Sekret tamtego lata - Anna Bichalska

Reflow text when sidebars are open.
Dobromiła
Kiedy otwiera oczy, za oknem jest ciemno, ale wie, że nie uda jej się szybko zasnąć. Okrągły jaśniejący księżyc wisi na niebie. Drzewa wokół polany rzucają długie cienie. Śniła jej się Ilona. Rozmawiała z nią jak za dawnych lat, kiedy czasami do niej zaglądała. Od dawna jej się nie śniła, więc Dobromiła pomyślała, że to pewnie jakiś znak. Coś się wydarzy. Takie samo przeczucie miała tamtej nocy, trzydzieści lat temu.
Podchodzi do okna i wpatruje się w ciemność. Nie boi się ani tej ciemności, ani nocnych cieni i odgłosów. Zbyt długo mieszka w tym starym domu w środku lasu, żeby się tego obawiać. To czego innego należy się bać. Dobromiła przekonała się o tym już dawno temu. Przypomina sobie, jak trzydzieści lat temu nagle obudziła się z bijącym niespokojnie sercem, jakby wyrwała się z nocnego koszmaru, którego już nie pamięta. Gdy otworzyła okno, żeby wpuścić trochę wilgotnego nocnego powietrza, zobaczyła, że coś wleciało z trzepotem do środka i przysiadło na ramie okiennej. Była to zmierzchnica trupia główka, którą od razu rozpoznała. Jej babka i matka opowiadały, że ta ćma zwiastuje śmierć. Podobnie jak mały czarny owad, pokątnik złowieszczek, którego widywała dość często. Dobromiła nigdy nie wierzyła, że zwierzęta przynoszą śmierć, choć być może czasami dają o czymś znak albo chcą przed czymś przestrzec. Jednak wtedy nocny motyl przyniósł śmierć. A może był tylko zapowiedzią tego, co się wydarzy. Albo już się wydarzyło. Czegoś, czemu nie można już było zapobiec.
Wypuściła ćmę na zewnątrz, a potem usłyszała z dołu szybkie, ponaglające łomotanie do drzwi. Jej serce zabiło niespokojnie i poczuła, jak narastają w niej złe przeczucia. Był środek nocy. To nie mogło zwiastować niczego dobrego. I wkrótce okazało się, że miała rację.
Dobromiła wzdycha i próbuje odsunąć od siebie wspomnienie tamtej nocy. To już minęło. Teraz dom jest cichy i spokojny. Tylko ten sen... Ten sen miał znaczenie, czuje to wyraźnie. Zapala świeczkę stojącą na nocnym stoliku. Niech żywy ogień przegoni to, co złe. Niech światło rozproszy ciemności na zewnątrz i wewnątrz niej. Zabiera ze sobą świecę i wychodzi z pokoju na korytarz. Stare drewniane deski skrzypią głośno. Dom pamięta jeszcze kroki jej babki. Dobromiła zna tu każdy zakamarek, każdą deskę. Po drodze zagląda do pomieszczenia obok schodów. Ostrożnie otwiera drzwi i oświetla wnętrze świecą. Widzi łóżko w rogu pokoju i niewielki kształt pod pościelą. Podchodzi powoli bliżej i oświetla twarz Jaśminy. Dziewczynka śpi spokojnie, jest bezpieczna, jej długie, rozrzucone na poduszce włosy jaśnieją w blasku świecy niczym świetlne smugi. Przez chwilę przygląda się śpiącej dziewczynce, potem cicho opuszcza pokój.
Schodzi na dół, do kuchni. Zapala jeszcze kilka świec i lampę. Mogłaby po prostu pstryknąć włącznik i całe pomieszczenie natychmiast utonęłoby w intensywnym blasku, ale akurat w tej chwili potrzebuje innego światła, potrzebuje dawnych sposobów i rytuałów, jakich używały jej babka i matka, zanim jeszcze zawitała w tym domu elektryczność. Nadal nie czuje się senna. Wstawia wodę i zaparza trochę ziół, wybierając takie, które uspokajają myśli. Potem wkłada rozżarzony węgielek do ceramicznej kadzielnicy i wybiera odpowiednie zioła. Szałwia, wrotycz, bylica, krwawnik, lawenda...
Znajome zapachy i dym wypełniają dom. Dobromiła popija zioła, gdzieś w głębi siebie czując, że zła energia ulatuje. Niepokój niemal całkiem znika, myśli są spokojniejsze, czystsze. Nie opuszcza jej jednak to przeczucie. A takie przeczucia rzadko ją mylą. Coś się stanie. Coś się zmieni. Wie, że niektóre rzeczy muszą się wydarzyć. A ona musi je przyjąć takimi, jakie przyjdą. Dobromiła wiedziała, że któregoś dnia to nastąpi. Może podświadomie nawet tego wyczekiwała. Przeszłość upomni się o swoje. I stanie się to już niedługo.
Daria
Wjeżdżam na szutrową drogę, która wije się wśród gęstego lasu. Kiedy widzę tablicę z nazwą miejscowości, zwalniam i zatrzymuję się tuż przed nią. ROZSTAJE. Akurat w tej chwili ta nazwa wydaje mi się symboliczna. Jechać dalej czy może ruszyć w inną stronę? Waham się i czuję pokusę, żeby zawrócić. Zostawić to wszystko w spokoju. Tamto lato, niewysłany list matki, zdjęcia, nagrania. I Anetę. Kiedy jednak w mojej głowie rozbrzmiewa to imię, już wiem, że nie zawrócę. I natychmiast ruszam, a gdy mijam tablicę, czuję się tak, jakbym przekraczała magiczną granicę między przeszłością a teraźniejszością. Czy zdołam sobie przypomnieć coś więcej, czy uda mi się czegoś dowiedzieć, czy wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat ożyją? Może tylko się łudzę, że tak będzie. Ale nie miałam wyboru, w końcu musiałam tutaj przyjechać.
To tu, jak na prawdziwych rozstajach, zostawiłam dawno temu jakąś część siebie i coś zmieniło się na zawsze. Może jednak uda mi się to, co utracone, choć w części odzyskać? Czułam, że kiedyś będę musiała tu wrócić, mimo że przez lata odkładałam tę decyzję. Lecz oto nadszedł ten moment.
Mijam kolejne domy i zabudowania, a także rosnące przy drodze charakterystyczne potężne drzewa. Wieś jest niewielka, domy są w większości stare, miejscowość leży na uboczu, niedaleko lasu, w odludnej okolicy. Kiedy jadę, w mojej głowie majaczą blade wspomnienia. Miejsce nie jest całkiem mi obce, to znak, że jednak moja pamięć coś zachowała z tamtego pobytu sprzed lat.
W końcu parkuję przed pensjonatem Leśny Dom. Ten stary, usytuowany na skraju lasu nieduży dworek pamiętam już naprawdę dobrze. Lata temu był bardziej zaniedbany, teraz prezentuje się pięknie, choć wtedy też miał swój klimat. Tamtego lata właśnie tutaj się zatrzymałyśmy. Byłam wtedy dzieckiem i kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydawał mi się ogromny, wyczułam też w nim coś onieśmielającego, a zarazem tajemniczego.
Od początku, od kiedy tylko zaczęłam planować tę podróż, wiedziałam, że wynajmę pokój właśnie tutaj. Wiedziałam też, który pokój chcę zarezerwować. Kiedy oznajmiłam, że zależy mi na tym konkretnym, kobieta, która przyjmowała rezerwację, nie robiła problemów. Dopiero kiedy podałam imię i nazwisko, w słuchawce na moment zaległa głucha cisza. Nie byłam pewna, z kim rozmawiam i czy kobieta wie coś o tamtej dawnej sprawie. Może mnie skojarzyła? W każdym razie po chwili tej dość dziwnej ciszy przyjęła rezerwację.
Wjeżdżam za otwartą na oścież bramę i parkuję na jednym z wolnych miejsc. Stare ciężkie drzwi pensjonatu skrzypią, kiedy wchodzę do środka, ciągnąc za sobą walizkę. Pamiętam, że kiedyś też tak skrzypiały, gdy jako dzieci ja, Artur i Aneta wbiegaliśmy i wybiegaliśmy ze środka. Rozglądam się. Wnętrze wydaje się znajome. Pamiętam mozaikową podłogę i zakręcone schody ze śliską poręczą wiodące w górę. Mój wzrok od razu pada na niewielką recepcję w holu. Kobieta, która siedzi przy kontuarze, podnosi głowę.
- Dzień dobry - mówię, podchodząc bliżej. - Mam u państwa rezerwację pokoju od dzisiaj.
