2
Hrabia wymoczek i brak wiadomości
Z głośników huczała ścieżka dźwiękowa z serialu Bridgertonowie. Instrumentalne aranżacje popowych przebojów wypełniały przestrzeń, a Zuza i Nina śpiewały, dokładając swoje trzy grosze do hałasu. Obie zgadzały się, że tym kawałkom brakowało solidnych wokali. Muzyka jednak idealnie wprowadzała Zuzę w klimat.
Już sam wybór muzyki był znakiem, że Zuza wciela się właśnie w Lilianę Mist, autorkę romansów historycznych osadzonych w bardzo luźno zarysowanej epoce regencji. Zuza waliła w klawiaturę z dziką energią, przeklinając między wersami. To kolejny dowód - deadline się zbliżał, a jej panna na wydaniu wciąż nie była zaręczona z przystojnym, choć nieco narowistym hrabią. Nadszedł czas, by Liliana Mist przysiadła fałdów swojego jedwabnego peniuaru i popchnęła fabułę naprzód. Dość już tych powłóczystych spojrzeń i kadryla - czas na upuszczoną rękawiczkę i trzepot rzęs zza wachlarza!
Siedziała przy ogromnym biurku w gabinecie dawnego pana domu, które idealnie wpisywało się w historyczny klimat. Wielki fotel kapitański świetnie podpierał jej kręgosłup, więc Zuza pracowała jak burza, ścigając się z terminami i oporem swoich bohaterów, którzy ociągali się w zalotach.
Kusiło ją, by zamknąć ich w powozie lub zafundować nocleg w oberży, gdzie - olaboga! - będzie tylko jeden pokój i jedno łóżko, ale wiedziała, że zanim to nastąpi, musi zbudować między nimi odpowiednie napięcie. Chemia, na bogów, chemia! Problem w tym, że między bohaterami nijak nie iskrzyło. W kategoriach chemicznych byli substancjami niemal doskonale obojętnymi. Czegoś brakowało w misternie opracowanym planie sparowania najstarszej córki z ubogiej rodziny z hrabią, najstarszym synem, posępnym, ale dziko bogatym...
Historia miała być luźno inspirowana Dumą i uprzedzeniem, ulubionym romansem historycznym Zuzy, i to właśnie mogło stanowić źródło problemu. Zbyt skutecznie napisała odpowiednik pana Wickhama. Kanalia! Miał być tylko rozpraszaczem, a kradł każdą scenę, w dodatku łączyło go z bohaterką więcej chemii niż głównego bohatera.
Zuza miała ochotę ubić go na jakimś polowaniu albo obdarzyć straszliwą alergią, ale to byłby niski chwyt. Musiała popracować nad swoim panem Darcym, dodać mu trochę ikry, posypać brokatem, zrobić cokolwiek, bo na ten moment musiała przyznać z rozżaleniem, że sama by się zdziwiła, gdyby jej bohaterka wybrała ten garnek rozgotowanego makaronu, porzucając nikczemnika o seksapilu młodego boga. Nawet imperatyw narracyjny miał swoje granice!
Przez dźwięki muzyki przebił się sygnał telefonu Niny, jej przyjaciółki i współlokatorki, która pracowała w sąsiednim pokoju. Zuza nadstawiła uszu, mając nadzieję, że to Agata odnalazła w sobie dość rozumu i godności człowieka, by wreszcie dać znak życia. Ściemniało się, a one od poprzedniego dnia nie miały z nią kontaktu, nie reagowała nawet na memy. Było to niedopuszczalnym odstępstwem od reguł ich przyjaźni.
Agata napisała im poprzedniego wieczoru, że wróciła do mieszkania po koszmarnym dniu i pada na twarz, a potem zamilkła. Od rana nie mogły się do niej dodzwonić. Zgodnie z planem dawno powinna wrócić z Warszawy, ale milczała, co tylko podsycało zdenerwowanie przyjaciółek.
Gdyby to Zuza odwinęła taki numer, pozostałe machnęłyby ręką, mówiąc, że dała się ponieść chaosowi, ale Agata? Agata żyła według planu, więc ta cisza była co najmniej podejrzana. A do tego lało jak z cebra, burze przetaczały się nad Polską. Nina od kilku godzin obsesyjnie sprawdzała prognozy i fora dla kierowców.
