- Nie, skąd - odchrząknął i szybko spoważniał.
- Już wezwałam policję.
- Po co? - Wyraźnie się spiął.
- Żartujesz sobie?! On mnie śledzi!
- Skąd wiesz, że to ciebie śledzi? Może na przykład chodzi o mnie?
- O ciebie?
- Ten łysy, z którym się minęłaś u mnie w drzwiach... najwyraźniej ma jakiś problem. To na pewno chodzi o mnie. Jedź już na to widzenie, bo się spóźnisz. Ja poczekam na policję i to załatwię.
- Nie. Chcę widzieć, jak go aresztują!
- Jedź! Nie aresztują go za stanie na ulicy! Ja to załatwię!
- Ani mi się śni!
- Isa... proszę, posłuchaj mnie, choć raz! Jedź, ja to załatwię - powiedział z naciskiem.
Zastanawiała się przez kilka sekund. Spojrzała na zegarek. Faktycznie, Wojtek miał rację, jeśli zaraz nie ruszy, spóźni się na widzenie.
- Dobrze, ale powiedz im, że...
- Dobrze, już dobrze - przerwał jej niecierpliwie - jedź. Ja wszystko załatwię.
Isa, odjeżdżając, we wstecznym lusterku zauważyła, że Wojtek podchodzi do obcego samochodu. Po kilku metrach zwolniła i zatrzymała się, ale na końcu ulicy zauważyła zbliżający się radiowóz.
Odetchnęła. Odjechała, uznając, że w obecności policji Wojtkowi nic nie grozi.
***
Odprowadził ją wzrokiem. Patrzył, jak jej samochód znika za zakrętem, i z każdą sekundą coraz mocniej walczył z pokusą, by zrobić coś, czego zrobić nie mógł.
Dopiero gdy jej samochód zniknął całkowicie, spojrzał na mężczyznę w samochodzie. Potem podszedł do radiowozu, który właśnie się zatrzymał tuż za autem nieproszonego gościa. Porozmawiał chwilę z policjantami. Potem jeden z nich podszedł do podejrzanego auta.
Wojtek odszedł na bok i wyjął telefon. Obracał go w dłoni, wpatrując się w wygaszony ekran. Jego kciuk zawisł nad wyświetlaczem, jakby brakowało mu tylko odwagi, by wybrać numer.
Ostatecznie zacisnął szczękę. Nie zadzwonił. Schował telefon z powrotem.
- Jeszcze nie... - powiedział cicho do siebie.
Im więcej czasu spędzał z Isą, tym trudniej było mu pamiętać, dlaczego w ogóle pojawił się w jej życiu. Jeszcze niedawno wszystko wydawało się takie proste. Miał plan i jasno wyznaczony cel. Teraz coraz trudniej było mu doprowadzić to do końca.
Po raz pierwszy od chwili, gdy stanął na progu jej domu, miał wrażenie, że największym zagrożeniem dla niej nie jest Mirek, ale on sam.
Rozdział 9 Limit zaufania
Więzienie wyglądało dokładnie tak samo jak poprzednio. Szare, chłodne i bezosobowe. Jakby ktoś wyssał z tego miejsca nie tylko kolory, ale i nadzieję.
Jedynie ona była inna. Poprzednim razem przyjechała tu zakończyć swoje małżeństwo. Tym razem miała ostatecznie odrzucić propozycję Mirka. Była tego absolutnie pewna. Przynajmniej w chwili, kiedy wychodziła z domu.
Teraz, idąc więziennymi korytarzami, coraz mniej była pewna swojej decyzji. Narastało w niej poczucie, że odmowa niczego nie zmieni. Nadal będzie terroryzowana przez kumpli Mirka, a jeśli nie przez nich, to przez jego wrogów.
Strażnik zaprowadził ją do niewielkiego pokoju.
Przy stole siedział Mirek. Obok niego starszy mężczyzna w eleganckim garniturze układał dokumenty.
- Dzień dobry. Jestem notariuszem - mężczyzna wstał i podał jej rękę na przywitanie.