- Dzień dobry, witamy w Leśnym Domu - odpowiada z lekkim uśmiechem i przygląda mi się przez chwilę. Ja jej też. Minęło trzydzieści lat, ale jej twarz wydaje mi się znajoma. Czy to ona? Pani Marta? Nie mam pewności. Wtedy miała około trzydziestki, teraz musi mieć około sześćdziesiątki i na tyle mniej więcej wygląda. Przyglądam się oczom, bo tam mogę znaleźć coś znajomego, choć tak niewiele pamiętam. Na stronie pensjonatu w internecie znalazłam informację, że nadal prowadzą z mężem pensjonat. Wcześniej pomagała im matka pani Marty, ale wtedy miała około osiemdziesiątki i najpewniej już nie żyje.
Kobieta prosi mnie o imię i nazwisko.
- Daria Topolska - mówię i obserwuję reakcję, szukając na jej twarzy śladu poruszenia.
Wydaje mi się, że coś dostrzegam, mimo że stara się to ukryć. Przyglądam się jej ukradkiem, kiedy dopełnia formalności i wstukuje coś w komputerze. Mogłaby teraz o to zagadnąć, przecież musi mnie kojarzyć, pamiętać to nazwisko. Ale nie robi tego. Ja też nie. Może przynajmniej na razie nie chce wracać do przeszłości, poruszać tego tematu. Może uważa, że jeszcze przyjdzie na to czas. Ale czuję, że przeszłość wisi w powietrzu. Ze względu na Artura to delikatny temat, i choć minęło już tyle lat, to wciąż musi być dla niej bolesne. Tak jak dla mnie, ze względu na Anetę. Ale wiem, że będę musiała ją o to zagadnąć, jeśli chcę czegoś się dowiedzieć. Nie wiem, ile i co pamięta. Na pewno jednak więcej niż ja.
- Wszystko się zgadza. Pokój numer osiem - mówi w końcu i sięga po klucz. Doskonale pamiętam ten numer. - Bardzo nam miło panią gościć, pani Dario. - Wyciąga do mnie rękę. - Marta Wiśniewska - przedstawia się. Teraz już mam pewność. To ona. Znów patrzy na mnie, ale tym razem przygląda się mojej twarzy dłużej niż za pierwszym razem. Nadal nie wiem, czy mnie rozpoznaje, czy może jednak nie. - Niech się pani rozgości. Na obiad zapraszamy za dwie godziny. Jeśli będzie pani czegoś potrzebować, proszę dać znać.
- Dziękuję - odpowiadam równie uprzejmie i ruszam na piętro po starych schodach z ciemnego drewna.
Przesuwam dłonią po gładkiej poręczy i opieram się pokusie, żeby jak dawniej wbiec po nich, usłyszeć poskrzypywanie desek i tupot stóp. Mijam kolejne drzwi, które wyglądają jak kiedyś, choć w budynku trochę się zmieniło. Wtedy był dużo bardziej zaniedbany, teraz wszystko odnowiono. Ściany odmalowano z pewnością niezbyt dawno temu, korytarz jest jaśniejszy, niż zapamiętałam, no i nie czuć już wilgoci, który to zapach kojarzył mi się przed laty z tym miejscem. Ale drzwi zostały te same - mocne, ciężkie, z charakterystycznymi zdobieniami w drewnie. Mijam kolejne numery, aż w końcu natrafiam na właściwy. Wpatruję się w ósemkę na górze drzwi i stoję tak przez chwilę, bojąc się je otworzyć, jakbym obawiała się, że przeniosę się do przeszłości, która gdy tylko przekroczę próg, natychmiast wciągnie mnie w swój wir i pochłonie, a wspomnienia, które dawno temu upchnęłam w czeluściach podświadomości, wrócą i zaleją mnie potężną falą.
To w tym pokoju po raz ostatni widziałam moją siostrę.
Klamka jest dość wysoko i przypominam sobie, że jako sześciolatka musiałam stawać na palcach, żeby do niej dosięgnąć i nacisnąć. Teraz oczywiście nie mam już z tym problemu. Wkładam klucz i przekręcam, a później popycham drzwi i wchodzę powoli do środka.
Wspomnienia wcale mnie nie zalewają, jak się tego obawiałam, ale wyczuwam w tym pomieszczeniu coś znajomego. Rozglądam się. Trochę się tu zmieniło, ale niektóre meble zostały. Na pewno stara szafa w rogu i duże drewniane łóżko, na którym sypiała mama, sekretarzyk przy oknie i fotel w kwiaty, na którym lubiłam siedzieć. Pamiętam, że czasami rysowałam przy tym stoliku i od czasu do czasu wpatrywałam się w świat na zewnątrz. Podchodzę więc do okna i wyglądam. Widzę starą studnię z kamienną cembrowiną i rosnącą obok wierzbę płaczącą, która obecnie jest o wiele większa. Za studnią biegnie ścieżka aż do furtki, dalej gęsty las, taki sam, jak zapamiętałam. Wciąż tu jest. Nie zmienił się. I wydaje mi się tak samo tajemniczy jak dawniej. Jest w nim zarazem coś fascynującego i odrobinę czegoś strasznego. Krążę jeszcze przez chwilę po pokoju, potem zaglądam do łazienki przy wejściu, która bardzo się zmieniła. Dawniej była tu stara wanna na nóżkach, teraz jest nowoczesny prysznic, umywalka i lśniące kafelki. Wracam do pokoju i patrzę na drugie drzwi. Pokój numer osiem to tak naprawdę połączone ze sobą dwa pomieszczenia. Stoję w tym większym i głównym, ale jest jeszcze jedno.
Otwieram powoli drzwi i czuję, jak serce zaczyna mocniej mi bić, kiedy zaglądam do środka. To niewielkie pomieszczenie i wydaje się jeszcze mniejsze, niż zapamiętałam, pewnie dlatego, że jestem już dorosła. Nadal stoją tutaj dwa proste, drewniane wąskie łóżka. Jeśli nie te same, co kiedyś, to wyglądają bardzo podobnie. Jest też niewielka szafka w rogu. Doszły dwa fotele, których wtedy tu nie było, a ściany pomalowano na inny kolor. Doskonale pamiętam obrazek wiszący na jednej z nich. Pewnie dlatego utkwił mi w głowie, ponieważ często wpatrywałam się w niego zaraz po przebudzeniu albo tuż przed zaśnięciem. Jest na nim kilkoro dzieci idących ścieżką w stronę lasu. Dwóch chłopców i dziewczynka, w rękach trzymają koszyki. Pejzaż jest podobny do tego, który roztacza się z okna, ale tutaj lepiej widać furtkę, a za nią ścieżkę ciągnącą się w las. Pamiętam, że w tamtych latach nieraz zastanawiałam się, dokąd idą, kim są, co mają w koszykach. Czasami robiłyśmy to z Anetą, która opowiadała mi sporo historii, a wśród nich były też te o dzieciach z obrazu. Może nawet jest to nagrane na którejś z jej kaset. Czasami te dzieci nawet mi się śniły. Omiatam wszystko jeszcze raz wzrokiem, na dłużej zatrzymując spojrzenie na oknie, potem wychodzę z pomieszczenia i zamykam drzwi.
Rozpakowuję walizkę w większym pokoju, w którym zamierzam spać. Przynajmniej tej pierwszej nocy, bo dziś raczej się nie odważę spać tam, gdzie dawniej. Boję się tego, co mogłoby mi się przyśnić.
Spod ubrań w walizce wyjmuję papierową torebkę. Schowałam tam rzeczy, które znalazłam w domu matki. Wyjmuję z torby pożółkłą kopertę i kasety magnetofonowe. Patrzę na litery i podpisy na kasetach wykonane przez moją siostrę. Zawsze podpisywała je imieniem i drukowanym literami: ANETA, oraz dodawała datę. Potem sięgam po kopertę. Właśnie ta koperta, a raczej to, co w niej znalazłam, mnie tutaj przywiodła. Oglądam ją przez chwilę i obracam w dłoniach. Jest na niej adres nadawcy, czyli mojej matki, są też naklejone znaczki, jednak brak adresu i danych odbiorcy, które pewnie miały zostać uzupełnione później. Tak więc druga strona koperty na zawsze pozostała pusta. Może matka nie zdążyła wysłać listu, może chciała to zrobić później, a może z jakiegoś powodu się rozmyśliła. Nie ma też żadnej daty, więc nie wiem, kiedy został napisany. Wyjmuję ze środka złożoną na pół kartkę. List jest krótki i bardzo enigmatyczny, nie wiadomo też, do kogo matka się w nim zwraca. Odczytuję wszystko raz jeszcze, choć robiłam to już wiele razy po tym, jak go znalazłam.