Zuza słyszała wcześniej, jak Nina dzwoni do Roberta, swojego chłopaka strażaka, prosząc go, żeby trzymał rękę na pulsie. Gdy rozległ się dzwonek telefonu, Zuza obawiała się, że to Robert przekazuje hiobowe wieści.
Nina skończyła rozmowę i weszła do gabinetu.
- Kurier. Przełożył dostawę na jutro, bo dziś mu się paczki nie zmieściły - powiedziała.
- Aż tak poszalałaś w księgarni? - zażartowała Zuza, próbując odwrócić uwagę od ich zmartwień.
- Paczka z księgarni będzie jutro. To Olgierd w końcu wysłał wszystkie papiery Luli. Ponad pięćdziesiąt kilo papierzysk, kilka wielgachnych pudeł.
Nina nie wiedziała, co tam znajdzie. Jej pracodawczyni i przyjaciółka zmarła dwa miesiące temu, a za nią ciągnęły się tajemnice - na przykład trup znaleziony w domu niedługo po przeprowadzce. I jeszcze jakieś dziecko sprzed lat. Nina obiecała synowi Luli, że przejrzy archiwa i rozwikła te zagadki.
- To będzie co czytać do zimy - skwitowała Zuza, ale szybko wróciła myślami do Agaty. - Nie rozumiem, czemu nie dzwoni! To podpada pod tortury!
Nina oparła się o biurko i westchnęła.
- Wiesz, ona pewnie nawet nie pomyśli, że się o nią martwimy. Troszczy się o wszystkich, ale zawsze jest zaskoczona, gdy to ona jest obiektem troski. Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie tego milczenia. Może jest poza zasięgiem albo ukradli jej telefon? Gdyby miała kłopoty, na pewno by zadzwoniła, prawda?
Zuza chciała się zgodzić, ale jej wyobraźnia szalała.
- Chyba że leży martwa w rowie przy autostradzie. Czy policja by wiedziała, że to nas mają powiadomić? - wyrzuciła z siebie, zaciskając dłonie.
Nina rzuciła jej przerażone spojrzenie.
- Zuzka, przykręć mrok, bo sama się trzęsę - poprosiła. - Przez ten deszcz i burzę wracam myślami do tamtej nocy, kiedy się tu wprowadziłam. Dobrze, że tu jesteś, bo inaczej siedziałabym z latarką w wannie.
Zuza sięgnęła po pogrzebacz, który zawsze miała pod ręką, na wszelki wypadek.
- Nie bój żaby, jakby się tu zjawił włamywacz, nie dopuszczę go do naszych nowiutkich schodów, grawitacja będzie musiała go dopaść horyzontalnie, na podłodze - zapewniła.
Nina parsknęła śmiechem i przeciągnęła się, aż trzasnęło jej w kręgosłupie. Przez kilka godzin półleżała na kanapie, z podciągniętymi kolanami, na których opierała laptop. Przez ostatnią godzinę Zuza słyszała rytmiczne stukanie w klawiaturę, które tylko sypało sól na rany zadane przez hrabiego wymoczka.
Wstała od biurka.
- Potrzebuję kawy. Może kofeina ożywi tę scenę - powiedziała, machając gniewnie w stronę ekranu.
- Aż tak źle? - zapytała Nina ze współczuciem.
Zuza już maszerowała do kuchni, z łopotem koronkowego peniuaru narzuconego na szorty i top. Grube skarpety szurały po podłodze. W starym domu podłogi zawsze były zimne.
Nalała wody do czajnika i wyrzuciła z siebie gniewną diagnozę:
- Nie współpracują. Jestem na krawędzi ubicia hrabiego i wyciągnięcia z szafy na szczotki jego młodszego brata, nowego, nieoczekiwanego dziedzica.
Sięgnęła po paczkę kawy. Zawahała się. Ekspres czy prasa francuska? W tej drugiej kawy zrobi mniej, więc i mniej wypije. Za to mocniejszej. Dylematy...
- O tej porze może lepiej herbata? - podsunęła Nina, wyciągając kubki z szafki.
Zuza zdecydowanie pokręciła głową.
- Kawa. Herbata nie wskrzesi kręgosłupa hrabiego. Choć biorąc pod uwagę jego stan, przydałaby się kokaina. Dla niego, nie dla mnie. Albo choć sole trzeźwiące.
Nina znów spróbowała się przeciągnąć, ale coś między kręgami trzasnęło niepokojąco. Zastała się na amen.
- Mówiłam ci, lepiej przy stole - powiedziała Zuza ze współczuciem.