Lekko skinęła głową i odwzajemniła uścisk dłoni. Nie miała ochoty na więcej uprzejmości.
Notariusz spokojnym głosem wyjaśnił kolejne punkty aktu.
Mirek nie odezwał się ani razu. Ona również milczała. W głowie miała mętlik.
- Ma pani prawo odmówić podpisu - zakończył swój wywód notariusz.
Popatrzyła na dokument. Na jego końcu widniało puste miejsce na jej podpis.
Wpatrywała się w to miejsce tak długo, że litery zaczęły jej się rozmywać. Nadal nie wiedziała, co ma zrobić. Wyobraźnia podrzucała jej kolejne obrazy. Zobaczyła siebie wolną i szczęśliwą, leżącą na plaży z Wojtkiem, zupełnie nieprzejmującą się problemami byłego już męża. Nagle na plażę wjeżdża z ogromną prędkością czarne auto z podejrzanymi typami, którzy do nich strzelają z karabinu maszynowego. Wśród ogromnego huku wystrzałów usłyszała czyjeś wołanie.
- Pani Ismeno! Pani Ismeno! - Docierało do jej uszu coraz wyraźniej.
Ocknęła się. Zrozumiała, że wołanie to głos notariusza, który podsuwał jej do podpisu akt notarialny.
Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na notariusza, potem na Mirka. Jeden podpis miał zdecydować o tym, jak potoczy się dalej jej życie.
Przypomniała sobie kartkę z argumentami "za" i "przeciw" i uświadomiła sobie, że odmowa nie uchroni jej przed strachem. Podpis również nie dawał takiej gwarancji, ale przynajmniej stawiał ją w innej pozycji. Dawał jej coś, czego odmowa nie dawała - jakąkolwiek kartę przetargową.
Wzięła pióro. Jeszcze się zawahała.
Potem spokojnym ruchem złożyła podpis.
Atrament powoli wsiąkał w papier.
Stało się. Czekała, aż wydarzy się coś niezwykłego. Miała wrażenie, że zabrzmi alarm, zgaśnie światło albo ktoś krzyknie, że to błąd. Nie wydarzyło się jednak nic. Świat się nie zatrzymał. Tylko od tej chwili wszystko miało być już inne, a dawna Isa umarła.
Oddała notariuszowi pióro. Ten schował je wraz z dokumentem do teczki.
- Gratuluję. Czynność została dokonana.
"Gratuluję" - nigdy wcześniej to słowo nie zabrzmiało tak ponuro.
Kiedy zostali sami, Mirek spojrzał na nią spokojnie.
- Myślałem, że odmówisz.
- Ja też.
Żadne z nich się nie odezwało. Cisza była tak niewygodna, jak wszystkie niedopowiedzenia, które od lat wisiały między nimi.
- Powiedz mi tylko jedno - spojrzała na niego, podnosząc się z krzesła.
- Słucham.
- Dlaczego właśnie ja?
Uśmiechnął się smutno.
- Bo wszystkim innym musiałbym zapłacić zbyt wysoką cenę.
- A mnie? Przecież też będziesz musiał... zapłacić.
- Tak, ale tobie jeszcze trochę wierzę. A to najcenniejsza rzecz, jaka mi jeszcze została.
Nie wiedziała, czy to największy komplement, czy największe przekleństwo, jakie kiedykolwiek usłyszała.
- Nie wiesz, że nie zawsze należy ślepo wierzyć? - Spytała ironicznie.
- Wiem, ale ty po prostu nie jesteś zdolna do oszustwa. Jesteś za miękka.
Te słowa powinny ją obrazić. Powinna poczuć złość, może nawet pogardę. Tymczasem poczuła ulgę. Bo w jego ustach te słowa brzmiały jak potwierdzenie, że nie ma nic wspólnego z jego machlojkami.
Nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo strażnik otworzył drzwi i oznajmił koniec widzenia.
Mirek wstał bez słowa. Zanim jednak wyszedł, odwrócił się do niej jeszcze raz i spojrzał na akt notarialny leżący przed nią w eleganckiej, bordowo-złotej teczce.