Długo nad tym myślałam. To wszystko wciąż nie daje mi spokoju. Zastanawiam się, czy jednak nie powinniśmy opowiedzieć Darii o wszystkim, co wydarzyło się tamtego lata. Wiem, że są powody, żeby milczeć, istnieje pewne ryzyko, ale myślę, że powinna jednak wiedzieć, znać prawdę. To wszystko dręczy mnie od lat. Myślę, że ona to wyczuwa. Wie, że coś jest nie tak, że coś zatajam, dlatego między nami nie układa się najlepiej. Z drugiej strony bardzo się boję. Być może kiedy się dowie, będzie jeszcze gorzej. Sama już nie wiem, jak postąpić. Spotkajmy się w Rozstajach. Musimy o tym wszystkim porozmawiać.
Beata
Wiele razy zastanawiałam się, do kogo miał być zaadresowany ten list i o co mogło chodzić. Czy mama pisała do ojca, który zniknął z naszego życia dawno temu? Myślałam, że całkowicie zerwali kontakt, lecz niewykluczone, że jednak go utrzymywali. Czy mieli wspólny sekret? A może to był ktoś inny? Jeśli tak, to nie miałam pojęcia, o kogo mogłoby chodzić. Bardzo możliwe, że to ktoś stąd lub z okolicy, skoro planowała spotkać się z tym kimś właśnie tutaj. O czym pisała, co miała na myśli? Co takiego tak naprawdę wydarzyło się tamtego lata? Co przede mną zatajała? Miała rację, że coś mi świtało na ten temat, po prostu przez lata wyczuwałam jakąś tajemnicę, i tak się działo już wtedy, kiedy byłam dzieckiem. Miałam wrażenie, że powinnam o czymś wiedzieć, ale wymazałam to z pamięci, a chodziło o wydarzenia sprzed trzydziestu lat.
Chowam kartkę do koperty, potem wrzucam list oraz kasety do papierowej torebki i ukrywam wszystko pod ubraniami w komodzie. Nie żebym spodziewała się, że ktoś mi będzie tu grzebał pod moją nieobecność, ale wolę nie trzymać tych rzeczy na wierzchu.
Kiedy wyjmuję telefon z torebki, widzę, że przyszła wiadomość. To Patryk. Krzywię się i odczytuję ją szybko:
Myślę, że po tym, co się stało, będzie lepiej, jeśli zakończymy współpracę.
Nie jestem zdziwiona treścią i właśnie tego się spodziewałam. Zresztą planowałam napisać mu to samo, tylko o wiele dosadniej. Nie zmieniało to jednak faktu, że straciłam największego zleceniodawcę. Robiłam dla Patryka, który jest współwłaścicielem dużej firmy, korektę tekstów marketingowych. Znaliśmy się od lat, jeszcze ze studiów. I choć często drażniło mnie to, że zawalał mnie robotą i wszystko musiało być na wczoraj, a po tym, co się stało, ja też nie chciałam już z nim współpracować, to kłopot był taki, że pieniądze za te zlecania stanowiły znaczną część moich dochodów. Teraz będę musiała szukać czegoś nowego. Zaczęłam zastanawiać się nad odpowiedzią i doszłam do wniosku, że napiszę coś krótkiego i oschłego, w stylu: Przyjęłam do wiadomości, Daria, ale jak zwykle nie zdołałam się powstrzymać:
Ja też nie bardzo wyobrażam sobie dalszą współpracę po twojej ostatniej akcji, więc co do tego jesteśmy zgodni - wstukuję. - Poza tym i tak zawsze kręciłeś nosem i wiecznie coś ci nie pasowało, choć robiłam, co mogłam. Terminy krótkie, bo "przecież to tylko przecinki i literówki", a stawki niezbyt oszałamiające, ale jak rozumiem, docenienie czyjejś pracy jest ci obce. Sprawdź sobie w słowniku to słowo i spróbuj zrozumieć jego sens. Inaczej ludzie będą spieprzać od ciebie w podskokach, a już najszybciej ci, którzy najbardziej się starali i angażowali. Chociaż domyślam się, że obecnie pewnie masz problemy z tym kręceniem nosem?
Wciskam "wyślij" i już po chwili przychodzi odpowiedź:
Wal się, Daria.
Ja też odpisuję, tym razem krótko i na temat:
Nawzajem i (mam nadzieję) do niezobaczenia.
Wspaniałe zakończenie długoletniej znajomości. Relacje to nie jest coś, w czym jestem szczególnie dobra. Chociaż akurat o relację z Patrykiem zdecydowanie nie mam ochoty już dbać. Nie po tym, co zrobił.
Zerkam na zegarek i odkładam telefon. Do obiadu została jeszcze ponad godzina. Postanawiam, że przejdę się po okolicy, trochę ruchu dobrze mi zrobi po długiej jeździe. Wychodzę z pokoju i chowam klucz do kieszeni. Korytarz jest pusty, chociaż na parkingu stoi kilka samochodów, więc w pensjonacie są na pewno jeszcze jacyś inni goście. Potwierdza się to, kiedy mijam na schodach młodych ludzi z małym, może dwuletnim dzieckiem. Mężczyzna niesie jasnowłosą dziewczynkę, która właśnie przysypia w jego ramionach. Innych gości poznam pewnie w porze obiadu, a Feliks ma przyjechać dopiero jutro. Może to i lepiej, bo do tego czasu będę mogła trochę się tu rozejrzeć i zaaklimatyzować.
Schodzę na parter. Dawniej to tutaj, za holem i salonem, były pomieszczenia, w których mieszkała pani Marta z rodziną. Ciekawe, czy nadal tak jest? Pamiętam, że chodziliśmy tam czasami z Arturem. Jego pokój znajdował się na końcu korytarza. Wychodzę na zewnątrz. Dzisiaj jest akurat ciepło, słońce przyjemnie muska skórę, choć w tym roku lato bywa bardzo kapryśne. Zastanawiam się, w którą stronę iść, najpierw myślę, żeby przejść się po wsi, może nad jezioro, do którego pensjonat ma z jednej strony dostęp, ale w końcu decyduję się ruszyć znajomą ścieżką na tyłach domu. Wyczuwam zapach jakiejś gotowanej potrawy dochodzący z otwartego okna, więc przygotowywanie obiadu już najwyraźniej trwa. Widzę starą studnię i przystaję przed nią. Dawniej często tam zaglądaliśmy, czasami nawet czerpaliśmy z niej wodę, bo jeszcze wtedy z niej korzystano. Lubiłam patrzeć, jak wiadro zsuwa się coraz niżej na łańcuchu, a potem znów się wynurza napełnione wodą, pamiętam turkot kołowrotka i ciche poskrzypywanie.
Na haczyku wciąż wisi wiadro, ale chyba już nikt z tej studni nie korzysta i pełni tylko dekoracyjną funkcję. Otwór zasłonięty jest grubą pokrywą z drewna, najpewniej ze względów bezpieczeństwa. Na pokrywie leży duży czarny kot i przygląda mi się uważnie jasnozielonymi oczami. Wyciągam rękę, żeby go pogłaskać. Wącha moje palce, a potem ociera się o moją dłoń i mruczy z zadowoleniem. Dawniej, tamtego lata, też był tutaj czarny kot, zresztą bardzo podobny do tego. Jak on się nazywał...? Chyba nie miał imienia, Artur mówił, że to po prostu Kot, więc mówiliśmy na niego Pan Kot, bo to brzmiało bardziej dostojnie, co pasowało do wielkiego kocura. Ten naprawdę bardzo przypomina tamtego. Może są nawet spokrewnione, i jest to bardzo prawdopodobne. Głaszczę go przez chwilę, potem kot przeciąga się i zeskakuje ze studni. Widzę jeszcze, jak biegnie ścieżką, przechodzi pod furtką, a potem czmycha w las.
Patrzę za nim przez chwilę, a potem też ruszam w tamtą stronę. Witki dużej płaczącej wierzby muskają mnie w ramię, kiedy pod nią przechodzę. Otwieram furtkę i idę ścieżką w stronę lasu. Kiedyś wydawała mi się węższa i bardziej zarośnięta, teraz jest bardziej wydeptana i widoczna, jakby ktoś częściej nią chodził. A może źle to pamiętam? W końcu minęło tyle lat, wspomnienia często ulegają zniekształceniom, a pamięć zawodzi. Uświadamiam sobie, że tak naprawdę niczego nie mogę być całkiem pewna.