- Przy stole nie szło. Musiałam mieć głowę niżej niż tyłek, żeby krew napłynęła - odparła Nina, masując dół pleców okrężnymi ruchami.
- Przyjdzie dzień, kiedy będziemy pisać, zwisając głową w dół z żyrandola, w nadziei, że to pomoże - stwierdziła Zuza.
Jednak prasa francuska. Nasypała hojnie kawy do naczynia i czekała, aż woda się zagotuje.
Nina zajrzała do lodówki, licząc, że znajdzie tam coś szybkiego do przekąszenia. Zajęte pracą i zdenerwowane milczeniem Agaty pominęły posiłek. Albo dwa.
- Musimy jutro zrobić zakupy. Za chwilę zostanie nam tylko światło i musztarda. Właściwie dlaczego mamy trzy słoiczki musztardy? - zapytała, bo żadna z przyjaciółek nie miała jakiejś musztardowej fiksacji.
Zuza wzruszyła ramionami.
- Bo ja wiem. Pewnie każda z nas pamiętała, że się skończyła, i kupiła przy okazji. Cholera, dochodzi osiemnasta. Agatę czeka poważna rozmowa.
Wyciągnęła z szafki żelazny zapas chleba tostowego i opiekacz do kanapek.
- Sprawdzałam portale dla kierowców, czy nie wrzucili zdjęcia jej auta, rozbitego o bandę autostrady - przyznała Nina. - Na szczęście nie było nawet podobnego. Ale naczytałam się relacji o koszmarnej jeździe w fatalnych warunkach, co wcale nie poprawia mi nastroju.
Zuza wyciągnęła z kieszonki peniuaru telefon, który wcześniej wyciszyła, by nie rozpraszał jej w trakcie torturowania hrabiego wymoczka, i znów spróbowała się dodzwonić do Agaty. Abonent wciąż był niedostępny.
- Uduszę ją, po prostu ją uduszę - mruknęła, chowając komórkę do kieszeni.
- Może promocja ją pochłonęła, marketing dorzucił coś do agendy i jeszcze nie wyjechała z Warszawy? - zastanawiała się Nina, ale nie brzmiała na przekonaną.
Agata pojechała do stolicy w związku z nadchodzącą premierą, ale było coś jeszcze. Nina nie naciskała, a Agata nie spieszyła się z wyjaśnieniami, przed wyjazdem wydawała się jednak wyraźnie rozproszona. Wysprzątała wszystkie łazienki i napastowała podłogi, a to mogło znaczyć tylko jedno - coś ją gryzło. Nina obawiała się, że teraz to "coś" ugryzło ją w tyłek.
- Oby to tylko marketing wjechał jej w plany taranem - mruknęła. Mdliło ją z nerwów.
Jeszcze chwilę temu pisała drastyczną scenę kolizji samochodowej na krętej kaszubskiej drodze, obrazy w jej głowie były zbyt plastyczne. Zagapiła się w mokrą zieleń za oknem. Przestało padać kilkanaście minut temu, ale wciąż panowały trudne warunki na drogach.
- Teraz ty przykręć mrok - powiedziała Zuza, poklepując ją po ramieniu.
- Nic nie mówiłam!
- Nie musiałaś.
*
Popijały kawę i jadły tosty z serem, stojąc nad zlewem, by nie nakruszyć. Agata przed wyjazdem wysprzątała wszystko tak perfekcyjnie, że chciały ten stan utrzymać jak najdłużej, zwłaszcza że żadna z nich nie rwała się do mycia podłóg. Nawet kiedy pisanie jej nie szło, Zuza wolała rzucić się w spiralę internetowego researchu - sprzątanie uznawała za akt desperacji.
Miało być tak pięknie. Agatę czekało kilka dni biegu przez płotki medialne i marketingowe, a one zamierzały w tym czasie dzielnie pracować, wyrabiając swoje dwieście procent normy. Zuza łudziła się, że dotrze za połowę książki i będzie z górki, zrobi sobie wolny weekend bez pracy i wyrzutów sumienia. Ale wyszło, jak wyszło. Tekstu przybywało powoli, a czasu było coraz mniej. Jeśli w ciągu dwóch dni nie przyjdzie oświecenie, z wolnego weekendu będą nici.