- Od dziś ten akt wiąże nas mocniej niż nasze małżeństwo kiedykolwiek.
Isa poczuła nieprzyjemny, nerwowy skurcz, który przyniósł niepokojącą myśl, że podpis, który miał otworzyć jej drzwi do wolności, właśnie zamknął za nią kolejne.
Przyszła tu, żeby odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Tymczasem wychodziła z poczuciem, że być może właśnie oddała ją komuś innemu.
***
Brama więzienia zamknęła się za nią z głuchym, metalicznym hukiem. Szła powoli, jakby każdy kolejny krok wymagał nadludzkiego wysiłku. Nie czuła ulgi ani triumfu. Nie czuła nawet strachu. Jedyne, co czuła, to tylko dziwna, obezwładniająca pustka.
Stała nieruchomo na parkingu, ściskając w dłoni teczkę z odpisem aktu notarialnego. Papier ważył zaledwie kilka gramów, a mimo to wydawał się cięższy od całego świata.
Wsiadła do samochodu. Bezmyślnie patrzyła przed siebie, nie ruszając się ani na milimetr.
Jej telefon zawibrował, a na wyświetlaczu pojawiło się jedno imię: Wojtek.
Przez moment tylko patrzyła na ekran, jakby samo odebranie połączenia wymagało od niej nadludzkiej siły, ale w końcu odebrała.
- I jak? - Zapytał spokojnie.
- Co, jak? To ja pytam: jak? Aresztowali go?
W słuchawce głośniej niż wystrzał armatni zabrzmiała cisza.
- Wojtek?
- Tak, tak, jestem.
- Więc jak? Aresztowali go?
- Nie - padła krótka odpowiedź.
- Jak to nie?!
- No nie... za co mieli go aresztować? Przecież tylko stał na ulicy... każdemu wolno. Wylegitymowali go i odjechali.
- Chyba żartujesz! Już za sam wygląd...
- Zastanów się chwilę! Na razie w naszym kraju nie aresztuje się ludzi za wygląd! Powiedz lepiej, co u ciebie.
Milczała. Musiała ochłonąć.
- Podpisałam - powiedziała po chwili.
- Dobrze - odparł spokojnie.
To jedno słowo zabrzmiało tak zwyczajnie, że aż ją zirytowało.
- Tylko tyle?
- A czego się spodziewałaś?
- Nie wiem... może że powiesz, że zwariowałam.
Zaśmiał się cicho.
- Nie zwariowałaś. Dobrze zrobiłaś.
Westchnęła.
- Jesteś tego taki pewien... ja nie...
- To rozwiąże wiele twoich problemów... i moich też - mruknął.
- Twoich?
- Nie będę musiał cię ciągle pocieszać, kiedy nie będziesz wiedziała, co masz zrobić... - zażartował.
- Uf, bo już myślałam, że planujesz zostać ze mną i żyć wygodnie za kasę Mirka - zaśmiała się przez łzy.
- Uważasz mnie za łowcę posagów?
- Czy ja wiem... czasem mam wrażenie, że bardziej interesuje cię Mirek niż ja...
- Owszem, jest coś, co należało do Mirka, a na czym bardzo mi zależy...
- O, to ciekawe, a co masz na myśli?
- Ciebie - odparł bez wahania.
- Jak ty zawsze wiesz, co powiedzieć...
- Co?
- Boję się... - powiedziała cicho.
- Nie bój się. Jestem z tobą na dobre i na złe. Wierzę, że jakoś oboje z tego wybrniemy.
Zamknęła oczy.
Pozwoliła sobie uwierzyć, że jego słowa naprawdę wystarczą. Że jego obecność może choć odrobinę zagłuszyć strach, który coraz mocniej zaciskał się wokół jej szyi.
Rozdział 13 Człowiek z niewyraźną przeszłością
Dom po włamaniu stał się jakiś obcy i nieprzyjemny. Niby wszystko było na swoim miejscu, a jednak Isa miała wrażenie, że ktoś zostawił w nim jakiś niewidzialny ślad swojej niechcianej obecności.