Coraz bardziej zagłębiam się w las, wyczuwając swoisty zapach. Drzewa rosną tu gęsto, po wielu z nich widać, że są bardzo stare, mają charakterystyczne sękate pnie. Dawno nie byłam w żadnym lesie, w ogóle rzadko w ostatnich latach miałam do czynienia z przyrodą, a już na pewno nie w tak intensywnym wydaniu. Od lat mieszkam w dużym mieście, w niezbyt ładnej, betonowej okolicy. Wynajmuję niewielką kawalerkę w dużym wieżowcu. Wydawało mi się, że jakoś nieszczególnie brakuje mi przyrody i zieleni, ale teraz dociera do mnie, że jednak się myliłam. Moje dni wypełniała głównie praca, zazwyczaj w domu, gdzie ślęczałam godzinami przed komputerem, a potem wykonywałam wszystkie rutynowe czynności, w weekendy czasami robiłam wypad do jakiejś knajpy ze znajomymi, z którymi w większości nie łączyło mnie nic więcej oprócz tych weekendowych wyjść. Dopiero teraz w pełni dociera do mnie, że ostatnio wiodłam bardzo powierzchowne życie, płytkie i puste. Kiedy tak idę ścieżką, czuję spokój i swojego rodzaju ukojenie. Mogę głębiej odetchnąć. Przed przyjazdem miałam obawy, że z powodu wydarzeń, do których doszło tu przed laty, zrodzą się we mnie negatywne uczucia, ale tak nie jest. Doceniam urok tej okolicy. Poza tym przecież miałam też związane z nią dobre wspomnienia. Spędziliśmy tutaj prawie miesiąc z mamą i Anetą, i był to miesiąc zabaw, przygód i beztroskiej radości, czyli wymarzone wakacje... aż do tamtej nocy, kiedy wszystko się zmieniło.
Idę cały czas tą samą ścieżką, wsłuchuję się w śpiew ptaków ukrytych w koronach drzew i w szelest liści, a także widzę, jak słońce migocze złotymi plamami. Na nikogo nie natrafiam, jest całkiem pusto, co akurat w tej chwili bardzo mi odpowiada. W końcu docieram do skrzyżowania ścieżek. Przecinają się tutaj aż cztery. To rozstaje w Rozstajach. Jedne z kilku. Zastanawiam się, w którą stronę powinnam pójść. Pamiętam, że te ścieżki wiodły do określonych miejsc. Jedna do Leśnego Domu, z którego przyszłam, następna na pewno do Głazowiska, kolejna do starej opuszczonej osady w lesie. A ta ostatnia? Nie pamiętam. Nie mam też pojęcia, która jest która. Wybieram tę po prawej, by przejść nią kawałek i zobaczyć, dokąd mnie zaprowadzi. Ruszam więc niespiesznie dalej, a ścieżka staje się węższa i bardziej zarośnięta. Z pewnością nie jest już uczęszczana tak często, widać, że wybiera ją niewiele osób. Dwa razy natrafiam na kolejne skrzyżowania dróżek i wybieram jeden z kierunków. W końcu spośród drzew wyłania się niewielka polanka i stary drewniany dom. Przystaję i obserwuję go przez chwilę. Jego widok coś we mnie porusza. Chyba już tutaj byłam, skądś go znam, ale nie mogę sobie przypomnieć, kto w nim mieszka. To musi być jedno z tych wspomnień, które bardziej się zatarły. Zerkam na zegarek. Upłynęło już sporo czasu, więc powinnam wracać, jeśli chcę zdążyć na obiad, a głód już daje o sobie znać, bo nie jadłam nic od śniadania. Zawracam z mocnym postanowieniem, że jeszcze tutaj wrócę. Jest w tym domu coś znajomego, coś, co mnie przyciąga.
Kiedy znowu docieram do rozstajów ścieżek i przystaję, widzę na niskiej gałęzi jednego ze starych drzew coś kolorowego. Zaciekawiona podchodzę bliżej i zauważam, że ktoś położył tam niewielką szmacianą laleczkę. Oglądam ją przez chwilę. Lalka jest trochę dziwna. Nie ma twarzy, przez co wygląda niepokojąco. Widać też, że to nie jest fabryczny wyrób, ale ktoś zrobił ją własnoręcznie. Włosy ma z lnu, sukienkę z kolorowych skrawków materiału, w środku coś szeleści i pachnie ziołami. Już wiem, że to motanka, ludowa lalka, czytałam o nich kiedyś, Feliks wspominał też o nich w swojej książce. Przez chwilę zastanawiam się, co z nią zrobić, ale w końcu decyduję, że zostawię ją na miejscu. Może zgubiło ją jakieś dziecko i po nią wróci? Nagle wydaje mi się, że słyszę za sobą jakiś szelest, więc szybko się odwracam, jednak niczego nie dostrzegam. Jedynie gałązki młodego drzewa lekko się poruszają, jakby ktoś ich dotknął przed chwilą. Może jakieś zwierzę? Odkładam laleczkę na gałąź i ruszam w drogę powrotną do pensjonatu. Znowu wydaje mi się, że słyszę szelest, ale kiedy czujnie się rozglądam, nikogo nie dostrzegam.
Do Leśnego Domu docieram akurat w chwili, kiedy do jadalni zaczynają schodzić się goście. Pani Marta na mój widok uśmiecha się i zaprasza do środka. Nadal nie mogę rozszyfrować, czy mnie kojarzy, czy jednak nie. Oprócz mnie są jeszcze dwie rodziny z dziećmi, w tym młodzi ludzie z dwuletnią córeczką, których minęłam na schodach, starsza para i kilkoro młodych ludzi, którzy wyglądają na studentów. Obiad okazuje się bardzo smaczny, szybko pochłaniam swoją porcję pierogów i popijam domowym kompotem z owoców z pobliskiego sadu. Ten kompot ma taki sam smak, jak dawniej, i przypomina mi, jak wpadaliśmy tutaj we trójkę - ja, Aneta i Artur, żeby migiem zjeść obiad i jak najszybciej wrócić do zabaw i włóczenia się po wsi i okolicy.
Po posiłku idę do swojego pokoju, by pracować nad korektą tekstu, bo termin bardzo mnie goni. Siedzę nad tym do późna, aż wreszcie robię się senna. Boję się, że nie będę mogła usnąć w nowym miejscu, a już zwłaszcza tutaj, ale zasypiam zaskakująco szybko. Tej nocy, choć się tego trochę obawiam, nie nawiedza mnie ten sen, który dręczy mnie ostatnio coraz częściej. Ale wiem, że na pewno znów wróci jak wspomnienie.
Aneta, trzydzieści lat wcześniej
Aneta trzyma Darię za rękę, kiedy wchodzą po wysokich, kręconych schodach. Rozgląda się z zaciekawieniem, odkąd tu przyjechały. Pensjonat jest większy, niż Aneta sobie wyobrażała. Postanawia, że później obejrzy sobie ten dom dokładniej, zajrzy we wszystkie zakamarki i zrobi zdjęcia. Obiecała sobie, że będzie dokumentować ten wakacyjny wyjazd. Tak dawno nigdzie nie wyjeżdżały. Chce wszystko dobrze zapamiętać. To będzie prawdziwa przygoda. Kiedy dowiedziała się, że przyjadą do Rozstajów, przez kilka nocy nie mogła spać z podekscytowania. A teraz wreszcie są tutaj. Mama idzie przodem, prowadzi je do pokoju, w którym mają zamieszkać. Stają przed drzwiami z numerem osiem. Kiedy przekręca klucz, Daria wbiega z tupotem do środka, a one wchodzą za nią. Wszystkie rozglądają się z zaciekawieniem po wnętrzu.
- Mamo, ale tu ładnie! I jak dużo miejsca! - woła Daria, wodząc dokoła zachwyconym wzrokiem.
Anecie też się podoba. Meble są stare i wszystko takie inne niż w ich domu, trochę jak w pałacu. Wnętrze przypomina te, o jakich czytała w starych baśniach i książkach. Szczególnie podobają jej się fotel i wielka szafa. Prawie taka jak ta z Opowieści z Narnii. Może ona też jest magiczna? Przez głowę przemyka jej myśli o szafie w jej pokoju, w ich domu. Tamta szafa jest magiczna, ale w inny sposób. A przynajmniej Aneta tak bardzo się starała, żeby ją w taką przemienić. Humor jej się na chwilę pogarsza, ale szybko odsuwa od siebie te myśli. Teraz jest tutaj, są wakacje. Mają całe trzy tygodnie.
- A tobie, Anetko, jak się podoba? - pyta mama, obejmując ją ramieniem.
- Jest super. Bardzo tu ładnie. - Uśmiecha się. Mama też posyła jej uśmiech. Wymieniają spojrzenia. Aneta wie, że mama, tak jak ona, cieszy się, że tutaj są, ale wolałaby zatrzymać się w innym miejscu. To jednak nie jest teraz możliwe. Czasami rozumieją się bez słów. Tak jest od dawna, jakby wypracowały swój własny język bez dźwięków.
- Mamo, będziemy spały tutaj, wszystkie razem? - dopytuje tymczasem Daria. Zdążyła już wejść na wielkie łóżko i podskakuje na nim jak mały kangur, a warkocze zabawnie się unoszą. Anecie wydaje się teraz taka mała, beztroska i zabawna. Przemknęło jej przez głowę, że ona nigdy taka nie była, a przynajmniej tego w ogóle nie pamięta. Chociaż dzieli je tylko pięć lat.
- Nie, tu będę spać tylko ja.