Do końca deadline'u miała jeszcze prawie trzy tygodnie, ale już czuła jego oddech na karku. Zwłaszcza że Krzysio Zdzisio, jej wydawca, wydzwaniał codziennie, jakby jego telefony mogły w czymkolwiek pomóc. Nina nie miała jeszcze takiego namolnego wydawcy. Na razie żadnego nie miała. Choć robiła postępy - jedno z wydawnictw poprosiło o całość tekstu. Dlatego Nina trzymała się dziennych norm i nanosiła wyniki pracy na tablicy w kuchni. Były chwile, gdy dopadało ją zwątpienie. Bo jaki sens miało pisanie kolejnej powieści, gdy wciąż nikt nie chciał pierwszej? A jeśli to, co pisze, do niczego się nie nadaje i tylko traci czas? Jeśli cały jej życiowy plan był mrzonką, zamkiem na piasku i czekiem bez pokrycia? Może nie chodził po polskiej ziemi wydawca, który zobaczyłby jej potencjał? Może nawet taki namolny i dyszący w kark jak wydawca Zuzy byłby lepszy niż żaden?
Gadzi mózg Zuzy chyba wyłapał echo imienia Krzysia Zdzisia, bo jęknęła z frustracją, a potem wykonała głęboki skłon. Oparła dłonie płasko na kaflach, by rozciągnąć mięśnie pleców.
- Ooo, możesz wszystko, wszystko możliwe jest, gdy deadline blisko! - zanuciła mantrę.
Nina parsknęła.
- Jak wszystko, to może hrabia zamruczy seksownie - powiedziała, wywołując gniewne prychnięcie Zuzy.
- Niech spróbuje nie zamruczeć! Ubiję gada i dam wygrać kanalii. Może to w sumie nie taki zły pomysł... Kanalia o sercu ze złota, burdele odwiedza tylko po to, by wesprzeć budżet dziewcząt z mniej uprzywilejowanych środowisk? - zastanawiała się, wciąż w głębokim skłonie. Jej długie złote włosy spływały na podłogę, a koronkowy peniuar układał się malowniczo.
- I co? Rozmawia z nimi o filozofii Tomasza z Akwinu? - zapytała rozbawiona Nina.
Dyskutowały o bohaterach tak często, że choć nie czytała ani strony, miała wrażenie, że zna ich wszystkich: hrabiego wymoczka, najstarszą pannę z ciętą ripostą i kanalię tak gorącego, że nawet gdyby go ulewa złapała na konnej przejażdżce, krople deszczu odparowałyby błyskawicznie.
Zuza potraktowała poważnie pytanie o Tomasza z Akwinu, jej wyobraźnia podjęła wyzwanie.
- Może jest cichym wyznawcą kultu Marii Magdaleny? - zastanawiała się głośno. - Nie, lepiej nie, bo mi się zaraz romans poplącze z Kodem Leonarda da Vinci i jakaś potencjalna potomkini Jezusa wygryzie Elizabeth z fuchy głównej bohaterki. Kuszące o tyle, że wyeliminowałoby hrabiego wymoczka.
- Może to jest jakieś rozwiązanie? - Nina wzruszyła ramionami. - Jeśli Darcy i Elizabeth nie współpracują, wywal ich z fabuły i daj się ponieść skandalowi.
Zuza pokiwała głową. To nie byłby zły pomysł, tyle że romanse historyczne rządziły się swoimi regułami, a odbiorczynie bywały konserwatywne.
- Moje czytelniczki dostałyby zawału, gdyby w ostatnim rozdziale panna z dobrego domu nie poślubiła hrabiego. Może w ostatniej książce Liliany Mist odważę się na taki numer, ale na razie Lila musi jeść. Zwłaszcza że Reginę Lux i jej sexy gangsterów chowam w płytkim grobie - odpowiedziała Zuza i wyprostowała się powoli.
Strzyknięcia jej stawów kręgowych było słychać mimo szumu czajnika i dobiegającej z salonu muzyki, którą Nina przyciszyła tylko trochę, zanim odebrała telefon od kuriera.
- Czekaj, Regina oficjalnie w płytkim grobie? Krzysio Zdzisio wreszcie się z tym pogodził? - zapytała zaciekawiona, bo dzień wcześniej słyszała zza ściany żarliwą dyskusję telefoniczną przyjaciółki z wydawcą.
- Skąd, jest w fazie wyparcia. Ważne, że ja to w końcu zaakceptowałam. Mogę jeszcze trochę popisać o debiutantkach i paniczach, ale seksów z gangusami mam dość na całe życie - odpowiedziała, krzywiąc się, Zuza.