Nie mogła usiedzieć na jednym miejscu. Raz po raz sprawdzała zamek w drzwiach, okna, telefon, którego Wojtek nadal nie odbierał.
Drżącymi palcami napisała wiadomość: "kiedy będziesz?"
Potem drugą: "oddzwoń, proszę".
I trzecią: "boję się".
Minęła dwudziesta druga. Potem dwudziesta trzecia, a później północ.
Dom po sąsiedzku wyglądał jak martwy. Nie paliło się ani jedno światło, nie widać było ani jednego ruchu.
Siedziała na kanapie w bluzie Wojtka, którą kiedyś zostawił u niej "przez przypadek" i zaczynała coraz bardziej nienawidzić własnej zbyt kreatywnej wyobraźni. To właśnie ona pisała w jej głowie scenariusze iście rodem z filmów Hitchcocka. Przerobiła już wypadek samochodowy, porwanie, a nawet powrót łysego typa, który w czarnym worku wyniósł zwłoki Wojtka i zakopał je w ogródku. Najbardziej jednak przemawiała do niej wizja Wojtka napadniętego przez panią Halinkę i Bożenkę, które w imię zasad moralnych uwięziły w swojej piwnicy gorszącego okolicę kochanka niewiernej żony. Wyobraziła sobie, jak zmuszają go do odmawiania różańca, polewają wodą święconą i sprawdzają, czy przypadkiem nie zacznie syczeć jak demon z horroru.
Wszystkie te wizje jednak przyćmiła kolejna. Mirek. Przecież wiedział o romansie i o Wojtku. Nawet ją ostrzegał. Wtedy brzmiało to jak zwykła zazdrość. Teraz jednak nabrało znacznie gorszego wymiaru.
Z drugiej strony Mirek siedział. Sam nie mógł nic zrobić Wojtkowi.
A jeśli jednak coś zrobił? Przecież mówił, że ma różne znajomości. Może nawet to on nasłał na Wojtka tego łysego typa.
Nie spała prawie całą noc. Jej wyobraźnia podsuwała jej coraz to mroczniejsze obrazy.
Nad ranem była już tak zmęczona, że zaczęły mieszać jej się myśli z koszmarami. Oczami wyobraźni widziała Mirka, upiornie uśmiechniętego, który zakopuje coś w ciemnym lesie, a za jego plecami leży świeżo przekopana ziemia.
O ósmej rano postanowiła pojechać na komisariat. Była przekonana, że musi zgłosić zaginięcie Wojtka.
Młodszy aspirant Piotr Stępień, który nadal funkcjonował w jej głowie jako "Piorek", spojrzał na nią zza biurka zmęczonym wzrokiem.
- Od kiedy nie ma kontaktu z pani sąsiadem?
- Od wczoraj.
- Imię?
- Wojciech.
- Nazwisko?
- Kubiszyn.
Policjant spojrzał na nią uważnie, ale nic nie powiedział.
- Data urodzenia?
Isa podała ją bez najmniejszego zawahania. To była pierwsza informacja, którą wyciągnęła od Wojtka. W końcu każda szanująca się kobieta musi sprawdzić, spod jakiego znaku jest jej kandydat na kochanka i czy do siebie pasują.
- Adres?
- Ogrodowa 8.
- Zawód?
Zawahała się.
- Projekty finansowe... - powiedziała niepewnie.
- Co to znaczy?
- No... zajmuje się finansami.
Zerknął na nią podejrzliwie.
- Czy pani dobrze zna tego człowieka?
Poczuła rumieniec na twarzy, bo dotarła do niej dość kompromitująca prawda. Znała doskonale każdy centymetr jego ciała. Wiedziała, jak pachnie zaraz po prysznicu, jak wygląda jego uśmiech tuż po przebudzeniu i jak zabawnie marszczy nos, kiedy pije zbyt gorącą kawę. Potrafiła bezbłędnie rozpoznać dźwięk jego kroków i oddech, zanim jeszcze się zbliżył.