- Jak to? A my? - Na twarzy Darii pojawia się zawód, a jej małe usta wyginają się w podkówkę.
- Popatrzcie tam. - Mama z uśmiechem wskazuje ścianę przy szafie.
- Tam są jakieś drzwi! - Daria zeskakuje z łóżka i biegnie w ich stronę.
- Co za nimi jest? - pyta Aneta, też podchodząc bliżej.
- Sprawdźcie same.
Aneta i Daria popatrują po sobie, a potem razem sięgają do klamki i otwierają drzwi. Jest w tym coś uroczystego, jakby odkrywały wielką tajemnicę. Za drzwiami, tak jak Aneta już się domyśliła, jest kolejny pokój. Ten, w porównaniu z poprzednim, jest niewielki, ale sprawia miłe wrażenie. Są tutaj dwa wąskie łóżka, szafa i stolik. Jest też okno, przez które widać podwórko i okolicę. Na ścianie wisi obraz, który od razu przyciąga spojrzenie Anety. Jest na nim trójka dzieci, które idą w stronę lasu. Niby zwyczajny obrazek, ale jest w nim coś tajemniczego. Aneta nie potrafi powiedzieć, co to takiego, ale przez dłuższą chwilę nie może oderwać od niego wzroku.
- Będziecie miały swój własny pokój, swój własny kącik - mówi mama, wchodząc za nimi. - Co wy na to?
- Ale fajnie! - cieszy się Daria. - A które łóżko będzie moje?
- To już same ustalcie.
- A które wolisz? - pyta Aneta siostrę. Jej aż tak bardzo nie zależy na żadnym z nich, a mała wydaje się bardzo przejęta.
Namyśla się chwilę i w końcu wybiera to po lewej, bliżej drzwi.
- Zgoda - przytakuje Aneta. - Niech to będzie twoje.
- Juhu! - woła Daria i podskakuje na nim kilka razy, tak jak na poprzednim.
Mama i Aneta się śmieją.
- Ej, lepiej tak nie skacz, bo jak je połamiesz, to będziesz spać na podłodze! - ostrzega ją Aneta.
- Wtedy będziemy spać razem! - śmieje się Daria. - Ja lubię z tobą spać!
- O nie, zapomnij! To łóżko jest tylko moje - droczy się z nią Aneta i zdejmuje plecak, a mama przynosi torbę z rzeczami Darii.
- Teraz może się rozpakujcie, dobrze? - mówi. - Później będzie obiad, a potem rozejrzymy się po okolicy.
Potakują i zabierają się do układania rzeczy w szafie, a gdy już się z tym uporały, Aneta sięga po walkmana z dyktafonem i włącza przycisk nagrywania.
- Jest siódmy lipca i właśnie przyjechałyśmy na miejsce - mówi. - To pierwszy dzień naszych wakacji tutaj, w Rozstajach. Zamieszkałyśmy w pensjonacie, który nazywa się Leśny Dom. I naprawdę znajduje się blisko lasu. Okolica jest bardzo ładna, a pogoda dopisuje.
- Hej, ja też chcę coś powiedzieć! - woła Daria i szarpie ją lekko za łokieć.
- No to mów. - Aneta przybliża do jej ust dyktafon.
- Mamy tutaj nawet swój oddzielny pokój i bardzo mi się tutaj podoba! - Jej rozemocjonowana siostra pośpiesznie wyrzuca z siebie słowa. - I widziałam kotka! Jest czarny i ma na szyi taką białą plamkę, jak rozlane mleko. Ciekawe, jak się nazywa. I zaraz idziemy na obiad, a potem pozwiedzamy okolicę. Mama mówi, że popływamy łódką. Już nie mogę się doczekać!
- To na razie tyle. O innych rzeczach opowiemy kolejnym razem! - kończy Aneta i wyłącza nagrywanie.
Po rozpakowywaniu mama zabiera Darię do łazienki. Jej siostra musi się umyć i przebrać, bo w trakcie jazdy pociągiem wylała na siebie sok, a włosy posklejały jej się od wielkiego lizaka, który kupiła mama, kiedy zatrzymały się na jednej ze stacji. Aneta wyjmuje jeszcze kilka rzeczy z plecaka, w tym aparat, i kładzie go obok walkmana na stoliku. Na końcu wyciąga z małej kieszonki kilka niewielkich lnianych woreczków związanych czerwoną nitką. Rozgląda się po pokoju, a potem chowa jeden z nich pod łóżkiem, drugi w szafie, a trzeci za tym dziwnym obrazem.
Wchodzi do większego pokoju i słyszy, jak Daria piszczy w łazience, że piana leci jej do oczu i żeby mama uważała. Ale wiadomo, siostra nie przepada za myciem włosów. Aneta rozgląda się po pokoju i wsuwa kolejny woreczek pod łóżko mamy, a ostatni za komodę przy drzwiach. Zrobione. Oddycha z ulgą, jest już trochę spokojniejsza.
Wraca do pokoiku, w którym mają spać razem z siostrą, i wygląda przez okno. Widać stąd kamienną starą studnię i wierzbę rosnącą obok. Na studni siedzi duży czarny kot. Mruży oczy w słońcu i liże przednią łapkę. To pewnie ten, którego widziała Daria. Dzień jest słoneczny i piękny, Aneta widzi stąd też jezioro. Przy brzegu stoi kilka łódek. Okolica jest naprawę ładna i spędzą tu aż trzy tygodnie. Jeszcze tyle przed nimi. Znów ogarnia ją radość, lekkość i podekscytowanie. Robi kilka zdjęć ich pokoiku, a potem fotografuje widok za oknem. Może zrobią później razem z Darią wakacyjny album. To fajny pomysł.
Przenosi wzrok na furtkę, za którą widzi ścieżkę prowadzącą do lasu. Las ją przyciąga i woła. Niemal to słyszy w szeleście liści za oknem. Niedługo pójdzie tą ścieżką i odwiedzi znajome miejsca. Bo były tu już kiedyś, ale Daria nie może tego pamiętać. Daria nie wie wielu rzeczy i chyba tak jest lepiej. Ale ona wie, dlatego musi uważać i być czujna. Musi wiedzieć i pamiętać.
Daria
Rano budzi mnie śpiew ptaków, który słychać przez uchylone okno. Jeden ze śpiewaków, jakiś mały ptaszek, usiadł na parapecie. To chyba trznadel, chociaż nie jestem pewna. Przez głowę przemyka mi, że Aneta pewnie wiedziałaby, jaki to ptak, bo całkiem nieźle znała się na zwierzętach i lubiła je obserwować. Ptaszek przygląda mi się, przekrzywiając łepek i świergocząc zawzięcie. Nie mam mu tego za złe, bo taki budzik to miła odmiana po miejskich odgłosach: nieustającym szumie samochodów, hałasie śmieciarki i skrajnie dokuczliwym warkocie wiertarki dochodzącym zza ściany, które to dźwięki często mnie budziły w moim małym mieszkanku w wieżowcu. Przeciągam się i wyglądam przez okno. Niebo jest bezchmurne, jasnoniebieskie, zapowiada się ładny dzień. Słońce migocze w koronach drzew. Przez chwilę cieszę oczy widokiem - zadbanym terenem i ogrodem wokół pensjonatu, lasem na wyciągnięcie ręki i migoczącym jeziorem, do którego brzegu przylega pensjonat. Trzeba przyznać, że to świetne miejsce, żeby odpocząć, naprawdę tu pięknie, chociaż odpoczynek nie był głównym powodem mojego przyjazdu. Nie zaszkodzi jednak skorzystać. Poza tym taka jest oficjalna wersja, więc i tak muszę zachowywać pozory. Przynajmniej na razie. Być może niczego się nie dowiem, ale wyjazd i tak dobrze mi zrobi. Może zresztą list matki nie dotyczył wcale tamtych wydarzeń? Może chodziło o coś innego? Nie jestem tego pewna. Czasami łapię się na tym, że mam nadzieję, że to nie było nic takiego i ten list nie dotyczył żadnych wielkich tajemnic, jak to sobie wyobrażałam. I tylko w mojej głowie wybrzmiał tak niepokojąco.
Zerkam na zegarek. Dochodzi ósma. Zazwyczaj budzę się po szóstej, więc spałam zdecydowanie dłużej. Śniadanie jest serwowane do dziesiątej, więc mam jeszcze sporo czasu i postanawiam zrobić poranny trening. Ćwiczę regularnie od wielu lat. Zauważyłam, że jeśli zaniedbam to na dłużej, wtedy czuję się gorzej. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Czasami chodziłam na osiedlową siłownię, ale zazwyczaj robiłam proste ćwiczenia z obciążeniem. Teraz nie chciało mi się zabierać ze sobą sprzętu, więc musiały mi wystarczyć ćwiczenia z ciężarem własnego ciała.