Nina wkładała właśnie do opiekacza drugi zestaw tostów, gdy przez dom przetoczył się huk gongu.
- Jest! - krzyknęła.
- Tylko po co dzwoni? - zastanawiała się Zuza. - Przecież ma klucze...
Nina ruszyła biegiem do drzwi. Gong kojarzył jej się ze złym omenem, ale nie była przesądna na tyle, by wybulić kasę na jego wymianę. Działał aż za dobrze - obudziłby umarłego! Ślizgając się w wełnianych skarpetkach na wypastowanej podłodze, dopadła drzwi i otworzyła je tak gwałtownie, że stojąca na progu kobieta, z palcem wciąż wyciągniętym w stronę dzwonka, zamarła.
Nina obrzuciła ją szybkim spojrzeniem i z miejsca wiedziała, że stało się coś złego.
- Pani Gerti, wszystko w porządku? - zapytała niewysoką i krępą jak krasnolud kobietę, której twarz była dziwnie blada pod zasychającą skorupą błota pokrywającą część policzka i brodę. Błota było zresztą więcej, we włosach i na ubraniu.
- Ze mną tak, z nim niekoniecznie - powiedziała cicho. - Nie wzięłam telefonu, trzeba wezwać policję - dodała i zachwiała się, jakby za chwilę miała się osunąć na deski ganku.
Nina złapała ją pod łokieć i wrzasnęła:
- Zuza, pomóż!
- Nie rób zamieszania, dziecko, nic mi nie jest - marudziła Gerti, ale w głębi duszy musiała przyznać, że nie czuje się najlepiej. Coś jej kołatało w piersi, a głowa była dziwnie lekka. Dała się więc wciągnąć do środka, ale zaparła się piętami, gdy Nina chciała ją zaprowadzić do salonu. Tapicerowane meble i błoto nie szły w parze.
Przeszła samodzielnie kilka kroków i opadła na stopień schodów prowadzących na piętro - tych samych, gdzie, jak wieść gminna niosła, Nina Rawicz wykończyła włamywacza, i tych samych, pod którymi, jak mówiła inna plotka, przez lata pochowany był trup. Gerti uznała to za adekwatne miejsce, by usiąść, odetchnąć i pomyśleć o swoim najnowszym znalezisku.
- Mówię poważnie, zadzwońcie po policję - powiedziała spokojnie.
- Ktoś panią napadł? - zapytała Zuza, przyglądając się jej uważnie.
- Macie trupa w sadzie za domem. Całkiem świeżego, na moje oko.
Nina i Zuza spojrzały na siebie osłupiałe.
- Uderzyła się pani w głowę? - zapytała Nina łagodnie, kucając przed starszą kobietą.
Gerti zaprzeczyła:
- Z moją głową wszystko w porządku. Zadzwońcie do dzielnicowego albo do tego wąsacza, żeby nie było, że nie zgłosiłam. Inaczej będą się czepiać, jakby jutra miało nie być.
Brzmiała może nieco marudnie, ale całkiem koherentnie. Źrenice miała niepowiększone, mówiła wyraźnie, a Nina wolała nie ryzykować pytania, czy może obmacać jej czaszkę w poszukiwaniu guza.
- Zadzwonię na dyżurkę - zadecydowała, uznając, że od razu poprosi o karetkę dla Gerti.
Już miała iść po telefon, ale Zuza przyciągnęła ją za łokieć i szepnęła konspiracyjnie:
- Możemy też sprawdzić, czy tam na pewno jest trup. Żeby nie wyszło, że żartujesz, jeśli starszej pani się przywidziało.
- Zostaniesz z nią? - zapytała Nina półgłosem.
- Słyszę was, dziewczyny. Możemy iść do trupa, jeśli koniecznie chcecie, ale to nie żadne przywidzenie. Siedzi pod drzewem jakieś pięćdziesiąt metrów za domem, w morzu hiacyntów, tak martwy, jak to tylko możliwe - powiedziała burkliwie Gerti.
I wtedy Nina jej uwierzyła. Za dużo szczegółów, plus oczywista niechęć starszej pani. Kobieta wyraźnie żałowała, że w ogóle musiała tu przyjść.
Nina pobiegła po telefon, wybrała numer alarmowy. Wyłączyła muzykę, czekając na połączenie, i zastanawiała się, czy istnieje jakiś rytuał odczyniający klątwy. Bo dom Uklejów, jej dom, bez wątpienia obłożony był trupią klątwą.