A mimo to tak naprawdę prawie nic o nim nie wiedziała. Poza garścią nic nieznaczących szczegółów, które od czasu do czasu mimochodem jej opowiadał. Pamiętała historię o panu Janku, konserwatorze z jego firmy, który wylał wodę na dokumenty i przez to Wojtek musiał zostać niemal całą noc po godzinach, żeby wszystko odtworzyć. Pamiętała opowieść o kliencie marzącym o otwarciu klubu nocnego za unijne pieniądze, z którym Wojtek jeździł kilka dni i szukał odpowiedniego lokalu. Dlatego nie mogli się spotkać przez kilka dni. Takich anegdot było mnóstwo. Tyle że wszystkie dotyczyły innych ludzi. Nigdy jego. Nie znała jego rodziny, nie wiedziała, czy ma rodzeństwo, skąd pochodził, gdzie dorastał, ani gdzie wcześniej mieszkał, ani co robił, zanim pojawił się w jej życiu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wie więcej o problemach obcych ludzi z jego pracy niż o mężczyźnie, z którym dzieliła łóżko.
Wyciągnęła telefon.
- Mam zdjęcie - mruknęła, próbując zatrzeć złe wrażenie.
Pokazała fotografię. Zrobiła ją kiedyś ukradkiem na tarasie. Wojtek siedział bokiem, śmiał się z czegoś, czego już nawet nie pamiętała. Nie zauważył, że robi mu zdjęcie. Nie chciał, żeby go fotografowała, ale ona tak bardzo chciała mieć choć jedno jego zdjęcie, aby czasem sobie na niego popatrzeć, kiedy była sama.
"Piorek" zmarszczył brwi. Odwrócił ekran w stronę komisarza Maja, który siedział przy biurku obok i zapamiętale stukał w klawiaturę komputera, nie zwracając najmniejszej uwagi na dramat Isy.
Starszy funkcjonariusz spojrzał na wyświetlacz od niechcenia, po czym uśmiechnął się, patrząc z politowaniem na Isę.
- No proszę - mruknął.
Isa poczuła zimno. Czyżby Wojtek był poszukiwanym oszustem matrymonialnym albo, co gorsza, mordercą?
- Co? - Spytała cienkim głosem.
Komisarz Maj palcem wskazał na ekran.
- Tego to akurat znam. Stary znajomy...
Serce uderzyło jej mocniej.
- Znajomy?
Mężczyzna spojrzał na nią z mieszaniną współczucia i rozbawienia.
- Pani myśli, że kim on jest?
- No... inwestycje? Projekty? Finanse?
Komisarz Maj westchnął.
- Proszę pani. Ten człowiek jest prywatnym detektywem.
- Słucham?
- Prywatny detektyw - powtórzył spokojnie - pracowałem kiedyś przy sprawie jednego porwania i on też tam był. Swoją drogą koncertowo spieprzył całą akcję.
Patrzyła na zdjęcie Wojtka w telefonie. Na szeroki uśmiech człowieka, którego, jak ostatnia idiotka, wpuszczała do domu, do łóżka i do swojego życia. Przypomniała sobie wszystkie pytania o konta, o majątek, o upoważnienia, o Mirka. O wszystko, o co normalny zakochany mężczyzna nie powinien pytać. Co gorsza, przypomniała sobie te wszystkie jego usilne namowy, żeby przystała na układ z Mirkiem. Poczuła, jak robi jej się niedobrze.
- To... dlaczego udawał?
Komisarz Maj wzruszył ramionami.
- Dobre pytanie.
Isa wreszcie dopuściła do siebie myśl, której rozpaczliwie nie chciała zaakceptować.
Może Mirek jednak naprawdę próbował ją ostrzec, a Wojtek nie pojawił się przypadkiem. Może pracował dla jakiegoś byłego klienta Mirka, który w ten sposób chciał odzyskać, co stracił? Przecież łatwiej będzie przycisnąć żonę oszusta niż jego samego! To dlatego namawiał ją do przejęcia majątku Mirka. Tak szybciej odzyskałby należności dla swojego klienta!