Po treningu biorę prysznic i przeglądam tekst, nad którym pracowałam wieczorem, a potem wysyłam go zleceniodawcy. Odtąd będę miała trochę wolnego, bo na czas urlopu nie wzięłam żadnych zleceń. A Patryk niczego mi już nie przyśle. Pewnie niedługo środki na moim koncie zaczną kurczyć się dramatycznie, więc muszę poszukać nowych zleceniodawców, ale na razie nie chcę o tym myśleć. Teraz jestem tutaj. Mam trzy tygodnie urlopu, podczas którego zamierzam mocno pogrzebać w przeszłości i na tym chciałam się skupić. Później zobaczę, co dalej.
Schodzę na śniadanie do jadalni, gdzie już kręci się sporo osób. Feliksa jeszcze nie ma, ale powinien pojawić się około dziesiątej, czyli niedługo. Nakładam na talerz jedzenie i robię kawę, a przez głowę nie po raz pierwszy przemyka mi, jakie to niezwykłe, że trafiliśmy na siebie z Feliksem. Bo jakie było prawdopodobieństwo, że to właśnie on zgłosi się do mnie ze swoją książką do korekty? A jednak jakieś dwa miesiące temu przyszedł mail z zapytaniem o warunki finansowe i terminy. Jego książka naprawdę mnie zainteresowała, poza tym pomyślałam, że będzie to miła odmiana po tych wszystkich tekstach reklamowych i marketingowych, którymi ostatnio głównie się zajmowałam, mimo że zawsze wolałam literaturę i to dla niej chciałam zajmować się korektą.
Książka Feliksa dotyczyła ludowych wierzeń i przesądów w regionie, w którym mieszka. Okazało się, że jest etnografem i kustoszem w muzeum znajdującym się niedaleko stąd. Kiedy zagłębiałam się w tekst, okazało się, że duża jego część dotyczy właśnie Rozstajów. Od razu skojarzyłam nazwę, bo bardzo zapadła mi w pamięć. No i był jeszcze list matki. Znalazłam go dwa lata temu, już po jej śmierci, ale wtedy nie miałam ani siły, ani ochoty na grzebanie w przeszłości, więc upchnęłam go w pudle z innymi rzeczami, w których trzymałam pamiątki po niej.
Feliks w swojej książce wspominał, że przyjeżdżał tutaj do wujka. Już wtedy miałam podejrzenia, że chodzi właśnie o tego Feliksa, skoro jego imię nie jest zbyt popularne, podobnie jak moje. Ale on nie mógł się domyślać, że mogę być tą Darią, którą być może pamięta z dzieciństwa, ale mało prawdopodobne, by pamiętał moje nazwisko, tak samo jak ja nie pamiętałam jego. On miał tylko moje imię wyrwane z kontekstu, ale ja miałam imię i całą resztę: Rozstaje, jego wujka, tamto lato, o którym też napomknął w książce. To sprawiło, że zaczęłam coraz więcej myśleć o przeszłości, i wygrzebałam z pudła nie tylko kasety i zdjęcia z tamtego lata, ale również list matki. Niedługo później napisałam do Feliksa, że chciałabym wynająć pokój w pensjonacie w Rozstajach, bo zaciekawiła mnie ta miejscowość, a tak się składa, że akurat planuję urlop. Ucieszył się i odpisał, że chętnie pokaże mi ciekawe miejsca i opowie o okolicy. I że też ma zamiar na jakiś czas zatrzymać się w tutejszym pensjonacie, bo planuje uprzątnąć dom wujka przed remontem. Podczas pracy nad książką i później wymieniliśmy trochę maili. Dobrze nam się ze sobą pisało i pracowało. Zastanawiałam się, czy nie powiedzieć mu wszystkiego, a przynajmniej wyjawić, kim jestem, ale zdecydowałam, że zrobię to później, kiedy już się spotkamy. Jeszcze nie wiedziałam, jak wiele mu powiem i czy w ogóle wspomnę o liście matki, ale tak czy inaczej powinien wiedzieć, kim jestem. W tamtych czasach był niewiele starszym ode mnie dzieckiem, ale niewykluczone, że coś pamięta. Może jakieś szczegóły, które zatarły się w mojej pamięci, ale mogły przywołać wspomnienia.
Słyszę powiadomienie w telefonie i kiedy zerkam na wyświetlacz, widzę wiadomość od Feliksa:
Już jestem! :) Właśnie wchodzę na piętro. Jeśli chcesz, wyjdź na korytarz, to się przywitamy. Chyba że wolisz później, jak już się trochę ogarnę. :)
Czuję, jak dopada mnie lekkie zdenerwowanie. Dotychczas tylko pisaliśmy do siebie maile i jestem ciekawa, jak dogadamy się na żywo. I jaki on właściwie jest? Czy będzie w nim coś z tamtego chłopca, którego już ledwie pamiętam? Czy się polubimy, czy może jednak będziemy czuć się skrępowani i sztywni? Z ludźmi miałam zawsze tak, że musiałam spotkać się z nimi na żywo, żeby ich wyczuć. Odkrywam wtedy więcej, wiem już, jakie ktoś ma zamiary i jaki jest naprawdę. Przez internet tak to nie działało, w każdym razie nie w takim stopniu. Może odzywa się intuicja. A może tak działa mózg, kiedy przetwarza wiele informacji, których nie jesteśmy do końca świadomi. Chodzi na przykład o zapach, ton głosu, mimikę, spojrzenie w oczy, gesty. Wyłapujemy to i czujemy, kiedy jest w porządku, a kiedy nie, kiedy ktoś jest szczery i ma wobec nas dobre zamiary, a kiedy coś nie gra, nawet jeśli nie do końca jesteśmy wszystkiego świadomi i nie zawsze słuchamy tego głosu. Moja intuicja nie myliła się w większości przypadków, dlatego zazwyczaj staram się jej słuchać, gdy poznaję nowe osoby. Dzięki temu bardzo rzadko się zdarza, bym zaufała komuś, kto po jakimś czasie okazywał się niegodny tego zaufania. Chociaż oczywiście kilka razy tak się zdarzyło i było to dla mnie wyjątkowo bolesne. Feliks miał być osobą, z którą najpewniej spędzę sporo czasu przez te trzy tygodnie, i wyszłoby niezręcznie, gdybyśmy nadawali na całkiem innych falach. Mam nadzieję, że nie będziemy męczyć się w swoim towarzystwie.
Przemyka mi przez głowę, że może mój przyjazd do Rozstajów to nie był jednak dobry pomysł, ale skoro już tu jestem, to nie powinnam z nikim się umawiać, czyli zachować się jak ktoś z zewnątrz, ktoś obcy. Przynajmniej postaram się sprawiać takie wrażenie, bo jednak coś mnie z tym miejscem łączyło. Choć patrząc na to z drugiej strony, dobrze jest mieć kogoś stąd, kto zna tutejszych ludzi i okolicę. Poza tym nawet jeśli za bardzo się nie polubimy z Feliksem, to chodzi tylko o trzy tygodnie. Najwyżej już więcej się nie spotkamy.
Otwieram drzwi i wychodzę na korytarz, czując lekki ścisk w żołądku. Po chwili go widzę. Jest przy końcu korytarza, idzie wolnym krokiem objuczony walizką. On też mnie dostrzega i jego twarz momentalnie rozjaśnia się w uśmiechu. Już po chwili jest przy mnie i stawia walizkę na podłodze.
- Daria? - pyta trochę niepewnie, ale wciąż z uśmiechem.
- Tak, cześć.
Też się uśmiecham. I już czuję, że będzie dobrze. Zdenerwowanie prawie ustępuje, a skurcz żołądka odpuszcza. To dobry znak.
- Cześć. Feliks. - Ściska moją rękę. - Miło cię widzieć na żywo.
- Ciebie też.
Przyglądam mu się. Wygląda lepiej niż na zdjęciu. Tam miał poważną minę czy nawet kamienną twarz, a teraz sporo się uśmiecha, ma żywą mimikę i wydaje się o wiele sympatyczniejszy. Spodziewałam się, że będzie dużo wyższy, ale ma tylko kilka centymetrów więcej ode mnie. Podoba mi się jego głos. Głęboki, melodyjny i jakiś taki kojący, ale nie monotonny. Bardzo przyjemny w odbiorze.
- Poznałaś mnie? - pyta, też mi się przypatrując. - Ja ciebie od razu. Na zdjęciu wyglądasz bardzo podobnie.
- Ja ciebie też, chociaż wyglądasz trochę inaczej niż na zdjęciu.
- Uznam to za komplement - mówi z rozbawieniem. - Kiepsko wychodzę na fotkach. Wszyscy mi mówią, że wyglądam o wiele poważniej, jak jakiś ponurak. Zawsze robię minę jak kryminalista - dodaje ze śmiechem. - To silniejsze ode mnie.
- Rzeczywiście na żywo jesteś dużo przyjemniejszy w odbiorze.
- Miło słyszeć. Cieszę się, że zdecydowałaś się tu przyjechać. Mam nadzieję, że nie żałujesz. Podoba ci się tutaj?
- Bardzo. I nie żałuję, chociaż dopiero zaczynam się rozglądać.
Może powinnam wspomnieć, że już tu kiedyś byłam, powiedzieć mu chociaż część prawdy, ale czuję, że nie powinnam wyskakiwać z tym tak od razu. Muszę jeszcze przemyśleć, co i ile chcę mu powiedzieć.
- Pokażę ci trochę fajnych miejsc, tak jak obiecałem. Na pewno ci się spodoba. Rozstaje i okolice to bardzo interesujące tereny, chociaż turyści nie ciągną tu tłumami.
- I tak jest lepiej, przynajmniej dla mnie.
- Racja - zgadza się. - Tłumy niekoniecznie nastrajają do odpoczynku. - Zerka na walizkę. - To może się teraz rozpakuję i urządzę u siebie, dobrze? Spotkamy się za jakąś godzinę i pogadamy. Może być?
- Może.
- Wolisz kawiarnię czy spacer? - pyta. - Obie opcje mają swoje plusy. W kawiarni przy pensjonacie mają naprawdę pyszne ciasta, a już tutejsza szarlotka to moja miłość. Ale jeśli wolisz spacer, to od razu mógłbym pokazać ci jedno z ciekawszych miejsc.
- Spacer będzie fajny. Dziś jeszcze nigdzie nie wychodziłam, więc chętnie się przejdę.
- To pójdziemy może do Głazowiska. To nie tak daleko, w lesie za pensjonatem, trzeba iść ścieżką, którą widać za domem. Pisałem o tym miejscu w książce.
- Pamiętam. I chętnie je zobaczę.
Nie wspominam, że już tam byłam, a nawet byliśmy tam kiedyś razem. Może ten spacer to będzie dobry moment, żeby porozmawiać w spokoju i szczerze. I powiedzieć prawdę. Albo chociaż jej część. Nie jestem jeszcze pewna, czy chcę zdradzić mu wszystko.
- Świetnie! - mówi z entuzjazmem. - To wpadnę po ciebie za jakąś godzinę.
Sięga po walizkę i po chwili jest już przed drzwiami pokoju numer dziesięć, który znajduje się po drugiej stronie korytarza. Zanim je otwiera, posyła mi kolejny uśmiech i znika w środku.
Kiedy wracam do siebie, otwieram szafę i wyjmuję szarą kopertę. Jest tam oprócz kaset jeszcze jedna koperta. Są w niej zdjęcia, których uzbierał się cały stosik, a ja w ostatnim czasie oglądałam je już wiele razy. Jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, że mama jednak wywołała te zdjęcia z aparatu Anety. Myślałam, że klisze gdzieś przepadły.
Aneta dostała parę miesięcy przed naszym wyjazdem do Rozstajów na urodziny aparat fotograficzny i nosiła go ze sobą wszędzie, podobnie jak walkmana z funkcją dyktafonu, na którym często coś nagrywała. Bardzo lubiła robić zdjęcia i wszystko dokumentować, opisywać, obserwować. I opowiadać. Ja jednak lubiłam najbardziej, kiedy na taśmie utrwalała dla mnie jakąś historię albo dla zabawy nagrywałyśmy nasze rozmowy. Ciekawe, czy ta pasja by przetrwała, gdyby jeszcze żyła, gdyby nie zginęła tamtego lata. Kim wtedy by została? A może skończyłaby tak jak ja? Bo ja głównie robię to, co mnie potwornie męczy i wykańcza. Godzinami ślęczę nad tekstami, od których dostaję mdłości i z których większość nie ma nic wspólnego z uwielbianymi przeze mnie książkami. Natomiast mnóstwo z manipulacją, sloganami i próbą wmówienia ludziom, że potrzebują czegoś, co tak naprawdę nie jest im do niczego potrzebne. A ja szlifuję te teksty w głębokim poczuciu, że taka praca nie ma żadnego sensu. Ale ideałami i marzeniami trudno się najeść. Chyba że ktoś ma trochę szczęścia. Zresztą teraz nie mam już nawet tych tekstów. Znów przypominam sobie o Patryku, a jest ostatnią osobą, o której chcę myśleć, więc odsuwam to wszystko od siebie.
Wracam do przeglądania zdjęć. Z Feliksem nie przebywałam tamtego lata tak długo jak z Arturem i Anetą, bo pojawił się w Rozstajach dopiero w drugiej połowie naszego pobytu. Znali się z Arturem, więc dołączył do nas. To jak mignięcia w mojej pamięci i gdyby nie zdjęcia Anety z tamtego lata, w ogóle bym nie pamiętała jego twarzy. Zresztą gdyby nie fotografie, pewnie już dawno zapomniałabym, jak wyglądała moja siostra, jaką miała twarz. Nagle poczułam wielki smutek, gdy uświadomiłam sobie, jak słabo już ją pamiętam, chociaż kiedyś była dla mnie najważniejszą osobą na świecie, ważniejszą i bliższą niż rodzice. Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte. A teraz miałam już tylko trochę rozmytych wspomnień. Była dla mnie tą dziewczynką ze zdjęć i nagrań, które zachowały się na kasetach. Duchem, który czasami nawiedzał mnie w snach. I brakiem, który czułam przez większość życia. Wyrwą w sercu, której nie mogłam niczym zapełnić.
W końcu udaje mi się znaleźć te dwa zdjęcia, na których jest Feliks. Jedno zostało zrobione tutaj, niedaleko studni, i chyba zrobił je Artur, bo nie ma go na tej fotografii. Jesteśmy tylko ja, Aneta i Feliks. Ja siedzę na trawie i głaszczę Pana Kota, który ułożył się obok moich kolan. Rzeczywiście bardzo przypomina tego czarnego kota, którego ostatnio spotkałam przy studni. Też ma białą plamkę na szyi, i to podobnego kształtu. Pamiętam, że lubiłam gładzić to miejsce, które kojarzyło mi się z rozlanym mlekiem. Poza tą plamką Pan Kot był całkiem czarny. Aneta stoi obok mnie, przy wierzbie. Szczupła, ciemnowłosa jedenastolatka o poważnych oczach i lekkim uśmiechu obejmuje pień, jakby go do siebie tuliła, a zielone witki zwieszają się nad nią. Była starsza ode mnie o pięć lat, ale kiedy teraz przeglądam zdjęcia, ta różnica wydaje się większa, bo jest w niej coś, co sprawia, że wydaje się trochę starsza, niż wskazuje jej wiek. Przenoszę wzrok na Feliksa, który stoi najbliżej obiektywu. Niesforna, trochę rozczochrana czupryna ciemnobrązowych włosów, roześmiane oczy i szeroki i śmiech. Przed sobą trzyma niewielki plecak. Jak się domyślam, właśnie planowaliśmy jedną z naszych wypraw po okolicy. Pakowaliśmy wtedy plecaki, wrzucaliśmy tam coś do jedzenia i picia. Pamiętam, że Aneta i Artur nie na wszystkie wycieczki mnie zabierali. Oboje mieli po jedenaście lat, a ja tylko sześć. Dla nich byłam maluchem, którego trzeba jeszcze pilnować i nie wszędzie warto zabierać. Teraz to rozumiem, choć wtedy trudno było mi się z tym pogodzić i obrażałam się, kiedy nie chcieli, żebym gdzieś z nimi szła.
Przez chwilę patrzę w okno i mam dziwne wrażenie, że widzę nas tam, całą trójkę, a nawet Artura, który robi nam to zdjęcie. Stoi tyłem, nie dostrzegam jego twarzy, ale jest tam, trzyma aparat i naciska spust migawki. Jesteśmy za szybą tacy sami jak trzydzieści lat temu. Ale to oczywiście tylko złudzenie. Tak naprawdę nikogo tam nie ma. I tylko dwoje z nas dorosło, dwoje pozostanie już dziećmi. Tamto lato zatrzymało ich brutalnie i na zawsze w tamtej postaci niczym owady uwięzione w bursztynie.
Na drugim zdjęciu jesteśmy w Głazowisku w lesie. Pamiętam, że chodziliśmy tam od czasu do czasu, to było jedno z naszych ulubionych miejsc. Na tym zdjęciu z kolei nie ma Anety, więc to ona musiała je zrobić. Ja, Artur i Feliks z szeroko rozpostartymi rękami stoimy na dużych omszałych głazach niczym ptaki szykujące się do lotu. Wszyscy się śmiejemy, jakby ktoś właśnie powiedział coś zabawnego. Może Aneta, która w tej samej chwili nacisnęła przycisk migawki. Czasami przed zrobieniem zdjęcia mówiła coś takiego, żeby nas rozśmieszyć.
Przeglądam jeszcze przez chwilę te fotografie. Zostawiam tę z Głazowiska na sekretarzyku, a resztę chowam do koperty i ponownie ukrywam pod ubraniami w szafie. Może dobrze się składa, że idziemy akurat w to miejsce. Przyglądam się jeszcze przez chwilę naszej trójce na zdjęciu, a później wkładam je do torebki. Jeśli zdecyduję się na spacerze wyjawić Feliksowi, kim tak naprawdę jestem, może mi się przydać.
Mniej więcej godzinę później słyszę pukanie do drzwi. Feliks zjawia się zgodnie z obietnicą.
- Gotowa? - pyta, kiedy otwieram.
Zauważam, że się przebrał. Na pewno zmienił koszulę, bo poprzednia była innego koloru. Ubrał się też wygodniej i swobodniej. Pewnie wcześniej wrócił prosto z pracy i dlatego strój był bardziej formalny. W obu wersjach wygląda dobrze.
- Gotowa - potwierdzam z uśmiechem.
Wychodzimy z pensjonatu i idziemy na tyły, potem obok studni i wierzby przechodzimy ścieżką, którą wczoraj wybrałam się na spacer. To chyba najkrótsza droga do Głazowiska z pensjonatu, jest jeszcze inna z drugiej strony, od głównej ulicy we wsi. Znajduje się tam parking i to tamtą zazwyczaj wybierają turyści i przyjezdni. Zanim tutaj przyjechałam, całkiem sporo przypominałam sobie dzięki książce Feliksa, a także posprawdzałam w sieci. Znalazłam trochę zdjęć, które nieco odświeżyły mi pamięć. Ale jak na trzydzieści lat, we wsi nie zmieniło się aż tak wiele, jak się spodziewałam.
Idziemy ścieżką, coraz bardziej zagłębiając się w las. Tak jak poprzednio, daje mi to pewnego rodzaju ukojenie i odprężenie.
- Uwielbiam ten las. - Feliks oddycha głęboko. - Zawsze tutaj przychodzę, kiedy chcę się trochę wyciszyć i zebrać myśli.
- Często tu bywasz?
- Ostatnio co najmniej raz w tygodniu. Wcześniej, kiedy wujek jeszcze żył, zatrzymywałem się u niego. Ale teraz nocuję w pensjonacie.
- Dlaczego? Teraz ktoś inny mieszka w tamtym domu?
- Nikt tam nie mieszka, wujek przepisał go na mnie, ale dom stał dość długo pusty, a ja nie zadbałem o niego tak, jak powinienem. Niestety sporo tam wilgoci, a dach nie był w najlepszym stanie, więc w paru miejscach pojawił się grzyb. Wolę tam nie nocować, bo mógłbym się podtruć. Muszę zrobić z tym porządek.
A więc jego wujek nie żyje. Pamiętam pana Stefana, choć blado. Przypominam sobie, że był lekarzem i kiedyś nawet mnie badał podczas tamtego pobytu, bo bolało mnie gardło, i dostałam jakiś syrop. Ciekawe, od jak dawna nie żyje.
- Ale to chyba dobrze się składa - dodaje z uśmiechem. - Bo dzięki temu masz blisko siebie osobistego przewodnika.
- Bardzo mnie to cieszy.
Pytam Feliksa o pracę nad książką, a także na czym polega praca etnografa i kustosza muzeum. Opowiada mi, jak zbierał materiały i rozmawiał z ludźmi z okolicy. Potem wspomina o pracy w muzeum i aktualnych wystawach.
- Pewnie wydaje ci się to nudne? - przerywa po chwili.
- Wręcz przeciwnie - mówię szczerze. - Nie znam nikogo, kto by wykonywał ten zawód, a takie zagadnienia zawsze mnie interesowały. Mam słabość do muzeów i starych rzeczy, dawnych wierzeń, zwyczajów i legend.
Przypominam sobie, że kiedy byłam jeszcze z Adamem, moim byłym, zawsze ciągnęłam go do pobliskich muzeów i skansenów, kiedy wybieraliśmy się na jakąś wycieczkę. On za nimi nie przepadał, wolał aktywnie spędzać wyjazdy, a ja wolałam spokój. Pod tym względem nie za bardzo się dobraliśmy, zresztą tak jak pod paroma innymi. Może dlatego nasz związek w końcu się rozpadł. Chociaż nadal mamy kontakt i piszemy do siebie od czasu do czasu. Jestem mu wdzięczna za te dobre chwile, których też było sporo. Zwłaszcza za wsparcie po śmierci mamy, którą zniosłam wyjątkowo ciężko, bo mama zmarła nagle i zupełnie się tego nie spodziewałam.
- Mnie od dziecka interesuje przeszłość, a także ludowe wierzenia i zwyczaje. Najmocniej to odczuwałem, kiedy przebywałem tutaj, gdzie to wszystko było, i nadal wciąż jest dość mocno obecne w ludzkiej mentalności i pamięci. Chociaż wtedy jeszcze się nad tym wszystkim nie zastanawiałem, bo było dla mnie czymś naturalnym, jakby częścią mnie.
- Pewnie to wszystko już znika z ludzkiej pamięci, coraz bardziej się rozmywa. Im człowiek młodszy, tym mniej wie na ten temat...
- To prawda. Chyba że jest to ktoś taki jak ja. Czyli pewnego rodzaju zbieracz historii i ludzkich opowieści. Jest już coraz mniej osób, które pamiętają ludowe wierzenia i zwyczaje, i jeszcze mniej tych, którzy wciąż je praktykują. Trochę mi żal, bo to wszystko znika razem z nimi. I szkoda, żeby zostało zapomniane, bo to jednak część naszej kultury, tradycji. Dlatego staram się to zachować. Chociaż jednocześnie w jakimś stopniu wszyscy to nadal robimy, to znaczy stosujemy, czasami całkiem nieświadomie, pewne praktyki, lub też robimy coś automatycznie, nie zastanawiając się nad tym za bardzo. Ale to wszystko ciągle w nas tkwi. Bo nie tak łatwo wyzbyć się dawnych wierzeń i zwyczajów.
- Na przykład nie przechodzimy pod drabiną, wierzymy, że rozsypana sól to zwiastun nieszczęścia, tak samo jak zbite lustro, i że lepiej unikać trzynastki oraz czarnego kota przebiegającego nam drogę?
- Na przykład. Chociaż ja akurat lubię czarne koty i przekornie wierzę, że przynoszą ludziom szczęście. Podobnie myślę o trzynastce.
- No to jesteśmy tak samo przekorni, bo mam identycznie.
- Ale są takie rzeczy, które ciągle siedzą w nas albo w naszych krewnych czy znajomych, i my stosujemy je trochę podświadomie, nawet nie zdając siebie sprawy, skąd się wywodzą i jakie było ich pierwotne znaczenie. Podświadomie wierzymy też w pewne symbole. Na przykład kiedy spadnie ci łyżka albo widelec na podłogę, to co sobie w pierwszej chwili pomyślisz?
- Że przyjdzie ktoś głodny - odpowiadam od razu.
- U mnie zaszło to jeszcze dalej. Babcia twierdziła, że kiedy spadnie duża łyżka, to kobieta, widelec, to mężczyzna, mała łyżeczka, to dziewczynka... I tak dalej. I teraz podświadomie tak o tym myślę, kiedy upadnie mi jakiś sztuciec. To silniejsze ode mnie. Babcia i dziadek wierzyli i powtarzali też inne rzeczy. I niektórzy tutejsi mieszkańcy do dziś je praktykują. Wiele się zachowało z tych zwyczajów, niektórzy jeszcze wciąż w to wszystko wierzą, zwłaszcza starsi mieszkańcy. A nawet jeśli mówią, że nie, to zaraz dodają, że stosować nie zaszkodzi. Rozstaje to dość specyficzne miejsce i przez to ciekawe. Niektórzy rolnicy nadal okadzają bydło ziołami. Ludzie wieszają pęczki ziół przed wejściem dla ochrony i podkowy na szczęście, a także stawiają miotły przed drzwiami. Oczywiście wiechciem do góry. Spotkałem się też z tym, że zakopywano coś pod progiem dla bezpieczeństwa. Bo próg to niebezpieczne miejsce. Tak samo jak rozstaje dróg. Stąd te wszystkie kapliczki. Sporo osób wierzy tu też w magiczną moc niektórych drzew i różne nadnaturalne stworzenia. Na przykład diabły, ale nie takie, o jakich mówią katoliccy księża, bo bardziej przypominają słowiańskie bóstwa i demony. To takie diabły, z którymi można się czasem dogadać, a nawet je przechytrzyć, jak te z legend. Oczywiście teraz to wszystko miesza się i przenika z religią, ta dawna magia i zwyczaje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji